- Opowiadanie: zefir15 - Ocalenie

Ocalenie

To jest opowiadanie na podstawie Metra ale nie opowiadające bezpośrednio o nim. Mam nadzieję że spodoba się wam ten koncept i liczę na jak najlepsze recenzje.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ocalenie

Wiatr pędził przez nieprzetarte ludzką ręką równiny Smoleńszczyzny i niósł ze sobą poszczepiane

kołtuny śniegu. Trawy, brodzące w puszystym pyle, powiewały na tym wietrze jak trzciny na

jeziorze, a nieruchome kontury ruin powojennych opierały sie dzielnie i nawet nie drgnęły.

Poszarpane zębem ogólnonarodowej armii, stały jak wryte w zlodowaciały grunt i nikt nie ośmielał

się ich odwiedzać. Nie wiadomo, co można było znaleść w ich spopielałych murach, zaś ci którzy

próbowali , kończyli przedwcześnie swój żywot, rozszarpywani przez niewiadomo jakie diabelstwa.

Od tych miejsc wiało grozą jak i fetorem gnijących zwłok, które to były pożywką dla licznych

padlinożerców, przeczesujących co jakiś czas te, opustoszałe rewiry.

W pobliżu takich ruin przebywał uciekinier – prawdopodobnie z metra, które było na granicy

apokalipsy i powoli zamieniało się w siedlisko dzikusów, walczących o jakikolwiek byt. Uciekinier

ubierał się w poszarpane łachy, prawdopodobnie wyniesione z czeluści kolei podziemnej. Jego,

poczerwieniała od mrozu, twarz pokryta była bliznami od oparzeń, ale i ran ciętych. Wszystko to

sprawiało, że dla przechodnia wydawał się słabowity, a co najmniej chory.

Siedział na uciętej beczce po ropie, przed ledwo tlącym się płomieniem ogniska, na którym

gotowało się coś w rodzaju zupy w skorodowanym garczku. Uciekinier wpatrywał się w niknący

płomyczek i podpychał patyczkiem węgle, by nie dopuścić do jego zgaśnięcia.

Wtem wśrod ciemności rozległ się gwałtowny szum. Powiał silniejszy strumień wiatru i zmusił

uciekiniera do desperackiej ochrony płomyka. Ów człowiek zasłonił go własnym ciałem, a wiatr

ustał po chwili. Wtedy uchodźca odetchnął z ulgą i ciężko usiadł na beczce, zaś jego pies, równie

potraktowany przez los jak on, położył się na jego stopach i słodko zasnął. Uciekinier widząc to

uśmiechnął się prawie niezauważalnie i począł mieszać mętny wywar. Od tego zapach "zupy"

zaczął rozchodzić się po okolicy, a to napełniło rozbitka pewnym spokojem, który towarzyszył mu

tylko i wyłącznie w takich chwilach. Ale ta chwila nie trwała długo. Z pobliskich ruin zadźwięczał

licznik Geighera, co poderwało na nogi zarówno psa jak i jego pana. Uciekinier spojrzał apatycznie

w tamtą stronę i klnąc pod nosem wygrzebał spod beczki wysłużony AK– 47. Załadował ze

szczękiem i ruszył zważając na każdy krok. Śnieg począł chrzęścić pod butami, a serce waliło mu

jak młot o stalową szynę w czasie alarmu na stacji. Pies miał podobne odczucia, ale wartko szedł

przed panem, węsząc po nosem w śniegu. Gdy obaj byli o krok od wyrwy w budynku, uciekinier

wyskoczył przed wyrwę i strzelił serią w nicość. Kule głucho zadudniły o osmolone mury, a pies

wyskoczył w tę stronę i począł szczekać. Dobiegł do niego pan i widząc klatkę z gęsto splecionego

drutu, szepnął do psa.

-Nu Wania! Spakoj!

Pies zamilkł, ale nadal pilnował obiektu, powarkukując pod nosem. Tymczasem uchodźca poprawił

na sobie poszarpaną koszulę i począł przyglądać się klatce. Wyglądała nieco dziwnie, co

zaciekawiło znalazcę, lecz w pewnym momencie poczuł na sobie czyjś wzrok. Zignorował to

jednak i nawet otworzył klatkę, ujawniając skomplikowaną aparaturę złożoną z diod, kabli oraz

pojemników z fosforyzującymi cieczami. Już zamykał ową klatkę, gdy poczuł na szyi ostrze, za

grube jak na sztylet lub nóż myśliwski. Rozejrzał się ostrożnie i zauważył obok barku co najmniej

półtorametrowe ostrze, błyszczące jak nawoskowane. Właściciel ostrza przybliżył sie do niego i

jednym ruchem odebrał mu karabin. Rozładował go i rzucił pod truchło, niedawno jeszcze żywego

psa. Następnie zbliżył twarz do ucha uchodźcy i szepnął mu.

-Współpracujesz czy mam cię wypatroszyć?

Uciekinier zawachał się z odpowiedzią, a przybysz dodał.

-Rozumiem, że wolisz współpracę.

Puścił go ale nadal pilnował jego każdego ruchu. Uciekinier, nieco sparaliżowany strachem, upadł

na ziemię i zebrał karabin. Następnie przeżegnał się nad ciałem kompana i wstał. Przybysz

wyciągnął miecz w stronę jego pleców i wyraźnie zakomenderował.

-Prowadź do ogniska! Omówimy wspołpracę!

Uśmiechnął się szyderczo, a uciekinier posłusznie poprowadził go do płomyka. Usiadł na swoje

miejsce, zaś przybysz schował bez pośpiechu miecz do sakwy za plecami i usiadł na samym śniegu.

Powąchał i stwierdził, już bez nuty władczości.

-Zupa!

-Taaaak. – odparł jękliwie uciekinier i zdziwił się, gdy przybysz poklepał go po ramieniu. Odwrócił

na niego twarz i zobaczył jasnowłosego młodzieńca, około 20-stki. Młodzieniec nagle podał mu

dłoń i rzekł.

-Percival Marlenmore jestem!

Uciekinier niepewnie uścisnął jego dłoń i odparł.

-Wasilij Białkow.

Zamilkł, ale po chwili niezręcznego milczenia dodał.

-Co to za klatka w ruinach?

Młodzieniec zaśmiał się i odparł mu.

-To wehikuł czasu…..– zaśmiał się znowu– Nie wiesz co to…….– spoważniał, ale dodał– w waszych

czasach takich rzeczy nie ma…..

Wasilij spojrzał na niego jak na głupka, a młodzieniec sprostował.

-Pochodzę z roku 2134.

– A więc jesteś podróżnikiem…? – zapytał z pewnym niedowierzaniem Wasilij.

Młodzieniec przytaknął i z irytacją odpowiedział.

-Dokładnie. – przełknął ślinę – A przybyłem tu by ratować cywilizację.

Wasilij zdziwił się i odparł.

-Tej cywilizacji nie da się uratować!

– Jest sposób.– napierał Percival spoglądając Rosjaninowi w oczy. On nie czuł w nim kłamstwa i

przez to zapytał.

-W takim razie jak mam ci pomóc?

Percival grzebnął nożem w garnczku i odpowiedział towarzyszowi.

-Pokaż mi tylko gdzie jest Moskwa.

Wasilij aż się zadławił własną śliną i nieco cynicznie rzekł mu.

-Na wschod!

Percival natychmiast wstał i dziarskim krokiem ruszył na wschód. Wasilij od razu chwycił go za

kubrak, który okazał się nabijany ćwiekami, ale przybysz wyszarpnął się z uścisku, i bez słowa

poszedł.

-Dokąd idziesz?! Czemu nie zostaniesz??! – krzyczał Rosjanin, ale Percival już dawno zniknął mu z

zasięgu wzroku. Na to uciekinier pochylił głowę i szepnął sam do siebie.

-Cywilizacji nie da się uratować! Jeszcze zrozumie to…. oby nie za późno…….

Koniec

Komentarze

Musisz poprawić formatowanie tekstu. 

I po co to było?

Przybysz z przyszłości chce ratować świat? Nawet niezły koncept. Tylko tyle można powiedzieć po przeczytaniu jednej scenki.

Więcej można powiedzieć o konieczności opanowania funkcji edytora przed pisaniem czegokolwiek. Już sam wygląd tekstu odrzuca… Nie widziałeś tego, Autorze?

Przeczytałem i nie skomentuję, bo to zagraża memu dobremu wychowaniu. Mam nadzieję, że autor jest młodym człowiekiem i ma czas, aby wiele się nauczyć. Nie podoba mi się natomiast poniewieranie określenia – science fiction. Pozdrawiam.

Jeżu, popraw formatowanie tekstu, bo tego się czytać nie da.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Skoro Autorowi kompletnie nie chciało się wykonać porządnej edycji tekstu, to IMO wystawienie jakiejkolwiek opinii, nie ma najmniejszego sensu. Tak więc, dbaj o czytelnika.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Przeczytałam z trudem – bo tekst w obecnym kształcie nie powinien ujrzeć światła dziennego – i cóż, mogę tylko powiedzieć, że nie bardzo wiem, o co tu chodzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Scenka wykonana byle jak. Formatowanie!

Znam tylko pięć liter ;)

Scenka wykonana byle jak. Formatowanie!

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka