- Opowiadanie: dziko - Epistomanta

Epistomanta

W ostatniej „Fantastyce Wydaniu Specjalnym” (2/2014) możecie przeczytać moją “Poczwórną koniunkcję” -  opowiadanie z finału Horyzontów Wyobraźni 2012, gdzie tematem przewodnim było „Piórem można wygrać wojnę”. Poniższy tekst jest drugim moim konkursowym opowiadaniem, które co prawda nie załapało się wtedy na finał, ale miało niezłe oceny recenzentów. Zapraszam do lektury, tekst jest dość spory (72K) – ale mam nadzieję, że nie będzie się dłużył :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Epistomanta

1.

 

Hrabia Von Schilenrode przerwał sprawozdanie i spojrzał krzywo na nakrapianego wyżła, który znalazł się niebezpiecznie blisko jego eleganckich sztuczkowych spodni. Arcyksiążę Willem chrząknął i ogar wrócił ze środka komnaty w okolice podnóżka dębowego tronu. Jeden z generałów poprawił perukę, nerwowo przestępując z nogi na nogę, drugi – nie wiedzieć czemu – melancholijnie westchnął. Drobny starzec o zlepionych w strąki mlecznobiałych włosach, siedzący na dostawionym krześle w rogu komnaty, pociągnął nosem i zmienił pozycję półsnu. Stojący obok niego wysoki brunet w szarej pelerynie podłubał palcem w zębach i przeniósł pytający wzrok jasnobłękitnych oczu z czubków swoich butów na twarz hrabiego.

– Przejścia neutralnego Ulf na stronę Baltazara nie da się racjonalnie wytłumaczyć – kontynuował Von Schilenrode. – Podobnie zresztą, jak dwóch poprzednich…

– Aha… – westchnął arcyksiążę i pociągnął dłonią po oślinionych pasemkach brody. Władca najwyraźniej był myślami gdzie indziej, w alkowie swej jedenastoletniej bratanicy. Jako że perwersje często dążą do specyficznej równowagi, znajdujący się po prawicy brata książę Gideon kierował kosmate myśli w stronę szwagierki, starszej od niego o całe pokolenie.

– Co więcej, tydzień temu przy północnej granicy miał miejsce bardzo niepokojący incydent… – Hrabia zmarszczył krzaczaste brwi i zrobił efektowną pauzę. Arcyksiążę w odpowiedzi ziewnął, śliniąc dopiero co osuszoną brodę. – Mój człowiek strącił czarnego sokoła, słusznie podejrzewając, że ptak przenosi list do zamku Hirenstein. Przytroczona do ptasiej nogi karteluszka wyglądała jednak na niezapisaną. Pomyślałem, że to jakaś alchemiczna sztuczka i wezwałem mędrca, by spróbował coś z tego wyłuskać. Poczciwy mistrz Fryderyk dumał nad listem i dumał, mruczał pod nosem i w końcu przesunął papier nad płomieniem świecy. Jakby to powiedzieć…

Stopniowanie napięcia znów się nie udało, bowiem białowłosy starzec z rogu komnaty ześlizgnął się nagle z oparcia na podłogę, otworzył oczy i cicho zaklął. Stojący obok brunet tylko pokręcił nosem z dezaprobatą, nie racząc pośpieszyć z pomocą. Staruszek samodzielnie wgramolił się na krzesło i machnięciem ręki dał znak hrabiemu, by kontynuował.

– No więc… – Von Schilenrode ciężko przełknął ślinę. – List eksplodował. Resztki Fryderyka służba musiała zeskrobywać ze ścian i sufitu biblioteki. Jego lewe ucho po dwóch dniach odnalazła praczka…

– Do rzeczy! – warknął władca, który niespodziewanie otrzeźwiał i skupionym wzrokiem taksował zgromadzonych w komnacie mężczyzn.

– To musiała być jakaś czarna magia! – wydukał nieco speszony hrabia.

– Czarna magia! – powtórzył pobladły książę Gideon, wracając myślami z sypialni szwagierki do sali narad.

 Arcyksiążę przeniósł zdegustowany wzrok na brata, potem znów na hrabiego, potem na trzymany w dłoni pusty kielich po winie.

– Taaak!… – starał się przybrać stanowczy ton. – To wszystko jest bardzo niepokojące, zatem… – Zmarszczki na śniadym czole władcy pogłębiły się, oblicze spochmurniało, a w źrenicach brązowych oczu błysnęły mądrość i determinacja. W komnacie zapadła cisza jak makiem zasiał. – Zatem, tak jakoś, chyba trzeba by coś z tym w końcu zrobić…

 

Mistrz Ambroży desperacko walczył z solidnym kawałkiem żeberek. Pochylał się nad półmiskiem tak bardzo, że końcówki białych włosów zanurzały się od czasu do czasu w pieczeniowym sosie. Stojący obok stołu brunet w szarej pelerynie – nadworny zabójca Hugon Rebroux – oglądał pod światło duży zalakowany słój, w którym pływała abominacja przypominająca trójgłowy barani płód.

– Wieziałhem, że tło się źłle skłończy – wymamrotał starzec z pełnymi ustami. – Tcheba było ułdeszać zaras po odprhrawieniu posłów, a niłe człekaś dha mhesiące bez szensu!

Zabójca odstawił słój na stół, potrącając dzbanek z winem.

– Arcyksiążę myślał, że Baltazar ochłonie – mruknął pod nosem. – Jak innym wasalom przyprawiał rogi, to mu nawet kurtuazyjnie dziękowali, a ten od razu do bitki…

– Nho tak, ałe z długhej stronuy – odparł starzec, wywijając zamaszyście widelcem i skrapiając sosem stół, kawałek ściany a nawet pelerynę towarzysza – zhostawłiś khomuś z brzuchłem żonę i ćłórkę to byłła trochę pszesadła…

– Jeden bękart czy dwa pod dachem. – Hugon wzruszył ramionami. – Czy to znowu taką różnicę robi?

Ambroży zakończył nierówną walkę z żeberkami. Ciężko dysząc, rozparł się w obitym skórą fotelu i otarł pot z czoła.

– Nieważne, mleko się rozlało… – westchnął.

Mleko… he, he – odparł w myślach zabójca.

– …liczy się fakt, że wściekły Baltazar znalazł metodę, by przeciągnąć na swoją stronę ościenne wolne landy. Udało mu się już z trzema. Jeszcze kilku mniejszych sojuszników albo jeden większy, jak Drynberg lub Luvia, i jesteśmy ugotowani!

Rebroux usiadł okrakiem na taborecie i nalał sobie wina.

– Relacja Von Schilenrode nie pozostawia wątpliwości, z czym mamy do czynienia – kontynuował starzec. – Na dworze Baltazara działa od kilku miesięcy niejaki Myrenes. Doszły mnie słuchy, że para się on czarnoksięstwem. Jednak tutaj chodzi o coś dużo bardziej subtelnego. O epistomancję…

Hugon zrobił kwaśną minę.

– Pierwsze słyszę.

Starzec nalał sobie wina.

– Epistomacja jest sztuką zaklinania listów. – Pociągnął solidny łyk trunku. – To wyjątkowo rzadka umiejętność wymagająca zarówno artyzmu we władaniu piórem, jak i biegłości w kilku odmianach magii. Epistomanta wzmacnia przekaz korespondencji za pomocą uroku. Dzięki temu z pozoru niewinny miłosny liścik może sprawić, że niewiasta z miejsca zapała gorącym uczuciem do nieznanego wcześniej nadawcy.

– Nawet jeśli on wygląda jak psia kupa?

– Nawet wtedy! Takie rzeczy to jeszcze małe piwo. Zaklęte listy są szczególnie groźne w dyplomacji, dlatego dawnymi czasy przychodząca korespondencja była rutynowo badana przez nadwornego czarodzieja. Teraz już prawie nikt nie przywiązuje do tego wagi…

– No dobra, wiemy na czym stoimy. Trzeba jechać do Zilverstad, znaleźć tego Myrenesa i poderżnąć mu gardło.

Starzec popatrzył na towarzysza z niemalże ojcowską czułością.

– Za to cię właśnie lubię, Hugon. Niemniej, jeśli choć połowa tego, co mówią o Myrenesie, jest prawdą, to czeka nas cholernie trudna robota. Musimy to dokładnie zaplanować – uśmiechnął się złośliwie, widząc grymas na twarzy bruneta. – Daj mi czas do jutra, a w międzyczasie idź na wino, dziwki, zabić kogoś, czy co tam jeszcze ci przyjdzie do głowy.

Hugon skinął głową i bez słowa wstał od stołu.

 

Okrągły dębowy blat miał średnicę dobrych czterech łokci, a mimo to z trudem mieścił rozłożone narzędzia mordu. Czego tam nie było! Sztylety proste i krzywe, gładkie i zębate. Sztylety stalowe, srebrne, a nawet jeden złoty. Sztylety krzywe, zębate i srebrne zarazem. Błogosławione ostrza z grawerunkiem Krzyża Pańskiego przeciw ożywieńcom i Przenajświętszej Panienki przeciw demonom. Sześć pistoletów: od tak małego, że mieścił się w cholewie buta, po tak masywny, że mało który strzelec utrzymałby go pewnie w jednej ręce. Stos kul ołowianych i garść srebrnych. Pałasz, dwa rapiery i fikuśny składany lewak. Muszkiet, zdobiona rusznica i staroświecki arbalest…

Hugon z cynowym kuflem w dłoni i kawałkiem podsuszanej kiełbasy w zębach lustrował blat krytycznym wzrokiem, jakby mu tam czegoś brakowało. Drzwi zaskrzypiały cicho i do komnaty wparował zdyszany Ambroży. Bezceremonialnie zrzucił parę najbliższych ostrzy ze stołu na podłogę, robiąc miejsce dla grubej księgi w podniszczonej materiałowej oprawie. Otworzywszy tom w miejscu, gdzie wystawała zatłuszczona zakładka. Strony z niedbałymi odręcznymi zapiskami wyglądały na jakiś rejestr.

– Zmiana planów! – obwieścił starzec entuzjastycznym tonem. – Jednak nie jedziesz szukać Myrenesa! Powinieneś się cieszyć, bo – szczerze mówiąc – pewnie by cię wypatroszył albo dał jakiemuś ognistemu inkubowi do wychędożenia. Nie mówiłem ci tego wcześniej, gdyż…

Brunet wypluł niedożutą kiełbasę na blat stołu i przesunął palcem po wypolerowanej klindze pałasza.

– Pieprzenie… – mruknął.

Ambroży wzruszył ramionami, udając obrażoną minę.

– Dzień w którym doczekam się od ciebie jakiegoś śladu wdzięczności będzie najpiękniejszą chwilą w moim osiemdziesięcioletnim żywocie – westchnął głośno. – O czym to ja chciałem powiedzieć… Całą noc przeglądałem archiwa i znalazłem coś niezmiernie ciekawego. Otóż piętnaście lat temu po sąsiedzku, w Luvii, na dworze markiza d’Artigny gościł wybitnie uzdolniony epistomanta, niejaki Joachim Brulle. Markiz obiecał go ozłocić w zamian za zaproszenie, które ściągnie do pałacu młodziutką księżniczkę Klotyldę Van Den Loewen, dziewicę niezwykłej urody i charakteru. Sprawa wydawała się beznadziejna, bo o rękę Klotyldy ubiegali się dużo poważniejsi kandydaci niż jakiś markiz trzeciej kategorii. Tymczasem epistomanta nie tylko wywiązał się z powierzonego zadania, ale zrobił to nawet… nieco nadgorliwie. Nie dość, że księżniczka ochoczo przybyła z całą świtą do pałacu d’Artigny, to jeszcze tego samego dnia przyłapano ją w łożu z Joachimem…

– Niech zgadnę – wszedł mu w słowo Hugon. – Epistomantę wykastrowali, żywcem poćwiartowali i rzucili psom na pożarcie. Tak więc…

– I tu się mylisz! – żwawo zripostował Ambroży. – Zastanów się, jak to wszystko wyglądało: markiz przecież nie mógł się przyznać, że wysłał zaklęty list; księżniczka zaś była obłędnie zakochana w czarodzieju. Sprawę trzeba było przede wszystkim zatuszować. Brulle oczywiście trafił do lochu i, według oficjalnej wersji, niedługo potem umarł od czarnej biegunki. Tak naprawdę zesłano go na dożywocie do klasztoru d’Asquineur, jako kopistę. By zapobiec ewentualnym problemom w przyszłości, inkwizytor Trybunału nałożył na niego bursztynową pieczęć, odbierając na zawsze magiczną moc…

Hugon podłubał w zębie końcówką małego nożyka.

– Zaraz, zaraz… – uśmiechnął się pod nosem. – Czy nie mówiłeś mi kiedyś, że pieczęć można zdjąć?

– No proszę, a myślałem, że ty mnie nigdy nie słuchasz! – Starzec pokręcił głową ze zdziwienia. – Owszem, jest to możliwe, choć bardzo trudne i absolutnie bez żadnego wyjątku zakazane. Nawet Trybunał nie rości sobie prawa do zdjęcia raz nałożonej pieczęci. Niemniej… – Starzec zaczął grzebać w kieszeni kubraka. – Proszę bardzo!

Na blacie obok księgi wylądował owalny przedmiot wielkości dużej śliwki, przypominający złoto-czarnego pająka z podkulonymi odnóżami.

– Wyciągniesz Brulle z klasztoru, zdejmiesz pieczęć i nakłonisz go do współpracy. Pobijemy Myrenesa jego własną bronią! – W oczach Ambrożego zatańczyły czerwone ogniki.

Hugon z nieufną miną wziął artefakt w dwa palce.

– Gdzie mam mu to wsadzić?!

– Zaraz ci wszystko wytłumaczę…

 

2.

 

Oficjalnie twierdza d’Asquineur była siedzibą jednego z wielu klasztorów klauzurowych. Zasadniczą różnicą między nią a podobnymi przybytkami było jednak to, że dla około dwóch trzecich braciszków pobyt w d’Asquineur nie był wynikiem dobrowolnego poświęcenia się służbie Najwyższemu, ale wieloletnim lub dożywotnim zesłaniem za kłopotliwe grzeszki w rodzaju flirtu z czarnoksięstwem, sodomii czy pyskowania biskupowi. Pozostała jedna trzecia mnichów, specjalnie wyselekcjonowana pod względem rys charakteru i fizycznej tężyzny, pełniła rolę podobną do strażników więziennych. Życie codzienne w położonej na skraju ośnieżonej góry twierdzy niewątpliwe nie należało do komfortowych, ale i tak stanowiło miłosierną alternatywę dla stosu czy powolnej śmierci z rąk wprawnego kata.

Droga na skraj górskiego masywu w południowo-wschodniej Luvii zajęła Hugonowi niecałe cztery dni. Poza wierzchowcem dla siebie i Joachima, mężczyźnie towarzyszyły jeszcze jeszcze dwa obładowane ekwipunkiem rumaki. Obok prowiantu i przeróżnych narzędzi fizycznej perswazji, bagaż obejmował też klatkę z trzema gołębiami pocztowymi i szkatułę alchemicznych ingrediencji, które według Ambrożego mogły być pomocne w pracy epistomanty. Starzec wystarał się też o pismo od przeora katedry w Frouven z zamówieniem na antyfonarz, co miało otworzyć Hugonowi drogę do wnętrza klasztoru i ułatwić odnalezienie Joachima „bez wywracania twierdzy do góry nogami i mordowania połowy mnichów” – jak to zgrabnie ujął Ambroży.

Stojący przed bramą klasztoru Hugon musiał czekać prawie kwadrans, aż w małym zakratowanym okienku pojawi się ogorzała twarz z przenikliwymi oczkami i padnie uprzejme pytanie „Kogo tam diabli niosą!?” Udzielone przez przybysza wyjaśnienia zdawały się zadowalać odźwiernego, niemniej, na otwarcie małej furtki w skrzydle bramy trzeba było czekać kolejnych piętnaście minut. Mnich, który wpuścił sługę arcyksięcia, był zgarbionym łysym grubaskiem o szpetnej fizjonomii i wielkich jak u kowala dłoniach, w których trzymał pokaźny pęk kluczy. Negocjacje w sprawie wpuszczenia koni na dziedziniec zajęły kolejne pół godziny. W końcu Hugon podążył za klucznikiem plątaniną korytarzy, co chwila przestając w związku z otwieraniem i powtórnym ryglowaniem kolejnych drzwi – klasztor zdecydowanie miał w sobie coś z zaprojektowanego z finezją więzienia. Wreszcie trafili do  małego pokoju, którego umeblowanie ograniczało się do poczerniałego ze starości biurka i dwóch krzeseł. W pomieszczeniu były jeszcze troje drzwi oprócz tych, którymi weszli, przy czym jedne – te za biurkiem – zdobione i solidniejsze niż pozostałe. Klucznik oddalił się, a siedzący za biurkiem szczapowaty starzec rzucił okiem na zamówienie na antyfonarz, po czym zlustrował przybysza bardzo podejrzliwym wzrokiem.

– Nie chcemy tu kłopotów… – rzekł oschle.

– Jestem człowiekiem pobożnym – odpowiedział kurtuazyjnie Hugon.

Nigdy nie zabiłem biskupa, choć ze trzy razy pokusa była ogromna – dodał w myślach.

Sekretarz skrzywił się, jakby go zabolała ślepa kiszka, po czym powoli wstał, trzeszcząc przeżartymi przez reumatyzm kośćmi i zniknął za zdobionymi drzwiami. Chwilę później wrócił i, wskazując na uchylone skrzydło, rzekł ze słabo skrywaną niechęcią:

– Przeor cię przyjmie.

Gabinet, do którego wszedł Hugon, przypominał małą bibliotekę i pachniał przyjemną mieszaniną skóry, kadziła i jeszcze czegoś nieokreślonego, ale na pewno bardzo słodkiego. Przeor siedział za gigantycznym biurkiem – znad blatu wystawały jedynie jego szyja, głowa i oparte o krawędź dłonie. Okazał się starszym od swojego sekretarza, ale świetnie zakonserwowanym drobnym mężczyzną o białych skroniach i równie białych, karykaturalnie krzaczastych brwiach. Rzucił zdawkowe przywitanie i wskazał przybyszowi krzesło.

– Już dobre dwa miesiące nie gościliśmy nikogo w naszych skromnych progach – rzekł ciepłym głosem. – Powiedz mi, bracie, cóż cię do nas sprowadza?

– Katedra z Frouven… – zaczął Hugon, podążając wzrokiem za listem, który przeor zaczął niedbale miętosić w kościstych palcach.

– Bracie… – westchnął mnich. – My, tu w klasztorze, jesteśmy tylko prostaczkami, pokornymi sługami Pana, ale też mamy łaskę czytania w ludzkich sercach. Powiedz mi zatem, co cię do nas sprowadza?

 Ambroży i te jego maskarady – pomyślał z przekąsem Hugon.

– Szukam jednego z waszych kopistów. Jest bardzo potrzebny gdzie indziej. Bardzo!

Przeor zmiął list w kulkę i pchnął palcem na róg blatu.

– Mamy tu prawie setkę kopistów – odparł beznamiętnie.

– Niejaki Joachim Brulle, trafił do d’Asquineur piętnaście lat temu.

Mnich podrapał się w łysinę na tyle głowy.

– Nie znam żadnego brata Joachima. Ci, których przynosi tutaj opatrzność, zostawiają swoje światowe życie przed bramą klasztoru…

Hugon zamyślił się na chwilę.

– To musi być wybitnie zdolny kopista – rzekł. – Mistrz we władaniu piórem…

Mnich otworzył na chwilę usta, lecz przez moment nic nie mówił.

– Aaaa… – zaczął wreszcie. – Po pierwsze, młody człowieku, wyjaśnijmy sobie jedno nieporozumienie. Otóż bycie dobrym kopistą i biegłość we władaniu piórem się poniekąd wykluczają. Doktryna wymaga, aby księgi liturgicznie były przepisywane ręcznie. Nie jest to niczyja fanaberia – ma to głęboki teologiczny sens. Większość naszych kopistów przepisuje pasjonały. To forma ekspiacji i wielka lekcja pokory. Żmudnie celebrując każdą literę pasjonału, kopista staje się intymnym świadkiem Męki Pańskiej. Generalnie, to bardzo głęboka i oczyszczająca pokuta, ale… niekoniecznie dla kogoś biegłego w sztuce kaligrafii, albo – nie daj Boże – lubiącego przerabiać czy upiększać teksty liturgiczne na swoją modłę…

Hugon wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i pokiwał głową.

– Człowiek, którego szukasz, to z pewnością brat Pankracy – kontynuował przeor. – Jedno z większych utrapień tego klasztoru. Żadna siła, żadna dyscyplina nie jest w stanie go zmusić do tego, by był po prostu kopistą. Prawdziwym, skromnym kopistą. Teraz, po latach, wiem, że to nie jest złośliwość z jego strony, ani nawet jakaś pycha. On to po prostu ma we krwi. O ile w jego żyłach płynie jeszcze jakaś krew…

Sługa arcyksięcia zmarszczył brwi.

– To moczymorda jakich mało – pośpieszył z wyjaśnieniami przeor. – Nie mogę braciszkom zamknąć dostępu do miodu pitnego, bo w zimie byśmy wymarzli na śmierć…

– Cóż, chyba w takim razie dla ojca przełożonego nie będzie specjalnym problemem, jeśli sobie brata Pankracego na jakiś czas… wypożyczę.

Przeor zrobił zakłopotaną minę.

– Niestety, ten klasztor to wyjątkowe miejsce – odparł. – Akurat tej jednej rzeczy zrobić mi nie wolno, wypuścić kogokolwiek z braci poza obręb twierdzy.

– Może potrafiłbym się jakoś odwdzięczyć – Hugon porozumiewawczo łypnął okiem.

– Ale jak? – odparł rezolutnie mnich.

Na moment w pokoju zapadła kłopotliwa cisza.

– Domyślam się, że złoto raczej nie wchodzi w grę – bardziej stwierdził, niż dopytał sługa arcyksięcia.

Przeor skinął głową, po czym wbił wzrok w sufit i zaczął głośno myśleć.

– Nie potrzebujemy złota ani kosztowności, właściwe nic nam tu nie trzeba, ponad to, co mamy. Poza tym naprawdę nie widzę możliwości, by ktoś za moją zgodą opuścił klasztor. Co innego, gdyby doszło do tego bez mojego pozwolenia, z użyciem przemocy…

Oczy zabójcy rozszerzyły się ze zdziwienia.

– Co noc wyjścia z klasztoru pilnuje dwóch wyznaczonych przeze mnie wartowników. Ktoś, kto chciałby opuścić twierdzę, musiałby poważnie ich poturbować!

– Ach tak… – na twarzy zabójcy zagościł uśmieszek olśnienia.

– Niech pomyślę… Melchior, Otto… no właśnie, może jeszcze Nikodem… Ciekawe, czy uciekinier by sobie z trzema poradził…

– Myślę że tak – mruknął Hugon, kontemplując podłogę.

– Trzech wartowników… tak. A jest jeszcze… Gdyby tak się dało czterech?

– Może być i czterech…

– Tak… to byłoby okropne. Istne barbarzyństwo! Napisałbym skargę do biskupa w Freuven, albo do samego arcyksięcia…

Oderwał wzrok od sufitu i przeniósł na Hugona.

– …ale pewnie zapomniałbym wysłać – dokończył. – No tak, o czym to my rozmawialiśmy? Już sobie przypominam… Mój sekretarz zaraz przywoła tu kogoś, kto zaprowadzi cię do celi brata Pankracego.

 

Po rozmowie z przeorem Hugon niby wiedział, czego się spodziewać, ale i tak poczuł się nieco zaskoczony. Korpulentny braciszek Pankracy chrapał przy biurku z głową na otwartej księdze, a każdy jego oddech można było odczuć z odległości półtora sążnia jako porażający alkoholowo-nieświeży wyziew. Wywalony z ust mięsisty jęzor ślinił pergamin, buraczane policzki falowały, pobrudzony atramentem kartoflowaty nos marszczył się niczym głodna pijawka. Gdy sługa arcyksięcia domknął skrzypiące drzwi, małe przekrwione oczka mnicha otworzyły się, a źrenice beznamiętnie zlustrowały postać intruza.

– Joachimie Brulle – zaczął Hugon. – Trzeźwiej szybko, bo za trzy godziny cię stąd zabieram.

Odpowiedzią było najpierw mrugnięcie powiekami, potem bardzo powolne uniesienie głowy znad biurka, a na końcu głośne runięcie z krzesła na podłogę, tuż pod nogi przybysza. Mnich wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, uniósł głowę, smarknął na kozaki Hugona i jęknął:

– Zbawco!

 

Ech, jakby wszyscy byli tak rozsądni jak przeor, to życie byłoby o wiele prostsze – pomyślał Hugon, zatrzaskując za sobą furtkę klasztoru i strzepując z kurtki wyrwany pukiel włosów najbardziej hardego z czwórki wartowników.

Chłód zimowej nocy nieco otrzeźwił Brulle, niemniej, były już mnich miał pewne problemy z utrzymaniem równowagi i co jakiś czas należało go prostować w siodle, by nie spotkał się głową ze skalistym szlakiem. Przez pierwszą godzinę drogi Joachim sprawiał wrażenie oszołomionego, jakby nie mógł uwierzy w to, co się z nim działo, ale niedługo potem rozwiązał mu się język.

– Niech zgadnę – zaczął piskliwym głosem. – Przysłała cię Klotylda, która wciąż pała do mnie gorącym uczuciem…

– Nie – odparł Hugon, robiąc nieco zdziwioną minę w odpowiedzi na sentymentalizm towarzysza. – Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajaniach trubadurów…

– Pewnie tak – odpowiedział bez przekonania Brulle. – Tak czy siak, cóż to była za dzierlatka! Skłamałbym, że warta piętnastu lat w klasztorze, niemniej jednak…

– Żadna dziewka nie jest warta nawet piętnastu dni w klasztorze – stwierdził stanowczo zabójca. – Jesteś potrzebny na dworze arcyksięcia Willema Von Haagen…

 – Willem? A cóż on ode mnie może chcieć? – Brulle zrobił zdziwioną minę.

– Idzie wojna. Hrabia Baltazar Von Zilv wypowiedział posłuszeństwo arcyksięciu po tym, jak Willem zostawił mu z brzuchem żonę i jedyną córkę.

– Bez sensu! – odparł Joachim. – Już ćwierć wieku temu Willem był nazywany „największym jebaką na zachód od Kitaju”. Świat schodzi na psy, jak takie rzeczy są pretekstem do wojny…

Hugon potakująco pokiwał głową.

 – Sam rogaty hrabia nie stanowiłby zagrożenia, ale na jego dworze działa czarnoksiężnik, niejaki Myrenes. Nie wiemy dokładnie, skąd się tam wziął ani co potrafi, ale za pomocą zaklętych listów zdołał już wciągnąć w konflikt po stronie Baltazara Ulf, Maetz i Otterwald. Arcyksiążę potrzebuje swojego epistomanty, który przysporzy mu sojuszników, by przeważyć siły na naszą stronę.

– No tak… – niespodziewanie cicho mruknął pod nosem Joachim i odwrócił wzrok.

 

Zatrzymali się w dużym zajeździe, dziesięć wiorst od miejsca, gdzie droga z południa do stolicy Luvii krzyżuje się z żelaznym szlakiem biegnącym dalej na wschód aż do Otomanii. Chrupiący kawał wieprzka i kufle grzańca stanowiły doskonałe antidotum na zmęczenie wywołane całodniową podróżą z klasztoru w środku późnojesiennej szarugi. Hugon zwrócił uwagę, że epistomanta od kilku godzin jest dziwnie mrukliwy i nerwowy, ale przypisał ten stan niedostatkowi gorzałki podczas drogi. Faktycznie, po czwartym kuflu oblicze Joachima znów nabrało zdrowej buraczkowej barwy.

– No dobra, powiem tak – zaczął znienacka Brulle, odstawiając z brzękiem opróżnione naczynie. – Bardzo współczuję arcyksięciu i w pełni rozumiem jego wzburzenie, że sprawy przybrały taki obrót…

Hugon przełknął kawałek mięsiwa, po czym zaczął od niechcenia obracać w palcach nóż, którym kroił pieczyste.

– Jednak, mimo najszczerszych chęci, nie potrafię wam pomóc! – Joachim zrobił minę skopanego kundla. – Zanim inkwizytor osadził mnie w d’Asquineur, odebrano mi władzę nad eterycznymi mocami. Tak jakby mnie wykastrowali… – skończył smętnie.

Hugon ukroił kawałem pieczystego, nabił na widelec i zanurzył w musztardzie. Brulle przez pół minuty przyglądał się uważnie milczącemu towarzyszowi, po czym dokończył:

– Pozostaje nam chyba się rozstać. Wiedz jednak, że jestem bardzo wdzięczny za uwolnienie z klasztoru i nigdy nie zapomnę wam tego aktu łaski. Co do Baltazara, to na pewno sobie…

Hugon, jakby od niechcenia, odrzucił nóż na blat. Ostrze prawie na cal zagłębiło się w dębowej desce.

– Wieczorem zdejmę ci pieczęć – zabójca rzekł beznamiętnie, sięgając po garniec z grzańcem.

Joachim czknął, a krew nagle odpłynęła z jego twarzy.

– Zdjąć pieczęć? Przecież tego się nie da zrobić… – Gwałtownie wstał od stołu, ale widać było, że ledwo trzyma się na nogach. – Znaczy się, niby można, ale to wymaga przecie…  

Sługa arcyksięcia wzruszył ramionami i uniósł kufel do ust.

– O nie, nie, nie! – jęknął Brulle, robiąc niezdarny krok w tył. – Nie zrobisz tego. Możesz mnie zabrać z powrotem do klasztoru, ale… – Nie czekając na ewentualną ripostę, rzucił się w stronę wyjścia.

Hugon, wciąż sącząc grzaniec, kopnął stojący nieopodal zydel, tak że ten znalazł się dokładnie na trasie ucieczki epistomanty. Sekundę później dało się słyszeć niedokończone przekleństwo i głośny łoskot upadającego na deski Joachima. Zabójca odłożył kufel na stół, wstał, podszedł do leżącego towarzysza i złapał go za pasek od spodni. Choć były mnich ważył dobrze ponad dwieście funtów, sługa arcyksięcia uniósł go w górę z taką łatwością, jakby to był młody prosiak. Potem, nie zważając na błagalne krzyki i wierzgania, ruszył z nim w stronę schodków na piętro. Pozostali goście, których było bez mała dwa tuziny, skupili się na pospiesznym opróżnianiu talerzy, podziwianiu mosiężnych żyrandoli czy nagłej potrzebie skorzystania z wychodka.

Kwadrans później drzwi do jednego z pokoi gościnnych otworzyły się szeroko i pobladła córka karczmarza ujrzała wysokiego bruneta w skórzanym kaftanie poplamionym od góry do dołu krwią, wymiocinami, żółcią i chyba każdą inną ze znanych fizjologicznych wydzielin.

– Nie gap się, dziewko, tylko biegnij po dwa wiadra gorącej wody i ług! – rozkazał zabójca, wycierając pot z czoła ręką czarną od zakrzepłej krwi. – Migiem! Sprzątnąć tu trzeba.

Gdy przerażone dziewczę zbiegło na dół, Hugon obejrzał się na moment w stronę wnętrza pokoju i westchnął:

– Co za człowiek! Inni nawet przy obdzieraniu żywcem ze skóry tak się nie wydzierali…

 

3.

 

Hugon spodziewał się, że usłyszy coś w stylu „jak tylko będą mógł wstać, to cię zabiję, bydlaku!” albo przynajmniej „nienawidzę cię!”. Tymczasem, leżący w łożu Joachim, choć blady jak kreda i z twarzą wciąż wykrzywioną grymasem bólu, wydawał się nadzwyczaj spokojny. Patrzył małymi szarymi oczkami na swoje dłonie, z taką miną, jakby nie był pewien, że należą do niego. Na widok zabójcy delikatnie się uśmiechnął, co już zupełnie zbiło z tropu sługę arcyksięcia.

– Niesamowite, doprawdy niesamowite – rzekł słabym głosem, powoli obracając przed oczyma swą prawą dłoń. – Czuć to z powrotem… Niesamowite.

Hugon milczał dobrą minutę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

– Przynieść ci coś do jedzenia? – spytał w końcu.

Joachim wzdrygnął się, jakby ktoś gwałtownie wyrwał go z półsnu.

 – Tak… Tak! – odparł. – I do picia! Tylko szybko! Bo zaraz bierzemy się do roboty!

 

– Ten Ambroży to musi być bardzo światły człowiek – rzekł z nieskrywanym uznaniem Brulle, lustrując rozłożone na blacie zwoje, zalakowane fiolki i kilka misternych puzderek. – Mam tu chyba wszystko, czego mi będzie trzeba. Stara korespondencja, ingrediencje alchemiczne, przybory… Jest tylko jeden problem.

Epistomana odwrócił się od stołu i podszedł do parapetu.

– Powiedz mi, co ty właściwie robiłeś tym gołębiom? – spytał z głębokim wyrzutem w głosie, pochylając się nad klatką.

– Nic. – Hugon wzruszył ramionami.

– No właśnie!

– A co to ja gołębiarz jestem? – syknął sługa arcyksięcia. – Przeżyły? Przeżyły! Więc w czym problem.

Joachim cicho westchnął i przysiadł na krześle.

– Jak się je parę dni podkarmi, to może polecą – westchnął. – A skoro już jesteśmy w Luvii, to moglibyśmy też łatwo sami…

– Niestety, od czasu unieważnienia małżeństwa Willema z siostrą Hieronima dziesięć lat temu, stosunki z Luvią są chłodne jak rzyć topielca – odparł zabójca. – Najpierw pisz do wielkiego księcia Marcelina. Drynberg ma armię porównywalną z obecnymi siłami Baltazara. Dodatkowo, przyłączając się do nas, zablokuje drogę do Luvii, gdyby rogacz przypadkiem szukał tu sojusznika.

Joachim skinął głową. W jego oczach Hugon dostrzegł coś jakby iskierki obsesji, będące skrajnym przeciwieństwem rozmemłania i melancholii towarzyszących byłemu mnichowi tuż po opuszczeniu d’Asquineur. Epistomanta wrócił do stołu i zaczął rozkładać jeden obok drugiego zapisane odręcznie zwoje i mniejsze kartki.

– Widzę, że arcyksiążę przykłada dużą wagę do szpiegowania sąsiadów – mruknął pod nosem, a w tonie jego głosu można było odczytać szczery szacunek. – To niezmiernie ułatwia sprawę, jak wiemy dużo o adresacie… Oczywiście, można sobie poradzić i bez tego. O Klotyldzie wiedziałem jedynie, że ma cycki piękniejsze niż kopuły bazyliki w Loguncji. No ale z babami zawsze jest prosto, one łykają komplementy jak głodny kundel świeże kości, dyplomacja to już sztuka wyższych lotów…

Hugon uniósł kąciki ust w delikatnym uśmiechu.

– Ile czasu potrzebujesz? – dopytał.

Joachim wbił wzrok w blat stołu i pokręcił nosem.

– Zajrzyj tu po zmroku…

Zabójca zmarszczył brwi.

– Co znaczy „zajrzyj”?

– No chyba nie wyobrażasz sobie, że mogę pracować, jak ktoś mi patrzy na ręce? Nawet mowy nie ma! Przejdź się na jakiś spacer…

Hugon chrząknął, jakby coś mu stanęło w gardle. Spacer? Może jeszcze na nabożeństwo pokutne… Nie zwracając uwagi na reakcje towarzysza, Joachim wpatrywał się w niego wyczekującym wzorkiem. Zabójca westchnął ciężko, sięgnął po wiszącą na kołku pelerynę i ruszył ku drzwiom.

Wiele lat wcześniej Hugon od jednego ze swoich nauczycieli usłyszał porzekadło, że nawet dla wytrawnego zabójcy największym problemem jest niekiedy zabicie czasu. W normalnych warunkach sługa arcyksięcia nie miałby specjalnych problemów ze znalezieniem sobie zajęcia, ale przy wyjątkowo paskudnej pogodzie i ograniczonej przestrzeni wewnątrz zajazdu, były z tym pewne problemy. Stan zdrowia Joachima nie pozwalał na podróż konną przez najbliższe dwa lub nawet trzy dni, zatem byli skazani na pobyt w tym nieciekawym miejscu. Z początku Hugon chciał po prostu przesiedzieć parę godziny przy stole z garncem piwa, ale do pasji doprowadzało go nerwowe łypanie karczmarza, przekazujące skrywaną myśl „boję się pisnąć do was słówko, ale dziękowałbym niebiosom, jakbyście się jak najszybciej stąd wynieśli”.

Pewne nadzieje wiązał z hazardem, ale pech chciał, że na żadnym z kilku zajętych stolików nie pojawiały się karty ani kości. W zajeździe rezydowały też dwie ladacznice, jednak ich wiek i aparycja wymagały od klientów albo olbrzymiej determinacji, albo więcej niż jednodniowego picia. Córka karczmarza wydawała się za to całkiem smakowita, lecz unikała sługi arcyksięcia jeszcze bardziej niż jej ojciec, a żeby brać ją siłą, wypadało poczekać do końcówki pobytu w zajeździe, czyli jeszcze przynajmniej dwie doby. W końcu, cicho klnąc pod nosem, Hugon zostawił niedopite piwo, wstał od stołu, rzucił na blat parę miedziaków i założył pelerynę. Potem ruszył na spacer.

Było deszczowo i mglisto. Zawędrował do pobliskiej osady, która okazała się równie pozbawiona atrakcji jak zajazd. Przez moment błysnęła iskierka nadziei na chwilę rozrywki, gdy sługa arcyksięcia przypadkowo potrącił wychodzącego z młyna szlachciurę. Dłoń tamtego w pierwszym momencie powędrowała do rękojeści rapiera, ale już gdy spojrzał w jasnobłękitne oczy Hugona, to niczym pies z podkulonym ogonem ulotnił się szybko w stronę lasu. Gdy tuż przed zachodem słońca zabójca wrócił do zajazdu, czuł się tak zmęczony, jakby gołymi rękoma poprzerzucał dwieście cetnarów kamieni. Bycie spokojnym człowiekiem to jednak cholernie ciężka praca – pomyślał, uśmiechając się do spłoszonej córki karczmarza. Zjadł kolację i poczłapał na górę.

Brulle siedział, a właściwie raczej półleżał przy stole, z piórem w przybrudzonych od atramentu palcach i nochalem wbitym w kartę czerpanego papieru. Wokół walały się pobazgrane skrawki, przygniecione dwiema pustymi butelkami po winie. Epistomanta nie zwrócił najmniejszej uwagi na towarzysza, skupiając się na leżącej pod nosem karcie. Hugon pochylił się i przez wąską szczelinę między uchem i barkiem Joachima zdołał odczytać zamaszyście wykaligrafowany tekst:

 

Honorowy to nakaz i chrześcijańska powinność wesprzeć legalnego władcę przeciw buntownikowi, co pod byle pretekstem zburzyć chce porządek papieską ręką ustanowiony, krainę siecią knowań opleść i krwią umazać.

 

– Tylko tyle? – mruknął zabójca.

Joachim gwałtownie obrócił głowę i gniewnie zmarszczył brwi.

– Co „tylko tyle”? – syknął.

– No… tu jedno zdanie jest – stwierdził Hugon.

– Bo to środek listu – odparł niezbity z tropu epistomanta. – Listy zwykle zaczyna się pisać od środka.

Hugon zrzucił jedną z pustych flaszek na podłogę, przesunął ręką papiery i, nie zważając na niemy protest w oczach Joachima, usiadł na blacie.

– Skoro cały dzień siedziałeś nad jednym zdaniem – rzekł, zachowując beznamiętny ton – to można wiedzieć, ile ci zajmie dopisanie początku i końca?

Brulle starał się zrobić groźną minę, ale przy jego fizjonomii było to raczej niewykonalne.

– Nic nie rozumiesz, jak zresztą wszyscy osobnicy twojego pokroju – wycedził przez zęby. – Hołota myśli, że pisać listy, to jak doić krowy lub drewno rąbać. Ja mogę zapisać tuzin stron w jedno popołudnie, ale nie w tym rzecz. Spośród miriadów idei muszę uchwycić tę jedną najodpowiedniejszą, okiełznać ją i ubrać w słowa. Potem zakląć list tak, by zawarty w nim urok harmonizował z treścią. To proces podobny osadzaniu klejnotu w oprawie lub kupażowaniu pachnideł. Potem…

– A zdążysz przed końcem wojny? – wszedł mu w słowo Hugon.

Joachim zamilkł na chwilę, lecz zaraz potem na jego twarzy odmalowało się coś na kształt głębokiej pretensji, którą jednak chwilę później zastąpiła urażona duma.

– Z tego co mówiłeś, ów Myrenes potrzebował miesiąca, by rozesłać trzy zaklęte listy – stwierdził rzeczowym tonem. – Oznacza to, że raczej mierny z niego zaklinacz, co ci zaraz udowodnię. Jutro będziesz miał list do Marcelina. Za trzy dni drugi, do kogo tylko zechcesz.

Hugon bez słowa przeniósł wzrok z twarzy epistomanty na sufit. Potem zeskoczył ze stołu i udał się w stronę swojego łoża.

– Czarodzieje są jak baby – westchnął cicho pod nosem, ale na tyle głośno, by Brulle usłyszał. – Najpierw wszędzie widzą problemy, a potem ni z gruszki ni z pietruszki stwierdzają, że to jednak wszystko bardzo proste.

Epistomanta chrząknął głośno i pochylił się nad zapisywaną kartą.

– No, może są ciut lepsi niż baby – dokończył sługa arcyksięcia – bo sami z siebie do tego dochodzą, a nie dopiero, jak się ich po gębie trzaśnie…

 

Następnego dnia pogoda się znacząco poprawiła – było co prawda sporo chłodniej, ale słonecznie. Hugon stwierdził, że przejedzie się konno do najbliższego miasta, Frusette, gdzie była możliwość wymiany wieści z posłańcami na tamtejszym posterunku pocztowym. Zostawiając Joachima samego w zajeździe na cały dzień, czuł pewien dyskomfort, którego charakteru nie potrafił dokładnie określić. Nie była to obawa, że epistomanta ucieknie lub ktoś zrobi mu krzywdę, ale rodzaj mglistej intuicji zwiastującej problemy.

Wizyta w mieście okazała się owocna w wielu wymiarach. Posłaniec zmierzający do Beneuvre, stolicy Luvii, chętnie podzielił się najświeższymi doniesieniami z wschodnich księstw i wolnych landów. Siły trzech sojuszników Baltazara zgromadziły się na przedmieściach Zilverstad, czekając na rozkaz wymarszu, który z nie do końca jasnych dla pospólstwa powodów był od paru dni odwlekany. Chodziły plotki, że lada moment buntownika wesprze wolne miasto Hirenstein. Legat papieski przerwał podróż powrotną z Rzymu do arcyksięstwa, co Baltazar interpretował, może zbyt pochopnie, na swoją korzyść. W innych hrabstwach arcyksięstwa formalnie deklarowano pełną lojalność wobec suzerena, ale mobilizacja przebiegała dość opieszale. Pozostałe cztery wolne landy i dwa sąsiednie księstwa na razie w milczeniu śledziły rozwijający się konflikt, niczym wygłodniałe sępy krążące wysoko nad przyszłym polem bitwy.

Frusette miało też inne zalety metropolii, od tak drobnych, jak świeża tabaka, po tak fundamentalne, jak kobiety lekkich obyczajów bez wszy, śladów po ospie i z niewielkimi ubytkami w uzębieniu. W mieście znajdowały się nawet łaźnia termalna i teatr, choć ten ostatni u bardziej wysublimowanego widza mógł wzbudzić jedynie rechot zażenowania. Nic zatem dziwnego, że wizyta w Frusette była dla Hugona jak wyskok z czyśćca do przedsionka nieba. Zabójca nawet się nie obejrzał, gdy słońce zniknęło za horyzontem. Dopił okowitę, niespiesznie osiodłał konia i truchtem ruszył do zajazdu.

Już pierwszy kontakt wzrokowy z karczmarzem dał do zrozumienia, że coś się wydarzyło. Spojrzenie gospodarza zajazdu przekazywało dwa nieco sprzeczne komunikaty: pierwszy – „przepraszam wielmożnego pana, że się ośmielam…” i drugi – „kto mi za to wszystko zapłaci?” Hugon niejeden raz widział podobny wyrzut w oczach oberżystów, ale jak dotąd zawsze był on pochodną jego obecności, a nie nieobecności w gościnnym przybytku. Zabójca prężnym krokiem ruszył na piętro, gdzie minął stojącą przy barierce starszą z ladacznic. Ta, opierając ręce na biodrach i robiąc hardą minę, obdarzyła go podobnym spojrzeniem jak gospodarz zajazdu, co już wzbudziło u Hugona lekką konsternację. Gdy parę sekund później otworzył drzwi, wszystko nagle stało się jasne.

Joachim, ubrany jedynie w naciągnięte do połowy tyłka kalesony, spał w najlepsze z głową na stole, w pozycji podobnej do tej, w której Hugon ujrzał epistomantę po raz pierwszy w klasztorze d’Asquineur. Wszędzie walały się flaszki po winie i okowicie, musiało ich być dobrze ponad tuzin. Obok krzesła leżała wywrócona duża micha z niedojedzonym pieczonym prosięciem. Brulle donośnie chrapał, a płomienie dogasających świec i skrawki pobazgranych papierów na blacie falowały w rytm jego oddechu. Zabójca stał przez chwilę w progu, po czym obrócił się na pięcie i powoli ruszył na dół.

 

– Utłłopisz mhnie, warhiacie! – wybełkotał Brulle, łapczywie łapiąc powietrze, gdy jego twarz znalazła się na chwilę nad lustrem lodowatej wody. Hugon tylko ziewnął i z powrotem zanurzył głowę towarzysza w stojącym na podłodze wiadrze. Zaczekał aż drgające konwulsyjnie kończyny zwiotczeją, po czym puścił epistomantę, pozwalając mu wysunąć głowę z wody i bezwładnie opaść na deski. Potem przyklęknął i złapał za rączkę wiadra.

– Ta woda już się zbytnio ociepliła – mruknął. – Przyniosę nową…

 

Siedzący na krawędzi łoża siny Brulle skrzyżował ręce na nagich piersiach. Jego opasły brzuch dygotał niczym rzadka galareta.  Epistomanta zadzwonił zębami, rozchylił wyblakłe mięsiste wargi i popatrzył błagalnie na otwarte okiennice, którymi wpadały powiewy nocnego wiatru. Odziany w pelerynę Hugon siedział tymczasem przy stole, przegryzając kiełbasę i popijając parujący grzaniec.

– Opilstwo to zgubny nałóg – rzekł, kierując swoje słowa bardziej do kielicha niż do towarzysza. – Ponoć u saraceńskich piratów jest taki obyczaj, że jak kogoś przyłapią pijanego, to mu…

– Nnnnic nie rozumiesz… – wycedził Joachim, szczękając zębami.

– Tak?

– Tttak. – Epistomanta pochylił się ku podłodze i ukrył głowę w dłoniach. – Ja pracowałem…

– A to ciekawe! – Hugon odstawił pusty puchar na stół. – Ileż to ludzi marzy o takiej pracy, na przemian chlać i dziwki chędożyć od świtu do nocy…

– Tworzyłem list – odparł Brulle słabym głosem, patrząc wciąż w kierunku otwartych okiennic.

– A gdzie on?

– W głowie.

– Cha! To tam się jeszcze coś zmieściło, oprócz wińska?

Epistomanta milczał przez chwilę, po czym z wielkim wysiłkiem uniósł głowę, by spojrzeć w oczy Hugonowi.

– Jutro do końca dnia go spiszę.

Zabójca przełknął ostatni kęs kiełbasy i założył nogę na nogę.

– Liczę na to i tym razem cię przypilnuję – stwierdził. – Do końca dnia. Inaczej… No to właśnie musimy wrócić do tych saracenów. Więc oni…

 

4.

 

Pierwotnie Hugon planował spędzić cały dzień w pokoju z epistomantą, ale jęczenie Joachima i jego mina skatowanego kundla były ponad siły sługi arcyksięcia. W końcu zabójca zszedł na dół i w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił karczmarzowi, co się stanie z zajazdem, jeśli na górę powędruje choć jedna flaszka. Rozłożył się na ławie i spróbował zdrzemnąć.

Udało mu się tak wytrzymać parę godzin, do południa. Przeczuwając, że jego misja spełznie na niczym i trzeba będzie lada moment zwijać manatki, postanowił w końcu zacieśnić znajomość z córką karczmarza. Jednak w momencie gdy zwlekł się od stołu, zobaczył stojącego na schodach Joachima, podpierającego się oburącz o barierkę.

– Napisane! – wychrypiał epistomana.

– Już?! – Na twarzy zabójcy odmalowało się niedowierzanie.

– A już! – odparł Brulle, starając się skupić rozbiegane, przekrwione oczy w miażdżące spojrzenie tryumfu.

Hugon pokręcił nosem i ruszył na górę. Blat stołu był zaskakująco uporządkowany, znajdował się na nim jedynie zapisany pergamin, kałamarz z piórem i trzy małe fiolki z tych, które przekazał Ambroży.

– Przybijasz pieczęć arcyksięcia, ja rzucam urok, gołąbek leci i za dwa dni Drynberg jest nasz! – Brulle zacierał dłonie, ciesząc się niczym młokos.

Zabójca, wciąż lekko zaszokowany widokiem porządku na stole, pochylił się nad listem, skupiając wzrok na jednym ze środkowych akapitów:

 

Jeśli zaś wsparcia odmówisz alboż – nie daj Bóg – buntownika słowem lub orężem wesprzesz, nie ominie cię nasz gniew sprawiedliwy. Psy twe truchło zeżrą, pałac w proch obrócimy i ziemię zaoramy, a żona twa i córki za posługaczki w koszarach robić będą, ku uciesze żołdaków swawolnych.

 

– Oszalałeś!? – Hugon zmarszczył brwi.

– Nie, tylko zmieniłem koncepcję – odparł ze stoickim spokojem Joachim, siadając na krawędzi łóżka. – Formułując prośbę w ten sposób, możemy liczyć na najszybsze i gorliwe wsparcie…

– Gorzałka musiała ci chyba do końca rozum wypalić – syknął zabójca. – Tak to sobie możesz straszyć jakiegoś cherlawego półkrwi barona, a nie wielkiego księcia, z trzecią co do wielkości armią na terenach dawnego Cesarstwa.

– Myślałem, że jesteś bystrzejszy, ale nieważne… – odpowiedział Brulle i uśmiechnął się szeroko na widok błysku wściekłości w oczach Hugona. – Pamiętaj, że to nie będzie zwykły list. Zamknę w nim urok, który odbiera adresatowi odwagę i wywołuje paniczny lęk, niczym u zwierza zaplątanego we wnyki. Na tym właśnie polega prawdziwa sztuka zaklinania! Głowę daję, że ten Baltazarowy Myrenes, choćby i rok się kisił, czegoś podobnego nie potrafiłby stworzyć.

– No tak, to już ma jakiś sens. – Hugon pokiwał głową. – Cha, cha! Marcelian robiący w pończochy ze strachu! Chciałbym to na własne oczy zobaczyć.

Joachim wstał z łóżka i zrobił krok w stronę stolika.

– Weź wosk i przybij pieczęć, a ja rzucę urok. To zajmie jakieś trzy godzinki.

– Doskonale.

– Mogę się napić wina? Jedną but…

– Nie ma mowy!

 

Brulle zatrzasnął okiennicę i odwrócił się w stronę towarzysza.

– Masz ciągle słomę we włosach – rzekł, uśmiechając się krzywo.

Hugon przesunął otwartą dłonią po głowie, strącając na podłogę parę ciemnożółtych ździebełek.

– Zbałamuciłeś córkę karczmarza – bardziej stwierdził, niż spytał epistomanta.

– Eeee tam, zaraz „zbałamuciłeś”. – Hugon wzruszył ramionami. – To zaszczyt dla takiej dziewki…

– Soczysta z niej sarenka – wszedł mu w słowo Brulle. – Szkoda, że czytać nie umie, tak już bym dawno miał ją pod pierzyną…

No proszę, nawet brak kształcenia może się na coś w życiu przydać – pomyślał z przekąsem zabójca.

Epistomanta spojrzał kątem oka na półmrok spowijający las za oknem.

– No widzisz, i po co się było tak pieklić – rzekł ze słabo skrywaną nutką pretensji w głosie. – Mając wielkiego księcia po swojej stronie, nie musicie się już bać Baltazara, chyba, że przeciągnie na swoją stronę całą resztę wschodnich landów. Ale nie ma obawy… jutro napiszę do Rocherville.

 Zabójca uśmiechnął się pod nosem i pokiwał głową.

– Strasznie się dziś zmachałem – dokończył Joachim, ziewając. – Na nic już siły nie mam, chyba pójdę spać. Rankiem wezmę się za list…

– Zaraz jak tylko skończysz, ruszymy w drogę – wtrącił Hugon. – Mam już dość tego miejsca, z nudów flaki tu mi się na wierzch wywracają. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to na dworze arcyksięcia będziesz miał tyle panienek, co w saraceńskim raju i tyle wińska, co w piwnicy arcybiskupa.

Joachim oblizał spierzchnięte wargi.

– A jedną, jedyną flaszeczkę już teraz?… – jęknął.

– Wbrew temu, co o mnie niektórzy gadają, jestem bardzo cierpliwym człowiekiem. –zabójca niby mówił spokojnie, ale na plecach Brulle pojawiła się gęsia skórka. – Niemniej, nie nadużywaj tego…

 

Córka karczmarza postawiła na stole michę parującej jajecznicy z boczkiem i rzuciła wyzywające spojrzenie siedzącemu na łożu Hugonowi. W jej oczach można było odnaleźć przedziwną mieszankę wyrzutu i wdzięczności, lodowatego gniewu i ognistego pożądania. Zabójca uśmiechnął się do szelmowsko, potem przeniósł wzrok na jej imponujący dekolt, by wreszcie wrócić do sznurowania jeździeckich butów. Dziewczyna zrobiła urażoną minę, przygryzła wargi i szybkim krokiem opuściła izbę.

Epistomanta z oślinioną brodą i pożądliwym wzrokiem rozsiadł się przed michą jajecznicy, łapczywie chwytając w jedną rękę łyżkę, w drugą ćwierć bochna chleba. Nagle jego noga potrąciła na podłodze coś, co z brzękiem potoczyło się pod buty Hugona. Sługa arcyksięcia podniósł malutką czerwoną fiolkę zamknięta czarnym korkiem i obejrzał pod światło.

– A to co? – spytał.

Łyżka ze stukotem opadła na blat. Joachim zakaszlał, wypluwając kawałek boczku na drugi kraniec stołu.

– Żółć lisołaka – wydukał, blednąc.

– Czemu to się po podłodze pałęta?

Epistomanta nie odpowiedział, tylko pobladł jeszcze bardziej. Hugon zmarszczył brwi i powoli wstał.

– To służy to utrwalania niektórych uroków – jęknął Joachim tak cicho, że towarzysz ledwo go usłyszał. – Bez tego zaklęcie utrzymuje się najwyżej parę godzin…

Zabójca zrobił krok w stronę stołu, Brulle podkulił plecy, jakby chciał się ukryć za blatem.

– Czyli? – mruknął Hugon.

– Gdy list dotrze do Drynbergu, uroku już na nim nie będzie – pisnął Joachim, niemal opierając nos na krawędzi stołu.

Hugon nie drgnął, przez kilka sekund nie odezwał się też ani słowem. Było w tym coś nieludzko złowieszczego. Joachim stęknął ciężko, ale potem gwałtownie się wyprostował, a w jego oczach zapłonęły ogniki wściekłości.

– To wszystko przez ciebie! – wysyczał głośno. – Zapomniałem utrwalić urok, bo byłem zbyt trzeźwy!

Zabójca nadal stał niewzruszony jak lodowaty posąg, jeśli nie liczyć pionowej kreski, pogłębiającej się na jego czole.

– Zabij mnie teraz, wypatrosz, posiekaj! – wrzeszczał Joachim. – Tylko to potrafisz, pastwić się nad ludźmi, rzeźniku! No, dalej…

Hugon wybuchł perlistym śmiechem, bardzo donośnym i szczerym. Zbity z tropu epistomanta zamarł z otwartymi ustami. W końcu zabójca przestał się śmiać, ale z jego twarzy nie zniknęło rozbawienie.

– Cóż, skoro sami przypadkiem przeciągnęliśmy Drynberg na stronę Baltazara, to naszą ostatnią nadzieją zostaje Luvia – stwierdził.

– No… tak – przytaknął Joachim słabym głosem.

Hugon wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, ominął stół i ruszył ku drzwiom.

 

Czymże zgrzeszyłem, Panie, że tak mnie doświadczasz? – jęknął w cichości ducha karczmarz, gdy Hugon odchodził od szynkwasu. Potem westchnął ciężko i, klepiąc pod nosem zdrowaśki, udał się do piwnicy po antałek najlepszej okowity, którą zabójca kazał mu natychmiast dostarczyć do pokoju przyjaciela.

Sługa arcyksięcia udał się tymczasem w kierunku stajni, ale szczęśliwym trafem spotkał po drodze córkę karczmarza, niosącą do zajazdu wiadra wody ze studni. Dziewczyna posłała mu gniewne spojrzenie, ale jednocześnie spłonęła rumieńcem, co tworzyło bardzo pociągający melanż. Nie bawiąc się w dworskie podchody, Hugon jednym susem znalazł się przy dziewczynie i mocno pochwycił ją w talii, unosząc lekko nad ziemią. Wiadra opadły na trawę, rozlewając wodę. Szorstkie wargi mężczyzny zatopiły się w krwistoczerwonych ustach dziewki, która dla zachowania pozorów trochę wierzgała nogami i usiłowała się wyswobodzić z uścisku. Chwilę później zniknęli w stodole.

 

Córka karczmarza, choć na swój sposób urocza, mogła zająć zabójcę co najwyżej na pół godziny. Resztę czasu trzeba było zabić w inny sposób, zwłaszcza pijąc wino i gotując broń, która lekko przyrdzewiała od nieużywania. List to zamku Beneuvre, gdzie rezydował książę Heronim, musieli dostarczyć osobiście, gdyż pozyskanie Luvii nie było brane pod uwagę i Ambroży nie wyposażył zabójcę w odpowiedniego gołębia. Zresztą, nawet gdyby istniała możliwość dostarczenia listu posłańcem, nauczony doświadczeniem Hugon na pewno by z niej nie skorzystał, chcąc kontrolować cały proces najdłużej, jak tylko się da.

Gdy wieczorem zabójca zawitał do izby na piętrze, zastał Joachima w podobnym stanie co dwa dni wcześniej. Tym razem jednak Hugon ograniczył się tylko do przeniesienia epistomanty z blatu stołu na łóżko i zamówienie u karczmarza drugiego antałka, bowiem ten z rana był już wypity do ostatniej kropli. Potem zabójca spokojnie zasnął.

Dobudzenie epistomanty rankiem wydawało się niewykonalne, zatem sługa arcyksięcia pozostawił mu nowy antałek koło łóżka i wrócił do swojego stałego rytmu dnia, do córki karczmarza, wina, pałaszy i pistoletów. W międzyczasie mógł zauważyć, że Joachim koło południa ściągnął do izby obie ladacznice wraz z czterema butelkami małmazji. Późnym wieczorem epistomnta okazał się równie odurzony jak poprzednio, ale za to pergaminy i alchemiczne ingrediencje na blacie stołu zaczęły wykazywać nieśmiałe symptomy uporządkowania.

Na koniec trzeciego dnia list do księcia Hieronima był gotowy.

 

– To absolutny majstersztyk! – rzekł Joachim, po czym huknął pięścią w pierś i potężnie beknął. Hugon nachylił się nad pergaminem.

 

Choć władza ma przez Stolicę Piotrową potwierdzona, książęcej korony nosić nie jestem godzien. Grzeszyłem ciężko, nurzałem się w lubieżnych abominacjach, hańbiąc łoża wasali, przyjaciół i sąsiadów. Lista mych przewinień długa jest jak kardynalska stuła. Żona i córka hrabiego Baltazara Von Zilv, trzy córki, wnuczka i siostrzenica księcia Gudenheim, któremu też zięcia ukatrupiłem, gdy mnie na swawolach przyłapał. Siostra, matka i (…)

 

– Tu nie ma żadnej prośby o wsparcie, ani nawet groźby – mruknął pod nosem. – Brzmi jak spowiedź pudrowanej dewotki…

– A doczytałeś do końca? – syknął zdenerwowany epistomanta.

– Już dobrze, dobrze…

 

(…) Błagam i Ciebie o przebaczenie, zacny Hieronimie, bo obrzydliwe przewiny me przeciw Tobie, o których pojęcia nawet nie masz, okrutnie mi na sercu ciążą.

Honor rycerski odpór buntownikom dać nakazuje, ale w skrytości ducha ulgę poczuję, gdy przed sądem stanę i na szafot prowadzony będę. Wówczas publicznie wyznam wszystkie me wielkie winy. Zadośćuczynić złu nie mogę w tym życiu, ale pozostaję w nadziei, że Ojciec Miłosierny przez ogień czyśćcowy przeprowadzić mnie raczy.

 

– No i co? – westchnął zabójca. – Mówiłem przecież, spowiedź dewotki. Na dodatek, niezbyt to do arcyksięcia podobne. Kto uwierzy, że…

– O to już ja się zatroszczę – wszedł mu w słowo Brulle. – Zasadniczo, list ten nie potrzebuje wiele zaklinania. Ot, szczypta uroku, by serce Hieronima zmiękczyć i jeszcze to… – Joachim pokazał na tygielek, gdzie znajdowała się szczypta szarozielonego pyłu. – To mu na kilka nocy co innego zmiękczy i czas jakiś książę nie będzie mężczyzną.

Hugon zmarszczył brwi.

– Co ty, u licha, kombinujesz?

– Przy obecnych stosunkach Willema z Hieronimem, bezpośrednie prośby o pomoc są nieskuteczne a groźby zbyt ryzykowne. List jest zatem wyznaniem win. Nawet przesadnych i nieprawdziwych. – Epistomanta mrugnął porozumiewawczo okiem. – Zasiejemy niepokój w sercu Hieronima. Postawimy go w gronie ofiar lubieżnego Willema. Ofiar, które arcyksiążę jeszcze ośmieszy publiczną spowiedzią…

Zabójca uśmiechnął się.

– Gdy Hieronim zauważy, że męskość go zawodzi, wpadnie w panikę – kontynuował Brulle. – Zamiast nienawidzić Willema, zacznie mu na swój sposób zazdrościć, nie będzie chciał wesprzeć bandy żałosnych rogaczy. I na pewno nie będzie chciał, by światło dzienne ujrzały owe „obrzydliwe przewiny” przeciw niemu samemu. To już prędzej stanie w obronie legalnej władzy…

Hugon pokiwał głową i usiadł na krawędzi blatu.

– Niech mnie niedźwiedź wychędoży! Jak kiedyś przyślesz mi list, to posłańca zmuszę, by go zjadł, a potem wyrzucę przez okno – westchnął.

– Cha, cha! A jeśli sprawię, że posłaniec po zjedzeniu listu wyrzuci ciebie przez okno?

Zabójca ciężko przełknął ślinę.

 

 

5.

 

Słońce górowało nad nieboskłonem, a mrozik przyjemnie szczypał w policzki. Gęsty las urwał się nagle, jakby ucięty nożem. Zobaczyli oprószoną śniegiem równinę przeciętą szeroką rzeką o ciemnych wodach. Meandry oplatały duże zamczysko z czterema strzelistymi wieżami. Nieco dalej widać było rozciągnięte wzdłuż brzegu miasto z dużym portem rzecznym i relatywnie skromną romańską katedrą.

– Uff – odetchnął Brulle. – Jakie to szczęście, że jesteśmy na miejscu. Nigdy nie siedziałem w siodle trzy dni pod rząd, mam wrażenie, że mi zadek odpadnie.

– Jak tylko książę oczyta list, będziesz mógł resztę życia spędzić leżąc do góry brzuchem – stwierdził beznamiętnie Hugon.

– Właśnie to zamierzam zrobić. Ach… Beneuvre. – Wzrok epistomanty powędrował w stronę majaczącego za zamczyskiem miasta. – Ponoć robią tu najlepszą jabłeczną okowitę na świecie…

 

Otrzymane od Ambrożego pierścień poselski i list żelazny bez większego wysiłku otwierały kolejne bramy twierdzy, choć niechęć wartowników do Hugona była widoczna gołym okiem. Cóż, unieważnienie małżeństwa Willema z siostrą Hieronima nawet po dekadzie owocowała tym, że każdego sługa arcyksięcia traktowano z mieszanką wzgardy i podejrzliwości.

Zatrzymali się w pomieszczeniu kapitana straży, gdzie Hugon musiał złożyć broń zgodnie z przyjętym w dyplomacji zwyczajem. Po kwadransie pojawił się tam podstarzały kanclerz w asyście czterech gwardzistów. Przejął list, sprawdził autentyczność pieczęci i kazał przybyszom podążyć za sobą.

Gdy znaleźli się w szerokim korytarzu prowadzącym bezpośrednio do sali tronowej, w jednej z bocznych odnóg dało się słyszeć kroki podkutych butów. Kanclerz dał znak gwardzistom, by się zatrzymali, a chwilę później wyszła im naprzeciw grupa mężczyzn. Na jej czele stał żylasty łysy oficer o szpetnej twarzy z dużą blizną nad lewym okiem. Obok niego szedł elegancko odziany, około dwustoletni młodzieniec o śniadej cerze i twarzy zdradzającej krew saraceńskich koczowników z dalekiego południa. Towarzyszyło im sześciu rosłych strażników z muszkietami, w tym dwóch tak potężnych, że nawet Hugona przewyższali o dobre pół głowy.

Strażnicy bez słowa otoczyli zabójcę i Joachima, oficer wymienił z kanclerzem porozumiewawcze spojrzenie, po czym starzec bez słowa oddał zapieczętowany list śniademu młodzieńcowi. Ten delikatnie wziął pergamin w obie dłonie i zmrużył oczy.

– Cholera… – syknął Hugon.

– Prawie wam się udało – na twarzy młodego człowieka błysnął uśmieszek perwersyjnej satysfakcji. – Gdybyście przybyli tu wczoraj…

Kanclerz odwrócił się w stronę Joachima i Hugona.

– Co z nimi robimy? – zapytał spokojnym głosem.

Oficer otworzył usta, ale młodzieniec go ubiegł.

– Trafią do lochu, gdzie zaczekają na mistrza. Taka była umowa.

Łysy mężczyzna milczał przez chwilę, myśląc nad czymś intensywnie. Potem wyszarpnął zza pasa pistolet, wycelował i strzelił do zabójcy, trafiając go w prawe ramię. Hugon zgiął się lekko, zaciskając zęby, ale zaraz potem się wyprostował. Joachim głośno jęknął, jakby to on sam został postrzelony.

– Co ty wyprawiasz! – krzyknął młodzieniec.

– To Hugon Rebroux, najgorszy z siepaczy Willema – odrzekł oficer, bardzo powoli podchodząc do zabójcy. Schował pistolet i sięgnął po przytroczony do pasa sztylet. – Jeśli go nie zabijesz, kiedy masz okazję, to on cię zabije przy pierwszej nadarzającej się okazji…

– Dość! – Jak na swój wiek i skromną posturę, młodzieniec miał całkiem władczy głos.

– A szkoda… – westchnął oficer, który zbliżył się już do Hugona na odległość ledwie kilku cali twarzą w twarz. Schował z powrotem do pochwy wysunięty do połowy sztylet.

Zabójca zaatakował tak szybko, że Brulle nie dostrzegł samego ciosu głową, a dopiero zalaną krwią twarz oficera. Niemal w tym samym momencie lewe ramię Hugona oplotło szyję łysego mężczyzny, jakby w parodii przyjacielskiego uścisku, po czym zabójca mocno szarpnął i puścił ofiarę. Coś głośno gruchnęło, oficer wykonał piruet obryzgując wszystkich wokół strużką krwi z rozbitego nosa, po czym zwalił się na posadzkę z przetrąconym karkiem.

– Nie cierpię głupców – westchnął Hugon, spluwając na skręcone zwłoki – którzy udzielają innym dobrych rad, a sami się do nich nie stosują.

Sekundę później poczuł tępe uderzenie kolby muszkietu w potylicę. Potem wszystko zalała czerń.

 

– Żyjesz?! – piskliwy głos Brulle zdawał się dobiegać jakby ze wszystkich stron, wzmacniany wielkokrotnym echem.

Hugon otworzył oczy. Otaczała go ciemność.

– Ciszej, u diabła – syknął.

– Jesteśmy w lochu – pośpieszył z wyjaśnieniami Joachim. – Cyrulik opatrzył ci rękę, ale chyba sporo krwi straciłeś…

– Nic to… – westchnął Hugon przez zęby. – Kim był ten pryszczaty kozojebca?

– Jakiś pupilek Myrenesa – wyjaśnił Joachim. – Z tego, co zrozumiałem, był w Drynbergu, gdy gołąb dostarczył nasz list. Wyczuli, co się święci, i szybko pognali tutaj. Spóźniliśmy się po prostu… – w głosie epistomanty dało się wyczuć wielki żal.

– Kiepska sprawa. Już po Willemie. I po nas…

Joachim głośno pociągnął nosem.

– To niesprawiedliwe! – był na granicy szlochu. – Taki wspaniały list! Wszystko jest jeszcze do naprawienia, tylko musimy jakoś uciec! – swoim zwyczajem gwałtownie przeszedł od depresji do maniakalnego zrywu. – Właściwie nas nie przeszukali, nie masz przypadkiem jakichś wytrychów?

– Nie używam takich rzeczy – odburknął Hugon.

Joachim usłyszał szuranie i pobrzękiwania łańcucha.

– Mam dwa sztylety. Przynajmniej taki mi się wydaje… – stwierdził zabójca.

– A ja pióro!

Hugon tylko cicho westchnął.

 

W ciemnym lochu szwankuje rachuba czasu, ale Joachim był pewny, że trzymano ich dobrze ponad dobę, co wnioskował po skręconych z głodu kiszkach. W końcu jednak pół tuzina gwardzistów wyciągnęła ich z zawilgotniałej celi i zaprowadziła poziom wyżej, do zamkowych piwnic. Prawą rękę Hugon miał niedbale opatrzoną, lewą skutą łańcuchem z prawą ręką Joachima. Obaj mieli też skute nogi, ale przynajmniej na tyle luźno, że mogli stawiać normalne kroki. Na epistomantę żaden ze strażników nie zwracał najmniejszej uwagi, wszyscy za to patrzyli spode łba na Hugona, dając do zrozumienia, że zastrzelą go przy najmniejszym podejrzanym ruchu.

Znaleźli się w szerokim rozwidleniu korytarza, gdzie czekało na nich czterech mężczyzn. Jednym z nich był poznany wcześniej śniady młodzieniec, do tego dwóch nieznanych szlachciców w średnim wieku, sądząc po insygniach reprezentujących Luvię i Drynberg, oraz wysoki brunet około pięćdziesiątki, którego tożsamość była aż zbyt łatwa do odgadnięcia.

Myrenes postawą przypominał raczej generała niż kogoś, kto spędza życie nad księgami. Odziany był w czerwoną powłóczystą szatę na wzór wschodni, przedzieloną podwójnym złotym pasem. Miał wielki orli nos, a jego pociągła twarz wyglądała jak wyciosana z ciemnooliwkowego drewna. Czarne oczy zdawały się nieproporcjonalnie małe, ale ich lichy rozmiar był z nawiązką kompensowany przez nadnaturalny blask.

Czarnosiężnik trzymał w dłoni list do Hieronima; pieczęć była złamana. Nie zwracając najmniejszej uwagi na towarzyszy, gwardzistów czy Hugona, Myrenes zwrócił się wprost do Joachima:

– Wspaniała robota – w niskim, lekko chrapliwym głosie wyraźnie wyczuwało się obcy akcent. – Masz wielki talent, tylko powinieneś lepiej wybierać mocodawców…

Joachim milczał, przygryzając wargi. Hugon powoli omiótł wzrokiem pomieszczenie. Ujrzał dwie wycelowane w siebie lufy muszkietów.

– Za intrygi i szpiegowanie dla tego buhaja, Willema, czeka was śmierć w męczarniach – kontynuował spokojnym głosem czarnoksiężnik. – Tobie jednak… – zrobił krok w stronę epistomanty. – Dam szasnę ujść z życiem. Wystarczy, że odpowiesz mi na kilka pytań.

Brulle dalej milczał, ale widać było, że nad czymś intensywnie rozmyśla. Na twarzy Myrenesa zagościł delikatny uśmiech, który przyprawił stojących obok gwardzistów o gęsią skórkę. W końcu Joachim cicho westchnął, wymienił krótkie spojrzenie z Hugonem, po czym jego oczy spotkały się z czarnymi oczkami Myrenesa.

– Moje odpowiedzi na nic ci się nie przydadzą – rzekł oschłym tonem. – Nigdy nie będziesz umiał tego co ja.

Uśmiech natychmiast zgasł z twarzy czarnoksiężnika. Śniady młodzieniec pobladł i instynktownie zrobił krok do tyłu.

– Idź do diabła, pogański psie! – dokończył z pasją Brulle.

Hugon spojrzał na towarzysza wybałuszonymi oczyma. Przez moment w piwnicach zapadła absolutna cisza. Wydawało się, że nawet ogień na pochodniach przestał trzaskać, a ich światło lekko przygasło.

Twarz czarnoksiężnika długo pozostawała nieruchoma jak posąg, w końcu jednak zagościł na niej sardoniczny uśmiech.

– Owszem, pójdę do diabła – wysyczał Myrenes. – I poproszę go, by się z wami zabawił.

Łańcuch pobrzęknął cicho o posadzkę, gdy pod Joachimem ugięły się nogi.

– Będziecie przeklinali dzień, w którym przyszliście na świat – mówił dalej czarnoksiężnik. – Łamanie kołem i żelazna dziewica to igraszka wobec tego, co zrobi z wami żądny ludzkiego mięska ognisty inkub…

Brulle zrobił się blady jak kreda i bezwładnie osunął na posadzkę.

– Ambroży, niech cię licho… – syknął pod nosem Hugon.

 

Zawleczono ich do dużego pomieszczenia i rzucono pod ścianę jak worki kartofli. Komnata była oświetlona tylko przez jedną lampkę oliwną przy wejściu; jej drugi kraniec ginął w ciemnościach. Kątem oka Hugon dostrzegł jednak, że znajdując się tam jakieś skrzynie i beczki. W powietrzu unosił się przedziwny kupaż aromatów – kurzu, destylowanego alkoholu, ziół i… świeżej posoki. Łańcuch spinający nadgarstki Joachima i Hugona przeprowadzono przez naścienne owalne mocowanie, które następnie zapięto na masywną kłódkę. Jako że łańcuch nie był za długi, a uchwyt w ścianie umieszczony wysoko, gdy jeden ze skutych mężczyzn chciał opuścić rękę, nawet stojąc, to automatycznie ciągnął nadgarstek drugiego więźnia do góry.

Wszyscy oprawcy, poza czarnoksiężnikiem, opuścili komnatę. Myrenes stanął plecami do więźniów i zaczął intonować pod nosem pieśń w niezrozumiałym języku, kreśląc w powietrzu jakieś symbole. Po kilku minutach podłoga przed nim zaczęła się żarzyć na czerwono. Gdzie jeszcze przed chwilą pełzała ciemność, zabójca dostrzegł pentagram o średnicy jakichś czterech łokci. Brulle odzyskał zmysły i chicho stęknął.

Myrenes odwrócił się do więźniów.

– Sam chętnie bym popatrzył, ale… wygłodniały inkub jest nieobliczalny – uśmiechnął się szeroko. – Poza tym, czas nagli i muszę śpieszyć do Baltazara. Zjednoczone pod jego… pod naszą wodzą – poprawił się – wojska już maszerują. Za góra pięć dni z pałacu waszego arcyksięcia nie zostanie kamień na kamieniu, a on sam będzie wył obdzierany ze skóry i łamany kołem ku uciesze gawiedzi.

Zamilkł i ruszył ku drzwiom. Zatrzymał się jednak we framudze i lekko obrócił głowę.

– Lepiej dla was, jeśli od razu umrzecie ze strachu – rzucił pogardliwie. – Inaczej, choć są tu bardzo solidne drzwi, wasze wycie będzie słychać na szczytach zamkowych wież.

Drzwi zatrzasnęły się z łoskotem i szczęknął skobel. Chwilę później, do uszu uwięzionych dotarły stłumione odgłosy bieganiny i krótkie żołnierskie komendy. Wyglądało na to, że ktoś profilaktycznie ewakuuje podziemia twierdzy.

Hugon zaklął pod nosem i szarpnął łańcuch. Niestety, mocowanie było bardzo solidne i tylko lekko zatrzeszczało.

– Parę minut i sobie z tym poradzę – stwierdził zabójca.

– Nie mamy paru minut! – Zrezygnowany Brulle wbił oczy w pentagram. – Na demonologii to się on zna, saraceńskie ścierwo…

Pentagram żarzył się coraz mocniej, zmieniając barwę z czerwonej na pomarańczową.

– Ubijałem wąpierze i gargulce – mruknął pod nosem Hugon. – Różnie tałatajstwa się kręciły po arcyksięstwie. Na inkuba to srebro czy złoto?

– Potrzebne złoto – westchnął rzewnie Joachim. – Poświęcone…

– Mam – odparł zabójca – z tyłu, ukryte w pasie.

W oczach epistomanty błysnęło ożywienie.

– Możesz wyciągać? – spytał, spoglądając kątem oka na pentagram, którego krawędzie były już jasne jak żelazo wyjęte z kowalskiego pieca.

– Niby jak, zębami? – syknął Hugon. – Pomóż mi, jest z prawej strony. Musisz odgiąć skórzaną krawędź koło zdobienia.

Zabójca obrócił się plecami do epistomanty, który zaczął mu gmerać oburącz w okolicach pasa, szturchając przy okazji złamaną prawą rękę.

– Auć, zaciąłem się – syknął Joachim. – Jak to wyjąć?

– Jest uchwyt w kształcie talara! – warknął zabójca. – Szybko!

Na środku pentagramu zaczął się formować ognisty stożek. Brulle, odwrócony do Hugona, nie miał szans tego dojrzeć.

– Auć! – znów syknął epistomanta. – Jest! Co teraz?

– Daj mi do lewej ręki, uważaj na łańcuch!

Przekazanie małego złotego sztyletu zajęło kilkanaście cennych sekund.

– Dobra, teraz stań przy ścianie i unieś prawą rękę jak najbardziej do góry, bym miał swobodę… – urwał nagle, wypuszczając powietrze z płuc.

Na pentagramie stał demon. Pokraczna, zgarbiona istota o żylastych kończynach, ludzko-baranim pysku, dłoniach zakończonych wielgachnymi czarnym szponami, potężnych racicach i nieproporcjonalnie małych błoniastych skrzydłach. Skóra bestii mieniła się odcieniami purpury i fioletu, z pyska lała się żółta ślina, a z nozdrzy uniosły smużki dymu. Jednak najbardziej przerażającym szczegółem anatomicznym demona był olbrzymi fallus, najeżony kolcami i płonący żywym ogniem niczym głownia pochodni. Takie właśnie było prawdziwe, odarte z iluzji oblicze najstraszliwszego z piekielnych uwodzicieli.

Gdy Brulle obrócił się w stronę pentagramu, głośno jęknął, natychmiast zmoczył spodnie i zsunął się półprzytomny na posadzkę, czego ubocznym efektem było pociągnięcie za łańcuch i unieruchomienie lewej dłoni Hugona w okolicy naściennego mocowania.

Demon oblizał wargi mięsistym jęzorem i ruszył powoli w stronę więźniów, opuszczając pentagram. Używając całej siły w lewej ręce, zabójca podciągnął nieco do góry bezwładnego towarzysza, a następnie przyszpilił go plecami do ściany, co dawało dłoni ze sztyletem możliwość manewru na kawałku luźnego łańcucha. Złote ostrze błysnęło w świetle pentagramu lecąc w kierunku oka bestii. Demon jednak w ostatnim momencie zwinnie odchylił łeb, tak że sztylet o cal minął szczeciniaste ucho i wylądował na drugim krańcu komnaty, gdzieś na krawędzi mroku.

Hugon zaklął siarczyście. Bestia z piekieł niespiesznie ruszyła w stronę zabójcy, prostując się nieco i eksponując ogniste przyrodzenie. Sługa arcyksięcia zaparł się plecami o ścianę i odbił od posadzki, wymierzając potężnego kopniaka w diabelskiego fallusa. Cios był silny i precyzyjnie wymierzony, ale cóż z tego, skoro zabójca tylko zawył przez zęby, mając wrażenie, że oto jego stopa trafiła na kawał rozgrzanego żelastwa. Przyrodzenie inkuba nie drgnęło, a demon tylko zacharczał gniewnie, buchając dymem z nozdrzy.

Hugon ciężko opadł na posadzkę, ale szybko się pozbierał i przyklęknął. Bestia doskoczyła do zabójcy, chwyciła go za gardło szponiastą łapą i podniosła do pozycji pionowej. Mężczyzna poczuł na twarzy siarczany swąd pomieszany z odorem zgnilizny i czymś na kształt karykaturalnie słodkich perfum. Dochodzący do siebie Joachim pisnął coś pod nosem. Demon rzucił zabójcą na bok, tak jak rozwścieczone dziecko odrzuca szmacianą lalkę. Mocowanie łańcucha trzasnęło i wyleciało ze ściany, Hugon przeleciał jeszcze parę łokci, ale w końcu łańcuch łączący go z Brulle się napiął i ściągnął zabójcę na posadzkę, tuż przed zderzeniem ze ścianą.

Demon obrócił się niespiesznie, podkurczył i rozprostował skrzydła, po czym ruszył ku więźniom. Hugon potrząsnął głową, jakby budził się ze snu. Zacisnął zęby, przykucnął, złapał lewą dłonią za koszulę na plecach Joachima. Nadludzkim wysiłkiem wyprostował się i ciągnąc za sobą półprzytomnego towarzysza pokuśtykał w kierunku miejsca, gdzie na podłodze majaczyły złote odblaski. Inkub podążył za nimi – na szczęście dla więźniów, pokraczne nogi demona nie pozwalały mu na szybki bieg.

Gdy zabójca pochylił się, by podnieść sztylet, szponiaste dłonie bestii chwyciły wrzeszczącego Joachima za kostki i pociągnęły po ziemi. Ze względu na łańcuch Hugon również został pociągnięty do tylu, ale zdołał pochwycić ostrze. Demon puścił epistomantę i przeniósł spojrzenie czerwonych oczu na przykucniętego zabójcę, skupiając się na dłoni dzierżącej małe złote ostrze ze świętym grawerunkiem. Przez kilka sekund inkub i człowiek mierzyli się wzrokiem niczym para wytrawnych zapaśników.

Niszczycielko diabłów, módl się za nami! – stęknął cicho Brulle.

Na dźwięk znienawidzonego imienia Przenajświętszej Panienki oblicze demona wykrzywiło się w paskudnym grymasie na bezcenny ułamek sekundy. Złote ostrze śmignęło w powietrzu. Bestia usiłowała zrobić unik, ale tym razem zabrakło jednego cala. Sztylet zagłębił się w szyi inkuba, z rany buchnął dym i trysnęła gorąca czarna posoka. Hugon odbił się od posadzki, doskoczył do demona, chwycił rękojeść sztyletu i szarpnął w dół, rozpruwając skórę bestii od szyi aż po ognisty fallus. Od ryku inkuba zatrzęsły się ściany, po czym demon runął do tyłu i zmienił się w żywą pochodnię. Ciało bestii topniało w coś na kształt czerwonego wosku, który spływał strużką do środka pentagramu, niczym ścieki do kanału. Po minucie było już po wszystkim, z inkuba został tylko poczerniały ślad na podłodze, ozdobiony kilkoma łzami stopionego złota.

– Pobyt w klasztorze czegoś mnie jednak nauczył – westchnął cicho Brulle. – Przeciw piekielnym ścierwom bez modlitwy nie podołasz…

– Amen!

Milczeli przez kilka minut, ciężko dysząc i rozmasowując obolałe kości.

– Czujesz – zaczął epistomanta. – Ten zapach…

– Siarką śmierdzi.

– Nie! Jabłka, jabłuszka… – rozmarzył się Joachim. – Jabłeczna okowita! – Pokazał palcem w róg pomieszczenia, gdzie prawie nie dochodziło światło.

Niczym łowczy pies, Brulle pognał w tamtą stronę na czworakach, ciągnąc ze sobą połączonego łańcuchem Hugona. Chwilę później wrócili z czterema flaszkami do lepiej oświetlonej części komnaty. Epistomanta odkorował butelkę i opróżnił jednym haustem do połowy.

– Jakież to szczęście! – rzekł rozanielony. – Tym bardziej, że chyba nieprędko ktoś po nas przyjdzie….

Hugon również sięgnął po flaszkę, ale nagle coś przykuło jego uwagę.

– Czemu ten pentagram ciągle się żarzy? – spytał, marszcząc brwi. – Czy po odesłaniu diabła nie powinien zgasnąć?

Epistomanta z butelką w ręku pochylił się nad magicznym symbolem.

– Myrenes niedokładnie umieścił trzeci klucz – mruknął. – Brama będzie otwarta jeszcze jakąś godzinę, albo i dłużej.

Hugon nerwowo pokręcił nosem.

– Cholera! To coś może jeszcze przypełznąć z piekła?

Joachim pokiwał głową i pociągnął solidny łyk okowity. Nagle na jego twarzy odmalowało się oświecenie.

– Może z piekła… może i do piekła – rzekł cicho.

Zabójca wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Brulle szybko opróżnił flaszkę, sięgnął za pazuchę, wydobył pióro i zmiętą kartę pergaminu.

– Nie mamy kałamarza, trzeba to spisać krwią. – Pobladł, jakby zrobiło mu się niedobrze. – Dobra, pomóż mi trochę…

 

Epilog

 

Mdła woń rozkładu mieszała się z odorem spalonych ciał i zwęglonej trawy. Odgłos czaszki pękającej pod końskim kopytem nie doszedł do uszu jeźdźców, zagłuszany kakofonią padlinożernego ptactwa.

– Szkoda, że tego nie widziałeś – mówił Ambroży. – Zjednoczona armia maszerująca po pewne zwycięstwo, a tu nagle ziemia się otwiera i wyskakują piekielne rydwany…

Hugon pokiwał głową i zdrową dłonią poprawił temblak na prawej ręce.

– Po wszystkim zwaliła się nam na głowę inkwizycja i rozwścieczony legat papieski. Musiałem im wyjaśnić, że każdy sojusznik jest właściwy do obrony prawowitej władzy – kontynuował starzec. – W końcu dali się przekonać, ale poszło na to pół kontrybucji. Swoją drogą… nie powiedziałeś mi jeszcze, co Joachim obiecał Belzebubowi w zamian za pomoc?

– Duszę arcyksięcia, oczywiście…

– To się nazywa dyplomacja! Wszak trafiłaby tam tak czy inaczej! – zarechotał Ambroży. – Co prawda, niektórzy się na starość nawracają…

– Nie ma obawy – Hugon uśmiechnął się pod nosem. – Teraz, gdy Joachim zajmuje się pisaniem dla Willema listów miłosnych…

– No tak! – Starzec podrapał się w brodę. – Już tylko jedna rzecz mnie niepokoi. Widać, że w tej całej wojnie pierwsze skrzypce grał nie Baltazar, ale Myrenes, którego ambicje z pewnością sięgają bardzo wysoko. Niestety, czarnoksiężnika nie było na polu bitwy. Zapadł się pod ziemię…

– Pisząc list, Joachim pamiętał i o nim. Gdy tylko Myrenes znów otworzy bramę do piekła, czeka go bardzo bolesna niespodzianka.

Ambroży zrobił zdziwioną minę.

– Tak?… Jaka?

– A zgadnij…

 

Koniec

Komentarze

No cóż,

Ponieważ pewnie czekasz na komentarz, bo to już drugi dzień i 0 wciąż świeci przy tytule, napiszę dwa zdania od siebie, choć żaden ze mnie recenzent czy znawca. 

Po pierwsze, nie jestem pewien, czy dobrym pomysłem było uprzedzanie o wysokich ocenach tekstu. Podgrzewanie oczekiwań czytelnika to broń obosieczna, w tym wypadku chyba powodująca niedosyt.

Po drugie, opowiadanie dość sprawnie napisane. Chętnie rzucę okiem, gdy wstawisz inne. Ale raczej gdyby tekst był jeszcze dłuższy poddałbym się i nie dokończył.

Po dwa i trzy-czwarte, “zwęglona trawa” szkodzi epilogowi.

 

Pan Wysokiego Domu

W ramach czystej formalności, zacznę od tego, że świetnie to jest pisane.

Jeśli chodzi o wnętrze, to dałem się wciągnąć i nieźle bawiłem, mimo że początek nie nastawił mnie zbyt dobrze.

Nie nastawił, bo poczucie humoru, które proponujesz w tym tekście. dosyć mi się przejadło. Uważam, że za dużo jest go u polskich pisarzy – Pawlaków, Piekar – kiedy silą się na klasyczne fantasy lub kiedy chcą je wyśmiać. Niestety bardzo często nie wiem, która wersja jest akurat grana. Opowiadaniom, w którym większość gagów jest osadzona wokół najważniejszych słów gatunku – rzyć i chędożyć – ostatnio mówię nie.

 

Reasumując:

– Na plus fabuła; język; to, że nawet wolniejsze fragmenty nie nudziły; umiejętnie nakreślone postacie.

– Na minus kwestia naddatków, smaczków, od których zależy czy tekst ocenia się jako wybitny czy niezły – tutaj pudło.

 

Mignęła mi jedna literówka, bo chyba chodziło o odczytanie.

– Jak tylko książę oczyta list, będziesz mógł resztę życia spędzić leżąc do góry brzuchem – stwierdził beznamiętnie Hugon.

Pomysł z nowym gatunkiem magii ciekawy. Ale można go było lepiej dopracować.

Zazgrzytała mi szwagierka starsza o pokolenie. Nawet, jeśli między myślącym o kobiecie, a jego bratem (lub między jego żoną a jej siostrą) była duża różnica wieku, to mężczyźni klasy panującej raczej poślubiali młodsze damy, więc trudno osiągnąć pokolenie. Owszem, pewnie to możliwe, ale sprawia wrażenie bardzo naciąganego.

Nie wyjaśniasz, dlaczego z relacji o wybuchającym czystym liście płynie wniosek o użyciu epistomacji. I dlaczego w ogóle list zadziałał? Przecież trzeba przeczytać (córka karczmarza była odporna). I eksplodowała kartka czy człowiek?

W pewnym momencie chyba niedokładnie sprawdzałeś tekst:

Cóż, unieważnienie małżeństwa Willema z siostrą Hieronima nawet po dekadzie owocowała tym, że każdego sługa arcyksięcia traktowano z mieszanką wzgardy i podejrzliwości.

Przeczytaj uważnie.

[…] około dwustoletni młodzieniec […]

Nawet jeśli to na grafomanię, to lepiej wygląda “dwustuletni”. ;-)

Coś głośno gruchnęło, oficer wykonał piruet obryzgując wszystkich wokół stróżką krwi z rozbitego nosa, po czym zwalił się na posadzkę z przetrąconym karkiem.

Stróżka? No bez przesady… Ta wartowniczka jeszcze później się pojawia. Poza tym przecinek po piruecie.

wzmacniany wielkokrotnym echem.

Literówka.

Ale fabuła wciągająca.

Babska logika rządzi!

Pomysł wyjściowy, czyli sama epistomancję, uważam za bardzo dobry, rozwojowy – gorzej z realizacją. Oczekiwałem “większej zawartości cukru w cukrze”, Autorze. Czyli: więcej przykładów, pokazów skuteczności tej sztuki, popisów składniowych i znaczeniowych w cytatach z listów. Do reszty rozczarowało mnie sztampowe potraktowanie postaci bądź co bądź centralnej – wiecznie zachlany i napalony…. Plus zasadniczy błąd: jako taki wielki magik powinien, posłużywszy się epiestomancją, zabezpieczyć się przed uwięzieniem, a jeśli już dał się zamknąć, to celowo, dla bezpieczeństwa na przykład, i z wykorzystaniem swojej sztuki coś tam na rzecz własnych i zakonników korzyści działać.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad skleceniem stronki, na którą mogliby zajrzeć fani mojej twórczości;) Dzisiaj wpadłam na pomysł, żeby sobie spojrzeć jak wyglądają takie strony prowadzone przez innych początkujących autorów. Nagle dziwne, niezrozumiałe procesy, które zachodzą w moim mózgu, wygenerowały nazwisko Bartłomiej Dzik… Czemu tak się stało? Nie wiem. Jutro przeczytam opowiadanie.

Smutna kobieta z ogórkiem.

Również podobała mi się pomysł wyjściowy, bohaterowie za to wydali raczej sztampowi, co wynagrodził mi nieco rozwój fabuły, który mnie rozbawił, nie ma to jak wykorzystać błąd przeciwnika. Nie wiadomo, kto był większym nieudacznikiem.

Dziwię się trochę, że Joachim tak chętnie współpracował, ja bym się na jego miejscu skupiła na daniu dyla od zabójcy. Najprostszy sposób, jak to załatwić nasuwa się sam: skoro zabójca czyta każdy list, wystarczy przygotować urok dla niego i z głowy.

Poniżej parę uwag dotyczących drobnych uchybień technicznych, które spostrzegłam:

 

w którym pływała abominacja przypominająca trójgłowy barani płód – A co to jest abominacja? Moim zdaniem to obrzydzenie, więc w słoiku pływało obrzydzenie (wydaje mi się, że w tej sytuacji już wszystko jedno, co przypominało)?

 

Poza wierzchowcem dla siebie i Joachima, mężczyźnie towarzyszyły jeszcze jeszcze dwa obładowane ekwipunkiem rumaki – jest tu jakaś niezgoda między podmiotem mówiącym, podmiotem zdania i zaimkiem siebie, chyba lepiej: poza wierzchowcem dla niego i Joachima, ale ogólnie zdanie to wydaje mi się dość niezgrabne i przekombinowane

 

Nie mogę braciszkom zamknąć dostępu do miodu pitnego, bo w zimie byśmy wymarzli na śmierć – nie wiem, czy przeor wie, że to bzdura, alkohol po pierwszej reakcji robiącej wrażenie, że rozgrzewa, potem powoduje wychłodzenie organizmu, można go podawać zziębniętym tylko wtedy, jeśli będą mogli później przebywać w ciepłym pomieszczeniu

 

Uśmiech natychmiast zgasł z twarzy czarnoksiężnika  – nie można “zgasnąć skądś”, może po prostu: Uśmiech … zniknął z twarzy

Z tym miodem pitnym to poniekąd fakt, ale w krótkim okresie, jak ktoś się krząta na dworze, to mu pomaga – stąd np. baryłki z trunkiem u bernardynów ratowniczych w Szwajcarii.

 

Z innych rzeczy – fakt, że jest relatywnie mało samej epistomancji, to jest niewątpliwie pewna wada. Sztampowość bohaterów – no tak miało być, akurat na takie kliszowate, krwiste fantasy miałem chętkę (może po lekturze Joe Abercrombie, już nie pomnę). Z tym, że sam Brulle to nie jest po prostu pijaczyna – tu jest nawiązanie do “Pijanego mistrza” made in Hong Kong :)

 

Tekst jest generalnie krótszy niż chciałbym (można było rozwinąć choćby wątek Klotyldy, czy właśnie samą epistomację), bo pił pisany na konkurs z limitem znaków i zmieścił się na styk.

I mnie spodobał się mag-epistomanta i pomysł by jego postać i poczynania stały się pretekstem do zaprezentowania ciągu zdarzeń z udziałem Joachima i Hugona. Choć opowiadanie jest dość długie, czytało się całkiem nieźle. Jednak nie mogę mówić o pełnej satysfakcji, albowiem lekturę utrudniały ciągle liczne usterki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka