- Opowiadanie: RogerRedeye - Brama – opowieść o Aaronie Wintersie

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie

W lipcu 2013 r. opowiadanie zostało opublikowane w "Esensji".  Następnie ukazało się na portalu "Herbatka u Heleny", a potem w sieciowym miesięczniku literackim "Herbasencja" z lutego 2014 r. 

Bardzo ciekawy i pięknie wydawany magazyn...

Monice Juroszek  i redakcji "Esensji" dziękuję za udostępnienie esensyjnych ilustracji. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Brama – opowieść o Aaronie Wintersie

Płomień trzaskał, ogarniając coraz to nowe szczapki chrustu, a niewielkie ognisko wydzielało mało dymu, dając za to dużo ciepła.

Aaron Winters starannie smarował pajdę chleba smalcem. Miał całkiem sporo stopionego, świńskiego tłuszczu w glinianej fasce, i to dobrego, z grubymi skwarkami, plastrami cebuli i posiekanymi ząbkami czosnku, a drugiej w ogóle jeszcze nie naruszył. Sprawdził zapasy, szykując wieczerzę: zostało też prawie trzy czwarte płata wędzonki i dwa podłużne bochny chleba, w tym jeden dopiero teraz napoczęty. Nie musiał martwić się o spyżę – w worku spoczywało jeszcze sporo jabłek, manierka do połowy wypełniona winem, duży, cynowy pojemnik pełen wody, kapciuch wypchany grubo siekanym tytoniem i nieco soli w lnianym woreczku. Dobrze wyrośnięte główki cebuli, poupychane po bokach, stanowiły uzupełnienie obfitych, zdaniem Wintersa, podróżnych wiktuałów.  

Jabłonie znalazł przy wąskim, zarośniętym wybujałą trawą trakcie prowadzącym przez puszczę. Rosły wśród kępy wielkich dębów, szeroko rozpościerających sękate konary.

Aaron sądził, że pewnie kiedyś jakiś wędrowiec, przemierzający podłą drogę przez rozległą knieję, odrzucił w bok niedojedzony ogryzek, a potem z ciemnych pestek wyrosły dorodne drzewa, obwieszone teraz smacznymi owocami. Winters starannie zebrał z gałęzi najdorodniejsze, niespodziewanie soczyste i słodkie, napełniając do pełna worek i dodatkowo parcianą sakwę, do niedawne służącą do noszenia kul i prochowych ładunków. Okazało się, że doskonale się do tego nadaje.

Winters nie zapomniał też w krótkiej, lecz żarliwej modlitwie podziękować Bogu za nieoczekiwany dar.

Aaron nie miał zbyt dużo do niesienia – zapasy zapakował do prostokątnego plecaka z szelkami, a z wierzchu przytroczył zszyte baranie skóry, służące w nocy za posłanie. Posiadał teraz aż dwie takie derki – tyle przypadło dla niego wtedy, kiedy dzielono wspólny dobytek wolnej roty muszkieterskiej, dawnego oddziału Aarona Wintersa. Otrzymał też nowe buty, róg z prochem, skałkowy pistolet i właśnie tę porządną derkę. Dostał też nieco pieniędzy – kilkanaście monet z brązu albo miedzi – i kilka srebrnych, ukrytych teraz na piersi, w wewnętrznej kieszeni skórzanego koletu, noszonego przez Wintersa od wielu już lat.

Musiał oddać muszkiet, prochownicę i forkiet.

Broń sprzedano – za niską cenę. Wszyscy teraz chcieli mieć te nowe strzelby skałkowe. I mitraliezy – dziwne machiny, wypluwające nieprzerwanie dziesiątki kul, kładących ludzi pokotem. Roty muszkieterów traciły zajęcie i żaden z wolnych strzelców nie mógł nic na to poradzić. 

Aaron wszystko już przygotował. Znalazł dobre miejsce paręnaście kroków od traktu, w dość rozległym zagłębieniu gruntu, porośniętym mchem. Nie musiał wycinać trawy kordelasem, a sucha warstwa zielonych porostów obiecywała dobry sen. Kotlinkę porastały sosny i buki, a szpaler pnących się do góry w poszukiwaniu światła jałowców otaczał ją ze wszystkich stron. Na ziemi leżało też nieco zwalonych, przegniłych starych drzew. Jeden z odziomków potężnej niegdyś olchy, oczyszczony z narostów, służył teraz Wintersowi za wygodne siedzisko. Plecy opierał o gładki, miły w dotyku bukowy pień.

Skóry leżały miedzy nim a szparko palącym się ogniem, tak, aby żar w nocy ogrzewał stopy. Nowa derka służyła Cukierkowi – takie imię nosił wielki brytan Wintersa – za posłanie, a pies lubił z niej korzystać.

Cukierek dostał już swoją porcję w metalowej misce i zjadł ją zachłannie. W drugim naczyniu miał wodę – nieco zbyt mało, bo pies po dniu drogi chłeptał łapczywie, lecz Aaron dobrze pamiętał, że trzeba będzie przed snem jeszcze jej dolać.

Winters starannie żuł twardawy już miękisz i wypieczoną skórkę. Zamierzał zjeść jeszcze jedną pajdę, potem ze dwa jabłka, wypić kilka łyków wina i położyć się spać. Niewiele czynności pozostawało do zrobienia – zdjąć pas i pendent, ułożyć kord z prawej strony skórzanego łoża, a kordelas i pistolet z lewej, tak, aby mógł w razie potrzeby bez ochyby chwycić broń. Rozpiąć pod szyją długi aż do kostek płaszcz, strzepnąć go i starannie się nim przykryć, a wcześniej powiesić na jakimś sęku kapelusz.

I pozostawało jeszcze jedno do wykonania, o czym Winters nigdy nie zapominał – podziękować Bogu za to, że przeżył kolejny dzień. Pokornie poprosić, aby zbudził się rano. Błagać o wybaczenie za popełnione grzechy, za zabicie tak wielu ludzi, zastrzelonych, kiedy jego rota muszkieterska oddawała salwę za salwą albo po prostu zarżniętych w walce wręcz, za ciepłą jeszcze krew ofiar nieraz spływającą mu po palcach – i nieśmiało przypomnieć Panu o obietnicy sprawiedliwego sądu w dniu śmierci.

Po raz kolejny gorąco podziękować za dziwny dar, otrzymany, w co Winters głęboko wierzył, od Stwórcy, umożliwiający przetrwanie wielu ciężkich starć i wyjście cało z różnorakich opresji. Dar, ciągle zadziwiający Aarona swoją mocą – umiejętność, jakiej nigdy nie spostrzegł u innego człowieka.

A potem od razu zasnąć, zapaść się w niebyt głębokim snem, polegając na czujności Cukierka. Potężny brytan też posłusznie układał się na spoczynek, natychmiast zasypiając, lecz nawet wtedy wielki, czarny nos i spiczaste, zarośnięte długim włosem uszy poruszały się czujnie, rejestrując najmniejszy nawet zapach lub szmer, a w razie niebezpieczeństwa głębokie, dudniące warczenie przywoływało Wintersa do świata jawy.

Pies zaskomlał prosząco, śmiesznie brzmiącym piskiem, tak, jak mały szczeniak, domagający się kolejnego przysmaku.

Aaron lubił ten głos – przypominał mu dzieciństwo i nieistniejącą już, spaloną zagrodę rodziców. Oderwał duży kawał chleba i rzucił w powietrze, Cukierek, jak zwykle, odbił się od ziemi niczym zwolniona od nacisku sprężyna, nieomylnie go chwytając wysoko w powietrzu, kiedy ułomek pieczywa zaczął spadać ku ziemi.

Winters uważał, że to dobra metoda ciągłego ćwiczenia wielkiego mastifa. Cukierek, mimo swego wzrostu i wagi, wcale nie zachowywał się ociężale – poruszał się szybko, zwinnie, skakał wysoko, a długie łapy potrafiły pokonać bez wysiłku sporo mil. Wędrując przez puszczę, Aaron często rzucał przed siebie grube, twarde kawałki uschniętych gałęzi, leżących na piaszczystym trakcie, patrząc potem z zadowoleniem, jak potężne szczęki Cukierka i wielkie zębiska prawie natychmiast miażdżą je na dziesiątki małych kawałków.

Winters dawno temu zrozumiał, że zawsze powinien być gotów stanąć do walki, a pies musi posiadać tę samą umiejętność.

Kawałek chleba poleciał stromym łukiem w górę, lecz brytan nie zwrócił na niego uwagi. 

Warczał przenikliwym, nisko brzmiącym charkotem. Długi pysk, zwrócony w stronę kępy wyrośniętych jałowców, wskazywał miejsce, niepokojące psa. 

Aaron chrząknął, a potem wsadził do ust resztę kromki.

Przez chwilę rozważał, jak ma teraz postąpić.

Za ścianą jałowców krył się człowiek, może nawet kilku. To nie mogło być duże, pewne siebie zwierzę – szukający nocnego legowiska samotny odyniec albo ciekawski wilk – gdyż Cukierek rzuciłby się natychmiast w jego stronę. Jeśliby ktoś chciał zabić wędrowca, sposobiącego się do snu, już dawno mógł to uczynić. Rzadko używano teraz oszczepów lub włóczni, sposobnych do rzucania, lecz nadal w wielu obejściach ludzie trzymali, oprócz muszkietów, łuki i kusze.

Dawny muszkieter wiedział, że dla wprawnego strzelca nieruchoma postać, oświetlona płomieniem ogniska, stanowiła dogodny i łatwy cel.

Winters nie miał ze sobą wielu rzeczy, mogących budzić łupieskie instynkty. Jednak ludzi zabijano z bardziej błahych powodów – nawet i dlatego, że ktoś posiadał dobry rapier, sute, ciepłe okrycie albo ładny kapelusz i wygodne rękawice z dobrze wyprawionej koźlej skóry.

Aaron nadgryzł jabłko, wyciągnięte z worka. Nie zamierzał się ruszać, przynajmniej nie teraz. Gruby pień chronił plecy, a siedząc zmniejszał szanse trafienia. Jeszcze miał czas, aby zerwać się z miejsca i w pędzie, sadząc długimi susami, natrzeć na nieznanego przybysza, może przybyszów.

– Kimkolwiek jesteś albo jesteście, wychodź! – wrzasnął. – Inaczej udam się do was, a wtedy nie będzie zmiłowania! Spotkacie się z Panem i zobaczycie jego oblicze – oby okazało się miłosierne!

Trzymał już pistolet w prawej dłoni. Nowa broń strzelała dobrze i Winters przyznawał, że nieźle się sprawuje. Całkiem niedawno, nim zabrał się do przygotowywania posiłku, podsypał prochu na panewkę.

Podciągnął nogi. Należało zerwać się z miejsca i biec, przykurczony do ziemi, najszybciej jak potrafił, a potem strzelić komuś w brzuch i zakończyć wszystko ciosami kordu i kordelasa – jeżeli tylko wcześniej nie zostanie ranny – albo też zabity. Zawsze należało się z tym liczyć.

Cukierek dziwnie szczeknął, niepewnie, z wahaniem, jakby chciał powiadomić, że nie wie, jak ma się zachować. Winters dawno nauczył się rozróżniać najrozmaitsze odcienie warczenia, szczekania i ujadania wielkiego psa.

Nie dziwił się dezorientacji mastifa. Dwie dziecięce postacie, powoli zmierzające ku ognisku, wcale nie wyglądały groźnie. Chłopiec, ubrany w zniszczoną sukmanę, przepasaną lnianym paskiem z krajki, wytarte i zabrudzone spodnie z grubego płótna, w podniszczonych chodakach z cholewkami do kostki – i chuda dziewczynina w zbyt dużej sukience z bufiastymi rękawami, cienkim rzemyczkiem opasującym talię, sznurkiem koralików na wątłej szyi i kilkoma pojedynczymi liśćmi wplątanymi we włosy.

Trzymali się za ręce. Aaron widział, jak palce dzieciaków mocno splatają się ze sobą, jakby w ten sposób zamierzali dodać sobie otuchy.

Aaron patrzył na nich w milczeniu, badawczo, taksując, czy gdzieś jednak nie czai się niebezpieczeństwo.

Pies ziewnął szeroko, a potem, wodząc nosem po mchu i zawzięcie machając ogonem, rozpoczął poszukiwania niedawno rzuconego przez Aarona kawałeczka chleba.

Wrócił po chwili.

Przesuwając nosem po okryciach dzieciaków, obwąchiwał je starannie, od palców nóg po torsy. Winters spoglądał na niego w milczeniu. Wiedział, czemu mastif się tak zachowuje – pies napotkał nieznany mu do tej pory zapach i starał się go rozpoznać i zapamiętać.

Aaron, zniecierpliwiony przedłużającym się badaniem, machnął dłonią.

Kręcąc ogonem, brytan powrócił do poszukiwania ułomka nadjedzonej pajdy. 

– Mógłby nam pan, wielmożny panie, dać coś do jedzenia?

W głosie chłopca zabrzmiała niepewność, ale i zdecydowanie, tak jakby raz przełamawszy strach przed nieznanym mężczyzną, pragnął uzyskać to, o co prosił.

– Od dwóch dni jemy tylko jeżyny – ciągnął już śmielej. – Znaleźliśmy tez trochę malin, ale malutko. Jesteśmy bardzo głodni.

– Maliny są słodkie, dojrzałe jeżyny też. – Dziewczynka uśmiechnęła się niepewnie. Mówiła o owocach leśnego runa tak, jak oznajmiał cos bardzo ważnego. – Dobre. Trochę się nasyciliśmy, ale na krótko. I nie napotkaliśmy więcej krzaków. Jestem Jennifer, a to mój brat, Jonathan.

Przesunęła placami po włosach, pewnie chcąc zrzucić liście na ziemię, lecz druga dłoń nadal mocno ściskała rękę towarzysza.

– Nie tytułujcie mnie wielmożnym panem. – Winters chrząknął, Delikatnie spuścił kurek pistoletu. Dobrze naoliwiony zamek nawet nie szczęknął. – Jestem Aaron Winters, dawny muszkieter, prosty człowiek. Wolny strzelec – podkreślił z naciskiem. – Moja rota, tak jak inne, nikomu nie podlegała, żadnemu wielkiemu farmerowi, hersztowi czy baronowi. To ich nazywają „wielmożnymi panami”, i tak oni nakazują się tytułować, ale to nie dotyczy nas. Sami sobie wybieraliśmy przywódców – ciągnął – zajęcie i wielkość zapłaty. Powinniście coś o tym słyszeć, mimo tego, że jesteście niedorostkami. 

Chłopiec kiwnął głową. Głośno przełknął ślinę. Dziewczynka zagryzła wargi. Oboje ciągle trzymali się za dłonie.

– Pan mówił, że głodnego należy nakarmić, a spragnionego napoić. – Winters ponownie wyciągnął schowany już i otulony szmatką bochenek chleba, połeć wędzonki i gliniany dzbanek. – Tak powiada Pismo.

Pismo – niezbyt grubą książeczkę w oprawie w twardej skóry, ze wytłoczonym znakiem krzyża na okładce – Winters nosił w wewnętrznej kieszeni wytartego koletu, owijając w kawałek płótna, żeby się nie zniszczyła. Pilnie baczył, aby cienki skrawek tkaniny, służący do ochrony woluminu, pozostawał zawsze czysty – i często go prał. Nikt nie wiedział, jak określić zbiór wielu kartek z grubego papieru, zadrukowanych drobnymi literami, więc wszyscy po prostu nazywali go Pismem.

Aaron często czytał Pismo. Dobrze wiedział, że inni muszkieterzy tego nie czynią, a niektórzy je lekceważą, a wielu ludzi nie słyszało o Piśmie – ale nie on. Winters czytał Pismo, zastanawiając się nad każdym rozdziałem, przypowieścią, analizując poszczególne strony, zdania, nieomal wyrazy. Kiedyś zerwał z dębu mocno wyrośnięty liść i dla wygody włożył pomiędzy dwie kartki, szczególnie zajmujące, żeby łatwo na nie natrafić. Liść zżółkł i stracił wiotkość, stwardniał, lecz trwał, dobrze wypełniając rolę zakładki. Czasami Winters na koniec dnia przekładał go w inne miejsce, bez zastanowienia, nie spoglądając do wnętrza książeczki, ciekaw, na co natrafi w Piśmie następnego ranka.

Długim kordelasem Winters ponownie rozsmarowywał świński tłuszcz. Płomień ogniska buchnął w górę, ogarniając niezajętą jeszcze ogniem szczapę.

Ostrze błysnęło, oświetlone blaskiem ognia. 

– Pięknie lśni, jak biała smuga. – Oczy chłopca nie wpatrywały się w chleb i faskę, tylko w szeroką, dwusieczną klingę z wąską strudziną pośrodku.

Dzieciak przełknął ślinę. Jego oczy też zalśniły, może poczuciem ciekawości, a może chęcią posiadania pięknie wyglądającego oręża. 

– Z tego powodu nazywam go Małym Smugaczem. – Aaron wręczył Jonathanowi pajdę chleba, drugą podał Jennifer. Ukroił dwie następne. – Jest wykuty z bardzo dobrej stali, tak samo, jak mój kord. Jego nazywam Smugaczem, bo też odbija promienie słońca. Kupiłem tę broń dawno, kiedy jeszcze stanowiła rzadkość, a prawie wszyscy nosili o boku ostrza z żelaza. Sporo zapłaciłem, lecz nie żałuję. – Muszkieter pokiwał głową. – Są moimi przyjaciółmi – ciągnął – i nigdy mnie nie zawiedli.

Ostrożnie nalewał teraz wodę z pojemnika do metalowego kubka. Dziewczynka położyła chleb na mchu i wyciągnęła obie ręce.

– Cóż właściwe robicie w lesie? Czemu nie jesteście w domu? – zapytał z ciekawością.

Nieczęsto spotykał dzieci, i prawie nigdy z nimi nie rozmawiał. Widywano je rzadko, bo niewiele się ich rodziło, a jeżeli już przychodziły na świat, rodzice otaczali pociechy troskliwą opieką. Winters nigdy nie dociekał, dlaczego w wioskach, siołach i pojedynczych zagrodach, a nawet w Mieście, jest tak niewiele dziecięcych twarzyczek. Czasami tylko sięgał pamięcią wstecz i stwierdzał, że zawsze napotykał dorosłych ludzi. Tak został urządzony otaczający go świat i wszyscy to akceptowali.

Tak jak nikt nie wiedział, jaką nazwę naprawdę nosi Pismo, tak nikt nie znał  miana sporego skupiska domów, ulic, placów i warsztatów, dość często odwiedzanego przez muszkieterów. Książkę zawierającą przypowieści o Bogu i jego dziełach nazywano Pismem, a to miejsce po prostu Miastem, dziwny zaś, niezamieszkały budynek pośrodku plątaniny budowli, zniszczony, ze zwalonymi stropami i ułomkami murów, porosłych krzewami i drzewami – Ruinami. Aaron słyszał parę razy, ze Miast jest kilka, ale znał tylko jedno.

Nie mógł pojąć, czemu dwoje dzieciaków schroniło się w rozległej, gęstej puszczy i, jak przypuszczał, błąkało się bez celu.

– Uciekliśmy z takiej dziwnej karczmy – wypowiadane przez dziewczynkę słowa przerywały chwile milczenia, kiedy piła łapczywe. Podała kubek bratu. – Porwali nas jacyś ludzie, związali i zaprowadzili tam. Zabili ojca i mamusię, bo nie chcieli nas oddać. Wiem, co to jest karczma – dodała z dumą. – Mama mi opowiadała.

Ponownie napełniając wodą naczynie, Winters zastanowił się przez chwilę nad tym, co powiedziała Jennifer. Przed wyruszeniem w drogę wypytał kilku kolonistów, co i kogo może napotkać podczas wędrówki do Miasta. Żaden z nich nie wspominał o istnieniu oberży czy też może zajazdu – a powinni o nim wiedzieć. Lichej i wąskiej  drogi przez knieję nie przemierzało zbyt wiele wozów i ludzi, tak samo zresztą, jak i pozostałych gościńców. Karczmy stanowiły rzadkość. Budowali je najczęściej wielcy farmerzy na skrzyżowaniach kilku traktów, puszczali w arendę, czerpiąc potem pokaźne profity. Roty muszkieterskie często odwiedzały te miejsca, nieraz znajdując tam zajęcie, i to suto płatne, przy pilnowaniu budynków, odpieraniu ataków band – i niszczeniu innych zajazdów.

Winters osądził, że ktoś powinien słyszeć o tej gospodzie. Nie pojmował, czemu ta wieść nie przeniknęła do innych ludzkich siedliszcz.

– Niedawno ją wzniesiono. – Jonathan otarł dłonią usta. Bezwiednie uprzedził niezadane przez Wintersa pytanie. – Ojciec się z tego radował. Mówił, że pewnie każdego roku kupią część naszych plonów. Mieliśmy dobre zbiory – dodał z dumą. – W stajni stał na początku jeden wół, ale tata niedawno nabył drugiego.

– I dobrą krowę. – Jennifer uśmiechnęła się. – Uczyłam się doić. Mama dawała nam do picia codziennie gorące mleko, żebyśmy stali się silni. Dobrego ma pan psa – dodała, zerkając na leżącego obok Wintersa mastifa. – Jak ma na imię?  

– Zwie się Cukierek – machinalnie odpowiedział Winters. Myślał o czymś innym – o opowieści dzieciaków. Brzmiała dziwnie, a jednocześnie jednak znajomo. 

Dawny muszkieter nie lubił opowiadać o brytanie. Mastif trzymał się tylko jego, nie spoufalając się z innymi ludźmi, a nawet od nich stroniąc. Winters uważał, że tak jest najlepiej. Lecz teraz rozmawiał z dziećmi, więc nie widział powodów do milczenia.

– Znalazłem go przy drodze, w spalonej wiosce, Chyba dopiero przejrzał na oczy. – Pies na dźwięk swojego imienia podniósł łeb. – Strasznie piszczał, więc go zabrałem. Nosiłem Cukierka w torbie na ładunki, zanim dorósł. Jeżeli przychodziło do walki, kładłem szczeniaka na ziemi. – Winters poklepał sakwę, wypełnioną teraz jabłkami. – Kiedyś – wtedy jeszcze sypiał w sakwie – otrzymaliśmy część lafy w żywności, między innymi woreczek cukierków.

Winters zachichotał. 

– Rzuciłem jeden mojemu psu, i bardzo mu smakował. Prosił o więcej. Dziwne. Wtedy nazwałem go Cukierkiem.

Ziewnął. Usłyszał opowieść, często powtarzaną i dobrze mu znaną. Sam nieraz palił chaty i wypędzał kolonistów, buntujących się przeciwko płaceniu czynszów, zwykle wtedy, kiedy zastęp muszkieterów najmował bogaty farmer. Sam, jeszcze będąc młodzieniaszkiem, musiał uciekać, kiedy zagroda rodziców stanęła w płomieniach.

Patrząc teraz na dzieciaki, łapczywie dojadające chleb z wędzonką, widział to dokładnie. Przypominał sobie też małego psa, piszczącego i biegnącego za nim. Nie chciał go zabrać – stanowiłby obciążenie. Kopnął go, tak mocno, że szczeniak zawył z bólu i zawrócił. Stanął pośrodku ścieżki, bojąc się iść dalej, lecz nadal rozpaczliwie szczekał. Kiedy Winters w spalonej wsi spotkał Cukierka, wszystko jeszcze dobrze pamiętał – i bez namysłu zaopiekował się równie żałośnie skomlącym zwierzakiem.

– Pewnie nie płaciliście danin? – zapytał, znowu ziewając. Czuł w kościach zmęczenie długą drogą. – Są wysokie, wiem, a farmerzy gnębią kolonistów.

Właścicieli wielkich połaci ziemi zwano „farmerami”. Najmowali parobków i dziewki, licho im płacąc albo tylko żywiąc. Rota Wintersa niejednokrotnie uderzała na nędzne, parobczańskie sadyby, wymuszając posłuch. Tak samo często atakowała zagrody i sioła kolonistów, samodzielnie uprawiających rolę, niezamierzających poddać się woli posiadaczy wielu włók gruntów, żądających haraczu. Czasami chroniła też kolonistów, jeżeli starczało im miedzi, brązu i srebra na zapłatę.

Winters zadał pytanie od niechcenia, spodziewając się tylko jednej, potwierdzającej odpowiedzi.

– Nie. – Jennifer pokręciła głową. – Oni chcieli nas zabrać do miejsca, zwanego Bramą. Tak o niej mówili i tak ją wszyscy w naszych stronach nazywają. Niekiedy ludzie mówią, ze jest to Przejście.

– Brama? – powtórzył z namysłem Winters.

Pismo nic nie wspominało o Bramie albo o Przejściu. Mówiło o Mieście, wzniesionym przez ludzi z boskiej inspiracji. O Ruinach, części Miasta, zburzonej przez ludzi, odrzucających wiarę i oddających cześć tylko życiu doczesnemu.

Ale nie nadmieniało o Bramie. Pierwszy raz w życiu słyszał, że coś takiego istnieje.

– Tak powiadali – potwierdził chłopiec. – Twierdzili, że to dla nas będzie dobre. Ale ojciec nie chciał nas oddać. Porwał siekierę, bo akurat stała w rogu sieni, i natarł na nich. Wpadł w gniew. Chcieli coś powiedzieć, ale ich nie słuchał. Mama chwyciła za oszczep. Zdążyła jeno rzucić mi ten pasek, a ojciec krzyknąć, żebyśmy uciekali. – Chłopiec położył dłoń na lnianej krajce, wyszywanej w proste wzory, przepasującej sukmanę. – A potem jeden z tych ludzi, człowiek o siwych włosach, strzelił ojcu w twarz.

Głos chłopca się załamał.

– Matkę też zabili, bo jednego z nich raniła, i nie chciała rzucić dzidy. Nas ogłuszyli pałkami i związali. Wrzucili na dziwny wóz bez kół. Tam znajdowało się więcej dzieci – dodał. – Też wziętych w pęta. Ale my uciekliśmy, bo słabo zacisnęli więzy.

Nagle Jonathan zaczął płakać – rozpaczliwie łkać, nieomal bezgłośnie, lecz spazmatycznie. Odłożył niedojedzoną skibkę chleba i zakrył dłońmi twarz.

– Podała ci ten pasek? Po co? – zdziwił się Winters. – Nie rozumiem tego.

Nie zamierzał zbytnio dociekać, dlaczego licha przepaska na sukmanę miała jakieś znaczenie. Wypełnił obowiązek, nakazany przez Pismo. Pozostawało tylko następnego dnia odprowadzić dzieciaki do najbliższego sioła, omijając karczmę. Potem może wrócić do zajazdu, bo pewnie mógłby tam znaleźć zajęcie.

Jakaś stercząca w górę, ogarnięta ogniem gałąź przełamała się wpół, podsycając płomień. Niewysoki snop iskier buchnął w górę. Oświetlił dziwnie wyglądającą twarz Jennifer – wyjadła sporo miękiszu kromki, pozostawiając z boków grube skórki. Kiedy odsunęła pajdę od łakomych ust, pewnie zamierzając coś powiedzieć, kromka wyglądała niczym dziwaczne rogi, zachodzące na policzki. Winters osądził, że spieczona powierzchnia chleba, zbita i twarda, nie poddawała się łatwo naciskowi drobnych ząbków.

– Nie ruszaj się teraz i zewrzyj nogi – powiedział łagodnym tonem. – Nie obawiaj się, nic się nie stanie.

Lewa ręka Wintersa z trzymanym w dłoni Małym Smugaczem wysunęła się do przodu, jednocześnie wykonując krótki zamach. Pierwszy cios przeciął skórki tuz przy wargach. Następne uderzenia poszatkowały resztkę chleba na drobne kawałeczki, zanim cienkie już cząstki skórek zdążyły upaść na kolana dziewczynki.

Wtedy, kiedy Winters przesuwał długie ostrze kordelasa w górę i w dół, tak szybko, ze wzrok nie nadążał za ruchami dłoni, poblask ogniska rozświetlił głownię czerwonawym blaskiem. Ostrze wyglądało przez chwilę jak smuga krwi, przecinająca powietrze.

Jennifer otworzyła usta, zamierzając coś powiedzieć. Nie zdążyła – uprzedził ja Jonathan. 

– Mógłby pan ich wszystkich zabić? Tych sześciu napastników? – Po twarzy chłopca nie spływały łzy. Wierzchem dłoni otarł powieki. – Zapłacimy panu. Damy to, co zbierali dla nas rodzice.

Głos Jonathana brzmiał prosząco, a jednocześnie natarczywie.

Jennifer od razu wpakowała sobie do ust kilka najmniejszych kawałków skórki.

– Zabić? – powtórzył z namysłem Winters. – Przypomnij mi – iluż ludzi napadło waszą zagrodę?

– Sześciu, policzyłam. – Jennifer zbierała resztę okrawków z podołka sukienki. – Umiem już rachować do dziesięciu – dodała z dumą. – A monety mamy w pasie brata. – Wskazała dłonią lnianą krajkę, przepasującą sukmanę Jonathana. – Rodzice zebrali już sporo grosiwa i mama postanowiła je schować. Zaszyła wszystko w tym pasku. Ja jej pomagałam.

– Niech pan je weźmie. – Jonathan odsupłał węzeł przepaski i podał Wintersowi. – Niech pan to za nas wykona. My jesteśmy za mali.

– Nie lękasz się, że teraz was zabiję? – Winters zważył płat tkaniny w dłoni. Nie ciążył zbytnio, lecz muszkieter palcami wyczul wiele stykających się ze sobą krążków metalu.

– Dawno mógł pan to uczynić, a dał chleb i mięsiwo – poważnym, wcale nie dziecięcym tonem odpowiedziała Jennifer. – A Cukierek jest bardzo dobry. Przyjacielski. – Dziewczynka uśmiechnęła się. – Podoba mi się.

Pieszczotliwie poklepała psa po grzbiecie.

– Tutaj ma niezwykle twardą skórę – zauważyła ze zdumieniem. – Jest bardzo mocna. 

– To mieszaniec – ze zniecierpliwieniem odpowiedział Winters. – Odziedziczył po przodkach grzbiet i boki tak spoiste, że szablą ciężko je przebić. Wielu chciało go usiec i nie dało rady. Te dziwne psy, niekiedy spotykane – dodał, myśląc o czymś innym – o skórze jak z żelaza, mogą się łączyć ze zwykłymi. On pochodzi, myślę, z takiego miotu.

Niespodziewanie Cukierek przewrócił się na grzbiet, odsłaniając brzuch. Jennifer delikatnie pogłaskała zmierzwione futro.

– A tutaj jest mięciutki i ciepły! – obwieściła, prawie się uśmiechając.

Winters nie zwracał na nią uwagi, zastanawiając się nad tym, co powiedział Jonathan.

Wcale go nie zdziwiły słowa chłopca. Czasami, mając chwilę odpoczynku, wytchnienia od powszednich zajęć, sięgał pamięcią wstecz i zawsze widział obrazy walk, mordów, natarć i odwrotów, krwi, zamieszania i trupów. Zabijali już mali chłopcy. Aaron dziwił się, że żyje tak długo. Obliczał, choć nie mógł tego powiedzieć na pewno, że w tym, roku ukończy już trzydzieści lat. Może, myślał niekiedy Winters, jest to znak, dany od Pana, chcącego powierzyć mu jakąś misję, Nigdy jednak w jego życiu nie wydarzyło się nic takiego, co mógłby poczytać za wskazówkę Stwórcy. Czekał na nią, choć wiedział, że może jej nie otrzymać.

Teraz, kiedy nagle prawie wszędzie pojawiły się nowe strzelby skałkowe i nieliczne mitraliezy, wzajemne walki jeszcze się wzmogły.

Winters przypuszczał, że nową broń wytwarzają warsztaty w mieście, domena wielkich fabrykantów. Sądził, że to niebawem sprawdzi, starając się, w przypadku braku innych perspektyw, znaleźć tam jakieś zajęcie w grupach strażników.

– Sześciu… – powtórzył wątpiącym tonem. – Za dużo. Nie stanę do walki z nimi samojeden. Zginę. – Winters potrząsnął głową. – Schowaj pasek. Przyda wam się, jeżeli tylko ktoś go nie zabierze. 

 – Nie zdecyduje się pan? – zawiedzionym tonem zapytała Jennifer. Ciągle gładziła chudy brzuch Cukierka. Mastif fukał przeciągle. – Może to za mało, ale nie mamy nic więcej.

Brwi Wintersa uniosły się, lecz nie protestował. Wielki brytan, mogący bez wysiłku przegryźć ludzką rękę, zachowywał się jak zadowolony z siebie szczeniak, czekający na pieszczotę opiekuna. Aaron nie spodziewał się, że kiedykolwiek ujrzy taki widok. 

– Nie podejmę się – odpowiedział zdecydowanym tonem. – Posiadam dziwny dar, myślę, że dany przez Pana. – Muszkieter przeżegnał się, starannie wykonując ten gest. Wtedy, kiedy poznał, co potrafią uczynić jego ramiona, zaczął niekiedy myśleć o tym z lękiem. – Moje ręce działają niezależnie od siebie. Mogę pisać zarówno lewą, jaki prawą dłonią, jednakowo szybko i sprawnie. Umiem walczyć i zadawać ciosy obydwiema dłońmi, nie patrząc i nie myśląc nawet, co czyni jedna, a co druga, tak szybko, ze wzrok tego nie dostrzega. Ale sześciu to zbyt wielu. – Winters potrzasnął głową. – Czterech, tak. Może i pięciu. Ale nie sześciu. Zawsze jeden zdąży zajść mnie od tyłu i wbić ostrze w plecy. Chociaż…

Zamilkł. 

– Chociaż… – powtórzył wolno. 

Podniósł głowę. Uśmiechnął się – nikłym, nieco tęsknym i niepewnym uśmiechem człowieka, czekającego na coś całe życie – i nagle zdającego sobie sprawę, że oczekiwanie niepodziewanie się kończy – uśmiechem dziwnie nie pasującym do surowej twarzy, przeciętej na lewym policzku długą, cienką blizną. – Może to być znak, dany mnie, grzesznikowi, przez Pana.

Uśmiech Wintersa się pogłębił.

– Może Pan chce mnie wypróbować – ciągnął. – Zjawiliście się nocą, niespodziewanie, prosząc o sprawiedliwą pomstę. Staliście się wygnańcami, rodzice zaś żyli sprawiedliwie. I jesteście dziećmi.

Cukierek gibko przekręcił się na ziemi i stanął na czterech łapach. Schylił łeb, wpatrując się w twarz muszkietera. Winters odruchowo podrapał go za uchem.

– Stwórca może chcieć wiedzieć, czy sprostam temu wyzwaniu, a jeżeli tak, poprowadzi mnie dalej. – Aaron wyciągnął dłoń. – Podejmę się przejść przez tę próbę. Zabiję ich. Wszystkich. Daj pasek, Jonathanie.

 – Pewnie to jest niewielka lafa za tę pracę. – Chłopiec zmarszczył nos. – Rodzice mówili czasem, że ciężko jest coś zebrać.

Jonathan przetarł dłonią twarz. Chlipnął. 

 – Niewielka? – Winters złożył krajkę na kilka części, a potem wsunął do wewnętrznej kieszeni koletu, tam, gdzie zwykle nosił Pismo. – Daliście mi wszystko, co macie. Dorobek życia zmarłych.

Wolno pokiwał głową w kapeluszu z wysoką główką.

– To nie jest mało – to bardzo wiele, może nawet zbyt wiele – kontynuował. – Godziwa zapłata za trudne zadanie. Może i jest to kolejny znak.

Dłoń Wintersa zsunęła się do wnętrza sakwy. Wyjęta osełka miała wydłużony, owalny kształt. Nawet nie patrząc na to, co czyni, Winters zaczął ostrzyć głownię Smugacza – miarowymi, pewnymi ruchami ręki, wiele razy już przygotowującej narzędzie do wykonania oczekującej je niebawem pracy.

– Wrzuć do ognia bukowe szyszki – Winters wskazał głową zebrany wcześniej stosik. – Długo się palą i dają dużo ciepła.

Blisko, może o parędziesiąt kroków, odezwała się sowa, głębokim, poważnie brzmiącym pohukiwaniem.

Winters podniósł głowę.

– Nocny wojownik daje znać, żebyśmy udali się na spoczynek. – Krytycznie przyjrzał się klindze kordu. Kamień znowu zaczął się poruszać. – Jutro czeka mnie dzień próby.

Sowa znowu zahuczała, teraz już wyraźnie niedaleko, jakby ostrzegała przed trojgiem ludzi, biwakujących w ciemnościach potężnego lasu.

– Dziwny ma pan kapelusz – zauważyła Jennifer, drapiąc psa za uchem. – Taki… strasznie wysoki. Trochę śmiesznie wygląda.

Winters zdjął nakrycie głowy i obejrzał je dokładnie. Pierwszy raz w życiu usłyszał, że wygląda dziwacznie. Nie czuł gniewu – powiedziała to dziewczynka i w jej oczach tak mógł się prezentować. 

– Ma wysoką główkę, bo w środku przechowuję lont, czasami zapalony, jeżeli podczas starcia pada deszcz. – Winters wsadził dłoń do środka. Cienki, ciasno zwinięty sznur znajdował się na swoim miejscu. – Filc nasączamy olejem lnianym, aby chronił przed wilgocią. Może i śmiesznie wygląda, ale dobrze mi służy.

Dziwnie oczywista myśl przyszła mu do głowy. Mógł wykorzystać ten zwój linki, teraz, po rozwiązaniu roty, już niepotrzebny.

Osełka znowu zaczęła się rytmicznie poruszać.

– Zmówmy wspólnie „Ojcze nasz”, a potem połóżmy się spać. – Winters przyjrzał się rodzeństwu. Nadal ostrzył głownię Smugacza. – Przecież odmawiacie modlitwy, prawda?

Pragnął się upewnić. Wcale nie tak wielu ludzi wierzyło w Pismo. Niektórzy go nie cenili i często wyszydzali. Inni nawet się nad nim nie zastanawiali.

– „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” – uzupełniła Jennifer. Ziewając, przecierała palcami powieki. Zdawała się zasypiać na siedząco. – Mama nauczyła nas tych modlitw. Odmawialiśmy je przed snem, a czasami rano w niedzielę.

– Katolicy… – zauważył Aaron. Przyjrzał się klindze i przeciągnął lekko kciukiem po brzuścu ostrza, a potem wytarł głownię połą płaszcza. Uznał, że nie musi już więcej się trudzić. Kika kropelek krwi natychmiast pojawiło się na zrogowaciałej skórze palce. – Katolicy… – powtórzył z namysłem.

– To źle? – zapytała niepewnie Jennifer.

– Dobrze. – Aaron chrząknął. Ssał kciuk i ślina, pomieszana z krwią, na chwilę zatamowała mu oddech. – Bardzo dobrze. Mnie i innych nazywają protestantami, nie wiem, dlaczego. Uznajemy tylko świętość Pana, a nie jego matki. Jednakże – ciągnął z ożywieniem – jest tak wielu w nic nie wierzących, nie zdających sobie sprawy, ze żyją w grzechu, nie bojących się dnia sądu, wyszydzających Pismo, że nawet inaczej wierzący zasługują na wielki szacunek. Pewnie też zaznają łaski. Pismo nie mówi o tym dokładnie – kontynuował – więc zmówię z wami „Ojcze nas”, a potem w milczeniu i z pokorą wysłucham drugiej modlitwy. Módlcie się, aby Pan mnie jutro wspomógł.

Sowa znowu zahuczała przeciągle trzy razy, całkiem już blisko. 

Gdyby szary ptak o wielkich źrenicach zwrócił uwagę na polankę w ciemnej głuszy, na niewielki skrawek ziemi pośród potężnych, wysoko wyrośniętych drzew, z gęstwą listowia, tłumiącą nikłe światło gwiazd i sierpa księżyca, gdyby zaciekawił go nieznaczny płomień ogniska, ledwie rozświetlający mrok nocy, zobaczyłby klęczące postacie z dłońmi złożonymi na piersiach. Dziewczynkę i chłopca, poruszających wargami – i wysokiego mężczyznę z pochyloną głową, klęczącego w milczeniu. Usłyszałby piskliwe głosy dzieciaków, przechodzące w dyszkant, z przejęciem powtarzające słowa modlitwy.

Zobaczyłby też ciemną sylwetkę wielkiego brytana o wysokich, sterczących uszach, leżącego na ziemi, też zdającego się z uwagą przysłuchiwać wypowiadanym słowom – jakby starał się je pojąć i zapamiętać.

 

***

 

– Jonathanie, kiedy ruszę, zapalisz lont. – Winters poprawił ułożenie płaszcza. – Wybuch nic złego nie uczyni ludziom w karczmie, ale odwróci ich uwagę. Na pewno go usłyszą, choć róg z prochem jest niewielki. Wtedy uderzę.

Chłopiec w jednej ręce ściskał cynowe pudełko z hubką, w drugiej krzemień i krzesiwo. Rankiem Winters dobrze naostrzył metalowy grot, żeby obficie wzniecał iskry – tak samo dokładnie, jak wieczorem minionego dnia klingi Smugacza i Małego Smugacza.

Aaron zdjął już szczelną pokrywkę pojemnika z hubką. Katem oka zobaczył, jak dłoń chłopca mocno zaciska się na szorstkich, metalowych ściankach, a palce wbijają się w wypełnione szarym proszkiem wnętrze. 

– Trzymaj luźno dłoń, bo wszystko zamoczysz własnym potem i nic z tego nie wyjdzie. – W głosie Wintersa zabrzmiał niesmak. – Eksplozja wiele nie da, ale z pewnością pomoże. Pamiętaj o tym.

Jennifer zagryzła wargi. Wielkie oczy dziewczynki z natężeniem wpatrywały się w surową twarz Wintersa. Może właśnie ten przenikliwy wzrok zwrócił uwagę Aarona. 

– Cóż chcesz? – Aaron odwrócił głowę. – Pomóż bratu dmuchać, kiedy w pudełku zatli się żar.

– Niech pana Bóg błogosławi – niepewnie wydusiła z siebie Jennifer.

– Błogosławieństwo Boże będzie mi potrzebne – poważnie odpowiedział Winters. Pokiwał głową w kapeluszu o wysokiej główce. – Gdybym nie wrócił – ciągnął – udajcie się do jakiejś wioski. Znajdziecie tam zajęcie. Musicie przecież wiedzieć, gdzie jest najbliższe sioło.

– Rodzice mówili nam o sadybach ludzi. – Jennifer głośno przełknęła ślinę. – Trafimy tam.

– Gdybym nie wyszedł… – Aaron zawahał się. Nagle zastanowił się nad czymś, co dopiero teraz narodziło się w jego umyśle. – Pewnie mnie pochowają, kimkolwiek są ci ludzie. Nie wrzucą do głębokiego kloacznego dołu, na pewno jednak zakopią mnie płytko. Możecie nocą otworzyć grób i zabrać pasek z monetami. Przyda się wam.

Złożony na kilka części pas spoczywał w wewnętrznej kieszeni koletu Wintersa, prawie dokładnie na wysokości serca, tam, gdzie muszkieter przechowywał Pismo. Nieco ciążył, ale nie utrudniał ruchów. Winters sądził, że daje jakąś osłonę przed ciosem albo pistoletową kulą. 

Jennifer pociągnęła nosem, a Jonathan zacisnął usta.

– Ciało jest tylko formą, duch człowieka wszystkim – rzucił Aaron, wyciągając Małego Smugacza z pochwy. Uważnie obejrzał długi kordelas, zdjął rękawice, wkładając je za pas, a potem zważył nóż w dłoni, jakby chciał sobie coś przypomnieć. – Nic złego nie uczynicie martwej cielesnej powłoce, a Bóg może łaskawym okiem spojrzeć na moją duszę, wiedząc, że nawet po śmierci spełniłem dobry uczynek. To może przeważyć szalę w chwili sądu.

Cukierek podniósł łeb i zwrócił w stronę Wintersa. Zdawał się dawać do zrozumienia, że czas ruszyć.

Aaron prawą ręką mocniej osadził kapelusz na głowie.

– Ach!

Zdawało się, że ruch nieosłoniętą dłonią przywiódł do jego umysłu nową myśl.

– Weź rękawiczki, teraz nie są mi potrzebne. – Winters podał chłopcu długie, pięciopalczaste okrycia dłoni. – Lecz jeżeli wyjdę z powrotem, zwrócisz mi je. Są cenne. Dobrze wyprawione, cienkie i mocne.

Chłopiec w milczeniu pokiwał głową.

– Nie niecierpliw się, już ruszamy. – Winters zaśmiał się, jakby zachowanie Cukierka sprawiło mu radość. – Zapalaj lont! – rzucił przez ramię, odwracając się ku karczmie.

Jonathan otworzył usta, może chcąc jeszcze coś powiedzieć, lecz Aaron nie słuchał. Spokojnym krokiem zmierzał w stronę wąskich i wysokich drzwi, wiodących do wnętrza zajazdu. 

Zawiasy skrzypnęły przeraźliwie, kiedy uchylał skrzydło mocnych podwoi, zbitych z grubych, dębowych desek. Winters zdziwił się, ale zaraz zrozumiał, dlaczego poskąpiono kilku kropli oliwy na nasmarowanie masywnych, żelaznych uchwytów. Świdrujące uszy skrzypienie ostrzegało przed wchodzącym do środka.

Nie przejął się tym.

Siedzący w środku ludzie na pewno widywali już muszkieterów, choć wolne roty nie liczyły wielu strzelców. Jego przybycie nie powinno nikogo zdziwić.

Pociągnął mocniej za klamkę, żeby zrobić przejście Cukierkowi. Pies trzymał się blisko prawej nogi swojego pana, tak jak zwykle, kiedy przebywali w ludzkich siedzibach.

Winters na chwilę musiał zmrużyć oczy, przyzwyczaić wzrok, tak silnym blaskiem emanowały dwie mleczne kule, zawieszone pod niezwykle wysoką powałą.

Niespotykanie i zaskakująco mocny. Winters jeszcze nigdy nie spotkał się z czymś takim. Płaskie sklepienie rozległej izby niczym się nie wyróżniało – grube belki i sczerniale, pokryte pajęczynami deski. Szynkwas wyglądał podobnie do innych, wcześniej oglądanych przez Aarona, kiedy rota hulaszczo świętowała dzień zapłaty za swoje trudy.

Lampy świeciły tak intensywnie, że Aaron wyraźnie dostrzegał spaczenie podłogi, ciemne plamy, warstewki brudu w szparach pomiędzy niestarannie połączonymi jodłowymi tarcicami.

Omiótł salę wzrokiem. Sprawiła na nim wrażenie czegoś obcego, dziwnego, jakby przeniesionego z nieznanej jeszcze Aaronowi połaci jego świata. Ten świat stale się zmieniał i Winters o tym wiedział, lecz to przeistoczenie następowało powoli. Każdy mógł je poznać, usłyszeć o nim wcześniej – i się przyzwyczaić.

Sześciu ludzi siedziało przy dwóch małych stolikach – mężczyzn, tak samo dziwnie ubranych, jak odmiennie od zwykłego urządzenia oberż wyglądały zajmowane przez nich miejsca.

Winters spodziewał się ujrzeć ławy pod ścianami, zydle, długaśne, ciężkie stoły, poplamione piwem, winem, sosami i wylaną zupą, a także rzygowinami – zwykły widok wnętrza zajazdu. Tutaj, oprócz szynkwasu i przysadzistego kominka z szerokim okapem nic nie wyglądało tak, jak powinno wyglądać.

Koniuszek nosa Cukierka poruszał się intensywnie. Pies węszył, uporczywie, kierując pysk w różne strony. Łowił zapach, tak samo jak wtedy, kiedy Jennifer i Jonathan podeszli do ogniska.

Wielki łeb odwrócił się powoli w stronę Wintersa, jakby mastif pragnął dać jakiś znak.

Aaron już wiedział. Miał pewność. Brytan rozpoznał woń, inną niż zwykle, niespotykaną. Tę zapamiętaną z sukienczyny Jennifer i sukmany Jonathana. Poznał zabójców.

Winters w milczeniu przyglądał się sali – i sześciu ludziom, też patrzącym na niego bez słowa powitania.

Mieli na sobie obcisłe stroje – zwierzchnie okrycia nieprzypominające kaftanów, bez wyłogów i guzów, z niewielkimi, stojącymi kołnierzami, gładkie, o różnorakich, jaskrowo lśniących barwach, spływające na luźne spodnie. Silny blask lamp spowodował refleks świetlny na rękawie niewidzianej jeszcze przez Aarona kurtki, kiedy jeden z mężczyzn się poruszył. Przy najbliższym, dziwnie małym, kwadratowym stoliku siedziało dwóch ludzi, pozostali nieco dalej. Sporo butelek i szklanic stało przed nimi – i okrągłe przedmioty z uchylonymi do góry denkami.

Jeden z mężczyzn grzebał we wnętrzu nieznanego Wintersowi naczynia długim widelcem. Aaron uznał, że spożywają posiłek, pewnie popijany solidnymi łykami okowity.

– Jedno z tych śmierdzących własnym moczem indywiduów, zaludniających ten świat. – Mężczyzna siedzący najbliżej beknął głośno. Światło lampy odbijało się na jego prawie całkowicie łysej głowie. – Zabawny jegomość, nieprawdaż, Chris? Oczywiście, nie zdaje sobie z tego sprawy.

– Możliwe. – Mężczyzna, nazwany Chrisem, wpatrywał się uważnie w Wintersa, skupionym, badawczym wzrokiem. Miał gęste, mocno siwiejące włosy. – Wygląda śmiesznie, ale to nie znaczy, że nie jest niebezpieczny. Źle się stało, że nie rozwinęliśmy systemu strażniczego. 

Ręka człowieka o szpakowatej czuprynie przesunęła się na środek gładkiego blatu, w stronę czarnego, okrągłego przedmiotu zakończonego dziwną, prostokątną nasadką. Obok leżała duża, błyszcząca karta, pokryta znakami.

– Mamy zwracać na siebie jak najmniej uwagi. – Człowiek z widelcem czknął. Nalewał przezroczysty płyn do wysokich czarek. – Sam wydałeś takie zalecenie.

Winters osądził, że rozpostarty na stole arkusz jest mapą, a ciemny walec z częścią przypominającą pudełko to broń. Jego rota często korzystała w wyznaczaniu dalekich marszrut ze szkiców i planów terenu, a ta karta, przypominająca gładki pergamin, wyglądała podobnie. Wydawało się jednak, że emanuje nikłą, lecz wyrazistą poświatą.

Przeniósł wzrok na człowieka imieniem Chris.

Rzadko widywał dzieci – i równie nieczęsto spotykał ludzi starszych. Przyjrzał się zmarszczkom na twarzy mężczyzny siedzącego naprzeciwko, mocno obwisłym fałdom podbródka, krzaczastym brwiom, dłoni z sygnetem na palcu, pocierającej z namysłem wargi.

Pismo nakazywało szacunek dla osób starszych, lecz Winters widział tylko oblicze wroga – nic więcej. Należało go zabić, może w pierwszej kolejności, bo zdawał się przewodzić pozostałym.

Na twarzy Chrisa rysowało się zmęczenie, lecz ciemne oczy bystro i uważnie wpatrywały się w Wintersa, jakby go oceniał.

– Przybywam w pokoju. – Winters nieznacznie skłonił głowę w geście powitania. Nie zamierzał nic i nikogo tracić z pola widzenia. – Pragnę nabyć zapasy na drogę. Może znaleźć tutaj jakieś zajęcie. Jeżeli nie, opuszczę gospodę i wyruszę dalej.

Wypowiedział kłamstwo, popełniając niewielki grzech, niemający znaczenia, bo uważał, że Pan go mu odpuści.

– Wypierdek niechcianej ewolucji. – Człowiek grzebiący widelcem w naczyniu zaczął się śmiać. – Oczywiście, śmierdzi okropnie, jak wszystko tutaj. W dodatku przyszedł z psem, zapchlonym i pewnie pożeranym od wewnątrz przez robaki. Sklasyfikujmy go tak – święty Franciszek, opiekun zwierząt, potomek ludzi wyrzuconych na śmietnik.

Chichot nagle przeszedł w kaszel. Mężczyzna przetarł załzawione oczy. Wyglądał na prawie całkowicie pijanego. 

 Cukierek warknął. 

 – Uważaj, człecze, co mówisz – wolno powiedział Winters. – Pozbawiłem kiedyś kogoś dłoni, bo chciał obciąć mojemu psu ogon, tak dla zabawy. Możesz stać się następnym jednoręcznym. Powiedzcie lepiej, czemu zabiliście rodziców dwójki dzieci o imionach Jennifer i Jonathan?

Dłoń mężczyzny o siwych włosach zacisnęła się na prostokątnym uchwycie okrągłego przedmiotu.

– Wcale nie jest tak, jak myślisz. – Chris potrząsnął głową. Długa grzywka niesfornie ułożyła mu się na czole. Mężczyzna poprawił ją niecierpliwym gestem wolnej dłoni. – Przychodzimy im z pomocą, choć pewnie tego nie pojmiesz. Uwierz mi, proszę. Porozmawiajmy.

– Z tego powodu pewnie ktoś z tu siedzących strzelił ojcu tych dzieciaków prosto w twarz – odpowiedział Aaron, wyraźnie artykułując zgłoski. – Potem zasiekliście matkę. Nie odgadnę, czego chcecie, może zbieracie dzieciaki do pracy w kopalniach. Ale wiem, co was czeka – spotkanie z Panem. Lepiej się na nie przygotujcie.

 – Chris, uważajmy na tę skamienielinę dawnych czasów. – W ręce człowieka z wyraźną łysiną pojawił się nagle przedmiot, podobny do leżącego na stole, tylko mniejszy. – Niektórzy z nich są bardzo niebezpieczni, wiesz o tym.

 – Ręce swobodnie zwisają mu wzdłuż ciała, a w dłoniach nie trzyma żadnej broni. – Człowiek o siwych włosach uśmiechnął się skąpo. – Spróbuję mu coś wytłumaczyć, może to zrozumie. Zawsze zdążymy go zabić – w razie takiej potrzeby.

Łysiejący mężczyzna skierował wzrok na Wintersa – podobnie uważny i badawczy, jak spojrzenie Chrisa. W jego oczach Winters odczytał wyraz zdumienia, zaskoczenia – i strachu. Stawały się coraz bardziej okrągłe, zdziwione, pewnie z tego powodu, że w końcu spostrzegł, że u pasa przybysza wisi pusta pochwa kordelasu.

Nie stało mu już czasu na zrozumienie, co to oznacza.

Wybuch rogu z prochem pod oknem przypominał strzał z hakownicy, stłumiony przez grube ściany. Kwadratowe płaty szyb w oknie zaczęły świergotliwie brzęczeć, poruszone podmuchem. Jedna z nich pękła. Wszyscy odwrócili głowy – wszyscy, z wyjątkiem Wintersa i łysiejącego mężczyzny, nadal nic niepojmującym wzrokiem wpatrującego się w pustą pochwę puginału.

Aaron cały czas trzymał Małego Smugacza w lewej dłoni, ukrytego za nadgarstkiem i kiścią ręki. Szybkim wymachem ręki rzucił kordelas, celując w gardło towarzysza Chrisa.  

Długi nóż świsnął.

W oczach łysiejącego mężczyzny pozostał juz wyraz zdziwienia. Zdążył jeszcze uchwycić dłońmi za rękojeść sztyletu, tkwiącego głęboko w tchawicy, może chcąc wyrwać ostrze, ale już nie miał na to siły. Zwalił się na ziemię jak pień, przecięty nagłym uderzeniem topora, kopnął kilka razy nogami i zastygł w kałuży cieknącej z szyi krwi.

Kiedy kordelas leciał jeszcze w powietrzu, Winters wyciągnął kord, a drugą ręką krócicę, kciukiem odwodząc kurek.

Kątem oka dostrzegł ciemny, kudłaty kształt Cukierka, ze zduszonym charkotem skaczącego w stronę następnego stolika i zaciskającego paszczękę na nadgarstku człowieka z widelcem, próbującego osłonić twarz. Kości chrupnęły, miażdżone naciskiem potężnych kłów. 

Okrągły przedmiot w ręku Chrisa zwrócił się w stronę Aarona. Ciemny wylot metalowego walca, przypominającego lufę kołysał się w górę i w dół, coraz wolniej i ciaśniej, jakby przejęty strachem siwowłosy mężczyzna rozpaczliwie próbował uspokoić rozedrganie mięśni.

Nie zdążył.

Dwa długie kroki Wintersa do przodu wystarczyły, aby mógł zadać cios. Głownia Smugacza chlasnęła w rękę trzymającą broń, przerąbując ją prawie na pół. Ramię dzierżące kord cofnęło się i natychmiast wyprostowało gwałtownie, zadając pchnięcie w dół ciała. 

Kiedy sztych Smugacza rozdzierał skórę brzucha i wdzierał się wewnątrz, coś mlasnęło, jak bulgocze zatęchły szlam, rozwierający się po upadku kamienia.

Chris jęknął – płaczliwie i cienko, jak dziecko, nagle przeszyte targającym trzewia bólem. Z wysiłkiem oparł ręce na ramionach Wintersa, może chcąc się o nie wesprzeć.

Winters strzelił, kładąc pistolet na ramieniu mężczyzny, a potem głowicą kolby zdzielił człowieka o siwej czuprynie w skroń.

Jeden z mężczyzn przy drugim stoliku, trafiony kulą, upadł do tyłu, na wznak, nie mając prawie połowy twarzy.

Coś uderzyło w czoło Wintersa, prawie go oślepiając. Podmuch, huk, błysk, rażący źrenice plamą czerwonego światła. Potrząsnął głową. Już wiedział – nietrafiony strzał, pocisk przelatujący obok ucha. Usłyszał następny wystrzał, łomot z tyłu, za plecami, jakby coś zawaliło się na ziemię. I przeraźliwie cienki ludzki głos, przypominający kwik prowadzonego na ubój prosiaka, przeczuwającego już, co go czeka.

Dał dwa dalsze kroki naprzód. Smugacz uderzył, prawie bez wiedzy Aarona, jakby dłoń sama wiedziała, co ma robić – płasko, na odlew, odrąbując komuś szczękę.

Oczy Wintersa dostrzegły człowieka, siedzącego na podłodze i tulącego do piersi rękę z bezwładnie zwisającą dłonią, niemal do szczętu odgryzioną, trzymającą się na kilku włóknach skóry. W kałuży krwi pomiędzy stopami mężczyzny leżał porzucony widelec. I Cukierka, wgryzionego w twarz kogoś, opartego o ścianę, z pobielałymi z trwogi źrenicami bez wyrazu, wydającego z siebie ten jęczący, świński jazgot.

Cios kordu przeciął gardło mężczyźnie patrzącemu w otępieniu na niedawno jeszcze sprawną dłoń, przypominającą teraz kawałek nie do końca przerąbanej bydlęcej kości, a następny rozwalił czerep mężczyzny, nieporadnie próbującego rozewrzeć szczęki mastifa.

Brytan odskoczył.

Człowiek przy ścianie – bez nosa, bez jednego oka, prawie bez policzków, z zalepionymi krwią włosami – wolno osunął na podłogę, już w milczeniu. 

Winters przetarł twarz.

Brytan zniżył łeb i wyciągnął pysk w stronę niezakrzepłej kałuży obok przewróconego stolika. 

– Nie chłepcz krwi. – Winters wyciągnął płasko rękę, dając znak, żeby Cukierek usiadał. Pies niechętnie posłuchał. – Nie pij – powtórzył głucho. – To nie szlachtowanie świń na zimę. To ludzie.

Poprawił przekrzywiony kapelusz.

Dziwnym trafem stolik, niedawno zajmowany przez Chrisa i łysiejącego mężczyznę nadal stał, z rozłożoną płachtą, przypominającą mapę. Winters spojrzał na nią z góry, na szereg znaków, rysuneczków, barwnych plam, pulsujących linii, cyfr. Nie potrafił nic odczytać. Zdawało mu się, że niektóre znaki są mu znane, lecz zaraz znikały. Przez chwilę widział trzy większe, czarne rysunki, przypominające ceglane wieże, istniejące w Mieście. Dotknął dłonią gładkiego arkusza, ale wtedy obraz ściemniał. Zniknął.

Pewnymi uderzeniami kordu Winters posiekał rozłożoną, dziwną kartę na strzępy, ze zdziwieniem obserwując przeskakiwanie szybko gasnących, niebieskawych iskier między coraz to mniejszymi kawałkami. 

– Załóż mi opatrunek.. Proszę, załóż opatrunek. Połknąłem kapsułkę regeneracyjną, ale miałem tylko jedną.

Muszkieter ledwo słyszał głos mężczyzny o siwych włosach, leżącego na podłodze. Jeszcze żył. Sprawną ręką dociskał kurtkę do brzucha, chcąc zatamować upływ krwi Drugie ramię leżało bezwładnie na podłodze, z odgiętą w bok siną, ściśniętą w pięść dłonią. Głęboka rana na nadgarstku wyglądała na zasklepioną.

Aaron wziął jedno z krzeseł i postawił obok. Usiadł, opierając dłonie o gardę kordu. 

– To nic nie da. – Winters potrząsnął głową. – Dziwne, że jeszcze żyjesz. Musisz umrzeć i dobrze o tym wiesz. Lepiej przygotuj się na spotkanie ze Stwórcą.

– Załóż mi opatrunek, jeżeli masz – powtórzył Chris. – Proszę, załóż.

– Jeżeli tego pragniesz przed śmiercią… – Aaron włożył dłoń za pazuchę. Nosił tam dwa bandaże z szarpi i gorczycowy kataplazm. Sprawnie rozciął kordem kurtkę, przyłożył kataplazm, a potem nałożył szarpie. Ułożył z powrotem w tym miejscu dłoń Chrisa. – To cię nie uratuje, tylko przedłuży agonię.

Patrzył w milczeniu na bladą twarz umierającego. Skóra powoli przybierała już trupi odcień.

– Powiedz lepiej, czym jest Brama? – Winters oblizał wargi. Miał chęć czegoś się napić, ale nie chciało mu się wstać. Krzesło okazało się niespodziewanie bardzo wygodne i Aaron z rozkoszą wyciągnął nogi. – Dlaczego porywaliście dzieci?

 – Są trzy Bramy. Każda z nich to przejście do innego świata. – Chris bez zmrużenia powiek wpatrywał się w twarz Wintersa. Mówił z wysiłkiem. – Początki przesmyków czasoprzestrzeni, wiodącego do naszego macierzystego globu. Dawno temu twoi i moi przodkowie przenieśli tu życie. Ludzi. Wcale nie porywaliśmy tych dzieciaków, tylko pragnęliśmy je ocalić. Rozumiesz, co mówię?

– Pojmuję – wolno odpowiedział Winters – choć niektóre słowa są mi nieznane. Lecz mylisz się, może już majaczysz. Życie tutaj stworzył Bóg. Niekiedy nazywamy go po prostu Panem – albo Stwórcą. Ulepił mężczyznę i kobietę z gliny i tchnął w nich życie, obdarzając zarazem duszami. Tak samo postąpił z wami, jeżeli to, co twierdzisz, jest prawdą.

– Chciałem ci wszystko wytłumaczyć, lecz nie dałeś mi żadnej szansy. – Chris oddychał z wysiłkiem. Winters dłonią przetarł mu czoło, mokre od potu. – Wasz świat to zapomniana kolonia karna. Dawno temu zsyłaliśmy tu morderców, gwałcicieli i psychopatów. Szaleńców. Osobników, będących wytworem nieudanych eksperymentów genetycznych. Prawdopodobnie jesteś – ciągnął z widocznym trudem – potomkiem kogoś o źle udoskonalonej cielesności. Ty i twoje mordercze psisko, bo przysyłaliśmy tu też zwierzęta.

Zamilkł. Jęknął głośno. Dłoń Chrisa przycisnęła mocniej do ciała wybrzuszoną fałdę kurtki, zakrywającą kataplazm i opatrunek.

– Straciliśmy nad wami kontrolę – podjął po chwili. – Wyzwoliliście się. To, co nazywacie ruinami, to pozostałości dawnych więzień. Zakładów psychiatrycznych, nie wiadomo już nawet do końca, czego. Chcieliśmy uratować dzieci, bo one mają jeszcze szansę na zmiany. Wyrwać je stąd.

– A reszta? – Winters spojrzał uważnie na blednącą twarz. Nie chciał wierzyć w to, o czym mówił Chris. Nie chciał, ale dobrze wiedział, że umierający człowiek nie kłamie. Znał to. Wielokrotnie już słuchał urywanych zdań konających. – Cóż się miało stać z nami?

– Nie mogliśmy was wszystkich zabrać, więc mieliście się wzajemnie wybić – z trudem odpowiedział Chris. – Dostarczaliśmy wam przez Bramy nową broń.

– Jesteśmy przecież ludźmi, tak jak wy. – Winters nagle poczuł zmęczenie. – Mamy Pismo, wierzymy w Boga. Jesteśmy ludźmi.

– Pismo… – powtórzył Chris.

Wydawało się, ze próbuje się uśmiechnąć.

 – Pismo – ciągnął z cieniem szyderczego uśmiechu w kąciku bezkrwistych warg – a tak, zostało przez nas stworzone. Ktoś wpadł na pomysł, aby spróbować ucywilizować ten świat. Dać wam jakiś wzorzec postępowania. Więc stworzono Pismo, zbiorek przeróżnych opowieści z najrozmaitszych religii, dość przy tym prosty – żebyście nie męczyli się przy czytaniu.

Palce Aarona Wintersa zacisnęły się na rękojeści Smugacza.

– Pismo… – powtórzył człowiek, leżący na podłodze. – Naprawdę w nie wierzycie?

– Łżesz, mówiąc o Piśmie. Po prostu kłamiesz, nawet w chwili śmierci. Może nie znasz prawdy. Nie wiesz, czym jest prawda. Bluźnisz.

Głos Wintersa przepełniał gniew. Wstając, kopnięciem przewrócił krzesło na podłogę.

W niekontrolowanym porywie furii zadał cios. Splótł dłonie, wzniósł kord i uderzył z całej siły, przebijając ciało na wylot.

W spazmatycznym odruchu lędźwie mężczyzny niespodziewanie poderwały się do góry, a potem zsunęły po ostrzu w dół. Chris jeszcze coś szeptał, nieoczekiwanie wyraźnie. Aaron nachylił się, aby lepiej słyszeć.

– Nawet, jeżeli nie pojmowałem znaczenia Pisma, to teraz je w końcu zrozumiałem…

Oczy mężczyzny o siwych włosach stały się szkliste. Na ustach zastygł lekki, dziwnie szczęśliwy uśmiech.

Nieoczekiwanie czułym i delikatnym gestem Aaron Winters zamknął powieki niewidzących już źrenic.

Drzwi ponownie skrzypnęły, kiedy muszkieter wychodził na podworzec.

Dwie dziecięce sylwetki, siedzące pod szopą, zerwały się z miejsca. Zaczęły biec. 

– Oddaj rękawice – Aaron wyciągnął rękę do chłopca. – Nie będą ci potrzebne, a mnie się jeszcze na pewno przydadzą.

 

***

 

Trupy pochowali wspólnie.

Aaron wykopał głęboki grób pod jedną z szop, Jonathan nazbierał sporo kamieni, a Jennifer wyszukała dwa mocne, suche konary różnej długości i związała je starannie długim rzemieniem, tworząc krzyż. Wcześniej Aaron wyciosał dwa wgłębienia, aby złączenie stało się spoiste. Dziewczynka uważała, że ma za mało pracy, więc, oblizując wargi, usunęła jeszcze Małym Smugaczem korę i nierówności drewna, starając się, aby powierzchnia stała się możliwie jak najbardziej gładka. Potem ponownie zaciągnęła supeł, spajający zwykle kawałki drewna w jedność, tak zdecydowanie, ze skórzany sznurek wpił się w jej drobne dłonie. 

Jonathan dziwił się, po co Wintersowi potrzebne są polne otoczaki i ułomki skał, tkwiące w ziemi. Aaron wytłumaczył mu, że idzie o dzikie zwierzęta.

– Nie wyciągną ciał na powierzchnię i nie rozszarpią ich na strzępy – stwierdził, kiwając głową. – Zabiłem morderców, takich jak ja, ale zmarłym należy się szacunek. Pamiętaj o tym.

Wspólnie z Jonathanem ułożyli zwłoki w dole. Nie rzucali – ułożyli. Jennifer nakryła je grubymi płaszczami z kapturami, uszytymi z tej gładkiej i śliskiej tkaniny, znalezionymi w małej izbie z tyłu głównego budynku.

Winters zasypał mogiłę i ubił rydlem ziemię, chłopiec osadził krzyż, a dziewczynka odmówiła modlitwy – „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”. Jeszcze wcześniej, zaraz po tym, jak Jennifer przyniosła te dwa związane ze sobą konary, Winters czubkiem głowni Małego Smugacza wyrzezał na poziomej części krzyża, po lewej stronie, imię „Chris’, a po prawej pięć małych krzyżyków. Uczynił to starannie, najlepiej, jak umiał, tak jak starał się czynić wszytko w swoim życiu. Literki wyszły nieco koślawo, lecz dało się je bez kłopotu odczytać.

Potem umyli ręce i twarze. Winters dał dzieciakom po jabłku – dużo jeszcze miał ich w sakwie.

Przysiedli na kilku grubych balach, leżących pod ścianą jednego z budynków. Wtedy Aaron opowiedział wszystko to, co przekazał mu człowiek o siwych włosach.

Nie opisywał walki – jeszcze wczoraj tak by uczynił, aby nauczyć Jonathana, jak ma postępować. Może nawet pozwoliłby mu wykonać kilka prostych cięć Smugaczem. I jakieś pchnięcie, na całą długość ramienia, z nachyleniem torsu do przodu.

Ale już nie teraz – nie teraz, kiedy dowiedział się, jaki naprawdę jest otaczający go świat 

– Powinniście przejść przez Bramę – zakończył. – Porzucić to miejsce. – Ręka Wintersa wykonała szeroki gest, obejmujący karczmę, stodołę, dwie przysadziste szopy i niepokaźny grób z spacerującymi obok gołębiami. Kilka z nich gruchało głośno, może dlatego, że znalazły pożywienie, a może bez powodu, po prostu ciesząc się ciepłotą ładnego dnia. – Traficie do innego świata, sądzę, że lepszego. Prędko zapomnicie o tym, co was kiedyś otaczało. Chris w tym miał rację – jesteście jeszcze dziećmi. 

Usta Jonathana zacisnęły się w wąską szparę. Jego siostra w milczeniu grzebała chodakiem w ziemi.

– Oni zabili naszych rodziców – zauważył chłopiec, wypluwając skórkę soczystego owocu na ziemię.

Jeden z gołębi podreptał w stronę dzieci. Cukierek leniwie podniósł łeb. Pies wyglądał tak, jakby miał zamiar ułożyć się do drzemki.

– Niczym się od nas nie różnią – kontynuował Jonathan. – Dobrze o tym wiesz, Aaronie. Miejsce za Bramą może być takie samo.

– Zostali za to ukarani, tak jak pragnęliście. – Winters marszczył brwi. – Otrzymali sprawiedliwa odpłatę. Postępowali niegodziwie, lecz ich zamiary w stosunku do małych dzieci nie stanowiły grzechu. Pragnęli odpokutować za spowodowane zło. Chcieli uczynić dobrze, tylko nie potrafili powiedzieć, dlaczego tak postępują. I ich pokuta miała lichą, niepełną miarę. Znowu osądzali, kto jest sprawiedliwy, a kto nie. Nie posiadali takiego prawa.

Cukierek wyciągnął się wygodnie, podkulił przednie łapy pod brzuch i ziewnął. Zaczął chrapać.

– Nie posiadali – powtórzył Winters. – Żyli w pysze – ciągnął – i to ich zgubiło. Natomiast…

Twarz Wintersa stężała w grymasie gniewu. 

– Natomiast – ciągnął – Bóg nie przebaczy im tego, co zamierzali uczynić z pozostałymi – wzniecenia wzajemnej rzezi. Nienawiści. Starając się zadośćuczynić za zło, godzili się z tym, że popełnią następne. Nie znali też prawdy o istocie ludzkiej. Sądzili, że my tutaj, dorastając, stajemy się bydlętami.

Gniewny glos muszkietera obudził brytana. Podniósł się, wpatrując się uważnie w swojego pana.. 

Milczeli przez chwilę. Jennifer ssała palec, Jonathan rzucał przed siebie drobnymi kamyczkami. Aaron wskazał dłonią na Cukierka, siedzącego obok niego.

– Nie znali nawet prawdy o zwierzętach – zakończył, spluwając na ziemię. – Ten oto pies, istota bez duszy, więcej wie i rozumie, niż oni pojmowali. Ale tam, za Bramą, będzie wam lepiej. Pozbywali się naszych przodków, bo chcieli mieć świat bez grzechu. Więc – tam taki pewnie jest. Wierzę w to.

Kilka długich, wąskich obciosów pni leżało obok stóp Jennifer. Machinalnie wzięła jeden do ręki.

Cukierek zerwał się miejsca. Dziewczynka zamachnęła się i rzuciła kawałek drewna – najdalej, jak tylko umiała. Pies, podskakując, pobiegł za nim, złapał w wielkie zęby i, kręcąc łbem, wrócił z powrotem. Ułożył szczapę przed Jennifer, jakby czekał na ponowny machnięcie dziecięcej ręki i okazję do zabawy.

Zaniepokojone gołębie zerwały się miejsca i odfrunęły. Zatoczyły kolo w powietrzu, a potem wróciły i przysiadły na grobie. Dwa największe wybrały sobie miejsce na poprzeczce krzyża. 

– Lękasz się odejścia stąd. Powiem jedno. – Winters uważnie przyglądał się wielkiemu mastifowi. Brytan do tej pory nigdy tak się nie zachowywał. Wyciągnął palec w kierunku Jennifer. – Ciebie niebawem zgwałcą. Zostaniesz dziewką u jednego z farmerów, i będziesz tyrać u niego od świtu do nocy. Umrzesz młodo, tak jak większość z nas, tak jak skona twój brat.

Palec powędrował w stronę Jonathana.

– Ciebie zatłuką w jakieś bójce, albo ktoś cię zarżnie, bo połakomi się na nowy kaftan, będący łaskawą zapłatą za pracę, przedmiot twojej dumy. Wiedz o tym.

Winters zaśmiał się. 

– Wypierze go – ciągnął z namysłem – i będzie w nim paradował do czasu, aż komuś następnemu się nie spodoba. Tak tutaj toczy się życie. Ale to się zmieni.

Kawałek drewna znowu śmignął w powietrzu. Pies pobiegł za nim pędem, tym razem nieco podskakując. 

Aaron Winters nie powiedział dzieciakom jednego – nie sądził, aby należało to uczynić. Myślał o tym, kiedy znosił zwłoki na podworzec, kiedy kopal grób i potem, gdy dziewczynka z przejecie, odmawiała modlitwy, czystym, jasno brzmiącym głosikiem.

Wtedy się zdecydował. Nie uważał jednak, ze Jennifer i Jonathan powinni coś wiedzieć. Coś, co mogło jednak, mimo wszystko, skalać ich dusze. Uczynić ich zabójcami. 

– Rodzice starali się, jak mogli, abyśmy żyli inaczej, jak oni. – Jennifer grzebała chodakiem w ziemi. Zdążyła już wyryć niewielką dziurkę. Cukierek zaczął ją obwąchiwać, pewnie zaciekawiony tym, czego szuka dziewczynka. – Czasami mama mi o tym mówiła. Bardzo nas kochali, wiemy o tym.

Opuściła wiotką dłoń z niedojedzonym jabłkiem. Niespodziewanie Cukierek zamaszyście polizał jej palce. Raz, a potem drugi. Zdążył już wrócić i ponownie ułożyć w tym samym miejscu trzymany w pysku odłamek drewnianego kloca.

 – Mówiłem już – tamci ludzie w karczmie chcieli postąpić dobrze, lecz źle to wykonali, bo ich umysły opanowała pycha. – Winters przeciągnął dłonią po wąsach. – Moi rodzice tez pragnęli żyć w pokoju. Myśleli, że stanę się ich podporą na starość. Nie pojmowali tylko, że stali się ludzką mierzwą. Nie wiedzieli o tym, lecz stanowili po prostu mierzwę. Za Bramą możecie tego uniknąć. 

W głosie Aarona, wspominającego młodość, zabrzmiała gorycz.

– Tam – mówiąc to, Winters wskazał dłonią wąski trakt – przestaniecie być ludzkim gnojem.

Aaron miał pewność, ze ten szlak prowadzi do przejścia, wiodącego do innego świata. Drogę wykonano niedawno. Nie nosiła żadnych śladów i szybko kryła się w kniei. Tam, gdzie się nieco obniżała i w czasie dreszczów mogły tworzyć się rozlewiska wody, wzmocniono ją starannie ułożonymi, płaskim kamieniami.

– Aaronie, naradzimy się – Jonathan wstał. – Może i masz rację.

Odeszli kilkanaście kroków. Cukierek pobiegł za nimi, kręcąc ogonem, z kawałkiem drewna w pysku.

Winters patrzył na nich uważnie. Nie słyszał słów – widział tylko ruchy rąk, kiwanie albo kręcenie głowami, wiercenie przez Jennifer chodakiem w ziemi, machnięcia reki dziewczynki, a potem chłopca, kiedy rzucali patyki Cukierkowi. Pies się o to dopominał, coraz częściej donośnie szczekając.

Potem to ustało. Wracali powoli, Jennifer płakała. 

Aaron znał już postanowienie podjęte przez rodzeństwo.

Tak, jak przypuszczał, dziewczynka kiwnęła głową.

 

*** 

 

– Idźcie już do Bramy. – Winters ręką pokazał kierunek. – Na pewno jest blisko. Miejsce na karczmę wybrali świadomie. Nie może znajdować się w wielkim oddaleniu od Przejścia. Znajdziesz Bramę bez trudności, Jonathanie.

Sakwę chłopca – mały worek z doszytym pośpiesznie przez Jennifer sznurem – wypełniały chleb, sporo wędzonki i kilkanaście tych dziwnych, okrągłych puszek, zawierających jedzenie. Aaron dał mu jeszcze nóż, znaleziony przy jednym z trupów, i całkiem dobre krzesiwo, krzemień i hubkę, po prostu leżące na okapie kominka. Chłopak przeszukał też obejście, zabierając znaleziony w szopie toporek i stary koc, walający się na zatęchłym sianie w stodole. 

Winters sądził, że mocno już dziurawa tkanina służyła kiedyś spętanym dzieciakom za przykrycie w nocy, a potem ktoś cisnął ją w róg sąsieku. Miała ją nieść Jennifer. Aaron podarował rodzeństwu nową, skórzaną derkę, uznając, ze Cukierek może się bez niej obejść. Zrolowana i związana rzemieniami, leżała na ramieniu Jonathana.

Skończyli przygotowania i teraz dzieciakom, gotowym do drogi, pozostawało tylko jedno – odejść, tak samo, jak Wintersowi, także gotowemu udać się w przeciwną stronę.

Patrzyli na siebie w milczeniu.

Jennifer i Jonathan z zadartymi głowami przyglądali się górującej nad nimi wysokiej postaci o długich nogach i rękach, w sutym, fałdzistym płaszczu do kostek, wytartym kolecie i przewieszonym przez ramię znoszonym pendencie, podtrzymującym pochwę Smugacza. Patrzyli na szerokie, silne dłonie o długich palcach, wsparte o rękojeść kordu. Na śmieszny, wysoki kapelusz z małym rondem, surową twarz z orlim nosem, krzaczastymi brwiami, rudawymi wąsami i policzkiem przeciętym prawie zarośniętą już blizną.

Winters przypatrywał się twarzom dwóch małych postaci stojących pośrodku gościńca, zaczerwienionym i zapuchniętym oczom dziewczynki, niepewnej minie Jonathana, pociągającego nosem, jakby chciał je dobrze zapamiętać.

– Ruszajcie. – Winters machnął dłonią. – Idźcie.

Dzieci odwróciły się i poszły. Cukierek pobiegł za nimi, żwawo, podskakując i kręcąc łbem. Szczekał.

Dwoje dzieci zmierzało przed siebie, a pies im towarzyszył, teraz wolnym, miarowym truchtem. Raz tylko Jennifer odwróciła się i pomachała ręką.

Winters stał w milczeniu, z zaciśniętymi ustami. Patrzył na zmniejszające się sylwetki, na mastifa, idącego już z przodu, tak jak zwykle podczas marszu.

Ręka muszkietera kurczowo zacisnęła się na gardzie Smugacza.

Nagle Cukierek stanął. Odwrócił się i pędem puścił w stronę Wintersa, tak szybko, jak tylko potrafił.

Zziajany dobiegł do muszkietera i usiadł przy nodze.

Dłoń Aarona rozprostowała się i zsunęła na pas.

– Dobry z ciebie pies – powiedział chrypliwym, nisko brzmiącym głosem. – Prawdziwy przyjaciel, a mam cię dzięki łasce Pana.

Wilgotny koniuszek nosa mastifa drgał, chłonąc jeszcze zapach oddalających się figurek, jakby chciał je dobrze zapamiętać.

Brytan pisnął. Dwie małe sylwetki zbliżały się już do zakrętu drogi pomiędzy niewielkim wzgórkami. Trwało jeszcze chwilę, zanim człowiek i pies stracili je z oczu.

– Już ich nie spotkamy. – Winters obrócił się na pięcie. – Mamy, Cukierku, pracę do wykonania, a ty mi w niej pomożesz. Lecz najpierw coś ci wyznam. Coś, o czym nigdy nie mówiłem. W głębi mojej grzesznej duszy – ciągnął – modlę się po cichu każdego wieczoru, aby wtedy, kiedy zginiesz, tak jak i ja zginę, Bóg dał ci duszę. Wiem, że może tak uczynić.

W głosie Wintersa zabrzmiała niezachwiana wiara.

– To wielka prośba, może nawet i bluźniercza. Lecz Pan może ją spełnić, jeżeli wykonam powierzone zadanie – z uniesieniem ciągnął Winters. – Wtedy, kiedy po śmierci odpokutuję winy, będziemy się mogli znowu spotkać – i wspólnie strzec Pana przed jego nieprzyjaciółmi.

Mastif przekrzywiał łeb. Może ten niski i poważny ton głosu Wintersa, pełen tłumionej namiętności, zwrócił jego uwagę. 

Aaron odwrócił się. Ruszył przed siebie, długim, miarowym krokiem dawnego muszkietera, potrafiącego maszerować bez zmęczenia przez cały dzień.

Droga przez szachownicę łąk i pól sprawiała wrażenie bardziej uczęszczanej – piach i żwir ubiły kopyta koni i wołów, a w paru miejscach Winters dojrzał wąskie wgłębienia, pozostawione przez metalowe obręcze drewnianych kół chłopskich wozów. Sądził, że trakt szybko zaprowadzi go do jakiejś wsi, może i niewielkiej osady.

Wielka knieja ciemniała na widnokręgu, coraz bardziej się oddalając.

Winters nie powiedział psu jednego. Uważał, że wierny brytan może tego nie zrozumieć. Mogłoby być to dla niego zbyt trudne.

Zamierzał odnaleźć i wysadzić w powietrze wszystkie trzy Bramy, a potem uczynić otaczający go świat sprawiedliwym, tak jak nauczało Pismo. Wiedział, że będzie musiał zabić wielu ludzi – miał tego świadomość i czuł się na to gotowy.

Nie uważał, żeby wyszukanie i zniszczenie Przejść okazało się szczególnie trudne. Proch dużo kosztował, lecz kilka rot na pewno dysponowało jeszcze sporymi jego zapasami. Zwerbuje jedną z nich. W pobliżu Bram musiały znajdować się magazyny ze strzelbami skałkowymi i tymi nowymi machinami – mitraliezami. Ich sprzedaż okaże się wielce zyskowna, przyniesie nowe środki. Opłaci towarzyszy – i wtedy powie im, co zamierza później uczynić.

Daleko, na linii lizjery lasu, dostrzegł kilkanaście postaci. Wytężył wzrok.

Aaron doskonale widział. Nikomu o tym nie wspominał, lecz potrafił – tak mu się wydawało – dostosować patrzenie źrenic do odległości. Spotkał już kilku takich ludzi. Inni równie dobrze słyszeli z daleka, tak, jak on dostrzegał z oddali wiele drobnych szczegółów.

Spoglądał na niewielkie figurki ludzi, zmierzające w jego kierunku, wędrowców w długich płaszczach i wysokich kapeluszach. Policzył je – dwanaście postaci, idących raźnym krokiem.

Pewnie – pomyślał – to jakaś cząstka dawnego wolnego zastępu, poszukująca nowego zajęcia. Bóg ich sprowadził w to miejsce. Łącznie z Cukierkiem będę miał trzynastu towarzyszy.

Poczuł radość. Uniesienie, czyniące go dziwnie lekkim, a to, co zamierzał uczynić, oczywistym i prostym. 

Człowiek o imieniu Chris nie znał prawdy, mówiąc, że Pismo jest zbiorem historii, skleconych naprędce dla garstki morderców, gwałcicieli i ludzi obłąkanych, rozpaczliwie szukających znaku ocalenia duszy. Chris nie kłamał, wypowiadając te dziwne słowa parę chwil przed śmiercią. Po prostu nie znał prawdy.

Winters przyspieszył kroku.

Wierzył, że Bóg, sprowadzając w pobliże karczmy – i Bramy – strzelców z podobnej roty daje kolejny znak. Sygnał, że chce, aby Winters zrealizował swój zamiar – pragnienie, aby tacy ludzie, jak rodzice Jennifer i Jonathana, a także jego bliscy, koloniści i wszyscy pozostali, przestali być zwykłą, ludzką mierzwą, a otaczający go świat stał się sprawiedliwy, zgodnie z naukami Pisma.

W umyśle człowieka w skórzanym kolecie i długim płaszczu, w wysokim kapeluszu na głowie, nieśmiało kołatało się pytanie, czy Pan nie wybrał go jednym z proroków. Nie śmiał tego rozważać, bo byłoby to bluźnierstwem, a miał pewność, że, jeżeli tak jest, Stwórca jakoś mu to przekaże. Może nawet zezwoli na napisanie kolejnej przypowieści i dołączenie jej do Pisma.

Winters nie chciał głębiej rozważyć tej myśli. Pomyślał, że wcale nie musi się spieszyć. Pan da mu znak.

Miał teraz chwilę czasu na zerknięcie w karty Pisma, a dawno już tego nie czynił.

Przystanął.

Starannie rozwiązał węzeł na spłachciu białej tkaniny, chroniącej wolumen. Poszukał dębowego listka.

Zwykle Winters czytał pierwsze wersy stronnicy z lewej strony, zawsze ciekaw, czego doświadczy, wnikając w treść przypowieści.

Wolno, wyraźnie akcentując zgłoski, tak jak wtedy, kiedy zwracał się do mężczyzny grzebiącego widelcem w dziwnym naczyniu, teraz już martwego, przeczytał na głos pierwsze dwie linijki tekstu:

 „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza.”

Mastif spoglądał na niego uważnie. Na ciemnym pysku uwydatniały się liczne, rdzawe plamki – zaschnięte krople ludzkiej krwi.

 

10 grudnia 2012 r. Roger Redeye

 

Ilustracje – Monika Juroszek

Koniec

Komentarze

W jednym z wątków w "HP" userka AlissCarolł raczyła mnie zapytać, czy nie jestem przypadkiem królikiem Rogerem.

Ten tekst jest odpowiedzią na jej niezwykle głębokie intelektualnie pytanie.

Ponownie edytuję tekst, bo poprzednio edytor pokazywał, że opublikowałem "Bramę…" w styczniu 2014 r. W styczniu 2014 r. opowiadanie wkleiłem do swoich kopii roboczych na stronie testowej – sprawdzałem rozmiar ilustracji. Przy przetwarzaniu strony testowej w portal opowiadanie niespodziewanie trafiko do archiwum, jako już publikowane… 

Pozdrówka.

Jeśli masz jeszcze jakieś opowiadania, które trafiły błędnie do archiwum, napisz tutaj, to pousuwam daty publikacji.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Jedno – "Listy kochanków". Co prawda, tego tekstu nie zamierzam tutaj publikować – nie ma w nim nawet cienia fantastyki – ale, tak na wszelki wypadek, można go przywrócić do statusu klasycznej kopii roboczej. 

Tkwi w archiwum

Brajcie, z góry dziękuję.

Pozdrówko.

Napiszę jak Anet – podobało mi się :)

Ostatnio lubię zatapiać się w szczegóły, którymi ubarwione są różne teksty. Tak mi się chyba od "Gry o tron" zaczęło, zacząłem zwracać uwagę na opisy potraw, ubiorów. To jest też u Ciebie, Rogerze, taki urok szczegółów. Niektórym taka szczegółowość wyda się niepotrzebna, dla mnie buduje klimat opowieści. Przeczytałem kiedyś "Przesłonę" i w "Bramie…" widzę kontynuację tego typu prozy. Ciekawi mnie Rogerze, jak jest z innymi Twoimi tekstami? Jest coś lżejszego? Tutaj mamy taką surowość stylu, surowość emocji, współgrają mi te elementy z czytanym i recenzowanym przeze mnie "Pokojem światów". Problem w tym, ze w takiej postapokaliptycznej właściwie scenografii napisano już arcydzieło, czyli "Drogę", z którą nie da się uniknąć porównania i to zazwyczaj na niekorzyść porównywanego. Rozwiązania fabularne w "Bramie" też wydaje mi się nie prezentują niczego nowego, zaskakującego, to tematyka bardzo mocno przetrawiona już w literaturze. Niemniej, te uwagi artykułuję z siebie jakiś czas po przeczytaniu opowiadania, w trakcie czerpałem z lektury niesłabnącą przyjemność, niezakłócaną powyższymi refleksjami. Aha, ostatnio przeczytałem wiele scen walk, ta tutaj (właściwie walka to była jednostronna, żeby nie powiedzieć – rzeźnia) robi naprawdę duże wrażenie. 

Tzn wyjąć z archiwum mogą autorzy samemu – wystarczy edytować i zapisać jako kopia robocza. Ale zrobię to i przy okazji usunę datę publikacji.

EDIT: zrobione

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Witaj Rogerze. Ponieważ opowiadanie jest dość długie, wypowiem się za parę dni.

Dzięki, Brajcie.

Janie_Janku, dzięki za przeczytanie i komentarz. Dość często piszę zabawowe historyjki, tylko – są to krótkie formy: drabble, short story… Z dłuższych w profilu mam "Kłopoty nie są moja specjalnością" – pastisz thrillera o androidach. Kilka historyjek mam w kopiach roboczych. Ostatnio napisałem opowiadanie grozy – tego gatunku jeszcze nie próbowałem. 

Scenę walki w karczmie pisałem na końcu. I napisałem ją od jednego strzału.

Nie za bardzo interesowałem się, czy taki temat ktoś już eksploatował. Miałem pomysł – napisałem.

Pozdrówka.

No toś chłopie dołożył do pieca. Doskonałe!

Gdzieś tam mignęła mi składniowa ekwilibrystyka i za długie zdania złożone. Ale to nieważne.

Opowiadanie jest świetne. Ma klimat, ma dobrą konstrukcję, ma emocje, ma protagonistę z krwi i kości. I pomysł na świat jest intrygujący.

Infundybuła chronosynklastyczna

A ja poproszę o wyjaśnienia. Przy okazji dyskusji pod innym opowiadaniem, Rogerze, zarzekałeś się, iż Antoni Nowakowski podany jako autor tego opowiadania w Esensji, to nie jesteś Ty. A teraz publikujesz to opowiadanie tutaj, jako Ty. Nie można przypisywać sobie autorstwa nieswoich dzieł. Jak mam to zatem rozumieć?

 

Twoja wypowiedź z 18 sierpnia minionego roku:

Nie chcę i nie zamierzam przypisywac sobie autorstwa nie moich tekstow. Mam w "Bramie… "jakąs cząstkę, ale niewielką.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Czy pytanko brzmi: ile jest mojego autorstwa w „Bramie…”? Odpowiadam: sto procent. I to nie cukru w cukrze, tylko autorstwa w autorstwie. Rzeczywiście, swego czasu w jakimś wątku w „HP” podałem przykład „Bramy…” jako tekstu, w którym umiejętnie budowane jest napięcie, ciekawy ewentualnej dyskusji w tej sprawie. Naturalnie, dyskusji w „HP”… Ale, zamiast dyskusji, zaczęło się dociekanie, czy przypadkiem nie jestem autorem tego tekstu. Nie miałem zamiaru publikować na tym portalu „Bramy..”, ale zmusiło mnie do tego głębokie intelektualnie pytanie AllissCarroll. I nie miałem zamiaru specjalnie się chwalić. No więc, wtedy wymyśliłem sobie jakąś spółdzielnię, kartel, artel literacki – coś takiego – licząc na to, ze parę osób zadeklaruje udział. Niestety, nikt się nie zgłosił. Szkoda – mogła być fajna zabawa. Z tego, co pamiętam, macherka od pomysłów miała się nazywać Vannessa Kolesnikow – ładnie… – a macherem od scen walki miał być jej mąż, Zachary Kolesnikow. Emigranci rosyjscy. Jednak sobie odpuściłem. Ale Zachary Kolesnikow od czasu do czasu gdzieś się pojawia, przeważnie wychwalając szatę graficzną „Herbasencji” albo „Szortalu”. Ma chłopak rację – jak najbardziej go popieram.

Tak to wygląda.

Nota bene, chyba już niedługo w „Esensji” ukaże się moje opowiadanie Operacja „Koziorożec”. No i co? Znowuż swego czasu w jednym z moich tekstów, „Diagnozie i terapii”, pisałem o tym opowiadaniu – w dyskusji z Agroelingiem. Mało tego, wkleiłem jedną stronę w jakimś komentarzu pod tym tekstem…

Adres: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/9189

Tak na wszelki przypadek napiszę, ze w ostatnim rozdziale „Operacji…” pojawia się Lew Dawidowicz Kutuzow, niedoszły mistrz świata w szachach. No bo zawsze ktoś może powiedzieć, ze ktoś splagiatował pomysł RogeraRedeye. Albo Rogera Redeye. Albo FortuApache.

Jak się zbliży kolejka publikacji „Przeistoczenia”, też możemy o tym tekście podyskutować.

PS. A tak w ogóle, berylu, co sądzisz o tekście? Naturalnie, rozważasz nominację?

Dzięki, Stefanie, za przeczytanie i komentarz. Fajnie, ze opowiadanie bardzo sie podobało. No cóż, ten portal miał być portalem literackim, a nie szkółką niedzielną do prezentowania wprawek pisarskich. Coś się już dzieje, ale jeszcze dużo brakuje portalowi do miana portalu literackiego.

Może nie publikowałbym tutaj “Bramy…”, gdyby nie wpis AlissCarroll.

Mam tendencję do tworzenia rozbudowanych zdań o skomplikowanej konstrukcji, Zdarza się, ale ostatnio upraszczam teksty. 

Serdecznie pozdrawiam.  

O tekście nic nie sądzę, bo nie czytałem. Pojawiło się ryzyko naruszenia praw autorskich i to wszystko, co mnie tutaj obchodziło. Dziwne i pokrętne te Twoje tłumaczenia, ale na szczęście wierzę, że Antoni to RogerRedeye.

 

Ostrzegam również uprzejmie, że podwójnie dodawane komentarze, dodane w krótkich odstępach czasu, będę łączył. W tej kwestii nic się nie zmieniło. I, żeby nie było, nie dotyczy to tylko Ciebie bądź tylko Twoich tekstów.

 

I tyle, ja znikam, zostawiam wam komentowanie tego – jak się wydaje dobrego – tekstu :) Puf! Nie ma mnie.

 

EDIT: O kurczaki, to mój dyżur jest. No to wrócę tu jeszcze :P

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Opowiadanie przeczytałem, ale komentarze pod tekstem są dla mnie tak niezrozumiałe, że jednak powstrzymam się od jakichkolwiek komentarzy. Nie lubię niejasnych sytuacji. Pozdrawiam.

A cóż tam, drogi Ryszardzie, niejasnego widzisz w tej sytuacji? Czyżbyś wątpił w to, ze jest autorem tego dzieła? Albo inaczej: dzieło napisało kilka osób, a jedna firmuje wszystko swoim nickiem, a gdzieś indziej imieniem i nazwiskiem? No… Dawno już zgłosiliby się z pretensjami, ze oni, prawda, też się napracowali… Zgłosiliby się do Esensji, Herbatki u Heleny, tutaj etc. etc. Można tez założyć, że takowa osoba – autor „Bramy…”, a nie tylko – w ogóle fizycznie nie istnieje.

Ja widziałbym takie rozwiązanie: ogłoszenie wzywające do ujawnienia się ewentualnych współautorów „Listów kochanków”. „Bramy…”, „Operacji „Koziorożec”, „Przeistoczenia”, „Czarnej wódki”, „Przesłony”, “White Creek” – dobry tekst – i paru innych opowiadań. Ogłoszenie na tym portalu, na „Herbatce…”, w „Esensji” i gdzie tam trzeba. Piszę najzupełniej poważnie. Powinni przedstawić konspekty, opracowane przez nich fragmenty, maile, numery telefonów, hasła, kontakty, adresy.

Zaś potem trzeba byłoby uruchomić CBA, CBŚ, a może nawet Policję Myśli. Byłoby jak najbardziej zabawnie. Ale – nic to nie da, chociaż można spróbować.

Tacy ludzie nie istnieją.  

PS. A tak w ogóle, nie wiem, dlaczego, jakoś byłem przekonany, ze zareagujesz właśnie w ten sposób. Chociaż, z drugiej strony, trochę cie rozumiem.

Pozdróweczko.   

PPS. Tylko proszę nie narzekać i nie biadolić, jeśli przy „Bramie…’ zaraz będzie multum komentarzy.

 

sobie sprawę, że oczekiwanie niepodziewanie, się kończy

Literówka i chyba zbędny przecinek.

 

Opowiadanie “robi ci” ciekawie przedstawiony, głęboko wierzący bohater, którego oczami spoglądamy na całą historię. Odniosłem wprawdzie wrażeniem że niektóre kwestie dialogowe dzieci brzmią nienaturalnie, ale to tylko odczucie. Studium rodzącego się fanatyzmu, który mimo wszystko poskutkuje… No właśnie, czy zamiar obcych zostanie mimochodem zrealizowany, czy nie?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, PsychoFishu, za przeczytanie i komentarz.

W tym zdaniu jeden przecinek oczywiście jest zbędny. Nie wiem, czemu został w mojej autorskiej wersji tekstu. Usunąłem, korzystając z wiekopomnego wynalazku brajta – ciągłej edycji tekstu. Natomiast przecinek przed „że” jest konieczny.

Co do kwestii wypowiadanych przez Jennifer i Jonathana – wykreowałem świat, w którym jeszcze powszechnie używa się kordów, rapierów, kusz, muszkietów, a karabiny skałkowe – i mitraliezy… – stanowią nowość. Winters powinien mówić inaczej, bo żyje w innym świecie, niż nasz. Dzieci też. Możliwe, ze należało dodać zdanie o szybkim dojrzewaniu. Ale w ogóle nie zastanawiałem się nad stylizacją języka dialogów. Dialogi niejako „wychodziły” mi same.

A co byłoby później… Może kiedyś napiszę drugą część, ale, na razie, mam luźny pomysł na kontynuację. Na pewno Winters założy kościół…

Niebawem na portalu „Herbatka u Heleny” – chyba jeszcze w tym miesiącu – publikacja „Przesłony” – długiego tekstu, ale też opowiadającego o innym świecie. Też z ilustracjami, co prawda, pochodzącymi z internetu, ale interesującymi. Ciekaw  jestem, jaką ocenę wystawią recenzenci… Zapraszam. 

Pozdróweczko.

– Nie chłepcz krwi. – Winters wyciągnął płasko rękę, dając znak, żeby Cukierek usiadał. Pies niechętnie posłuchał. – Nie pij – powtórzył głucho. – To nie szlachtowanie świń na zimę. To ludzie. --- bardzo dobra kwestia.

Zresztą niezwykle udana jest cała kreacja protagonisty – z jednej strony wiara, a z drugiej poczucie elementarnej godności.

Zgadzam się z Rybą, że niektóre wypowiedzi brzmią nienaturalne – chodzi tu o przybyszów zza bramy.

 

I po co to było?

Aaron sądził, że pewnie kiedyś jakiś wędrowiec, przemierzający podłą drogę przez rozległą knieję, odrzucił w bok niedojedzony ogryzek, a potem z ciemnych pestek wyrosły dorodne drzewa, obwieszone teraz smacznymi owocami.

Możesz mi, Autorze, zdradzić różnicę między dojedzonym, a niedojedzonym ogryzkiem? 

Przeczytałem coś koło połowy, kiedy indziej doczytam resztę – może jutro – bo już jest późno. Na razie jest ok.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Bohdanie, zostało jeszcze dużo miękiszu… Znam tez ludzi, zjadających jabłka w całości. Albo pozostawiających całkiem spory ogryzek. Niedojedzony.

Syf.ie, Winters taki miał być. Z zasady piszę dłuższe teksty bez konspektów, choć przy dużej ilości osób drugoplanowych robię sobie wykaz postaci. Winters jest człowiekiem prostym, ale absolutnie nie jest prostakiem. Dlatego kilka razy podkreślam, że Aaron nie tylko czyta, ale studiuje Pismo, analizuje – i wyciąga wnioski.

Język ludzi zza Bramy? A nie wiem… Na pewno nie mówią językiem portalowych opowiadań. Mam z tym problemy, w tym sensie, że raz na jakiś czas ktoś gdzieś, oburzony, zwraca uwagę, ze ten język wypowiedzi/rozmowy dziwny jakiś jest…

Do przejścia, jeśli człowiek się uprze.

Pozdrówka.

Znam tez ludzi, zjadających jabłka w całości. – i to jest wtedy dojedzony ogryzek, tak? Dziwnie odpowiadasz na zadane pytanie, tak jakbyś nie zrozumiał, o co mi chodzi. Rzecz w tym, że słowo ogryzek oznacza coś/ kawałek czegoś niedojedzonego. Moim zdaniem niedojedzony ogryzek brzmi jak słynny okres czasu.

Mastiff

Ogryzek ze swej natury jest niedojedzony. Inaczej nie byłby ogryzkiem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Tekst jest dobry, ale mam mieszane uczucia. W początkowej części opowieści sporo dowiedziałem się o tym, co zawiera plecak Aarona, dużo o jabłkach i jabłoniach i do tego jak należy przygotować smalec czyli świński tłuszcz. Kilka razy Autor przypomniał mi też o fatalnym stanie miejscowych dróg.

Potem zaczęło się opowiadanie.

 

– Rzuciłem jeden mojemu psu, i bardzo mu smakował. Prosił o więcej. Dziwne. Wtedy nazwałem go Cukierkiem.

Co w tym dziwnego, że pies prosi o jeszcze jednego cukierka? Mój Barry, a jest mniejszy niż mastif, mógłby pewnie i kilo słodyczy pochłonąć.

 

 

W umyśle człowieka w skórzanym kolecie i długim płaszczu, w wysokim kapeluszu na głowie, nieśmiało kołatało się pytanie, czy Pan nie wybrał go jednym z proroków.

 

Na końcu opowiadania dowiedziałem się, jaki strój nosił na sobie główny bohater.

 

Podsumowując: tekst jest niepotrzebnie tak długi. Przedstawioną historię można znacznie skrócić, przec co zdynamizować. To jest mój główny zarzut. Druga sprawa: dialogi są nierówne. Czasem wplatasz archaizmy, które nie pasują do reszty wypowiedzi bohaterów. Trzeba zdecydować: albo stylizacja dialogów, albo nie.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Bohdanie, dzięki za przeczytanie i komentarz. „Brama…” zebrała już sporo opinii czytelniczych na dwóch portalach. Ten jest trzeci, i chyba ostatni. I tutaj też mam różniące się nieco opinie. Dawno już się przekonałem, ze bardzo dużo zależy od upodobań i gustów czytelników – i od specyfiki portalu. Jeden z komentatorów trochę kontestował długość trzeciego rozdziału – do momentu, kiedy nie doszedł do opisu „zuchwałego planu” Wintersa dotyczącego wysadzenia Bram, jak go tenże komentator określił. Wtedy stwierdził, że ten rozdział jest potrzebny, właśnie w takim kształcie.

Rożnie bywa z czytelniczymi opiniami.  Starałem się opisać w miarę dokładnie świat „przed” Bramą. Między innymi po to, żeby pierwsza wzmianka o Bramie stanowiła zaskoczenie. I to duże. Do tego momentu ten świat miał przedstawiać się bardzo normalnie, a nawet przaśnie…

To dla Wintersa jest dziwne, że jego pies lubi cukierki… A póżniej wiadomo, dlaczego: Cukierek jest mieszańcem z dziwną rasą i morderczym psiskiem.

W opowiadaniu nie chciałem nadużywać podmiotu „Winters”, „Aaron” lub “Aaron Winters”. Ale to przywołane zdanie o człowieku w długim płaszczu ma inny cel – przypomina, ze Winters, tak naprawdę, jest zabójcą wielu ludzi – i sam Winters dobrze o tym wie. Wie też, że musi odpokutować.  Ale mimo to marzy o tym, ze, być może, zostanie prorokiem…

O dialogach pisałem wcześniej w innym komentarzu. Lubię stosować rzadko używane wyrazy – a tutaj, z uwagi na kreowane universum, szczególnie mi odpowiadały.  

Pozdrówko.

Sorry, przeczytałem jeszcze raz Twój komentarz i postanowiłem usunąć swój. Doszedłem do wniosku, że Twoje argumenty są słuszne.

Przepraszam za zamieszanie.

 

Mastiff

Sorry, nie za bardzo rozumiem, o co idzie… Przeczytałem, Bohdanie, Twój wcześniejszy komentarz z uwagą. Na pewno “Bramę…” można skrócić i wyszłoby to opowiadaniu na zdrowie. Ale nie da rady – opowieść żyje już własnym życiem. Jedna, druga publikacja… Tekst ukazał się w “Herbasencji”… 

Wyszedł z kołyski i usamodzielnił się. A każdy komentarz krytyczny jest bardzo cenny. Bardzo. 

Pozdrówko.

Chodzi o to, że napisałem jeszcze jeden komentarz, ale po głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że Twoje wyjaśnienia mnie przekonują i go usunąłem:) Tak szybko, że nie zdążyłeś go nawet przeczytać:)

Mastiff

Także luz.

Przepraszam za offtop, ale… O co, do ciężkiej zaropiałej polonistki-sadystki, chodzi z tym “także” w znaczeniu “więc”!? Ta plaga przypomina mi słynne “bynajmniej” w sensie “przynajmniej”… Także oznacza przecież coś innego – “Samochód ziutka gryzł w oczy barwą. Motor jego starej także był zielony, ale w nieco łagodniejszym dla oka odcieniu”

 

I ortograf, Bohdanie. :) Ciachnij ortografa w łeb, bo wstyd.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Poprawiłem. Dziękuję.

Mastiff

Nie przeczytałem. A szkoda, mogłaby wywiązać się zawzięta dyskusja… Tego komentarze przed poprawką tez chyba nie przeczytałem.

Nie ma sprawy – ale, Bohdanie, bardzo fajnie, ze napisałeś komentarz o usunięciu komentarza. Ten stary postulat o wprowadzeniu edycji komentarzy, zrealizowany przez brajta, jest dużym osiągnięciem.

Dodam jeszcze coś takiego: Bohdanie – naprawdę przy “Szkocie” pomyśl o wklejeniu ilustracji. Takich, innych… I na końcu tekstu podania źródeł. Ja pisałem te komentarze nie bez kozery. “Szkot”, wedlug mnie, ma bardzo duże szanse na publikację w “Herbaencji”, chyba już czerwcowej. I na publikacje w zbiorczym e-booku. Z dobrze dobranymi ilustracjami edycyjnie wyglądałby znakomicie. A “Fantasyka.pl’ jest swietnym miejscem do testowania ilustracji – rozmiaru, sugestywności itp. 

Zamieszczanie ilustracji jest proste.

PsychoFishu, oprymatorze, lisowczyku, zagończyku… Ordyńcu… Ładnie to tak zza winkla napadać na członka Loży? No, ale jeżeli sam na sztych morderczy się wystawił… 

Pozdrówka.

PS. Przydałyby się emotikony do komentarzy. Wielki ich zasób jest na “Forum”.

Dobrze, że mnie “napadł”, bo – odpisując w pośpiechu – zrobiłem karygodne byki. Dzięki niemu wielu użytkowników tego nie przeczytało:)

Mastiff

Czysty zysk…

Po kielichu, w psotnym trybie

Oko rybie wnet Cię zdybie!

 

Bohdan wie, że ja niezłośliwie, jakkolwiek ordyńsko ;) Nożownikom, tfu, lożownikom nie wypada wszak chlastać, tfu, szastać takimi błędami nawet w komciach ;) Portale o pisaniu to chyba jedyne miejsce w sieci, gdzie można bezkarnie wytykać innym błędy ortograficzne, ach, cóż za raj… ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Roger: gdyby ktoś wykonał rysunek/szkic do mojego opowiadania, to chętnie zamieściłbym takie cacko. Natomiast jeśli chodzi o “ściąganki” z sieci, to nie jestem przekonany. Choćby z racji praw autorkich.

Co do wspomnianego przez Ciebie portalu i e-booka, to na razie mój tekst nawet się tam nie ukazał, więc trudno cokolwiek z góry zakładać. Na razie jest na NF i zobaczymy, co z tego wyniknie.

To tyle ode mnie. Kończę offtop

Mastiff

Jasne. Każdy edytuje tekst tak, jak lubi., ale trzeba uważać na prawa autorskie…

Mozna – na przykład – poszukać obrazów powszechnie dostępnych w Wikipedia Commons. 

Spokojnie do wykorzystania.

Pozdrówko.

 

Początek opowiadania trochę mnie znużył. To co dla jednych jest zaletą – owe szczegółowe opisy, drobiazgowo relacjonujące poczynania bohatera, a nawet detalicznie podane składniki smalcu, czy skrupulatna inwentaryzacja zapasów Aarona – mnie wydają się być wypełniaczem treści. Jakby Autor postanowił, że napisze długie opowiadanie, ale okazało się, że przedstawienie zdarzeń i przemyślenia bohatera, nie wypełnią planowanej liczby stron.

Po Autorze, który z takim pietyzmem dobiera słowa, nierzadko mało znane, cyzeluje każde zdanie, a bywa, że innym użytkownikom stara się narzucić własną wizję ich tekstów, spodziewałabym się opowiadania idealnego, dopracowanego w najdrobniejszych szczegółach. Niestety, w Bramie napotkałam liczne usterki. Aby nie być gołosłowną, przytoczę dwa zdania: „Winters starannie zebrał z gałęzi najdorodniejsze, niespodziewanie soczyste i słodkie, napełniając do pełna worek i dodatkowo parcianą sakwę…” oraz „Miał teraz chwilę czasu na zerknięcie w karty Pisma…”.

Tym sposobem, oprócz dwóch fasek smalcu, w opowiadaniu wystąpiły też dwie paczki masła maślanego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Znów, posłuszna zaleceniom Autora, podjęłam się zapoznania z opowiadaniem.

Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, znów zacięłam się na błędach.

Opisujesz, Rogerze, jak to Aaron znalazł miejsce odpoczynku, gdzie „sucha warstwa zielonych porostów obiecywała dobry sen”. Następnie Twój bohater wsparł się o „gładki, miły w dotyku bukowy pień”.

I teraz tak: buk jest bardzo wartościowym gatunkiem dla drzewostanów, jako że jego liście przyczyniają się do użyźniania ziemi. Oznacza to, że tam, gdzie rosną buki, nie ma porostów. Mogą być mchy – czy to miałeś na myśli, Autorze? Wspominasz o mchach nieco wcześniej, ale szybko zaczynasz nazywać je porostami (nawiasem mówiąc, zupełnie nie wiem dlaczego – przecież mchy i porosty to nawet nie to same królestwo!)

Niniejszym – poddaję się…

Hmm... Dlaczego?

Dre­wian –  a tak, rosły buki. A także olchy. Aaron siedział na pniu olchy.  Oczywiście, zwalonym. Dobrze, że o tym napisałem.  No i w sumie wszystko było w niewielkiej kotlinie. Wygląda na to, że część kotliny porastał mech, No, chyba się to zdarza, choć może nie powinno.  Jakby ten fragment rozebrać na czynniki pierwsze, to wcale z niego nie wynika, że Winters ułożył derki pod bukiem. Ułożył na mchu. 

A dlaczego raz porosty, a raz mech? Żeby uniknąć powtórzeń wyrazów.

Tyle. Miło było.

Pozdróweczka.

PS. Jak już “Brama…” ukaże się w e-booku, nie omieszkam cię o tym powiadomić, bo każda opinia krytyczna jest cenna. 

Nawet ciekawa historia (pomijając początek z drobiazgowym opisem zapasów żywności, na którym kiedyś utknęłam). I zakończenie też miłe, bo nieoczekiwane.

W kwestii mchów i porostów popieram Drewian – to dwie różne rzeczy, nawet nie dwie różne rośliny. Trochę tak, jakbyś dla uniknięcia powtórzeń zastępował niekiedy “konia” “krową”.

Dlaczego w karczmie nikogo nie było? Żadnej obsługi? Pisałeś wcześniej, że to niezły interes, że warto napadać na konkurencję a tu niespalona knajpa zostawiona samopas?

napełniając do pełna worek

Paskudnie to wygląda.

Umiem już rachować do dziesięciu – dodała z dumą.

Hmm. W ostatni weekend moja siostrzenica doliczyła do trzynastu. A ona jeszcze nie ma trzech lat. Nie chodziła do szkoły, nikt się nie upierał, że już powinna zacząć poznawać matematykę. Tak jakoś samo wyszło, przy zabawie w chowanego… Nie uwierzę, że dzieciaków nikt nie próbował nauczyć podstaw – farmerowi przydaje się wiedza, ile ma kurczaków, ile skopków mleka zwykle uzyskuje każdego dnia, jak długo nie padało, ile desek w płocie wymaga naprawy, ile kosztują gwoździe… Więc jeśli dziewczynka ma więcej niż cztery latka, to duma jest bezpodstawna.

Babska logika rządzi!

Teraz skróciłbym tytuł… Hmm… Nie da rady.

Miłe opowiadanie? Też tak mi się wydaje. Za swoja krwawą aksamitność  powinno dostać piórko, jednak nie dostało, bo ktoś tam nad czymś tam zaczął się zastanawiać. 

Niestety, “Brama…” nie ukazała się w e-booku. Chyba się ukaże, jednakże nie wiadomo, czy się ukaże, a jeżeli jednak się ukaże, kiedy się ukaże.

Co wy macie z tym porostem? W pierwszym znaczeniu wyraz “porost” oznacza wszystko, co coś porasta. Powiedzmy:

Na łące bujnie rozwinęły się chwasty. Ten szpetny porost nie  psuł jednak wrażenia spokoju tego miejsca,. Tylko plamy krwi i ciała poległych żołnierzy zakłócały piękny widok jednolitego łanu zieleni. Link chyba już był, ale go powtórzę:http://doroszewski.pwn.pl/haslo/porost/ 

A siostrzenica żyje współcześnie? Zdaje się, że to aksjomat.

Jennifer żyła w innym świecie, w zupełnie innych realiach, w dodatku w świecie, w którym panował muszkiet i rapier, a mitralieza stanowiła nowość.  Jakby na to nie patrzeć, z lewa, z prawa, z boku, z góry, a nawet z dołu, czyni to jednak pewną różnicę.

Pytanie – siostrzenica krowy dopić umie?

Pozdrówka.

No dobra, Doroszewski to jest jakiś argument. Ale to, co zapamiętałam z biologii, każe mi myśleć o poroście przede wszystkim jako o tym, co w linku jest pod trójką.

Tak, siostrzenica współczesna. Nie umie doić krów (wątpię, żeby kiedykolwiek widziała żywą krowę), jeszcze nie umie nawet dobrze bawić się w chowanego – wydaje jej się, że miejsce za przejrzystą firanką to niezła skrytka. Ale z której strony bym nie patrzyła, wydaje mi się, że umiejętność banalnych rachunków, będzie jej w życiu potrzebna mniej więcej tak samo, jak Twoim bohaterom (w każdym świecie zresztą). Rozwój psychologiczny dziecka nie stanowi bariery dla przeliczenia własnych palców. Nadal twierdzę, rachowanie do dziesięciu to żaden powód do dumy dla kogoś w wieku ponadprzedszkolnym.

Babska logika rządzi!

Język polski należy wzbogać, a nawet ubogacać – konia z rzędem temu, kto wie, dlaczego ubogacać. Znaczenie wyrazu porost nie zmieniło się i wszystkie słowniki podają takie znaczenia –  a że w biologii porost ma ściśle określone znaczenie. znaczy  tyle, że jest to wtedy termin naukowy. No i tyle tego, a piorun wie, czemu po raz kolejny muszę tłumaczyć tak prostą sprawę.  Ale cieszy mnie, że w końcu kogoś olśniło i doszedł do wniosku, że tenże porost językowo ma o wiele szersze znaczenie od zakichanego porostu w znaczeniu biologicznym. 

Brawo! Fiat lux!

Nawiasowo dodam, że jakbym użył tego karłowatego porostu, podawanego przez Doroszewskiego, dopieroż byłby bajer… Na sto fajerek.

Nie należy  mylić tego, co mamy dzisiaj, z tym, co mieliśmy wczoraj. W czasach, w których  żył Winters i pozostali bohaterowie, łącznie z psem Cukierkiem, w czasach  tak plus-minus siedemnastowiecznych, umiejętność czytania należała do rzadkości, dzieci rozwijały się wolno, a jak ktoś umiał sprawnie rachować, pewnie był geniuszem matematycznym. Jennifer jest córką prostego człeka, właściwie kmiecia. Jest to tak proste, jak konstrukcja cepa bojowego, nie mówiąc już o widłach bojowych.

Zaznaczmy tutaj, że jednak Winters używał kordu, cokolwiek to znaczy.  Dlaczego uzywał kordu, a nie szabli, pojęcia nie mam i prosze o to nie pytać. 

A tak w ogóle, teraz piszę sobie opowiastki o Indianach, a imiona mają piękne jak marzenie– Tępy Nóż, Zasnute Niebie, Grzmiący Kocioł i tak dalej. Zauważę jeszcze, że bizony, na które namiętnie polują, nie mają obciętych rogów, co w innym opowiadaniu innej zacnej komentatorce też nie podobało się. Ja to doskonale rozumiem, bo każdy może mieć swoje zdanie, nie tylko w sprawie porostu, rachowania do tuzina, kordów, psów, mastifów i innych okropieństw, ale też w sprawie rogów.  A że wychodzi na to, że  pewnie nikt na to – czyli na przycinanie albo nieprzycinanie bykom rogów – w tej urokliwej okolicy nie zwracał uwagi, to już inna sprawa. 

Czytelnikom niezorientowanym, a nawet zdezorientowanym, zapodaję link do tekstu z sympatyczną dyskusja o rogach bydlęcych – tfu, podaję link:http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/15113

 

Pozdrówka.

>>>  Język polski należy wzbogać, a nawet ubogacać – konia z rzędem temu, kto wie, dlaczego ubogacać.  <<<

Dlatego, że cząstka słowotwórcza “u-“ została niepoprawnie użyta przez postać bezspornie historyczną, a w oczach przytłaczającej większości mieszkanek i mieszkańców kraju nad Wisłą będącą nieomylnym autorytetem w każdej materii, więc rzeczone użycie zaczęto naśladować.

Kiedy otrzymam rząd? Koń w mieście nie jest mi potrzebny…

Na wszelki wypadek BP, NMSP.

AdamieKB  – witam. Prawdę powiedziawszy, domyślałem się, kto jest autorem tego potworka językowego, czyli wyrazu “ubogacać”, jednakże nie byłem tego pewny, a i nie dociekałem, kto puścił ten wyraz w obieg. Zaznaczę tutaj, że wiem, kto przywrócił do życia klasyczny germanizm, wyraz “absmak”, i to w nieprawidłowym znaczeniu. Spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Rząd – naturalnie koński – wyślę mailem na adres redakcji. Zaznaczmy tutaj znowuż, że koń wierzchowy w dawnej Polszcze był drogą imprezą, a rząd tegoż rumaka – nie mylić z uprzężą, bo ona dotyczy konia pociągowego – bywał imprezą jeszcze droższą. Niejaki Pasek w swoich pamiętnikach żali się rozpaczliwie, ileż to koni mu ubito mu podczas starć z Moskwicinami i jakież to niebywałe straty poniósł.  Jednak rzędy chyba zdjął, bo nowy rząd – koński, oczywiście – był ekspensem wielkim. 

Dzięki za odwiedziny.

Pozdrówka. 

W obieg, jak to nazwałeś, puścili bezkrytyczni naśladowcy, i to oni są winni rozpowszechnieniu. Omyłka, przejęzyczenie może, ma prawo zdarzyć się każdemu i nie temu, któremu się to zdarzyło, należy wytykać, ale bezrefleksyjnym “powtarzaczom”.

:-)  Wyślesz rząd na adres redakcji? Dołóż wobec tego konia, inaczej gotowi na samochody próbować zakładać…  :-)

Nie wiem, o co chodzi z absmakiem, ale jeśli w dostatecznie bliskim żródłowemu znaczeniu użył, to może nie ma o co kopii kruszyć.

Bardzo możliwe, że autor wyrazu “ubogacać” po prostu się przejęzyczył. Ten wyraz  jest już używany rzadko, coraz rzadziej, bo ludzie przytomni zdali sobie sprawę z tego, że ma się nijak do reguł języka polskiego. Bardzo dobrze.

Podobnie zresztą jest z absmakiem, jeszcze całkiem niedawno pisanym i wymawianym jako “abszmak”. Ponownie zanika, tak samo, jak na przykład zniknął “abszyt”, też fonetyczna kalka innego niemieckiego wyrazu. 

Po tym jak nie dostałem abszytu ze służby w Kriegsmarine, poczułem abszmak.

Piękne zdanie, cudownie polskie. Ale tak było, i nie ma co się dziwić, bo wystarczy przypomnieć sobie heble, wasserwagi, falbanki, luftlampy, mesle, fajerkasy itp. 

Koń wysłany mailem łącznie z rzędem, zacnym rapierkiem i dwoma szturmakami wielkiej dobroci. Uwaga, koń może wierzgać!

Pozdrówka.

Ciekawe, jak mi się zdarzy tu czy tam nazwać bohatera raz po imieniu raz po nazwisku, zaraz się ktoś dowali, że to źle, że tak się nie robi. A jak tutaj przez cały tekst mamy Aaron… Winters… Aaron… Winters… Aaron… Winters, to wszystko cacy :P

W dodatku akurat w tym konkretnym tekście w wielu przypadkach naprawdę jest zbyteczne ustawiczne przypominanie kto jest podmiotem kolejnych zdań. Można by pewnie z powodzeniem wyciąć w diabły 90% tych Aaronów i Wintersów.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

zie – chyba w tym opowiadaniu Aarona, Aarona Wintersa i Wintersa jest akurat tyle, ile potrzeba. Niekiedy używam określenia “dawny muszkieter”, bo już określenie “dawny strzelec”  kompletnie  mi nie  odpowiadałoo. I nikogo Winters, Aaron i Aaron Winters nie raził. To chyba wynika z charakteru tej opowieści.

Podobną technikę zastosowałem, prawda, że chyba instynktownie, w “Listach kochanków” i Operacji “Koziorożec”.

Może dla porównania link do “Operacji…”. 

Oto on:http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12757

Pozdrówka.

chyba w tym opowiadaniu Aarona, Aarona Wintersa i Wintersa jest akurat tyle, ile potrzeba.

Polemizowałbym, ale że za chwilę obieram kierunek na Zakopane, to na razie sobie odpuszczę ;)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Zawsze można poprawić opowiadanie i coś w nim zmienić… Chyba o tym już pisałem, że teraz pewnie skróciłbym tytuł, a i opowiadanie nieco odchudził. Tak często bywa, że po jakimś upływie czasu dostrzega się możliwość poprawienia tekstu.

Ale “Brama…” żyje już własnym życiem. Była publikowana na trzech portalach. Nie będę już  szlifował tekstu. Zresztą, w obecnej formie nadal mi się podoba, i to bardzo.

Miłego pobytu w Zakopcu. 

Pozdrówka.

Udało mi się odtworzyć ilustracje. Bardzo dobrze.

Notabene – albo, jak dawniej, nota bene – skróciłem trochę tekst, tak o półtorej strony, skróciłem tytuł, bo opowiadanie może jeszcze do czegoś się przyda, ale tutaj pozostaje w niezmienionej, pierwotnej wersji.

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka