- Opowiadanie: darthrevanek - Karczma

Karczma

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Karczma

Karczma

 

Sara upadła na kolana, gwałtownie łapiąc powietrze. Wiedziała, że musi odpocząć, ale wiedziała też, że nie może sobie na to teraz pozwolić, o nie… Deszcz lał się z nieba strumieniami. Powoli zaczęła pełznąć na czworaka do przodu, macając rękami niepewny grunt. Krok po kroczku, na spokojnie, byle iść dalej. Nie mogła się przecież zatrzymać, miała zadanie do wykonania. Niebezpieczna myśl zatańczyła na obrzeżach jej umysłu. Nadchodzą. Z wysiłkiem dźwignęła się z ziemi. Sapnęła, porażona nagłym wybuchem bólu w krzyżu. Poczuła się otoczona, więziona przez las który za nic w świecie nie chce jej wypuścić ze swoich objęć. Przez chwilę zdawało jej się, że z jednego pnia spogląda na nią szydercza twarz. Potrząsnęła głową, chcąc wyrzucić z umysłu tego typu głupoty.

Postąpiła ostrożnie parę kroków do przodu, na razie nie było najgorzej. Z oddali dobiegł odgłos gromu. Zadrżała. Krople deszczu ściekały jej po policzkach. Zawartość sakwy którą niosła, zrobiła się jeszcze cięższa…Sakwa! Jej ciałem wstrząsnął histeryczny chichot. Zdecydowanie nadszedł czas na zebranie się w sobie. Przystanęła na chwilę, pogrążona w całkowitych ciemnościach, nasłuchując odgłosów szalejącej burzy. Sakwa zadrżała. Westchnęła, kładąc rękę na skórzanej powierzchni torby. Nadchodzą. Dość tego cackania, przecież ma zadanie! W oddali, w szczelinie między drzewami dostrzegła błysk światła. Nadzieja obudziła się w jej sercu. Ruszyła dziarskim krokiem naprzód.

***

W karczmie „Pod świńskim ryjem”, położonej na skraju Wdowiego lasu, Yorn Buldgabe wlał w siebie piąty kufel piwa. Złocisty trunek ściekał mu po brodzie, prosto na mocno już opięty żupan. Siedzący po przeciwnej stronie stołu Wojtas, zastanawiał się jakim cudem można tyle wypić i utrzymać się na nogach. Jakby rozwiewając trapiącego go wątpliwości, Yorn wydał z siebie donośne beknięcie, na co reszta zgromadzonych wybuchła gromkim śmiechem. O nieczyści Bogowie…

– No, to na czym to ja skończyłem panowie? – zapytał Yorn.

– Wiedźma przypalała cię żywcem – przypomniał mu Wojtas.

- Ano! – mężczyzna uderzył ręką w stół, powodując drżenie rumianych polików. – Piękna to była kobieta z tej czarciej jędzy, oj piękna! Ale i krwiożercza, a jak moi drodzy panowie mówię krwiożercza, mówię to dosłownie!

– Yhm

– Wpuściła mnie do swojego domku, tak, tak! Może zupki? Pytała się, a ja, że zjeść jak sami panowie widzicie, lubię dobrze, to i owszem! Zgodziłem się! Ledwo usiadłem na krześle a tu jeb! Na moich rękach znikąd pojawiły się jakieś diabelskie pnącza! Odwracam się, a z ust mojej pięknej gospodyni półmetrowy jęzor wystaje! Mało tego, dzierży wszetecznica w dłoni nóż rzeźnicki przymierzając się na mnie! Pstryka palcami a pod nogami jakieś ciepło czuję! Patrzę, a tu ognie piekielne się pod mym siedzeniem otwierają, chcąc mnie usmażyć!

Wojtas pociągnął łyk piwa z kufla. Teraz będzie najciekawsze.

Yorn zaczął wygrażać w powietrzu zaciśniętą pięścią, by podkreślić dramaturgię sytuacji.

– Tak jak tutaj siedzę, tak tam siedziałem i zaręczam wam panowie, że poczułem jak z zaświatów przemawiają do mnie głosy przodków! „Yornie Buldgabe! Jeszcze nie czas!” mówiły, „Musisz zasiać dziedzica w łonie kobiety! Yornie Buldgabe! Jeszcze nie czas!” Wtem poczułem w rękach moc jakiej panowie nigdy nie czułem! Mogłem wszystko panowie, WSZYSTKO! Rozerwałem wiążące mnie diabelskie pęta! Jak się zerwałem, jak czarcią wszetecznicę za ten język chwyciłem, jak ją wykręciłem! – Yorn przez chwilę wymachiwał rękoma w powietrzu, siłując się z niewidzialnym przeciwnikiem. – Owinąłem jej ten plugawy jęzor wokół przeklętej szyi i udusiłem na miejscu. Mało tego panowie! W chwili gdy wydała ostatnie tchnienie, jej truchło rozwiało się w obłokach czarnego jak smoła dymu! Tak było panowie! Tak było!

Wojtas prychnął w kufel, zanosząc się chichotem. Na szczęście nikt nie zwrócił na niego większej uwagi. Tak było? On zapamiętał całe zdarzenie zgoła inaczej. Historia miała miejsce podczas ich wizyty w Aralern parę lat temu. Zamierzał tam wtedy sprzedać swoje trofea myśliwskie. To miała być krótka wizyta, nie planowali dłuższego pobytu. Tylko Buldgabe'owi zachciało się żenić.

Yorn to chłop na schwał, (tylko ma zbyt dużą słabość do trunków wszelkiej maści, od czego zrobiło mu się to wielkie brzuszysko) ale jak poczuje ból w swoim mieczu, to całkowicie wyłącza pozostałe funkcje poznawczo-rozumne.

Drugiego wieczora pobytu w Aralern, Buldgabe opiewał wniebogłosy jakąś nowo co poznaną, czarnowłosą piękność. Jaka to ona śliczna, jaka wdzięczna a jaki ma biust, opowiadał. Sam fakt, że Yorn użył słowa „biust” zamiast „cycory”bądź balony, skłaniał do myślenia. Trzeciego wieczora, oznajmił Wojtasowi, że zapragnął dokonać ożenku z ową niewiastą. Czwartego, poszedł słowa wcielić w czyn. Yorn nie chciał mu zdradzić wiele więcej na temat swojej wybranki, rzucał tylko co jakiś czas, że jest ona ucieleśnieniem bogini płodności oraz najpiękniejszą kobietą jaka kiedykolwiek stąpała po tym świecie. Wojtasa za bardzo to nie dziwiło, Yorn był zawsze bardzo uczuciowy. Jednak było coś podejrzanego, w zaślepieniu jego przyjaciela nową ukochaną. Może to był instynkt? Wojtas nie wiedział, ale wieczorem czwartego dnia, gdy Yorn poszedł się oświadczać, po odczekaniu krótkiego czasu podążył za nim.

Cały czas wmawiał sobie, że jest przewrażliwiony, że zwyczajnie nie ma ciekawszych zajęć do roboty, jest ciekawy tej kobiety i tyle. Okazało się, że przeczucie go nie myliło. Pierwsze co zwróciło jego uwagę, to fakt, że dom kobiety znajdował w jednej z najgorszych części dzielnicy nędzy. Większość budynków w sąsiedztwie wyglądała na opuszczone bądź zdewastowane. Wojtas uznał, że żaden człowiek zdrowy na umyśle, nie zapuszczałby się w takie okolice, chyba że w najwyższej potrzebie. Obserwował z ukrycia jak Yorn wita się ze swoją wybranką. Wytrzeszczył oczy, czując „drgnięcie” w dole podbrzusza. Jego przyjaciel się nie mylił, kobieta była urodziwa i to bardzo. W jej ruchach i postawie widział tylko jeden obraz. Jej spojrzenie zdawało się mówić „chodź i weź mnie tu i teraz”(Tak obfitych, pełnych piersi dawno nie było Wojtasowi dane widzieć). Przyciągała wzrok, wszystko poza nią przestawało mieć znaczenie. I wtedy Wojtas otrzeźwiał.

Kobieta starała się ukryć krągłości ciała, pod tanim, podniszczonym płaszczem. Emanowała niespotykaną dumą, co również mu nie przypasowało. Nie chodziło nawet o to, że jego matka uważała taki typ urody u kobiet za kurewski. Wybranka Buldgabe'a wyglądała zdecydowanie za dobrze jak na miejsce swojego zamieszkania, coś w niej, kontrastowało z szarością i nędzą dzielnicy. Coś, co było widoczne, mimo jej usilnych starań nadania sobie biednego wyglądu. Jej ruchy przywodziły na myśl gestykulację jakiejś księżnej a nie prostej kobiety. Oczywiście Yorn zdawał się niczego takiego nie zauważać.

Wojtas widział jak para zniknęła we wnętrzu domu. Przez chwilę obserwował budynek z zewnątrz, myśląc, że może naprawdę przesadza. Wszędzie wietrzył podstęp i doszukiwał się drugiego dna. Miał już zamiar zostawić Yorna samemu sobie i wrócić do karczmy gdzie mieli wynajęty pokój, gdy rozległ się krzyk. Zdecydowanie był to krzyk jego przyjaciela. Nie namyślając się długo rzucił się do drzwi domostwa, otwierając je kopniakiem na oścież. Widok który zastał, wprawił go w osłupienie.

Yorn siedział przywiązany do krzesła z opuszczonymi portkami i żółtą kałużą zbierającą u stóp, zanosząc się histerycznym szlochem. Jednakże na Wojtasie większy szok sprawiła maszkara, stojąca pośrodku pokoju. Wytrzeszczył oczy, widząc niedoszłą ukochaną swego przyjaciela, wspartą na czterech kosmatych odnóżach, z wysuniętym do pasa jęzorem, która wpatrywała się w niego głodnym wzrokiem. Yorn płakał jak małe dziecko. Wojtas błyskawicznie ściągnął z pleców kuszę automatyczną i bez żalu posyłał bełt prosto w łeb maszkary. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak to mówią. Ciało maszkary zgniło i rozlazło się, w chwilę potem jak bełt przeszył jej mózg, wypełniając całe pomieszczenie nieprawdopodobnym odorem. Nie było żadnego czarnego jak smoła dymu, żadnego przypalania żywcem czy heroicznej walki. Tylko syf.

Spalili dom tak jak go zastali. Yorn nie odzywał się przez cały ten czas, wpatrując się w pożerające budynek płomienie. Wojtas nie pamiętał jak długo stali tam, pogrążeni w całkowitym milczeniu. W pewnym momencie Buldgabe po prostu splunął w pogorzelisko, i odwrócił się, odchodząc w ciemności. Tak było…

Wojtas spojrzał po twarzach słuchaczy, zgromadzonych przy stole. Pewnie żaden z nich nie uwierzył w ani jedno słowo, wypowiedziane z ust Yorna. Prawda była taka, że zwyczajnie nie mieli niczego lepszego do roboty niż słuchanie tego naciąganego bajania. Aż dziwne, że w tej wersji historii nie znalazło się na miejsce na zacięty bój, jaki stoczył Buldgabe walcząc na przemian z dwunastoma odnóżami i ośmioma mackami swojej „ukochanej”. Wojtas wzdrygnął się na samo wspomnienie maszkary. Nienawidził wszelkiego plugastwa chodzącego po tym świecie. Nie wiedział skąd się ono wzięło i jakim cudem ma rację bytu, ale wiedział, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Jeżeli jednak już został postawiony twarzą w twarz z takim chodzącym koszmarem, to wolał mieć wtedy przy sobie swoją ukochaną kuszę.

Gdzieś w oddali przez niebo przetoczył się grom. Wojtas ponownie pociągnął głębszy łyk z kufla. Było już późno. Większość biesiadników zaczęła opuszczać karczmę, znikając się w rozmywającym ich ślady deszczu. Wkrótce przy stole ostał się tylko radośnie kiwający się na krześle to w przód, to w tył staruszek oraz mężczyzna, leżący twarzą w kałuży rozlanego piwa. Z głębi głównej sali dobiegało brzdękanie lutni zniewieściałego grajka. Karczmarz przecierał blat kawałkiem ściery, a Yorn z zaangażowaniem opowiadał staruszkowi, kolejne wyssane z palca historie.

– No! No i jak już go wrzuciłem do rozpalonego kominka, to się wtedy szacowny panie okazało, że ten pierścień, to wcale nie był taki zwyczajny pierścień! Rozumiesz pan? MAGICZNY BYŁ!

Staruszek wesoło pokiwał mu głową w odpowiedzi. Wojtas westchnął przeciągle. Dopił resztkę piwa i zwlókł się z krzesła, powoli nakierowując swoje ciało w stronę schodów prowadzących na piętro. Ku swojemu zdziwieniu zakręciło mu się w głowie. Patrząc po stopniu wirowania rzeczywistości wokół, doszedł do wniosku, że nie mógł sobie dzisiaj bardzo żałować. Odgłosy lutni dźwięczały mu w uszach. Bard nucił smutną piosenkę w rytm wygrywanej melodii. Ale pedalski głos – pomyślał Wojtas, po czym wspiął się na schody.

***

Staruszek wydał się Yornowi niezwykle interesującym rozmówcą, rozumieli się praktycznie bez słów. Z zainteresowaniem chłonął każde słowo Buldgabe'a, uśmiechając się przy tym dobrodusznie.

No! Dla takich ludzi to chciało się przynajmniej opowiadać, nie brąchali pod nosem jak Wojtas i reszta jego kompanów przy stole – myślał Yorn.

Zorientował się, że większość kompanów zniknęła. Pokręcił głową. Nie wiedzą co tracą. Zachciało mu się pić, a że nie lubił przerywać w połowie opowiadanej historii, zaczął macać ręką blat w poszukiwaniu kufla, cały czas nawiązując kontakt wzrokowy ze staruszkiem. Mama mówiła, że to oznaka dobrego wychowania. Zdał sobie sprawę, że kufel gdzieś zniknął. Spochmurniał, zmuszony przerwać na chwilę opowieść. Yorn obrócił głowę i natrafił spojrzeniem na mężczyznę leżącego twarzą w kałuży piwa. Coś mu w nim nie pasowało. Zaraz! To było jego piwo!

Jak oparzony poderwał się z krzesła, dopadając mężczyzny i chwytając go za  zieloną kamizelę. Szarpnął nieszczęśnika, stawiając go do pionu niczym pluszową lalę, a nie dorosłego chłopa, wyrywając mu przy okazji srebrne guziki, które z brzękiem upadły na posadzkę. Yorn ryknął pijakowi w twarz tak głośno, że staruszek aż podskoczył na krześle. Nieprzytomny mężczyzna puścił tylko nosem bąbelki w odpowiedzi.

– E!

Muzyka ucichła. Yorn zamrugał i spojrzał w kierunku z którego dochodził głos. Karczmarz z ręką zaciśniętą na nożu rzeźnickim łypał groźnie w jego stronę. Za plecami Yorna znikąd wyrosły dwa łyse łby. Ktoś zaśmiał się szyderczo, Buldgabe przeniósł wzrok w tamtą stronę, natrafiając na nagle zbladłego barda. Staruszek natomiast cały czas uśmiechał się od ucha do ucha. Potężna łapa upadła na bark Yorna. Trzymany przez niego pijaczyna wydał z siebie coś na kształt chrapnięcia. Jeden z łysych jegomościów nachylił się do ucha Buldgabe'a:

– Kolego, wypierdalaj.

Yorn błyskawicznie puścił pijaka który z łomotem zwalił się pod stół, po czym chwycił za nadgarstek łysego i przerzucił go sobie nad głową. Rozległ się huk i dźwięk zbijanych naczyń. Nim ktokolwiek zorientował się co się dzieje, Yorn zamachnął się i wymierzył mocny prawy sierpowy drugiemu mężczyźnie. Głowa Łysego odskoczyła w bok, Buldgabe wykorzystał okazję i zdzielił go drugi raz. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, ale cały czas trzymał się na nogach. Ale ma zakuty łeb. Yorn przymierzał się do kolejnego ciosu gdy przeciwnik wyskoczył do przodu i chwytając go pasie pchnął na stół. Yorn poczuł piorunujący ból w krzyżu. Przewrócili się razem ze stołem, strącając na ziemię wszystkie pozostałe na blacie naczynia. Świat wokół Yorna zawirował. Z dzikim rykiem zrzucił z siebie przeciwnika, tylko po to by przyjąć uderzenie od jego wspólnika.

Buldgabe był wściekły. Uchylił się przed kolejnym ciosem, wycofując się pod ścianę. Starał się ocenić sytuację, czego zdecydowanie nie ułatwiał obecny poziom alkoholu w jego krwi. Dwie czerwone gęby zbliżały się z lewej i prawej. Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że staruszek słuchający jego opowieści, wśród tego całego bałaganu stara się ponownie ustawić stół w poprawny sposób. Łysole wyskoczyły do przodu. Bez zastanowienia chwycił obu za łby i zderzył ze sobą. Rozległ się głuchy huk, a łysole upadły nieprzytomne na ziemię. Zapanowała cisza. Buldgabe poczuł się bardzo zmęczony po tej szamotaninie. Doczłapał do stołu, sapiąc przy tym niemiłosiernie. Piwo, tak tego było mu teraz trzeba. Wodził wzrokiem w poszukiwaniu jakiegokolwiek kufla wypełnionego drogocennym trunkiem. Niestety rozczarował się. Zrezygnowany usiadł na krześle zwieszając głowę. Byłby może i usnął gdyby nie zauważył nagłego błysku noża odbijającego się w świetle kominka. Szybko uskoczył w bok, obserwując wściekłość malującą się na twarzy karczmarza gdy jego ostrze uderzyło w blat. Koniec tego dobrego.

– Ty spasła świnio – wycedził Yorn.

Karczmarz poderwał rękę z nożem w górę, podobnie jak Buldgabe swoją pięść.

Chwilę później podwójny podbródek mężczyzny zafalował, nóż przekoziołkował w powietrzu a Karczmarz padł na wznak na ziemię. Ty wieprzu, ty świniaku i łapserdaku, kutasie tłusty. Yorn postąpił krok w kierunku zamroczonego właściciela gospody, gdy ktoś chwycił go za łydkę. Buldgabe stracił równowagę i jak długi padł na ziemię. Podłoga się zatrzęsła. Ktoś przygniótł go ciężarem swojego ciała. Stracił dech a także, prawdę powiedziawszy, rozeznanie w sytuacji. Podniósł głowę natrafiając na uśmiechającego się szyderczo pijaczka w zielonej kamizeli, leżącego pod stołem. O ty kutasiarzu, zachciało ci się mi nogi podcinać? Ktoś spuścił na niego zaciśniętą pięść. Uderzył głową o drewnianą posadzkę. Z ust wydostał mu się zduszony krzyk, gdy leżący na nim wściekły Łysol, wykręcił mu rękę. Zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Puste, bezmózgie kwadratowe ryje! Ja wam dam!- krzyczał w głowie.

"Kutas" tak się przedziwnie usadowił na Yornie, że ten nie mógł go dosięgnąć wolną ręką. Kątem oka dostrzegł jedynie odsłonięte, blade, pryszczate dupsko Łysola, wystające spod spodni. Syknął z bólu, bynajmniej nie spowodowanego tym widokiem. Zacisnął zęby, starając się znaleźć jakiejś wyjście z tej sytuacji. Wybawienie znalazł tuż pod nosem. Mimowolnie uśmiechnął się chytrze sam do siebie i bez większego namysłu sięgnął po leżący przed sobą rzeźnicki nóż.

***

W momencie w którym Sara otworzyła drzwi do karczmy, rozległ się straszny wrzask, który przeistoczył się następnie w przeciągłe „kurwaaaaa”. Zasłoniła oczy, oślepiona blaskiem bijącym ze środka. Musiała chwilę odczekać, nim wzrok przyzwyczaił się na powrót do światła. Powoli odsunęła rękę, obserwując wyostrzające się kontury pomieszczenia. Na ziemi przed sobą dostrzegła zgraję mężczyzn. Jeden pijany leżał pod stołem, drugi jak bez życia, obok, trzeci pod ścianą, a dwójka szamotała w walce tuż pod jej nogami. Po chwili zdała sobie sprawę, że szarpanina już dawno skończona. Łysy mężczyzna kwilił z bólu trzymając dłoń na swoim zakrwawionym siedzeniu, podczas gdy starszy, przyczaił się w kącie wodząc dzikim wzrokiem dookoła, z ręką zaciśniętą na ostrzu zbryzganego czerwienią noża. Wyczuł na sobie jej spojrzenie, zresztą nie tylko on. Po chwili Yorn Buldgabe, a także pozostała garstka biesiadników zdała sobie sprawę z obecności nowego gościa.

Wszystkie spojrzenia zwróciły się w jej stronę. Zapadła grobowa cisza. Wiedziała, że musi w tej chwili naprawdę przerażająco wyglądać. Spojrzała przelotnie po twarzach wszystkich biesiadników w poszukiwaniu odpowiedniego celu. Nie, nie da rady, jest teraz za słaba. Mimo to się cieszyła. Burda pokrzyżowała trochę jej plany, ale koniec końców wywołała zamierzony przez siebie efekt. Odczekała chwilę po czym upadła teatralnie na ziemię. Cisza panująca w karczmie jeszcze się pogłębiła. Nic się nie stało, leżała bez ruchu powoli zaczynając się niepokoić brakiem jakiejkolwiek reakcji ze strony mężczyzn. Niedobrze, niedobrze. Nadstawiła uszu i czekała. Po chwili deski zaskrzypiały pod ciężarem kroków. Ktoś powoli szedł w jej stronę. Skrzyp, skrzyp.

Kroki ustały. Poczuła jak ktoś delikatnie podnosi ją z ziemi i układa w ramionach. W końcu… Wtuliła się w nieznajomego wydając przy tym słaby jęk. Niósł ją przez pomieszczenie, po czym ułożył na drewnianym stole. Ponownie jęknęła. W pomieszczeniu cały czas panowała upiorna cisza. Otworzyła oczy chcąc spojrzeć w oblicze swojego wybawcy. Natrafiła na twarz pochylającego się nad nią staruszka. Spoglądał na nią nieprzychylnie, marszcząc przy tym krzaczaste brwi. Coś nie podobało się jej w sposobie w jaki mężczyzna na nią patrzył. Jakby ją sondował, a co gorsza, była pewna, że to nie jest pierwszy raz kiedy go widzi. Zdjęła blokadę oddzielającą ją od pokładów zmęczenia, chcąc nadać twarzy bardziej wiarygodny wyraz. Miała nadzieje, że nie dała po sobie poznać, że się niepokoi. Starzec dosłownie wwiercał się w nią spojrzeniem. Po chwili dotarło do niej kim on jest. O cholera… W tym samym momencie staruszek zniknął jej z pola widzenia, a jego miejsce zajął rosły mężczyzna którego dostrzegła zaraz po wejściu do karczmy.

– Dobrze się czujesz? – Zapytał Yorn Buldgabe ujmując dłoń przestraszonej kobiety. Kiwnęła głową. Biedactwo.

– Jak się nazywasz? – kolejne pytanie ucieszyło kobietę. Dobrze. Odpowiedziała: Sara.

Mężczyzna patrzył na nią spojrzeniem wyrażającym troskę. Sara czuła lepką krew na jego dłoniach. Ukryła obrzydzenie. Nada się, nie mogła w tej chwili liczyć na nic więcej. Mężczyzna przeniósł wzrok na leżącą na stole sakwę i wyciągnął po nią rękę. O kurwa.

Poderwała się w górę chwytając jego dłoń w przegubie. Syknął z bólu gdy paznokcie wbiły mu się w rękę. Dość tego pieprzenia. Zdjęła z siebie wszystkie blokady.

– Oni nadchodzą, rozumiesz mnie? NADCHODZĄ! Nie chcesz wiedzieć co się stanie jak już przyjdą – jej ciało zaczęło dygotać.

Nie, nie. Czuła, że straciła kontrolę, świat dookoła zaczął ciemnieć. Teraz, musi zaatakować teraz.

– Ukryj mnie – szepnęła. Nim straciła przytomność, ciąg obrazów zaatakował umysł mężczyzny. Konie, musisz mnie stąd wywieźć.

***

„Biedactwo, cały umorusana, podrapane ręce, podarte ubranie, musiała się przedzierać samiutka przez las! Jeszcze w taką pogodę!”, mniej więcej to powiedział Yorn wkraczając do pokoju z dziewczyną w ramionach. A Wojtasowi tak przyjemnie się spało… Z krótkiej relacji przyjaciela wywnioskował, że dzisiejszej nocy nie będzie miał już okazji zasnąć. Ubrał się i zszedł na dół.

Szybkim krokiem przeciął pomieszczenie czując na plecach nieprzychylne spojrzenia. Znowu wpakowałeś nas w to samo Yorn. Dostrzegł staruszka który starał się ocucić zamroczonego karczmarza. Mężczyzna jęknął przeciągle, odsłaniając puste miejsca po trzonowcach. Wojtas westchnął. Wszystko przez te baby.

Wyszedł na zewnątrz mocno naciągając kaptur na głowę. Po chwili był już w stajni. Śniady zarżał radośnie na jego widok. Poklepał konia po karku i zarzucił mu siodło na grzbiet.

– Przykro mi koniku, ale nie dane nam dzisiaj odpocząć – wymruczał i przeszedł do drugiego boksu, wyprowadzić konia Buldgabe'a,

Dziki Dante(jak zwał się rumak) nie miał w sobie niczego dzikiego. Wojtas wielokrotnie zastanawiał się, skąd wzięło się to osobliwie imię, dochodząc ostatecznie do wniosku, że niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Dante leniwie poczłapał za Wojtasem, zostawiając po drodze ślad świeżego kału.

Nagle usłyszał coś za plecami. Konie parsknęły niespokojnie. Na obrzeżach jego umysłu odezwała się ostrzegawcza „czujka”. Obejrzał się przez ramię i włosy stanęły mu dęba. W ciemnościach zatańczył jakiś duży czarny kształt, kotłujący się na ziemi. Rozległ się przeraźliwy wrzask niosący się echem po całej okolicy i kształt zniknął, jakby rozpływając się w powietrzu, zdając sobie sprawę, że odkryto jego obecność. Światło błyskawicy rozświetliło pomieszczenie odsłaniając ślady krwi na podłodze. Wojtas przetarł oczy ze zdumienia i w tym samym momencie konie wyrwały mu się z ręki wybiegając w ciemność. Puścił w powietrze wiązankę przekleństw.

Bolesny jęk dochodził z miejsca gdzie wcześniej zobaczył tajemniczy kształt. Czujka ostrzegawcza w jego głowie biła na alarm. Za cholerę nie miał ochoty zaglądać do tego czarnego kąta, ale te żałobne błaganie…

– Proszę – załkał żałośnie głos.

Wojtas wyciągnął nóż za cholewy buta i ostrożnie zajrzał za boks za którego dochodził dźwięk. Serce zabiło mu szybciej na widok zakrwawionego ciała barda. Usta chłopaka poruszały się w niemym błaganiu. Był dosłownie wybebeszony, całą twarz miał poharataną a boks śmierdział zapachem jego flaków.

– Proszę…

Wojtas podskoczył na dźwięk głosu. Co ten biedak tu robi? Nabrzmiałe krwią oczy chłopaka wpatrywały się w pustkę, jego klatka miarowo opadała w górę i w dół. Co tu się do cholery stało? Chłopak dostał ataku kaszlu. Kaszlał krwią. Szybka decyzja Wojtas, dobrze wiesz, że on nie przeżyje. Pochylił się nad chłopakiem z ręką zaciśniętą na nożu To sobie zafunduję, materiał na słodkie sny na najbliższe sto lat…

Szybkim ruchem przyciągnął do siebie chłopca nadziewając go na ostrze noża. Przekręcił rękojeść a zakrwawione ciało zwiotczało w jego ramionach. Cisza… Wszystko umilkło. Bogowie, bogowie… Odetchnął głęboko i wyciągnął nóż z martwego barda. W każdym razie, Wojtas za takiego go właśnie uważał.

– Dziękuję – wyszeptał głos, tuż nad nad jego uchem.

Wojtas odskoczył jak oparzony, zdając sobie sprawę, że na twarzy martwego młodzieńca maluje się szyderczy uśmiech. Czerwone oczy strzelały na prawo i lewo obserwując otoczenie.

– Co jest k… – Wojtas nie dokończył, bard przecząc kolejnym naturalnym prawom, uniósł się w powietrze i zawisł bez ruchu pod sufitem.

Wtem, ciało wydało z siebie upiorny jęk a z ust nieumarłego buchnęły kłęby czarnego dymu, opadając kaskadami na podłogę. Wojtas wytrzeszczył oczy i znieruchomiał. Miał już dość, gówno go obchodziło co się dzieje przed jego oczami, chciał jak najszybciej wybiec z pomieszczenia. Niestety ku swojemu przerażeniu, nie mógł się ruszyć. Zbieraj dupę w troki, zbieraj dupę w troki!Darła się czujka w głowie. Od zaciskania dłoni na nożu zbielały mu knykcie. Bard zniknął z pola jego widzenia, przysłonięty przez gęsty niczym smoła dym wzbijający się pod sam sufit. W chmurze nastąpiło gwałtowne poruszenie, a powietrze wypełniły dudniące dźwięki. Światło błyskawicy ponownie rozjaśniło pomieszczenie. W ciemności obłok uformował się jakby w pysk… Wojtas zdał sobie sprawę, że czarna mgła się przybliża. Błyskawicznie odzyskał władzę w nogach i popędził w kierunku wyjścia. Rozległ się dudniący ryk i poczuł jak jakaś nieznana siła podrywa go z ziemi, ciskając w czarną noc.

Uderzył z łomotem o mokrą ziemię, tracąc dech. Seria myśli przemknęła mu przez głowę. Cholera, cholera nie mogę oddychać, nie mogę kuźwa oddychać. Oddychaj!

Z trudem złapał upragniony oddech. Żyję, żyję. Poczuł na języku grudki ziemi ale wszystko inne zmysły przyćmił palący ból w klatce. Zacisnął zęby wiedząc, że stanie się pokarmem dla czarnego dymu, jeśli nie podniesie się z ziemi. Niestety, żaden z członków nie chciał odpowiedzieć. Świat dookoła był zamglony. Czuł na plecach rozpryskujące się krople deszczu. Piorun przeciął nieboskłon. Kątem oka dostrzegł czarną plamę. Kolejny piorun, plama znalazła się bliżej, chwilę później jeszcze bliżej… Ponownie spróbował się poruszyć, ponownie nie osiągając żadnego skutku. Plama zajęła całe pole widzenie. Prawdopodobnie zaraz umrę – przemknęło mu przez głowę. Ogromna gorycz zalała jego serce po tej myśli. Nie tak to sobie wyobrażał. Wiedział, że przecież mógł mieć gorsze życie, ale wcale nie cieszyła go perspektywa jego rychłego zakończenia. Poczuł chłód bijący od czarnego dymu. Zdecydowanie dostrzegł pysk z wysuniętymi ogromnymi kłami.

Zamknął oczy w chwili gdy jarzący promień światła rozwiał panujące dookoła ciemności. Wojtas zdał sobie sprawę, że światło wcale nie pochodzi od czekających na niego u wrót Edenu aniołów. Rozległ się przesycony bólem ryk, niosąc echem jeszcze wiele kilometrów dalej. Ktoś szarpnął go za ramię podrywając z ziemi. Co jest?

O dziwo nie upadł na ziemię, z ręki zaciśniętej na ramieniu płynęło przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele. Wojtas zdał sobie sprawę, że nie ma najmniejszych problemów w dotrzymaniu wybawcy kroku. Wzrok również na powrót odzyskał ostrość. Spojrzał na osobę trzymającą go za ramię, ze zdziwieniem dostrzegając podenerwowanego staruszka z karczmy. Wtem coś z łomotem upadło na ziemię tuż przed nimi. Obłok czarnego dymu zafalował, rozszerzając się na boki i zamknął ich w wąskim kręgu. Z ciemności wyłoniła się utkana z cieni łapa chcąc dosięgnąć Wojtasa. Chlasnął ją na odlew nożem i ręka rozwiała się z sykiem na wietrze. Z rąk staruszka wystrzeliły świetliste kule, uderzając z białym rozbłyskiem w czarną zaporę. Wojtas zasłonił ręką oczy, oślepiony jasnym blaskiem. Ponownie rozległ się donośny ryk i dym rozwiał się, tworząc przejście. Staruszek gestem nakazał Wojtasowi by za nim szedł i przeskoczył przez nieuformowane czarne obłoki. Czym prędzej poszedł w jego ślady, rzucając się do przodu. Wtem coś z siłą żelaznych kleszczy zacisnęło się na jego nodze i upadł na ziemię. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że coś lub ktoś ciągnie go po ziemi niczym szmacianą lalkę, wprost do nowo formującego się obłoku. Oczyma wyobraźni już widział otwierającą się paszczę, pełną zaślinionych kłów. Wbił nóż w ziemię chcąc się zatrzymać. Niestety, mokry grunt uniemożliwiał jakąkolwiek przyczepność i ostrze wysunęło się z błota, pozostawiając za sobą krzywą bruzdę w podłożu. Zaczął się chwytać kęp trawy, wbijając się paznokciami głęboko w ziemię. Niestety dłonie ślizgały się po mokrej powierzchni i nie mógł znaleźć odpowiedniego zaczepienia. Spróbował przewrócić się na plecy i dostrzegł tego kto go ciągnął.

Postać utkana z cieni, nie zobaczył żadnych większych szczegółów. Wyglądem przypominała szkielet z dwoma świecącymi się czerwonymi punktami w miejscu gdzie powinny być oczodoły. Kawałek dalej, czarny obłok ponownie się uformował, wzbijając wysoko pod niebo. Jego widmowy przeciwnik poruszał się coraz szybciej. Wojtas zaczął kląć. Wykręcił się pod największym kątem pod jakim mógł i cisnął nóż w widmową sylwetkę. Ostrze przeleciało przez miejsce w którym normalnie znajdowałoby się ludzkie serce, nie czyniąc żadnej szkody stworowi. Widmowe ręce zacisnęły się natomiast jeszcze bardziej, wbijając głęboko w jego nogę. Wrzasnął z bólu. Kępy trawy w pobliżu zaskrzypiały. Zdał sobie sprawę, że są pokryte szronem. Ucisk na nodze w jednej chwili zelżał. Zatrzymał się tuż przed wirującą w powietrzu magiczną mgłą.  Wojtas spojrzał w ziejącą czarną otchłań w chwili gdy widmowe macki wystrzeliły w jego kierunku zamykając mu się nad głową.

***

Pierwsze co poczuł to mróz. Kąsał go i owiewał zimnym oddechem chcąc pozbawić sił. Ale najgorsza była obecność czająca się się na obrzeżach ciemności. Nie chciała się pokazać, ale Wojtas dobrze wiedział, że tam jest. Obserwowała go z daleka, obserwowała jak umiera i bardzo ją to cieszyło. Przerażało go to. Chciał stawić jej czoła, chciał się podnieść, ale bał się tego co zobaczy. Mogła być wszędzie, stać przed nim, za nim, okrążać go, a Wojtas za nic świecie nie był w stanie zdobyć się na spojrzenie jej w twarz. Złowrogi rechot niósł się echem w próżni. Pomocy, pomocy – myślał Wojtas.

– POMOCY! – ryknął niski głos i wybuchł śmiechem.

Wojtas upadł. Nie natrafił na grunt. Spadał bez końca przez spiralę cieni, cały czas czując przenikliwe zimno rozchodzące się po całym ciele. Wtem ktoś pochwycił go w locie. Otworzył niepewnie oczy natrafiając na trupio-bladego, uśmiechającego się figlarnie barda.

– Ja ci pomogę – powiedział i wgryzł się w jego szyję.

Wojtas chciał go z siebie zrzucić ale nie miał już sił. Wirowali przez pustkę, złączeni w karykaturze romantycznego uścisku. Krwawił, umierał. Nie obchodziło go to. Chciał żeby te męczarnie się skończyły. Nagle chłepczący krew bard zaczął się krztusić. Wojtas na powrót odzyskał świadomość. Żywy trup zaczął się ześlizgiwać po jego ciele. Nieznana siła ciągnęła go w górę. Przerażony Bard usilnie szukał punktu zaczepienia, wbijając się Wojtasowi w twarz długimi pazurami.

Nie zwracał uwagi na ciepłe strużki krwi i palący ból, chciał to zakończyć. Gdzieś z boku zamajaczył błysk światła. Czy to możliwe? Truposz uczepił się kurczowo jego włosów. Wojtas ponownie dostrzegł w panujących ciemnościach, tym razem bardziej intensywny blask. Podniósł spojrzenie na barda.

– Proszę… – usłyszał cichy szept.

Wojtas potężnym chwytem złamał mu rękę w nadgarstku. Truposz zaryczał z bólu i odleciał w górę, zlewając się z mrokiem. Ciemności wokół przerzedziły się. Tajemnicza obecność skupiająca cały mrok razem, zniknęła. Wojtas zawisł w próżni, unosząc się na pograniczu życia i śmierci. Został sam pośród grobowej ciszy. Jasny punkt, niczym płomień świecy, ponownie zamajaczył daleko w cieniach. Zmusił się by spojrzeć w jego stronę. Słaby strumień światła przeciął próżnię, padając mu na twarz. Po raz pierwszy nie zawahał się i podniósł dumnie głowę do góry, spoglądając w źródło blasku. Przyjemne ciepło ponownie rozeszło się po jego ciele. Ponoć nie powinno się iść w stronę światła, ale tym razem postanowił zaryzykować. Wyciągnął rękę do przodu a światłość wylała się przez wąską szczelinę w murze cieni.

***

Pod plecami wyczuł mokry grunt. Zamrugał dwa razy, czekając aż wzrok przyzwyczai się do mroków nocy. Odetchnął głęboko wilgotnym powietrzem, rozkoszując się otwierającą nad swoją głową wolnością i przestrzenią. Nigdy wcześniej nie było mu tak wygodnie i przyjemnie, w tej chwili nie zamieniłby wilgotnej ziemi nawet na królewskie łoże. Intensywny deszcz i błyskawice rozświetlające niebo również mu nie przeszkadzały. Jego spokój zakłóciło coś innego.

Blada, chuda dłoń barda zacisnęła się na gardle Wojtasa.

– Miałeś mi pomóc! Zabiłeś mnie! – wychrypiał umarlak.

Wojtas otrzeźwiał i wymierzył bardowi cios pięścią. Niestety był on tak słaby, że truposz nawet nie poczuł uderzenia. Bard wyszczerzył kły radując się jego niemocą. Wtem za jego plecami poruszył się duży cień. Wojtas struchlał na myśl, że oto powrócił czarny dym aby go pożreć, jednak stało się zupełnie co innego.

Szeroki miecz łupnął głowę barda z tępym odgłosem, wbijając się głęboko w czaszkę. Umarlak zwolnił chwyt i zamrugał ze zdziwienia, wtem spadł kolejny cios, oddzielając głowę od reszty ciała. W ułamku sekundy Yorn Buldgabe zarzucił sobie na plecy osłabionego Wojtasa i popędził przez pokrytą szadzią ziemię w kierunku karczmy. Las w oddali zafalował. Yorn wolał nie oglądać się za siebie, ale gdyby to zrobił ujrzałby jak czarna mgła wyłania się za konarów drzew, sunąc szybko w stronę samotnej karczmy.

Buldgabe czuł już na karku chłodny oddech zbliżającej się grozy. Zmielił w ustach przekleństwo i skoczył wraz z Wojtasem w kierunku wejścia do budynku. W chwili gdy przelecieli przez próg, czający się w rogu staruszek zatrzasnął drzwi i zakręcił w powietrzu trzymaną w dłoni metalową lancą , wbijając ją w podłogę. Rozbłysło białe światło które rozeszło się po całym pomieszczeniu. Dudniący ryk dobiegł z zewnątrz.

– Chyba mu się nie podoba – wysapał przygnieciony cielskiem Buldgabe'a Wojtas, widząc strużki dymu płynące ze szczelin między drzwiami.

– Wojtuś! Ty żyjesz!

– Żyję, żyję ale co to za życie – jęknął.

– Na stół z nim – usłyszeli głos.

Wszyscy nachylili się nad nim niczym nad umierającym, głos należał do Sary, która z beznamiętnym spojrzeniem oglądała jego obrażenia. Noga krwawiła obficie, jednak nie to wydało się kobiecie najważniejsze. Odgarnęła jego kołnierz sycząc na widok śladów po ugryzieniu.

– Co się dzieje? – spytał zatroskany Buldgabe

– Ejże! Dziadku! – zignorowała pytanie Kobieta.

Zawołany staruszek wskazał w odpowiedzi na drzwi w które coś cały czas łomotało. Z ust Sary wydobył się dziwny, gardłowy język od którego zjeżył się włos na głowie wszystkim obecnym.

– Kulwa i uj magidżny! – krzyknął z kąta bezzębny karczmarz, któremu nijak nie podobała się obecna sytuacja.

Staruszek przekręcił obręcz na lancy, wywołując dziwne buczenie i podszedł do Wojtasa. Podobnie jak Sara syknął na widok śladów po ugryzieniu. Spojrzał dziwnym wzrokiem to na Wojtasa to na kobietę i wyciągnął za fałd szaty, malutki, jadeitowy kamyczek.

– Przytrzymaj go – szepnęła Sara do Buldgabe'a.

– Dajcie spokój, bywało gorzej i się wylizywałem – zaprotestował Wojtas.

Staruszek ułożył kamyczek na jego piersi. Wtedy Wojtas ryknął nieludzkim głosem.

– Trzymaj go do cholery! – wydarła się Sara, obserwując jak mężczyzna na stole wygina się pod nieprawdopodobnymi kątami.

Przerażony Yorn z trudem przycisnął przyjaciela do stołu. W oczach Wojtasa płonął prawdziwy ogień. Usta Buldgabe'a złożyły się do niemej modlitwy.

– Jak długo wytrzymają drzwi? – krzyknęła Sara do Staruszka.

W tej samej chwili jakby w odpowiedzi na jej pytanie, drzwi wybuchły w kaskadzie drewnianych odłamków. Zmieliła w ustach przekleństwo. Jeszcze się nie przedarli, pomyślała. Za sprawą srebrnej lancy, wejście zagradzała błękitna mgiełka oddzielając ich od grozy czającej się na zewnątrz. Ale Sara dobrze wiedziała, że energii w magicznym kosturze nie starczy na długo.

Wojtas szarpał się miotany konwulsjami na stole. Skórę miał niczym trup i podobnie też pachniał, myślał Yorn. Staruszek stał obok, poruszając wargami, najpewniej intonując jakieś zaklęcie. Buldgabe stwierdził, że nie ma ze swoim przyjacielem szczęścia. Chcieli odpocząć jedną noc i ruszać dalej w szlak, a wplątali się w sam środek dziwnych wydarzeń z cyklu tych co to zwykle ważą o losach świata.

Chwilę po tym jak wysłał Wojtasa by osiodłał konie, w środku rozpętało się piekło. Takich cudaków co zjawili się znikąd w jego pokoju, to Yorn nigdy nie widział. Z ciemności wyłoniły się utkane z cieni osobniki z podobnie utkanymi nożami, które zaciskali w dłoniach z zamiarem dokonania jawnego mordu. Buldgabe byłby nie zauważył nawet wspomnianych jegomości gdyby nie Sara, najwyraźniej w sztukach magicznych obeznana, gdyż przeczuwając niebezpieczeństwo, zerwała się z łóżka ciskając błyskawice w intruzów. Zaiste, piękna i odważna kobieta. Jej kasztanowe włosy lśniły prawdziwie magicznym blaskiem w świetle błyskawic które wypuszczała z rąk. Nieciekawie się zrobiło gdy ożywione kłęby czarnego dymu, wdarły się do środka, taranując i niszcząc wszystko na swojej drodze. Wtedy z pomocą nadbiegł z pokoju obok życzliwy staruszek, jak się okazało w magii również co nieco obeznany. Jak huknął zaklęciem, tak cały pokój w powietrze wyleciał. Wtedy właśnie Buldgabe przypomniał sobie o Wojtasie w stajniach. Staruszek go uprzedził i pognał w ciemności, podczas gdy Yorn szamotał się z kolejnym cienistym przeciwnikiem. Mógł rąbać mieczem do woli, ale przypominało to walkę z mgłą, gdyż stwór rozwiewał się pod wpływem ciosów, tylko po to by zmaterializować w pełni sił. Ponownie z opresji wybawiła go poirytowana Sara. Na parterze natrafili na szczątki ław i krzeseł wchodzących w wyposażenie znamiennego „Świńskiego Ryja” jak i trzy trupy. Zarówno dwóch łysoli z którymi ściął się Buldgabe jak i pijaczyna arystokrata, leżeli w kałużach ciemnej krwi. Buldgabe skłamałby gdyby powiedział, że się przejął. Paru pozostałych przy życiu biesiadników próbowało na przemian zabarykadować drzwi jak i przez nie uciec, przez co doszło do rękoczynów. Wtedy przez drzwi przeleźli ONI.

Żadne eteryczne duchy, Buldgabe słyszał legendy o żywych trupach, ale nie spodziewał się nigdy żadnego spotkać. W krótkiej chwili na jego oczach, swoimi kościstymi łapskami dokonały masakry totalnej. Fontanny krwi pryskały po ścianach pod ich naporem. Dzicy, szybcy i bezwzględni. Odrąbał jednemu łeb ale i to nie pomogło. Ścięgna na wierzchu, szara skóra, oczy jakby ktoś zgasił w nich światełko. Jak fala przelali się przez pomieszczenie. Ciął, rżnął a ich przybywało. Sara skutecznie potraktowała paru magicznymi pociskami ale to było za mało. Uciekli pod schody, kryjąc się za roztoczoną magicznie zaporą „umorusanego biedactwa”. Sara zachowała grobowe milczenie, wiedział, że to po nią przyszli. Wtedy w drzwiach zjawił się staruszek. W ręce zalśniła mu podłużna srebrna lanca. Uderzył nią o ziemię a białe światło dosłownie rozniosło truposzy na strzępy. Nigdy nie zapomni widoku flaków rozbryzgujących się o magiczną zaporę.

Wojtas szarpnął się mocniej niż dotychczas.

– Dziadziu! Twój kamyczek chyba nie pomaga!

Staruszek pstryknął palcami wypuszczając złocistą smugę która uderzyła w czoło Wojtasa. Mężczyzna jak na zawołanie zwiotczał i osunął się na stół bez życia. Yornowi wcale nie spodobał się wytrzeszcz oczu jakiego doznał staruszek, nie tego się dziadek spodziewał. Wtem cały budynek zatrząsł się, czemu towarzyszyły sypiące się z góry pokłady kurzu. Chwilę potem wstrząs się powtórzył, następnie nastąpiła cała seria, powodując dygotanie drewnianych belek. Dach zaskrzypiał a w górze huknęło. Do środka pomieszczenia wpadły strumienie deszczu.

– Bombardują nas… – wyszeptała trwożnym głosem Sara.

Yorn puścił Wojtasa i powalił Sarę na ziemię, unikając spadającego fragmentu belki. Buldgabe wyszczerzył się do kobiety, ta jednak nie zamierzała mu dziękować. Uczepiła się go wyszukanym chwytem i przewróciła razem z nim na plecy, w chwili gdy kolejny fragment belki łupnął o ziemię. Baleron Buldgabe zafalował w asyście pękającego żupana. Dostrzegł jak zabudowany balkon rozpoczynający się w połowie sali, na którym pobudowane pokoje, zaskrzypiał i zapadł się do środka.

– Jest stąd inne wyjście chamie? – spytała Sara przerażonego karczmarza.

Yorn nie dosłyszał odpowiedzi zagłuszonej ponownym magicznym uderzeniem. Nie wiedział kto bądź co ich atakowało, ale wiedział, że jak to dorwie, to urżnie temu łeb. Magiczna zapora w drzwiach niepokojąco zamigała. Nie musiał znać się na magicznych arkanach, aby wiedzieć, że to niedobrze. Sara odciągnęła na bok, układającego nad Wojtasem magiczną litanię staruszka, pokazując mu rumowisko z mebli i belek powstałe wskutek zawalenia się balkonu.

– E! A co z moim przyjacielem! – krzyknął wzburzony.

– Zostawiamy go – odparła chłodno Sara.

– Tak się nie godzi! Bez niego nigdzie nie idę!

– A czy ktoś ci to proponuje?

Nie zdążył odpowiedzieć. Błękitna zapora zaskwierczała i znikła. Sara zmieliła w ustach przekleństwo. Yorn obrócił się powoli zaciskając kurczowo palce na rękojeści miecza. Nie zastał siejącej śmierć i zniszczenie fali ciemności. Mała czarna mgiełka powoli sunęła po podłodze wylewając się przez framugi. Magiczne bombardowanie raptownie ustało. Nie było potrzeby dalej je ciągnąć.

– Cofnij się – poczuł rękę Sary na ramieniu.

Mgiełka podniosła się nabierając kształtów. Coś mu mówiło, że tym razem nawet próżne machanie mieczem na nic się nie zda. Nie zamierzał jednak porzucić przyjaciela. Przyjął pozycję obronną szykując się do zadania ciosu. Sara prychnęła ale została na miejscu razem z nim. Podłoga skrzypiała od przesuwanych przez staruszka magicznie fragmentów rumowiska.

Z mgiełki wyłoniła się odziana w smukły, czarny pancerz postać, dzierżąca w rękach dwa paskudnie zakrzywione, krótkie miecze. Twarz nieznajomego, zakrywała metalowa maska o rysach przypominających Yornowi szpetne krasnoludzkie posągi, które widział w młodości na wystawie w muzeum z mamusią. Sama postać przywodziła na myśl taki właśnie posąg. Ni to chłop ni to baba, myślał Yorn. Jak urąbie mu łeb to i tak nikt się nie pozna. Skoczył do przodu tnąc z góry. Miecze czarnego osobnika ożyły. Pierwszym ciosem przepołowił miecz Buldgabe'a, a drugim zdzielił go rękojeścią w potylicę. Yorn zwalił się z hukiem na glebę. Nigdy nie lubiłem sztuki, pomyślał zanim mroczki zasłoniły mu rzeczywistość.

***

Serce łomotało Sarze w piersi. Emisariusz po nią przyszedł. Nie spodziewała się, że go wyślą. Z drugiej strony ucieszyła się, że dobrała się im do dupy. Musieli się naprawdę przejąć skoro pokusili się na taką ekstrawagancję. Postąpił krok w jej stronę. Oczywiście, że nie da się wziąć żywcem. Upuściła do ręki ukryty w rękawie sztylet, rzucając się w morderczy taniec.

Klingi błyskały w świetle przecinających w górze nieboskłon błyskawic. Skakała wokół niego zmuszając do ciągłych obrotów. Była szybka, ale on był szybszy. W krótkim ruchu, wytrącił jej ostrze z dłoni i posyłał obitym metalem buciorem na ziemię. Wystrzelił do przodu z zamiarem przybicia jej do podłogi. Odepchnęła go magiczną falą tylko na czas by przyciągnąć magią sztylet. Ponownie się zwarli, przemknęła pod ciosem miecza rozcinając w tej samej chwili dłoń sztyletem. Emisariusz wykorzystał okazję i ciął ją przez plecy.

Zagryzła z całych sił wargi i odwróciła się posyłając zielone płomienie z zakrwawionej ręki

Niemy grom przetoczył się przez pomieszczenie. Emisariusz zniknął przykryty falą ognia. Może i czarna magia jest zakazana, ale przyłomotać to ona potrafi, pomyślała Sara.

Wtem płomienie rozstąpiły się przepuszczając zakrzywione ostrze. Nie zdążyła zareagować. Krew buchnęła z miejsca w którym przed chwilą znajdowała się jej dłoń. O cholera, przemknęło jej przez głowę gdy kolejny cios rozpłatał jej gardło.

***

Łóżko przeleciało mu nad głową. Niecodzienny widok. Czyli to takie uczucie jak się ma omamy… myślał Wojtas. Podniósł się obserwując rozgrywający się dookoła spektakl. Zmarszczył brwi, widząc „umorusane biedactwo” które przyniósł Yorn, tamujące dłonią fontannę krwi sikającą z tchawicy. Czarny drab z przewieszonym przez ramię fragmentem prześcieradła, zamierzał się do ostatecznego ciosu. Wojtas z zadziwiającą szybkością skoczył na Emisariusza z gołymi pięściami. W chwili gdy go dosięgnął, świat zawirował, rozległ się huk, wstrząs i łomot. Upadli twarzą w błoto, przelatując przez drewnianą ścianę, na skutek uderzenia ogromnej lewitującej belki. Kurewsko realistyczne halucynacje, pomyślał wypluwając ząb. Ku własnemu zdziwieniu, większych obrażeń nie odniósł. Miecze wystrzeliły spod sterty błocka spadając na jego plecy. Wrzasnął od palącego bólu i grzmotnął z całej siły w łeb Emisariusza. Nie odniósł żadnego skutku poza wywołaniem głuchego, metalicznego dźwięku.

***

Czarna, kuźwa magia. Kuźwa zakazana a jaka przydatna. Rana na gardle zasklepiła się. Nigdy nie była tak blisko śmierci, zaniedbała się. Dobrze wiedziała, że nie zdążyłaby dokończyć procesu leczenia gdyby nie ten latający idiota. Jednak kikut ciągle obficie krwawił, a nie miała już wystarczającej energii aby dokonać rekonstrukcji. Użyła podstawowych zaklęć tamujących krwawienie, starając się nie patrzeć na swoją smukłą dłoń leżącą na ziemi i podreptała do odgarniającego rumowisko staruszka. Mężczyzna zbladł na widok jej ręki ale nie przerwał pracy. Dogrzebał się już do kominka. Nareszcie. Wbiła mu sztylet głęboko między łopatki z trudem przekręcając rękojeść.

Zaskoczony dziadziunio, zamielił ustami jakby chciał coś powiedzieć na odchodnym i osunął się na ziemię. Doceniła jego pomoc, doceniła, że cisnął drewniane odłamy aby ją uratować, ale nie był jej potrzebny. Wykonał swoje zadanie, zresztą nie należał do tego miejsca. Ten świat obejdzie się bez starego czarodzieja z demencją. Bez Sary się nie obejdzie. Pozwoliła by krew z kikuta spłynęła na ciało czarodzieja. Nakreśliła na podłodze stosowne wzory nucąc pod nosem zaklęcia. Gdyby Akademia ją teraz widziała, za ten postępek wysłaliby za nią inkwizycję. Cały czas nerwowo zerkała w stronę wejścia do karczmy. Gdy Emisariusz skończy z tym łowczyną, nie powinno już jej tu być.

Nacisnęła odpowiedni kamień na kominku. Podłoga obok rozsunęła się ze skrzypem ukazując wnękę i prowadzący pod nią tunel. Informacje karczmarza także doceniła, ale on także nie był jej potrzebny. Ponadto nazwał ją magiczną kurwą. Już miała zejść do podziemnego korytarza gdy potężna łapa spadła na jej ramię.

- Nie puszczę pani samej – powiedział Yorn Buldgabe wpatrując się w nią nieprzytomnym wzrokiem.

– Tam może być niebezpiecznie – ciągnął.

Wystarczy śmierci na dzisiaj, pomyślała. Może go potem porzucić po drodze, w końcu to on się o nią zatroszczył. Duży z niego misiek o małym rozumku, na pewno będzie ją opóźniać, ale nie ma czasu się z nim szarpać.

– Chodź więc ze mną – uśmiechnęła się czarująco.

– A pan staruszek czarodziej? – spytał zatroskany, wskazując na okrwawione zwłoki.

– On nie może z nami pójść.

***

Wkroczył do środka. Trup karczmarza uśmiechał się do niego głupio. Przyczyna śmierci: wykrwawienie na skutek otwarcia narzędziem ostrym, dróg oddechowych. Arystokrata w zielonej kamizeli, leżał w kałuży krwi. Przyczyna śmierci: przedawkowanie alkoholu i wyniszczenie wewnętrzne za pomocą katalizatora. Katalizator poczynił znaczne szkody w kondygnacji budynku, istnieje groźba zawalenia. Zaleca się szybkie zlokalizowanie celu.

Toteż Emisariusz postanowił cel szybko zlokalizować. Przeszedł nad trupami, program nadzorczy liczył wszystkie, jednak było to zadanie o niskim priorytecie. Emisariusz musiał jak najszybciej zlokalizować obiekt, inaczej Twórcy będą źli. Sondy przeczesywały pomieszczenie wzdłuż i wszerz, jednak nie natrafiały na żadne ślady energii jaką obiekt wydzielał. Możliwe jest, że obiekt zamaskowano, znaczy trzeba sprawdzić dokładniej. Zła myśl. Główny proces wyłączył wszystkie pozostałe.

Emisariusz wywołał komendę demaskowania. Natychmiast natrafił na ślad który urywał się pośrodku rumowiska. Zakłócała go nieznana anomalia. Ciało. Naładowane magicznie. Zaleca się najwyższy priorytet ostrożności. Dwa najwyższe priorytety w ciągu dwudziestu czterech godzin. Pierwszy zanotowany dwanaście minut i trzydzieści sześć sekund temu. Wypaczony Nowonarodzony. Nie zakończono procesu likwidacji. Zgłosić do Komisji Centralnej i rozpocząć pościg po zakończeniu bieżącego zadania.

Podszedł do miejsca w którym urywał się ślad. Identyfikuję krew, proces w toku. Brak danych, zgłosić Nadrządcy. Wykryto inną próbkę krwi. Analiza w toku. Sarenthis kerinus Madegath. Potocznie zwana Sarą. Wykryto zanieczyszczenie. System zaczął wysyłać ostrzeżenia, w jednej chwili Emisariusz nie myślał o niczym innym oprócz: NATYCHMIAST OPUŚCIĆ TERE…

***

Korytarz zatrząsł się w posadach. Ziemia obsypała się z sufitu. Sara uśmiechnęła się tryumfalnie pod nosem, jej magiczna niespodzianka odniosła zamierzony efekt. Miejmy nadzieję, że skuteczny.

– Bogowie… – wymamrotał trwożnie Yorn Buldgabe.

Sara skrzywiła się, mężczyzna mówił sam do siebie już od jakiegoś czasu i to nie bynajmniej po to aby odciągać bogów od ich boskich obowiązków. Mamrotał o Wojtasie, pytał się dlaczego nie ma z nimi staruszka i na głos próbował wymyślić możliwe scenariusze tłumaczące taki stan rzeczy,

– Ona nic nie mówi! Skąd mam wiedzieć, że mogę jej ufać? Nawet nie wiem kim jest. W dodatku zostawiła tam Wojtasa! Właśnie, gdzie się podział Wojtas? – i tak w kółko, przynajmniej pomógł jej zabandażować kikut.

Sara z jednej strony miała nadzieję, że tunel jak najszybciej się skończy i wyjdą na powierzchnię, a z drugiej martwiła się czy, powierzchnia nadaje się do wyjścia po jej „niespodziance”. Po pewnym czasie tunel rozwidlił się. Z tym, że jedna z odnóg była zasypana. Sara zdusiła w sobie pokusę aby zostawić w niej Buldgabe'a i pójść samemu w dalszą drogę. W końcu natrafili na wyjście. Puściła przodem Yorna aby pchnął drewniany właz prowadzący na powierzchnię. Zaproponowała też aby pierwszy wyjrzał na zewnątrz. Udała, że nie dostrzegła jego nieufnego spojrzenia. Z wielkim trudem mężczyzna wygramolił się na powierzchnię. Po chwili do jej uszu, dotarła szpetnie wypowiedziana "urwa". Odetchnęła z ulgą, jednak gdy tylko wyjrzała poprzez krawędź otworu zrozumiała skłonność Buldgabe'a do wulgaryzmów.

Nie było Wdowiego lasu, nie było karczmy, trawy ani wystających z ziemi pagórków. Samotne, opadłe z liści drzewko stało pośrodku pokrytego pyłem pustkowia.

– Coś ty zrobiła? – wyszeptał Buldgabe

Spojrzała na niego zaskoczona. Co ma mu powiedzieć? I tak nie zrozumie.

– To co było koniecznie.

Przez chwilę stali bez ruchu, wdychając wilgotne powietrze z domieszką pyłu. Ku zdziwieniu Sary, Yorn zdobył się na wygłoszenie monologu.

– Zniszczyłaś wszystko…Masz mnie za bezmyślną, pustą beczkę która wlewa w siebie piwo, nic więcej, jest w tym ziarno prawdy, przez grzeczność nie zaprzeczę. Ale nie jestem ślepy. Zabiłaś czarodzieja jak pewnie i wielu innych, zostawiłaś mojego przyjaciela na śmierć. W imię czego?

– Naprawdę sądzisz, że ci odpowiem?

– Zasługuję na to.

Prychnęła.

– Za kogo ty się uważasz Yornie Buldgabe? Sądzisz, że ta informacja odmieni twoje życie? Odpowiedź nic ci nie da, nie jesteś i nie będziesz w stanie zrozumieć spraw którymi się kieruję.

– Ty tak sądzisz. Jak dla mnie to jesteś oszustką, morderczynią i zdrajczynią. Pytam się więc, co jest warte tego aby tak nisko upaść?

Poraziło ją, jeszcze będzie prawić jej morały! Co on może wiedzieć?!

– W imię przyszłości – odpowiedziała dumnie – Nie znasz mnie, nie wiesz co robię aby zmienić ten świat, nie wiesz ile mnie to kosztuje. I nie możesz wiedzieć. Trzymaj się swojego szarego życia Buldgabe, zatrzymuj postęp, żyj, pij i ruchaj. Nie obchodzi mnie to. Ale nie wtrynialaj swojego nosa w pracę ludzi, którzy dbają o to abyś sobie mógł spokojnie pić i spokojnie ruchać!

– Jakbym ruchał spokojnie, to nie wiem czy dalej nazywałoby się to ruchaniem.

– Jesteś żałosny, nawet nie wiesz o co toczy się stawka.

– A o co niby ja teraz pytam?

Wywróciła oczami, czy o takiego idiotę właśnie walczy?

– Świat idzie do przodu Buldgabe, a za nim podąża mrok. Można mówić, że zło było, jest i będzie na tym świecie. Ale to nie prawda, walczę o to aby przyszłe pokolenia nie musiały nigdy doświadczyć grozy, jaka nawiedziła dzisiaj karczmę „Pod Świńskim Ryjem”. Walczę o przyszłość, o świat w którym nie będzie zła i zepsucia.

Buldgabe wpatrywał się w nią nieobecnym wzorkiem przez dłuższą chwilę.

– Twoja wolna od zła przyszłość, może kiedyś zweryfikować historię. Może uznać, że dla jej bezpieczeństwa powinienem był w tej chwili skręcić ci kark Saro. Nie należysz do boskich zastępów. Nie uważaj, że wiesz co jest dla świata dobre, od tysięcy lat nikt na to nie wpadł. Prosty ze mnie chłop, ale wiem, że zła, złem nie pokonasz, choćby to było zło dopuszczone w imię najświetniejszej sprawy. Mówisz, że cię nie znam, wygląda na to, że nie znasz samej siebie. Ja sądzę, że przejrzałem cię na wylot.

Wybuchła śmiechem.

– Żegnaj Yornie Buldgabe. Winnam ci jestem podziękowania, za tą rozmowę. Zaiste, świat załamał by się bez twojej pomocy – powiedziała, rzucając mu monetę.

– Masz, wypij kiedyś moje zdrowie kaznodziejo – uśmiechnęła się i odeszła, podśmiewając się pod nosem.

Nie szedł za nią, nie było takiej potrzeby. Nie miał wątpliwości, że Sara sobie poradzi, gorzej z nim, spochmurniał.

Sara wybuchła opętańczym szlochem gdy tylko oddaliła się na odpowiednią odległość. Czy zawartość jej sakwy, rzeczywiście jest warta tego wszystkiego? Z bólem serca przyznała, że tak.

Koniec

Komentarze

Nie sądzę, żeby dopisek w nawiasie był konieczny. Chyba, że ma odstraszać czytelników ;)

A do tekstu wrócę w wolnym czasie.

Masz rację, Autorze. Przecinki to najczystsze zło. Gdy postawione nie tam, gdzie należy, gdy ich brakuje tam, gdzie być powinny, również z punktu widzenia czytelnika stanowią esencję zła.

Faktycznie długie. Morał skłonił mnie do zadania sobie pytania: czy dla tak prostej konstatacji, że zła złem nie da się pokonać, trzeba i warto było pisać aż tyle? Lecz nie bierz pytania do siebie, zadałem je wyłącznie sobie.

Czy warto było tyle pisać aby dojść do tak prostej konkluzji? Końcowe wnioski odnoszą się do jednej bohaterki, są może i banalne, co nie znaczy, że są niewłaściwe i nie czuję potrzeby aby się nimi dzielić. Na początek, opowiadanie samo w sobie powinno stanowić dla czytelnika rozrywkę, a nie zmieniać jego życie,  ja mogę jedynie wyrazić swoje zdanie i podzielić się przemyśleniami w niektórych momentach,  nie mam wpływu na to, co czytelnik z nimi  potem zrobi. Koniec końców, Karczma stanowi bazę wypadową pod kolejne opowiadania(SPOILER ALERT:  moje inne opowiadanie pt.  Krwiopijca,  kontynuuje jeden z wątków z Karczmy). Czy to opowiadanie jest warte przeczytania niech osądzą czytelnicy :)

Przecinkologia w moim wydaniu to dramat, staram się poprawić ten stan rzecz.

 

Warto pisać. Można niemal każdą konstatację wynikową, morał, jak wolisz, obudować szortem, nawet zaledwie drabelkiem, ale to będzie, jak mi się wydaje, goła definicja problemu. Nie czytamy po to, żeby już po minucie wiedzieć, co chcesz pokazać, powiedzieć, czytamy dla przyjemności czytania, poznawania osób, miejsc, wydarzeń prowadzących do tej końcowej myśli. Dlatego pytanie zadałem sobie; jego alternatywna treść sprowadza się do innego pytania: czy ja też bym tyle napisał, podejmując taki temat i zmierzając do tego wniosku? Ot, ciekawość i nic więcej.

Ale spokojnie, nie napiszę, ani tyle, ani mniej, ani więcej – nie moja działka. :-)

Długie opowiadanie z problemem z przecinkami. Ale tragicznie nie jest, do przeczytania :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka