- Opowiadanie: Aineko - Bohater

Bohater

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Bohater

Od tego czasu minęło dwadzieścia lat. Aż do dzisiaj unikałem opowiadania komukolwiek tej historii. Wszyscy pytali, nic w tym dziwnego, ale zbywałem ich. Rodzina i nauczyciele chronili mnie przed natrętną ciekawością innych, a mnie na rękę było całe to ich gadanie o szoku i traumie.

Szok i trauma.

Czy ja byłem w szoku? Czy miałem traumę? Nie wiem. W tej chwili to dla mnie tylko słowa. Dźwięki, których nijak nie łączę z tym, co się wtedy ze mną działo.

Policji oczywiście musiałem wszystko opowiedzieć, choć tak właściwie za wiele do powiedzenia nie miałem. O to właśnie chodzi. Nie miałem pojęcia, co się naprawdę stało i upływ czasu niczego tu nie zmienił. Sprawa ucichła, do miasteczka powróciła senna atmosfera, ludzie zapomnieli, lub udawali, że zapomnieli, a ja do dziś nie wiem, czego właściwie byłem świadkiem tego pamiętnego lata tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku.

 

* * *

 

– Jak wytrzymasz, naprawdę dadzą… znaczy… damy ci spokój. Krzysiek jeszcze nigdy nie złamał obietnicy. Jak mówi, że cię przyjmie do paczki, to znaczy, że przyjmie. Wystarczy, że wytrzymasz do północy. W razie czego, będziemy w pobliżu.

Nowy patrzył na mnie bez słowa.

Specjalnie postarałem się o tę krótką rozmowę na osobności. Chciałem go trochę uspokoić, w końcu Chrzest Bohatera to nie byle co, a chłopaki tym razem byli naprawdę zawzięci.

Nie wiedziałem za bardzo, o co im chodziło. Mnie ten nowy zupełnie nie przeszkadzał. Ot, normalny gość, jakich mnóstwo w naszej szkole. Nie laluś i ciota, ale też nie jakiś potwór. Ani kujon, ani głąb, nie gbur i nie włazidupa. Nieźle grał w piłkę, był dobry z biologii, za to koszmarny z angielskiego. Raczej wesoły, ale nie błazen, towarzyski, chociaż bez przesady.

Wiadomo, zawsze się trochę gnębiło a to nowego, a to jakiegoś mazgaja, ale w końcu nawet Krzysiek odpuszczał. Po Chrzcie Bohatera całkiem chętnie przyjmował takich do paczki. Mawiał, że każdej drużynie przyda się zastrzyk świeżej krwi. Przecież nawet Grubego ostatecznie przyjął, chociaż ten podczas Chrztu wypadł wyjątkowo żałośnie i uciekł, ledwo zaczęło się ściemniać. Tym razem jednak zasady były surowe – co najmniej do północy.

– W porządku, postaram się – odpowiedział Nowy.

Dziwne, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak miał na imię. A jeszcze dziwniejsze, że nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek to wiedział. A przecież musiałem wiedzieć. Chodziliśmy w końcu do jednej klasy! Mimo że dołączył w dziwnym momencie, bo tuż przed wakacjami, musiał przecież figurować na liście obecności.

– Co wy tam robicie tak długo?! – zawołał Krzysiek. – Nowy pęka?

Nie umawiając się, obaj ruszyliśmy w jego stronę. Reszta paczki poszła przodem. Widziałem ich, stojących koło walącej się bramy na zarośnięte podwórze opuszczonego dworku.

– Nie – powiedziałem, zerkając niepewnie na Nowego. – Chyba nie.

– Nie – potwierdził, choć w jego głosie słychać było niepewność. – Do północy, tak?

– Jak jesteś za cienki, żeby zostać dłużej, to tak – burknął Krzysiek z pogardą.

Ruszyliśmy niespiesznie w stronę dworku, który w blasku zachodzącego słońca sprawiał całkiem malownicze wrażenie. Drzewa rzucały głębokie cienie, a pomarańczowy blask opromieniał masywną bryłę budowli, odwracając uwagę od zniszczeń i ubytków, wywołanych upływem czasu. Jedynie powybijane okna na piętrach straszyły swą czernią, przypominając, że już niebawem nadejdzie noc i cała ta urokliwa okolica pogrąży się w ciemności.

– No, czego nie wchodzicie? – zapytał Krzysiek, gdy tylko dotarliśmy do pozostałych, czekających pod bramą.

Damian spojrzał na niego jak na wariata.

– A po co? – zdziwił się. – Nie my tam mamy przecież włazić, tylko on!

– No, w sumie… – Krzysiek wzruszył ramionami. – Jak chcecie. Chodź – zwrócił się do mnie. – Potrzebuję świadka, że on tam wszedł.

Spojrzałem na niego zdziwiony. Wcześniej nie stosowaliśmy takich procedur.

Krzysiek nie uznał za stosowne niczego wytłumaczyć. Poprowadził nas pewnie przez wysoką trawę, wprost pod jedno z okien na parterze.

– Tylko tędy można wejść – wyjaśnił, choć przecież i ja i Nowy doskonale o tym wiedzieliśmy.

Pozostałe okna, znajdujące się na tyle nisko, by można było dostać się do środka, zostały zamurowane. Nie wiadomo, dlaczego pominięto to jedno. Może jakiś budowlaniec zrobił to specjalnie, bo sam za szkolnych czasów odbywał tu Chrzest Bohatera i po prostu było mu żal doprowadzić do przerwania tradycji?

– Sam wleziesz, czy cię podsadzić? – zakpił Krzysiek.

Nowy nie odpowiedział. Z pewnym wysiłkiem, ale jednak samodzielnie wgramolił się przez okno.

– Nie ma stąd innego wyjścia – powiadomił przywódca bandy. – Cały czas będziemy w pobliżu. Zobaczymy, jeśli będziesz próbował uciec.

Znów nie doczekał się odpowiedzi.

– Co najmniej do północy – przypomniał. – Wszystko jasne?

Nowy z powagą kiwnął głową. Gdy odchodziliśmy, stał w oknie bez ruchu i patrzył za nami.

– Czemu aż tak go nie lubisz? – zapytałem, gdy siedzieliśmy wszyscy przyczajeni w krzakach i uważnie obserwowaliśmy okno.

Krzysiek miał nadzieję, że Nowy zwieje szybko. Byłoby można wreszcie pójść do domu i w dodatku nie trzeba by było przyjmować go do paczki. Nie zanosiło się jednak na to. Zbliżała się północ, a jego wciąż nie było.

– Nie lubię, po prostu. Jest taki jakiś…

– Jaki? Mnie się wydaje zwyczajny. Nawet spoko.

– Spoko! – zawołał ze zgrozą Damian. – A wie któryś z was, gdzie on mieszka?

– Nie – odparłem niepewnie, spodziewając się, że za chwilę usłyszę jakąś sensację.

– Właśnie! Ja też nie!

– To może trzeba było go zapytać? – zasugerowałem, rozczarowany. – Wtedy byś wiedział.

– Mówią… – zaczął tajemniczo Mikołaj i teatralnie zawiesił głos – że adres, który jest w dokumentach szkolnych, naprawdę nie istnieje…

– Co ty za bzdury opowiadasz? – burknąłem, próbując przekonać samego siebie, że po plecach wcale nie przeszedł mi zimny dreszcz.

– Ktoś z nim wracał kiedyś do domu? – drążył Damian.

– Jakby ktoś wracał, to pierwszy byś mu gębę oklepał! – przypomniałem.– Nie spoufalamy się z Nowym, póki nie przejdzie Chrztu, pamiętasz?

– Nigdy nie mówi nic o rodzicach, ani o swojej starej szkole – kontynuował Mikołaj nadal tym irytującym tonem, sugerującym, że właśnie zdradza wielki sekret. – Myślę, że powinien coś czasami opowiadać, nie? Chyba, że ma coś do ukrycia…

– Oj chłopaki, przestańcie już! – jęknął Gruby. – To straszne, co opowiadacie!

– Gruby, nie psuj zabawy! – ofuknął go Mikołaj. – To Marek miał się przestraszyć, nie ty!

– No to wam nie wyszło – mruknąłem trochę obrażony za te głupie żarty. – Dlaczego akurat ja?

– A tak sobie. – Damian ziewnął. – Bo coś za bardzo go lubisz.

Wzruszyłem ramionami, chociaż w ciemności nie mogli tego zauważyć.

– Mówiłem już. Jest spoko.

– Która godzina? – zapytał Damian i ziewnął ponownie.

– Wpół do pierwszej – odpowiedziałem.

– I jeszcze tam siedzi? – zdziwił się Krzysiek.

– Siedzi, siedzi – mruknąłem złośliwie. – Sam go podpuszczałeś, żeby został dłużej, to masz teraz. Jeszcze trochę i pobije twój rekord!

– Chodźmy po niego – zaproponował Damian. – Zawołamy, że przeszedł chrzest i żeby już wyłaził. Spać mi się chce.

– Mi też – powiedziałem, czując nagle, że trawa, na której leżę, jest bardzo wygodna, a kamień pod głową niemal miękki.

– Dobra, to chodźmy – zdecydował Krzysiek, mniej zapewne przejęty naszym zmęczeniem, a bardziej wizją pobicia jego rekordu.

– Ja tam nie pójdę! – zaoponował Gruby wyjątkowo gwałtownie.

– To zostań. – Damian wstał i przeciągnął się.

– Sam nie zostanę!

– Poczekam z tobą – zaproponowałem.

– Ha! Jednak się wystraszył! – ucieszył się Mikołaj.

– Nieprawda! Zmęczony jestem!

– Jak sobie chcecie. Zaraz wracamy.

Krzysiek, Damian i Mikołaj oddalili się, a ja, choć naprawdę próbowałem słuchać, co paple do mnie wystraszony Gruby, ostatecznie nie wytrzymałem i osunąłem się w sen – niespodziewanie głęboki, biorąc pod uwagę mało sprzyjające warunki.

Obudziłem się przemarznięty, mokry od rosy i zupełnie sam. Nie wiedziałem, czy bardziej jestem wściekły na chłopaków, czy wystraszony, co powie matka. Była przyzwyczajona, że siedzimy na dworze do późnej nocy, ale teraz słońce dawno już wzeszło. Musiała tam w domu odchodzić od zmysłów!

Wizja szlabanu do końca wakacji, w połączeniu z ogólnym skołowaniem sprawiły, że bez zastanowienia zamiast w kierunku domu ruszyłem ku zrujnowanemu dworkowi. O poranku nie wyglądał ani malowniczo – jak wieczorem, ani też tajemniczo i mrocznie. Był po prostu rozwalającą się chałupą i do zamku Draculi naprawdę było mu daleko.

Mimo to aż podskoczyłem ze strachu, gdy w jedynym niezamurowanym oknie ujrzałem jakąś postać. Chwilę później odetchnąłem z ulgą, gdy Nowy zeskoczył z parapetu i ruszył w moją stronę.

Uznałem, że chłopaki tym razem naprawdę przesadzili. Nie dosyć, że zostawili mnie samego śpiącego na trawie koło tej rudery, to jeszcze poszli do domu, nie wstąpiwszy wcale po Nowego! Musieli zaplanować wszystko wcześniej. Kolejna nauczka za to, że za bardzo się polubiliśmy. I żeby nawet Gruby?! To było nie do pomyślenia!

– Całą noc tam siedziałeś? – wychrypiałem, gdy Nowy podszedł bliżej.

– Yhm. – Wyglądał na zmęczonego. Ubranie miał lekko przykurzone, włosy w nieładzie, ale ogólnie był cały i zdrowy. – Zasnąłem.

– Mieli po ciebie przyjść! Było przed pierwszą, jak poszli.

– Nikt nie przyszedł.

– Zostawili i ciebie i mnie. Gnoje!

Skinął głową, okazując zdecydowanie mniejsze oburzenie, niż można by się w takiej sytuacji spodziewać. Chociaż biorąc pod uwagę to, jak go traktowali, mógł być przygotowany na taki obrót sprawy.

– Słuchaj – zacząłem, przypominając sobie absurdalną nocną rozmowę, która teraz, w świetle dnia, nie wydawała mi się ani trochę straszna. – Gdzie ty właściwie mieszkasz?

Nowy chyba nie usłyszał pytania. Przystanął i odwrócił się w stronę ruiny. Patrzył na nią dłuższą chwilę, aż w końcu głęboko westchnął.

– Co jest? – zainteresowałem się.

– Zapomniałem latarki – mruknął. – Kurde, jak pomyślę, że po całej nocy mam tam jeszcze włazić…

– Ja pójdę – zaoferowałem.

– Naprawdę mógłbyś? Super.

Wróciliśmy pod okno. Wciąż byłem cały odrętwiały po nocy pod gołym niebem, jednak bez większych trudności dostałem się do środka.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że lepiej zniósłbym to wszystko, gdybym się tak nie spieszył. Gdybym przelazł przez okno powoli, usiadł na parapecie, rozejrzał się po pokoju, mógłbym po prostu zawrócić. Zeskoczyć z powrotem na miękką trawę, pobiec gdzieś, wezwać kogoś… To, co tam zobaczyłem, zapewne prześladowałoby mnie do końca życia, ale istniała szansa, ze ślad w psychice nie byłby aż tak głęboki.

Ja jednak się spieszyłem. Chciałem zabrać stamtąd nieszczęsną latarkę i jak najszybciej wrócić do domu, do matki, uspokoić ją, powiedzieć, że żyję, dać sobie złoić skórę i wlepić szlaban. Błyskawicznie zeskoczyłem na podłogę i wylądowałem w kałuży krwi.

Dopiero wtedy rozejrzałem się dookoła.

Ciała były zmasakrowane i rozczłonkowane. Nie umiałbym nawet powiedzieć, ile osób tu zabito, gdyby nie to, że twarze pozostały względnie nienaruszone, jakby specjalnie po to, bym mógł ich rozpoznać. Krew była wszędzie, nawet na suficie. Pewnie powinienem powiedzieć, że w pokoju śmierdziało, jak w rzeźni, ale nie wiem, jak śmierdzi w rzeźni, więc powiem, że śmierdziało, po prostu.

Zacząłem krzyczeć. Krzyczeć tak głośno, jak nigdy w życiu.

Oni wszyscy… wszyscy! Nawet Gruby, chociaż przecież z nimi nie poszedł! Chociaż po tym, jak już odbył swój Chrzest, nie było możliwości, by zmusić go do wejścia do ruiny nawet za dnia!

Jak…?!

Próbowałem wydostać się stamtąd, ale poślizgnąłem się na mokrej od krwi podłodze, straciłem równowagę i runąłem w kałużę lepkiej posoki. Półprzytomny ze strachu macałem wokół siebie na oślep, szybko jednak przestałem, przerażony tym, co mógłbym wymacać. Telepało mną tak, że nie mogłem wstać. Rozejrzałem się dookoła i wypatrzyłem dwoje drzwi, prowadzących w głąb domu.

Wiedziałem, że nie ma stąd innego wyjścia, jednak myślałem tylko o tym, by znaleźć się gdziekolwiek, byle nie tu, nie w zrujnowanym pokoju, w którym leżą zmasakrowane zwłoki moich najlepszych kolegów. Nie było mowy, bym w takim stanie zdołał wspiąć się na dość wysoko umieszczone okno. Na ogół nie stanowiło to dla mnie większego problemu, teraz jednak całe moje ciało w zadziwiający sposób odmawiało posłuszeństwa. Musiałem ochłonąć. Musiałem się wydostać, przejść do innej części domu.

Z trudem, trochę na kuckach, trochę na klęczkach, dotarłem pod drzwi, ale na próżno z całej siły szarpałem klamkę. Były zamknięte, podobnie, jak kolejne. Chciałem wrócić pod okno, jednak po drodze jeszcze raz upadłem z nieprzyjemnym plaśnięciem na mokrą podłogę. Tym razem już nie wstałem. Leżałem tak, wstrząsany torsjami, na zmianę płacząc, krzycząc i wydając nieartykułowane piski i skomlenia. Gdy jeszcze wiedziałem, co mówię, nawoływałem Nowego. Chciałem, by wytłumaczył mi – jak? I dlaczego?

Starałem się wierzyć, że cichy chichot, który słyszałem tuż nad uchem, był jedynie wytworem mojej wyobraźni.

Znaleziono mnie po trzech godzinach. Podobno ktoś, przechodząc niedaleko opuszczonego dworku, usłyszał mój krzyk, czy raczej należałoby powiedzieć – nieludzki skowyt.

Dochodziłem do siebie przez wiele tygodni. Gdy odzyskałem jako taki kontakt z realnym światem, już wiedziałem. Wiedziałem, że nie spocznę, póki się nie dowiem, co się tam wydarzyło i jaki związek z tym miał niepozorny chłopiec, który uzyskał rekordowy czas podczas Chrztu Bohatera.

Który po wyjściu z zamkniętego pokoju, pełnego poszarpanych ciał i spływającej zewsząd posoki miał buty i ubranie bez jednej nawet czerwonej plamki.

Który po wszystkim rozpłynął się w powietrzu.

 

* * *

 

Dlatego wróciłem. Dlatego wszedłem przez to okno po dwudziestu latach, po raz pierwszy od tamtych wydarzeń. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze nikt go nie zamurował. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze nikt nie zburzył tej rudery! Chociaż… czy naprawdę istnieje jeszcze na tym świecie coś, w co nie mógłbym uwierzyć?

Spisuję tę historię, mimo, że do tej pory tak bardzo nie chciałem jej opowiadać, bo czuję, że dotarłem do momentu, w którym to wszystko się zakończy – w taki, lub inny sposób. Może już nigdy nie będę miał okazji przedstawić tych wydarzeń tak, jak je zapamiętałem.

Cokolwiek ma się stać, stanie się dzisiaj.

Więc czekam.

Koniec

Komentarze

Nie umiałbym nawet powiedzieć, osób tu zabito, gdyby nie to, że twarze pozostały względnie – coś Ci tutaj umknęło.

 

Opowiadanie dosyć schematyczne: typowa próba zbudowania napięcia poprzez nakreślenie pewnej tajemnicy, stary, opuszczony dom, noc, grupka nastolatków, których zabawa przeradza się w piekło. W skrócie – niczym nie zaskakuje. Bez problemu dało się przewidzieć rozwój wydarzeń.

Jeśli natomiast chodzi o wykonanie, to nie mogę mieć większych zastrzeżeń. 

 

Tekst do poczytania, ale bez rewelacji.

Błyskawicznie zeskoczyłem na podłogę i wylądowałem w kałuży krwi. – od razu wiedział, w czym wylądował?

I to już? Koniec opowiadania? Średniawka.

 

Pozdrawiam

 

Mastiff

Takie sobie, jak dla mnie. Rytuał przyjęcia, więc od razu podejrzenie, iż to właśnie on, wydarzenia z nim związane, mają mnie przestraszyć, i dlatego nie przestraszyły. Brak jakiegokolwiek zaskoczenia, po prostu.

A bohater powinien, myślę, po dwudziestu latach i zmądrzeć, i spoważnieć, a przede wszystkim przestać wierzyć w takie rzeczy.

@ domek, dzięki, uzupełniłam to, co umknęło.

 

@ Bohdan, być może nieświadomie przekazałam bohaterowi odrobinę mojego własnego zwyrodnienia, nakazującego od razu identyfikować coś mokrego i czerwonego, jako krew :) Poza tym to relacja z perspektywy czasu. Może być trochę zniekształcona. Ba, może nawet zupełnie zafałszowywać rzeczywistość.

 

@ AdamKB, masz rację, pewnie powinien. Ale z jakiegoś powodu nie zmądrzał.

 

Cóż, nigdy nie twierdziłam, że chciałabym tym opowiadaniem przecierać nowe szlaki. Pewien schematyzm jest oczywiście zamierzony, ale interpretacja dowolna. Może być ta najbardziej oczywista, ale równie dobra będzie każda inna. Lubię zakończenia otwarte, pozwalające na dopowiedzenie sobie dalszego ciągu. Wiem, że to mało popularny i niezbyt lubiany zabieg, ale czasem nie mogę się powstrzymać ;)

Kategoria może faktycznie być trochę myląca, bo, prawdę mówiąc, wcale nie chciałam straszyć. To nie tyle horror, co hmm… opowieść niesamowita, w której chodzi o to, że nie wiadomo, o co chodzi.

 

W każdym razie dziękuję za wszystkie opinie :)

Opowiadanie porządnie napisane, więc powinno czytać się dobrze i pewnie byłoby tak, gdyby historia nie okazała się tak bardzo stereotypowa i przewidywalna.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka