- Opowiadanie: Maksymilian Pałac - Towarzysz Taranowski wiecznie żywy

Towarzysz Taranowski wiecznie żywy

O tym opowiadaniu przypomniałem sobie po lekturze "Ozyrysa" Zatrakusa. Przeleżało trochę w szufladzie, ale teraz się na coś przydało.

Opowiadanie zostało zmodyfikowane. Pewne rzeczy zostały wytłumaczone. Kilka sekwencji rozbudowałem, pewne detale wyciąłem. W każdym razie życzę miłej lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Towarzysz Taranowski wiecznie żywy

Polska, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Kwatera Główna Urzędu Bezpieczeństwa. W dużej sali bez okien, oświetlanej przez słabe lampy elektryczne, przed mapą świata siedzi dziesięć osób. Twarzy nie widać, lampy dobrze oświetlają tylko stół.

– Panowie, nie wzywałbym was w środku urlopu tutaj bez powodu – przerwał ciszę gruby jegomość w rozpiętej marynarce – mamy poważny problem z grupą archeologiczną numer dwanaście…

W sali wybuchła wrzawa.

– Kurwa mać! Znowu oni? Jezus, ile można! – wykrzyczał chuderlawy, wysoki łysol.

– Proszę się wyrażać! Jakie „Jezus”? – zakwiczał inny , niziutki facet.

– Spokój, spokój! – Widząc, że nikt nie reaguje, gruby gość wyciągnął służbowy pistolet i strzelił w sufit, na sali zapanowała cisza.– Już Stalin nas uczył, że porządną dyskusję można przeprowadzić tylko wtedy, gdy jedna ze stron ma broń palną. To uspokaja rozmówców i pozytywnie na nich wpływa. Dobra, koniec tych ludowych mądrości. Dwunastka, od początku swojego istnienia, sprawia nam problemy. Ale teraz, może wreszcie będziemy mieli z nimi spokój. Otóż jak wiecie, od miesiąca siedzą w Egipcie i zajmują się badaniami mniej znanych grobowców i świątyń. Jakiś tydzień temu urwał się z nimi kontakt. Ostatni raport naszego tajnego współpracownika, donosił o tym, że znaleźli wyjątkowo rozbudowany grobowiec, a może świątynie, nie pamiętam. W każdym razie nazwali ten przybytek „Domem Bożym”. I właśnie tydzień temu, agent przestał odpowiadać na nasze wezwania. W ogóle kontakt się z nimi urwał, dlatego proponowałbym wysłać tam kolejnego człowieka, aby sprawdził co się stało… 

Przerwał mu niziołek.

– To po co pan nas tu wezwał, skoro już wszystko jest zaplanowane?

– Po to, aby w wypadku, kiedy by coś nie wyszło i do akcji musieli wejść nasi wschodni bracia, kara spadłaby nie tylko na mnie, ale i na wszystkich w nią zamieszanych. Czyli was.

– Fajnie. – powiedział ktoś z zebranych.

– Skoro nie ma innych pytań, zajmę się szczegółami. Grupa archeologiczna numer dwanaście jest przykrywką dla tajnej jednostki Uniwersytetu Śląskiego, która postawiła sobie za zadanie, poszukiwanie bytów transcendentnych i immanentnych. Oczywiście, od początku swojego istnienia inwigilujemy ich. Jednak, panowie, wiemy to już od dawna. Tak samo jak to, że odkąd rozpoczęli swoją działalność, dają nam strasznie w dupę. Na nic zdali się nasi czerwoni rektorzy.

– Trzeba było ich kropnąć, kiedy mieliśmy okazję – powiedział konus.

– W Tybecie, w Shangri-La zginął Jaszczur, Wielki Kanion w Ameryce Północnej – znika Bałwan, Kreta – przepada Orzeł, Ameryka Południowa – Olbrzym. Wymienieni przeze mnie agenci zdobyli doświadczenie jeszcze podczas drugiej wojny. Ale akademicy dali sobie z nimi radę. Nie wiemy jak, ale jakoś to zrobili. Jedynym naszym człowiekiem, którego nie wykryli jest Szewczyk.

Wszyscy obecni na sali znali to nazwisko. Alfred Szewczyk, zaczynał swoją karierę jako kret ubecki wśród studentów. Z czasem, tak mu się na studiach spodobało, że aż poprosił centralę o zgodę na zrobienie tytułu magistra, a potem doktora. Kwatera Główna, wyczuwając nowe możliwości szpiegowania grona akademickiego, zgodziła się. Nawet specjalnie do tego celu porwano kilku studentów i doktorantów, aby Szewczykowi napisali, kolejno pracę magisterską i doktorską. Obie z archeologii.

– Co takiego doniósł Szewczyk, że pan się tak przestraszył? – zapytał się wysoki łysol.

– Obiekt archeologiczny, który badali, nie przypominał niczego znanego do tej pory. Można odnaleźć w nim cechy piramidy, greckiej świątyni, zikkuratu i innych tego rodzaju budowli. Oczywiście, wszystko to jest pod ziemią i trudno określić ostateczną wielkość badanego budynku. Alfred podsłuchał nawet rozmowę profesora Lawendy z asystentem, z której wynikało, że budynek zmieniał kształt i rozmiar, w zależności od tego, gdzie się w nim było lub dokąd się poszło.

 Następnie, akademicy znaleźli tam wizerunki wielu różnych bożków. Od prehistorycznych po wczesnośredniowieczne. Z tej wycieczki po świątyni wygonił ich dopiero, cytuję: „Ammut”. Stworzenie o głowie krokodyla, tułowiu lwa i zadzie hipopotama. Z tego wszystkiego, wniosek wysunąć można tylko jeden. Ekspedycja profesora Lawendy jest o krok od odkrycia dowolnej formy życia boskiego. – Zebranych na sali przeszył zimny dreszcz. – Czyli mogą naruszyć jedną z zasad komunizmu, a tym samym zdyskredytować go na arenie międzynarodowej. Ba! Dać podwaliny na to, że nasza kochana idea jest błędna! – wykrzyczał ostatnie zdanie grubas.

– Co robimy?! Mogliśmy próbować sabotować poprzednie ekspedycje, ale tej nie możemy. Jej szefem jest Lawenda. On ma znajomości, to przyjaciel generała Jaroszewicza. A sam generał powiedział nam, że jeśli profesorowi stanie się krzywda, to my za to zapłacimy – odezwał się jakiś głos z sali.

– Nikomu z ekspedycji włos z głowy nie spadnie. Po prostu odcinamy mu dofinansowanie, profesorowi i jego wyprawie archeologicznej. I kropka! My nie wyrzucamy niewygodnych ludzi z samolotu nad Atlantykiem jak Amerykanie! Nie robimy tego bez ważnego powodu! Najpierw staramy się z człowiekiem dogadać!

Wszyscy zaczęli klaskać.

– Kto podejmie się tej niebezpiecznej misji?

– Janusz Taranowski. Nasz dwudziestosześcioletni agent. Wykształcony, obyty w towarzystwie. Zna dobrze historię, chemię, fizykę i kilka innych przedmiotów. Ale najważniejsze jest to, że jest bratankiem Lawendy. Janusz będzie umiał przemówić stryjowi do rozsądku.

– A jeśli Taranowski w Egipcie nie znajdzie Lawendy, tylko KOGOŚ innego?

– To wtedy pozostaje nam zawiadomić Kreml i modlić się do Lenina o pomoc.

***

Wiadomość o nowej misji całkowicie zaskoczyła Taranowskiego. Ćwiczył właśnie składanie życzeń sekretarzowi KC PZPR z okazji urodzin, gdy z głośnika z nad drzwi wyjściowych do jego mieszkania, dobiegł krótki rozkaz : „Zadanie specjalne. Jedziesz dzisiaj do Egiptu. Za kwadrans masz być na lotnisku.” Janusz popatrzył się na portret głowy KC, westchnął i wybiegł na zewnątrz. Piętnaście minut później był już w samolocie lecącym do Kairu.

***

Na kairskim lotnisku, z wielkiego dwusilnikowego samolotu wychodzą ludzie, w większości to turyści. Z tłumu wyróżnia się tylko facet ubrany w długi, jasnobrązowy płaszcz. Na dłoniach ma piaskowe rękawiczki. Brunatny kapelusz na głowie. Jego oczy są zasłonięte przez czarne okulary przeciwsłoneczne. Przywitali go dwaj tłuści Egipcjanie.

– Salam alejkum, panie Taranowski! – powiedział głośno pierwszy Arab z długą, gęstą, czarną brodą.

– Alejkum salam, Achmed! – odpowiedział przybysz.

 Achmed i jego pomocnik poszli z Januszem do auta. Pojechali do hotelu Czerwona Gwiazda, będącego nieformalną kwaterą główną komunistów w tym obszarze. Hotel był niczym niewyróżniającym się budynkiem. Nad wejściem, na tle wielkiej, czerwonej gwiazdy, namalowano jego nazwę.

Porównując do bazy brytyjskiej, znajdującej się w byłej ambasadzie , czy patrząc na Amerykanów, których kwatera główna znajdowała się w wielkim, nowoczesnym statku, komuniści wyglądali na mocno niedofinansowanych.

Po zakwaterowaniu, Polak zszedł z piętra do piwnicy, gdzie znajdowała się sala operacyjna.

– To jak wygląda sytuacja? – zapytał ciemny blondyn, o długich włosach.

– Nieciekawie Janusz. – Achmed i Janusz znali się już kilka lat. – Wykopaliska znajdują się kilkadziesiąt kilometrów stąd, dojechanie tam zajmie dużo czasu.

– Ale co z samymi archeologami i Szewczykiem? Dlaczego mój wujek nie wynajął twojej grupy robotników?

– Profesor Lawenda, zanim wynajął robotników, skontaktował się z profesorem Michałkowskim, który doradził mu inną grupę kopaczy. Michałkowski strasznie się na mnie uwziął, po tym jak próbowałem sprzedawać pewne zabytki w dolinie Deir el Bahari.

– Ale nadal nie wiem, co się stało z badaczami z ekspedycji Kamila Lawendy. Na odprawie, w samolocie, otrzymałem bardzo mało informacji. Rozumiesz?

– Archeolodzy wyparowali jak pierdnięcie, a po waszym tajnym współpracowniku została tylko źle zrobiona mumia.

– Robi się coraz bardziej nieciekawie. Jak myślisz Achmed, kto to mógł zrobić? Zawszeni angielscy kapitaliści?

– Wątpię, Amerykanie i Brytyjczycy omijają to miejsce szerokim łukiem.

– Islamscy bandyci?

Arab otworzył wielką, wojskową szafę. Wyciągnął  flaszkę i kieliszek, nalał Taranowskiemu do szkła, a sam łyknął z gwinta.

– Też nie, wszyscy możliwi terroryści, przestępcy i inne szumowiny pojechały walczyć z Izraelem.

– Achmed, ty pijesz alkohol? Zawsze myślałem, że tobie nie wolno pić.

– Co ja jestem, islamista?

– No, a nie?

– Nie, po pierwsze jestem komunistą. A im wolno pić.

 Powiedziawszy to łyknął głębszego. Janusz poszedł z powrotem do swojego pokoju. Zbliżał się wieczór. Po podróży ubek był bardzo zmęczony. Postanowił wybrać się na teren wykopalisk dopiero w dniu następnym. Pojedzie tam z Achmedem z samego rana. Skoro kontakt z badaczami urwał się przed tygodniem, to dlaczego nie mieliby poczekać jeszcze tych paru godzin.

***

 

Wielka, czerwona ciężarówka zatrzymała się przed obozowiskiem archeologów. Namioty były już w połowie zasypane piaskiem. Pierwszy wysiadł Polak, za nim kilku Arabów. Cały obóz postawiony był wokół czegoś, co Taranowskiemu przypominało starą, rozpadającą się kaplicę. Wszyscy kopacze wynajęci przez Lawendę uciekli. Zagadką było to, dlaczego nie pojawił się jeszcze profesor Michałkowski.

Ludzie Achmeda rozeszli się po terenie wykopalisk. Wszystko już zaczął zakrywać powoli piasek. Janusz Taranowski wszedł do namiotu wujka. W środku nie znalazł nic. Dosłownie, pustka. Zajrzał do kolejnego namiotu, też nic. Obozowisko było puste. Zniknął cały sprzęt badawczy i zwykły. Nie było też nigdzie żadnych, odkopanych zabytków. Oprócz wejścia do świątyni, rzecz jasna. Polak zarządził zbiórkę.

– Wiem, że już przeszukaliście obóz, ale zrobicie to jeszcze raz.

– Dlaczego panie Taranowski? Tutaj nawet sępów nie ma na niebie – zrzędził Muhamed, najbardziej gadatliwy z grupy.

– Przejdziemy cały obóz razem.

Wszędzie można było wyczuć coś nieprzyjemnego i nie był to, bynajmniej, odór najtańszych peerelowskich perfum, unoszący się po całym obozie.

– Cóż to za smród? – zapytał się Muhamed.

– Ludowe perfumy „Krystynka”. Ach, przypomina mi się zapach pierwszej miłości.

„To musiała być naprawdę tania kurwa”, pomyślał sobie Achmed, który chodził między namiotami z Taranowskim. W końcu stanęli przed bramą wejściową do świątyni.

– Dobra. Muhamed i Achmed za mną, reszta niech tu czeka.

Wejście nie było okazałe. Może kiedyś, w czasach swojej świetności, było piękne i budzące szacunek, ale teraz przypominało jaskinię. W środku wszędzie było czuć… polskie perfumy.

– No, łoż kutwa. Z czego to było robione? Te całe perfumy?

– Z chloru, Muhamed – odpowiedział Janusz.

– Z chloru?

– Ile można powtarzać…

Janusz Taranowski nie dokończył. Przed nim zmaterializował się mierzący prawie dwa metry, stojący na dwóch tylnych łapach, szakal z bardzo długimi, stojącymi uszami. Ubrany był w jakąś dziwną kieckę. Islamscy komuniści ulotnili się. Polak został sam. Jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, ściany z powrotem nabrały koloru, pojawiły się na nich zapalone lampki z oliwą. Wszędzie zrobiło się jasno.

***

 

Achmed i Muhamed pierwsi dobiegli do auta, reszta dopiero za nimi. Pędząc po pustyni, przerażony Achmed powiedział bardziej sam do siebie, niż do kogoś: „ Dojeżdżam do Kairu i dzwonię po Rosjan. Ta sprawa wymknęła się Polakom z rąk!”.

 

***

– Witam – powiedział potężny „mutant”.

– Dzień-dobry. Czy ty rozumieć co ja do ciebie mówić? – spytał Janusz.

Postanowił przeprowadzić rozmowę tak, jak go szkolili w Kwaterze Głównej. Wariant dialogu z istotami pozaziemskimi – przykładowej rozmowy z boską emanacją szkolenie nie przewidywało.

– Komunizm jest dobry, kapitalizm zły. – Chwila ciszy. – Do you understand me? Communism is good…

– Daruj sobie. Mamy tu cały szwadron ludowych naukowców z Polski. Oni nas już przygotowali, na ten twój „communism”. Jeśli chodzi o mowę, ja i mi podobni mamy bardzo duży talent do języków, bo jakbyś nie zauważył jestem…

– Anubisem.

– Właśnie. Szybko kapujesz. A teraz chodź za mną, parę osób chce z tobą porozmawiać.

Janusz Taranowski w tym momencie najpewniej zastosowałby technikę sowiecką ( czyli uciec, najlepiej w głąb własnego kraju, i czekać na ostrą zimę), ale tyły obstawili, jakby wystrugani z hebanu, strażnicy. Ściany ozdobione były hieroglifami, mozaikami a nawet malunkami pierwszych ludzi. Anubis zaprowadził Polaka do ogromnego pomieszczenia, gdzie przebywało kilkadziesiąt bóstw, bożków i innych (według oficjalnej doktryny komunizmu, nie istniejących) istot.

Pomiędzy nimi można zobaczyć kilkunastu ludzi. Wśród istot boskich, większość była hominidami. Jakiś człowiek o głowie wilka, ubrany w togę, umizgiwał się do młodej niewolnicy. Jak widać, spodobała mu się. Meduza rozmawiała z kapłanem. Na wielkiej sofie przeciągała się i ziewała pół kobieta, pół lwica, widocznie bardzo znudzona. Większość z nich nosiła szaty osłaniające tylko dolną połowę ciała. Nawet istoty płci żeńskiej nie zasłaniały swoich boskich piersi.

– Janusz? To TY! – starzec z biała brodą aż podskoczył na fotelu.– Nie wiedziałem, że to ciebie wyślą. Jak miło zobaczyć rodzinę w takim miejscu!

– Stryjku! A co ty tu robisz. Nie powinieneś być już dawno w Krakowie i cieszyć się sławą z odkrycia tego grobowca? Mam nawet dla ciebie wiadomość z Warszawy!

Taranowski podał list profesorowi. Profesor Lawenda wrzucił go do ognia.

– Bratanek, nie zaczynaj. Lepiej zdejmuj te barbarzyńskie łachy i zakładaj przepaskę biodrową lub togę, jak każdy cywilizowany człowiek.

– Do jasnej cholery, co z tobą stryju?

– Ech, ty nic nie rozumiesz. Oni bardzo chętnie przyjmują gości z zewnątrz. Ale takie odwiedziny zdarzają się naprawdę rzadko, ponieważ większość kompleksu jest zasypana ziemią i trudno ją znaleźć. Poza tym, z oczywistych względów, większość gości zostaje tu na stałe…

– Co ty mówisz? To jest chore! Słuchaj stryju. Zabieram cię do Polski. Czy tego chcesz, czy nie. To, co tu odkryłeś, jest niebezpieczne dla najlepszego ustroju na świecie! Poza tym, te potwory zabiły Alfreda Szewczyka!

– Tej mendzie się to należało. A cały ten zasrany komunizm mnie już nie interesuje. Szewczyk nie potrafił nawet dobrze przetłumaczyć nazwy miejsca, w którym się znajdujemy. To jest „Pensjonat Boży”. Tutaj bóstwa z różnych okresów czasu odpoczywają, ciesząc się upragnioną emeryturą. Każdy z bogów mieszka w innym pokoju, a że każdy lokator ma to, co chce, więc wygląd tych pomieszczeń też się różni.

Na razie obojętne, choć lekko rozbawione, boskie towarzystwo wtrąciło się. Jegomość z dobrze ukształtowaną klatą i głowa sokoła przemówił.

– Słuchaj, Januszu Śmiertelniku. Od dawna siedzimy w Raju, ale nawet i tutaj może być nudno, więc od czasu do czasu przyjmujemy dobrowolnie jakiś nowych mieszkańców. Aktualizują oni naszą wiedzę, a zarazem bardzo dobrze się bawią, mogą poświęcać swój czas na między innymi obcowanie z nami, filozoficzne rozmowy, walki gladiatorów, a nawet wycieczki do innych hoteli, jak ten. I oczywiście, stają się nieśmiertelni. A tak mówiąc między nami, wy ludzie jesteście całkiem nieźli w…

Nie dokończył, bo śmiertelnik, towarzysz Taranowski, wyciągnął z torby podróżnej AK 47, wersję delux. Polak postanowił wiać, ostrzec Kwaterę Główną – ratować komunizm.

– Jeśli któryś z was, dziwolągi, będzie próbował mnie zatrzymać, ubiję jak psa.

Jeden z bogów się obruszył. Taranowski zaczął się wycofywać, ale uderzył plecami o coś twardego. Oparł się o Anubisa.

– Z drogi – syknął śmiertelnik.

– Zmuś mnie.

Janusz oddał serie w Szakala. Następnie drugą i trzecią. Przeciwnik tylko się zaśmiał.

– Skoro tak, to masz, poczęstuj się.

Ubek wyciągnął z torby mały granat, wyjął zawleczkę i rzucił nim. Zawleczkę przechwycił młody niewolnik i szybko oddał Anubisowi, który złapał „cytrynkę”. Szakal zabezpieczył bombę i oddał z powrotem niewolnikowi, który gdzieś znikł. Janusz Taranowski zrobił szalonego Iwana, czyli obrót o 180 stopni i zaczął biec na przełaj. Wpadł na kant, jak stwierdził, jakieś dużej i bogato zdobionej kanapy. Wskoczył na łoże z moskitierą. Wprost między nogi "lwicy". Przed sobą miał bardzo ładną i pociągającą kobietę o głowie królowej kotów. Instynkt podpowiadał mu, że raczej się stąd nie wymknie, a ta bogini wyglądała znajomo. 

Szybko zaczął błagać leżącą postać o litość. Taranowski nagle ( czego nie robi strach z człowiekiem) przypomniał sobie wszystkich starożytnych bogów, o jakich się uczył albo czytał. Boginią przed nim była Sechmet, którą poznał. Wiedział, że jest znana z miłosierdzia.

– Ty mój Domie Piękna, Słońce Zachodzące, Różo Kwitnąca.

Za każdym takim określeniem, spuszczał głowę w geście błagalnym, co niestety wyglądało bardzo zabawnie, bo był cały czas między jej kształtnymi nogami. Wszyscy okrążyli ich i ze szczerym uśmiechem podziwiali tą scenę.

– Straż, łapcie go – rozkazał Ozyrys.

– Nie, zostawcie go. Od naprawdę długiego czasu nie miałam tak żarliwego wyznawcy – odparła Sechmet.

Trzeba wiedzieć, że Anubis nie miał za złe tego, co zrobił agent. Większość uzbrojonych podróżników i archeologów tak właśnie się zachowywała.

– Dobrze, Sechmet. Zrób z nim co chcesz, byle by nie robił dalej takiego bałaganu i harmidru – odpowiedział Ozyrys.

Odszedł w kierunku korytarza prowadzącego do Krainy Trzcin.

– Tak trzymać, bratanku – zawołał Lawenda i wrócił do rozmowy z największymi filozofami starożytnego świata.

Tymczasem nowy wyznawca Sechmet, dawał jej kolejne dowody wierności. Był oczytany i wiedział, że jak się rozmawia z kimś ważnym to zawsze można spróbować go po stopach całować. No wiecie, bach na kolana, w wiernopoddańczym stylu i cmok cmok. Jemu się to nie do końca udało, bo cmok-cmok to było, ale nie w stopy. Jakaś bogini o krowim pysku stwierdziła, że nawet w czasach, kiedy ją czcili, to nie miała aż tak żarliwych wyznawców. "Lwica" chwyciła Janusza za włosy i podciągnęła na wysokość głowy.

– Też mam ochotę, nie wiesz nawet jak wielką, na wspólną żarliwą modlitwę, ale najpierw jedna mała formalność. Powiedzmy, inwestycja na przyszłość.

– Wszystko, czego zapragniesz Wielka Sechmet.

Agent poszedł razem z staroegipską boginią płodności do dużego pomieszczenia, w którym wokół wielkiego stołu kręcili się łysi kapłani. Przy stole stał Anubis.

– Widzę, kociaku, że wreszcie upolowałaś całkiem niezłego drapieżnika.

– Wal się, kłapouchy. Lepiej zaczynaj.

– Dobra. Ludzki śmiertelniku, kładź się. – Anubis popatrzył się na kapłanów i powiedział: – Panowie maski na twarz, narzędzia w dłoń!

Taranowski zdążył oprzytomnieć. Chciano go zmumifikować.

– Rany boskie, poznaje to miejsce. Sechmet ratuj!

– Ależ głuptasie, to tylko czysta formalność i jesteś nieśmiertelny.

Śmiertelnik zaczął uciekać w stronę wyjścia z sali. „Kociak” pokazał zęby, naprężył się i z olimpijską sprawnością skoczył na uciekiniera. Sechmet chwyciła go za nogi, Taranowski stracił równowagę i przyrżnął w ścianę. Kapłani dobiegli kilka sekund potem i korzystając z faktu, że przez ból głowy Polak nie może ruszać żadnymi kończynami, położyli go na stole.

– Dorosły samiec, a zachowuje się jak jakie szczenię. Nieładnie. Za karę będziesz musiał odprawić pokutę, ze mną.

Kapłani rozebrali agenta do gołego i przywiązali do blatu.

– O nie, tak łatwo się nie dam! Umrę z pieśnią na ustach! – Zaintonował melodię: – ”Wyklęty powstań, ludu ziemi…"

– Anubis, czy tak jest ze wszystkimi?

– W zasadzie tak, kociaku. Tylko nie wszyscy śpiewają, niektórzy się modlą, inni złorzeczą.

***

Na pewnej syberyjskiej bazie wojskowej zawrzało. W trzech wielkich samolotach transportowych grzano silniki. Żołnierze wnoszą na ich pokłady różnego rodzaju sprzęty. Wszędzie słychać upiorne wycie syreny alarmowej. Oficerowie krzyczą, szeregowcy biegają ze skrzyniami do samolotów i z powrotem, do hangarów. W końcu wszystko jest gotowe. Transportowce startują. Lecą w kierunku Kairu.

Po wylądowaniu na lotnisku, z samolotów wybiegają żołnierze, przebrani za turystów, wyjeżdżają gaziki i ciężarówki. Najpierw krótki postój przy Czerwonej Gwieździe. Achmed i jego ludzie zostali zapakowani do wozu i pojechali na lotnisko. Od tego dnia zyskali nowy adres zamieszkania. Na Syberii. Reszta ciężarówek pojechała na miejsce wykopalisk.

„Turyści” z miotaczami płomieni spalili namioty. Saperzy wysadzili wejście do świątyni. Rosjanie z miotłami zmiatają piasek, tak aby zakrył wszelkie ślady. Za nimi idą ludzie w białych kitlach i rozsypują małe ilości soli. Po wszystkim oficerowie robią zdjęcia. Po wykopaliskach nie ma śladu. Idealna pustynia. W między czasie z polskich archiwów znikają informacje o ekipie profesora Lawendy. Komunizm został uratowany. Potencjalne dowody na istnienie bytów boskich, znikły pod piaskami pustyni.

 

***

Jedna z wielu świątyń znajdujących w Krainie Trzcin. Egipska bogini ogląda widoki z tarasu swojego pokoju. Klęczy przed nią przystojny brunet w samej opasce biodrowej. Bogini jest ubrana tylko w ozdabiającą jej ciało biżuterię.

– No i co, podoba ci się?– zapytała się Sechmet Taranowskiego.

– Tak, piękna Sechmet.

– I po co tyle płaczu. Teraz to już nieważne. Jak obiecałam, musisz odpokutować swoją niewiarę. Proś o łaskę.

Janusz, już nieśmiertelny, oczywiście na klęczkach zbliżył się do stóp bogini i zaczął je powoli całować. Między każdym pocałunkiem mówił „przepraszam” i jakiś przydomek bogini. Co do ich wymyślania, przydało mu się doświadczenie nabyte w czasie wieców Partii, kiedy to wysyłany w delegacje musiał zazwyczaj wymyślać kolejne superlatywy dla sekretarzy.

– No, ale się nie zatrzymuj, kto nie idzie na przód ten się cofa! Masz jeszcze więcej ciała do przeproszenia, ale na górze. No to, jak wy tam na ziemskim padole mówicie, "Do roboty"!

– Tak, moja bogini – odparł nawrócony komunista.

Koniec

Komentarze

Na wszelki wypadek zapytam Autora: szczerze?

Błędy poprawiam na bieżąco. A zatagować jako grafomanię można w każdym momencie, więc czemu nie?

Zapytałem, zgodziłeś się, nie miej pretensji, że boli.

Nie miałem i nie mam zamiaru sugerować "przepisania" tekstu do grafomanii.

Miałem zamiar napisać, że ilość błędów jest zadziwiająca jak na tak niedługi tekst i świadczy o lekceważeniu czytelników – i siebie przy okazji.

=========

Pomysł do rewelacyjnych nie należy, ale przy staranniejszym jego zrealizowaniu i przedstawieniu na pewno zdobyłby co najmniej kilka pozytywnych opinii. A tak, to nie wiadomo…

Zgodzę się z Adamem co do wartości pomysłu.

A dlaczego na bieżąco, a nie przed wstawieniem? Wciąż zostało mnóstwo do załatwienia. "Boska emancypacja" zaiste godna jest Grafomanii. "O tuż" w znaczeniu "otóż" (jak sądzę), też zajmuje wysoką lokatę.

Aha, któryś bóg umizgiwał się do niewolnicy. Dlaczego? Prosisz kanapę o zgodę, zanim się położysz?

Babska logika rządzi!

Uderzam się w pierś. Tekst poprawiłem, choć boję się, że nadal coś mi umknęło. Zdania zmodyfikowałem. Dialogów co prawda nie napisałem od nowa, ale lekko zmieniłem. Zapis liczb jest już właściwy. Tekst teraz powinien sprawiać radość, przynajmniej tak myślę. Twój komentarz AdamieKB mi się bezapelacyjnie należał.

Powiem tak, jest tu jakaś intryga, jest tu jakiś pomysł – i fajnie. Brakuje niestety warsztatu i doświadczenia, by pomysł ten ubrać w odpowiednią formę. Ale nic to, doświadczenie – jak powszechnie wiadomo – jest rzeczą nabywalną.

– Nie ciekawie Janusz.

Nieciekawe to są tego typu błędy ortograficzne ;)

Nie, po pierwsze jestem komunistom.

Jeżu kolczasty… komunistą?

Gdzieniegdzie można było zobaczyć próby podpalenia poszczególnych namiotów.

Zadanie: proszę podać rysopis próby podpalenia namiotu. Szczegółowy. No bo skoro można było je zobaczyć… Ślady ognia/podpaleń?

Za kare

Za karę do kąta, klęczeć na grochu i śpiewać "Międzynarodówkę"! ;)

 

 

Nie śmiałem się w ogóle. Nawet nie uśmiechałem :( Jak na groteskę afrykańsko-komunistyczną chyba mało zabawne, chociaż zgodzę się z Adamem – z tego pomysłu można wycisnąć co nieco.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tekst poprawiłem, choć boję się, że nadal coś mi umknęło. […]. Twój komentarz AdamieKB mi się bezapelacyjnie należał.

Maksymilianie, naprawdę cieszę się i z poprawek, i z samokrytyki. Zaręczam, że nie kierowałem się złośliwą satysfakcją, pisząc te słowa. Chodzi przecież jedynie o to, by autorzy i teksty prezentowali się z dobrej strony. A jeśli coś przemknie, umknie – trudno się mówi i kocha się, znaczy czyta i pisze się dalej, bo czym innym jest jedno potknięcie, przeinaczenie słowa, inny błąd na półtorej strony, a czym innym – na półtora wiersza.

Spróbuj, nie na siłę, tylko jeśli sam zechcesz, rozbudować tę opowiastkę i nadać jej wyraźniejsze cechy humoreski.

W tekście jest ponad 20 tysięcy znaków i jeśli do północy się to nie zmieni, to będzie on zyskwalifikowany.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Zagalopowałem się tak, że aż nie zauważyłem kiedy przekroczyłem limit. Tekst mi się podoba jest "pełny", aby dobić do limitu musiałbym usunąć ze dwie strony. Tego nie chcę, więc spasuję. Poszukam szczęścia w innym konkursie. Jest ich za tyle ;)

 

Nic straconego, będzie jeszcze więcej. ;-)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Ocena rosyjskich sposobów walki trochę mnie rozbawiła. Opowiadanie do przeczytania, ale bez rewelacji.

Ponieważ Autor świetnie się bawił pisząc, postanowiłam bawić się, czytając to, co napisał, ale niestety, nie udało się. Wesoło nie było.

Błędów jest tyle, że aby je poprawić, należałoby od nowa napisać niemal każde zdanie.

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mógłbym poprosić o jakieś szczegóły? Błędy ortograficzne, składnia czy gramatyka? Czego było najwięcej? Znając moje szczęście, pewnie ze wszystkich tych kategorii było dużo. I na pewno pojawiły się wpadki innego rodzaju. Chciałbym dowiedzieć się co nie co , aby uważać na to w przyszłości. Smutno mi jest, kiedy komuś jest przykro, że przeczytał tekst, który wyszedł spod mojej ręki.

Błędy są wszelkie możliwe. Nie sposób poprawić je wszystkie. Może, jeśli znajdę wolniejszą chwilę, coś wypiszę, ale nie obiecuję.

Nie przejmuj się, że zrobiło mi się przykro. Po prostu, spodziewałam się zabawy, a zabawy nie było. Cóż, tak bywa, że czasem coś nie spełnia naszych oczekiwań. Pozostaje wtedy nadzieja, że może następnym razem będzie lepiej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Maksymilianie, prosiłeś – masz.

Jednak nie oczekuj, że wypiszę wszystkie dostrzeżone błędy ortograficzne, składniowe, gramatyczne i inne, potem przeprowadzę analizę, by na koniec, w eleganckiej tabelce, podać ich procentowy udział w tekście.

Wypisałam to, co samo weszło mi przed oczy. Mam nadzieję, że będzie to dla Ciebie jakąś wskazówką i pomoże dostrzec błędy w innych zdaniach.

Dodam jeszcze, że opowiadanie nie zachwyciło mnie także dlatego, że postanowiłeś pośmiać się z czegoś, czego już nie ma. Nie ma, bo minęło, umarło. To tak, jakbyś kopał słabego, który w dodatku się przewrócił.

 

„…siedzi przed mapą świata około dziesięć osób”. – …przed mapą świata siedzi około dziesięciu osób.

Może istnieje sposób na dokładne policzenie dziesięciu osób? ;-)

Wolałabym: …przed mapą świata siedzi dziesięć osób.

 

„…zakwiczał inny facet, tym razem niziutki”. – Czy w innych okolicznościach zdarzało się, że facet który kwiczał, był wyższy? ;-)

Proponuję: …zakwiczał inny, niziutki facet.

 

„Ostatni raport naszego tajnego współpracownika, donosił o tym, że znaleźli…” – Wolałabym: Nasz tajny współpracownik, w ostatnim raporcie donosił, że znaleźli

To nie raport donosi, tylko agent w raporcie.

 

„W ogóle kontakt się z nimi urwał. Więc proponowałbym…”W ogóle kontakt się z nimi urwał, więc/ dlatego proponowałbym

 

„Dało się usłyszeć z głębin sali”. – Z jakich głębin, skoro wszyscy siedzieli przy stole.

Pomieszczenia, w tym sale, raczej nie mają głębokości. One mają, m.in., powierzchnię, wysokość, kubaturę…

 

„Grupa archeologiczna numer dwanaście jest przykrywką pod tajną jednostkę Uniwersytetu Śląskiego, która postawiła sobie za zadanie poszukiwanie bytów transcendentnych i immanentnych”.Grupa archeologiczna numer dwanaście jest przykrywką dla tajnej jednostki Uniwersytetu Śląskiego, która postawiła sobie zadanie poszukiwania bytów transcendentnych i immanentnych.

Czy coś, co ma być przykrywką, może być pod tym, co przykrywa? ;-)

 

„…że budynek zmieniał kształt i rozmiar, w zależności gdzie się w nim poszło”. – Wolałabym: …że budynek zmieniał kształt i rozmiar, w zależności od tego, gdzie się w nim było lub dokąd się poszło.

 

„Janusz Taranowski. (…) Ale najważniejsze jest to, że jest bratankiem Lawendy. Janusz będzie umiał przemówić wujkowi do rozsądku”. – Jeśli Janusz jest bratankiem profesora, profesor jest dla Janusza stryjem, nie wujem. Przy tym pokrewieństwie powinni nosić to samo nazwisko. Choć rozumiem, że Taranowski nie musi być prawdziwym nazwiskiem agenta.

W dalszym ciągu opowiadania, dwa albo trzy razy, piszesz o Januszu  Tarnowski.

 

„Sam hotel był niczym nie wyróżniającym się budynkiem, nad wejściem miał namalowaną wielką czerwoną, gwiazdę z nazwą wewnątrz figury geometrycznej”. – Czym była wielka czerwona, namalowana nad wejściem do hotelu? ;-)

Jak wygląda gwiazda, wewnątrz której jest nazwa figury geometrycznej? ;-)

Proponuję: Hotel był niczym niewyróżniającym się budynkiem. Nad wejściem, na tle wielkiej, czerwonej gwiazdy, namalowano jego nazwę.

 

„To jak wygląda sytuacja? – zapytał się ciemny blondyn…”To jak wygląda sytuacja? – zapytał ciemny blondyn

Blondyn nie pytał siebie, zaimek zwrotny jest tu zbędny.

 

„…to dlaczego nie mieli by poczekać jeszcze tych paru godzin”. – …to dlaczego nie mieliby poczekać jeszcze tych paru godzin.

 

„Większość z nich nosiła suknię lub tuniki osłaniające tylko dolną połowę ciała”. – Większość z nich nosiła jedną suknię? Jednocześnie?! ;-)

Pewnie to tylko literówka, ale zupełnie zmieniająca znaczenie tego, co napisałeś.

Jeśli ubiór osłania tylko dolną połowę ciała, nie jest ani suknią, ani tuniką.

Proponuję: Większość z nich nosiła szaty/ stroje/ ubrania osłaniające tylko dolną połowę ciała.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki za poświęconą uwagę i czas!

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka