- Opowiadanie: Klapaucjusz - Pożegnać się

Pożegnać się


 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pożegnać się

 

Mężczyzna oddychał z wysiłkiem – czuł się źle. Spływał potem, ale nie z gorąca. To lepka ciemność otaczała go ze wszystkich stron i potęgowała stres.  Gdyby ktoś spojrzał w jego zmęczone oczy, dostrzegłby głęboko w nich strach. Strach przed tym, czego nie udało się okiełznać człowiekowi, choć udomowił ziemię i, wraz z całym stworzeniem, przykuł do budy. Za długo mi zeszło. Za długo. Oby nie było za późno. Mimo że dobrze znał drogę, przesuwał się powoli. Ból w biodrze był trudny do zniesienia. Przy każdym kroku starzec słyszał, jak staw chrobocze, chrupie i chrzęści. Chrzanione zwyrodnienie. Kości ocierały się o siebie, powodując fale nieprzyjemnych ciarek. Na języku czuł słodki smak krwi – zaciskał zęby tak mocno, że przygryzł wargę.

 

Prawą dłoń kurczowo zaciskał na przenoszonym skarbie, lewą badał drogę. Trącił nią jakiś przedmiot, który spadł z hukiem. Oddech przyspieszył. Tu nic nie powinno być. Jan odruchowo odbił w prawo. To był błąd – wpadł na coś. Runął jak długi. Panika narastała. W jego wieku każdy upadek mógł się skończyć groźnymi złamaniami. Szamotał się w ciemności. Serce też biło coraz szybciej. Muszę wstać. Muszę iść. Ona potrzebuje tego lekarstwa. Nie mogę dać jej umrzeć. Jeszcze nie dziś. Oby wszystkie kości były całe. Uspokój się... Spokój!

 

Przełożył drogocenną zdobycz do lewej ręki, a prawą sprawdził przestrzeń dookoła siebie. To, na co wpadł, było drewniane, szorstkie, raczej nielakierowane. Chyba stołek. Podniósł się i zgięty ruszył w kierunku, w którym powinien trafić na ścianę. Kiedy dłoń dotknęła chłodnego betonu, odetchnął z ulgą. Ruszył dalej, palcami sunąc po chropowatej powierzchni muru. Poczuł, że mija zabite deskami okno bez szyby. Drzazgi z nieoszlifowanego drewna nieprzyjemnie drapały opuszki. W końcu dotarł do rogu pokoju i skręcił, cały czas poruszając się wzdłuż ściany. Po kilku kolejnych krokach, ręka trafiła na pustą przestrzeń – wejście do pokoju.

 

Adrenalina, którą przed chwilą poczuł, zaczynała opadać, więc koszmarny ból powrócił. Spacer po ruderze znowu stał się drogą przez mękę. Był już bardzo blisko, ale miał ochotę upaść na ziemię i wyć. Nawet nie próbował unosić nóg. Szurał nimi po zapiaszczonym betonie podłogi, w karykaturze chodu, niczym biegacz narciarski po śniegu. Raaaz, dwa. Raz, dwa. Wreszcie po ostatnim nadludzkim wysiłku prawa stopa natrafiła na sprężynowy materac. Wykończony Jan zwalił się na niego z jękiem.

– Bardzo cię przepraszam, nie sądziłem, że zajmie to tyle czasu. Ale udało mi się uzbierać też na jutrzejszą dawkę. Będę mógł pójść do urzędu po decyzję.

Pogłaskał leżącą na materacu kobietę po policzku. Widząc, że otworzyła oczy, delikatnie podparł jej głowę i wsadził do ust niewielką tabletkę. Wymacał w ciemności stojące nieopodal, blaszane naczynie i przystawił do warg żony.

– Połknij i popij.

– Dziękuję – wychrypiała i opadła na poduszkę zrobioną ze starego worka.

– Musisz jeszcze coś zjeść. – Tym razem sięgnął po bułkę. Przełamał ją z głośnym trzaskiem i rozmoczył pierwszy kawałek w wodzie. Kobieta zjadła kilka kęsów i zacisnęła usta, więc sam dokończył resztę czerstwej kajzerki. Wykończony żebraniem od świtu i stresującym, nocnym powrotem, zdjął tylko buty i w ubraniu wsunął się pod kołdrę.

Sen nadszedł bardzo szybko, ale w ostatnich chwilach świadomości mężczyzna zdążył jeszcze chwilę pomyśleć o następnym dniu, który miał przynieść bardzo ważną wiadomość

Od gimnazjum pokolenie Jana było przygotowywane na to, co nadeszło. Rozumiał starzenie się społeczeństwa. Wiedział, co to współczynnik dzietność i jaki jest potrzebny, żeby osiągnąć zastępowalność pokoleń. Jednak sam nie chciał skazywać nowego istnienia na ten rozregulowany świat, więc nie miał dzieci. Dlatego nie żądał, żeby zakwalifikowano go do grupy A, otrzymującej pełną emeryturę. Nie protestował, kiedy za niezapłacone należności odłączyli światło, ani później, kiedy odebrano im dom. Teraz też nie chciał wiele. Marzył tylko o jednym – ostatni raz móc w czystej pościeli, po ciepłym prysznicu, spojrzeć na jej twarz i się przytulić. I żeby dostała wystarczająco mocny lek przeciwbólowy, który jej też pozwoli poczuć się szczęśliwą. Tylko móc pożegnać się w ludzkich warunkach.

 

Nad ranem przebudziło go rwanie w nodze i chłód – nieprzyjemne, ciągnące od podłogi zimno. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po gołych, szarych ścianach niemal pustego pokoju. Nie znosił tego miejsca. Od pierwszego dnia obiecywał sobie, że nigdy, przenigdy nie nazwie go domem.

Wsunął dłoń pod kołdrę i dotknął ramienia żony. Takie zimne. Zdjął podarty, rozpinany sweter i dodatkowo okrył nim śpiącą. Później rozmasował szybkimi ruchami gęsią skórkę na rękach i wstał, z głośnym westchnieniem bólu. Nie rozczulaj się nad sobą, dziś wielki dzień. Trzeba iść, nie ma co zwlekać. Schylił się po stojącą koło legowiska menażkę i ruszył w stronę drzwi. W kuchni postawił leżący na środku podłogi stołek i wyszedł przed dom. Powietrze na zewnątrz było bardzo rześkie, rozbrzmiewało turkotem rzekotek i cykaniem świerszczy. Trawę, przez którą kuśtykał w stronę studni, obsiadały duże krople rosy. Zanim dotarł do studni, nogawki miał mokre aż po kostki.

Powoli kręcił korbą, wsłuchując się w skrzypienie mechanizmu. Woda, którą nalał do menażki, miała nieprzyjemny posmak wiadra. Mimo tego pił łapczywie, zbierając siły na długą podróż.

 

W ruderze pełne naczynie położył przy wezgłowiu żony i pocałował ją w czoło. Spod materaca wyjął stary, skórzany portfel i skierował swoje kroki do miasta.

 

Kiedy w końcu dotarł przed urząd, dochodziła już godzina dziesiąta – nowy system kontrolny komunikacji miejskiej skutecznie uniemożliwiał jazdę na gapę. Dokuśtykanie na miejsce zajęło mu pięć godzin.

 

Elewacja przeszklonego gmachu urzędu prezentowała się bardzo elegancko, mimo że mieścił się na peryferiach miasta. Siwy mężczyzna zawsze czuł dziwny, trudny do opisania niepokój, kiedy znajdował się w tym budynku. Jakby zupełnie do niego nie pasował i nie był w nim widziany. Niemą niechęcią emanowały nawet zimne tafle szklanych ścian, w których odbijał się zarys jego zgarbionej sylwetki.

 

Wziął numerek i usiadł w poczekalni, w długim rzędzie petentów. Większość stanowili tacy jak on, starzy oberwańcy, ale dostrzegł też kilkoro młodych ludzi, nerwowo spoglądających na zegarki i gniewnie stukających palcami o blaty stolików i ściany. Zapewne chcieli szybko wracać do pracy, nabijać kolejne godziny, zbliżające ich do kategorii A – pierwszeństwa w odbiorze świadczeń emerytalnych.

 

Kiedy wszedł do eleganckiego gabinetu, poczuł się jeszcze bardziej onieśmielony. Chociaż już dawano powinien się przyzwyczaić, dziurawe i brudne ubranie wciąż go zawstydzało.

– Dzień dobry, nazywam się… – zaczął, przestępując z nogi na nogę

Młoda, elegancka referentka spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem. Liczba stojących na biurku kubeczków po kawie wskazywała, że kobieta przyszła do pracy znacznie przed otwarciem urzędu dla interesantów.

– Tak, tak. Państwa wniosek musieliśmy niestety rozpatrzyć negatywnie – odpowiedziała szybko.

Poczuł jak uginają się pod nim nogi. Gdyby nie drzwi, o które oparł się plecami, przysiadłby na podłodze.

– Ale dlaczego?

Spojrzała smutno i cierpliwie zaczęła tłumaczyć.

– Są państwo bardzo biedni. – Mówiła głośno i powoli, jakby wydawało jej się, że skoro nie rozumie, to chyba musi mieć jakiś deficyt intelektualny. – Nie można w takim wypadku refundować eutanazji. Mogłoby to rodzić podejrzenia, że w naszym kraju usuwa się ubogich i starych obywateli, żeby pozbyć się problemu. Nikt nie chce takich podejrzeń i idących za nimi sankcji międzynarodowych.

– Bez specjalistycznego leczenia mojej żonie zostały ostatnie dni. Wszystkie spędzone na śmierdzącym materacu w pustostanie. W cierpieniu. Już od dwóch tygodni nie jest w stanie podnieść się z łóżka. Mój staw też każdego dnia może ze mnie uczynić kalekę. To byłby akt miłosierdzia. Chętnie podpiszę jakieś oświadczenie, że takie było nasze życzenie. Nie byłem człowiekiem sukcesu, ale pięćdziesiąt pięć lat ciężko pracowałem. Chociaż tyle chyba mi się należy. Czy gdybyśmy byli bogaci, nasza sytuacja uzasadniałaby przyznanie miejsca w ośrodku?

– Bardzo możliwe. Naprawdę mi przykro. Nie mam na to wpływu. – Uciekła wzrokiem. – Do widzenia.

– To absurd! Jestem zbyt biedny nie tylko na życie, ale nawet na humanitarną śmierć. – Stracił panowanie nad sobą. Krzyczał tak, że opluł sobie brodę. – Coś pani doradzę. Widzę, że jest pani przemęczona. Pewnie stara się pani o kategorię A, prawda? Lepiej niech pani pracuje tylko tyle ile potrzeba, żeby żyć tu i teraz. Po siedemdziesiątce i tak lepiej po prostu palnąć sobie w łeb.

– Wydaje się panu, że tylko panu jest ciężko? Pracować tylko tyle, ile trzeba, żeby żyć tu i teraz. Wspaniała rada. – Kobieta zaśmiała się nerwowo, ale wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Mięśnie twarzy drgały jej niekontrolowanie. – Właśnie tym się zajmuję, po kilkanaście godzin dziennie. Harujemy jak woły, żeby utrzymać miliony starców…

Dalej nie słuchał. Wychodząc, trzasnął drzwiami.

 

Szedł przed siebie. W zasadzie to nogi same go niosły. Po spękanej skórze policzków ciekły łzy. Bez udziału świadomości zawędrował w swoje stałe miejsce, przed sklepem spożywczym, tuż koło apteki. Tutaj zwykle zbierał na leki podtrzymujące życie żony. Usiadł, żeby odpocząć, zanim ruszy do domu. Obok niego młoda matka zatrzymała wózek. Czarny pojazd był dostosowany do potrzeb rodziców-biegaczy – siedzisko osadzono na trzech naprawdę dużych kołach. Kobieta z kieszonki wyjęła portfel, podniosła dziecko i ruszyła na zakupy.

Nic mi się nie należy. No trudno. Będę więc zmuszony wziąć coś, co mi się nie należy.

Najszybciej jak umiał podszedł do wózka i popchnął go przed sobą wzdłuż odrapanej ściany budynku. Na rogu skręcił w prawo, później od razu jeszcze raz. I w lewo. I znowu w prawo. Dopiero po kilku minutach kluczenia poczuł pewność, że ewentualna pogoń go nie znajdzie. Zwolnił i spokojnie skierował się w stronę domu. W myślach planował następne kroki. Powinienem był to zrobić na samym początku, kiedy jeszcze miała więcej sił.

 

Późnym popołudniem wjechał wózkiem na zarośnięte podwórze. Ktoś zaczął budować domek jednorodzinny, ale nigdy nie skończył. Budynek stał w stanie surowym – betonowy kloc przykryty dachówką. Przepchnął pojazd przez próg.

 

Czekała. Leżała nieruchomo na boku i tylko jej źrenice śledziły go, kiedy nieporadnie pchał wózek.

 – Kochanie, pozwolisz, że zabiorę cię na spacer? – zagaił żartobliwie. – Udało się nam!

Uklęknął i podniósł jej spracowaną, szorstką dłoń do swojego policzka. Drobna postać zagrzebana w pościeli była zupełnie bezbronna. Nawet gdyby chciała zaprotestować, nie miałaby najmniejszych szans go powstrzymać. Ale nie próbowała. Uśmiechnęła się za to delikatnie – ktoś obcy mógłby nawet tego nie zauważyć. Tylko ciepły błysk i lekki ruch zmarszczek w kącikach oczu. Odwzajemnił uśmiech. Jedną rękę wsunął pod jej kolana, drugą pod szyję i najdelikatniej jak umiał podniósł. Była wysuszona, leciutka, ale on też nie był już tym samym, silnym mężczyzną, co kiedyś.

Stracił równowagę i oboje upadli na materac.

– War…ia…cie. – Jej klatka piersiowa zafalowała w bezdźwięcznym chichocie.

Dopiero przy drugiej próbie dał radę posadzić kochaną figurkę na wózku. W koszyku pod siedzeniem schował najcenniejszą część dobytku i butelkę wody, do napełniania przy studni.

– No to ruszamy. – Miał nadzieję, że wesołość w jego głosie nie brzmiała bardzo sztucznie.

 

Mocno obciążony wózek bardzo trudno było pchać po miękkiej ziemi. Jan zziajał się, zanim jeszcze doszli do płotu, stojącego wśród wysokich do pasa pokrzyw. Nie zamykali bramy i nie oglądali się. Nie będą tęsknić za tym miejscem. Powoli posuwali się piaszczystą drogą w stronę rzeki.

Promienie wieczornego słońca odbijały się od łąki różnymi odcieniami różu. Wśród trawy i kwiatów z bzykiem harcowały owady. W młodości w takie parne letnie wieczory leżeli razem w trawie, całując się, wśród chichotów. Miło było znowu razem ruszyć na spacer.

 

Dotarli na drewniany pomost zaczynający się wśród trzcin. Opływająca go bura woda była zaskakująco wartka jak na szerokość rzeki. Obydwa brzegi dzieliło nie więcej niż piętnaście metrów. Na dole kołysała się na falach niewielka drewniana łódka, którą na nocne pikniki wyprawiała się czasem okoliczna młodzież. Jan podjechał wózkiem na samą krawędź platformy i zsunął się do łódki. Pierwsze mocniejsze szarpnięcie o mało nie strąciło go do wody, ale złapał kurczowo śliską nogę pomostu i trzymał się tak dłuższą chwilę, dopóki nie przywykł do falowania. Na dno łódki upuścił kołdrę, po czym ułożył na niej swoją małżonkę. Końce materiału zawinął jak becik, okrywając jej nogi. Na pokład przeniósł też resztę dobytku.

– Pamiętasz jak trochę przed ostatnim atakiem powiedziałaś, że chciałabyś jeszcze zobaczyć morze? – zapytał, odczepiając cumę. – Tak daleko się nie uda, ale przepłyniemy się kawałek. Wieczór jest taki piękny.

Pokiwała lekko głową.

Oczy miała zamknięte, ale tym razem uśmiech był wyraźny. Delikatnie wyciągnęła twarz w stronę zachodzącego słońca.

 

Łódka płynęła, niesiona przez nurt, a zatopiony w myślach mężczyzna wiosłami korygował tor, żeby uniknąć wyrzucenia na brzeg, przy którymś meandrze.

W młodości często  dyskutowali, kto ma gorzej: osoba, która pierwsza umiera czy ta, która zostaje sama i tęskni. Teraz czekał, aż jego towarzyszka zaśnie, żeby w końcu mieć to już za sobą.

Kiedy usłyszał chrapanie, sięgnął do portfela. Wyjął z niego malutką strzykawkę, napełnioną żółtym płynem. Kupił ją dosyć dawno, przeczuwając, że podobny dzień może kiedyś nadejść. Połowę zawartości wtłoczył w żyłę na przedramieniu żony.

Jak zawsze nie miał wątpliwości – gorzej ma ta druga osoba. Ale nie miał zamiaru długo znosić tęsknoty. Nakłuł też siebie i docisnął tłoczek.

Koniec

Komentarze

Tekst jest całkiem zgrabny, jeżeli chodzi o wykonanie. Trochę niezby przemawia do mnie pogoń za emeryturą, musialbys wskazać, czemu działa taki system, który jest nazbyt opresyjny. Co do relacji między bohaterami _ trochę za ubogo. Polecał film pt. Miłość– Hanekego.

I po co to było?

Wizję przyszłości mam za przerysowaną, zbyt prostą w przyczynach i skutkach, ale przyjmuję ją jako zabieg autorski, uzasadniający przedstawione wydarzenia. Same natomiast wydarzenia dobrze wpisują się, moim zdaniem, w taką wizję.

Równie poruszająca jak bezimienny główny bohater jest urzędniczka, kat i ofiara w jednej osobie.

Zaletą tekstu jest też jego konstrukcja; minimalistyczne opisy, żadnych rozwlekłych rozmyślań i refleksji głównej postaci – swoiście beznamiętna relacja porusza nawet silniej, niż krzykliwe albo łzawe lamenty nad losami ludzi i przyczynami takiej dehumanizacji świata.

Syfie, chciałem uniknąć zbytniego rozwodzenia się nad relacją bohaterów, z powodu wspomnianego przez Adama. Opisanie ich i nie stworzenia łzawej atmosfery byłoby zbyt trudne jak na moje umiejętności. I tak obawiałem się, że przekroczę granicę, za którą znajduje się przesadny patos. Ale dzięki za wskazanie, że ta ubogość trochę przeszkadzała. W ramach ćwiczenia spróbuję sobie w brudnopisie rozszerzyć opowiadanie o tę sferę, w sposób, który jednocześnie go nie rozwali.

 

Adamie, bardzo mi miło, że te elementy wymieniłeś jako zalety, bo na nich mi najbardziej zależało. Z założenia tekst miał być wprawką techniczną. Chyba mogę przyjąć, że w miarę udaną, skoro obyło się bez miażdżącej krytyki ;)

Przeczytałem z zainteresowaniem. Dość ponura wizja przyszłości z nadmiarem starych ludzi i ich beznadziejną sytuacją.

Z technicznych potknięć zauważam – bohater w ciemności wie, że tabletka jest żółta. Były też inne drobne mankamenty w tekście. W sumie opowiadanie do przeczytania, chociaż nie kupuję sytuacji, że stary człowiek potrafił przenieść żonę do chybotliwej łódki. Tekst jest bardzo ascetyczny w formie i dlatego może być aż tak krótki. Fantastyka utworu polega na umiejscowieniu go w niezbyt dalekiej i ponurej przyszłości.

Reasumując:

Tekst w miarę udany, chociaż z usterkami. Pozdrawiam.

Ryszardzie, co do tabletki, założyłem, że jeśli bohater podtrzymuje nią życie żony, to dobrze ją zna. Trochę jak z rutinoscorbinem – każdy wie, że jest żółty – lub nawet bardziej na zasadzie viagry, znanej równie dobrze jako niebieska tabletka. Jeśli jednak pojawia się tu u czytających zgrzyt, już poprawiam.

W przypadku łódki, fabuła mocno opiera się o ten element i obawiam się, że niewiele jestem w stanie zrobić. Spróbuję oczywiście pogłówkować.

 

Śledziłem poprzednią stronę i wiem, że jesteś wymagającym czytelnikiem, który nie daje sobie wciskać byle czego. Twoja ocena sprawiła mi więc przyjemność i jest dobrą motywacją do napisania następnego tekstu, oby z mniejszą liczbą usterek.

Dziękuje za cenny komentarz. Pozdrawiam.

Na języku  czuł słodki smak krwi – zaciskał zęby tak mocno, że przygryzł wargę. – Drobna uwaga, jeśli popłynęła krew, to dlatego, że tak mocno przygryzał wargę, bo jeśli po prostu zaciskał zęby, to raczej nic nie przygryzał. 

Bardzo mi się podobało. Szczególnie, że pisałeś z wyczuciem, nie ma użalania się nad bohaterami, ot jest jak jest, i trzeba sobie radzić. Po takich opowiadaniach najwięcej pozostaje w głowie. 

Bardzo mi się podobało. Nostalgiczne, ciepłe i bez nadmiernego patosu.

Co do drobnych usterek – zapisz proszę te 15 metrów słownie.

Scena przeniesienia żony do łódki – niewykonalne chyba nawet dla młodej, wysportowanej osoby. Może, przy odrobinie szczęścia, udałoby się staruszkowi opuścić żonę z pomostu do łódki, ale tak jak zostało opisane – raczej nie.

Myślę, że przy takim systemie ludzie nie tyraliby na emeryturę, tylko stracili wiarę w państwo i celowość wypracowywania świadczeń. Choć kto wie…

Ale koniec końców – naprawdę niezłe opowiadanie.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mnie się również podobało, ale jednak – według mnie trochę zbyt pobieżnie przedstawiłeś relacje między bohaterami. Minimalizm jest w porządku, ale poprzez minimalizm da się również pokazać intensywność. Intensywność niekoniecznie oznacza patos. 

Ale i tak się wzruszyłam.

Prokris, AlexFagus, Ocho,

dziękuję za komentarze, bardzo się ucieszyłem, że ktoś jeszcze przeczytał. Ten tekst jest dla mnie ważny, ponieważ mam poczucie, że w trakcie pisania udało mi się odrobinkę dojrzeć warsztatowo. Pierwotnie miał mieć dokładnie taki charakter, jakiego brak doceniacie w obecnej wersji. Przez moment koncepcja zakładała agresywną prowokację. To bardzo miła świadomość, że ostatecznie udało mi się osiągnąć sposób opowiedzenia tej historii, który kogoś wzruszył.

 

Wskazane usterki zaraz poprawię. Jeśli chodzi o relacje między bohaterami, to faktycznie żałuję, że tak mało zostało na ich temat powiedziane. Myślę, że był to z mojej strony wyraz lekkiego tchórzostwa, bo to trudna sfera ;). Spróbuję lepiej sobie pod tym względem poradzić w następnym opowiadaniu.

 

Co do buntu, myślę, że jest bardzo prawdopodobnym rozwiązaniem, ale nie jedynym. Ludzie mają skłonność do optymistycznego patrzenia w przyszłość i przeceniania swoich perspektyw. To zdrowy mechanizm adaptacyjny. Dopóki będą młodzi, będą wierzyli, że wszystko się ułoży. Kiedy okaże się, że się pomylili, być może będą już moimi bohaterami.

 

“Mię trochę” relacji między głównym bohaterem a jego żoną brakuje, ale tekst i ponury i melancholijny zarazem. Najciekawiej błysnęła urzędniczka – w potrzasku między własnym przetrwaniem, haraczem na stare społeczeństwo a okrutną rolą odmawiania petentom w podeszłym wieku nawet w wypadkach wynikających z pragnienia zachowania chociaż szczątkowej godności.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za komentarz. No niestety, widać jak na dłoni, że brak relacji mocno przeszkadzał, bo zgłasza go większość czytelników. Na pewno będę pamiętał tę cenną wskazówkę przy następnych opowiadaniach.

 

Dzięki też za wszystkie nominacje do biblioteki!

Tekst fajny, jego oszczędność może być zaletą, mi brak opisu uczuć nie przeszkadzał, uniknąłeś infantylizmu dzięki temu.

Wizja przyszłości do mnie jednak nie przemawia w żadnym aspekcie, w moim odczuciu nie jest ani w jednym procencie prawdopodobna.

Zabrakło mi zaplecza fantastycznego, bo bez niego to tylko opowiadanie o miłości, jakich wiele niestety, niezbyt odkrywcze i chyba nie aż tak poruszające, jakbym chciała. 

 

Oczywiście powodzenia w dalszym pisaniu, mam nadzieję że jeszcze jakieś Twoje ciekawe teksty poczytam:) 

Dzięki za wizytę. O kwestii poruszania chyba nie ma co gadać, bo mało co jest równie subiektywne i osobiste jak wzruszenia.

Co do wizji – nie chcę twierdzić, że jest ona bliska pewnikowi, ale na przykład w Polsce w chwili obecnej naprawdę za mało się robi, żeby tak nie było. Globalna północ się starzeje, a mało jest tak niskich przyrostów naturalnych jak u nas. Z pustego nawet Salomon nie naleje – kiedy społeczeństwo będzie stare, to nawet największa mądrość i wyśrubowane standardy moralne nic nie zmienią – podobne sytuacje będą nieuniknione. Moment na odejście od tego scenariusza jest teraz. Uważasz, że robimy te nieśmiałe kroki, odchylające nas od błędnego kursu?

Moja wizja przyszłości jest bardziej pesymistyczna – nikt nie będzie miał emerytur. Ale! Jakby mi dali wybór – płać ZUS lub nie, a dostaniesz albo nie dostaniesz, to bym się bardzo cieszyła… może faktycznie hiperbolizacja tego wyboru mogłaby tak wyglądać, jak opisałeś, troszkę za ostro to oceniłam. Pamiętaj tylko proszę, że nie neguję, że starsze osoby faktycznie mogą mieć podobne sytuacje w przyszłości i nawet teraz, bardziej chodziło mi o to, że jak już system emerytalny padnie, to z hukiem i bez półśrodków. 

Zaiste, bardzo ponura wizja. Cholera, może i prawdopodobna.

Mnie tam rozpisywania się na temat uczuć głównych bohaterów nie brakowało. Ale fakt, że drugoplanowa urzędniczka na ich tle robi spore wrażenie.

Babska logika rządzi!

Wyjął z niego malutką strzykawkę, napełnioną żółtym płynem. Kupił ją dosyć dawno,

Nie rozumiem zatem dlaczego nie użył jej wcześniej? Tak mi się miło czytało a tu taki zgrzyt! 

Może niech ukradnie tę strzykawkę czy coś?

Hmm... Dlaczego?

Rany, jak to miło, kiedy ktosie odkopią stary tekst.

Rzecz była chyba zbyt słabo zarysowana, ale liczyłem, że będzie zauważalna w połączeniu z tytułem.

Teraz też nie chciał wiele. Marzył tylko o jednym – ostatni raz móc w czystej pościeli, po ciepłym prysznicu, spojrzeć na jej twarz i się przytulić. I żeby dostała wystarczająco mocny lek przeciwbólowy, który jej też pozwoli poczuć się szczęśliwą. Tylko móc pożegnać się w ludzkich warunkach.

Skorzystanie z “usługi” w takiej formie miało, w przeciwieństwie do osatatecznie obranej drogi, jawić się jako sposób na śmierć z godnością. W tym kontekściie rola urzędniczki, a raczej tego, co za nią stoi, miała być pierwszoplanowa. Eutanazja dopuszczalna, ale nie dla biednych, bo to by wyglądało niedobrze.

 

– Są państwo bardzo biedni. – Mówiła głośno i powoli, jakby wydawało jej się, że skoro nie rozumie, to chyba musi mieć jakiś deficyt intelektualny. – Nie można w takim wypadku refundować eutanazji. Mogłoby to rodzić podejrzenia, że w naszym kraju usuwa się ubogich i starych obywateli, żeby pozbyć się problemu. Nikt nie chce takich podejrzeń i idących za nimi sankcji międzynarodowych.

Posiłkuję się cytatami, żeby się nie rozpisywać, ale mam świadomość, że to znaczy, że te fragmenty musiały zostać zbyt mało wyeksponowane.

 

 

Aha! To prysznic i czysta pościel są częścią “usługi”! Myślałam, że on sobie po prostu o tym marzy (bo, w sumie, na jego miejscu też bym o takich luksusach marzyła).

No, to teraz rozumiem. Dzięki!

 

Tekst zdecydowanie… wartościowy (nie chcę tu użyć słów “dobry” czy “fajny”, bo wydaje mi się, że opowiadanie jest zbyt straszne, aby być “fajnym”). Obawiam się jednak, że fantastyki czy science fiction nie jest tu zbut wiele. Świat, który opisujesz, jest bowiem całkiem prawdopodobną przyszłością…

Hmm... Dlaczego?

Ah, w tym problem. Faktycznie, ktoś raz już nie mógł złapać, dlaczego strzykawka nie została użyta odrazu. Dopiero teraz widzę, w czym problem. Bardzo dziękuję za użyteczny i miły  komentarz!

No cóż, Klapaucjuszu, choć Pożegnać się, nie jest najlepszą lekturą na dobranoc i zrobiło mi się smutno po przeczytaniu, cieszę się, że trafiłam na to opowiadanie.

 

Licz­ba sto­ją­cych na biur­ko ku­becz­ków… – Literówka.

 

po­pchnął go przed sobą wzdłuż odra­pa­nej ścia­ny bu­dyn­ku. Na rogu bu­dyn­ku skrę­cił w prawo… – Powtórzenie.

 

Łódka pły­nę­ła pcha­na przez nurt… – Raczej: Łódka pły­nę­ła, niesiona przez nurt

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się wydaje, że na dobranoc to najlepiej, bo pośpiech nie sprzyja czytaniu tekstów, które nie są czystymi przygodówkami. Bardzo cię cieszę, że się cieszysz, czemu za sekundę dam upust, wprowadzając poprawki ;).

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pamiętam ten tekst, teraz również przeczytałam go z przyjemnością.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka