- Opowiadanie: bzugaj - MARY CELESTE

MARY CELESTE

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

MARY CELESTE

 

„Zawsze zdarza się to, czego człowiek nie oczekuje.”

 

– Joseph Conrad

 

 

Ocean Atlantycki, rejon Azorów, 2 mile na północny zachód od wyspy Corvo,

30 listopada 1872 roku.

 

– Ostrożnie, ostrożnie! – Kapitan studził zapał załogi, kiedy mała łódź wielorybnicza powoli zbliżała się do rozkołysanej na falach szalupy. Burta uderzyła o burtę i kilkanaście głów wychyliło się zza relingu, żeby zobaczyć dar, jakim morze obrodziło w ostatni dzień rejsu, tuż przed powrotem do domu.

– Odsunąć się natychmiast! Banda dzieciaków. Co powiedziałem?!

Kapitan ryknął na podwładnych i podrapał się nerwowo po szyi.

– Martin, ty schodzisz. – zarządził i spojrzał w dół na tajemniczą łódź.

Młodszy marynarz kiwnął sztywno głową i drewniana drabinka zagrzechotała o czarną burtę jednostki wielorybniczej. Martin postawił stopy na obcej szalupie i złapał równowagę. Jej mały maszt był złamany na wysokości kolan i wraz z gaflem przykrywał dużą część pokładu.

Chłopak złapał za krawędź żagla i odrzucił go szybkim, energicznym ruchem.

– Chryste…  – wyszeptał, odskakując i instynktownie robiąc znak krzyża.

Wśród załogi rozeszły się niespokojne pomruki.

Kapitan przepchnął się pomiędzy gapiami i oparł twarde, spracowane dłonie o reling.

– Chrystus nie ma tu nic do rzeczy – powiedział – i na tej łodzi na pewno go nie było…

 

***

 

FRAGMENTY OSOBISTEGO DZIENNIKA ALBERTA C. RICHARDSONA, PIERWSZEGO OFICERA NA BRYGANTYNIE „MARY CELESTE”

 

6 listopada 1872 roku

 

Wczorajszego ranka minęliśmy główki portu w Nowym Jorku i kierujemy się do Genui z ładunkiem 1701 beczek spirytusu.

Nasza załoga jest nieliczna (osiem osób), ale dobrze wyszkolona. Kapitan Benjamin Briggs to doświadczony i wzbudzający zaufanie żeglarz. Razem z nim płynie też jego żona i dwuletnia córeczka, co wbrew pozorom dobrze działa na ludzi. Wiedzą, że kapitan unikał będzie ryzyka, musząc zważać nie tylko na bezpieczeństwo swoje i załogi, ale także dwóch kobiet swojego życia. Tylko najstarszy marynarz Arian Martens uważa, że kobieta na pokładzie przynosi pecha i co jakiś czas, widząc panią Sarę (żona kapitana) spluwa przez ramię tak, żeby nikt nie dostrzegł. Zapisuję to z niejakim rozbawieniem, jednak nie zamierzam karcić go za te zabobonne rytuały rodem ze średniowiecza. Nastroje są dobre, pogoda wspaniała. Wiatr niezmiennie wieje z południowego zachodu i łagodnym baksztagiem pokonujemy Atlantyk w dobrym tempie ośmiu węzłów.

 

9 listopada 1872 roku

 

Dobra pogoda utrzymuje się. Choć słońce od dwóch dni nie pokazało się z za chmur, temperatura jest dość wysoka, jak na listopad i nie ma opadów. Wiatr wzmógł się do tego stopnia, że wczoraj koło południa zerwał się nam grotbramsztaksel. Szybko naprawiliśmy uszkodzenia, ale niepokój, jaki ogarnął mnie po tym zdarzeniu nie opuszcza mnie do teraz. Mam wrażenie, że coś dziwnego dzieje się z kapitanem. W Nowym Jorku dał się poznać, jako otwarta i towarzyska osoba, teraz zaś widać, że ogarnia go dziwna melancholia. Czasem stoi na dziobie i spogląda nieobecnym wzrokiem przed siebie, nie reagując na próby nawiązania konwersacji z mojej strony. Jakby coś dręczyło go wewnętrznie. Pani Sara także wygląda na zaniepokojoną. Być może powinienem z nim porozmawiać, przy którymś ze wspólnych obiadów.

 

13 listopada 1872 roku

 

Okazuje się, że irracjonalny niepokój, który odczuwałem od kilku dni miał jednak swoje tragiczne uzasadnienie. Zeszłej nocy zaginął marynarz, Gottlieb Gondeschall. Nie wrócił z wieczornej wachty do kajuty. Nad ranem zgłosił mi to drugi oficer, pan Gilling. Przeszukano cały statek, ale Gottlieba nie znaleziono. Obawiam się, że wracając z wachty, wypadł zaspany za burtę. Dlaczego jednak zmieniający go marynarz nic nie usłyszał? Załoga jest przygnębiona i choć nie znaleziono ciała, chcemy odprawić krótką wspólną modlitwę za duszę tego nieostrożnego biedaka.

 

14 listopada 1872 roku

 

Dziś, po kilku dniach wymarzonych warunków żeglugowych, wiatr niespodziewanie ustał. Tafla oceanu jest niemal zupełnie gładka. Cisza wręcz nienaturalna. Nie ukrywam, że taka nagła flauta nieco nas zaskoczyła. W modlitwie pożegnalnej dla Gondeschalla udział brała cała załoga, a także pani Sara i jej mała córeczka. Choć szczerze mówiąc, nie był to chyba najszczęśliwszy pomysł. Żona kapitana jest blada i morska podróż najwyraźniej jej nie służy. Część załogi nalegała, żeby wrzucić do morza wszystkie rzeczy osobiste zaginionego, ale wspólnie z kapitanem zdecydowaliśmy przesłać je rodzinie Gondenschalla zaraz po dopłynięciu do portu przeznaczenia. Niech chociaż taką pamiątkę mają po tym nieszczęsnym chłopaku.

 

16 listopada 1872 roku

 

Dziwna cisza na morzu trwa. Załoga robi się coraz bardziej niespokojna. Chociaż pokonaliśmy ponad 1300 mil morskich w 8 dni, przez ostatnie 48 godzin nie posunęliśmy się prawnie wcale.

Cisza otaczająca „Mary Celeste” jest złowroga i wpija się w umysł niczym ostrze szpady. Kapitan Briggs nie pojawia się na mostku, zrzucając kierowanie jednostką na barki moje i pana Gillinga. Siedzi zamknięty w swojej kajucie i tym bardziej potęguje strach wśród marynarzy. Coś się dzieje… Coś niewytłumaczalnego i groźnego zarazem.

Nie ja jeden mam wrażenie, że to cisza przed burzą.

 

***

 

16 listopada 1872 roku, godzina 21.17

 

– Panie pierwszy oficerze! Panie Richardson! – głos zadudnił równocześnie z pięścią uderzającą w drzwi kajuty.

Albert odłożył przybory do pisania. Pukanie rozległo się ponownie, tym razem bardziej natarczywe.

– Moment, na Boga! – Pierwszy oficer szybkim ruchem narzucił kurtkę na ramiona i przeczesał palcami włosy.

Zanim pięść uderzyła raz jeszcze, drzwi otworzyły się.

– Lorenson! Co się dzieje?!

– Panie pierwszy oficerze, kapitan na dziobie – wyszeptał wystraszony marynarz.

– Co?

– Kapitan stoi na dziobie. Z córą w ręku. Wołałem do niego kilka razy, ale ani spojrzał. A słyszeć słyszał. Musowo, bo stałem prawie jak do pana teraz.

– Prowadź, prędko!

Richardson poczuł jak jego serce wybija coraz szybszy rytm, a krew uderza do głowy. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale poczuł strach, jakiego nigdy jeszcze nie doświadczył na morzu.

Szybkim krokiem wybiegli na pokład i ruszyli w kierunku dziobu. Mdławe latarenki oświetlały gęsty mrok morskiego nieba, kiedy próbowali dostrzec znajomą sylwetkę. Stanęli w końcu nad forpikiem, ale kapitana nie było. Tylko wszechobecna cisza.

– Stał tutaj, nie kłamię. Stał tutaj jak i my! – próbował tłumaczyć się Lorenson.

– Cisza! – Oficer uniósł rękę w geście nakazującym milczenie.

Młody marynarz spojrzał na dowódcę ze zdziwieniem. Po raz pierwszy od trzech dni poczuli na skórze podmuch wilgotnego, słonego wiatru. Bukszpryt „Mary Celeste” zakołysał nad czarną niczym smoła taflą i Richardson przysiągłby, że słyszy niewyraźny głos. Z początku nie ufał swoim zmysłom, ale po chwili pozbył się wątpliwości i pomimo mroźnego wiatru, zimna strużka potu spłynęła mu po plecach. Ocean szemrał…

 

***

 

FRAGMENTY OSOBISTEGO DZIENNIKA ALBERTA C. RICHARDSONA, PIERWSZEGO OFICERA NA BRYGANTYNIE „MARY CELESTE”

 

17 listopada 1872 roku

 

Od wczoraj wiatr znowu wiał z dużą siłą, ale po południu, wzmógł się na tyle, że spodziewać można się potężnego sztormu. Ciemne chmury zakryły niebo i wszystko sprawia bardzo przygnębiające wrażenie. Poleciłem zrefować część żagli, a także zwinąć grota i pozbyć się sztaksli. Płynąc jedynie na żaglach rejowych i kliwrach i tak osiągamy znaczną prędkość pięciu węzłów. Decyzję musiałem podjąć sam. Kapitan Briggs nie opuścił dziś kajuty, wymawiając się złym samopoczuciem. Nie widzieliśmy też na pokładzie jego rodziny. Kilka godzin temu zaczął siąpić drobny deszcz skutecznie uprzykrzając życie marynarzom. Czuję jak powoli ogarnia mnie paranoja. W każdym zjawisku zaczynam dostrzegać nienaturalne przyczyny i nieznaną grozę. Załoga też to widzi, nie wpływa to dobrze na jej morale. Jeśli samopoczucie Kapitana nie polepszy się i dalej nie będzie z nim kontaktu, staniemy w Ponta Delgada na Azorach i zastanowię się co robić dalej.

 

18 listopada 1872 roku

 

Jedynie poczucie obowiązku i chęć uporządkowania myśli skłoniła mnie do zanotowania dzisiejszych wydarzeń. Wciąż płyniemy na niepełnych żaglach, wiatr i fale robią się coraz silniejsze. Do tego leje jak z cebra. Deszcz jest tak gęsty, że stojąc na fordeku ledwie można dostrzec rufę. Tym sposobem znowu nikt nie rozpoznał grozy, która nadeszła. Zmieniliśmy wiatr na pełny i wydawałem właśnie polecenia marynarzom, dotyczące wybrania bomkliwra na obu szotach, aby spróbować stłumić nasz rozkołys, kiedy pomimo hałasu rozszalałej toni i wiatru, do naszych uszu dotarł przeraźliwy wrzask dochodzący z tylnej części pokładu. Krzyczał Boy Lorenson, chłopak, który był u mnie poprzedniego wieczora. Kiedy do niego dobiegliśmy był roztrzęsiony. Mówił coś o jakiejś sylwetce w ciemnym płaszczu, która wypchnęła jego brata (Volkerta) za burtę. W oczach igrały mu iskierki szaleństwa. Gdy dotarł do miejsca, w którym ją widział, ta jakby rozpłynęła się w powietrzu. Oczywistym dla nas było, że musiał to być ktoś z załogi, jednak Lorenson nie rozpoznał twarzy, ukrytej za wysokim kołnierzem, w gęstych strugach deszczu. Nie był to jednak koniec dramatu. Młody marynarz zawył przeraźliwie i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się w obłędzie by ratować brata. Przy sile wiatru osiągającej już chyba 7 stopni w skali Beauforta, szybko zniknął nam z oczu. Staliśmy jak zaklęci dłuższą chwilę i po stokroć mógłbym przysiąc, że wśród trzasku fal i takielunku usłyszałem jak ocean szepce.

Kiedy tylko otrząsnąłem się z tragedii, ruszyłem do kapitańskiej kajuty. To co tam zastałem wstrząsnęło mną nie mniej, niż strata dwóch członków załogi.

Benjamin Briggs otworzył mi z ociąganiem. Był kompletnie nieświadomy tego, co dzieje się na pokładzie. Jego wygląd poruszył mnie dogłębnie. Policzki zapadły się, a cera stała się niezdrowa i ziemista. Oczy były szkliste, jakby nieobecne. Włosy zmierzwione. Co się stało z tym dumnym niegdyś i eleganckim człowiekiem?!

 

***

 

18 listopada 1872 roku, godzina 18.52

 

– Kapitanie, dwóch załogantów za burtą! Bracia Lorenson.

Briggs pokiwał głową i spojrzał zamglonym wzrokiem gdzieś za plecy Richardsona.

– Kapitanie Briggs… Benjaminie. Musimy porozmawiać. W tym stanie nie jest pan zdolny dowodzić jednostką.

Albert bezczelnie wszedł do kajuty, nie czekając na pozwolenie. We wnętrzu panowała niezdrowa duchota i smród. Jakby stęchlizny.

– Nie teraz, Richardson… – Kapitan oparł się o komodę. – Nie wychodziłem z kajuty. Wyjdź proszę… zrób co trzeba.

– Zbliża się sztorm, a ja mam cztery osoby zdolne do pracy.

– Poradzisz sobie jak zawsze. Jesteś dobrym oficerem.

Richardson podszedł do kapitana i mocno szarpnął za ramię.

– Do diabła, Briggs! W Genui złożę na ciebie raport!

Oczy jego dowódcy zapłonęły na moment dziwnym blaskiem.

– Diabła… Tak, być może…

Pierwszy oficer spojrzał przez wejście na drzwi do przeciwległej kajuty.

– Ostrzegę panią Sarę – powiedział.

Briggs oprzytomniał na moment i ścisnął Alberta za łokieć.

– Ona jest chora. Potrzebuje spokoju.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Briggs miał w sobie teraz coś nieobliczalnego. Coś, co spowodowało, że Richardson zrezygnował ze swojego pomysłu. Obrzucił kapitana pogardliwym spojrzeniem i wyszedł na górny pokład. Odetchnął świeżym, deszczowym powietrzem i dopiero teraz uzmysłowił sobie, jaki obraz uchwycił kątem oka w kapitańskiej kajucie.

Pod zawieszonym na haku ubraniem Briggsa widniała mała kałuża wody. Płaszcz był mokry…

Po plecach oficera przeszedł dreszcz.

Sztorm się wzmagał.

 

***

 

FRAGMENTY OSOBISTEGO DZIENNIKA ALBERTA C. RICHARDSONA, PIERWSZEGO OFICERA NA BRYGANTYNIE „MARY CELESTE”

 

21 listopada 1872 roku

 

Wracam do dziennika po trzech dniach, aby opisać to, co się dziś wydarzyło. Wicher uspokoił się owego pamiętnego dnia, po tym jak osiągnął swoje apogeum jakąś godzinę po opuszczeniu przeze mnie kapitańskiej kajuty. Dzięki Bogu, szkody nie były zbyt liczne, ani bardzo poważne. Nadwyrężone poszycie przeciekało w dwóch miejscach, ale pompy z łatwością nadążały w utrzymywaniem niskiej ilości wody pod pokładem, a poszarpany fokbramsel został zabezpieczony. Prawdziwy koszmar miał jednak nadejść dopiero po sztormie.

W związku z ciągłą absencją kapitana i śmiercią trzech marynarzy załoga była bliska buntu. Tylko bliżej nieokreślony strach trzymał ją jeszcze w ryzach.

Godzinę temu, kiedy robiłem obchód po pokładzie i rozmyślałem nad naszą trudną sytuacją, doszły mnie dziwne głuche dźwięki dobiegające z głównej ładowni, nad którą właśnie przechodziłem. Było już kompletnie ciemno, zdjąłem więc jedną z lamp ze ściany nadbudówki i ruszyłem do włazu. Klucze do ładowni trzymałem zawsze przy pasku, otworzyłem więc kłódkę i ostrożnie ruszyłem schodami w dół, nasłuchując. Obawiałem się przejść głębiej, pomiędzy beczki z alkoholem, z powodu lampy naftowej trzymanej w dłoni, zacząłem więc nawoływać, aby wypłoszyć z ukrycia ewentualnego intruza. Jakże żałowałem, że rewolwer mój został w kajucie. Ostatecznie ośmieliłem się zejść na sam dół ładowni i w tym właśnie momencie, na drugim jej końcu, zamajaczyła jakaś mroczna sylwetka. Krzyknąłem, żeby nie ruszała się z miejsca, ona jednak błyskawicznie skoczyła na przeciwległe schody prowadzące na górny pokład (wejścia do głównej ładowni były dwa, aby zabezpieczyć przepływ świeżego powietrza) i zniknęła mi z oczu. Kilka beczek stało otwartych. Kiedy wyszedłem na górę, przy drugim wyjściu nie było nikogo, kłódka leżała jednak luźno, a klucze do ładowni miał tylko kapitan, ja i drugi oficer – pan Gilling. Kierowany nagłym przeczuciem ruszyłem do kajuty Briggsa. Kiedy otworzył mi drzwi, był w jeszcze gorszym stanie niż poprzednio. Zaniedbany i wymizerowany. Jego oczy błądziły na skraju szaleństwa.

Nie próbowałem nawet pytać go o jego obecność w ładowni, wpadłem na inny pomysł, który pomógłby mi przekonać się o słuszności moich podejrzeń. Po krótkiej wymianie zdań i zaznaczeniu swej troski o niego wyszedłem, podając mu dłoń na pożegnanie. Briggs zdziwił się trochę, ale uścisnął ją lekko i usiadł na łóżku dając znać, że mogę go już opuścić. Skłoniłem się i zamknąłem za sobą drzwi. Kiedy podniosłem dłoń do nosa poczułem wyraźny odór spirytusu.

 

Po opuszczeniu kapitańskiej kajuty odszukałem naszego stewarda, pana Heada, aby się z nim rozmówić. Edward (tak miał na imię) doskonale zdawał sobie sprawę z niedyspozycji kapitana i kiedy poprosiłem go, aby miał go na oku, nie był szczególnie zaskoczony. Obiecał mi, że poza wykonywaniem swoich zwykłych kambuzowych obowiązków, będzie miał na niego baczenie.

 

23 listopada 1872 roku

 

To co miało miejsce dzisiejszego ranka utwierdziło mnie w przekonaniu, że demon obłędu przejął kontrolę nad statkiem. Nasz świat rozsypał się na kawałki. Kapitan dręczony szaleństwem trzymany jest pod kluczem, ja zaś jestem zbyt roztrzęsiony, żeby dalej móc trzymać pióro w ręku. Niech Bóg ma nas teraz w swej opiece…

 

***

 

23 listopada 1872 roku, godzina 6 .21

 

Albert Richardson wyszedł na pokład i postawił kołnierz, by ochronić się przed zacinającą mżawką.

– Stoi tak przy dziobie już dobry kwadrans. – Edward Head podszedł do oficera i uniósł podbródek wskazując nim kapitana.

– Dziękuję, panie Head.

– Dobra, to ja idę się napić herbaty. Sakramencko dzisiaj zimno.

Steward podmuchał w zaciśnięte pięści i potarł wierzchy dłoni.

– Oczywiście. Proszę iść.

Richardson patrzył na nieruchomą sylwetkę Briggsa stojącą w coraz bardziej zacinającym deszczu. Wiało dość silnie i dziób brygantyny to wznosił się, to znów opadał na spienionych falach, idąc ostro do wiatru. Nagle kapitan poruszył się i wsadził rękę pod połę płaszcza. Richardson podszedł bliżej, żeby widzieć wyraźniej postać dowódcy.

Briggs obrócił się w jego kierunku i w jednej chwili serce pierwszego oficera zamarło. W ramionach kapitana spoczywała zawinięta w koc mała Sophia Briggs. Jej twarzyczka była blada jak papier. Oblicze jej ojca nie wyrażało żadnych emocji.

Richardson podbiegł prędko w jego kierunku, ale zatrzymał się nagle, kiedy kapitan w odpowiedzi cofnął się kilka kroków i oparł plecami o reling.

– Briggs…co pan robi?

Oczy kapitana były mętne i szkliste. Dziecko łkało cicho.

– On już tu jest. Słyszysz?

– Kto, kto tu jest? – Albert rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł żadnego z marynarzy.

– On… – Kapitan spojrzał gdzieś ponad sylwetką oficera i mocniej przycisnął córkę do piersi. – Vephar

– Benjaminie! O kim mówisz? Co to znaczy? – Richardson zrobił mały krok, skracając dystans do Briggsa.

– Nie słyszysz jak ślizgają się wśród fal? Nie słyszysz śmierci, kiedy ta szepce ci do uszu?

Po plecach oficera przeszedł dreszcz. Rozglądnął się raz jeszcze, ale wśród coraz silniejszego deszczu nie było nikogo. Wiatr wzmagał się z każdą chwilą, a strugi wody przelewały się przez pokład. Albert spojrzał w ciemną toń oceanu i był niemal pewny, że słyszy chóry głosów wydobywające się z załamujących fal. Na karb wyobraźni starał się złożyć obrazy, jakie dostrzegał we wzburzonej wodzie. Wijące się pod mroczną powierzchnią nienaturalnie długie rybie ogony i przerażająco ludzkie twarze o pustych oczodołach, spoglądające na targany coraz potężniejszą wichurą statek. Wpatrzony w hipnotyczną toń przez moment zapomniał o Briggsie.

– …Ale ja nie pozwolę mu jej zabrać! – ryknął kapitan.

Richardson odwrócił wzrok od burzącego się oceanu i spojrzał na szaleńca, którego niegdyś znał.

– Briggs! Opamiętaj się! – Pierwszy oficer starał się przekrzyczeć narastający sztorm.

– Tylko taka ofiara może go uspokoić! Tylko taka ofiara… Nim wszystkich nas zacznie toczyć robactwo!

Kapitan energicznym ruchem wyprostował rękę, trzymając teraz dziecko nad zamykającą się poniżej piekielną wodną czeluścią.

– Nieee! – Richardson błyskawicznie rzucił się w kierunku dowódcy, ale śliski pokład osunął mu się spod nóg.

Briggs zrobił potężny zamach i mała Sophia uniosła się nad jedną z fal. Druga zabrała ją w locie. Dziecięca główka nie pojawiła się już nad powierzchnią.

 

23 listopada, godzina 6 .48

 

Arian Martens, rosły marynarz, drugi wiekiem po kapitanie, rozpędził się i wleciał w drzwi kajuty Sary Briggs. Drzwi trzasnęły o podłogę i cała trójka, z pierwszym i drugim oficerem, wpadła do środka.

– Boże jedyny… – Andrew Gilling głośno przełknął ślinę.

Żona kapitana leżała na koi unurzana we własnej krwi. Jej ręce były pocięte i wybebeszone do kości. Na twarzy i zakneblowanych ustach zastygły ból i cierpienie.

– To szaleństwo – wyszeptał Martens. – Dlaczego to zrobił?

Richardson podszedł do zwłok i zakrywając ręką usta, drugą zamknął kobiecie oczy.

– Nie wiem, Martens. Nic już nie wiem.

 

***

 

FRAGMENTY OSOBISTEGO DZIENNIKA ALBERTA C. RICHARDSONA, PIERWSZEGO OFICERA NA BRYGANTYNIE „MARY CELESTE”

 

24 listopada 1872 roku

 

Jakże gorzko myliliśmy się sądząc, że zamykając kapitana pod kluczem, koszmar jest już za nami. Dzisiejszego dnia, kiedy postanowiłem pochować panią Sarę z pełnym dostojeństwem morskiego ceremoniału, zło odegrało ostatni akt dramatu. Żal mi Benjamina Braggsa i do końca życia, być może, mój czyn, który napawa mnie teraz odrazą, nie pozwoli mi na spokojny sen. Jednak mój strach przed tym człowiekiem był po stokroć silniejszy…

 

***

 

24 listopada 1872 roku, godzina 13.30

 

Ciało Sary Briggs obleczone w żaglowe płótno zniknęło w gęstej granatowej toni. Richardson, Gilling i Head stali pogrążeni w modlitwie.

…Et lux perpetua luceat eis. – dokończył pierwszy oficer i przeżegnał się. – To wszystko, panowie.

Pozostali skinęli głowami.

– Panie Gilling, niech pan sprawdzi, czy u Martensa wszystko w porządku.

– Tak jest. – Drugi oficer oddalił się prędko.

Od kilku godzin wiatr był spokojny i Richardson postanowił postawić grota. Brygantyna sunęła wdzięcznie po falach. Zachmurzenie nie było duże.

Niespodziewanie, ze strony ładowni, doszedł głuchy hałas, jakby huknięcie.

Richardson i Head spojrzeli po sobie i rzucili się biegiem w tamtym kierunku. W tym samym czasie, z rufowej nadbudówki wybiegł, wracając, Gilling.

– Panie pierwszy oficerze! Martens! Kapitan!

Richardson zmacał rewolwer schowany w kieszeni kurtki i zszedł powoli do ładowni. Razem ze stewardem stanęli jak wryci, nie wierząc w to, co widzą.

Briggs z szaleńczym zapamiętaniem przewracał kolejną beczkę spirytusu.

– Benjamin! – Pierwszy oficer nie wiedział jak zareagować.

Kapitan dopiero teraz zorientował się, że nie jest sam.

– To nie wystarczyło, Richardson! Vephar nie spuścił z nas oczu. Widzisz?! – Briggs podciągnął rękawy i pokazał rozdrapane do krwi przedramiona. – Robaki, wszędzie robaki. Sam zobacz!

Albert skrzywił się z obrzydzeniem.

Steward zachował trzeźwość i splunął pod nogi.

– Cholerny czubek – powiedział – i rzucił się na kapitana.

Briggs rąbnął go na odlew z niewiarygodną siłą szaleńca i rzucił się do włazu.

– Teraz już tylko ogień nas oczyści – wrzasnął.

Richardson otrząsnął się z oszołomienia i wybiegł za nim na pokład.

Kapitan dopadł do płonącej lampy naftowej przymocowanej do masztu i spojrzał na oficera, który stał mu na drodze.

– Odsuń się, człowieku… – wycedził.

Richardson sięgnął drżącą ręką do kieszeni i wyjął rewolwer. Za nim stali już Head i Gilling.

– Postaw lampę, Benjamin – powiedział.

Briggs przez dłuższą chwilę wpatrywał się w trójkę mężczyzn a w jego oczach pojawił się jakiś obcy, diabelski błysk…

Vephar… słyszysz jego imię…?

Ruszył na nich.

Rewolwer w ręce Richardsona wypalił i kula wbiła się w czaszkę Briggsa rozbijając ją niczym jajko. Krew bluznęła na wilgotny pokład, a ciało kapitana z łomotem zwaliło się na greting.

Richardson kątem oka spojrzał na Gillinga.

– Martens?

– Nie żyje…, panie oficerze.

 

***

 

FRAGMENTY OSOBISTEGO DZIENNIKA ALBERTA C. RICHARDSONA, PIERWSZEGO OFICERA NA BRYGANTYNIE „MARY CELESTE”

 

25 listopada 1872 roku

 

Godzina 12.23

Po raz ostatni sięgam dziś po pióro. Wiedząc, że trzy osoby nie są w stanie poprowadzić brygantyny przy cięższych warunkach pogodowych, zdecydowałem, iż wraz z pozostałymi członkami załogi opuszczamy dziś „Mary Celeste”. Dokonuję też ostatniego wpisu w dzienniku pokładowym. Dla porządku. Nie mam wątpliwości, że bez opieki jednostka szybko pójdzie na dno. Pełna historia odrażających wydarzeń, w jakich uczestniczyłem, zawarta jest w niniejszym notatniku i pamięci naocznych świadków, którzy ocaleli z tego koszmaru. Oprócz mnie jest to Andrew Gilling, pierwszy oficer na „Mary Celeste” oraz steward Edward W. Head. Pozostali członkowie załogi i pasażerowie nie żyją. Ciała pochłonął ocean. Wszystkim, dla których było to możliwe, wyprawiliśmy stosowny pogrzeb.

Wedle moich obliczeń do portugalskich Azorów jest około 100 mil morskich, przy odrobinie szczęścia powinniśmy tam dotrzeć.

Szalupa jest przygotowana do żeglugi. Zabieramy ze sobą najpotrzebniejsze przyrządy nawigacyjne, a także zapasy żywności i wody.

Zostawiamy nieszczęsny statek na pastwę samego piekła i niech Bóg pomoże bezpiecznie dopłynąć nam do celu.

 

***

 

Head odepchnął szalupę od burty „Mary Celeste” i postawił żagiel. Łódź nabrała prędkości.

Gilling siedział na rufie wpatrzony w toń. Kiedy podniósł wzrok na towarzyszy, jego oczy były puste i nie wyrażały niczego. Dopiero potem pojawił się w nich jakiś obcy, diabelski błysk…

Zdało mu się, że na przedramionach stewarda i pierwszego oficera dostrzega ropiejące rany i wypełzające z nich larwy.

Chwycił za nóż.

 

***

 

Ocean Atlantycki, rejon Azorów, 2 mile na północny zachód od wyspy Corvo,

30 listopada 1872 roku.

 

Kapitan jednostki wielorybniczej stał oparty o reling. W szalupie, obijającej się o burtę jego łodzi, leżały trzy ciała. Dwa z nich były kompletnie zmasakrowane. Ostatnie, leżące na rufie, nie miało obrażeń poza rozdartymi do kości przedramionami.

– Martin…

Młodzieniec nie odpowiedział.

– Martin! Do jasnej cholery!

– Tak, panie kapitanie? – marynarz miał łzy w oczach.

– Tam na dziobie leży jakaś książka. Podaj no ją, chłopcze.

– Tak jest…

 

Po dłuższej chwili ciała zostały ponownie zakryte żaglem. Szalupę wzięto na hol.

Kapitan stanął na rufie i otworzył dziennik. Po chwili odwrócił głowę i spojrzał za siebie.

Mógłby przysiąc, że ocean szeptał…

 

"Mary Celeste" padła ofiarą "głosu morza", Trójkąta Bermudzkiego, czy bąbla metanu? Oto historia zniknięcia załogi żaglowca

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Dobrze się czyta, ale nie wiedzieć czemu, wolałabym otwarte zakończenie, które pozostawiłoby w domyśle, czy oficerowie dotarli do Azorów. Niemniej – ciekawe :)

Follow the White Rabbit!

Nikogo z członków załogi nie odnaleziono, więc nie chciałem przeinaczać faktów. :) Cieszę się, że Ci się podobało.

:-) Wystarczy przeczytanie dowolnie wybranej z czterech powtarzających się części, czy należy czytać wszystkie? :-)

Czy 21 listopada pana Richardsona zaczynało ogarniać szaleństwo? Bo napisał coś takiego:

dnia,inę po rzyło.miercią trzech marynarzyz łatwością naórny pokład.oczuze

 

Bardzo mi się to opowiadanie podobało. Proszę o informację, jeżeli dalsze, zdające się powtarzać, części, różnią się czymś od pierwszej. Bo przejrzałam tylko i wydaje mi się, że nie. :)

hmmm…cholera, mam zgryz, przeglądnąłem cały tekst i u mnie wszystko jest w porządku, nie wiem skąd się wziął ten bełkot i powtórzenia, dajcie znać (jeśli ktoś wie) co się mogło stać przy publikacji, bo mnie się wyświetla prawidłowo… :/

O, to dziwne. Sprawdziłam na laptopie i telefonie (Chrome) oraz na tablecie (wewnętrzna przeglądarka) i wszędzie mam to samo. Powtórzenia i ten jeden belkotliwy fragment.

Opowiadanie sprawnie i zgrabnie napisane. Niestety fabuła, choć osadzona w ciekawym miejscu i czasie, w moim odczuciu jest sztampowa, przewidywalna i odrobinę niechlujna. Czytało się przyjemnie, i za to autorowi serdecznie dziękuję, ale sądzę, że temat można było przedstawić w bardziej oryginalny, a przez to ciekawszy sposób.

na emeryturze

 

Dobrze napisany szort. Czyta się naprawdę błyskawicznie. W związku z tym ja także chętnie zajrzałbym do czegoś ambitniejszego w wykonaniu autora. Pozdrawiam.

W edycji, nie wiem dlaczego, miałem cztery teksty wklejone. Literówki usunięte. Teraz już powinno być ok :)

Bardzo ładne opowiadanie.

Teraz już można napisać, że czytało mi się gładko i cały czas z jednakowym zainteresowaniem. Nie będę kłamał, że uszy mi sztywniały z ciekawości co , jak i dlaczego, ale zaciekawiony byłem – sprawa "Mary Celeste" już wiele razy "brana była na warsztat", toteż chciałem dowiedzieć się, jak to rozegrał Kolega bzugaj. Wydaje mi się, że rozegrał klasycznie: tajemniczy szept oceanu, w którym tają się i czają tajemnicze stwory.

Nie wiem, czy Autor zna jedną z hipotez, mówiącą o tak zwanym "głosie morza". Skojarzyła mi się ona z tekstem z powodu owego "szeptu oceanu".

Dzięki. Miło "słyszeć". Znam, znam :) Trochę się tego naczytałem zanim zacząłem pisać. Nie ukrywam, że opowiadanie może być trochę przewidywalne, ale to przez niedosyt klasyki. Przerobiłem ostatnio dużo XIX wiecznych opowieści grozy i trochę mi się zatęskniło za takim klimatem :) Zastanawiałem się też, czy ktoś wygoogluje imię Vephar (Wepar, Wefar)

:-) Nie musisz się chwalić przygotowaniami merytorycznymi – widać je, to znaczy ich skutki. :-) 

Klimat dawniejszych opowieści grozy. Nie jestem ich fanem, ani starych, ani nowych, ale gdy porównam to, czym i jak straszył nas Alan Edgar z tym, co dzisiaj ma nam jeżyć włosy nie tylko na głowach, wygrywa dziadzio Poe. Klimat, jak utarło się nazywać…

O, już jest w porządku. :)

Klasyczność tego tekstu jest – przynajmniej dla mnie – jego dużą zaletą. 

Będzie mi również bardzo miło, jeśli spojrzycie na opowiadanie "Pogoń" , czy by się do biblioteki nadawało. Także niejako klasyczne ;) Pozdrawiam!

Ciekawe i dobrze napisane, choć wkradło się nieco błędów.

 

– Moment, na Boga! – pierwszy oficer szybkim ruchem narzucił kurtkę na ramiona i przeczesał palcami włosy.

– Moment, na Boga! – Pierwszy oficer szybkim ruchem narzucił kurtkę na ramiona i przeczesał palcami włosy.

 

– Kapitan stoi na dziobie. Z córą w ręku.

– jeśli nie może być na ręku, to może w ramionach? Albo po prostu z córką? Bo trudno trzymać dziecko w ręku. Noworodka da się, ale też niezbyt to wygodne. Aż sprawdzałam, czy córa to nie jakiś marynarski slang:)

 

W tym stanie nie jest Pan zdolny dowodzić jednostką.

W tym stanie nie jest pan zdolny dowodzić jednostką.

 

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem. Briggs miał w sobie teraz coś nieobliczalnego. Coś, co spowodowało, że Richardson zrezygnował ze swojego pomysłu. Obrzucił kapitana pogardliwym spojrzeniem i wyszedł na górny pokład.

powtórzenie

 

Kilka zdań we fragmencie opisującym 21 listopada wydawało mi się zbyt przegadane, ale skoro to pamiętnik – nie mnie oceniać styl Richardsona:)

 

Na "Pogoń" też spojrzę, jak znajdę chwilę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję. Poprawione. Zawsze coś umknie jednak, choć tyle razy się przegląda. Córę tylko zostawiam, bo to prosty chłopak mówi, nie chcę za jego błędy odpowiadać :) pozdrawiam!

No, no jednym tchem przeczytałam :) Bardzo, bardzo mi się podobało. Nie ma jak groza, której nie sposób zrozumieć, a która się nie kończy. Zabrakło mi kilku dobitnych scen, takich, które podwyższają napięcie do granic. Kiedy weszli do kajuty kapitana, gdzie znaleźli jego żonę, to mogło być to, a nie było. Tak samo jak gonitwa w kotłowni. Nad tym bym popracowała.

Prokris, to może do biblioteki, co? :)

Bardzo sprawnie napisane, jest klimacik grozy, chociaż zgodzę się z Prokris, że napięcie można było jeszcze podbić. Tekst warty Biblioteki :)

 

Tylko jeden zarzut: podobno na Mary Celeste nie brakowało żadnej szalupy…?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podobało mi się. Ładnie zrobiony research – to procentuje. :)

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

Nie chcę wyjść na czepialską, bo opowiadanie naprawdę fajnie napisane i research, jak ta lala, więc te kilka wpadek, które wypisałam poniżej, proszę jako jakąś straszną krytykę nie odbierać :) Szczególnie, że ekspertem nie jestem i mogę się w jakimś miejscu mylić.

 

jaki ogarnął mnie po tym zdarzeniu nie opuszcza mnie do teraz

Powtórzenie.

 

 

Jeśli samopoczucie Kapitana nie polepszy się i dalej nie będzie z nim kontaktu, staniemy w Ponta Delgada na Azorach i zastanowię się co robić dalej.

Czemu nagle kapitan z dużej litery? Do tego powtórzenie – przyznaję, trochę ciężkie do zastąpienia, więc zrozumiałe.

 

Gdy dotarł do miejsca, w którym ją widział

Nie lepiej na miejsce? Plus brak przecinka – wydaję mi się, że ogólnie kilku brakowało tu i tam, ale to już trochę strzelam.

 

– Nie teraz, Richardson… – kapitan oparł się o komodę.

Brak “ruchów gębowych”, więc Kapitan.

 

który pomógł by mi przekonać się o słuszności moich podejrzeń

Pomógłby.

 

Po plecach oficera przeszedł dreszcz. Rozglądnął się raz jeszcze

Jakoś mi tak zabrzmiało, że dreszcz się rozglądnął. Ale tego nie jestem pewna.

 

się sądząc, że zamykając kapitana

Chyba “sądząc, że zamknąwszy” brzmiałoby lepiej.

 

No, totalnie wygląda, jakbym się czepiała. A przecież, podobało mi się! I jeśli kłamię, niech mnie morze pochłonie ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Ech…to jak praca magisterska…tyle poprawek, a ciągle błędy :D Część poprawię, Część obronię, ale jak wrócę z włajaży ;) tj. po majówce i powrocie do kraju. Dziękuję za wnikliwość i pozdrawiam! :)

No więc tak :) jeśli chodzi o kapitana z dużej litery, “zamykając” i powtórzenia, to zostawię jak jest. Niech stylistyka będzie winą oficera (w końcu on pisał swój dziennik), a duża litera jest celowo, to wyraz szacunku w tekście, wobec przełożonego. “Do miejsca” w tym kontekście też mi jakoś naturalniej “potoczniej” brzmi. Resztę poprawiam i bardzo dziękuję, za aż tak wnikliwe czytanie, tym bardziej, że ja sam, chyba aż tak nie uważam przy cudzych tekstach. Pozdrawiam! :)

PsychoFish: No właśnie okazało się, że jednak brakowało. Niebrakujące szalupy budziły więcej dreszczyku emocji, ale to mit. Brakowało szalupy i przyrządów nawigacyjnych, więc pewnie nikt w pośpiechu MC nie opuszczał. :)

Hmmm. Brakowało mi fantastyki – bardziej mi to wyglądało na halucynacje albo delirkę. Dopiero pod koniec trochę się zagęszcza, ale też bez przesady.

Nawet nie słyszałam o MC (znaczy, o takim okręcie), więc nie jestem w stanie docenić researchu.

Godzinę temu, robiąc obchód po pokładzie i rozmyślając nad naszą trudną sytuacją, doszły mnie dziwne głuche dźwięki dobiegające z głównej ładowni,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to dźwięki robiły obchód. Skoro piszący był oficerem, to chyba nie powinien popełniać brzydkich błędów.

Babska logika rządzi!

Bzugaju, kierując się Twoją rekomandacją zajrzałem do “Mary Celeste”. 

Opowiadanie świetne, z gęstym, dobrym klimatem, który uwielbiam. Czytało się doskonale, jestem bardzo zadowolony z lektury. Zakończenie wyjątkowo przypadło mi do gustu, uwielbiam powracające motywy i grozę, która goni bohaterów opowieści. 

Piszesz jeszcze? Jeśli tak, z przyjemnością przeczytam kolejny tekst. 

 

Dziękuję i pozdrawiam. 

No to się cieszę :) Dwa inne opowiadania są tutaj na stronie – “Klasztor” i “Pogoń”, piszę niestety niezbyt często, tzn na tyle na ile starcza czasu i samozaparcia ;) dzięki za wpis!

Po­nie­waż za­gad­ka Mary Ce­le­ste do dziś nie zo­sta­ła wy­ja­śnio­na, zro­zu­mia­łe jest, że można snuć na ten temat do­wol­ne przy­pusz­cze­nia. Twoja opo­wieść, Bzu­ga­ju, tchnie spe­cy­ficz­ną grozą, tu wszyst­ko zdaje się mówić, że rejs nie może skoń­czyć się do­brze.  

Z przy­jem­no­ścią do­łą­czam do grona czy­tel­ni­ków usa­tys­fak­cjo­no­wa­nych lek­tu­rą. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

bardzo, bardzo mi miło :)

 

Nastrojowe, niezłe. Nie znam się za bardzo na realiach żeglarskich, choć coś tam pływałam śródlądowo, więc technobełkot brzmiał mi przekonująco. Mam właściwie problem tylko z “pogrzebem” pani kapitanowej (poza zapisem).

“…Et lux perpetua luceat eis. – dokończył pierwszy oficer i przeżegnał się. –” →

– …et lux perpetua luceat eis – dokończył…

 

Po pierwsze nie wszystkie wyznania protestanckie uznają “żegnanie się”, część chyba dopuściła to dopiero w XX wieku (nie wiem, usiłowałam zriserczować i trafiłam na spory w tym względzie), więc byłabym z tym ostrożna w odniesieniu do XIX w., skoro na pokładzie byli raczej protestanci, sądząc po składzie narodowościowym. Requiem z kolei funkcjonuje tylko w tradycji katolickiej i luterańskiej, więc znów niepewne, czy Amerykanin je odmawiał, co po trochu też zależy od wyznania kapitana. Angielska wiki podaje tylko, że był bardzo religijny, dużo czytał Biblię i się modlił, a do tego był zwolennikiem abstynencji od alkoholu, co wskazywałoby na bardziej radykalny odłam protestantyzmu amerykańskiego. A więc obrządek powinien raczej nie być katolicki, a nawet luterański. (Skądinąd jak tak sobie tych szczegółów szukałam, to mi się ulągł pomysł na opowiadanie z MC w dalekim tle, bo na realia morskie nie będę się szarpać.)

 

 

A pytanie z ciekawości: na statkach używano wtedy powszechnie lamp naftowych? Właściwie nie widzę powodu, żeby nie, ale się z tym wcześniej nie zetknęłam. (Bo też akurat o życiu na morzu nie bardzo czytałam.)

 

Drobiazgi:

 

“W Nowym Jorku dał się poznać, jako otwarta i towarzyska osoba” bez przecinka

 

– Panie pierwszy oficerze! Panie Richardson! – głos zadudnił → Głos

 

To co miało miejsce dzisiejszego ranka utwierdziło mnie w przekonaniu → To, co miało miejsce dzisiejszego ranka, utwierdziło…

 

 

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ponownie dziękuję za wnikliwą lekturę i szczegóły :)

Lampy naftowe były używane jak najbardziej i powszechnie również na statkach.

Co do sceny pogrzebu, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie :) zwyczajnie nie pomyślałem o różnicach wyznaniowych, tak to sobie wyobraziłem i od razu zapisałem, nie zadając sobie trudu, żeby sprawdzić czy to przypadkiem nie błąd. Mea culpa.

Pozdrawiam!!

b.

Nowa Fantastyka