- Opowiadanie: BooMc - Abordaż...poniekąd

Abordaż...poniekąd

Starałem się, ale wyszło jak zwykle...nie podoba mi się nowy interface. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Abordaż...poniekąd

„Pod drewnianym stołem” to karczma odwiedzana przez największych, ale też i tych nieco mniejszych, członków* światka przestępczego pomieszkujących w stolicy i pobliskiej jej okolicy. Było tutaj ciemno, gwarno i duszno. Gęsta atmosfera wymieszana z zapachem dymu tytoniowego sprawiała, iż wszyscy uznali karczmę, za idealne miejsce dla tych, którzy chcą pozostać anonimowi spotykając się w miejscu, gdzie nie sięgają wścibskie oczy ciekawskich ludzi. Nic więc dziwnego, iż dwójka wielce podejrzanych postaci właśnie tam postanowiła spotkać się, by omówić sprawę nie cierpiącą zwłoki, tak samo ważną jak i szemraną. Nie rozmawiali długo, wręcz odwrotnie bardzo krótko, nie okazując przy tym nawet szczątkowej znajomości savoir-vivre’u.

– Jeżeli kłamiesz… – powiedział na odchodne mężczyzna, który wstając od stołu pozostawił swojego rozmówcę w nieświadomości wynikającej z nie dokończonej groźby.

 

Mimo późnego, letniego ranka panował chłód. Powietrze ostro orzeźwiało ospałą załogę, która od dłuższego czasu sterczała na pokładzie. Oczekiwali w niemałym napięciu na wolno dryfującej po niebieskim bezkresie „Karlej dziwce” na „przypadkowe” spotkanie z niczego nie spodziewającą się załogą statku należącego do floty królewskiej, której to zadaniem, zgodnie z tajną informacją, było przetransportowanie na swoim pokładzie cennego ładunku do siedziby głównej banku wschodniego.

– Długo Jeszcze? – wycharczał Jack Półnogi, który znany był z tego, iż jest posiadaczem… jak sam przydomek wskazuje połowy lewej nogi ledwie uratowanej przed głodnym rekinem, na którego Jack natrafił podczas zajmowania się swoją drugą życiową pasją – alkoholem.

– Gdybym wiedział nie musielibyśmy czekać tutaj od rana. – Allonsy rozłożył ręce i skrzywił twarz dając do zrozumienie pozostałym, iż jest oburzony ich znajomością, a raczej jej brakiem,  podstaw taktycznych zasadzek, a także niczym nieusprawiedliwioną nadmierną niecierpliwością.

 – Przepraszam, tylko zapytać chciałem… taka cisza panuje – powiedział zmieszany Jack spuszczając wzrok na gładzony przez siebie grubymi dłońmi kikut.

 – No już, bez takich. Mamy statek do obrabowania. Musimy być skoncentrowani. – Allonsy złagodził nieco głos widząc zmieszanie na twarzach kompanów.

 

Zapewne wielu z Was rozmyśla skąd się wzięła nazwa „Karla Dziwka”, a nawet jeżeli nie zastanawiacie się to i tak zmuszeni jesteście do poznania tej historii, gdyż jest to przerywnik w nudnym oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń.  Statek ten zbudowany został pięć lat temu w stoczni na Wyspie Olbrzymów, którą zamieszkiwali dzielni wojownicy znani ze swej waleczności. Pierwszym jego kapitanem był nijaki Głazogrzmot posiadający dwa talenty - ogromną siłę i nieśmieszny, ciężki dowcip. To właśnie dzięki tej drugiej cesze statek zawdzięcza taką a nie inną nazwę. Głazogrzmot pełnił rolę kapitana przez pięć lat, do momentu, gdy okazało się iż żadna z powyższych umiejętności nie przydaje się na wiele, gdy zamachowiec wbija ci ostrze w plecy… i to w sumie tyle o historii „Karlej dziwki”.

 

 – To ten statek? Nie widzę bandery… – krzyknął nie do końca pewny Nochal siedzący na bocianim gnieździe.

– Kto go tam posadził? – Allonsy, aż się wyprostował wskazując ręką ku górze.

 – Sam wszedł kapitanie – odpowiedział cicho Cichy, który znany jest z tego, że nie mówi zbyt głośno.

– Przecież on jest prawie ślepy! Wy czasami myślicie?! Nochal złaź z tamtąd!

– Dlaczego? – zapytał nie ukrywając żalu.

 – Na bogów… – Allonsy zamknął oczy i zaczął rozmasowywać punkt u nasady nosa. – Niech tam siedzi – dodał po chwili. – A reszta przygotować się do ataku. Na mój znak. Nie wcześniej.

 

Dwunastu wojowników-piratów chwyciło za broń i naburmuszyło się, by okazać swą gotowość do nawiązania starcia. Allonsy spoglądał na zbliżający się ze sporą prędkością statek. Tak jak mówił jego informator był to „drobnicowiec”. Niezwykle szybki, ale z ograniczoną do małej ilości liczbą ludzi na pokładzie, których nie mogło być więcej niż dwunastu. Allonsy wiedział, iż ma przewagę liczebną. Nie spodziewał się więcej niż pięciu wyszkolonych strażników, którzy mogli stanowić dla niego realne zagrożenie, reszta zgodnie z przewidywaniami musiała być zwykłymi robotnikami. Ograbienie ich nie mogło w żadnym wypadku sprawić większego problemu. Takie zadania Allonsy lubił najbardziej. Czuł narastającą w nim dumę, gdy tak stał na burcie, czując jak wiatr wieje mu w twarz, a on sam ma pod sobą cały świat.

 

 – Kapitanie! Jakaś nieoznakowana karawela nam drogę przecina, kapitanie! Płynie wprost na nas! – krzyknął marynarz zasiadający na bocianim gnieździe.  

– Co? Jak to? Czyż nie widzą naszej złotej korony na żółtym tle? Nie wiedzą, iż płyniemy z królewskiego rozkazu?! Głupcy! – odezwał się szykownie ubrany w niebieski surdut, wysokiej klasy urzędnik, który dowodził statkiem i misją.

Im bliżej nieoznakowanej karaweli się znajdowali, tym bardziej zwalniali, by nie ryzykować nie potrzebnie kolizją. W pewnym momencie mieli do wyboru zatrzymać się bądź ryzykować staranowaniem krnąbrnych żeglarzy.  

 – Hola! Hola! Zatrzymajcie się panowie – krzyknął młody mężczyzna stojący na burcie, w momencie gdy statki niemal się zderzyły ze sobą. Jego blond włosy powiewały wolno na wietrze, co wywołało u wysokiej klasy urzędnika w niebieskim surducie poczucie zazdrości, iż jego głowa przedwcześnie eksmitowała swoich obywateli.

– Panie kapitanie, to jest chyba jakaś kpina – odezwał się niższej, klasy średniej urzędnik, w nieco jaśniejszym, błękitnym surducie. 

– Doprawdy Jaohnsoonie wygląda na to, iż ci dżentelmeni oczekują od nas niezwłocznie pomocy, skoro są tak zdesperowani, iż przeszkadzają nam w rejsie. Zatrzymaj statek.

 – Panowie zapewne wiece czego teraz oczekuję? – krzyknął młodzieniec.

– Nie do końca, ale chętnie się dowiemy… tzn. snujemy przypuszczenia, iż potrzebna wam jest rychła pomoc – odkrzyknął kapitan. 

 – Tak też można to zinterpretować! Dam wam jednak jasną podpowiedź co do naszych niejasnych celów. Kamraty! Szykować broń! – Po tych słowach młodzieniec odwrócił delikatnie głowę i zaczął nerwowo szeptać z jednym ze swoich ludzi.

 – Jaohnsoonie, ten widok jest iście, doprawdy żenujący…nie sądzisz? – zapytał wysokiej klasy urzędnik.

 – Doprawdy, zgadzam się po stokroć. Mogę odpowiedzieć im, w tonie jakim moim zdaniem przystoi odpowiedzieć na takową zaczepkę?

– Wyrażam zgodę. Proszę wykazać się inwencją.

– Nie poddamy się wam żałosne kundle! – krzyknął po chwili namysłu Jaohnsoon. – Jeżeli nie zejdziecie nam z drogi rozpie<piiiip>limy waszą łódkę a was samych poślemy za burtę gów<piiiip>erne pomioty portowych k<piiiiiip>rew! Wy małe nicponie! – skończywszy szybko spojrzał na swojego przełożonego oczekując aprobaty z jego strony.

 – Uważam, iż była do odpowiedź adekwatna w zaistniałej sytuacji, aczkolwiek ostatni akapit mogłeś sobie darować. Był doprawdy nie na miejscu.

– Szanowny pan ma na myśli epitet? – odezwał się Totthumpr, który lubił wolne chwilę spędzać na czytaniu, powodując iż wysokiej klasy urzędnik zatrzymał przez moment wzrok na aroganckim strażniku.

– Przypomnij mi dobry człowieku, bym po przybiciu do portu kazał obciąć ci honorarium.

– Tajest, panie.

 

Allonsy patrzył spokojnie jak królewski statek zatrzymuje się tuż przed nim. Spojrzał na dwóch mężczyzn, którzy sądząc po śmiesznym ubraniu dowodzili tutaj jako reprezentanci pałacu. Po krótkiej rozmowie Allonsy zrozumiał, iż nie ma sensu silić się na uprzejmość, postanowił więc zaprezentować swoje żądania w bardziej doraźny sposób.

 – I tak można to zinterpretować! Dam wam jednak jasną podpowiedź co do naszych niejasnych celów . Kamraty! Szykować broń! – wykrzyczał Allonsy.

– Ale kapitanie… stoimy z przyszykowanymi w ręku orężami już od jakiegoś czasu na wyraźne kapitana życzenie – raczył przypomnieć Półnogi szeptem, by przypadkiem wróg nie usłyszał jego słów.

Allonsy zmrużył oczy nie będąc do końca przekonany co do realności całej tej sytuacji, odwrócił delikatnie głowę, by ruch był jak najmniej widoczny.

– Czy nie możecie chociaż raz wykonać mojego polecenia bez wcześniejszego podważania go? Chodzi o wywołanie paniki wśród nieprzyjaciela! Nie psujcie tego i unieście broń – zasyczał do załogi, po czym odwrócił ponownie wzrok w stronę królewskich urzędników oczekując reakcji z ich strony.

– Nie poddamy się wam żałosne kundle! Jeżeli nie zejdziecie nam z drogi rozpierdolimy waszą łódkę a was samych poślemy za burtę gównożerne pomioty! Wy małe nicponie! – człowiek w błękitnej kamizelce, aż poczerwieniał na twarzy starając się krzyczeć najgłośniej jak potrafi.

– Sami tego chcieliście – odpowiedział po krótkiej chwili namysłu Allonsy. Po czym zwrócił się do swojej załogi. – Zabić załogę. Bez litości.

 

I zaczęło się. Tym razem bez podważania rozkazu. Na obu statkach zrobiło się zamieszanie mające na celu jak najlepsze zainicjowanie/obronę ataku/przed atakiem. Stojący na „karlej dziwce” piraci odpalili działa wystrzeliwując potężne haki wprost w kadłub królewskiego statku, bez problemu wbijając się w drewno, łącząc dwa statki. W pierwszej chwili załoga pod rozkazem urzędników próbowała pozbyć się niechcianego elementu, lecz liny były na tyle grube, iż nie dało się ich w żaden sposób przeciąć. Statki zostały połączone.  Natomiast z drugiej strony, pod wodzą Allonsyego, idealnie nadawały się na drogę dla piratów, którzy w błyskawicznym tempie przeszli po nich w celu dokonania abordażu.

– Nie pozwolić tym szczurom dostać się na statek! – krzyknął wysokiej klasy urzędnik.

Lecz, gdy tylko załoga starała się trząść linami, by strącić niechcianych piratów, ci tracąc równowagę, szybko i zwinnie jak małpy chwytali się rękoma bez problemu prąc do przodu dalej. Gdy znaleźli się tuż przy samej krawędzi wystarczyło tylko wyciągnąć jednego z marynarzy walczącego z liną za burtę, by reszta cofnęła się wgłęb statku z dala od niebezpiecznej krawędzi. Mali ludzi szybko znaleźli się na statku nieprzyjaciela, a za nimi niczym akrobata biegł po linie Allonsy trzymający w ręku szablę.

 – Zabić! Bić! Ić! Przecież to jak walka z dziećmi! – krzyczał, plując dookoła poczerwieniały ze złości wysokiej klasy urzędnik widząc  jak jego załoga, w której skład wchodziło siedmiu strażników zawodowych ledwie się broni przed dzielnie walczącymi karłami.

– Jeden wojownik z Wyspy Olbrzymów jest wart więcej niż trzech strażników! – roześmiał się Allonsy, gdy stanął naprzeciw urzędnikom, którzy patrzyli na niego z nieukrywanym oburzeniem.

– Zostaniesz skazany za ten czyn! Nie ujdzie ci to płazem! Żadnemu z was! – odezwał się wysokiej klasy urzędnik.

– Rozumiem, że ty tutaj dowodzisz?

– Tak, nazywam się Roskavagabund i jestem królewskim sekretarzem do spraw majątkowych. Zapewne o mnie słyszałeś.  

– Więc spójrz sekretarzu Roskav, o którym coś tam mogłem słyszeć… twoi ludzie przegrywają, ale możesz ich oszczędzić. Wydaj mi złoto, a grzecznie odejdziemy.

– Nie mogę.

– Możesz.

– Nie mogę. Nie mamy złota.

– Mój informator mówił zupełnie coś innego.

– Przysięgam ci, nie mamy żadnego złota na pokładzie. Ktoś cię okłamał!

Na twarzy Allonsyego pojawił się szyderczy uśmiech, który miał dać jego rozmówcom do zrozumienia, iż nie jest on typem człowieka, którego się oszukuje…więcej niż raz. Ewentualnie dwa, ale to historia której nie ma potrzeby teraz przypominać.  Podczas całej tej rozmowy Allonsy nie zwrócił uwagi, iż wynik walki wcale nie jest taki oczywisty jaki mu się początkowo wydawał.

Co prawda trójka marynarzy już dawno leżała w kałuży krwi starając się włożyć do środka swoje wnętrzności, które teraz znajdowały się na zewnątrz brudząc na czerwono wszystko dookoła.

W zasadzie dwójka, gdyż pierwszy z marynarzy został wyciągnięty za burtę, nim cała jatka się zaczęła, no ale biorąc pod uwagę wysokość jest on już mokrą plamą. Czerwoną mokrą plamą. To właśnie nie doświadczeni w walce marynarze zazwyczaj ginęli jako pierwsi w takich sytuacjach. Siódemka strażników może miała gorsze umiejętności aniżeli wojownicy-piraci Allonsyego, ale nadrabiała za to chęciami dlatego też, nie dość że do tej pory stawiali opór to udało im się rozczłonkować jednego z karłów, drugiemu natomiast odciąć głowę. A jeszcze jednego po prostu zabić.

Tymczasem dwójka urzędników wyciągnęła swoje szable i zaatakowała Allonsyego, który zrobił unik przed ciosem Raskova i skrzyżował ostrze z Jaohnsoonem na krótki moment, nim cofnął się i kopnął nieszczęśnika w klejnoty rodowe. Niższej klasy urzędnik padł na kolana wypuszczając z ręki broń i zawył niczym wilk do księżyca. Chwila nieuwagi wystarczyła, by jeden z piratów wbił morgenstern w jego głowę. Był to Rozbójek, który przez krótki moment szarpał się z truchłem niższej klasy urzędnika, by wyciągnąć broń z jego głowy. Ostatecznie udało mu się jedynie oderwać ją od ciała, gdyż głowa w dalszym ciągu pozostawała nabita na morgenstern. Jeszcze przez jakiś czas Rozbójek walczył z głową Jaohnsoona na broni, zabijając przy tym jednego ze strażników, który nie bardzo wiedział, czy uderzenie głowy przełożonego znajdującej się na broni przeciwnika będzie uznane za zdradę. Niestety chwilę później Rozbójek został przebity długą włócznią. Podniesiony ku górze przesunął się po całej jej długości zatrzymując się dopiero na rękach jej właściciela, który dla pewności wbił jeszcze sztylet w jego głowę. Rozbójek padł, a obok niego padła zmasakrowana głowa niższej klasy urzędnika, która w końcu odpadła z jego broni.

W międzyczasie Raskov dalej dzielnie wymieniał ciosy z Allonsym, który nie spodziewał się, aż tak wielkiego oporu  ze strony wysokiej rangi urzędnika będącego wyśmienitym szermierzem. Obaj po pewnym czasie byli już wyraźnie wyczerpani, mało tego widząc jak ich towarzysze giną, czuli iż niezbędnym jest jak najszybsze  zabicie drugiego. Bez dowódcy nie ma załogi – tak głosiło stare pirackie powiedzenie. Unik, unik, cios i tak przez kolejne ciągnące się w nieskończoność minuty. Walka dłużyła się niemiłosiernie, mało tego była ogromnie wyczerpująca. Allonsy podobnie jak Raskov zdążył już wielokrotnie się zranić, nim nastał ostateczny cios, w którym to szabla Allonsyego przebiła Raskova.

W tym momencie dwójka pozostałych przy życiu strażników straciła całkowitą nadzieję na wygraną. Ten stojący po prawej stronie odrzucił broń sądząc, iż zachowa swoje życie. Stojący po jego lewej stronie Totthumpr spojrzał na niego i wbił mu w serce miecz bez większych skrupułów.

– To nie było konieczne – powiedział Allonsy.

– Najlepiej, żeby nikt nie wiedział, iż tutaj byłem. Lepsza martwa załoga, niż jeden gagatek, który mógłby się wygadać.

– No tak… nie chcemy przecież, żeby ktoś dowiedział się o twoim długim języku. Gdzie jest skarb?

– Wielka skrzynia w kajucie Raskova.

– Więc nie czekajmy dłużej. Załoga! Wy dwaj przynieść go na „karlą dziwkę”. Reszta brać wszystko inne, które ma jakąś wartość. A ty…podrzucić cię gdzieś?

– Nie trzeba.

Allonsy wrócił do swojej kajuty z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.

Nochal i Gigant stanęli nad pokaźnych rozmiarów skrzynią, która wysokością sięgała im po pas. Reszta załogi, która przeżyła wesoło szabrowała dookoła.

– No to bierzemy, nie może być takie ciężkie na jakie wygląda – powiedział niepewnie Gigant mierząc wzrokiem masywny kufer.

– Dokładnie! To bierz za przód, ja wezmę za tył.

 – Dlaczego nie odwrotnie?

– Będziesz kierował.

– Z tyłu jest zawsze lżej! Nie ma mowy!

– Ja nic prawie nie widzę! Nie wyprowadzę nas nawet z kajuty!

– A kto pcha się na gniazdo?

– Jestem dalekowidzem!

– Nie pirdolingo, bierz.

Obaj chwycili za krawędzie kufra i …. Ku ich zdziwieniu wcale nie był on taki ciężki, na jaki wyglądał. Bez większego problemu udało im się przetransportować go na „Karlą Dziwkę”.

Allonsy wyszedł na pokład, gdy załoga dokończyła dzieła. Spojrzał z dumą na skrzynie i kilka mniej wartościowych rzeczy, później z mniejszą dumną spojrzał na załogę, która teraz liczyła sobie siedmiu wojowników-piratów. Allonsy podszedł do, w jego oczach majestatycznego, kufra i otworzył go z nieukrywanym podnieceniem, które rychło ustało gdy zobaczył zawartość.

– Co to k<piiiip>a jest? – wykrzyczał wyciągając z kufra garść pełną prostokątnych malowanych papierków.

Jack Półnogi chwycił za jeden z nich, który upadł tuż obok niego.

 – Na moje oko są to małe portrety naszej królowej. – Po chwili przyglądania się rzekł poważnym tonem pełnym profesjonalizmu

– Tylko po co ich aż tyle? – dodał cicho Cichy. 

Koniec

Komentarze

Niestety. No, nie ma języka prozy, opowiadania. Język narracji i dialogów jest wymuszony, bez polotu. Całość naiwniutka. Całymi fragmentami brak poprawnej interpunkcji. Brak konceptu – jak w przytoczeniu historii nazwy "Karla dziwka", gdzie w zasadzie… nie ma żadnej historii nazwy, a jakiejś jednak mógł się spodziewać czytelnik. Odnoszę wrażenie, że się nie przyłożyłeś, nie przeczytałeś krytycznie sam, ani z kimś.

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Muszę się przyznać, że nie byłem wstanie dotrwać do końca tego opowiadania, strasznie ciężko się to czyta. Odnoszę wrażenie że nie masz zbyt dużego pojęcia o żeglarstwie i morzu. To chyba jasne, że trzeba mieć pojęcie o czym się pisze. Opis abordażu był moim "gwoździem do trumny". Wiele jeszcze pracy przed Tobą, ale chyba po to tutaj publikujemy, żeby się uczyć i słuchać krytyki. Poniżej więc moje uwagi.

Po pierwsze, w ramach korepetycji proponuję po czytać coś Pana Marcina Mortki, moim zdaniem ma niezłe opowiadania o żeglarzach, piratach i potyczkach na morzu. Jeśli naprawdę ten temat Cię interesuje to spodobają Ci się.

 

„Gów<piiiip>erne” – ani to nie wygląda, ani się tego nie da czytać – nie tędy droga.

Wojownicy – piraci, niepotrzebnie, wystarczyłoby sami piraci. Wszyscy wiemy czym się zajmują :)

(…) i tak zmuszeni jesteście do poznania tej historii, gdyż jest to przerywnik w nudnym oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń.” – Radzę nie zmuszać czytelników do niczego, może to się okazać później bardzo bolesne.

I to byłoby na tyle.

pomieszkujących w stolicy i pobliskiej jej okolicy.

 

Słyszałeś kiedyś o dalekiej okolicy?

 

Było tutaj ciemno, gwarno i duszno.

 

To jest jedno z tych zdań, gdzie „było” brzmi nadzwyczaj ubogo.

 

Gęsta atmosfera wymieszana z zapachem dymu tytoniowego sprawiała, iż wszyscy uznali karczmę, za idealne miejsce dla tych, którzy chcą pozostać anonimowi spotykając się w miejscu, gdzie nie sięgają wścibskie oczy ciekawskich ludzi.

 

Nie dało się dłuższego zdania zbudować? Chcą pozostać anonimowi spotykając się w miejscu, gdzie nie ma wścibskich oczu? No, to tak, jakby chcieli palić, zapalając. Poza tym po co powielać treść? Ciekawscy ludzie mają wścibskie oczy (powiedzmy, bo według mnie oczy wścibskie być nie mogą, co najwyżej spojrzenia). Zostaw albo jedno albo drugie. Komplikowanie przekazu na siłę nikomu nie wychodzi na zdrowie.

 

Dalej: niecierpiącą! Razem.

 

Nie rozmawiali długo, wręcz odwrotnie bardzo krótko

 

Nie rozmawiali długo, wręcz odwrotnie – całkowicie załatwia sprawę.

 

Czytałem dalej, nie jest lepiej. Nie przebrnąłem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Wszystko można lepiej czy gorzej wytłumaczyć, usprawiedliwić pomyłką, niedopatrzeniem – ale nie zakończenie. Małe portrety naszej królowej – no dobrze, żarcik taki. Pytanie, po co ich tyle – to już nie żart, to robienie bałwanów, kompletnych ciemniaków z piratów, ilu by ich nie było.

Słabo. Ogólnie słabo. Brnie się przez tekst, nie czyta.

Doceniam przebłyski humoru w tekście, spodobały mi się.

Gorzej z wykonaniem – interpunkcja leży, jakiś taki niewyrobiony jeszcze styl…

No i gdzie tu właściwie jest fantastyka?

Babska logika rządzi!

No cóż, podejrzewam, że miało być zabawnie, ale biorąc pod uwagę fatalne wykonanie, wyszło, niestety, zaledwie tak sobie. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coś nie wyszło :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka