- Opowiadanie: clayman - Na końcu sznura

Na końcu sznura

Zeszłoroczna próba, możliwe, że ostatnia. Nowa strona jest na tyle świetna, że głupio byłoby nie zostawić jakiegoś śladu. Miłej lektury.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Na końcu sznura

 

Przeznaczenie dobrze jest akceptować, pod warunkiem, że jest ci przychylne. Jeśli nie jest, nie nazywaj tego przeznaczeniem, nazywaj niesprawiedliwością, zdradą czy zwykłym pechem”.

Joseph Heller

 

 

 

 

 

 

Nadzieja umiera pierwsza

Kroki. W tym miejscu żaden odgłos nie zaklinał uszu tak jak one. Równy, niezmienny rytm wybity na kamiennych płytach uciszał lepiej niż uderzenie pałką. Krzyki, błagania, jęki milknęły po kolei jak zaklęte. Może i był w tym pewien rodzaj magii? Hałas zmieniony w napięcie za pomocą pary zwykłych butów.

Chid uchylił powieki. Coraz ciężej było otwierać oczy. Nic dziwnego. Widoki nie prezentowały się obiecująco. Nisko wiszący sufit, cień kraty na ścianie, obręcz zapięta na kostce i ciągnący się za nią łańcuch, którym przykuli go do podłogi. Ograniczanie swobody ruchów w pomieszczeniu wielkości kurnika zakrawało o absurd. Tak powiedział, gdy wrzucili go tu niczym worek szmat i zamknęli drzwi. Wtedy jeszcze był pewien, że lada chwila odzyska wolność, a pobyt w więzieniu tylko doda wiarygodności wizerunkowi walczącego z władzą obrońcy ludu, tak starannie budowanego przez ostatnie miesiące. Minął już tydzień, a on wciąż tu siedział. Samotność i bezsilność obniżały wymagania. Potrafił przyzwyczaić się do przygniatającego smrodu i paskudnego jedzenia. Przywykł do spania na twardej podłodze i swoich szczurzych współlokatorów. Nie mógł jednak oswoić się z myślą, że być może niedługo umrze. Odkąd spostrzegł przez kratę w oknie, jak robotnicy ustawiają szubienicę, marzył tylko o tym, by była przeznaczona dla kogoś innego. Nieustannie tłumaczył sobie, że jest zbyt ważny.

– Nie odważą się mnie zabić – szeptał, gdy chciał usłyszeć swój głos.

Ta sama myśl później sprawiła, że obgryzał ze strachu paznokcie. Jestem zbyt ważny. Nie pozwolą mi żyć. Raz po raz przeskakiwał od nadziei do przerażenia, czasem zatrzymując się na zwykłym przygnębieniu. Cykl zaczynał się na nowo, gdy kolejny raz przyciskał się do ściany, wspinał na palce i zerkał na postępy w budowie.

Tego ranka szubienica została niemal ukończona. Wyglądała jak wyjęta z ryciny. Solidna platforma wyposażona w uruchamianą za pomocą dźwigni zapadnię, dwa drewniane słupy i łącząca je gruba poprzeczna belka. Brakowało tylko sznura i kogoś, kto na nim zawiśnie.

– Ciiicho – syknął ktoś z sąsiedniej celi, choć nikt się już nie odzywał. – Słyszycie? Idą po mnie.

Monotonię kroków przerwały jęki żelaznych zawiasów, grzechot kluczy i stłumione przekleństwa. To oznaczało strażników. Przyprowadzili nowego skazańca? A może przyszli po któregoś z obecnych? Jeśli tak, to gdzie go zabiorą? Sprzedadzą w niewolę? Przeniosą do innego więzienia? Wyślą na tortury? A może na śmierć? Siedzieli tu różni ludzie z najróżniejszych powodów, lecz nikt nie potrafił myśleć o niczym innym, jakby więźniowie posiedli wspólny umysł.

Przez szpary w drzwiach wpełzło migotliwe światło. Strażnicy wkroczyli na blok. Tak jak nagle zrobiło się cicho, znów rozległ się ogłuszający hałas. Więźniowie wyli, wrzeszczeli i piszczeli. Domagali się wolności lub jedzenia, wykrzykiwali imiona tych, których chcieliby zobaczyć. Wyzywali swoich nadzorców od skurwieli, a ich matki i córki od kurew. Niektórzy chcieli, by strażnicy weszli do ich celi, inni budowali plastyczne opisy, co im zrobią, kiedy sami z niej wyjdą. Kiedy wydziera się dostatecznie wiele gardeł, wściekły motłoch brzmi jak wiwatujący tłum. Słowa szybko straciły sens i Chid nie słyszał nic poza zgiełkiem. Dlatego nie miał szans wyłapać dźwięku obracanego klucza w zamku, a otwarte drzwi jego celi zaskoczyły go tak samo jak nagłe pojmanie. Jęknął i zasłonił oczy oślepiony pochodnią.

– Zamknąć ryje! Pieprzone zwierzęta! Na bogów, Iglo, zamknijcie te drzwi!

Było ich dwóch. Jeden młody, drugi stary. Stanęli nad Chidem, pochylając lekko głowy, by nie uderzyć się o sufit. Tego młodszego Chid miał okazję poznać, gdy tu trafiał. Iglo, paskudny typ o szczurzej twarzy i śmierdzącym oddechu. Bez przerwy drwił z Chida, popychając go korytarzem. Chętnie wymieniał ciosy za każdy jęk protestu. Niewiele się zmienił przez ten tydzień. Nosił ten sam wytarty, czerwonobrązowy kaftan i rękawice nie do pary. W świetle pochodni, którą trzymał, dobrze było widać jego wredny uśmiech.

– To na pewno on? – zapytał starszy. – Jest jakiś taki… mały.

– Po tygodniu wszyscy tak wyglądają, sierżancie – wyjaśnił Iglo.

– Słusznie, ale lepiej się upewnić. Nie chcę najeść się wstydu.

Sierżant raczej nie ominął wiele posiłków. Był jednym z tych masywnych, wiecznie poddenerwowanych ludzi, nie mogących ustać w miejscu. Miał pulchną, okrągłą twarz i nastroszone wąsiska. W krótkich palcach trzymał złożony papier. Gdy Chid to zauważył, nie mógł oderwać wzroku.

Przepustka na wolność czy wyrok śmierci?

– To ty jesteś Zakotwiczony?

Chid wzdrygnął się, słysząc to miano. Czy tak go niegdyś nazywano? Trudno było w to uwierzyć. Zakotwiczony był wielkim mówcą, potrafiącym porwać serca wieśniaków, mieszczan i pozbawionej majątku szlachty. Pierwszą iskrą w ogniu rewolucji. Głosicielem prawdy. Nosicielem zmian i nadziei. Niszczycielem podziałów. Tym, który otworzył oczy tysiącom.

Jestem nim. Właściwie nim byłem. A tak naprawdę chciałem nim być. W sumie tylko go udawałem. Tak mógłby odpowiedzieć, lecz zdobył się jedynie na krótkie „tak”.

– Co on powiedział? – Sierżant nachylił się niżej.

– Głośniej, ty skurwysynu! – Iglo kopnął Chida w goleń.

– Iglo, wy pieprzony idioto! – ryknął sierżant. Tłuste wargi zadrżały, a twarz okryła się czerwienią. – Co wam mówiłem o dręczeniu więźniów? Chcecie, żeby naczelnik kazał nam lizać ich wiadra?

– Przepraszam sierżancie, już nie będę.

– W porządku, tym razem wam daruję. A ty tam, odpowiadaj na pytania. Tylko głośniej. Jesteś tym skurwysynem, Zakotwiczonym, czy nie?

Chid przełknął ślinę i uniósł twarz.

– Tak, to ja.

– Mówiłem, że to on – wtrącił Iglo.

– Iglo, co wam mówiłem o procedurach? – Sierżant rozłożył pismo i obracał nim pod światłem, próbując odnaleźć początek tekstu. – Stulcie pysk i dajcie mi to zrobić jak należy.

– Co się ze mną stanie? – odważył się odezwać Chid.

– Nie przerywaj! – wrzasnął Iglo.

Sierżant trzepnął go nieszkodliwie kartką w ramię.

– Co wam mówiłem, Iglo? Przestańcie się na niego wydzierać! – Spojrzał zrozpaczony na pognieciony papier. – Najlepiej obaj się zamknijcie i dajcie mi pracować!

– Nie rozumiem, po co tyle zachodu, by powiedzieć mu, że jutro zawiśnie. – Iglo podrapał się po głowie. – To bez sensu.

– Co? – Chid wciągnął gwałtownie powietrze.

– Powiedziałem, że to bez sensu.

– Iglo, wy skurwielu! – Sierżant cisnął papier na ziemię i zaczął go deptać. – Co wam mówiłem? Wszystko popsuliście!

– Przepraszam, sierżancie.

Spodziewać się śmierci, będąc przy niej myślami dniem i nocą, to jedno. Usłyszeć wyrok to coś zupełnie innego. Strach obezwładnił go jak trucizna i pozbawił powietrza w płucach. Słowa, które pragnął wykrzyczeć, uciekały bezgłośnie z gardła. Zdał sobie sprawę, że cały czas oczekiwał wybawienia. Przecież miał tylu potężnych przyjaciół, a Utkany nieraz powtarzał, że znalazłby dziesięciu ludzi, którzy oddaliby za Zakotwiczonego życie. Chid nie pojmował, dlaczego w takim razie sam ma to zrobić.

– Nie. To pomyłka – odezwał się w końcu suchym jak kość głosem.

Sierżant podniósł brudną kartkę i pomachał nią Chidowi przed oczami.

– Mamy tu wszystko czarne na białym.

– Raczej czarne na czarnym.

– Iglo, jeszcze jedno słowo, to was zamorduję.

– Nie rozumiecie, co się stanie? – warknął Chid rozzłoszczony przez ich głupią sprzeczkę w obliczu własnej tragedii. – Gdy moi ludzie usłyszą, co chcecie zrobić…

– Twoi ludzie? – Sierżant uniósł brew.

– Mówię o tysiącach protestujących na placu Bladolicego. O tłumach wykrzykujących moje imię w Alabastrowej Studni, Gwieździe Raigala i Eddinie. Wszyscy chwycą za broń. Tego właśnie chcecie?

– Byłem wczoraj na placu – rzekł Iglo. – Nie widziałem żadnych protestujących. Sami żebracy i handlarze starociami. Jeśli to twoi ludzie, możemy spać spokojnie.

Kłamie. Musi kłamać.

– Nie możecie mnie powiesić bez procesu – argumentował Chid, czepiając się nowej myśli. – Król jest władcą, ale nie stoi ponad prawem.

– Hej, uważaj. – Iglo pogroził mu palcem. – Ostatniego, który tak gadał, postanowili powiesić bez procesu.

– Gówno mnie obchodzi, co zrobią albo nie zrobią twoi ludzie – dodał sierżant. – Przestań mnie tu straszyć, dobra? Ja tylko wykonuję rozkazy. A rozkaz jest taki, że o północy przeniesiemy cię do celi śmierci, gdzie spędzisz noc ze swoim katem. Wcześniej odwiedzi cię kapłan wybranego wyznania. Wybranego przez naczelnika, rzecz jasna. Co z nim zrobisz, to już twoja sprawa. Wieszanie jest zaplanowane dwie godziny przed południem, chyba, że ktoś z ważnych, którzy przyjdą popatrzeć, się spóźni. Na śniadanie, jak nakazuje tradycja, posiłek przyrządzony zgodnie z ostatnim życzeniem skazanego. Tylko bez fantazji, dobra? Zjesz to, co mamy. Powiedzcie mu, co może sobie wybrać, Iglo.

– Ziemniaki i kapustę.

– Słyszałeś? Masz do wyboru ziemniaki lub kapustę.

– Nie, sierżancie – podpowiedział Iglo. – To jedno danie. Ziemniaki z kapustą.

– W porządku. Niech będzie i tak. To chyba wszystko?

– Na to wygląda, sierżancie.

– Błagam. – Chid uniósł dłonie. – Musicie mnie wysłuchać.

– Nie za to mi płacą. Iglo, wychodzimy.

Młodszy strażnik usłużnie otworzył drzwi i przepuścił sierżanta przodem. Chid zadrżał. Nie mógł pozwolić im wyjść. Co prawda nie był w stanie powstrzymać ich siłą, ale wciąż miał swój język, którym nie tak dawno potrafił zdziałać cuda.

Cuda były jednak zbyt niepewną rzeczą, by oprzeć na nich życie. Tym razem język postanowił go zawieść. Mógł tylko patrzeć, jak obaj opuszczają celę, zabierając ze sobą światło i resztki nadziei. Chid miał ochotę się rozpłakać. W końcu na co godność mogła mu się przydać teraz?

– Szesnaście godzin – Iglo wsunął głowę z powrotem do środka. – Wykorzystaj je dobrze.

– Co wam mówiłem? Przestańcie go dręczyć!

– Już nie będę, sierżancie. – Posłał Chidowi ostatni kpiący uśmiech. – Już nie będę.

 

 

 

 

 

 

Cudzym kosztem

Amose miał przed sobą całe życie, u stóp cały świat, a pod sobą piękną kobietę. Fakt, że jej płacił wcale nie umniejszał rozpierającej jego piersi dumy, gdyż to nie swoje pieniądze tak ochoczo wydawał.

– Pieprzysz się jak bóg, tatuśku – powiedziała po tym, jak się z niej zsunął i odzyskała oddech.

Z zadowoleniem założył sobie ręce za głowę. Uwielbiał, gdy nazywała go tatuśkiem.

– Serio? – Przypuszczał, że dziwka udaje, ale nie widział powodu, by przepuścić podobną okazję na połechtanie swojego ego. Czyż nie trzymał jej właśnie po to, by poczuć się lepiej?

– Czy wszyscy Lagosjanie są tacy jak ty?

Wsparł się na łokciu i spojrzał na nią, z uśmiechem kręcąc głową. Grała przed nim taką głupiutką i pełną podziwu. Trzepotała rzęsami i otwierała szeroko oczy, gdy tylko się odzywał, jakby w życiu nie słyszała niczego tak mądrego. Nie miał nic przeciwko. Niewiele rzeczy cenił u kobiety bardziej niż głupotę. Poza urodą, oczywiście, a ta konkretna dziwka miała się czym pochwalić. Wydawała się prawie za ładna, by sprzedawać swoje ciało jak pospolita ulicznica. Była wysoką dziewczyną o krótkich kasztanowych włosach i pełnych ustach. Miała równe białe ząbki oraz najbardziej niebieskie oczy, w jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się wpatrywać. W burdelu, z którego zabrał ją przed trzema dniami, wyróżniała się jak perła w gnoju. Ślicznie wyglądała w cytrynowej kiecce, a jeszcze lepiej nago w śnieżnobiałej pościeli. Kosztowała tylko dwa razy więcej niż przeciętna kurwa. Drażniła go myśl, że każdy wystarczająco oszczędny biedak mógł sobie na nią pozwolić i jednocześnie cieszył się świadomością, że tym razem gamyryjski plebs będzie musiał obejść się smakiem. Chorą satysfakcją napawało go wyobrażenie, że ten świętoszkowaty bufon, wielki rajca Ekleh'Dem, doskonale wie, co Amose wyczynia w jednej z jego komnat, i nie może nic z tym począć. Sam nie wiedział, co sprawia mu większą przyjemność. Granie na nosie tak potężnemu człowiekowi czy rżnięcie tak ładnej dziewczyny.

A to wszystko na koszt podatników. Posada emisariusza na dworze króla Pretandala I była najlepszą rzeczą, jaka mu się kiedykolwiek przydarzyła.

– Nie da się ukryć, że trafił ci się unikat – odpowiedział, szczerząc zęby. – Ale to prawda, co mówią w moim kraju. Jeden Lagosjanin jest wart dziesięciu Gamyryjczyków. – Nikt tak nie mówił, ale skąd dziwka miałaby o tym wiedzieć? – Już nie jesteśmy tą skłóconą bandą górali, z której możecie bezkarnie się wyśmiewać. Nasz kraj rośnie w siłę, a wasz gnije od środka. Balans sił się zmienia i zamierzam uświadomić to twoim władcom.

– Gnije?

Uśmiechnął się szerzej. Wywody na temat słabości Gamyru jak dotąd mu się nie znudziły.

– Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale tak. Wasze granice sięgają zbyt daleko. Wydajecie tak wiele pieniędzy na utrzymanie armii i świeżo pobitych prowincji, że nie starcza wam środków na budowę solidnych dróg i rozwój rolnictwa. Zbieracie mniej plonów niż przed dziesięcioleciem i przed głodem ratują was tylko podpisane lata temu traktaty handlowe, które, nawiasem mówiąc, niedługo stracą ważność. Gamyryjski cień staje się coraz rzadszy, coraz łatwiej z niego wyjść. Kolejne państewka, wciągnięte kiedyś w terytorium Gamyru, coraz głośniej domagają się autonomii. Rządzący wami ludzie są za starzy, wielu z nich już dawno utraciło kontakt z rzeczywistością, a godnych następców nigdzie nie widać.

Amose miał okazję poznać dwóch synów wielkiego rajcy Ekleh’Dema. Szlacheckie nazwisko pasowało do nich jak pantofle dla osła. Poza kartami, pijaństwem i ośmieszaniem się na oczach ojca nie mieli wielu zainteresowań. Oznajmili mu, że nie wiedzą, gdzie dokładnie leży Lagos, zaśmiewając się przy tym, jakby głupota była powodem do dumy. Amose podejrzewał, że ta para kretynów nie potrafiłaby przeliterować słowa „polityka”, nie mówiąc o dyskutowaniu na jej temat. Niemal czuł współczucie na myśl o tych wszystkich biednych Gamyryjczykach, których los znajdzie się kiedyś w rękach przyszłych rajców Ekleh’Dem.

– Jakby tego było mało – ciągnął, gładząc dłonią wewnętrzną stronę jej ud – wasz król to wyjątkowy słabeusz. – Amose nie poznał jeszcze króla Pretandala I, ale nie przeszkadzało mu to wydawać opinii. – Boi się spotkać ze mną twarzą twarz, a jego psy karmią mnie coraz bardziej absurdalnymi wymówkami. Z tego, co słyszałem, król nie pokazał się publicznie od dwóch miesięcy i nikt nie wie dlaczego. Takie zachowanie nie przystoi prawdziwemu władcy. Jestem zażenowany.

Dziwka poruszyła się nerwowo w łożu. Popatrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy.

– Nie boisz się tak mówić?

– Czego mam się bać? – Jej słowa zezłościły Amose'a. Czy był jakimś anonimowym prostakiem o zbyt długim języku? Nawet jeśli król jakimś cudem dowie się o tej rozmowie, co może mu zrobić? Obrazi się? Też coś.

Jednak to nie reakcja króla martwiła dziewczynę.

– Trzeciej Ręki – wyszeptała z wyraźną nutą strachu.

Amose szybko odzyskał dobry humor. Nie wiedzieć czemu, gamyryjscy obywatele byli przekonani, że urząd podatkowy, zwany Trzecią Ręką, jest w rzeczywistości gniazdem zamaskowanych szpiegów i skrytobójców; czających się w cieniach, słuchających każdego słowa, bezlitośnie eliminujących wrogów królestwa.

– Trzecia Ręka! – Złapał się za głowę, udając przejęcie. – Na śmierć zapomniałem. Jak myślisz, jeden z nich leży pod łóżkiem czy prędzej podsłuchuje nas w szafie?

– To nie jest śmieszne.

Miał zupełnie inne zdanie na ten temat.

– Założę się, że za chwilę wpadnie tu uzbrojony oddział w czerwonych maskach i zakują nas w kajdany. Oby tylko pozwolili nam wcześniej się ubrać…

Ktoś zapukał do drzwi.

Najpierw oboje zesztywnieli, a potem Amose roześmiał się jak szaleniec. Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności. Żart wyszedł mu lepiej niż to sobie zaplanował. Zwykle walenie w drzwi o tej godzinie, kiedy przyjmował gościa, sprawiłoby, że spurpurowiałby z wściekłości. Teraz ledwo łapał oddech na widok podrygującej ze strachu dziwki.

Pukanie rozległo się ponownie.

– Niczego nie potrzebuję! – krzyknął, nie trudząc się wstaniem czy chociażby myślą o odzianiu się.

Ku jego zaskoczeniu klamka opadła i drzwi stanęły otworem.

– Nie słyszałeś? Wynocha!

Mężczyzna, który wszedł do środka, nie dał po sobie poznać, że cokolwiek słyszy. Przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi tak niedbale, jakby wchodził do pustej komnaty. Nosił bordowy strój posługacza z rezydencji, lecz Amose mógł przysiąc, że wcześniej go nie widział. Co prawda w oczach emisariusza wszyscy służący wyglądali tak samo i poświęcał im mniej więcej tyle uwagi co meblom, jednak ten niepokojąco rzucał się w oczy. Był wysoki i upiornie wychudzony. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat, ale jego krótko ścięte włosy były siwe jak u starca. Miał twarde rysy i jeszcze twardsze spojrzenie. Spoglądał bez szacunku raz na Amose'a, raz na jego kochankę, nie przejmując się nagością i zamieszaniem, jakie wywołał.

– Nazywam się Szept. – Skłonił od niechcenia głową. – Wybacz, proszę, że przeszkodziłem.

Nawet szczere przeprosiny nie ugłaskałyby Amose'a. Pospiesznie włożył spodnie. Ręce trzęsły mu się ze złości, gdy nalewał sobie wina z dzbanka. Dziwka opatuliła się pościelą do samej szyi i znieruchomiała, nie wiedząc, co ze sobą robić. Amose posłał jej uspokajające spojrzenie. O wiele bardziej wrogie zachował dla intruza.

– Szept? – upewnił się i upił kilka łyków. – Bardzo ciekawe imię. Powiedz mi, Szept, kim jesteś? Którymś z rajców?

– Nie.

– Nie? A może jesteś jednym z tych słynnych gamyryjskich generałów? Bohaterem wojennym?

– Też nie.

– Naprawdę? Ale masz wpływowych przyjaciół, którzy są gotowi wyciągnąć cię z tarapatów, prawda?

– W ogóle nie mam przyjaciół.

– To doprawdy smutne. Kim ty w takim razie jesteś?

Kościsty sługa wzruszył ramionami.

– Nikim ważnym.

– Ach, nim. – Amose zacmokał. – No to masz pecha, bo właśnie podpadłeś komuś ważnemu. Mam nadzieje, że masz twardą dupę, bo osobiście dopilnuję, byś to na niej wylądował, kiedy będą wyrzucać cię na bruk. Z pewnością obejrzenie sobie mojego fiuta i piersi tej damy było tego warte.

– Cycki niezłe, ale żadnego fiuta nie dostrzegłem.

Amose zamrugał dwa razy i otworzył szeroko usta. Był pewien, że się przesłyszał. Nikt nie śmiałby tak się do niego odezwać. Nikt! Znieważyć oficjalnego dyplomatę to jak znieważyć całe Lagos. Chciał coś odpowiedzieć, lecz zdołał jedynie sapnąć z niedowierzania.

Szept wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kamizelki kopertę i uniósł ją przed siebie jak starą skarpetę.

– Miałem to przynieść.

Papier był zdumiewająco ozdobny. Pozłacane ornamenty błyszczały w przygaszonym świetle, gdy Amose obracał kopertę w dłoniach. Wyciągnął znajdujący się w niej list i przebiegł spojrzeniem po eleganckim piśmie. Najwyraźniej dwór królewski oraz sam Pretandal I mieli zaszczyt zaprosić lagosjańskiego emisariusza na egzekucję. Jutro, tuż po śniadaniu. Obecność Amose’a była wymagana, co zostało wyraźnie podkreślone.

Nic z tego nie rozumiał. Dlaczego król, ktoś z jego doradców lub ktokolwiek naprawdę ważny miałby oglądać, jak wieszają jakiegoś nieszczęśnika? Cóż za potworna strata czasu. Amose wyłapał z tekstu wyraz „Zakotwiczony”. Znał ten przydomek. Należał do prowincjonalnego wichrzyciela, o którym mało kto już pamiętał. Zakotwiczony i te przydługie akademickie przemówienia, którymi karmił ubabranych gównem wieśniaków – z pewnością mu o tym wspominano. Ale to były wczorajsze wieści. To był nikt. Amoze nie mógł uwierzyć, że król opuści swoją norę i spotka się z nim tylko po to, by obejrzeć śmierć tak nieważnego człowieka.

– Co to ma znaczyć, Szept? – zapytał. – A co z jutrzejszą sesją rady zaplanowaną przed południem? Czyżby została odwołana?

– Takie rzeczy mnie nie interesują. – Sługa skierował się do wyjścia. – Miłej nocy.

– Zaczekaj, do diabła! Przecież nie dałem jeszcze odpowiedzi.

– Ona nie jest istotna.

– Co? Wracaj tu!

Szept nie miał zamiaru słuchać. Nie potrzebował pozwolenia ani by wejść, ani tym bardziej by wyjść. Amose mógł gonić go półnagi po korytarzu lub po prostu wściec się jeszcze bardziej. Uznał, że wystarczy upokorzeń jak na jeden wieczór. Zresztą z tym złośliwym dupkiem mógł policzyć się później. Ważniejsza wydawała się kwestia zagadkowego zaproszenia.

Potarł palcami skroń. Kazał zamknąć się ślicznej dziwce, kiedy spytała go, czy się kładzie, i przeczytał wiadomość raz jeszcze, z o wiele większym skupieniem. Spotkanie z królem, nawet w takich okolicznościach, byłoby niewątpliwie korzystne, gdyby nie wiązało się z opuszczeniem jutrzejszego zebrania rajców. Mieli przecież rozmawiać o piratach z Potrzasku. Amose spędził dużo czasu, wmawiając wszystkim, że to pomniejszy problem. Nie miał zamiaru przegapić spotkania i pozwolić tym starym draniom się zorientować, że „pływająca hałastra”, jak nazywał piratów, to najlepiej zorganizowana banda łupieżców w historii, która wkrótce zmieni Morze Brodacza w gorący tygiel. A przynajmniej te konkretne części morza, po których pływały gamyryjskie statki. Lagos nie płaciło piratom góry pieniędzy, by grabili na chybił trafił.

Miał kompletny mętlik w głowie i nie podobało mu się to uczucie.

Przespacerował się po komnacie. Wypił kolejny kielich wina. Poprzeklinał na Szepta i na niekompetentnego durnia z otoczenia króla za to, że posłał tak niekompetentnego człowieka. Tyle partactwa, aż można by pomyśleć, że padł ofiarą żartu.

Amose zatrzymał się i wybałuszył oczy. To było to. Ktoś zrobił sobie kawał! Przebrali jakiegoś pyskatego skurwiela w uniform posługacza i dali mu fałszywy list. Król nie zjawi się jutro na egzekucji. Zaczynał powątpiewać, czy egzekucja Zakotwiczonego w ogóle się odbędzie. Jeśli uwierzyłby w treść wiadomości, tylko by się ośmieszył, opuszczając spotkanie rady. Gdy przejrzał tę sztuczkę, wydawała się żałosna i głupia. Potrzeba nie lada idioty do wymyślenia czegoś takiego. Amose podejrzewał któregoś z synów wielkiego rajcy Ekleh'Dem, być może obu.

Zadowolony z siebie zerżnął na szybko śliczną dziwkę i zabrał się za planowanie zemsty. Zażartować sobie z emisariusza to jak zażartować sobie z całego kraju. On już im pokaże.

 

 

 

 

 

 

Męczennik

Szok zmienił się w gniew. Gniew w rozgoryczenie i czarną rozpacz. Chociaż Chidowi nie pozostało wiele czasu, poświęcał go w całości na wyliczanie popełnionych błędów. Kryły się w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj ich nie było. Perspektywa sznura przeobrażała dawne zwycięstwa w dzisiejsze porażki, obnażała niewykorzystane szanse i rozdrapywała stare rany.

Był z siebie taki dumny, gdy pierwszy raz wystąpił publicznie i otrzymał oklaski. Mówił o niesprawiedliwości społecznej, pogwałceniu podstawowych praw przez obecną władzę i przekonał słuchaczy, że lord Dorg'Ush, jeden z największych właścicieli ziemskich na południe od Lasu Ostrych Szczytów, jest zwykłym skurwysynem i należy mu się nauczka. Po trzech dniach demonstracji Dorg'Ush zgodził się oddać ziemię wyrugowanym chłopom i obiecał wypłacić zaległe odszkodowania. Chid uwierzył wtedy, że naprawdę jest w stanie pchnąć świat ku lepszemu. Okazało się, że jedyne, co popchnął, to siebie na szubienicę. Było zacisnąć zęby i siedzieć cicho.

W chwilach, gdy czuł się najbardziej żałośnie, przywoływał obrazy kobiet, w których się zadurzył. Mimo że bez cienia strachu przemawiał do dwustu wściekłych robotników, bał się wyznać Daveny swoją miłość i poprosić ją o rękę. Przeklinał siebie teraz za to. Co najgorszego mogło się zdarzyć? Nie zgodziłaby się? Wyśmiałaby go? Co z tego? Przecież by go nie powiesiła, tak jak jutro zrobi to kat. Ciekawe, co u niej? Czy myśli czasem o biednym Chidzie? Może w tej chwili?

To było wątpliwe. Wydawało się, że w tej chwili cały świat ma go głęboko w dupie.

Pozostały jeszcze niedokończone sprawy. Tyle rzeczy wiecznie odkładanych na później. Ich ilość bolała najbardziej. Nie zdąży pogodzić się z ojcem. Nie znajdzie sobie żony i nie spłodzi gromadki dzieci. Nie przeprosi Hardimma, przyjaciela ze studiów, za to, że nazwał go mięczakiem bez kręgosłupa. Że też przez taką głupotę więcej się do siebie nie odezwali. Nie zobaczy Czerwonego Piaskowca, gdzie umarli bogowie. Nigdy nie napisze książki. Nawet nie będzie mieć okazji zacząć i polec jako pisarz, tak jak poległ jako rewolucjonista. I tak dalej, i tak dalej. Przy tym, czego nie uda mu się zrobić, życiowe dokonania wyglądały marnie. Zastanawiał się, jak będzie wspominany za dziesięć lat.

Hej, pamiętacie Zakotwiczonego? Pamiętacie, jak zeszczał się w spodnie, gdy go prowadzili? To było zabawne, co nie?

Tym razem spodziewał się gości. Zanim otworzono drzwi celi, otarł twarz i przesłonił oczy dłonią.

– Przyjmujesz kapłana? – zapytał nieznajomy mu strażnik, tyczkowaty młodzik z krzywym nosem.

Chid nie miał ochoty na religię, ale nie miał jej również na umieranie. Najwyraźniej resztka życia miała być wypełniona wydarzeniami, w których nie chciał brać udziału. Ale kto wie? Istniała szansa, że rozmowa z kimś przyjaźnie nastawionym pomoże ukoić ból. Odparł strażnikowi, że się zgadza.

Kapłan miał własne źródło światła, ozdobną lampę alchemiczną w kształcie kuli. Dzięki uchwytowi ze splecionych drutów można było nosić ją jak koszyk. Droga zabawka. Znacznie mniej warta była kapłańska szata – zmechacony kawał szmaty z szerokimi rękawami i kapturem zasłaniającym trzy czwarte twarzy. Chid nie był pewien, z jakim kultem będzie mieć do czynienia. Nie spostrzegł żadnych symboli. Być może był to akolita Amyrl'hana? Bóg śmierci lubił, gdy jego słudzy są wiekowi, a ten kapłan wydawał się starszy niż więzienne mury. Szedł powoli, nisko się garbił, a gałka laski drżała z każdym krótkim krokiem. Wyglądał na równie bliskiego śmierci, co Chid.

– Bóg z tobą – rzekł kapłan chrapliwym głosem.

Jeśli jest ze mną, dlaczego pozwala mi umrzeć? – pomyślał Chid.

– Dziesięć minut, ojczulku – poinstruował strażnik. – Potem go zabieramy.

– Już północ? – Chid pobladł. Czas leciał tak szybko.

Młodzieniec napuszył się i spuścił groźnie głowę.

– Czy wyglądam jak zegar?

Kiedy z kapłanem zostali sami, celą zawładnęły przeplatające się cienie. Lampa gorzała mocnym, niebieskim blaskiem. Oczy Chida szybko się do niego przyzwyczaiły. Do głowy nie przychodziła mu żadna myśl, którą chciałby podzielić się z kapłanem, więc milczał. Duchowny rozpoczął najdziwniejszy rytuał modlitewny, jaki można było sobie wyobrazić. Najpierw położył lampę na ziemi, potem obmacał ściany, w sufit postukał laską. Padł na kolana i zajrzał na zewnątrz przez szparę w drzwiach. Chid zastanawiał się, czy kapłan zwariował, oraz jak pomoże mu wstać, będąc samemu przykutym do podłogi. Jednakże starzec dziarsko podniósł się na nogi i otrzepał kolana. Nie garbił się już, przez co wydawał się o wiele wyższy.

– Jakiemu bogu służysz? – zapytał Chid, przerywając tę przedziwną ciszę.

– Ja? – Kapłan zrzucił kaptur i odwrócił się. Głos miał zupełnie inny niż przed minutą. – Ja nie służę nikomu.

– U… Utkany?

Przybysz zbliżył się o krok, błękitne światło oblało jego twarz. Rzeczywiście, to był Utkany. Chid przypomniał sobie tę noc, gdy ujrzał go po raz pierwszy, gdy pierwszy raz uścisnęli sobie dłonie i wziął od niego pieniądze. Chid był wtedy pijany, świętując z towarzyszami kolejną udaną przemowę w jednej z Eddińskich tawern. Zakotwiczonemu nie wypadało wymiotować na stół, dlatego udał się na zewnątrz. Utkany wyłonił się z ciemności niczym duch. Łatwo go było z nim pomylić. Miał trupio bladą twarz, zapadnięte policzki, nieskore do uśmiechu usta i sine wory pod oczami. Teraz wyglądał podobnie, wyhodował sobie tylko niechlujny zarost, będący zapewne częścią przebrania. Usiadł przed Chidem, krzyżując nogi.

– Znaleźliśmy się w niezłej kabale, przyjacielu.

– Chcą mnie zabić – odpowiedział oszołomiony Chid.

– Słyszałem. – Utkany smutno pokiwał głową. – Musimy się zastanowić, co z tym zrobimy.

– Przyszedłeś mnie uwolnić?

– Co, zgłupiałeś? Kręci się tu mrowie strażników. Myślisz, że tyle się namęczyłem, organizując te spotkanie, po to, by powiesili mnie razem z tobą?

– Ale…

Utkany przerwał mu, unosząc palec

– Umiesz przenikać przez ściany? Stać się niewidzialnym? Jeśli tak, to proszę, powiedz. Sam wolałbym tego uniknąć, bogowie tylko wiedzą, ile forsy w ciebie władowałem, ale musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Nie ma dla ciebie ratunku.

Chid oklapł, jakby był nadmuchiwaną kukłą, z której wypuszczono powietrze.

– Nie ma co spuszczać głowę – zganił go Utkany. – Trzeba działać.

– Działać?

– Zgadza się, przyjacielu. Przyznaję, że zrobiliśmy nieco zamieszania. Na tyle, by imię Zakotwiczonego przez jeszcze jakiś czas było czymś więcej niż zlepkiem sylab, lecz zbyt mało, by przetrwało wiecznie. Brak silnej reakcji po twoim uwięzieniu dał mi wiele do myślenia. Trzeba to zmienić. Jutro umrzesz, ale jednocześnie musisz zyskać nieśmiertelność.

– Nieśmiertelność?

Utkany skrzywił się z niesmakiem.

– Zamierzasz powtarzać wszystko, co powiem? Tak, nieśmiertelność. Na całe szczęście twoja historia ma wiele dziur. Dziur, które można wypełnić. Mam ogólny obraz. Wmówimy wszystkim, że byłeś zwykłym rolnikiem. Wiesz, od zera do bohatera. Klasyki zawsze dobrze się sprzedają. Nikt nie musi wiedzieć, że twój ojciec był szlachcicem, przynajmniej z nazwy. Do listy twoich poruszających przemówień koniecznie musimy dodać kilka realnych sukcesów, kiedy nie kończyło się tylko na słowach. Coś podobnego do tego zdarzenia z Dorg'Ushem. Masz jakiś pomysł?

– Oszalałeś? – Chid nie miał zamiaru współpracować. – Jutro mnie powieszą!

– Wiem, co wydarzy się jutro. – Utkany sprawiał wrażenie, że wie o wszystkim. – Myślałem, że właśnie to obgadaliśmy. I błagam, nie krzycz tak. Ściany są dosyć cienkie, a im mniej uszu słyszy, tym lepiej.

– Tu chodzi o moje życie! Musisz mi pomóc!

– Ciekawe jak?

– Jutro, gdy będą mnie wyprowadzać na szubienicę. Odbijecie mnie. Zbierz moich ludzi. Wszystkich. Tylu, ilu się da. Ukryj ich wśród gapiów, a potem na mój znak…

– Żądasz poświęcenia dziesiątek, a może nawet setek istnień, by uratować własne?

Chid oblizał nerwowo usta. Gdyby usłyszał podobne pytanie tydzień temu, stanowczo by odmówił. Jedno życie jest niczym wobec dziesięciu. Jest jeszcze mniej warte wobec setek. Czyż nie po to wkroczył na tę ścieżkę? Aby walczyć z ludźmi, którzy uważali siebie za lepszych niż inni?

Ale to było wtedy. Wczorajsze idee zmieniały się w popiół, a obietnice blakły niczym dym na wietrze. Tylko kamienie nie zmieniają zdania, kiedy im wygodnie.

– Jestem od nich ważniejszy. – Wypowiedział te słowa z zadziwiającą łatwością. Pewnie dlatego, że szczerze w nie wierzył.

– Niewątpliwie – przytaknął Utkany. – Lecz jeszcze ważniejsza jest legenda. Czy Zakotwiczony, obrońca biednych i uciśnionych, mógłby spokojnie patrzeć, jak straż miejska wyrzyna jego ludzi? To nie pasuje do obrazka. Bądźmy poważni. W tej sytuacji lepiej mi się przysłużysz jako męczennik.

– Ty draniu! – Chid chciał się na niego rzucić. – Myślisz, że jestem pionkiem w twoich rękach?

– Miałem cię za wartościowszą figurę. Nie rozumiem, dlaczego złościsz się akurat na mnie. Czy nie wywiązywałem się ze swoich obietnic? Ty i twoi poplecznicy dostaliście tyle pieniędzy, ile sobie zażyczyliście. Poleciłem rysować twoje podobizny na miejskich murach. Przekupywałem strażników, by nie przerywali wystąpień i opłacałem miejscowe gangi, by bili ci brawa, zachęcając innych do tego samego. Zaniosłem plotki wyolbrzymiające twoje sukcesy na każdy kraniec królestwa, przy okazji wyciszając twoje liczne wpadki. Usuwałem wrogów i gromadziłem przyjaciół. Tylko dzięki mnie Zakotwiczony mógł wypłynąć tak szybko. Ponadto na twoją prośbę spłaciłem długi twojego ojca, wyciągnąłem go z dna i załatwiłem mu najlepszego uzdrowiciela, by zajął się jego chorą wątrobą. Dałem ci to wszystko i jeszcze więcej w zamian za kilka zdań wplecionych w twoje przemowy. Jeśli ktoś ma być rozczarowany naszą współpracą, to powinienem być to ja.

– Przecież robiłem wszystko, co chciałeś.

– No cóż, ja mam inne odczucia. Prosiłem, byś w swoich przemówieniach skupił się na obwinianiu króla, rajców i kapłanów. Miałeś wskazywać problem rosnącej liczby imigrantów, niekończących się wojen i zbyt silną pozycję armii. Nie kazałem ci jednak czepiać się banków. Wręcz przeciwnie. Wyraźnie dałem ci do zrozumienia, że banki, Międzynarodówkę Kupiecką i handlarzy niewolników masz zostawić w spokoju. Czy mnie posłuchałeś? – Utkany przeniósł wzrok po komnacie i pokręcił nosem. Tuż przed jego twarzą krążyła mucha, którą ignorował z nieludzką cierpliwością. – Nie chcę jednak wypominać ci twoich błędów. W końcu nie mamy wiele czasu.

Co ty nie powiesz, pomyślał Chid.

– Nie jesteś w najlepszej dyspozycji, więc zrzucę z twoich barków ile będę w stanie. Lecz jedno zadanie w całości przypadnie tobie. Ostatnia przemowa. To musi być coś mocnego. Coś, co porwie tłumy. Z pewnością wynajmą bębniarzy, by cię zagłuszyć, ale nie martw się o to. Mam odpowiednich ludzi w kieszeni. Tylko pamiętaj, ani słowa o bankach i handlarzach niewolnikami. Król, kapłani i wojsko. Jakby nikogo innego nie było na świecie. Byłoby nieźle, gdyby wybuchły potem małe zamieszki, podpalono jakąś świątynię lub…

– Nie – warknął Chid. – Nie zrobię tego.

Utkany uniósł brwi.

– Nie zrobisz?

– To proste. Nie chcesz pomóc mi, ja nie pomogę tobie. Jutro umrę, dociera to do ciebie? Nie zależy mi ani na legendzie, ani na tym, co pasuje do twojego pierdolonego obrazka. Na niczym mi nie zależy. Podaj choć jeden powód, dla którego miałbym cię posłuchać.

– Bo ci, kurwa, każę. – Utkanemu nie drgnęła powieka, nie napiął się ani jeden mięsień, głos nie podniósł się nawet o ton. Żadnych oznak gniewu. Jedynie jego spojrzenie wydawało się jakieś inne. – Jesteś mój. Kupiłem cię i zrobisz to, co będę chciał, rozumiesz?

Chidowi nie podobała się zmiana, która zaszła w jego oczach. Zwykle były nieruchome i pozbawione życia. Teraz, gdy w ciemnych tęczówkach odbijał się błękitny błysk, dostrzegł ostrość i wściekłą pogardę.

– A jeśli nie? – Chciał zabrzmieć twardo, lecz głos mu się złamał w wstydliwy sposób. – To co mi zrobisz?

– Tobie? Nic. – Utkany wzruszył ramionami. – Rankiem znajdziesz się poza zasięgiem mojego gniewu. Ale twoim przyjaciołom, których ukrywam przed władzami i utrzymuję za swoje pieniądze? Albo twojemu ojcu, któremu wciąż opłacam medyka? Wszyscy należą do mnie i zniszczę ich, jeśli tylko mi się zechce. Bogowie tylko wiedzą, w jakim humorze będę jutro. Może śniadanie będzie niesmaczne? Może zaskoczy mnie deszcz? A może pewien zarozumiały skurwiel postanowi mi się sprzeciwić? Takie rzeczy potrafią wpędzić w paskudny nastrój, nie uważasz?

Chid pomyślał sobie, że listę błędów należy ułożyć na nowo. Zaufanie człowiekowi siedzącemu naprzeciwko było z pewnością największym z nich. Do tej pory sądził, że porozumienie z Utkanym oparte jest na partnerstwie. Dwóch równych sobie ludzi połączonych podobną wizją świata. Teraz wiedział, że w tym układzie był takim samym partnerem, jakim świnia była dla rzeźnika.

Jeśli po wszystkim postawią mi nagrobek, epitafium powinno brzmieć tak: „Tu spoczywa największy z frajerów”. Przynajmniej jedno zdanie na mój temat będzie prawdą.

Utkany postawił kaptur, chwycił lampę i powoli wstał, garbiąc się jak starzec. Zmiana roli zajęła mu tyle czasu co jeden oddech. Zanim się odwrócił, wycelował w Chida laską.

– Przemowa ma być niedługa i treściwa – rzekł chłodno. – Pamiętaj, szubienica to nie uniwersytet. Oczekuję, że ludzie będą wiwatować. Nie tylko ci, którym za to zapłaciłem, jasne?

Chid nie odważył się spojrzeć mu w twarz, nawet jeśli ta znajdowała się w cieniu kaptura.

– Ludzie będą wiwatować – powtórzył.

– Szkoda, że to musiało się tak skończyć. Mogliśmy razem zajść naprawdę wysoko.

Chciałeś powiedzieć, że mój upadek mógłby być jeszcze bardziej bolesny.

Przez dłuższą chwilę trwali w krępującym milczeniu.

– Jak myślisz? – spytał Uktany. – Ile z tych dziesięciu minut już minęło?

 

 

 

 

 

 

Nie na żarty

– Zatem nikt nie widział tego człowieka. – Amose zanurzył brzytwę w misce, zmywając mydliny z połyskującego ostrza. Potem otarł twarz ręcznikiem i sprawdził, czy na brodzie został jeszcze jakiś przeoczony włosek. – Siwy drań, chudy jak śmierć, wszedł sobie w środku nocy niezauważony do rezydencji wielkiego rajcy, minął hol, wszedł po schodach i przespacerował się korytarzem do mojej sypialni. Przecież ktoś musiał go wpuścić, do cholery! Jesteś pewny, że przepytałeś wszystkich?

Patteck, jego osobisty ochroniarz, podrapał się leniwie po policzku.

– Tylu, ilu trzeba. Nikt taki tu nie pracuję. To nie był też posłaniec z pałacu, możesz być tego pewny.

Amose nie odwrócił się, wciąż oglądając swoje odbicie w zwierciadle. Mimo że sam wezwał wcześniej Pattecka, obecność ochroniarza strasznie go drażniła. Poranne golenie urosło przez lata do rangi rytuału. Nie lubił dzielić tych chwil z nikim innym. Sam na sam z tym uśmiechniętym przystojniakiem odbitym w szkle było czystą przyjemnością. Ludzie mieli szczęście, że mogli patrzeć na niego przez cały czas, lecz jednocześnie mieli pecha, bo nie mogli być nim. Każda z cech jego wyglądu zasługiwała na podziw: gęste ciemne włosy, których pozazdrościłaby niejedna kobieta, wyraźnie zarysowana szczęka niby wykuta w marmurze, umięśniony tors godny wojownika. Amose nie pamiętał, kiedy ostatnio ćwiczył. Czy istniał ktoś, kto wyglądał tak dobrze, ledwie kiwnąwszy palcem?

Słońce nie wychyliło się jeszcze ponad horyzont, gdy Amose zwlókł się z łóżka, obudził śliczną dziwkę i dał jej wolne do wieczora. Następnie wezwał Pattecka i posłał go na poszukiwanie prawdy o Szepcie. Jak na byłego skrytobójcę przystało, Patteck działał szybko i dokładnie. Wrócił po niespełna godzinie. Jak na byłego skrytobójcę przystało, nie wyglądał na zachwyconego, że został potraktowany jako chłopiec na posyłki. Kiedy się nie odzywał, stał sztywno z zaciśniętymi ustami i wlepiał w plecy Amose’a złowrogie spojrzenie. Emisariusz widział to wszystko w lustrze. Nie znosił tego smagłego, małomównego ponuraka. Kto wie, jakie pokręcone myśli kryją się w głowie człowieka, który niegdyś utrzymywał się z mordowania innych? Niemal czuć było unoszący się w powietrzu smród przemocy. Może i Patteck był użyteczny, lecz nie czyniło go to mniej odrażającym.

– Dlaczego myślisz, że Szept nie przybył z pałacu? List wygląda na autentyczny.

– Taką wiadomość przyniósłby królewski herold. To prestiżowa fucha wymagająca zaprzysiężenia. Z tego, co słyszałem, bywają tu często, przynosząc wiadomości do wielkiego rajcy. Ich twarze są tu dobrze znane nawet wśród praczek. Gdyby wczoraj przybył tu jeden z nich, dowiedziałbym się o tym w kwadrans. Zresztą heroldzi noszą zielone mundury, podobne do żołnierskich, nie bordowe, jak opisywałeś.

Oczy Amose’a otworzyły się szerzej. Do diabła, o tym nie pomyślałem.

– Też o tym pomyślałem – powiedział z uznaniem, jakby go tylko sprawdzał. – A więc to tylko dowcip, tak jak wydawało mi się od początku. Wypadałoby na niego odpowiedzieć, nie sądzisz?

– Innym dowcipem?

– Raczej wolałbym, żebyś znalazł tego całego Szepta i wyciągnął z niego, kto go tu naprawdę przysłał. Jeśli tak ci zależy na poczuciu humoru, spraw, by było to zabawne. Powiedz mu jakiś kawał albo coś.

Patteck wzruszył ramionami.

– Po co? Co jest śmieszniejsze niż krzywdzenie ludzi?

Amose niechętnie odszedł od lustra, by nałożyć koszule. Poranek był słoneczny, lecz chłodny. Na dodatek ton głosu Pattecka, gdy wspominał o krzywdzeniu ludzi, przyprawiał go o ciarki.

– Znakomicie. – Wymownie kiwnął brodą w kierunku drzwi. – Może zajmiesz się tym od razu?

– Wolałbym zostać.

– Słucham? – Amose uniósł brwi. To już była bezczelność.

– Wielki rajca przed chwilą wyszedł na poranne nabożeństwo. Zabrał ze sobą część swych domowych gwardzistów.

– Ale część z nich zostawił, prawda? Nie martw się o mnie, Patteck, nic mi tu nie grozi. Lepiej przysłużysz mi się na zewnątrz niż snując się za mną jak cień. Zresztą dzisiaj mam umówione spotkanie z rajcami i będę doskonale strzeżony. Masz jeszcze jakieś uwagi czy może zrobisz to, o co cię proszę?

– Nie. Nie mam żadnych uwag.

– Świetnie. A przy okazji, jak będziesz schodził, zajdź, proszę, do kuchni i uświadom kucharza, że już wstałem. Dzisiaj mam ochotę na jajka.

***

Patteck zacisnął pięści, wyobrażając sobie, że ściska Amose'a za gardło.

– Dobrze, powiem mu – wymamrotał i odwrócił się do wyjścia. Może przy odrobinie szczęścia ktoś napluje do talerza. Wyszedł na korytarz z trudem powstrzymując się przed zatrzaśnięciem za sobą drzwi. Przeszedł kilka kroków po ciemnym dywanie, sprawdził, czy nikogo nie ma w pobliżu, i kopnął w ścianę, dając upust swojej wściekłości.

Cóż za paskudny los zesłał mu takiego szefa? Amose, niech go piekło pochłonie. Marnotrawiący pieniądze osioł. Uzależniony od seksu, mizdrzący się przed lustrem, nadęty próżniak. Głupiec uważający się za geniusza. Tchórzliwa, kłamliwa gnida. Świat stanął na głowie. Jak tak żałosny człowiek mógł zajść tak wysoko i cieszyć się takim zaufaniem lagosjańskiego dworu? Przeklinał ten dzień, gdy rodzimy wywiad nakazał mu strzec jego pleców i słuchać poleceń. Najwidoczniej cechy, które kiedyś zasługiwały jedynie pogardę, w jakiś sposób dzisiaj były w cenie. Czy nikt już nie dostaje tego, na co zasługuje?

Cztery plotkujące pokojówki pospiesznie zeszły Patteckowi z drogi i rozpierzchły się każda w inną stronę. Po za nimi na całym piętrze nie spotkał żywego ducha. Pod nieobecność rajcy służba prezentowała imponujący pokaz lenistwa. Na środku korytarza leżało przewrócone wiadro i nikt nie miał zamiaru czegoś z tym zrobić. Okna były brudne, kwiaty suche, a ramy portretów zakurzone. Wyglądający z nich starzy ludzie patrzyli na Pattecka pełnym dezaprobaty wzrokiem. Mają rację, pomyślał. Zazdrościł im, że żyli w tych zamierzchłych czasach, gdy dane słowo coś znaczyło, zanim egoizm zmienił się w religię, a pieniądz stał się bogiem. Miał trzydzieści osiem lat, a był już taki zmęczony życiem. Czuł, że najlepsze lata ma już za sobą i bezpowrotnie je zmarnował, poświęcając swoje talenty ludziom podobnym do Amose'a, tylko dlatego, że mieli więcej złota niż ci uczciwi i lojalni. Nie ma na świecie sprawiedliwości. Oczekiwanie jej, samemu się do tego przyczyniając, stanowiło najobrzydliwszy przykład hipokryzji.

Dotarł do krętych schodów. Po stopniach wspinała się dwójka ogorzałych od słońca mężczyzn, tak brzydkich, że Patteck odwrócił wzrok. Mieli na sobie pożółkłe wełniane koszule z poobgryzanymi kołnierzami i poplamionymi rękawami. Uznał, że byli robotnikami, gdyż jeden z nich trzymał cegłę, a drugi niósł worek. Pewnie robili gdzieś jakiś remont. Gdy ujrzeli Pattecka, zatrzymali się i zeszli na bok, by go przepuścić, kłaniając się przy tym niezgrabnie, jak para dziobiących ziarno kurczaków.

Głupcy. Chyba wzięli mnie za jednego z domowników.

Na schodach czuć było zapach świeżego chleba i smażonego mięsa. Przyjemna woń nie poprawiła Patteckowi humoru. Wciąż pamiętał o poniżającym zadaniu, które czekało go w kuchni.

Amose. Cóż za paskudny los zesłał mu takiego szefa? Gdyby tylko mógł zepchnąć tego zarozumialca ze schodów i powiedzieć wszystkim, że to był wypadek.

– Hej, ćwoku! – usłyszał za plecami. Odruchowo obejrzał się za siebie.

Coś trzasnęło go w twarz. Świat rozbłysnął i wywrócił się do góry nogami. Patteck poczuł, że traci grunt pod stopami i zawisa w powietrzu. Nagle wszystko zaczęło wirować. Nie czuł nóg. Nie czuł rąk. W uszach rozbrzmiewał mu dźwięk podobny do uderzenia gongu. A świat wirował i wirował, rozmywając się z każdym obrotem.

Potem zgasł.

***

Drzwi otworzyły się z hukiem. Amose uniósł głowę znad pisanego listu, krzywiąc się gniewnie.

– Czy nikt nie nauczył cię pukać?

Dwóch nieogolonych mężczyzn przeszło przez próg zdecydowanym krokiem. Ależ byli paskudni, aż chciało się rzygać. Krępi i garbaci, wyglądali jak spocone małpiszony, które przed chwilą zeszły z gałęzi. Ten z prawej miał łuszczącą się skórę i masę pryszczy, zaś jego kompan straszył otoczenie zezem i ubytkami w uzębieniu. Na ramię zarzucił sobie pusty worek.

– Nie – odezwał się Pryszczaty. – No jakoś, kurwa, się nie zdarzyło.

– Ale to nie jego wina – powiedział Zez. – Rodzice nie zapewnili mu porządnej edukacji. Czytać też nie umie.

– Na chuj mi to?

Amose zamarł. Czy właśnie doświadczał halucynacji? Ludzie tacy jak ci dwaj nie mogli przebywać w tym samym pomieszczeniu z ludźmi jego pokroju. Świat nie działał w ten sposób. Wręcz przeciwnie. Zaprojektowano go tak, by podobne rzeczy się nie zdarzały. Dlatego właśnie budowano grube mury. Dlatego wyznaczano granice. Dlatego drzwi miały skomplikowane zamki i były pilnowane przez uzbrojonych strażników.

– Co to ma znaczyć? – Zaślinił się z tego całego oburzenia. – Czy wiecie kim jestem?

Intruzi spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

– Pewnie, że wiemy. – Zez zrobił urażoną minę. – Myślisz, że szliśmy tu taki kawał i wspięliśmy się po tych wszystkich schodach, nie wiedząc do kogo?

– Masz nas, kurwa, za idiotów? – Pryszczaty uniósł pięści.

– Spokojnie, stary. – Zez położył dłoń na ramieniu towarzysza. – Pamiętaj, mamy go dostarczyć w jednym kawałku.

– Przecież się nie połamie.

– Wynoście się stąd! – wrzeszczał Amose, wstając i wymachując ręką w stronę drzwi. – Wy pieprzeni śmierdziele. Ale już!

Pryszczaty przekrzywił głowę i podwinął rękawy.

– No teraz to mu przyłożę.

– Stój! On chce cię tylko sprowokować.

– To mu się, kurwa, udało.

Nogi Amose'a ugięły się, gdy cofał się o krok. Jakże łatwo wściekłość zmieniała się w strach. Do tej pory wierzył, że nikt nie śmie tknąć go palcem. Zadrzeć z emisariuszem to jak zadrzeć z całym krajem. Obecnie widział w tej logice poważne luki. Jeśli Pryszczaty rzuci się na niego jak zwierzę, przecież to nie Lagos tak naprawdę ucierpi, tylko on. Z chęcią zamieniłby immunitet dyplomaty na prawdziwą tarczę, za którą mógłby się ukryć.

Gdzie strażnicy i służba? Dlaczego nikt nie przychodzi mi z pomocą? Odesłanie Pattecka okazało się najgorszym z pomysłów. Teraz żałował, że tak zaniedbywał ćwiczenia i nie był nawet w ułamku takim wojownikiem, na jakiego wyglądał.

– Nie zbliżaj się – zaskrzeczał. Mało brakowało, a przewróciłby się, zahaczając o stolik. Pusty dzbanek rozbił się na ziemi. – Mój ochroniarz już tu idzie. – Naprawdę chciał w to wierzyć. – Jest groźnym zabójcą. Rusz mnie palcem, a pożałujesz, że się urodziłeś.

Pryszczaty przystanął wyraźnie zbity z tropu.

– O kim on, kurwa, mówi? – spytał Zeza.

– O tamtym ze schodów.

– Phi – prychnął. – Nie był wcale taki groźny.

– Na pewno nie po tym, jak rzuciłeś w niego cegłą.

– Musiałem jakoś wyrównać szanse, nie?

– No tak – odburknął Zez, nie kryjąc przygany. – Nawet największa sierota może pokonać wyszkolonego skrytobójcę, gdy wcześniej roztrzaska mu czaszkę.

– Hej! Co to, kurwa, miało znaczyć?

– Posłuchajcie mnie. – Plecy Amose'a zetknęły się ze ścianą. Nie miał dokąd uciec, a pomoc najwyraźniej miała nie nadejść. Pozostało mu tylko jedno. Kupić własne życie cudzymi pieniędzmi. – Przecież możemy dojść do porozumienia. Mam pieniądze.

– Ja też – odparł Pryszczaty. – I co z tego?

– On chce nas przekupić. – Zez zakrył oczy dłonią i westchnął. – Zły ruch, paniczu. Próba wręczenia łapówki urzędnikowi na służbie to poważne wykroczenie. Będę musiał wspomnieć o tym w swoim raporcie. Szept nie będzie zadowolony.

To imię podziałało na Amose'a jak cios w twarz. Wszystko jasne. To była kolejna część dowcipu. Nic tak naprawdę mu nie groziło. Chcą mnie tylko nastraszyć. Musiał przed sobą przyznać, że wykonują doskonałą robotę. Omal nie narobił w spodnie.

No dalej. Macie mnie. Wyjdźcie z ukrycia i śmiejcie się.

– No już, paniczu. – Zez rzucił mu pod nogi worek. – Nałóż to na głowę i idziemy. Tylko grzecznie.

– Ja tam nie mam nic przeciwko temu, byś się trochę poszarpał – wtrącił Pryszczaty.

– Dokąd idziemy? – Amose miał coraz mniejsze nadzieje na to, że padł ofiarą dowcipu. Raczej był po prostu ofiarą.

– Jak to? Nie dostałeś listu? Na egzekucję.

– Założysz w końcu worek na tę gębę, czy mam ci w tym pomóc?

Amose z całego serca pragnął pomocy, lecz wątpił, by Pryszczaty mógł jej dostarczyć, chyba że chodziłoby o pomoc w skrzywdzeniu się.

Co robić?

Nie było wyjścia, musiał walczyć. Brzydził się przemocą, lecz nie miał wyboru. Czas zacisnąć pięści i zachować się jak mężczyzna. Co prawda mógł zachować się jak tchórz, którym był, i od razu się poddać. Ale to oznaczałoby upokorzenie i niepewny los.

Zez uniósł brwi, wyraźnie zniecierpliwiony. Pryszczaty napiął mięśnie, aż na szyi uwydatniły się fioletowe żyły.

Co robić?

Z drugiej strony wstyd bolał mniej niż utrata zębów, a niepewny los wydawał się wart ryzyka, w przeciwieństwie do pewnego pobicia.

Pociągając nosem, nałożył worek na głowę. Przez ciemną tkaninę nie sposób było cokolwiek dostrzec. Nie wiedział, który z tej dwójki wykręcił mu ręce, ale zrobił to bardzo fachowo.

– Wyprowadzamy go od kuchni? – usłyszał przy uchu głos Pryszczatego.

– Nie, od frontu. I tak nas zobaczą. Nałóż maskę.

W worku było nieprzyjemnie duszno. Czuł zapach własnego oddechu. Prowadzili go bezceremonialnie, lecz bez przesadnej brutalności. Zeszli po schodach, potem posadzka zmieniła się w nierówny bruk i zrobiło się chłodniej. Byli na zewnątrz. W oddali rozbrzmiał świątynny dzwon. Wybił osiem razy, zanim weszli na równiejsza drogę, na której Amose już się nie potykał. Wszędzie wokół tupały stopy, jakby w pobliżu roiło się od ludzi.

– Ratunku! – wydał z siebie zduszony krzyk. – Pomóżcie mi!

Jedyną reakcją były podniesione, pełne przejęcia głosy. Z początku nie rozumiał, co mówiły. W końcu rozróżnił dwa słowa, które zmroziły mu krew w żyłach.

Trzecia Ręka.

 

 

 

 

 

 

Dlaczego ludzie potrafią lepiej umierać niż żyć?

Zmuszenie skazańca do spędzenia swojej ostatniej nocy w towarzystwie kata to stara tradycja pochodząca z czasów przed Rozłamem, kiedy prawo do wykonania wyroku posiadał jedynie kapłan Amyrl'hana. Elitarność zawodu powoli przeminęła, a śmierć szybko spowszedniała. Dzisiaj powierzano czarny kaptur każdemu, kto potrafił pociągnąć za dźwignię lub kopnąć skazańca w plecy, przeżyć z szarganym sumieniem i pogodzić się ze społecznym wykluczeniem. Chid spodziewał się bestii w ludzkiej skórze oraz nocy pełnej psychicznych, a może i nawet fizycznych tortur.

Pierwszy raz od uwięzienia doznał czegoś w rodzaju przyjemnego zaskoczenia.

– Ile pozostało czasu? – Chid stracił rachubę, który raz już o to pytał.

– Jeszcze trochę.

Zerknął na nią siedzącą na parapecie, wgryzającą się w kolejne jabłko. Przyniosła ich cały worek i chętnie się dzieliła. Przemiła, małomówna pani, lekko po pięćdziesiątce, o szerokiej uczciwej twarzy. Wciąż nie wiedział, co ma sądzić o tym, że katem była kobieta. Trudno było sobie wyobrazić mniej damskie zajęcie, ale z drugiej strony gdzie było powiedziane, że zadawanie śmierci jest domeną mężczyzn? Wątpił, by jego szyi robiło różnicę, kto założy na nią pętle.

Wypluła pestkę i wyrzuciła ogryzek owocu przez okno. Potem sięgnęła po następne.

– Chcesz?

Pokręcił głową i skrzywił się z bólu. Ależ był odrętwiały. Spędził całą noc w niewygodnej pozycji, oparty plecami o ścianę, byle nie zasnąć. Nie zamierzał przespać reszty swojego życia. Łańcuch na kostce zastąpiły kajdany. Pocieszał się tym, że nie skuli mu rąk za plecami, dzięki czemu mógł sam zjeść kilka jabłek.

– Nie chcę napchać się przed śniadaniem. Mają być ziemniaki z kapustą, wiesz?

Uśmiechnęła się słabo.

– No, no. W takich chwilach cieszę się, że płacę podatki.

– Ach, podatki – westchnął. Słowa, które wygrzebywał z pamięci, miały gorzki posmak. – Legalny rabunek. Państwo udaje szlachetnego rzezimieszka ze starych opowieści, który zabiera bogatym i daje biednym. To są pieniądze nas wszystkich, mówią nam. Płacimy je, by chronić słabszych i wyrównać szanse. Lecz w jakiś sposób bogaci są coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi, a ludzie przychodzą na świat bez żadnych szans na godne życie.

– Byłam tam – mruknęła w przerwie między kęsami.

– Słucham?

– Byłam w Eddinie odwiedzić siostrę i jej męża. Przemawiałeś tego dnia na rynku i użyłeś tych samych słów.

– Podobało ci się?

– Bardzo. Gdy przyjechałeś do Królewskiej Dumy, chodziłam na każde z twoich wystąpień. Potem… potem przestałam.

Chid chrząknął na myśl, że uśmierci go jedna z osób, od której oczekiwał ratunku. Życie naprawdę było żartem. I to w kiepskim guście.

– Pewnie nie mam co liczyć, że mnie uwolnisz?

– Pewnie nie. Potrzebujesz kolejnego rozczarowania?

– Słusznie. Ale cóż mogę poradzić? Zawsze byłem niewolnikiem własnych oczekiwań. Chyba trochę za późno, by to zmienić, prawda?

– Chyba tak.

– Dlaczego przestałaś chodzić na moje przemówienia?

– Może lepiej nie mówmy o tym.

Umilkli i w celi nie było słychać nic poza odgłosem przeżuwania. Chid przełknął ślinę. Jedno z pytań cisnęło mu się na usta od wielu godzin.

– Czy to będzie bolało?

Spojrzała na niego bez wyrazu.

– Adepci nauk twierdzą, że nie. Gdy zawiśniesz, w szyi łamie ci się coś ważnego i potem nie czujesz nic. Śmierć przychodzi praktycznie natychmiast.

– Wierzysz w to?

– Czasem wydaje mi się, że nie wierzę w nic innego.

– Nawet w życie po śmierci?

– W to na pewno – odparła. – Nie podoba mi się myśl, że w zaświatach miałabym spotkać tych wszystkich ludzi, których powiesiłam. Wielu z nich było prawdziwymi potworami. Tacy, jak oni, powinni zostać martwi.

Za oknem rozbrzmiały niewyraźne pokrzykiwania. Chid zastanawiał się, czego chcą pierwsi z zebranych gapiów. Domagają się uwolnienia swojego bohatera czy krzyczą z niecierpliwości i ekscytują się na myśl, że zobaczą, jak umiera człowiek? Potem pomyślał z przygnębieniem, że jedni i drudzy po wszystkim udadzą się do domów i zjedzą obiad.

Widowisko. Nigdy nie byłem niczym więcej. Schło mu w gardle na myśl o swojej ostatniej przemowie. Przez ostatnią noc nie wymyślił nic wartego powiedzenia. Utkany będzie rozczarowany. Chid nie miał złudzeń, że przyjaciele i ojciec szybko się o tym przekonają.

– A co z niewinnymi? – spytał ostrzej niż zamierzał.

– Ich także nie chciałabym spotkać. – Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok, nie chcąc spojrzeć mu w oczy. – Ktoś musi to robić – dodała cicho, niby do siebie.

– Bez obrazy, ale wolałbym, by nikt nie musiał tego robić.

Parsknęła hałaśliwie i wypluła kolejną pestkę.

– W takim razie zatrzymaj swoje pretensje dla bogów, jeśli jakiś spotkasz. To oni postanowili urozmaicić życie zbrodnią, zdradą i bólem, a potem nauczyli przeróżnych bydlaków, jak z tego korzystać i uczynić świat gównianym miejscem.

– Pragnąłem to zmienić. – Przynajmniej dopóki się nie sprzedałem.

– No i spójrz, gdzie cię to doprowadziło. – Jej głos z każdym słowem stawał się coraz bardziej zgryźliwy. – Pytałeś, dlaczego przestałam chodzić na twoje przemówienia. Naprawdę chcesz wiedzieć?

Zmarszczył ze zdziwieniem czoło. Gdzie się podziała przemiła pani z jabłkami i kiedy przyszła ta złośliwa jędza? Teraz nie unikała jego wzroku. Patrzyła mu prosto w twarz z mieszaniną pogardy i pretensji, jakby obwiniała Chida za osobiste krzywdy.

– Zrozumiałam, że nie byłeś odpowiedzią, której szukałam. – Pochyliła się w stronę skazańca. – Zadałeś tysiące pytań, lecz nie podałeś ani jednego rozwiązania.

– Zadawanie pytań to kluczowa część mojej retoryki – bronił się.

– Ale bez odpowiedzi twoja retoryka była zwykłym pierdoleniem. Nic, tylko szukałeś wszędzie winnych. Wmówiłeś wszystkim, że za ich problemy odpowiedzialność ponoszą ludzie, których nigdy nie widzieli na oczy. Oczywiście, że ci uwierzyli. Któż chce żyć z poczuciem, że sam bez niczyjej pomocy zmarnował sobie życie? – Zrobiła kwaśną minę. – Niszczyciel podziałów, cóż za bujda. Nikt przed tobą nie szczuł jednych na drugich tak jak ty. Powiedz mi, jak chciałeś zmienić świat, nie zmieniając tych, którzy go tworzą?

Otworzył usta, chcąc odpowiedzieć, lecz z przerażeniem zdał sobie sprawę, że poza „nie wiem” ma niewiele do powiedzenia. Mógłby przypomnieć jej, że świat pełen jest ciężko pracujących ludzi o dobrych sercach, chcących dla wszystkich jak najlepiej. Gdyby jednak tak było, nie siedziałby tutaj, odliczając pozostałe mu sekundy.

Nie zdążył zastanowić się nad odpowiedzią. W tej samej chwili u krat zjawił się Iglo. Szczerzył się jak wredny dzieciak wrzucający żabę do ogniska.

– Twoje śniadanie, truposzu – uniósł do góry miskę z parującym jedzeniem. – Musisz umierać z głodu.

Chid zacisnął usta, podnosząc się na zesztywniałe nogi. Trzęsło nim w środku na widok strażnika. Bogowie, jakże nienawidził tego drania. Śmierć, wojna, ból, zaraza i głód – żadna z tych rzeczy nie była tak przesiąknięta złem jak ten młodzieniec. Utkany wydawał się przy nim świętym. Pani kat miała racje. Jak mógł liczyć na to, że zmieni świat na lepsze, gdy wypełniali go tacy jak Iglo?

Strażnik przekazał Chidowi posiłek przez kraty.

– Smacznego. – Ledwie powstrzymywał się od śmiechu.

– Co to ma być? – W misce nie było nic poza rozpaćkaną papką, bardziej przypominającą rzygowiny niż jedzenie.

– Kapusta się skończyła. Masz jakiś problem?

Każdy człowiek ma swój limit. Przekroczywszy go, eksploduje. Z dzikim wrzaskiem Chid cisnął miską w kraty, celując w zadowoloną z siebie twarz Iglo. Skrępowany przez kajdany mógł jedynie pomarzyć o celnym rzucie. Iglo odskoczył i uniósł ręce. Tania ceramika rozpadła się na kawałki. Ziemniaki rozbryznęły na wszystkie strony. Większość wylądowała Chidowi na spodniach, lecz dla niego liczyło się tylko tych kilka grud, które obryzgały strażnikowi brodę, czoło i rękawy. A także grymas zaskoczenia wykrzywiający szczurzą gębę.

Wspaniale było dać porwać się złości, nie dbając o konsekwencje. Chid poczuł się lepiej niż kiedykolwiek w życiu, patrząc, jak Iglo czerwieni się i niezdarnie wyciera brudną twarz brudnymi rękawami. Nie przejmował się, tym, że strażnik wrzeszczał i wymachiwał pięściami. Wręcz przeciwnie, srał na to. Srał na wszystko inne. Na wyrok śmierci, na Utkanego, na swojego ojca i przyjaciół. Żałował tylko, że nie ma pod ręką jeszcze czegoś, czym mógłby rzucić. Najlepiej noża.

Iglo odszedł, obrzucając go wyzwiskami. Chid wziął głęboki wdech i obrócił się, z trudem utrzymując się na nogach. Gniew wypalał się w nim szybciej niż zapałka. Ależ był zmęczony. I głodny. A gdy spojrzał na zeskakującą z parapetu panią kat, przerażony nadciągającym losem.

– Już?

Wyciągnęła klucze do celi.

– Już.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Władca i jego pan

Tłum gęstniał z każdą chwilą, podobnie jak rozgrzane słońcem powietrze. Około pięć tysięcy ludzi zdążyło się zebrać na placu, otaczając szubienicę ciasnym półkolem. Był to jeden z tych wrzeszczących, lekko falujących motłochów, zostawiających po sobie smród i dywan śmieci. Najgłośniejsi byli ci z pierwszych rzędów. Przyszli wcześniej, by zająć możliwie najlepsze miejsce, a teraz wściekali się, że muszą czekać, cierpiąc długie minuty niewygody dla chwili rozrywki. Niektórzy pewnie chętnie machnęliby na to ręką i wrócili skąd przyszli, lecz nie mieli na to szans. Dziesiątki uliczek dostarczały stały dopływ ludzi. Gdyby ktoś spytał Amose'a o zdanie, powiedziałby, że do dziesiątej tłum rozrośnie się jeszcze trzykrotnie.

Ale odkąd został porwany z rezydencji wielkiego rajcy nikt nie pytał go o zdanie. Dopiero co zdjęto mu worek z głowy, kazano usiąść i być grzecznym. Pierwsze piętro królewskiego więzienia wyposażone było w balkony, na wypadek gdyby trzeba było zapewnić możnym i ważnym doskonały widok. Dziś żaden się nie zjawił i na balkonach rozsiedli się znudzeni strażnicy. Amose'a posadzono na centralnym, najszerszym z nich, przeznaczonym dla najważniejszych osobistości. Wypolerowana balustrada z różanego marmuru aż błyszczała. Krok od niej ustawiono trzy wysokie fotele z szerokimi oparciami oraz trzy okrągłe stoliki wypełnione po brzegi słodyczami, owocami i winem. Amose bał się tknąć jedzenia nawet palcem. Siedział nieruchomy jak statua. Ludzie z dołu wskazywali na niego palcami, zastanawiając się kim jest, lecz nie przejmował się tym ani trochę. Nieustannie zerkał za siebie, spodziewając się wszystkiego. Był pewien, że pozostałe dwa fotele nie pozostaną długo puste. Oszklone drzwi na balkon zamknięto od razu jak usiadł. Czasem kątem oka dostrzegał w nich zamaskowaną twarz, lecz gdy odwracał głowę, widział tylko własne zniekształcone oblicze.

Na rozgrzewkę wywleczono na szubienicę dwie młode dziewczyny, według słów recytatora winne prostytucji bez oficjalnego zatrudnienia w jednym z domów rozkoszy. Karą miała być chłosta poprzedzona zdarciem ze skazanych ubrań. Wybuchły radosne wiwaty, jakby ogłoszono, że zaraz wszystkim rozdadzą pieniądze. Mężczyźni rozpaczliwie przepychali się do przodu, byle zobaczyć kawałek nagiego ciała. Wszędzie roiło się od wymachujących rąk i rozwrzeszczanych twarzy. Amose odchylił się z obrzydzeniem, próbując wcisnąć się w fotel. Tłum tworzyli ludzie, jednak zachowywali się jak zwierzęta. Czy żaden z tych durni nie widział w życiu kobiety?

Drzwi balkonu otworzyły się nagle i Amose poderwał się na nogi. Najpierw wszedł jeden z zamaskowanych porywaczy. Po rozmieszczeniu plam na koszuli i sposobie garbienia Amose mógł zgadywać, że to Pryszczaty. Zez wszedł zaraz po nim i to nie sam. Pomagał iść słaniającemu się na nogach starszemu mężczyźnie.

– Stopa wysoko, wasza miłość – wskazał uprzejmie. – Tu jest próg.

Amose potrząsnął ze zdumieniem głową, patrząc na okropnie wątłą i pobladłą twarz. To był król Pretandal I? Przecież ten człowiek pewnie nie miał sił sam się ubrać, a na pewno nie w te ciężkie, obszyte futrem szaty i gruby łańcuch z rubinem wielkości jaja. Gdyby nie Zez, z pewnością by upadł. Jego spojrzenie było nieobecne, jakby nie był świadomy tego, co się dzieje wokół. Bezbronny jak niemowlę, dał się poprowadzić i posadzić na środkowym fotelu. Gdy usiadł, westchnął z długo oczekiwanej ulgi. „Nigdy więcej chodzenia”, zdawała się mówić jego mina. Był to najmniej królewski wyraz twarzy, jaki Amose mógł sobie wyobrazić.

Zez i Pryszczaty zniknęli za oszklonymi drzwiami. Zanim Amose zdążył się z tego ucieszyć, przyszedł Szept.

Nie wiedział, jakim cudem pomylił go wczoraj ze służącym. Nikt, kto zarabia na życie ścieląc łóżka, nie wygląda tak złowieszczo. Dziś Szept nosił się na czarno niczym grabarz, a twarz miał ponurą jak cmentarz. Na dole tanie przedstawienie właśnie się zakończyło i tłum znów stawał się znudzony. Zamieszanie na balkonie wzbudziło wśród zebranych przelotne zainteresowanie. Ktoś rozpoznał króla i wkrótce zaczęto wykrzykiwać imię władcy Gamyru. Szept oparł się o balustradę, surowo marszcząc czoło.

– Może pomachasz im, wasza wysokość?

– Muszę? – spytał król żałośnie.

– Tak by wypadało.

Król zmierzył wzrokiem dzielącą go od Szepta odległość. Był zrezygnowany, jakby miał do przebycia wiele mil. Wstał powoli z głośnym stęknięciem i wyrazem bólu na twarzy.

– Dalej, wasza wysokość. Zobaczysz, ludzie się ucieszą.

Dziecinna zachęta podziałała niczym magiczne zaklęcie. Król dopadł do poręczy i pomachał z werwą tłumowi. Oczywiście wybuchła niewielka wrzawa i zaczęto bić brawa. Królewski łańcuch zrobił jednak o wiele mniejsze wrażenie niż dwie pary gołych cycków.

– Powinienem coś powiedzieć? – Król zerknął niepewnie na Szepta.

– A po co? I tak nic nie usłyszą. Dobra, wystarczy. Niech wasza wysokość siada i napije się wina.

– Mogę?

– Czemu nie? Jesteś królem.

– Wasza wysokość – rzekł Amose, otrząsając się z szoku – jestem zmuszony zaprotestować. To, co mnie spotkało…

– Co to za człowiek? – zapytał król, siadając.

– To, wasza wysokość, jest lagosjański dyplomata.

Król milczał, lekko rozchyliwszy usta. Jego czoło przecinał głęboki mars.

– Lagosjański – powtórzył. – To gdzieś na wschodzie?

– Na zachodzie, wasza wysokość – podpowiedział Szept. – Kupa skał, którą ktoś dla żartu nazwał krajem. Ledwie obsiali kilka pól, wygrali ze dwie pomniejsze wojny i przestali wylewać nieczystości na ulicę, a już myślą, że są wielkim państwem, i żądają, by się z nimi liczyć. Zapominają, że wciąż są tą samą skłóconą bandą górali, z których wszyscy się śmieją.

– Ależ wasza wysokość! – Amose nie rezygnował, choć sprawy szły w najmniej korzystnym kierunku. Wyglądało na to, że król tańczył do muzyki wydobywającej się wyłącznie z ust Szepta. – To niedopuszczalne.

– Nie lubię go. – Król wskazał palcem Amose'a. – Jest strasznie głośny.

– Żeby tylko – Szept pokręcił znacząco głową. – To przeklęty przez bogów idiota. Na dodatek taki, który myśli, że jest najsprytniejszy na świecie. Wystarczy dać mu ładną dziwkę, która będzie nazywać go tatuśkiem, a wyzbywa się resztek ostrożności. Przestaje uważać, co komu mówi, i chowa listy niewystarczająco głęboko. Zważywszy, co tam wypisano, to wyjątkowo głupi ruch, nawet jak na niego.

Amose poczuł przeszywający chłód. Miał wrażenie, że krew zakrzepła mu w żyłach, a żołądek wywrócił się na drugą stronę. Cała sytuacja miała taki ciężar, że opadł na fotel. Czytali listy. Znali rozkazy i meldunki. Wiedzieli o wszystkim. O piratach z Potrzasku. O prowokacji na granicy z Lemergardem. O otruciu hrabiego Umendalitha i wynajęciu Strachów na Wróble, którzy, udając zamorskich barbarzyńców, najechali jego ziemie. Z przerażeniem pomyślał o wszystkim, co mówił dziwce w łóżku. Suka musiała szpiegować go od samego początku.

– Co z nim zrobimy? – Król oblizał usta. Ożywił się, gdy zauważył stryczek. – Powiesimy go?

– Zobaczymy. Najpierw musimy powiesić Zakotwiczonego.

– A kto to taki?

– Cierń w moim oku. – Twarzy Szepta poszarzała. – Narzędzie naszych wrogów. O, właśnie idzie.

Tłum zawył. Z mroku więziennego tunelu wypchnięto niskiego człowieka w kajdanach, prowadzonego przez dwójkę strażników w bojowym rynsztunku. Za nimi kroczył kat z twarzą zasłoniętą czarnym spiczastym kapturem. Amose'owi wydawało się, że dostrzega pod ciemnym płaszczem oprawcy delikatny zarys piersi, ale zaraz potem pomyślał, że to niedorzeczne.

Zakotwiczony robił marne wrażenie, przynajmniej dopóki strażnicy musieli zachęcać go do każdego kroku. Potem skazaniec wyprostował się i dalej poszedł sam, godnie unosząc podbródek. Ogłuszający ryk nie robił na nim najmniejszego wrażenia, jakby te tysiące ludzi było co najmniej w innym kraju. Krocząc w kierunku platformy, Zakotwiczony skierował wzrok na balkon zajmowany przez króla. Amose mógłby przysiąc, że skazaniec patrzy prosto na niego.

Chciałbym być w połowie tak odważny, pomyślał.

 

 

 

 

 

 

Na końcu sznura

Chid ledwie widział na oczy oślepiony przez jasne światło i napływające łzy. Odwrócił twarz jak najdalej słońca. Ogarniały go mdłości. Wrzawa tłumu miała taką siłę, że niewiele brakowało, a przewróciłby się na tyłek. Wolał nie myśleć, na jak przerażonego musi wyglądać w swych ostatnich chwilach. Zdrętwiałe nogi wydawały się należeć do kogoś innego. Nie miał pojęcia, w jaki sposób zmusza je do kolejnych kroków. To jedna z tych zagadek, na które nie pozna odpowiedzi.

W drodze na szubienice nie potrzebował niczyjej pomocy. Umrzeć było najłatwiejszym zadaniem w życiu. Pięć schodków i wspiął się na platformę. Deski upstrzone były krwawymi cętkami, jakby przed chwilą zarżnięto tu prosiaka. Kolejne trzy kroki i stał na kwadratowej zapadni. Sznur wisiał tuż obok, kołysząc się leciutko. Więzienni strażnicy i kat weszli w ślad za skazanym, na wypadek gdyby zmienił zdanie i uznał, że śmierć nie pasuje mu do dzisiejszych planów. Chid zamrugał na zebranych gapiów. Przeklęte łzy. Czy widać, że płaczę? Twarze ludzi rozmazywały się przed oczami w lśniące smugi. Było ich tak wielu, więcej niż widział kiedykolwiek w jednym miejscu. Nigdzie nie dostrzegał bębniarzy. Utkany musiał zapłacić komu trzeba, by wielki mówca, Zakotwiczony, mógł gadać bez przeszkód. Ale to nie on miał się wypowiedzieć. Dziś publiczność należała do Chida.

Mój ostatni występ. Najżałośniejszy i najprawdziwszy.

Kat założyła mu na szyję szorstką pętlę. Miał wrażenie, że coś powiedziała, lecz w nie dosłyszał słów. Równie dobrze mogło to być „Odwagi” jak i „Obyś spłonął w piekle, dupku”. Recytator, cały czerwony na twarzy od krzyczenia na całe gardło, uniósł wzrok znad odczytywanego wyroku. Zdając sobie sprawę, że nikt go nie słyszy, wzruszył ramionami i spojrzał na Chida z niemym pozwoleniem. „Mi się już nie chce. Teraz ty”.

– Myliłem się! – wrzasnął Chid łamiącym się głosem, próbując przekrzyczeć tumult. Powtórzył okrzyk trzy razy, zanim zebrani uciszyli się na tyle, że stłoczeni w pierwszych rzędach mogli go usłyszeć. Zasady krasomówstwa wyparowały mu z głowy. Mówił więc to, co kryło się w sercu, nie ważne jak niespójnie miało zabrzmieć. – Nie miałem racji! – Ani odwagi, dobrego planu i prawdziwych idei. – Nie dostrzegłem wrogów tam, gdzie byli naprawdę! Nie był nim król, nie byli nim też kapłani, choć oni nie są bez winy! – Pot skapywał mu z czoła. – Nie była nim wszechobecna bieda, wysokie podatki i niesprawiedliwość! Jeśli do teraz nikt nie dał wam niczego za darmo, to już to nie nastąpi! Prawdziwym wrogiem jest jego brak, rozumiecie?! Nie! Sami nim dla siebie jesteście! Nie ma nikogo, kogo możemy obwinić za spieprzenie sobie życia! Równość to kłamstwo! Jedni ludzie rodzą się panami, a drudzy poddanymi! Drani jest pełno po jednej i drugiej stronie!

Ludziom najwyraźniej nie spodobało się to, co usłyszeli. Zadowolony tłum rzadko kiedy tak buczał. Chid nie dbał już o popularność. Jeśli wybuchną oczekiwane przez Utkanego zamieszki, to tylko dlatego, że okazał się mniej śmiesznym błaznem niż oczekiwano.

– Traktujecie siebie nawzajem jak gówno! – Krzyczał z całych sił, ale mało kto jeszcze słuchał. – A żądacie w zamian nie wiadomo czego! – Dostał czymś w ramię. Posiniaczone jabłko potoczyło się koło jego stóp i zatrzymało się w szparze między deskami. Następne były pomidory i jajka. Większość chybiała celu, rozpryskując się o belki szubienicy i ścianę więzienia. Chid postanowił mówić dalej, nawet gdyby chwycili za kamienie. – A najgorsze jest to…

Kątem oka zauważył nagły ruch. Podłoga zniknęła mu pod stopami. Jęknął zaskoczony, gdy spadał, a sznur zacisnął się wokół szyi. Dziwne, przecież spodziewał się tego przez całą noc, a był tak nieprzygotowany.

Wszystko potoczyło się tak szybko, że prawie to przegapił. Gwałtownie nim szarpnęło i nie mógł oddychać. Wił się i wierzgał nogami, szukając podparcia, choć dobrze wiedział, że niczego nie znajdzie. Coś gorącego ściekało mu po udach. Krzyki tłumu rozpływały się wraz z myślami. Wessała go ciemność.

Adepci nauk nie mylili się. W zasadzie nie poczuł bólu.

***

Jedno można było powiedzieć o królu, nie nadawał się do picia w równym stopniu jak do rządzenia krajem. Wystarczył wychylony duszkiem kielich wina, by jego głowa opadła bezwładnie na bok, jak u Zakotwiczonego, i natychmiast zasnął. Gęsta ślina ściekała po królewskiej brodzie na królewskie ramię. Oddychał nieregularnie, chrząkając przy tym w obrzydliwy sposób. Z każdą chwilą przechylał się coraz bardziej, niebezpiecznie zbliżając się do granicy upadku. Amose zastanawiał się bezsensownie, czy król obudzi się, kiedy zleci z fotela.

Z kolei Szept nie zwracał nie poświęcał władcy najmniejszej uwagi. Skazaniec nie żył, ale pokaz na dole trwał w najlepsze. Tłum nie chciał się rozejść, wydawał się tak rozczarowany i spragniony krwi, że gotów był zażądać powieszenia kogoś jeszcze. Nieliczni ze zwolenników Zakotwiczonego skandowali rewolucyjne hasła. Reszta skandowała, by tamci się zamknęli. W końcu wybuchła pierwsza bójka. Nikt nie powstrzymywał walczących. Wręcz przeciwnie. Szybko zrobiono im miejsce i zachęcano wesołymi okrzykami i gwizdami. Ludzie byli jak nafta, a przemoc jak iskra. Na zbiorowe szaleństwo, najbardziej zaraźliwą z chorób, jak dotąd nie znaleziono lekarstwa. Do dwóch miotających się na ziemi mężczyzn dołączali kolejni, wielu wbrew własnej woli, wciągnięci lub popchnięci przez któregoś z sąsiadów. Bójka zmieniła się w regularną bitwę, tyle że bez stron, szeregów i zwycięzców. Sami przegrani. Jakaś kobieta wskoczyła na plecy zataczającego się mężczyzny. Gdy upadli, zamienili się miejscami – on był na górze, ona na dole – i stratowała ich pragnąca uciec grupa. Nad ogarniętymi szałem ludźmi fruwały rzucone na oślep kamienie. Młody przysadzisty chłopak bez koszuli oberwał jednym w głowę i padł na bruk, brocząc krwią. Rana chyba była poważna. Chłopak się nie ruszał, a kałuża krwi wokół jego głowy szybko się powiększała. Lecz nikogo to nie obchodziło. Ludzie deptali po nieprzytomnym zajęci sobą i swoimi problemami. A tych wciąż przybywało. Zamieszki objęły cały plac. Wkrótce między ściśniętymi ciałami zalśniły noże. Chociaż wydawało się to niemożliwe, zrobiło się jeszcze paskudniej. Wrzaski złości, przerażenia i bólu utworzyły jeden pozbawiony znaczenia szum. Jedynymi dźwiękami przebijającymi się przez ten hałas był brzęk butelek i pisk kobiet uwięzionych w ludzkim młynie.

Król poruszył się niespokojnie przez sen i zamlaskał.

– O kurwa – szepnął Amose. Spostrzegł, że gnieżdżący się na balkonach strażnicy znikają jeden za drugim wewnątrz więziennych murów. Być może spieszyli zareagować na chaos na dole? Nie, dzisiaj próżno było szukać bohaterstwa. Sądząc po przerażonych minach, raczej pobiegli się ukryć. Kto mógłby ich winić?

Szept krzywił się jedynie z lekkim niesmakiem, patrząc na rozgrywające się sceny spod przymrużonych powiek, jakby podobne zamieszki zdarzały się w jego obecności zdecydowanie zbyt często i zdążył już się nimi znudzić. Wezwał Pryszczatego i Zeza, by wynieśli króla razem z fotelem, a następnie gestem dłoni nakazał Amose'owi, aby podążył za nim do środka.

– Zastanawiałeś się, po co zorganizowałem to wszystko? – spytał.

– Słucham?

– Dlaczego przyszedłem wczoraj do twojej komnaty, udając sługę? Dlaczego wysłałem po ciebie swoich najbrzydszych ludzi? Dlaczego kazałem ci oglądać ten nędzny pokaz i dlaczego jeszcze żyjesz, choć tak niebywale działasz mi na nerwy?

Dlatego, że jesteś obłąkany. Amose był jednak zbyt mądry i tchórzliwy, by tak odpowiedzieć.

– Przyznaję, że na pierwsze trzy pytania nie znam odpowiedzi…

Szept machnął ręką.

– One akurat są najprostsze, a odpowiedź kryje się w ostatnim z nich. Zrobiłem to, bo niebywale działasz mi na nerwy. Chciałem namieszać ci w głowie oraz odrobinę upokorzyć. A także dać do zrozumienia, kto tu tak naprawdę rządzi, i kogo przez ten cały czas próbowałeś zrobić w konia. Rozumiem, że znasz odpowiedź na pytanie czwarte?

– Nie zrobisz mi krzywdy, bo wiesz, że wywołasz tym wojnę z Lagos. – Amose nie wiedział, czy przekonuje jego czy siebie.

– Nie rozśmieszaj mnie. Do swego rodzaju wojny z Lagos i tak dojdzie, ale jeszcze nie teraz. Tylko głodny desperat wspina się na drzewo i sięga po zielone jabłko, kiedy może zaczekać aż te dojrzeje i samo wpadnie mu w ręce.

– Więc dlaczego?

– Przecież właśnie ci odpowiedziałem. – Szept uśmiechnął się z wredną wyższością. – Tak jak jabłko nie stanie się czerwone bez odpowiedniej ilości słońca i czasu, tak Lagos nie stanie się moje, tylko dlatego, że tak postanowię. Tutaj władzę zdobyłem za pomocą tej śliniącej się marionetki, którą każę wszystkim nazywać królem, i Trzeciej Ręki, którą sam stworzyłem. Władca Lagos jest młody, silny i daleko poza moim zasięgiem. Ma wiele ambitnych planów, które mogą mi stanąć na drodze. Jego jedyną słabością jest to, że wierzy słowom spisanym przez twoją dłoń.

To wystarczyło Amose'owi, by pojął, do czego prowadzi ta rozmowa.

– Chcesz mnie wykorzystać?

– Czemu tak się dziwisz? Już jesteś narzędziem, po prostu zmienisz właściciela. Dalej będziesz udawać wiernego sługę, pisać potajemne listy i spiskować ze swoim dworem, jak osłabić Gamyr. Tylko tym razem kłamstwa będziesz wysyłać w drugą stronę. Twoje zadanie jest dziecinne łatwe. Musisz sprzedać kit ludziom, którzy ci ufają. Wyobraź sobie, że jesteś pstrągiem, który nie musi więcej płynąć po prąd.

– Zostanę zdrajcą!

Szept przewrócił oczami.

– Przestań gadać głupstwa. Zdrajcami są tylko ci, którzy przejdą na przegraną stronę. Nie mów mi, że cenisz swoją lojalność wyżej niż, powiedzmy, dziesięć tysięcy koron.

Amose niemal zapomniał języka w gębie.

– Dziesięć..? Tysięcy…? – Smakował każde słowo. Dwie rezydencje. Wartość półrocznego kontraktu średniej wielkości kompanii najemników. – Koron? Przecież mówiłeś, że mnie nie cierpisz.

– Płaciłem większe pieniądze ludziom, których lubiłem jeszcze mniej niż ciebie.

– A jeśli odmówię? – Amose nie miał złudzeń, że przemawiają przez niego resztki patriotyzmu. Po prostu chciał usłyszeć otwartą groźbę. Nie dlatego, że to lubił, dzięki temu wiedziałby na czym stoi. Wtedy mógłby udawać przed samym sobą, że został pozbawiony wyboru.

– No cóż, w takim wypadku spróbuję wmówić światu, że Amose'a spotkał nieszczęśliwy wypadek. Jeśli mi uwierzą, przedstawię tę samą propozycję twojemu następcy. Jeśli nie… – Szept wzruszył lekceważąco ramionami – zdobyć Lagos będę musiał za pomocą stali i żołnierzy. Tych ostatnich mam wręcz za dużo.

Amose przygryzł wargę jak hazardzista stawiający wszystko na jeden rzut kością. No cóż, zostałem pozbawiony wyboru. Do omówienia pozostały jedynie szczegóły.

– Co z Patteckiem?

– Nie żyje. Nie mogłem ryzykować. Znałem jego reputację, z czasów kiedy obaj wykonywaliśmy ten sam zawód. Całe szczęście udzielił mu się twój brak ostrożności.

– On także wysyłał raporty – wskazał Amose. – Na dworze będą chcieli wiedzieć, co się mu stało.

– Potraktuj to jako swoje pierwsze zadanie. Pierwsza porcja kitu do sprzedania.

– Na jego miejsce wyślą kolejnego. Pewnie będzie węszył.

– Kolejne zadanie. Uwierz mi, bez nich życie byłoby całkiem nudne. Zresztą tych dziesięć tysięcy koron nie płacę ci za piekną buźkę.

– Jak będziemy się kontaktować?

– Często. Znasz już dwóch moich ludzi.

Och nie.

– Pryszczaty i Zez?

Szept roześmiał się donośnie. Szara twarz rozpromieniała nie pasującą do niej wesołością.

– Na twoim miejscu tak bym ich nie nazywał. Traktuj tę dwójkę tak jakbyś traktował mnie, czyli z tchórzliwą służalczością. Sugestii słuchaj jak rozkazów, a wszystko powinno być w porządku. – Znów spoważniał. – Uwierz mi, nie chciałbyś dowiedzieć się, jak reaguję na złe wieści.

Amose uwierzył.

– Co mam robić teraz?

– Teraz? Jeśli się pospieszysz, zdążysz na spotkanie rajców. Tylko proszę, przestań im wmawiać, że piraci z Potrzasku nie niosą ze sobą żadnego zagrożenia. Akurat wolałabym, by tę zagadkę ta banda idiotów rozwiązała sama. Moi ludzie cię odprowadzą i zapewnią bezpieczeństwo podczas zamieszek. Jak ktoś zapyta, mów prawdę. Byłeś na egzekucji. Wyjątkowo ciekawskim możesz pokazać zaproszenie, które ci dałem.

– Nie wydajesz się nimi przejęty. To znaczy zamieszkami.

– Dlaczego miałbym być? – Szept wyglądał na szczerze zaskoczonego. – Sam je zorganizowałem.

– Co? Dlaczego?

– Ponieważ lubię dawać wrogom poczucie, że wszystko idzie zgodnie z planem. Opuszczają wtedy gardę na tyle nisko, że mogę zadać cios. Chcieli krótkiego, acz długo pamiętanego chaosu, więc im go dałem.

Amose poczuł w gardle duszący ucisk.

– Zginie wielu ludzi – wychrypiał.

– Rzadko kiedy organizuje się egzekucje i masowe rozruchy w innym celu. Moi wrogowie się ucieszą. Zanim zorientują się, że wszystkich z obecnych na egzekucji agentów zabito podczas zamieszek, minie trochę czasu. – Oczy Szepta rozbłysły. – Nie tylko oni umieścili w tłumie swoich ludzi. Na dodatek pozbyłem się Zakotwiczonego. Czym jest kilka ofiar wobec takiego zwycięstwa?

– Ale te ofiary to twoi poddani. Twoi ludzie. – Amose nie rozumiał, jak ktokolwiek mógł zdecydować się na taką ilości przemocy i tak niewiele się tym przejąć. – To… po prostu bestialskie.

Szept był wyższy od Amose'a tylko o pół dłoni, lecz w jakiś sposób spojrzał na niego z góry, tak jak człowiek patrzyłby na wyjątkowo głupiego psa.

– Z doświadczenia wiem, że jeśli chcę zmusić kogoś do zrobienia tego, czego mu każę, nie warto zabierać się do tego z uśmiechem i dobrym słowem. Trzeba być kurewsko bezwzględnym. – Odchrząknął. – Więc jak, umowa stoi?

Na widok wyciągniętej ręki Amose zawahał się. Nie trwało to długo; dziesięć tysięcy koron i zachowanie życia pomogły podjąć decyzje. Pozwolił uścisnąć sobie dłoń. Czuł się tak, jakby zawarł pakt z diabłem. Może tak właśnie się stało?

– Jeszcze jedno. – Szept obnażył zęby, nie zwalniając uścisku. – Gdyby ktoś imieniem Utkany zaproponował ci kiedyś lepszą ofertę niż moja, przypomnij sobie Zakotwiczonego. On skorzystał z takiej oferty. Koniec jego sznura przywiązano do szubienicy. Pamiętaj, że na końcu twojego jestem ja.

Nie udając, że zrozumiał do końca ostatnią z gróźb, Amose pokiwał głową z tchórzliwą służalczością. Nawet nie musiał się wysilać, by wejść w nową rolę. Może niektórzy ludzie rodzili się zdrajcami czekającymi tylko na swoją okazję? Oczekiwał wyrzutów sumienia, lecz one nie nadeszły.

Nazajutrz, gdy jak co ranek podziwiał w lustrze swoją twarz – twarz zdrajcy – nie wyglądała ona inaczej niż poprzedniego dnia. Odwiedził go Zez, który odtąd kazał się zwać Zadymiaczem, i przekazał pierwsze z poleceń Szepta. Amose długo spoglądał na plik czystych kartek i gotowe do użycia pióro. Potem spisał pierwsze z kłamstw. Na papierze wyglądały tak samo jak prawda.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam, wciągające. Chociaż, nie wiem czemu, w pewnym momencie wydawało mi się, że Utkany i Szept to jedna i ta sama osoba. ;)

Świetny tekst.

Zachwycił mnie już pierwszy akapit. Wiele mówił, chociaż nie użyłeś żadnego kluczowego słowa.

Nie to, żebym nie mogła się do niczego przyczepić. Czasami coś brzmiało zbyt współcześnie jak na (pseudo)średniowiecze – na przykład Amose myślący o ćwiczeniach. W średniowieczu chyba nikt tego nie robił. Biedni harowali a bogatsi trenowali walkę albo jeździli na polowania.

Ochroniarz zachował się idiotycznie. Jakoś nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała budowlańca niosącego jedną cegłę. Jeszcze powinien zaproponować jej kupno. Ambasador też na bystrego nie wygląda. Nie mógł szyfrować listów?

Kat z łapanki. W porządku, ale skoro wystarczyło, że umiał pociągnąć za dźwignię, to szubienica musiała stanowić urządzenie bardziej skomplikowane niż coś, co robotnicy wznosili na dobę czy tam kilka dni przed egzekucją. I czy to czasem nie był stały element wyposażenia miast? Jednorazówki budowali?

Językowo też były jakieś potknięcia – gdzieś tam jest "szubienice" zamiast "szubienicę".

Ale to wszystko drobiazgi. Ogólnie – bardzo misie. :-)

Babska logika rządzi!

Oczekiwanie jej, samemu się do tego przyczyniając, stanowiło najobrzydliwszy przykład hipokryzji.

Dwa razy czytałem to zdanie i nadal nie wiem, do czego "samemu się przyczyniając"…

 

Pięć tysięcy ludzi na placu – taki mały stadionik. O ile plac nie jest ukształtowany w sposób stadionom/amfiteatrom charakterystyczny (niecka ze sceną w najniższym punkcie) – ci z tyłu nic nie widzą. Albo szubienica musi być na cholernie wysokim, takim na dwóch ludzi w górę co najmniej, podwyższeniu. Taka uwaga techniczna ;) Może warto coś w tekście zasugerować?

 

Twarzy Szepta poszarzała.

Twarz mu poszarzała czy ma wiele twarzy?

 

Naprawdę dobre. Wciąga. Zarysowani wyraźnie bohaterowie, wątki splecione w scenie egzekucji i jak to w opowiadaniu – wyjaśnione, a jednocześnie zostawiające możliwość na domysł lub kontynuację. Potknięcia wyłapałem drobne, ale też zwyczajnie ich nie szukałem, pochłonięty fabułą. :)

 

EDIT: Po zastanowieniu, wciągnął mnie sznur. Sznurza metafora losu ludzkiego, ładnie sparowana ze sznurem szubienicznym i sznurków ciąganiem – podana w nieoczywisty i udany sposób.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo, bardzo mi się podobało.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podobało mi się. Troche odciągał uwagę od lektury rozwlekły styl. Nawet bardzo :-P Natomiast pomysł i wykonanie jak najbardziej na tak.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Otagować, po wykonaniu zameldować.

Babska logika rządzi!

Znaczy się, po otagowaniu zapewne tekst trafi szybko do biblioteki, bo zdecydowanie zasługuje. :)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Otaguj proszę

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dobry tekst. Rzeczywiście udała Ci się ta puenta ze sznurami.  Brakuje mi nieco pełniejszego wyjaśnienia kwestii, jak ów Szept dochrapał się swojej pozycji. Tj. świat przedstawiony wydaje się być jakimś takim feudalnym państwem, a to by oznaczało stado sępów: bliższych, dalszych kuzynów, krewnych w 5 czy 10 linii, potrafiących jednak to pokrewieństwo wykazać, krążących nad królem, szczególnie będącym w takim stanie – a tu ich nie ma, bohater ma chyba zbyt wielką swobodę działania na dworze.

I po co to było?

Czytał się z przyjemnością. 

Przeczytałem z zainteresowaniem. Podobał mi się sposób, w jaki poprowadziłeś narrację; fabuła generalnie sprowadzała się do przekupienia Amose'a, ale nie stanowi to większego uszczerbku na całości. Ciekawe i trafne, moim zdaniem, były niektóre przemyślenia Chida oczekującego na wyrok. Warsztat także na przyzwoitym poziomie. 

Było parę błędów wynikających pewnie z nieuwagi, np. Z kolei Szept nie zwracał nie poświęcał władcy najmniejszej uwagi. Dobrze by było gdybyś przejrzał tekst pod tym kątem.

Wrażenie jak najbardziej pozytywne.

 

Opowiadanie – moim zdaniem – jest dobre, ale nie bardzo dobre. Tekst jest przepełniony atmosferą tajemniczości, przez co wciąga i za to duży plus. Natomiast sama fabuła jakoś mnie szczególnie nie zaskoczyła: dworska intryga w stylu "Gry o tron", nawet niezbyt skomplikowana. 

Pozdrawiam

Mastiff

Biorąc pod uwagę, że biblioteka cierpi na poważny niedobór bieżących tekstów, bo skupiamy się głównie na archiwaliach (co normalne na tym etapie prac nad biblioteką), pozwoliłem sobie sam ten tekst otagować. Autor wróci, to tagi uzupełni według własnego uznania. :-)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Generalnie rzecz ujmując, tekst przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. Szkoda, że twardo zignorowałeś wszystkie uwagi i dobre rady, zamieszczone przez poprzednich komentujących. O ile sam tekst jakoś specjalnie na tym nie traci, bo tych potknięć nie ma zbyt wiele, to jednak zdecydowanie psuje to ogólne wrażenie. Olewanie czytelnika i własnej pracy robi Ci zdecydowanie negatywne PR.

Historia sama w sobie naprawdę bardzo wciągająca i taka… prawdziwa. Nie ma happy endu, a idealistyczne bzdury zostają zmieszane z gównem i, poprzez katharsis Chida, sprowadzone do tego, czym są w rzeczywistości – idealistycznymi bzdurami. Ludzie bowiem są jacy są i żadna rewolucja nic tutaj nie zmieni. Gorzka próba zmierzenia się z odwiecznym pytaniem, czy warto ginąć za swoje przekonania… Odpowiedzi szukaj na końcu sznura.

No i ta światowa polityka…

Potrafisz pisać o bardzo interesujących rzeczach w bardzo interesujący sposób. W dodatku lekko i nawet zabawnie.

Jednak brak mi w tym wszystkim jakiejkolwiek fantasy. Nie ma w świecie przez Ciebie przedstawionym ani jednego nadprzyrodzonego elementu. Oczywiście poza samym światem, ale osobiście jestem zdania, że to typowa fikcja literacka, podobnie jak w każdej dowolnej opowieści tworzy się fikcyjne postacie czy, dajmy na to, fikcyjne miasteczka, ulice lub budynki, a nie rasowa fantastyka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Znakomity tekst. Podobało mi się wszystko – świetnie napisany, dobre postacie, niezła fabuła. 

Widać, że mocno się napracowałeś, tym bardziej się dziwie, czemu po publikacji nie poprawiłeś tych drobnostek, co inni je wypisali.

Opowiadanie zacne i czytało się całkiem nieźle, mimo pewnych usterek i błędów.

Wrażenia z lektury zachowam dla siebie, bo wydaje mi się, że mała jest szansa, iż Autor, do tej pory chyba niezainteresowany opiniami czytelników, nagle takie zainteresowanie okaże.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka