- Opowiadanie: rinos - PAN MISIO - Czy lisy śnią o gadających kurach

PAN MISIO - Czy lisy śnią o gadających kurach

 

Ostrzegam, że jedynym elementem fantastycznym są mówiące zwierzęta. Opowieść jest dla dorosłych, którzy już nie mają kompleksu "dorosłości", za to cenią w sobie dziecko. Została pomyślana do czytania na głos dzieciom 6+. W zamierzeniu ma u tych dzieci wywołać pragnienie zdobycia umiejętności czytania samodzielnie. Może też zachęcić dziecko do zadawania pytań. Dzięki temu, że opowiadanie nie jest nudne dla dorosłych, wierzę, że może pomóc nawiązać autentyczny kontakt.

 

Pomijąc cały ten powyższy "bełkot":

To jest opowiadanie dla Ciebie! Bez przynudzania i sadzenia się na wielką filozofię!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

PAN MISIO - Czy lisy śnią o gadających kurach

 

 

 

autor: Bartłomiej Trokowicz

ilustracje są autorstwa Dalii Żmuda-Trzebiatowskiej

​wstępną korektę poniższy tekst zawdzięcza: uroczej Regulatorce

 

DZIEŃ PIERWSZY

Nieopodal Pagórka, w Lesie, mieszkał pan Misio. Było bardzo ważne, żeby zwracać się do niego „panie Misiu”, bo jak słyszał poufałe „Misiu”, to się denerwował.

Pan Misio, jak każdy Niedźwiedź, był drapieżnikiem, to znaczy, że musiał zjeść czasem inne zwierzę, aby zaspokoić głód. Potrafił jednak wytrzymać długo głód, no a poza tym żywił się też jagodami, liśćmi, a czasem nawet pędrakami. Miał bardzo dobry charakter i nie chciał zjadać innych. Efekt był taki, że wiele małych zwierząt z Lasu przychodziło do pana Misia po wsparcie.

Tego słonecznego ranka przybiegła Wiewiórka. Trzymała w łapkach orzeszek i nerwowo go obracała. Zerknęła na pana Misia czarnymi oczkami, jak to tylko Wiewiórki potrafią, i zaszczebiotała:

– Panie Misiu, przychodzę po radę.

Pan Misio ziewnął szeroko – tak, to nieładnie, ale w końcu był Niedźwiedziem. Wielką, pazurzastą łapą podrapał się po boku i leniwie zapytał:

– W czym problem, pani Wiewiórko?

Wiewiórka zaczęła szybko opowiadać:

– Niedaleko mojej Tajnej Dziupli, w której gromadzę orzeszki na zimę, założył swą siedzibę pan Wilk. Ot, niewinny przypadek, świat jest mały, a Las jeszcze mniejszy. Pan Wilk pewnego dnia przyprowadził panią Wilczycę i, nie wiadomo kiedy, pojawiły się Wilczęta. Od tego czasu pani Wilczyca wciąż poluje na coś do zjedzenia. No i rzecz w tym, że ostatnio, ilekroć przynoszę kolejnego orzeszka do dziupli, spogląda na mnie nieco dziwnie.

Pan Misio popatrzył przeciągle na Wiewiórkę. „Zjeść czy nie zjeść? – zapytał sam siebie. – Za bardzo się nie pożywię, a łapki ma takie zgrabne… Ten orzeszek tak nerwowo obraca… I rudy ogon, taki puszysty…”.

– Wtedy robi mi się trochę nieswojo – kontynuowała Wiewiórka. – Wilk to dobry sąsiad, nigdy przedtem nikomu nie wadził, ale wiadomo, jak kobieta potrafi zmienić mężczyznę. No i jeszcze te dzieci…

Pan Misio troszeczkę się wyłączył. Tempo napływających informacji i ich rodzaj zdecydowanie mu nie odpowiadały. Pomyślał, że ostatnio Wilk rzeczywiście zrobił się jakiś inny.

Wcześniej potrafili razem pójść, zjeść parę jagódek i pogadać przy tym o życiu. Ostatnio kontakt trochę się urwał. Wiadomo, Wilczyca… Małe… Pan Misio chadzał teraz na jagódki sam.

– Nie mam już spokoju – gadała dalej Wiewiórka. – Nie dość, że lękam się, iż jakiś, nie przymierzając, Szczur leśny zeżre mi orzeszka, to jeszcze boję się, że Wilki zjedzą MNIE!

Szczura pan Misio znał. A przynajmniej kojarzył go odlegle z niewielkimi świństwami robionymi mniejszym zwierzętom. A to podkraść orzeszka, a to donieść na Chrabąszcza, że gdzieś bzyka… Taki był z niego zwierzak. Nic dobrego.

– Pani Wiewiórko – zaczął Miś powoli – problem jest najwyraźniej poważny. – Przez chwilę się zamyślił. Problem był na tyle poważny, że nie wiedział, co z nim zrobić. – Pogadam z panem Wilkiem i spróbuję na niego wpłynąć – dodał po zastanowieniu.

To uspokoiło Wiewiórkę. Wszyscy wiedzieli, że pan Misio był największy i najsilniejszy, dzięki czemu mógł wpłynąć na każdego.

Miś nie był tak pewny swoich możliwości. A jeżeli Wilk mu się postawi, to co? Da łapą w pysk? Jakoś to nie pasowało do dystyngowanego stylu pana Misia. No, ale jakby trzeba było dać łapą w pysk… Tylko dlaczego? Staremu koledze? Żeby to jeszcze Wilk osobiście chciał pożreć panią Wiewiórkę…

– Dziękuję, panie Misiu – rzekła Wiewiórka, odwróciła się i błyskawicznie pobiegła w Las.

Misio stanął przed swoim barłogiem nieco bezradnie. Wcześniej planował udać się do siedziby dzikich pszczół na miodek, ale teraz zastanawiał się, czy nie pójść do Wilka pogadać o problemie. Chwila zastanowienia… „Niee, idę na miodek” – i pan Misio poszedł.

***

Pszczoły żądliły, ale niedźwiedzia skóra jest gruba. Nic nie mogło powstrzymać apetytu pana Misia. Martwiło go jedynie, że pszczoły robią niewiele miodu jak na tak dużego łasucha jakim był. „Nie powinienem był zjadać im wszystkiego” – pan Misio miał wyrzuty sumienia.

– Nie powinieneś, panie Misiu – odpowiedziała Królowa Pszczół jego myślom.

Pan Misio wahał się przez chwilę. Miodek nadal skapywał mu z łap. Po chwili takiego kapania Misio znowu polizał łapę.

– Królowo złota, wiem, jak dużo pracy kosztował was ten miód, i muszę przeprosić za to, że go jem, i za to samo dziękuję.

Królowa zabzyczała zdenerwowana.

– Wciąż jest lato – kontynuował pan Misio – do zimy zdążycie kilkakrotnie odrobić to, co teraz zjadłem. Obiecuję, że więcej nie będę was nachodził – pan Misio bezczelnie przymrużył oko.

– Przeniosę rój w inne miejsce! Nie znajdziesz nas! – odbzyczała Królowa.

– I to jest bardzo dobry pomysł! – Pan Misio uśmiechnął się szeroko. Wylizał łapy do czysta i zabierał się do odejścia.

Królowa, widząc, że rabunek dobiegł końca, zwołała swe hufce, do tej pory atakujące niedźwiedzia, i zarządziła odwrót. Pszczoły w równych szeregach powróciły do barci. Królowa patrzyła na to z przyjemnością. „Miód stracony, ale okazja do manewrów świetna, – pomyślała. – może się przydać, gdyby zaatakowały nas szerszenie”.

Pan Misio oddalił się już nieco od pszczelego gniazda. Był w dobrym humorze. Na języku wciąż czuł smak miodu. „Teraz do Wilka” – pomyślał.

***

Jeszcze przed chwilą cień drzewa wydawał się wystarczającym schronieniem. Coś jednak było nie tak… Szczur zamarł w bezruchu. Tuż przed nim stał Lis. Na dodatek Lis wyraźnie polował. Przywarł teraz do ziemi, zamierzając skoczyć. Gryzoniowi przeleciało przed oczyma całe życie: wszystkie drobne świństwa zrobione małym zwierzętom. Pamiętał, jak doniósł Chrabąszczowej o bzykaniu Chrabąszcza i tego samego dnia zjadł jego kuzyna. Pamiętał, ile razy bezczelnie gapił się z ukrycia na rudą kitę Wiewiórki po to tylko, by zaraz, gdy odeszła, ukraść jej schowanego orzeszka. Pamiętał… 

Szczur szybko otrząsnął się ze wspomnień. Sytuacja wymagała szybkiego myślenia.

– Panie Lisie… – zaczął, nie wiedząc jeszcze, co powie dalej.

Lis jakby trochę się rozluźnił. Nie wyglądał już tak, jakby zaraz miał skoczyć. Najwyraźniej zamierzał wysłuchać gryzonia, nim go pożre.

– Wiem, gdzie Wilki mają swoją norę! Pomyśl o smakowitych Wilczętach! – Szczur kombinował po swojemu.

Lis z wrażenia przysiadł na tylnych łapach. Widać było po nim, że skok na Szczura przestał go interesować.

– Wiesz, Szczurku, co Wilk by ze mną zrobił? – zapytał.

– No to może zainteresuje cię kryjówka Wiewiórki?

– Ech, Wiewiórka… Ona ma taki puszysty ogon… Krzywdy jej nie zrobię. – Lis zamyślił się nieco. – Ale, o ile wiem, kręcisz się czasem wokół siedziby Człowieka. Byłbym wdzięczny – Lis znacząco oblizał pyszczek – za informację o tym, gdzie i kiedy mógłbym porwać Kurę lub dwie.

– Oczywiście, pójdę na zwiad i coś dla ciebie upatrzę – odrzekł Szczur, trochę z ulgą, a trochę przerażony perspektywą całego tego przemykania i czajenia się, które było konieczne w siedlisku Człowieka.

Lis cofnął przednie łapki, wyraźnie dając Szczurowi do zrozumienia, że pozwala mu odejść. Szczur natychmiast to wykorzystał. Błyskawicznie skoczył w chaszcze. Za nim rozległo się jeszcze wołanie Lisa.

– Wiem, gdzie mieszkasz, Szczurku!

***

Ludzkie terytorium budziło niepokój. Szczur obserwował potężne, klockowate kształty, łowił nietypowe dźwięki i zapachy. To właśnie ta inność była źródłem lęku! Teraz chował się za oborą. Przed chwilą przeszedł Człowiek, niosąc wielkie widły. Szczura paraliżował strach, co by było, gdyby to narzędzie zostało wymierzone przeciw niemu. Kiedy widły zniknęły za rogiem budynku, Szczur potruchtał w stronę kurnika. Wejście było niewielkie, ale wiedział, że sprytny Lis zmieści się w nim.

„Teraz tylko czas – myślał. – Ile sekund będzie miał Lis, by dobiec tutaj, ile na kurę i ile na wycofanie”. Szczur w myślach rysował mapę siedliska Człowieka. Przebiegł jeszcze dwa razy całą trasę. Wziął poprawkę na to, że Lis jest szybszy. Plan był gotowy. Teraz pora wracać do Lisa. I szczur pobiegł przez pole oddzielające go od Lasu.

***

Miś stanął w niewielkiej, dyktowanej dobrym obyczajem odległości od wilczej jamy.

– Echem, echem – chrząknął. Wychylił się mały, mokry nos. To musiało być jedno z Wilcząt.

– Cześć, Młody – powiedział Niedźwiedź. – Jest tata?

Przez chwilę nosek, węsząc, wystawał na zewnątrz, a później wycofał się. Minęła chwila ciszy.

– Albo mama – dodał pan Misio i nadal czekał.

W tym momencie zza pleców doszedł go głos:

– Wrrrr, stary łamago, cześć! – To był pan Wilk

Miś przyjrzał mu się uważnie – lśniące futro, uśmiech na pysku… Ojcostwo wyraźnie służyło Wilkowi.

– Hej, hej! – odpowiedział Miś. – Gdzie twoja pani?

– Wadera – poprawił Wilk. – A ja teraz jestem Basior. Wiadomo, zawsze byłem Wilkiem samotnikiem, ale teraz, jak mamy rodzinę, to to jest wataha. Ja jestem Wilkiem alfa, ona moją panią. Mamy własną watahę, Miśku! Ja Basior, ona Wadera. – Wilk zakręcił się za własnym ogonem. Widać było radość w każdym ruchu.

– Ciesz się, ciesz, ale kobieta to także problemy – zaczął Misio. – Wiesz, jak ona łakomie patrzy na Wiewiórkę?

Wilk troszkę się zasmucił.

– A czego oczekujesz? – zapytał – Wiewiórka ma ten swój puszysty ogon, wszyscy się za nim oglądamy. Wadera jest zazdrosna i stara się w Wiewiórce widzieć tylko przekąskę dla małych… – westchnął. – Póki co, nikt nikogo nie pożarł.

– Oby tak zostało – wymruczał Miś. – To co? idziemy na jagódki?

Wilk lekko się spłoszył.

– Chodźmy na te jagódki, ale nie za daleko, bo muszę pilnować szczeniąt. Tylko tyle, żebym je słyszał.

I poszli.

Leżąca w krzakach Wadera wzruszyła ramionami. Wiadomo, faceci muszą mieć swoje przyjemności. A Wiewiórce to ona pokaże zamiatanie puszystym ogonem…

***

Ogryzali jagody prosto z krzaków już od kilku dobrych minut. Wilk cały czas zachowywał się jak młodzieniaszek. Tu zerwał jagódkę, za chwilę skubnął z innej gałązki. Miś był bardziej skuteczny w swych działaniach. Dlatego gałązki opuszczały jego pysk całkiem łyse. Ale przecież nie o jagódki chodziło. Chodziło o to, żeby pożerować z przyjacielem. Miś patrzył na Wilka i myślał, jak by to było, gdyby i on znalazł sobie Niedźwiedzicę. Temat był niełatwy, bo w Polsce żyje tylko jakieś pięćdziesiąt Niedźwiedzi. A Miś nie chciał egzotycznej dziewczyny. No, może jakąś Słowenkę… Nie chciał też iść do ogrodu zoologicznego, żeby mu sprowadzono pannę zza wielu granic.

Miś kochał swój Las!

W oddali rozległ się huk wystrzału. Pan Misio gwałtownie puścił ogryzaną gałązkę, ta odwinęła się i strzeliła Wilka w pysk.

– Co się stało? – zapytał podwójnie zaskoczony Wilk.

– Idziemy sprawdzić!

– A nie powinniśmy pójść w przeciwnym kierunku? Wiesz, jako odpowiedzialny ojciec nie powinienem się niepotrzebnie narażać.

Miś przystanął.

– To wygląda na poważny problem. Trzeba go rozwikłać, zanim stanie się naprawdę groźny!

– Jak zamierzasz rozwikłać myśliwego? – Teraz obaj dreptali, ramię w ramię, w kierunku odgłosu strzału.

– Nie sądzę, żeby to był myśliwy, nie słychać było, by ktoś został trafiony. Sądzę raczej, że to ktoś z naszych wszedł w szkodę Człowiekowi.

Zbliżyli się do krzaków na krańcu Lasu. Za nimi, w oddali, widać było siedzibę Człowieka. Otaczały ją pola. Przez łany zboża przedzierał się Lis. W pysku niósł Kurę. Kura nie była całkiem martwa, bo czasem poruszała skrzydłem.

Trwało dłuższą chwilę, zanim Lis dotarł do kryjówki przyjaciół. Zobaczył ich i rzucił swoje trofeum na ziemię.

– Kura jest moja! – powiedział.

W tym momencie ze środka pola rozległ się kolejny strzał. Kula świsnęła tuż nad uchem pana Misia.

– Zgoda, Kura jest twoja, ale kula może należeć do każdego z nas! – sarkastycznie powiedział Miś. – Bierz Kurę i uciekamy.

Lis podniósł Kurę i wszyscy ruszyli w Las.

– Ależ panowie… – zaczęła Kura, jednak Lis wzmocnił uchwyt na jej gardle i przestała się odzywać.

Z oddali huknął kolejny strzał, tym razem oddany całkowicie na oślep.

Kiedy w końcu przystanęli, byli zdyszani i brakowało im tchu. Szczególnie Kurze, którą Lis nieco poddusił w drodze. Teraz położył ją na ziemi i zaczął przechwałki.

– Widzieliście, jaki ze mnie myśliwy? Ciach-ciach i Kura w moim pysku. Ciach-ciach i już z nią uciekam. Ciach-ciach strzelają do mnie, ale ja się nie bałem! Jestem teraz z wami, a Kura leży przed moim nosem.

– Ciach-ciach… – zachrypiała Kura.

– Ciach-ciach i mamy problem… – dodał rozsądnie Wilk.

Pan Misio postanowił wziąć ster w swoje łapy.

– Dobra, dobra! – powiedział. – Kura wciąż żyje i jeszcze nie ma problemu.

– Kura żyje, Kura żyje… – wychrypiała wciąż żywa Kura.

– Nie ma mowy! – sprzeciwił się Lis. – Zapolowałem, zwyciężyłem! Zjem Kurę!

Panu Misiowi łapy opadły. „Przyroda rządzi się swoimi prawami” – pomyślał zrezygnowany.

– Nawet gdy zwrócimy Kurę, spokoju nie odzyskamy – jak zwykle rozsądnie, dodał Wilk. – Człowiek już wie, że gdzieś w naszym Lesie czai się drapieżnik.

– No dobra, to ja zabieram, co moje – oświadczył Lis i chwycił Kurę za gardło. Ta powiedziała tylko: „Kura żyje…”, wtedy Lis ścisnął mocniej. Kurze gdakanie ucichło.

Lis odbiegł w chaszcze, niosąc swą zdobycz.

– Kura ma przechlapane… – zauważył przytomnie Wilk.

– Otóż to! – posmutniał Miś.

***

Pan Misio zostawił za sobą wszelkie troski. Starał się nie myśleć o Wilku, chciał zapomnieć o Lisie. Wiewiórka była tylko odległą wizją zgrabnych łapek i puszystego ogona. Miś stąpał tanecznie do melodii, która grała mu w duszy. Zmierzał do pobliskiego strumyka złowić sobie rybę. Może powinien pośpiewać?

– Chlap, chlap, pstrągu dziki, dam ci łapą przez łeb… – Problem w tym, że to się nie rymowało.

„Rymuje się czy nie – pomyślał pan Misio – tak właśnie zrobię”.

Godzinę później leżała przed nim świeża ryba. Chyba nie był to pstrąg, raczej coś innego, pan Misio nie znał się na nazwach. Ryba lekko podskakiwała na kamieniach. Niedźwiedź przycisnął ją łapą i odgryzł głowę.

– Pstrąg czy nie… – wymruczał do siebie – jak dla mnie, może być.

***

Wiewiórka biegła właśnie w stronę swojego drzewa, które kryło Tajną Dziuplę na orzeszki, kiedy usłyszała:

– Dzień dobry, pani Wiewiórko.

Zastygła w bezruchu, po czym powoli obejrzała się przez ramię. Tuż obok stała Wilczyca. Uśmiechała się. W zachodzącym słońcu jej kły błyszczały żółtawo.

– Dzień… Dzień dobry, pani Wilczyco – pisnęła przerażona Wiewiórka.

Wilczyca położyła się, krzyżując przednie łapy.

– Pomyślałam, że jako sąsiadki powinnyśmy się poznać – powiedziała.

– Po… powinnyśmy? – zapytała Wiewiórka drżącym głosem.

– Proszę się uspokoić – Wilczyca uśmiechnęła się szerzej. – Pan Misio rozmawiał z moim mężem, mój mąż rozmawiał ze mną… Ogólnie oboje uważamy, że nie powinno się zjadać czegoś, z czym wcześniej się rozmawiało. Więc teraz rozmawiamy.

Uwadze Wiewiórki nie umknęło słowo „czegoś” zamiast „kogoś”. Odczuwała jednak ulgę, że to tylko pogaduszki. Nie było błysku pazurów i zaciskających się kłów. Cała postawa Wilczycy mówiła, że nie zamierza teraz atakować.

– Ma pani śliczne szczenięta – powiedziała Wiewiórka, wiedząc, że to wypróbowany sposób na każdą młodą matkę.

– Ach, maluchy – Wilczyca machnęła lekceważąco ogonem, ale jej futro lśniło. – Sto utrapień, ale mordki mają takie radosne i mądre. Potrafią już nawet trochę chodzić. – Uniosła się na przednich łapach i dumnie wypięła pierś.

Wiewiórce nagle przypomniało się coś, czego była świadkiem tego popołudnia. Otóż siedząc na gałęzi, widziała jak Lis dopadł Szczura. Podsłuchała wtedy całą rozmowę i poszła swoją drogą. Teraz te informacje wydały się przydatne; mogła popisać się przed drapieżną sąsiadką. W paru słowach przekazała całe zdarzenie. Między innymi propozycję Szczura, by Lis porwał jedno z Wilcząt.

Wilczyca zerwała się na równe łapy. Obróciła łeb w prawo i w lewo, jakby wypatrując niebezpieczeństwa.

– Wrrr – zawarczała. Rzuciła szybko okiem na Wiewiórkę i nie mówiąc słowa, odbiegła do wilczej jamy pilnować małych.

– Co za maniery… – mruknęła do siebie Wiewiórka, zapominając szybko, jaka chwilę temu była przerażona.

***

Słońce już prawie zaszło. Gdzieś w oddali słychać było hukanie sowy. Wilczyca leżała w głębokim cieniu i czekała. Na polanę wbiegł Szczur. Podążał do swojej nory, w której zamierzał przespać całą noc. Bez żadnych snów o świństwach, które w życiu zrobił. Wilczyca skoczyła na równe łapy i w dwóch susach zagrodziła mu drogę.

– Cześć, Szczurku… – warczała cicho.

Szczur zdębiał. „Oj, takie rzeczy przed snem – pomyślał. – Czy będzie jeszcze jakiś sen?”. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo cień padł na nich oboje. Ostre pazury Puchacza porwały Szczura sprzed nosa Wilczycy.

Ziemia oddalała się błyskawicznie. Szczur drżał z przerażenia. Trzeba tu dodać, że był przerażony przez większość swego życia. To właśnie strach popychał go do ciągłego kombinowania i robienia różnych świństw. Efekty tego były opłakane. Nie dość, że był małym, bezradnym zwierzątkiem, to jeszcze nikt go nie lubił. Teraz wyglądało na to, że jego żałosna, pełna lęków egzystencja dobiega końca. „Trzeci raz w ciągu dnia” – pomyślał Szczur i zemdlał.

***

Ocknął się w niemal zupełnych ciemnościach. Powęszył wokoło. Był w dziupli Puchacza. Samego Puchacza jednak nie było. Najwidoczniej wyleciał gdzieś w poszukiwaniu kolejnej ofiary. Obolały Szczur, macając wokół i węsząc, na oślep gramolił się ku górze, aż poczuł powiew świeżego powietrza. „Wolność” – pomyślał i wypadł na zewnątrz.

Spadając, zahaczył o gałąź, potem o jeszcze jedną. Wyhamowało to jego upadek. Pozbierał się niezgrabnie z ziemi i odetchnął. Wciąż mógł chodzić. Zastanowił się szybko, czy wracać do nory. „Niee… – doszedł do wniosku. – Za daleko, za ciemno. Po drodze Lisy, Puchacze i Nietoperze… Muszę zagrzebać się gdzieś pod korzeniem i przeczekać do rana”. Jak pomyślał, tak zrobił. Chwilę trwało, zanim biegając od drzewa do drzewa, znalazł odpowiednią kryjówkę. Odetchnął, zwinął się w kłębek i zasnął.

***

Ciepła noc zapadła nad Lasem. Niektóre zwierzęta spały, inne dopiero wychodziły na polowanie.

Pan Misio w swoim barłogu śnił o tym, że wspólnie z jakąś Niedźwiedzicą gonią Motyla.

Motyl uciekał, a Misie skakały, próbując go złapać. W pewnym momencie Motyl usiadł na nosie pana Misia. Niedźwiedzica dała Misiowi łapą w pysk.

– Mrrr… Mrrr… – przez sen rozległo się urażone mruczenie.

 

DZIEŃ DRUGI

Wschodzące słońce malowało świat kolorami. Niebo z czarnego stawało się granatowe. Pierwsze promienie igrały w koronach drzew. Najpierw pojawiła się ciemna zieleń i zanim stała się żywą zielenią, niebo z granatowego płynnie zmieniało się w błękit. Światło dnia wniknęło głębiej i rozjaśniło brązowe pnie drzew, by na koniec oświetlić ziemię. Zrobiło się na tyle jasno, że wprawne oko mogło dostrzec liczne ślady czyjejś obecności. Pod starym bukiem, między korzeniami, kryło się wejście do nory Lisa.

Ten zaś, jak zwykle, obudził się tuż po świcie. Zapach Kury wypełniał norę. Pachniało nią bardzo! Obrócił się i zobaczył, że sama Kura blokuje norę jeszcze bardziej. „No to do dzieła” – pomyślał i zaczął pchać ją nosem do wyjścia. Kiedy znaleźli się już na zewnątrz, Lis zamierzał rozpocząć ucztę. Nachylił się, rozdziawił pysk i kiedy już miał ugryźć…

– Ko, ko… – powiedziała nieśmiało Kura.

Lis nieco się zdenerwował. Kura najwyraźniej nie skruszała przez noc. Z tego prostego powodu, że była wciąż żywa. Lis wyrzucał sobie błąd. Wytrawny myśliwy powinien zabijać od razu.

– Ja ci dam „ko, ko…” – odparł. – Wczoraj słyszałem „Ależ panowie…”.

– Ależ panie Lisie…

– Ależ, ależ! – Lis był sarkastyczny. – Że tyle umiesz powiedzieć, to już wiem. Potrafisz może jeszcze czytać?

Kura poczuła się pewniej.

– Niewiele czytam. Tylko takie: UWAGA! WYSOKIE NAPIĘCIE! albo: NIEBEZPIECZEŃSTWO! GŁĘBOKA STUDNIA! – to się przydaje w życiu. Innych napisów nie rozumiem, na przykład: ROBOTY NA DACHU! Nigdy nie widziałam robota na dachu.

Lis zastanowił się przez chwilę. Nie wiedział, co to jest robot.

– Co to jest robot? – zapytał.

– Och, to takie coś Człowieka. Widziałam raz robota kuchennego. Człowiek wciska na nim różne guziki, a ten mu przygotowuje jedzenie. 

Lis zainteresował się. „Jedzenie” – to było słowo-klucz do jego duszy.

– Nie wiem, czy cię zjeść. – Lis był szczery. – Ale potargować się warto, myślę.

– Ciach-ciach? – zapytała Kura.

– Nie, nie, nie chcę robić krzywdy komuś, z kim da się pogadać. Trochę brakuje mi towarzystwa… – wyznał.

Kura była pełna entuzjazmu. Załopotała skrzydłami (nieco krzywo, bo jedno było przetrącone).

– Tak, tak, ko, ko – my być wielkie przyjaciele z pan Lis.

– Wielkie przyjaciele to my nie być – odpowiedział Lis – ale… nie zjem cię. Możesz tu teraz mieszkać, dziobać robaki koło mojej nory albo wrócić do Człowieka, do zagrody.

– Zostaję z tobą! – odparła Kura nieco zaskoczona. – Widziałam u Człowieka napis UBÓJ DROBIU. Jako drób nie chcę sprawdzać, co to znaczy.

***

Szczur obudził się cały mokry. Najwyraźniej nocą padał deszcz. Wytarł łapki o wciąż wilgotne futro i zabierał się do odejścia. Korzeń dębu, pod którym spał, nie wydawał się komfortowym schronieniem. To miejsce nie nadawało się na nowe mieszkanie. Głównie z tego powodu, że w pobliżu była dziupla Puchacza.

Szczur krzątał się nerwowo. Do starego mieszkania też nie mógł wrócić. Wilczyca na pewno by go znalazła. Rozejrzał się na zewnątrz. Było już zupełnie jasno, więc Puchacz nie powinien być groźny.

Ruszył wśród listowia, licząc że nie napotka nikogo większego od siebie.

***

Wiewiórka dość głęboko zapuściła się w Las. Poszukiwała orzeszków leszczyny albo choćby żołędzi. I oto trafił jej się dąb. Ten sam, pod którym noc spędził Szczur.

Wspięła się na drzewo i zaczęła wyszukiwać co większe owoce. Nagle spostrzegła ruch pod ściółką. W dole, pod dębem, biegł Szczur.

– Cześć, Szczurku! – zawołała do niego, ponieważ dobre wychowanie każe się przywitać.

Szczur zatrzymał się i odpowiedział:

– No, cześć, pani Wiewiórko.

Wiewiórka w dwóch susach znalazła się przed nim.

– Jakieś problemy? Nie widziałam cię nigdy tak daleko od nory.

– Nie mam już nory. Jeżeli wrócę na stare śmieci, Wilczyca mnie pożre. Teraz jest przekonana, że nie ma mnie wśród żywych, bo upolował mnie Puchacz. Chciałbym, by tak zostało.

Wiewiórka przy całej swojej urodzie i wdzięku była dość bezrefleksyjna. Wyrzuty sumienia nigdy nie zakłócały jej dobrego nastroju.

– Hmm… – mimo wszystko zrobiło się jej żal Szczura. – Może mogę ci pomóc. W tej okolicy – mówiła dalej – jest opuszczona nora Borsuka. Nie wiem, dokąd poszedł. Pewnie przeprowadził się do Borsukowej. Ona miała takie śliczne mieszkanko, że nikt by się nie oparł. A stara borsucza nora… Dla ciebie to będzie pałac!

– Pałac, do którego każdy Lis wejdzie! Ma zbyt duże wejście, jest zbyt dostępna. – Zasmucił się Szczurek.

– Nie bądź takim pesymistą! – odparła Wiewiórka. – Niewielki remont wejścia i nora będzie twoja. Pomyśl, zawalisz otwór, przekopiesz w nim korytarz stosowny do twojej wielkości i możesz bezpiecznie mieszkać.

Szczur zapalił się tego do pomysłu. Dzień, który zaczął się paskudnie, mógł jeszcze zakończyć się sukcesem. Nowa, przestronna nora z dala od dotychczasowych wrogów. Mógłby zacząć nowe życie.

– Pani Wiewiórko – zaczął nieśmiało – mam jeszcze jedną, ogromną prośbę. Proszę nikomu nie mówić, gdzie teraz mieszkam.

Wiewiórka machnęła lekceważąco rudą kitą. „Co za ogon!” – pomyślał Szczur.

– My, małe zwierzęta, musimy sobie pomagać… Ale… jak jeszcze raz zeżresz mi pan orzeszka, to się policzymy! Za mną!

– Żadnych więcej orzeszków! – przyrzekł Szczur, trzymając łapkę w okolicy serca, i ruszył za puszystym ogonem do starej nory Borsuka.

***

Małe, puchate zwierzaki krążyły wytrwale. Postawione uszka drgały przy każdym dźwięku. Czujne noski łowiły najlżejszy zapach. Błyszczące oczka obserwowały pilnie. Pan Misio bawił się z Wilczętami. Co chwila któreś gryzło go w łapę.

– Brawo, brawo, Wilczki – zachęcała je mama. – Razem upolujecie każdego zwierza!

– Chcesz powiedzieć, że uczysz je polować na MNIE? – zapytał zdumiony pan Misio.

– Ty je uczysz polować na siebie – uśmiech nie schodził z pyska Wilczycy.

Pan Misio pomachał łapą, w którą szczeniak wbił kły. Wilczek nie puszczał i powiewał trochę jak futrzasta chorągiewka. Miś uderzył zaatakowaną łapą o ziemię. Wilczek puścił i leżał chwilę oszołomiony.

– Nie bij mojego syna! – warknął ostrzegawczo odpoczywający nieopodal Wilk.

– Właściwie – wtrąciła Wilczyca – to jest twoja córka.

– Nieważne! – Wilk wyraźnie się zmieszał. – Będą starsze, to będę je rozróżniał!

Misio trącił delikatnie łapą oszołomionego Wilczka. Natychmiast okazało się, że młody drapieżnik tylko udawał. Rzucił się znienacka na wielką łapę Niedźwiedzia. Pan Misio powtórzył manewr z machaniem łapą w powietrzu, po czym uderzył w ziemię. Tym razem młody Wilczek zdążył ją puścić i odturlał się na bok.

– Rzeczywiście, uczą się! – uśmiechnął się pan Misio szeroko.

– I to jak szybko! – odparła dumnie Wilczyca, widząc, jak drugi z Wilczków ugryzł Misia w ogon. Trzeci Wilczek szykował się do skoku.

Pan Misio wstał na równe łapy. Czas iść do siebie! Wiadomo, szczeniaki urocze, ale jakiś szacunek do starszych powinny mieć!

– Pójdę już – powiedział. – Macie urocze szczeniaki… – Odwrócił się na pięcie i już miał odchodzić, kiedy znowu został ugryziony w okolicę ogona. To trzeci Wilczek zaliczył swój punkt w polowaniu. Miś lekko się skrzywił, ale godność dorosłego zwierzęcia nie pozwalała mu zareagować. Odszedł więc spokojnie swoją drogą, mrucząc pod nosem:

– Tak wygląda bezstresowe wychowanie…

***

Zadowolony Szczur siedział w nowej norze. Nie myślał o Wiewiórce. Gdyby o niej pomyślał, musiałby poczuć trochę wdzięczności. Wciąż jednak pamiętał, jak wiele złych rzeczy opowiadała o nim wcześniej! Teraz chciał rozkoszować się nowym mieszkaniem. Bardzo się napracował, bo stara nora Borsuka miała kilka wejść. A konkretnie trzy wejścia! Wszystkie zawalił i przekopał na nowo! Czuł zadowolenie z wykonanej pracy. Mógł teraz cieszyć się bezpieczeństwem w wielkiej komnacie centralnej. Przeciągnął się. Już nie był małym Szczurem na dorobku, teraz był panem Szczurem!

Ktoś zaskrobał pod jednym z wejść. Szczur zerwał się na równe łapki. Wszystkie stare lęki znów wróciły. Podbiegł do wejścia i wyjrzał. Przed norą stał Borsuk we własnej osobie. Szczur wpadł w panikę. „Jestem w jego norze! – myślał. – Zająłem ją jak swoją, ale pani Wiewiórka… Ona mówiła, że to porzucona nora!”. Chwilkę się zastanowił. „Tylko że Wiewiórka… Wiadomo, wspaniały ogon… I tak szczebiocze… Nie przemyślała i wpakowała mnie w kłopoty!”.

Szczur był bliski płaczu. Wiadomo, z nory były dwa inne wyjścia. Mógł uciekać, nie rozmawiając z Borsukiem. Tylko jakie miał szanse? Borsuk go wytropi bez trudu i pożre! Znany był ze swych myśliwskich umiejętności.

– Spokojnie, panie Szczurze, przyszedłem tylko po kilka rzeczy – odezwał się Borsuk, stojąc pod za małym dla siebie wejściem.

Szczur rozejrzał się czujnie. Czy są tu jakiekolwiek rzeczy należące do Borsuka? Chyba nie. Tylko opuszczona nora z zapachami tu i ówdzie.

– Po pierwsze: mam tam zasuszonego pędraka – ciągnął Borsuk na tyle głośno, że słychać go było w głębi nory. – To jeden z pierwszych, jakie w życiu znalazłem. Pamiątka, rozumie pan. Poza tym moja pani nie bardzo wierzy, że kiedykolwiek sam sobie znalazłem pędraka. Muszę jej to udowodnić, zanim przestanie mi znosić jedzenie.

Szczur szybko się rozejrzał. Rzeczywiście, w rogu leżał zasuszony pędrak. Szybko chwycił go i zaniósł do wyjścia.

– A po drugie – dodał Borsuk, nadal podniesionym głosem – zaraz się tam dostanę i cię zjem!

Zaczął rozkopywać zasypane wejście.

***

Szczur rzucił się do ucieczki. Zapasowe wyjście stało przed nim otworem. Chwilę nasłuchiwał, będąc już na zewnątrz. Borsuk nadal kopał. Nie zorientował się, że Szczur ucieknie zapasowym wyjściem, mimo że znał budowę własnej nory. „Myśliwy dobry, ale głupi” – pomyślał Szczurek. Teraz pozostał problem: dokąd uciekać? Borsuk znajdzie go wszędzie po zapachu. Może był głupi, ale węch miał świetny. W tym momencie przypomniały się Szczurowi słowa Lisa: „Kręcisz się czasem wokół siedziby Człowieka”.

Człowiek! To była odpowiedź na pytanie! Żaden Borsuk ani Wilk ani Puchacz nie zbliży się do siedziby Człowieka! Trzeba więc tam zamieszkać! Oczywiście, będzie trochę zawracania głowy z kryciem się oraz czajeniem, ale lepsze to niż pewne kły i pazury!

Niewiele myśląc, Szczur ruszył przez Las i pola otaczające ludzką siedzibę.

***

Wiewiórka, która właśnie przeskakiwała z gałęzi na gałąź w swym wiecznym poszukiwaniu żołędzi i plotek, zatrzymała się nagle i z ciekawością zaczęła obserwować scenę poniżej.

Na polanie spokojnie leżał Lis, wokół dreptała Kura, co chwilę dziobiąc z tej wysokości niewidoczne robaki. Rozmawiali.

– …mówisz, że Człowiek wysypuje wam jedzenie? – doleciały uszu Wiewiórki słowa Lisa. – Potem chodzicie sobie i tyle?

– Niezupełnie, panie Lisie, później trzeba znieść jajko. Człowiek przychodzi i je zabiera.

– Kogut też oddaje jajka?

Kura zaczerwieniła się pod piórami. Była jeszcze młoda, nigdy nie miała pisklaków, ale słyszała plotki o tym, skąd się biorą.

– Wiadomo… – odpowiedziała ze spuszczoną skromnie głową. – Kogut jest po to, żeby były pisklaki. – Lis nie drążył tematu. Zauważył, że jest on dla Kury krępujący.

– A taki Koń? – zadał następne pytanie. – Widziałem tam obżerającego się Konia… (Lis podczas krótkiej, ale emocjonującej wyprawy po Kurę zaobserwował w siedzibie ludzi kilka rzeczy).

– Och, Koń… – odpowiedziała Kura, zadowolona, że pytania zeszły na inny gatunek. – On jest „pociągowy”, to znaczy ciągnie różne ciężkie rzeczy. Czasami całymi dniami chodzi po polu, ciągnąc pług. – Słowo „pług” było dla Lisa nowe, ale nie wywołało większego zainteresowania.

– Sprawa jest prosta – powiedział, unosząc się na łapach – możesz tu mieszkać, ale jajka, które zniesiesz, należeć będą do mnie.

Wiewiórka usłyszała dosyć. Zawróciła na swej gałęzi i odbiegła. Temat do plotek był świetny. Niech no tylko pani Wilk o tym usłyszy… Lis przygarnął Kurę!

***

Pan Misio leniwie wlazł na Pagórek i rozejrzał się. Lubił tu przychodzić, bo kiedy patrzył z góry na drzewa i krzewy, cały Las wydawał mu się własnym Lasem. Dawało to temu największemu drapieżnikowi w okolicy poczucie kontroli.

Pan Misio nadstawił uszka (Niedźwiedzie mają niewielkie uszy, choć słuch bardzo dobry).

Ktoś szedł przez Las i grubymi łapami deptał ziemię. Pan Misio spojrzał w tamtą stronę zdumiony. Ku niemu szła młoda Niedźwiedzica. Podeszła do niego (na Pagórku pośród Lasu) i powiedziała:

– Mrrr…

Pan Misio nie mógł być bardziej zadowolony.

– Mrrr – odpowiedział w jej własnym języku i wyciągnął łapę, by dotknąć tej sennej zjawy. Niedźwiedzica żachnęła się lekko, uchylając przed wyciągniętą łapą.

– Grrr… – odpowiedziała.

– Jednak byłbym za tym, że mrrr – bronił się Miś, trzymając tym razem łapy przy sobie. – Może byśmy razem gdzieś SKOCZYLI? – Po głowie błąkało mu się wspomnienie snu o skakaniu za Motylem.

– Mrrr – Niedźwiedzica była tym razem ugodowa.

Pan Misio chwilę myślał. „Niedźwiedzica! W moim Lesie! Trzeba pokazać, że to mój Las!”.

– Chodź, pokażę ci, gdzie są najlepsze jagódki.

No i ruszyli w stronę jagódek. Może i nie skacząc i nie goniąc za Motylem, ale jednak jakoś tak radośnie.

***

Obejście Człowieka wydawało się Szczurowi całkiem nowym światem. Koń rżał, Krowy muczały, Kury gdakały. Tyle hałasów! A te nowe zapachy… Czuł się zdezorientowany.

Człowiek! To niepokoiło najbardziej. Wielki (wyższy od Niedźwiedzia), na dodatek uzbrojony w widły. Na pewno był od Niedźwiedzia wolniejszy! Zawsze to była jakaś otucha w tym całym nieszczęściu.

Szczur przyczaił się za stodołą. Wieczór już zapadał, więc nie było większego ruchu. Ot, Kura przeszła, dziobiąc coś z ziemi.

Przebiegł na tyle szybko, na ile potrafił, do narożnika domu. Sztuczne światło sączyło się z okien. Dom wyglądał spokojnie: nikt nie wchodził i nie wychodził. Powęszył chwilę i idąc za węchem, znalazł dziurę w desce. Wśliznął się pod podłogę. Chwilę rozglądał się w zupełnym mroku, aż zaczął odróżniać kształty.

Nad sobą słyszał kroki Człowieka i jego niezrozumiałe rozmowy. Mrok świata pod podłogą był uspokajający. „To jest mój świat” – pomyślał Szczur.

***

Szczur mieszkał teraz pod podłogą ludzkiego domu. Jeszcze się nie urządził, nie znalazł własnego kąta, ale już czuł, że to jego miejsce.

– Dzień dobry, panie Szczurze – rozległo się z lewej strony.

Szczur rozejrzał się spanikowany. Kto do niego mówi? I dlaczego znów ktoś do niego mówi? Porzucił przecież Las, by uniknąć wszystkich tych zabójców, którzy najpierw mówili, później chcieli pożreć. W kącie dostrzegł Mysz, stworzenie jeszcze mniejsze od niego. „Żadne zagrożenie” – pomyślał uspokojony.

– Witam, panie Szczurze – Mysz zaczęła przyjaźnie. – Pomyślałam, że jako nowemu sąsiadowi przyda się panu wprowadzenie. – Szczur przytaknął, wycieczka z przewodnikiem nie mogła zaszkodzić.

– A więc tak… – kontynuowała Mysz – teraz jesteśmy pod podłogą. Nic złego tutaj nie może się wydarzyć. Także niewiele dobrego. Żeby zjeść, trzeba wyjść na zewnątrz. Koń dostaje dużo owsa. Możemy mu podjadać. Nie będzie miał nic przeciwko temu. Tylko odzywać się do niego nie ma po co. Jest strasznie opryskliwy. Kury jedzą swoje robaki i jest to szybka akcja: Kura widzi, Kura dziobie. Nie mamy szans wejść w ten proces. Dzieje się to za szybko i nie jest warte zachodu. O Krowach nie warto w ogóle wspominać. Żywią się trawą, a to nas nie interesuje. Najlepsze rzeczy – kontynuowała swój wykład Mysz – znaleźć można w domu Człowieka.

– Tu jest Mysia Dziura – Mysz poprowadziła Szczura do wyjścia ze świata pod podłogą – jedyne przejście do domu. W przypadku kłopotów staraj się tu wrócić. Problem polega na tym, że Człowiek wie o tej dziurze i może coś przyszykować. Wtedy po prostu improwizujesz.

W domu jest wiele miejsc, w których można się ukryć: szafki, boazeria, przewody wentylacyjne. Poznasz teren, to będziesz wiedział, gdzie się kryć.

Wyszli przez Mysią Dziurę. Pomieszczenie, w którym się znaleźli, było ogromne.

– To jest przedpokój – wyjaśniała Mysz. – Nie spodziewaj się tutaj niczego do jedzenia. A te drzwi – dodała, wskazując łapką – prowadzą do kuchni. To tam się kierujemy.

Przebiegli przez otwarte wejście.

– Ludzie nie zamykają ich nigdy, pewnie po to, by w każdej chwili móc tu wejść i żerować. Dla nas to błogosławieństwo. Ja może bym się przecisnęła pod drzwiami. Ty jesteś na to za duży.

W kuchni setki zapachów jedzenia zaatakowały szczurzy nos.

– Czujesz to? – zapytała Mysz. – To właśnie dlatego tu mieszkam i dlatego ty też zostaniesz tu na zawsze. Wyczuj delikatny aromat sera – mysz węszyła w powietrzu. – To po niego tu przyszliśmy.

Ruszyli prowadzeni węchem. Gdy dotarli do celu, zobaczyli, że ser, owszem, jest. Ukrywał się jednak w sercu groźnie wyglądającego urządzenia.

– No co, serze!? –powiedziała Mysz z nutą szaleństwa w głosie. – Teraz ty albo ja! – Do Szczura zaś zwróciła się spokojnie: – To jest pułapka na myszy. Zatrzaśnie się, kiedy wezmę ser! Trochę zwinności i delikatności i ser będzie nasz. Bez problemu!

Jak powiedziała, tak zrobiła. Błyskawicznym ruchem porwała kawałek sera. Już odskakiwała, gdy pułapka zatrzasnęła się. Ogon i tylna łapka zostały schwytane.

– Panie Szczurze! – wydyszała Mysz – na co czekasz? Unieś ten drut i uwolnij mnie!

Szczur się natężył. Na całe szczęście był większy i silniejszy od Myszy, więc jakoś udało mu się uwolnić jej pogruchotaną łapkę i ogon.

– Teraz szybko do Mysiej Dziury! – cierpiąca Mysz wydała kolejny rozkaz.

Szybko nie poszło. Mysz powłóczyła uszkodzoną łapką. Każdy krok sprawiał jej ból. Szczurek podpierał ją i prowadził, jak umiał, ale trwało to długo. Na całe szczęście nikogo nie spotkali po drodze. Pora była idealna na wypad, którego dokonali. Ludzie w tym czasie zgromadzili się w innym pokoju, by oglądać telewizję (pozwólcie, że nie będę wyjaśniał, co to jest telewizja).

Mysz wciąż trzymała w pyszczku ser ukradziony z pułapki. Teraz, mimo bólu w łapce, zaczęła go zajadać. Kawałek dała Szczurowi. Szczur ugryzł i oniemiał. Nigdy nie jadł czegoś tak dobrego! Pędraki, robaki i chrabąszcze nie mogły się z tym równać. Wiedział już, że znalazł dom na resztę życia. Wiedział też, że nigdy nie zbliży się do pułapki. Ser był świetny, ale ryzyko zbyt duże.

– Teraz, panie Szczurze – wychrypiała między kęsami sera ranna Mysz – będzie pan MUSIAŁ opiekować się mną, aż wydobrzeję. To znaczy znosić mi jedzenie. Ranna nie jestem dość szybka, by wychylać nos spod podłogi.

Szczur zamyślił się. Pierwszy raz w życiu będzie musiał opiekować się kimś! Pomyślał, że Mysz przywitała go godnie w obejściu Człowieka i udzieliła wielu dobrych rad. Był jej winien opiekę!

***

Tego samego dnia o zmroku Wilk odwiedził pana Misia. Przed barłogiem wylegiwały się dwa Niedźwiedzie, mrucząc i trącając się łapami.

– Cześć, Misiek – zaczął Wilk – i… dzień dobry, pani Niedźwiedzico.

– Cześć, Wilku – odpowiedział Miś.

Niedźwiedzica stanęła na tylnych łapach i powiedziała:

– Mrrr…

– Lubi cię najwyraźniej – wyjaśnił pan Misio. – Przyszła z innego Lasu, nie zna więc jeszcze naszego języka, ale wszystko rozumie.

– Idziemy na jagódki? – zapytał Wilk.

– Idziemy na jagódki? – zapytał Miś Niedźwiedzicę.

– Grrr… – odpowiedziała.

– Nie idziemy – potulnie odpowiedział Miś. – Niedawno byliśmy.

– OK – rzucił przez ramię Wilk, odchodząc. Wydawał się obrażony, ale w duchu cieszył się, że Miś zaczyna rozumieć, jak to jest mieszkać z partnerką.

– Idziemy zatem spać! – Zatarł łapy pan Misio, myśląc o przytulaniu przez sen, wkładaniu nosa do ucha i snach o pogoni za Motylem.

– Mrrr… – odpowiedziała Niedźwiedzica, która rozumiała nie tylko to, co zostało powiedziane, ale także to, co pan Misio pomyślał.

***

Zwierzęta zasypiały. Pan Misio skulił się u boku Niedźwiedzicy, która wtulała nos w jego bok. Wilki spały zwinięte w kłębek wokół swoich młodych. Szczur drzemał nerwowo przy boku rannej przyjaciółki, której obiecał znosić jedzenie. Wiewiórka w swojej dziupli śniła o liczeniu orzeszków.

Następny dzień miał być pełen wydarzeń, ale na razie zwierzęta spały.

 

DZIEŃ TRZECI

Słońce wschodziło nad Lasem. Wydłużone cienie stawały się coraz krótsze. Mimo że poranek wydawał się całkowicie zwyczajny, dla Lisa był wyjątkowo udany. Jego prywatna hodowla drobiu przyniosła właśnie pierwsze efekty. Jajko! Chwilę temu rozgryzł skorupkę i teraz wylizywał ją do czysta. Dawno nie jadł nic tak dobrego. Kura chodziła wokół, dziobiąc tu i ówdzie. Była dumna ze swego wkładu w przyjaźń z rudzielcem.

– Ko, ko… – rozpoczęła rozmowę.

– Rzeczywiście – odpowiedział krótko Lis.

Po jedzeniu drzemka wydawała się dobrym pomysłem. Skrzyżował przednie łapy, położył na nich pysk i zasnął. Kura była rozczarowana. Nie usłyszała słowa pochwały! Jej jajko zostało po prostu zjedzone i tyle! Inna sprawa, że Człowiek też nigdy nie mówił „Dziękuję”. „Ech! – pomyślała. – Taki już mój kurzy los”.

***

Słońce stało jeszcze nisko. Niedźwiedzie budziły się ze snu. Pan Misio przeciągnął się rozkosznie. „Pójdę teraz na rybki” – pomyślał. Niedźwiedzica również wstała i przyglądała mu się pytająco.

– Idę polować na ryby – powiedział do niej pan Misio.

– Mrrr… – odpowiedziała Niedźwiedzica, przygotowując się do wymarszu.

– Nie, nie – pan Misio zatrzymał ją gestem łapy. – Idę polować sam. Tobie też przyniosę rybę.

– Mrrr?… Grrr? – zapytała Niedźwiedzica bezradnie.

– Co masz robić w tym czasie? – Miś był zakłopotany. – Może idź na plotki do Wilczycy? Wiem, że nie znasz języka, ale wszystko przecież rozumiesz. Jak Wilczyca z Wiewiórką się rozgadają, i tak nie będziesz miała szansy nic powiedzieć. No, idź. – Pan Misio trącił Niedźwiedzicę nosem.

Wstała i niepewnie ruszyła w stronę siedziby Wilka. Pan Misio patrzył za nią zadowolony. Podziwiał grację, z jaką się poruszała, i cieszył się, że nie narzuca się ze swoim towarzystwem.

„Teraz na rybki!” – pomyślał i ruszył w kierunku strumienia.

***

Wiewiórka zeszła z drzewa nieopodal siedziby Wilków.

– Hej, hej, pani Wilczyco! – zawołała.

Z nory wychylił się łeb Wilczycy. Po chwili dołączyła do niego cała Wilczyca.

– Co słychać, pani Wiewiórko?

– Nie uwierzy pani, co wczoraj po południu widziałam…

W tym momencie rozległ się odgłos wielkich łap stąpających po ziemi. Do Wilczycy i Wiewiórki dołączyła Niedźwiedzica. Przysiadła na tylnych łapach i przyjaźnie powiedziała:

– Mrrr.

– Mrrr – odpowiedziała Wilczyca na powitanie.

– A więc co pani widziała? – zapytała Wiewiórkę.

Wiewiórka, nieco przestraszona w towarzystwie dwóch dużych drapieżników, zaczęła chaotycznie:

– Lis przygarnął Kurę!

– Mrrr … – przytaknęła Niedźwiedzica, wiedząc, jakie są Lisy i co robią z Kurami.

– Nie, nie, nie! – zaprzeczyła Wiewiórka. – Rzecz w tym, że naprawdę ją przygarnął!

– Taaak – ziewnęła szeroko Wilczyca. – Mój mąż mi wczoraj mówił. Lis „przygarnął” Kurę prosto z zagrody. Do tej pory pewnie już ją zjadł.

– Mrrr – pokiwała głową Niedźwiedzica.

– Właśnie nie! – Wiewiórka bardzo starała się przekazać swoją wiedzę. – Porwał ją z zagrody, to prawda, ale nie zabił i teraz pozwala jej mieszkać u siebie w zamian za znoszone jajka!

– No tak… – wymruczała zaskoczona Wilczyca. – Lisy uwielbiają jajka.

Niedźwiedzica była zaskoczona jeszcze bardziej.

– Pani się dziwi, pani Misiowa? – Wilczyca starała się trzymać fason przed przybyszem zza granicy. – U nas Lisy są bardzo sprytne. Mówi się nawet „sprytny jak Lis”. Słyszała pani w swoich stronach o Lisie, który hoduje własną Kurę?

– Grrr – Niedźwiedzica bezradnie rozłożyła łapy. – Grrr, mrrr – dodała.

– No właśnie! – podsumowała Wiewiórka. – U nas różne ciekawe rzeczy się zdarzają! Witamy w Polsce, pani Misiowa.

***

Szczurowi dzień zaczął się wyjątkowo sympatycznie. Przede wszystkim nikt nie próbował go zjeść. Wylegiwał się jeszcze kilka minut, ciesząc się tym uczuciem, a później podszedł do Myszy. Tu było nieco gorzej. Złamana łapka wyraźnie spuchła.

– Zjemy coś? – zapytała Mysz.

W pierwszej chwili Szczur miał zamiar rozsiąść się i powiedzieć, że bardzo chętnie, ale zaraz zorientował się, że to od niego oczekiwano pomocy! Pierwszy raz w życiu był komuś potrzebny!

– Już idę – odparł. – Podkradnę Koniowi trochę wczorajszego owsa.

– A może… odrobinę serka? – zapytała Mysz, trzęsąc łapkami.

– O, nie! – Szczur był stanowczy. – Żadnego serka! Mam wyglądać tak, jak ty? – Wskazał ranną łapkę Myszy.

– Bez serka… – zasmuciła się Mysz.

***

Szczur szczeliną między deskami wyszedł z domu na zewnątrz. Miał swoje postanowienia. Oczywiście, ser był znakomity, ale to zbyt duże ryzyko. Można mówić o tchórzostwie, on jednak wolał nazywać to rozsądkiem.

Przebiegł chyłkiem podwórko. Było jeszcze za wcześnie, by ktokolwiek z ludzi wstał. On o tym jednak jeszcze nie wiedział. Poruszał się więc bardzo ostrożnie, cały czujny, aż po koniuszek ogona. Uszy strzygły, nasłuchując, nos węszył, szukając zagrożeń.

Kiedy dotarł do stajni, był mokry ze strachu. Zbliżył się do Konia. Ten spał na stojąco nad żłobem, w którym, o czym zapewnił nos przerażonego gryzonia, wciąż był owies. Szczur wspiął się po zwisającym ze ściany kawałku uprzęży i przeskoczył na żłób. Koń otworzył nagle oczy:

– Kto tu? – zapytał czujnie.

– Sz… Szzz, Szczur! – usłyszał nerwowe słowo.

Koń spokojnie spojrzał na Szczura i mruknął:

– Ach. Kolejny gryzoń. Bierz swoje trzy ziarenka i znikaj… – zamknął z powrotem oczy.

Szczur nerwowo zjadł trochę owsa. Kiedy poczuł się już najedzony, zjadł jeszcze trochę.

– Czas wracać – westchnął.

Chwycił pełną garść ziaren i podreptał do kryjówki pod podłogą domu. Opuściwszy stajnię, przebiegł przez podwórko i przez szczelinę między deskami. Kiedy zapominał o strachu, droga wydawała się bardzo krótka.

***

Pan Misio wrócił do Niedźwiedzicy z rybą w pysku. Był trochę poirytowany, bo złapanie ryby dla siebie zajęło mu godzinę, a złowienie drugiej ryby kolejną godzinę.

– Mrrr, mrrr – powiedziała Niedźwiedzica. To wynagrodziło panu Misiowi wszelkie trudy.

– No tak, mrrr, mrrr… Spójrz tylko, jaka piękna ryba – powiedział zadowolony z siebie.

***

Mysz spała bardzo niespokojnie. Łapka ciągle była opuchnięta, ale już jakby trochę mniej. Przez sen majaczyła:

– Serek… serek… ciasteczka…

Szczur położył obok niej zdobyty owies i odbiegł do swoich spraw. Niecałą godzinę zajęło mu znoszenie z podwórka różnych drobnych rzeczy. Zgromadził trochę siana, nieco kurzego pierza, kępkę końskiej sierści i tym podobnych. Szczurze gniazdo było gotowe i miękkie.

Powrócił do Myszy. Owies został już zjedzony. Gdzie ona mieszkała? Tu, pod podłogą, nie było śladu mysiego gniazda. Cóż, nie dowie się, dopóki Mysz nie zacznie chodzić.

– Ciasteczka! Serek! – Mysz nadal miała omamy.

„Hmmm – pomyślał Szczur. – Pójdę przez Mysią Dziurę i poszukam serka albo tych ciats… ciasts… ciasteczek”.

Oczywiście nie zamierzał zbliżać się do pułapek, ale jedzenie mogło gdzieś leżeć porzucone. Tyle było tam bogatych zapachów, że to nawet wydawało się całkiem możliwe.

***

Szczur pobiegł przez Mysią Dziurę. Już zamierzał skierować się do kuchni, kiedy usłyszał szczęk metalu. To go zainteresowało. Jeden dzień mieszkania w komforcie sprawił, że ciekawość zaczynał cenić sobie wyżej niż bezpieczeństwo. Co miało być dalej? Przesadna brawura, jak u Myszy?

Podążył w stronę dźwięku i zajrzał przez próg. W środku siedział Człowiek. Wielki i niezdarny. Manipulował przy czymś metalowym i podłużnym.

Nie wiadomo jak, ale Szczur się domyślił. Nigdy wcześniej nie widział strzelby, instynkt jednak podpowiedział mu od razu: dla pana Lisa zaczynały się problemy! Szybko wybiegł z domu, tym razem wprost przez niedomknięte drzwi, nie próbując nawet się kryć, i pognał do Lasu.

Trzeba ostrzec Lisa!

***

Wszystkie zwierzęta zgromadziły się w pobliżu lisiej nory. Każdy chciał posłuchać relacji Kury o życiu w obejściu Człowieka. To było takie egzotyczne.

– Jak to wygląda z orzeszkami? – zapytała Wiewiórka. – Możecie je sobie gromadzić i Człowiek ich nie zabiera?

– Ani ja, ani żadna z koleżanek tego nie próbowałyśmy – odparła Kura. – Nie jemy orzeszków, a zgromadzone robaki rozpełzną się w kilka chwil.

Zwierzęta odpowiedziały śmiechem. Wiewiórka lekko się zmieszała.

– Koń jednak je owies – pytała dalej mimo zakłopotania – gdzieś go więc musi gromadzić, żeby codziennie mieć co dziobać?

Kura zignorowała niezręczne użycie słowa „dziobać”. Koń, owszem, mógł podobno ugryźć, ale udziobać – nigdy!

– Koń dostaje owies od Człowieka – wyjaśniała cierpliwie. – Codziennie nową porcję. Jest uzależniony od owsa, więc w zamian ciągnie Człowiekowi… różne ciężkie rzeczy, których on sam by nie uciągnął!

Nagle na polanę wpadł Szczur.

– Panie Lisie, panie Lisie! – zdyszany mówił z wielkim trudem. – Człowiek idzie tu, by pomścić Kurę…! – Szczur urwał zaskoczony tym, co zobaczył. Znał Lisa nie od wczoraj. Spodziewał się martwej Kury. Tymczasem przed nim przechadzała się ona, żywa i rozgadana. Dotarło do niego, że przed chwilą odpowiadała na pytania leśnych zwierząt. Robiła to jak najprawdziwsza gwiazda!

– Uciekajcie! – Szczur odzyskał oddech. – Człowiek idzie tu ze STRZELBĄ!

Zwierzęta rozpierzchły się, wpadając w panikę. Na polanie pozostał tylko Szczur, Kura i Lis. Ten ostatni szybko opanował sytuację.

– Kuro! Schowaj się w mojej norze! Panie Szczurze, biegniemy!

Ruszyli przez zarośla. Szczurowi zrobił się miło, że został nazwany panem Szczurem, ale teraz nie miał czasu na przemyślenia. Dotrzymanie kroku Lisowi sprawiało mu problem, mimo to jakoś dawał radę. Po kilkudziesięciu metrach Lis zatrzymał się.

– Spokojnie, panie Szczurze – powiedział. – Polowanie na Lisa bez nagonki? To się nie uda! Dziękuję jednak, że mnie pan ostrzegł. Człowiek, jeżeli znajdzie Kurę, na pewno ją zabierze.

Teraz Szczurowi zrobiło się trochę głupio. Starał się ratować Lisa, tymczasem okazało się, że narażał życie tylko ze względu na Kurę.

– Bardzo proszę – mruknął i ruszył w drogę powrotną do domu Człowieka. Chciał wrócić pod podłogę, do Myszy, która go naprawdę potrzebowała.

Lis, zamyślony, patrzył za nim przez chwilę.

***

Pan Misio nie należał do tych zwierząt, które wpadły w panikę, słysząc ostrzeżenie Szczura. Nie, nie! – on odszedł spokojnie, z godnością… Niedźwiedzica biegła przy jego boku.

Zaraz, zaraz… biegła? Pan Misio zatrzymał się nagle i zapytał:

– Dlaczego biegniemy?

– Grrr, mrrr – odpowiedziała bezradnie.

No tak, Człowiek. Ale co może zrobić Człowiek w Misia własnym Lesie? Może narobić mnóstwo kłopotu! Może chodzić, strzelać do zwierząt. Może nawet kogoś zabić! Albo, pan Misio aż się wzdrygnął, może wyzbierać wszystkie jagódki!

***

Szczur wracał do swojego domu. Biegł przez Las, przeskakiwał leżące na ziemi gałązki.

Nagle tuż przed nim wyskoczył Borsuk.

– Jak miło, pana widzieć, panie Szczur… – fuknął. – Wszędzie pana szukałem, ale ślad urywał się na skraju włości Człowieka.

Szczur zamarł przerażony. Znowu kłopoty! Po co było wracać do Lasu? Miał już spokojne miejsce u boku Myszy. Może nawet, z czasem, przyniósłby kawałek ciasteczka? Teraz to wszystko kończyło się. Zaraz miał zginąć marnie w pazurach Borsuka…

– Zostaw go, Borsuku! – rozległ się nagle z boku głos Lisa.

Wszyscy w Lesie wiedzieli, że Lis i Borsuk nie przepadają za sobą. Trudno było jednak rozstrzygnąć, który by zwyciężył, gdyby musieli walczyć. Borsuk cofnął się lekko. Nawet gdyby wygrał, nie uniknąłby dotkliwych ran.

– Fffu, ffu… – fuknął dwa razy i odbiegł.

Szczur przysiadł na tylnych łapkach.

– Dziękuję, panie Lisie – powiedział drżącym głosem.

– Bardzo proszę – odparł Lis i zawrócił, aby odejść.

Nadal planował unikać Człowieka i hodować Kurę. Zajmować się wszystkim tym, czym zwykle zajmują się Lisy.

***

Było zupełnie cicho. Wszystkie zwierzęta pochowały się na wieść o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Tylko pan Misio pojadał jagódki na skraju Lasu.

Człowiek wkroczył brutalnie, bez szacunku dla panującej ciszy. Idąc, ciężkimi gumiakami miażdżył gałązki i robił wiele hałasu.

„Czas pokazać, czyj to Las” – pomyślał pan Misio. Zostawił jagódki i ruszył na spotkanie przeznaczeniu.

***

Nagle coś przemknęło w listowiu. Może była to pani Wiewiórka, może ktoś inny. Człowiek złożył się do strzału. Nie miał jednak szans zagrozić komukolwiek. Wiele spośród leśnych zwierząt było za szybkich dla ludzkiego oka.

Kilka kroków dalej, wśród zarośli, zauważył Niedźwiedzia. Wiedział, że do niego nie może strzelać. Niedźwiedzie są w Polsce pod ochroną! Poza tym to mógł być jedyny Miś w okolicy.

Człowiek zafascynowany patrzył, jak Niedźwiedź porzuca pojadanie jagód i rusza w jego stronę. Podniósł strzelbę do oka. Wycelował…

Może i Misie były pod ochroną, ale w obronie własnej miał prawo zabić!

***

Pan Misio widział, słyszał i czuł Człowieka od dłuższej chwili. Ruszył ku niemu, mimo że ryzyko było duże. To był jego Las! Musiał go bronić! Nie chciał tu Ludzi! Nadszedł czas na konfrontację!

Pan Misio biegł w stronę Człowieka. Niedźwiedzie potrafią biegać naprawdę szybko, nie są jednak tak szybkie jak kula. „Albo on, albo ja!” – myślał w biegu.

Huknął strzał.

Miś przystanął.

Łapy, nos i ogon nadal znajdowały się na swoim miejscu.

Człowiek nerwowo próbował ponownie załadować strzelbę, ale Niedźwiedź dopadł go, nim to było możliwe. Przewrócił Człowieka samym pędem swojego ciała, wytrącając mu strzelbę. Stanął nad nim, zamierzył się łapą… i w tym momencie przypomniał sobie swoje zasady: nie chciał zabijać, nie chciał, by komukolwiek działa się krzywda. Opuścił łapę.

– Grrr – powiedział.

Przerażony Człowiek gramolił się z ziemi. Pan Misio mu nie przeszkadzał.

– Grrr – powtórzył, potężną łapą przyciskając porzuconą strzelbę.

Człowiek nawet na nią nie spojrzał. Powstał i rzucił się do panicznej ucieczki.

***

Wiele małych oczu obserwowało ostatnie wydarzenia. Las wiedział, że to pan Misio ocalił go przed inwazją. Plotki dotarły też do pani Misiowej.

– Mrrr – powiedziała z podziwem do pana Misia, kiedy ten wrócił do barłogu.

– Mrrr – odparł dumnie pan Misio.

 

DZIEŃ CZWARTY

Pan Misio budził się powoli. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej budzenie wymagało tyle wysiłku. Otwierając oczy, czuł się jak naprawdę stary Miś. Niedźwiedzica lizała jego prawy bark. Rzucił okiem na łapę i zauważył, że brązowe futro ma pozlepiane krwią. „Jestem ranny” – pomyślał. Niedźwiedzica wciąż próbowała oczyścić ranę. Z każdym liźnięciem Misio czuł niewielkie fale bólu.

– Przestań, kochanie – wymruczał wciąż nieprzytomny, jakby przez sen. Przestała.

Miś usiłował ułożyć się wygodniej. Niestety, ból powracał. Czyżby Człowiek go trafił? Pamiętał huk strzału i moment, gdy musiał się na chwilę zatrzymać. Poczuł wtedy coś, ale było to jak ukąszenie pszczoły. Teraz ta pszczoła, której w pierwszej chwili prawie nie zauważył, zapuściła żądło głębiej. Coś tam wewnątrz było nie w porządku. Coś, co zapewne stanie się gorsze jutro. Pan Misio poczuł strach. Strach ten potęgowała troska Niedźwiedzicy. Znów lizała jego ranę, usiłując pomóc w jedyny sposób, jaki znała. Wydawała przy tym dźwięki niezadowolenia: „Grrrr, grrr”. Pan Misio mrugnął do niej słabo.

– Powiedz „Mrrr”, to mnie podniesie na duchu.

Spojrzała na niego nieco spłoszona i powiedziała:

– Mrrrrrrr.

Miś obrócił do niej pysk. Bark bolał jakby mniej, a na pewno nie wydawał się ważny. Polizał ucho Misiowej i w sam jego środek zrobił potężne „fuuuuu”. Niedźwiedzica odskoczyła zaskoczona.

– Misiu! – warknęła.

Niedźwiedź położył łeb na przednich łapach i nie zwracając uwagi na to, że pierwszy raz odezwała się do niego po imieniu, zasnął.

***

Panujący pod podłogą mrok dawał poczucie bezpieczeństwa. Szczur podszedł do zwiniętej w kącie Myszy i podsunął jej solidną porcję owsa. Przyjaciółka wydawała się spać głęboko. Nagle jednak jej nosek pochwycił znajomą woń. Ocknęła się i bez słowa zaczęła pożerać ziarno.

– Jestem głodna jak Wilk! – wyjaśniła z pełnym pyszczkiem.

– Wilk nieczęsto bywa głodny – zauważył ostrożnie Szczur. – Na całe szczęście… – dodał.

Kiedy po śniadaniu zostało tylko wspomnienie, Mysz stanęła na cztery łapki i mimo wyraźnego bólu zaczęła iść w kierunku Mysiej Dziury.

– Proszę za mną, panie Szczurze! – Wychyliła nos na zewnątrz i przez moment węszyła, rozglądając się czujnie.

– O tej porze Człowiek zajmuje się gospodarstwem. Nie pilnuje domu. Możemy więc poruszać się swobodnie.

Przebiegli przez korytarz i natrafili na schody wyłożone chodnikiem. Wbijając pazurki w tkaninę i oszczędzając ranną łapkę, Mysz wspinała się powoli. Szczur chwilami ją podtrzymywał. Jemu samemu sforsowanie tej przeszkody zajęłoby moment! Pojedynczy stopień mógł pokonać jednym susem. Szedł jednak pokornie z tyłu. Trochę z szacunku, a trochę z niepewności, co czekało na szczycie.

Dotarłszy na miejsce, znaleźli się w niewielkiej przestrzeni, zewsząd otoczonej poczerniałym drewnem. Mysi wzrok pobiegł ku niedużej szparze pod drzwiami. Jedna z desek w miejscu, w którym wypadł sęk, była wyszczerbiona.

– Tu się przeciśniesz, olbrzymie! – I Mysz, jakby całkowicie zapominając o ranach, skoczyła przez szczelinę.

Szczur, nieco się wahając, podszedł do dziury. Z otworu wionął zapach, którego nigdy wcześniej nie węszył! Wsunął nos, ale tak blisko podłogi nie widział za wiele. W końcu przecisnął się na drugą stronę i wspiął na stertę czegoś, czego nie rozpoznawał. Nieznana woń, wszechobecna i oszałamiająca, była trochę podobna do sera, ale nieskończenie bardziej subtelna. Coś jak ser dla duszy! Szczurek aż się wzdrygnął. Pierwszy raz pojęcie duszy pojawiło się w jego umyśle. Pozbierał się jakoś, by natychmiast usłyszeć słowa Myszy:

– To miejsce, w którym przyszłam na świat! Moi rodzice zbudowali tu dla mnie i moich braci gniazdo. Podobnie ich rodzice i moi pradziadkowie i wcześniej poprzednie pokolenia. Oto mój dom rodzinny, zwany strychem!

Szczur wysłuchał tej przemowy z wyżyny góry książek, na którą się wdrapał. Mysz przemawiała, stojąc na stosie starych gazet. Wokół piętrzyło się wiele podobnych stert, niektóre bardzo wysokie.

Wszystko to było widoczne dzięki promieniom porannego słońca wpadającym przez nisko umieszczone okienka. W smugach światła migotały drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Ozłocone blaskiem pajęczyny opowiadały o Pająkach, którymi Szczur mógł się karmić przez długi czas. Pająki? Ale przecież niedaleko stąd można było zdobyć serek i ciasteczka! Dlaczego więc zabijać Pająki?

Szczur poczuł słodkie rozleniwienie. Głos Myszy na chwilę uwolnił go spod tego zaklęcia, jednak treść tylko wzmogła wrażenie:

– Tutaj jesteśmy całkowicie bezpieczni! Człowiek nie przychodzi tu prawie nigdy.

***

Pani Wiewiórka przemykała z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo, co chwila zatrzymując się na krótko, by komuś przekazać najnowsze wieści. Tak, lubiła ploteczki, ale tym razem z każdym powtórzeniem w jej głosie było coraz więcej smutku. Pędziła do Wilczycy, na ich wspólną polanę. Puszysty, rudy ogon błyskał wśród gałęzi jak płomień. Niejedno leśne stworzenie odprowadzało ją zachwyconym wzrokiem. Dla Wiewiórki nie miało to teraz znaczenia. Była zasmucona, wręcz przerażona.

Zeskoczyła na ziemię nieopodal wilczej nory i zawołała przyjaciółkę. Jedno z Wilcząt wychyliło tylko nos i zaraz pobiegło po mamę. Wadera wyjrzała z nory, wyglądając, jakby chciała kogoś zabić. Nie lubiła być budzona tak wcześnie.

– Co się stało?

– Pan Miś… – wydyszała Wiewiórka. – Pan Miś jest bardzo choryyyy! – I wybuchnęła płaczem.

– Znowu przesadził z jagódkami? Mój mąż, kiedy ostatnio wrócili razem…

– Nieeee – zawodziła Wiewiórka, wycierając nos ogonem. – Człowiek go zranił!

– Ale przecież Miś wygrał! Wszyscy wiedzą! – Wadera zaczynała odczuwać niepokój.

– Oczywiście, że wygrał! Jest przecież naj, naj! Ale nie za darmoooo… – Wiewiórka zaczęła tak ryczeć, że Wilczyca trąciła ją nosem, nieomal przewracając, a później polizała tak serdecznie, że Wiewiórka rzeczywiście się przewróciła.

Długo musiała tulić poruszoną rudą sąsiadkę, aż ta w końcu powiedziała dokładnie, co się stało. W pierwszej chwili oczy Wilczycy zaszły mgłą wściekłości, zaraz jednak uspokoiła się i ponieważ był dopiero początek dnia, zawyła w kierunku słońca.

Wkrótce nadbiegł pan Wilk. Wysłuchał całej historii, zawył raz i drugi i potruchtał do nory jedynej osoby, w której pomysłowość wierzył zawsze.

***

Kura wychyliła dziób z lisiej nory i zapytała:

– Ko, ko?

Siedzący nieopodal Lis przypadł do ziemi, gotów uciekać. Wilk stanął nad nim, szczerząc wściekle kły.

– To ty sprowadziłeś Człowieka! To tobie zachciało się drobiu! Miś obronił ciebie! Obronił nas wszystkich! – wywarczał i zawył przeciągle.

Lis jeszcze bardziej rozpłaszczył się w trawie. W tej chwili miał ochotę być zupełnie płaski i najlepiej przezroczysty.

– Teraz przyda się wreszcie przysłowiowy lisi spryt. – Wilk na chwilę jakby porzucił wściekłość – Albo coś wymyślisz, albo rozszarpię ci gardło! – zakończył nagle. Odwrócił się i odbiegł w Las.

Lis na próbę zrobił się lekko wypukły. Groźny warkot oraz niebezpieczne kły nie powróciły, więc wstał na równe łapy. Nie wiedział, o co chodziło panu Wilkowi, ale był pewny, że Kura powinna mieć na ten temat jakieś pojęcie. Nie na darmo należała do największych plotkarek w Lesie. Spojrzał na nią groźnie. Kura jakby się zmieszała, wyszła jednak z lisiej nory i zaproponowała niezobowiązująco:

– Może jajko?

Lis zwalczył w sobie potrzebę zrozumienia, dlaczego o mało nie został przed chwilą zagryziony i rozszarpany. Wiedział, że jeżeli pozwoli Kurze ulec namiętności plotkowania, to może zapomnieć o jajku co najmniej do jutra. Dręczyły go niepokój i ciekawość, jednak wiedział, jak ważna jest kolejność działań podczas hodowli drobiu.

Pozornie opanowany oparł pysk na przednich łapach i ze sprytnym, lisim uśmiechem uprzejmie powiedział:

– Tak, jajko, bardzo proszę.

Kura odeszła schować się za niewielkim krzaczkiem. Uważała znoszenie jajek za czynność intymną. Lis leżał spokojnie. Przymknął nawet oczy, udając lekką drzemkę.

Kiedy rozległo się głośne, pełne tryumfu „Ko, ko, ko!”, skoczył jak sprężyna, przebił się przez listowie niepozornego krzaczka i przednimi łapami przyszpilił Kurę do ziemi. Świeżo zniesione jajko leżało obok, czekając na swoją kolej. Lis, świadom że ryzykuje dziobnięcie, zbliżył pysk do kurzego dzioba.

– Teraz mi powiesz: O CO WILKOWI CHODZIŁO!

***

Na podwórzu siedziby Człowieka zatrzymał się samochód. Wysiadły z niego dwie istoty. Jedna większa, a druga mniejsza, z warkoczami i czymś w ręku.

– Tata i Dziewczynka – wyjaśniła Mysz lakonicznie. – Wcześniej przyjeżdżała z nimi także Mama, ale teraz jej nie widzę.

– Co ona ma w ręku? – Szczurowi wydawało się, że dostrzegł ruch.

– Nie mam pojęcia.

Nim spektakl dobiegł końca, znudzone gryzonie porzuciły obserwację podwórza, aby powrócić do pogryzania papieru.

– Chodź! Przyjrzymy się przybyszom! – zaproponowała Mysz, kiedy na dole całkiem już ucichło.

– Idź sama – wymamrotał Szczur z pyszczkiem pełnym papieru. – Ja jeszcze trochę poczy… pogryzę tę rzecz. – Nie wiedział, skąd wzięło się to dziwne przejęzyczenie. Jakaś cząstka niedawno odkrytej duszy nawiązała kontakt z niszczonymi kartkami.

Mysz samotnie zeszła po schodach. Kierując się węchem, szybko znalazła pokój, który przez większość roku nie był w ogóle używany. To tutaj zatrzymywali się goście. Zajrzała przez szparę. Dziewczynka leżała na kanapie, wbijając nieruchomy wzrok w otwartą książkę. Tata siedział na łóżku, masując skronie.

Mysz prześliznęła się pod drzwiami i zaraz po ich drugiej stronie natknęła się na coś niecodziennego. Na podłodze stała druciana, przenośna klatka, w jej wnętrzu zaś tkwił dziwny zwierz, po uzębieniu sądząc – gryzoń!

– Kim jesteś? – zapytała, rozsądnie nie podchodząc zbyt blisko.

– Moje imię to Świnka, Morśka Świnka – zdradził uwięziony gryzoń nieco niewyraźnie, bo potężne siekacze przeszkadzały w mówieniu.

Mysz widywała już Świnki, jednak ta nie przypominała żadnej z nich. Prawdę mówiąc, była bardziej podobna do pana Szczura. Oczywiście gdyby ten przytył, zapuścił futro i jakimś cudem skrócił pysk. Mysz przyjrzała się klatce. Dzięki swoim bogatym i często bolesnym doświadczeniom z pułapkami bez trudu zidentyfikowała zamek. Był to prosty, druciany haczyk.

– Chcesz uciec? – zapytała.

– Dokąd? – Chciała wiedzieć Świnka.

– Obejrzeć dom, zobaczyć zagrodę i Las!

„Tak! Świnka w dom, Świnka w las!” – pomyślał tłustawy gryzoń.

– Wypuść! – odparła prosząco.

Mysz z pewnym wysiłkiem podważyła haczyk i drzwiczki klatki stanęły otworem. Nim Świnka zdążyła czmychnąć w nieznanym kierunku, Mysz ostudziła jej zapały.

– Musimy się schować! Dla ciebie ten pokój to po prostu większa klatka! Jesteś za duża, by zmieścić się pod drzwiami. Poczekamy, aż ktoś je otworzy. Wtedy pobiegniesz za mną!

Ukryte za deskami boazerii czekały dłuższą chwilę, nim w końcu Tata podszedł do drzwi i zaczął je otwierać. Lekkie uchylenie wystarczyło, by gryzonie skoczyły do wyjścia.

– Prędko, do Dziury! Tam dopiero będziemy bezpieczne! – wydyszała Mysz, pokonując zakręt korytarza. Pędziła tak szybko, że gdyby nie chodnik dający zaczepienie pazurkom, z pewnością straciłaby równowagę. Świnka okazała się pojętna i także usiłowała zastosować tę technikę. Niestety, była dużo cięższa, przeturlała się więc dwa razy, nim zmieniła kierunek. Pozbierała się błyskawicznie i kilkoma susami, z niewielkim tylko opóźnieniem, dotarła do Mysiej Dziury.

Milczały przez chwilę, odzyskując oddech. Wyglądało na to, że nikt ich nie ściga. Mysz zamierzała już rozpocząć natchnioną przemowę o wolności, gdy z opuszczonej chwilę temu części domu rozległ się histeryczny wrzask. Świnka gestem łapki powstrzymała pytania.

– Tęśkni… – wyjaśniła refleksyjnie. – Dobzie jej tak!

***

W przydrożnym rowie, na skraju Czarnej Rzeki, krył się Lis. Bezpośrednie zagrożenie wilczymi kłami zmusiło go do porzucenia wygód życia hodowcy drobiu. Znalazł sobie punkt obserwacyjny pod zmarniałą paprocią. Roślina była dość nędzna, bo struta spalinami, ale jej naturalnie szerokie liście osłaniały rude futro przed niepożądanym wzrokiem. Rozpędzone, mordercze stwory przemykały po Rzece, zostawiając za sobą paskudny smród. Lis widział wiele zwierząt, którym nie powiodło się przekroczenie tego pasa śmierci. Było wśród nich wiele Jeży, ale trafiały się także większe ofiary, jak Jeleń lub Sarna. Rudy spryciarz robił to już nie pierwszy raz i wiedział, że kluczem do sukcesu jest cierpliwe wyczekiwanie na chwilę, gdy żaden samochód nie będzie akurat nadjeżdżał. W końcu wypatrzył taki moment i przemknął po czerni asfaltu. Po drugiej stronie nieco się odprężył i ruszył przez łąki w kierunku żeremia Bobrów.

Kiedy dotarł prawie na miejsce, podszedł do dwójki przysypiających strażników i grzecznie, acz ostro szczeknął:

– Dzień dobry, Bobry!

Przyzwyczajone do nocnego trybu życia, przez zmrużone ślepia widząc, że to tylko zaprzyjaźniony Lis, odparły:

– Dobry! Dobry! – I podpierając się wzajemnie, zasnęły spokojnie.

„Urocze” – pomyślał Lis sarkastycznie i ruszył w kierunku żeremia. Kiedy zbliżył się na tyle, by pomiędzy drzewami zobaczyć piętrzącą się w wodzie kopułę obgryzionych patyków, zorientował się, że przedpołudniowe godziny nie są najszczęśliwszą porą na wizytę. Gospodarze wydawali się spać snem kamiennym. Lis zwątpił, czy znajdzie tu teraz partnera do rozmowy.

Już chciał zawrócić, gdy nagle z chaszczy wyskoczył Bóbr o zmierzwionym futrze. Widać było od razu, że nażarł się szaleju albo innych liści, po których nie mógł zasnąć. Miał wytrzeszczone oczy i wydawał się mocno spięty.

– OOOOO! – zaintonowało złowieszczo oszalałe stworzenie, świadome, że ta „retoryka” zwykle działa. Zawodzenie wydawało się równocześnie głębokie i nie oznaczało nic na tyle konkretnego, żeby szukać dalszych argumentów.

Lis przysiadł na tylnych łapach.

– O! – odparł, skracając swą przemowę do minimum. – Muszę rozmawiać z waszym wodzem.

– OOO… – Bóbr urwał gwałtownie. Zauważył, że Lis patrzy na niego jak na zimną przekąskę, spokojniej więc wyjaśnił:

– Szef śpi.

– Od kiedy go znam, albo śpi, albo je, albo…

– Gada? – zmierzwiony Bóbr wszedł mu w słowo. – Ostatnio już nawet nie chce mu się gadać. Zrobił mnie szamanem i teraz to ja gadam!

– Muszę zatem rozmawiać z tobą? Przychodzę z interesem…

– Nasz interes jest większy niż twój interes! – Szaman nadął się i usiłował roztoczyć aurę autorytetu.

– Przepraszam – Lis był uprzedzająco uprzejmy. – Czy przed chwilą puściłeś bąka?

Bóbr nieco się zmieszał. Liście szaleju powodowały problemy z trawieniem i teraz właśnie postanowił, że w życiu już ich nie tknie.

– Niech będzie, zaraz szefa obudzę – zgodził się pokornie.

Kilka minut później nad rzeką, w głębi bobrowego żeremia, Lis prowadził negocjacje z panem Bobrem. Nikt postronny nie miał słyszeć tej rozmowy. I nikt by jej pewnie nie usłyszał, gdyby nie chorobliwa ciekawość pewnej małej rudokitej istoty.

Pani Wiewiórka przycupnęła na gałęzi powyżej i łapczywie chłonęła każde słowo.

***

Lis przywarował na uboczu, słuchając przemówienia pana Bobra.

– Żyjemy w pokoju z wszelkim stworzeniem! – perorował wódz Bobrów. – Jemy gałązki, nikomu nie wadzimy! Mnożymy się, by przetrwać, i budujemy, by pływać w spokojnej wodzie!Dzisiaj przyszedł nasz suchofutry przyjaciel, Lis! Przybył w przyjaźni, prosząc o pomoc…

Lis musiał przyznać, że pan Bóbr potrafił przemawiać! Używał wielu słów, ale nic nimi nie przekazywał. Nawet najbardziej błyskotliwym młodym Bobrom musiał wydawać się nieszkodliwym grubasem. Teraz Lis chciał, żeby gorącokrwista młodzież także jego samego z jego prośbą uznała za nieszkodliwego.

– Pana Misia znacie wszyscy z widzenia! Kiedy go spotykacie nad rzeką, zawsze was pozdrawia! Nigdy nikogo nie zranił, mimo że jest potężny i tłusty prawie jak ja!

Bobry przez chwilę wznosiły okrzyki na cześć tłustości oraz chodzącej z nią w parze mądrości i łagodności. Zadowolony pan Bóbr wyszczerzył się do swoich pociotków.

– Suchofutry przybył, by opowiedzieć, jak Człowiek zranił pana Misia w jego własnym Lesie!

W tłumie pożeraczy gałęzi rozległy się zagniewane pomruki.

– Koń ciągnie dyszel wozu, Kura najpierw jakoś znosi, a później nawet siedzi na jajkach! A to są jajka Człowieka! I dyszel! I wóz!

Bobry trochę straciły wątek. Pojęcie własności przekraczało ich kolektywny sposób pojmowania świata. Wódz jednak kontynuował niezrażony:

– Krowa niegodnie pozwala dotykać swych wymion, by oddać mleko! Pozwala zabrać własnego Cielaka! I Świnia pozwala zabrać sobie Prosiaki!

Rozległy się okrzyki. Ktoś wrzeszczał: „Uwolnić Świnię!”, ktoś inny: „Patyk ludziom w oko!”, "I szyszka! I szyszka!" usiłował zabłysnąć któryś z mniejszych Bobrów.

– A wszystko to w zamian za garść ziarna! – podsumował pan Bóbr i teraz, kiedy słuchacze naprawdę się rozgrzali, postanowił przejść do rzeczy:

– Złe czasy nastały, gdy wspólny wróg klasowy, ciemiężący oswojone zwierzęta, zaczyna strzelać do najlepszych z nas!

Koncepcja „najlepszych” była niezgodna z doktryną równości, ale stary demagog był całkowicie pewny, że nikt na to nie zwróci uwagi. Teraz postanowił doprowadzić swą przemowę do finału:

– Lis przybył prosić o pomoc! Pomożecie!?

Bobry skandowały:

– Pomożemy! Pomożemy!

Gniewne głosy odbijały się echem od powierzchni wody. Brzmiało to jak prawdziwy ryk żywiołów Matki Natury. Czy jednak był to ryk gniewu, rozbawienia, czy żalu, nie było łatwo rozstrzygnąć.

***

W przydrożnym rowie Lis czekał na krótki moment, gdy przeprawa przez Czarną Rzekę stanie się bezpieczna. Nagle coś odwróciło jego uwagę i zakłóciło czujność. Do rowu wskoczyła młoda Bobrzyca i podbiegła bliżej.

– Poświęć mi chwilkę, panie Lisie – powiedziała nieśmiało.

Lis spojrzał w jej ogromne, wilgotne oczy i przez myśl przeszło mu wspomnienie przyjaciółki z dzieciństwa. Była to młoda Lisiczka z leżącego nieopodal matecznika. Pod wrażeniem sentymentu zapomniał o wszystkim. Położył pysk na przednich łapach, by wysłuchać młodego stworzenia.

– Czy jeżeli zagrozimy Człowiekowi, to będzie do nas strzelał, jak wcześniej do pana Misia? – Młoda okazała się znacznie mniej naiwna, niż się spodziewał. Była jednak nieśmiała. Płaski ogon poklepywał nerwowo ziemię, gdy mówiła.

– Nie, pięknooka – Lis uśmiechnął się, a jego uśmiech tym razem nie był nawet odrobinę lisi.

– Dużo może się zdarzyć, ale nikt nigdy nie będzie do ciebie strzelał! – I czmychnął przez Czarną Rzekę. Zrobił to na oślep i jedynie szczęściu mógł zawdzięczać to, że żaden samochód go nie rozpłaszczył.

Długimi susami pędził do swojej nory. Uciekał przed obietnicami, których nie potrafił dotrzymać.

***

– Sią śprytni! – mówiła Świnka Morska pod podłogą.

– Śprytni, jak coś bardzio śprytniego – wyjaśniała w drodze po schodach, z pewnym wysiłkiem podciągając się na kolejne stopnie.

– Zbyt śprytni, zieby to było dla nich dobre! – zakończyła swoje rozważania o Ludziach przed wejściem na strych.

Kiedy już przecisnęła się przez szczelinę po sęku, na chwilę oniemiała. Strych był czymś ogromnym i nowym! W zasadzie: czymś ogromnie nowym! Za stertą gazet przycupnął gryzoń niemal jej rozmiarów. Jego ciało znaczyły blizny. Pod okiem miał zagojoną ranę. Śwince poznającej świat na wolności wydał się bardzo męski. Silny, duży, wysportowany… Do tego pochylony nad książką, zatem niegłupi.

Pełna ideałów o równouprawnieniu chłopców i dziewcząt odezwała się pierwsza.

– Lubiś citać? 

– Cio? – zapytał Szczur, jakby zahipnotyzowany. Z boku stała Mysz, trochę zaskoczona i bardzo, bardzo zazdrosna.

– Citać! – powtórzyła Świnka.

– Czy… co? – Leśny Szczur nie łapał kontekstu.

Za to panna Morska szybko zorientowała się, w czym rzecz. Ten dzikus nie umiał czytać! Wydał jej się tym bardziej słodki i niewinny.

– Pać! – Wskazała łapką na obgryzioną książkę. – To sią śłowa! Tutaj, gdzie pogryźłeś, było: „psiypływ się kończy”. Teraź ziośtało… – spojrzała na kartkę, przekrzywiając łebek – „psi… koń…”.

Szczurowi oczywiście przeszło przez myśl, że Koń zwykle nie prze, tylko ciągnie. Na całe szczęście szybko powstrzymał swój język. W jakim świetle stawiałby go komentarz w tym stylu?

– Ziobać! Kaźde śłowo śkłada się z liter! Róźnych liter jest zaledwie dwadzieścia parę, więc łatwo je ziapamiętać!

Świnka była podekscytowana. Co ciekawe, Szczur także wydawał się pozostawać pod wrażeniem tych rewelacji. Od początku czuł, że te wielkie kawałki aromatycznego papieru muszą mieć jakieś magiczne właściwości. Teraz dowiadywał się, że zawierały słowa, wiadomości i myśli! Jakże pragnął wiedzy, którą oferowała Morska Świnka!

Mysz opanowała w końcu zazdrość, rozumiejąc, że dzieje się coś nietypowego i całkowicie niezrozumiałego. Szczur miał nowe hobby, a to przecież dobrze. Postanowiła mu na to pozwolić, zwinęła się w kłębek i przysypiając, zerkała od czasu do czasu na dwoje zatopionych w lekturze gryzoni.

Przebierając w książkach, trafili na „Doktora Dolittle”. Opowieść o człowieku, który umiał rozmawiać ze zwierzętami, wydała się Szczurowi fascynująca. Kiedy opanował już deszyfrację liter na tyle, że na głos odczytywał całe fragmenty, podeszła do nich zaintrygowana Mysz i zapytała:

– Chcesz nam, Świnko, powiedzieć, że Człowiek posiada inteligencję?

– Nie kaźdy – wyjaśniła panna Morska. – Wsiscy za to potrafią citać i pisiać!

Mysz skinęła rozsądnie łebkiem. O citaniu wcześniej nie słyszała, ale właśnie była świadkiem, jak Szczur oderwał się na chwilę od tej magicznej czynności, by wysikać się nieopodal. Pisiał na zebrane dzieła Marksa i Engelsa, nie zdając sobie sprawy z symboliki tego gestu.

***

Lis był znacznie bardziej świadomy możliwości ludzkiego umysłu. Wiele dowiedział się od Kury, szerzona przez Bobry ideologia także nie była bez znaczenia. Rudy spryciarz podejrzewał nawet, że to ludzie zbudowali Czarną Rzekę. Wiedział, że to im właśnie służą potworne samochody. Ostrożnie zbliżał się do siedziby Człowieka. Podczas wcześniejszych wizyt zorientował się, że nie jest to aż tak niebezpieczne, jak się powszechnie w Lesie uważało. Miał jednak dość rozsądku, żeby być ostrożnym. To było obce dominium, podporządkowane nieobliczalnemu władcy. Podobnie jak na Czarnej Rzece, tutaj też nagle i niespodziewanie mogły stać się zwierzęciu różne złe rzeczy.

Na samym środku podwórza, które po poprzednich wizytach zaczynał uważać za znajome, natrafił na potężny pysk samochodu! Przez chwilę myślał, że jego lisi żywot dobiega właśnie końca. Zaraz jednak zorientował się, że potwór ma wygaszone ślepia i stoi w miejscu. Chyba spał. Na wszelki wypadek Lis położył się na ziemi i przeturlał na grzbiet, by pokazać swoje poddanie.

– Składam ci hołd, potężna Bestio – wyszczekał rudy – Niech światła gwiazd lśnią na twej błyszczącej skórze po wsze czasy, a pysk twój gładzi czuły wiatr!

Samochód nie drgnął nawet. Oczy reflektorów pozostawały zgaszone. Zagłębione w ziemi mordercze opony trwały w bezruchu. Przez ułamki sekundy Lisowi wydawało się, że słyszy: „Bądź mym gościem”. Nie przejął się tym złudzeniem. Zrozumiał, że z jakichś przyczyn samochód nie jest teraz groźny. Podbiegł do domu i szczeknął dwa razy. Wiedział, że pan Szczur rozpozna wezwanie. Rzeczywiście, po chwili pojawił się wywołany gryzoń. Miał załzawione oczy i wyglądał, jakby był trochę zmęczony, jednak przytomnie zwrócił się do Lisa:

– Co się dzieje w Lesie?

– Oj, nic dobrego – odparł Lis, powstrzymując się od plotek o bezkrólewiu. Jak na mężczyznę przystało, skupił się na konstruktywnej relacji. – Pan Misio został ranny podczas tamtego spotkania z Człowiekiem! Teraz głównie śpi i czuje się chyba coraz gorzej. Niedźwiedzica nie mówi po naszemu, więc nie może przejąć władzy! A Wilk… uparł się, że to moja wina! Mam już plan, mam towarzyszy! Potrzebna mi tylko twoja pomoc!

– Jaka pomoc? – ostrożnie spytał Szczur.

Znał Lisa od dawna i miał świadomość, że większość jego pomysłów była niebezpieczna, i to wcale nie dla samego rudego. Lisie matactwa zagrażały wszystkim naokoło, nie zaś samemu krętaczowi.

Rudokity, szepcząc w szczurze uszko, zrelacjonował swoje plany.

Nagle cichą naradę zakłóciły potworne, dzikie kwiki. Dobiegały z obory. Lis cwaniak jakby się trochę spłoszył.

– Przekażesz Człowiekowi wiadomość! Ultimatum! – zakończył już pełnym głosem i ruszył w stronę Lasu.

– Ale jak? – spytał gryzoń, obserwując oddalającą się lisią kitę.

Nie otrzymał odpowiedzi.

Już po zmierzchu, zasypiając, głowił się, jak przekazać informację Człowiekowi. Nie znajdował rozwiązania. W końcu, zmęczony bezowocnym kombinowaniem, zapadł w sen.

 

DZIEŃ PIĄTY

Dziewczynka obudziła się skoro świt. Wczoraj dużo szybciej, niż się spodziewała, skończyła czytać „Anię z Zielonego Wzgórza", więc nie znajdując innego zajęcia, poszła wcześnie spać. Po przebudzeniu leżała chwilę nieruchomo, zastanawiając się, co będzie tutaj robić. Jak ojciec mógł wywieźć ją do takiej zapadłej wioski? Nie było tu komputera, koleżanek i centrów handlowych! Telefon nie miał zasięgu, jedyna książka, którą wzięła ze sobą, skończyła się prawie od razu i na dodatek uciekła jej Komandor Świnka! O Komandor była raczej spokojna. Uciekała już nieraz, ale zawsze wracała. Problemem było, co robić z wolnym czasem. Po cichu wstała, założyła dres i na bosaka wyśliznęła się z pokoju.

Przez okna wpadały niemal poziome promienie słońca. Drobinki kurzu migotały w nich jak anielski pył. Na moment wywarło to pewne wrażenie. Może nawet wydało się jej piękne? Zaraz jednak wzruszyła ramionami, w końcu lepsze rzeczy widziała w „Harrym Potterze". Rozejrzała się wokół i jej uwagę przykuły prowadzące w górę, niknące w cieniu schody. Tak, to mogło być interesujące! Mrok zrobił się ostatnio bardzo modny!

Budując w myślach historię dziewczynki zwiedzającej stary dom, wchodziła powoli po lekko skrzypiących stopniach. Osiągnąwszy szczyt, znalazła się w niewielkiej, za to bardzo modnie mrocznej przestrzeni. Między deskami poczerniałych drzwi lśniły wąskie smugi światła. Znów zobaczyła anielski pył i poczucie kontaktu z magią nasiliło się. W tej chwili „Potter" wydawał się co najwyżej porównywalny!

Po omacku znalazła klamkę i nacisnęła. Drzwi otworzyły się pod własnym ciężarem, skrzypiąc głośno. Światło na chwilę oślepiło Dziewczynkę. Prawa strona strychu wciąż tonęła w mroku, podczas gdy lewa była wypełniona słońcem. Przez umieszczone nisko okienka gwałtownie wlewał się świt. Dziesiątki drobnych szczelin w dachówkach dawały początek wąskim smugom. Wszędzie migotały drobinki kurzu, ukazując promienie jako snopy złotych płatków.

Całą podłogę zalegały sterty złota! Zamrugała. Wzrok po chwili przyzwyczaił się do blasku. Jednak to nie było złoto! Owszem, góry złota nie byłyby złe, ale mogły sprawiać kłopoty. To, co widziała przed sobą, było nawet lepsze! Sterty starych książek i gazet! Wiedziała już, jak spędzi czas w gospodarstwie agroturystycznym! Teraz miała co czytać!

***

Jak co ranka, Szczur wskoczył do końskiego żłobu. Tym razem wybranie najdorodniejszych ziarenek nie było jego jedynym celem. Krzątał się możliwie głośno, a gdy to nie pomogło, odezwał się w końcu:

– Panie Koniu!

– Czego znowu? – zapytało potężne zwierzę leniwie otwierając oczy.

– Wczorajszego wieczora z obory słychać było przerażające kwiki!

– To ta Świnia, pierwszy raz w życiu jest ciężarna – Koń jakby lekko się uśmiechnął.

– Rodziła?

– A gdzie tam! Rodziła Krowa, ale Świnia to widziała i wpadła w panikę, przerażona czekającym ją samą porodem – teraz Koń uśmiechał się otwarcie. – Z Krową w porządku i z Cielakiem też. Pomógł im ten nowy Człowiek. On się na tym zna. Zna chorych… – zamknął temat koń i powrócił do swojej drzemki na stojąco.

Biegnąc w kierunku domu, Szczur miał pyszczek pełen owsa, a w głowie kłębiły mu się poznane dzięki czytaniu słowa. Kim był Tata? „Zna-chorem"? Czy też „Chore-o-grafem"?

Kiedy dotarł pod podłogę, cisnął owies na ziemię i zanim którakolwiek z pań zdążyła się pożywić, strzelił pytaniem prosto w ich przeżuwające pyszczki:

– Kim jest Tata?

– Ćłowiekiem – wyjaśniła Świnka. Nim skończyła mówić, już była pewna, że nie takiej odpowiedzi oczekiwał Szczur.

– Co potrafi?

– Citać, pisiać. Raź widziałam, jak robił kupę…

– Nie o to mi chodzi! – krzyknął Szczur nieomal załamany. W końcu uspokoił się na tyle, żeby opowiedzieć, czego dowiedział się od mrukliwego Konia.

– Ach, o to chodzi! – zawołała tryumfalnie Świnka. – Lecić! Lecić potrafi!

– Latać? – Mysz czuła się zagubiona. – W jaki sposób ma to nam pomóc?

Morska w końcu poszła po rozum do głowy i wyjaśniła:

– Umie uźdrawiać.

– A więc znachor? – Szczur usiłował powrócić do w miarę znajomej terminologii.

– Nie źniachur! Weretyniaś… – Świnka była zawstydzona, bo zdawała sobie sprawę, że nie umie poprawnie wymówić tego słowa. By ukryć zakłopotanie dodała:

– Taki uźdrowiciel dla źwieziąt!

Szczur stanął słupka. Nieomal pękał od genialnych pomysłów! Dokładniej – to dwóch różnych pomysłów. Jeden należał do Lisa, drugi właśnie rodził się w szczurzym łebku. W obu przypadkach brakowało tylko jednego fragmentu.

– Jak mam przekazać Człowiekowi informację?! – zadał to pytanie na głos, nie wierząc, by ktoś mu odpowiedział.

– Prośte! – długoletnia lektura przypadkowych książek zaznajomiła Świnkę z różnymi metodami komunikacji. – Powycinaś ziębami odpowiednie śłowa i ułozisz z nich wiadomość!

Szczurowi przyszło do głowy, że byle mały wietrzyk zniszczyłby taki list. Z pomocą przyszła jednak Mysz:

– Poprzyklejasz wycięte słowa żółtkiem jajka do większej kartki – doradziła.

***

Potężne korzenie zwalonego drzewa utworzyły głęboki wykrot. W jego mrocznej głębi znajdowała się gawra. Niedźwiedzie wykorzystywały tę kryjówkę wyłącznie w czasie snu zimowego. Tym razem pani Misiowa postanowiła zrobić wyjątek, aby zapewnić mężowi spokój. Sama położyła się nieopodal i w milczeniu strzegła chorego. Miś już drugi dzień bez przerwy spał. Przyniosła mu rybę, ale nawet jej nie tknął. Chwilami mówił przez sen i wtedy nasłuchiwała, czy nie powie czegoś ważnego. Jej oczy zrobiły się wilgotne od łez, kiedy wspomniał o motylu i zrobił „pfffffffu". Kilka kroków dalej, równie milcząco, przywarowała Wadera. Starała się dodać przyjaciółce otuchy choćby swą obecnością.

Pośród smutnego spokoju czas zdawał się płynąć bardzo powoli. Teraz z gawry słychać było: „Jagódki, jagódki" powtarzane słabym głosem.

– Mój Wilk byłby wzruszony – mruknęła Wadera.

Niedźwiedzica wydawała się tego nie słyszeć. Przymknęła oczy i zaczęła niezrozumiale mamrotać coś do siebie. Mogła być to modlitwa lub mruczanka za zdrowie. Kto to może wiedzieć? Wilczyca nie ruszyła się z miejsca.

Nagle z gałęzi zeskoczył rudy płomień. Wiewiórka wylądowała pomiędzy niedźwiedzim a wilczym pyskiem i, całkowicie ignorując panujące do tej pory dostojne przygnębienie, zaczęła szczebiotać.

– Panie nie uwierzą, czego się dowiedziałam!

Niedźwiedzica otworzyła szeroko oczy. Wadera podniosła pysk z przednich łap. Wiewiórka lekko dyszała po długim biegu wśród gałęzi. Nie czekając jednak, aż całkowicie odzyska oddech, zaczęła swą relację:

– Wilk mocno przycisnął Lisa!

– A on potrafi przycisnąć… – Wilczyca z rozmarzeniem pomyślała o kilku sytuacjach w ich własnej norze, jeszcze przed przyjściem na świat Wilcząt. Teraz o przyciskaniu nie było mowy. Dało się najwyżej przeciskać. Musi porozmawiać z Wilkiem o poszerzeniu korytarzy. Te refleksje przerwał chichot wiewiórki.

– A żeby pani wiedziała! Tak Lisa przycisnął, że ten zrobił się całkiem płaski. Gdyby potrafił, pewnie wsiąkłby w ziemię!

– A lisy to potrafią? – Kura, która właśnie nadeszła, była gotowa uwierzyć w dowolne umiejętności swego hodowcy.

– Nie potrafią! – warknęła Wadera.

To ucięło dyskusję i pozwoliło Wiewiórce mówić dalej.

– Lis trochę pokombinował i ruszył na drugą stronę Czarnej Rzeki. Długo szukałam, ale w końcu znalazłam miejsce, gdzie gałęzie drzew były wystarczająco blisko, i przeprawiłam się na drugą stronę. Udało mi się dopędzić Lisa, kiedy właśnie wpływał w głąb żeremia. Znalazłam gałąź zwieszającą się nad wodą, blisko tej ich pieczary zbudowanej z obgryzionych patyków. Nasłuchiwałam pilnie.

***

Lis był cały mokry po przeprawie przez podwodne wejście do żeremia. Robił dość żałosne wrażenie swoim pozlepianym futrem. Wyglądał tak chudo, że przez myśl przeszła mu obawa, czy zaspany Bóbr nie pomyli go z kawałkiem drewna i nie nadgryzie. Nic takiego jednak się nie stało. Pan Bóbr dostojnie sięgnął po nieokorowany jeszcze patyk i zaczął go obgryzać leniwie.

– Co cię do nas sprowadza o tak wczesnej porze… suchofutry? – tłusty wódz z wyraźną złośliwością użył lisiego przydomka.

– Mam interes! Proponuję dziesięć jajek. Codziennie jedno.

– Dwadzieścia! Dwa dziennie!

– Czternaście! I tylko do jednego dziennie mam dostęp.

– Zgoda! Wysłucham cię dalej – łaskawie zgodził się pan Bóbr.

– Musicie tylko – kontynuował Lis – zbudować tamę trochę wyżej biegu rzeki. W taki sposób, żeby woda zalała pola Człowieka.

Bóbr zjeżył się cały.

– Oszalałeś! Wiesz, co Człowiek z nami zrobi?!

– Nie wiem i ty też nie wiesz – Lis zagrał ostatnią kartą. – Będziesz miał za to czternaście jajek!

– Czternaście jajek już mam – Bóbr był dość stary. Różnorodność zebranych w życiu doświadczeń nauczyła go przebiegłości. – Zgodziłem się je przyjąć w zamian za wysłuchanie tych twoich bredni!

Niewzruszony Lis, który nawet po zagraniu ostatnią kartą zdawał się mieć następną w rękawie, wyjaśnił:

– Nie powiedziałem jeszcze, czemu ta akcja ma służyć. A chodzi o rozwiązanie bardzo poważnego kryzysu. Otóż Człowiek zranił pana Misia. Jeżeli cokolwiek stanie się Misiowi, Las straci najspokojniejszego władcę, jakiego miał. Władzę odziedziczy jego partnerka, groźna Misiowa z gór. Nie będziesz mógł z nią nawet pertraktować, bo nie zna naszego języka. Sam rozumiesz, że dzika królowa, przepełniona rozpaczą i frustracją, może zmienić Las w straszne miejsce!

Lis umilkł, by po chwili zbliżyć swój nos do bobrzego pyska.

– Tak naprawdę za co lubisz pana Misia? – zapytał groźnie.

– Za to… Za to, że nikogo z nas… nigdy nie zjadł – wyszeptał Bóbr, a jego wielkie oczy zrobiły się jeszcze większe ze strachu.

– Rozumiem, że mogę na was liczyć – zakończył Lis, czując, że wygrał.

***

Wiewiórka łapała oddech po zdaniu relacji. Kura przechadzała się, powtarzając: „Ko, ko, ko", jakby właśnie zniosła jajko. Była bardzo dumna z Lisa. Znów dawał o sobie znać nierozsądny sentyment. Własny porywacz wydawał się jej kimś godnym podziwu!

Wilczyca myślała, że Lis chyba oszalał, stosując terrorystyczne metody. To było niemoralne, a nawet, jak już zapomnieć o moralności, bardzo ryzykowne!

Pani Misiowa miała mieszane uczucia. Z jednej strony chciała dać Lisowi po pysku za użycie jej imienia do zastraszania sympatycznych Bobrów. Z drugiej zaś wstąpiła w nią otucha, że ktoś stara się coś zdziałać. W tym momencie z gawry dobiegło mlaskanie. Po wielu godzinach majaczenia był to bardzo budujący dźwięk. Poczłapała sprawdzić, co się dzieje. Zastała pana Misia śpiącego, tym razem jednak z nosem w połowicznie zjedzonej rybie.

***

Po południu Człowiek wrócił z obchodu obejścia. Był zadowolony z wyników. Cielak trzymał się dobrze. Już usiłował stawać na własnych nogach! Locha miała nieuczciwe, świńskie spojrzenie, ale wiedział, że wkrótce urodzi mu miot Prosiąt. Wszedł do domu, ściągnął gumiaki i nalał sobie kieliszek czegoś, co wyglądało jak woda. Wychylił to na stojąco i, nadal z butelką w dłoni, zasiadł przed telewizorem. Do telewizora przyklejona była kartka. Odstawił naczynia na stolik i z pewnym wysiłkiem przeczytał:

ty / URATOWAĆ / Miś Puchatek/ WTEDY NIE / olejemy Paula

Na dole, wiedząc, że to spodobałoby się Lisowi, Szczur dokleił:

ROLNIKU DBAJ O CZYSTOŚĆ /JAJ

Człowiek bez trudu domyślił się, że to córka letnika zabawia się pisaniem anonimów. „Coraz młodsze dzieci czytają kryminały – pomyślał. – Oby mi arszeniku do wódki nie nasypała!” – zmiął liścik i sprawnym ruchem wyrzucił do kosza.

***

Dziewczynka siedziała na strychu, zatopiona w lekturze. Tak naprawdę nie mogła niczego doczytać do końca, bo co chwilę kolejna książka lub czasopismo przykuwały jej wzrok. Nagle zdarzyło się coś, co odwróciło uwagę nawet tak zagorzałej czytelniczki. Na jednej ze stert gazet stała Komandor Świnka! Przez chwilę tkwiła dumnie, po czym pobiegła w kierunku swej pani. W pyszczku niosła dużą kartkę papieru, która zakłócała płynność jej ruchów.

Mysz i Szczur obserwowali, jak ciężki od żółtka kawałek papieru trafia do rąk ludzkiego dziecka. Wcześniej widzieli, jak Człowiek zlekceważył poprzednią wiadomość. Teraz nadzieja zogniskowała się wyłącznie w Dziewczynce. Trzeba przyznać, że pisząc list, Szczur postarał się bardziej niż przy poprzednim.

ranny / zwierzę / POD OCHRONĄ

ty / Pomożecie?

Pójdziesz za mną!

Dziewczynka od razu zerwała się na równe nogi i wyczuwając przygodę, ruszyła w ślad za Świnką. Jeszcze w zagrodzie Człowieka prowadzenie przejął Szczur. Zwalniał co chwilę, by dać małej czas na dogonienie do , w końcu zaprowadził ją do Lasu i na koniec do gawry, gdzie przez sen majaczył pan Misio. Widząc, co się dzieje, dziewczynka od razu zawróciła i biegiem ruszyła w stronę siedziby Człowieka.

Po drodze nikt jej nie niepokoił.

To był Las, przez które nawet przedszkolak mógł przejść bezpiecznie. Żadne z dużych zwierząt nie zaatakowałoby dziecka. Nawet Borsuk bałby się coś mu zrobić.

***

Gospodarz był poza domem i prawdopodobnie karmił kury, gdy do domu wpadła Dziewczynka, wołając:

– Tato! Tato!

Ojciec, trochę przestraszony nagłym alarmem, a trochę zadowolony, że znów jest potrzebny swemu dziecku, wyszedł na korytarz.

– Tato! Chory zwierzak! – i mała zaczęła płakać.

Tata zrozumiał komunikat. Chwycił torbę lekarską i był gotów. Dziewczynka doskonale zdawała sobie sprawę, że nie należy wchodzić w szczegóły. Poprowadziła ojca przez pole, krzewy i zarośla aż do samego matecznika. Jeszcze zanim ruszyli, mężczyzna zażartował na głos:

– Oby to nie okazała się Niedźwiedzica z młodymi.

– Rozumiemy, co mówi? – zdziwił się Szczur, odprowadzając weterynarza wzrokiem.

– To jego dar. Sią tacy ludzie, któzi potrafią tak coś powiedzieć, zie roźumiemy – wyjaśniła stojąca obok Świnka.

***

Im bardziej zbliżali się do gawry, tym bardziej wzmagał się niepokojący zapach, który z każdym krokiem stawał się coraz intensywniejszy. Kiedy byli niemal na miejscu, lekarz nie potrafił już nazwać go inaczej jak tylko smrodem.

Gdy minęli ostatnie drzewa zasłaniające wykrot, coś pociągnęło Dziewczynkę na bok. Pozostawiony bez przewodnika Człowiek rozejrzał się wokół. Po lewej zobaczył Niedźwiedzicę przyciskającą jego córkę do ziemi. Widok był o tyle niesamowity, że Niedźwiedzica lizała małą po twarzy, jak oddany pies. Po prawej stronie krążyła Wilczyca. W pierwszym odruchu mężczyzna próbował się wycofać. Wtedy za plecami usłyszał groźne warczenie. Obejrzał się przez ramię i zobaczył potężnego Basiora który obnażył kły.

Starając się zachować spokój i nie wykonywać gwałtownych gestów ruszył powoli w stronę wykrotu. Zorientował się, że chyba o to chodziło zwierzętom. Pozwoliły nie tylko iść, ale wręcz ponaglały, trącając zachęcająco nosami. Weterynarz cały czas walczył z odruchem natychmiastowej ucieczki. Wiedział, co go czeka w głębi wykrotu: chory Niedźwiadek, pewnie ostatni żyjący z miotu. Kiedy tylko go dotknie, próbując leczyć, Niedźwiedzica wiedziona matczynym instynktem rozszarpie ludzkie gardło.

Przez chwilę myślał o swoich kolegach, na co dzień leczących ludzi. Czy naprawdę pracowali w większym stresie niż on w tej chwili?

Rozmyślania o służbie zdrowia wpłynęły kojąco na opanowanie weterynarza. Czuł, że nawet ręce przestały mu drżeć. W tym momencie zobaczył pacjenta. Zapomniał o wizji chorego Niedźwiedziątka.

To był jeden z największych Niedźwiedzi, jakie widział! Wydawał się spać, pomrukując przez sen. Doskonale widoczna rana postrzałowa w oczywisty sposób stanowiła problem, z którym lekarz przyszedł się zmierzyć. Bez słowa wyjął z torby dwie strzykawki z końskimi dawkami środków przeciwbólowych i zbliżył się do pacjenta. W tym momencie pan Misio odzyskał na chwilę przytomność i spojrzał prosto na Tatę. Zmroził tym krew w jego żyłach, zaraz jednak oparł głowę na posłaniu i z przyjaznym mruczeniem zapadł w sen. Podczas jednej z chwil przytomności wspomniano, że przyjdzie Człowiek, aby mu pomóc. Teraz zarejestrował tylko z ulgą, że to nie ten sam Człowiek, który go postrzelił.

Dwie igły zostały wbite w pobliżu rany i środek znieczulający popłynął równocześnie z obu strzykawek. Niedźwiedź nawet nie drgnął. Pomrukiwał radośnie, śnił mu się bowiem rabunek miodu i zabawnie bezbolesne pszczele ukąszenia.

Czekając, aż środek przeciwbólowy zacznie działać, weterynarz rozłożył na białym płótnie zestaw błyszczących narzędzi. Płomieniem zapalniczki odkaził każde z nich.

Widząc płomyk, obserwujące zwierzęta cofnęły się trochę. Lęk przed ogniem nigdy nie stał się dla nich atawizmem. Płomień nadal stanowił realne zagrożenie!

Po tym rytuale lekarz znów nachylił się nad pacjentem. Srebrnym, zagiętym na końcu patykiem delikatnie sondował ranę. Kiedy usłyszał metaliczny dźwięk uśmiechnął się – już wiedział, że kula nie utkwiła głęboko!

Sięgnął po szczypce i za ich pomocą wyciągnął bryłkę ołowiu. Upuścił ją na ziemię i pozwolił, by potoczyła się na bok. Z otworu wypłynęło sporo krwi, zmieszanej z ropą. Po jej ilości i kolorze zorientował się, że nie została uszkodzona żadna tętnica. Chwycił skalpel i zaczął oczyszczać ranę z zainfekowanej tkanki.

Pan Wilk odbiegł na stronę i dyskretnie zwrócił poranny posiłek. Widok krojonego przyjaciela wydawał się dość niepokojący.

Na koniec lekarz zaszył ranę i wstrzyknął antybiotyk.

– Teraz będzie już tylko lepiej! – powiedział i podrapał Misia za uchem. Ten zareagował sennym mruczeniem. Za to Niedźwiedzica zerwała się na równe łapy i groźnie warknęła:

– GRRR!

– Spokojnie, jest po prostu zazdrosna – szczeknął kilka razy Lis. – Teraz proszę za mną! – Odbiegł kawałek.

Lekarz nie rozumiał ani słowa, jednak wyczuł przyjazny wydźwięk warkotów i szczeknięć. Zrozumiał, że może odejść. Zebrał narzędzia, schował je do torby i wraz z córką ruszył za Lisem.

***

Wilcze szczeniaki bawiły się radośnie koło swojej nory.

– Łapa! Łapa! – wołały, ilekroć udało im się trafić łapą w łapę partnera. Pogryzały się przy tym i przewracały. Tarmosiły i wykrzykiwały dziecięce obelgi.

Wilczka była bardziej ruchliwa i cały czas prowadziła w ogólnej punktacji. Nie da się wykluczyć, że dlatego, że to ona pilnowała punktów. Wilczek cenił sobie po prostu dobrą zabawę. Nie interesowało go wygrywanie, tylko sama pozorowana walka. Doskonale rozumiał, że podczas prawdziwej potyczki liczyć się będzie jedynie ostateczne chapnięcie. Punkty nie miały sensu.

Szczeniaki zmęczone zapasami w końcu opadły na trawę i zaczęły dyskusję o ostatnich wydarzeniach.

– Lis to cwaniak! – zachwycała się Wilczka, chociaż jak na jej gust rudzielec był za niski. – Nieomalże wmanewrował Bobry w największą rozróbę w okolicy!

– Tak, miał plan. Ale zauważyłaś, że ten plan nie został w ogóle przemyślany? Rudzielec wymyślił tylko, jak zastraszyć Człowieka. Nie miał pojęcia jak rozmawiać, nie wiedział też, co Człowiek mógł niby zrobić, by wyleczyć pana Misia!

– Chyba masz rację – zgodziła się niechętnie Wilczka, która była w takim wieku, że potrzebowała bohaterów. – Tak naprawdę Lis zrobił to tylko po to, żeby nasz ojciec nie mógł się czepiać.

– Tak, siostrzyczko. Lis to egoista, dlatego nie ma nikogo poza sterroryzowaną Kurą.

Na polanę weszła Wadera. Słyszała końcówkę rozmowy swoich dzieci i czuła się bardzo dumna, że samodzielnie doszły do takich wniosków. Nie byłaby jednak matką, gdyby nie dorzuciła kilku słów od siebie:

– Lis nie jest złym zwierzakiem. Niestety, rozpatruje wszystko w kategoriach własnej wygody i ślepo wierzy we własny spryt. Któregoś dnia skończy źle, samotny i rozpłaszczony na Czarnej Rzece!

***

Szczur nabrał ostatnio zwyczaju odgryzania rogu każdej przeczytanej strony. Pozwalało to jakoś panować nad tym, co już przeczytał, mimo chaotycznego skakania z lektury na lekturę. Teraz pogryzał Jamesa Bonda, który pomógł mu zrozumieć sposób przedstawiania się Świnki Morskiej. Ta książka pomogła mu też wypracować własną odzywkę.

Poniżej, w dolnej części domu, panował straszny harmider. To letnicy pakowali manatki i szykowali się do wyjazdu.

– Wyjeździam ź nimi – oświadczyła nagle Morska.

– Jestem wstrząśnięty, choć nie zmieszany – odparł Szczur nachylając się, by cmoknąć ją w łapkę.

Dwie sterty gazet dalej Mysz aż wzdrygnęła się z zazdrości.

– Powodzenia w wielkim świecie! – zawołała.

– Źroziumcie, w mieście jeśt lepsie ziarcie, nowsie ksiąśki. I film ciaśem obejzię… No i mam śtałą opiekę medyćną. Jak się źrobię śtara, to się psida…

– Już jesteś stara! – wrzasnęła Mysz zza gazety.

– No i Dziewcinka mnie kocha… – Świnka pobiegła na dół, by dołączyć do Ludzi.

Szczur wydobył spośród szpargałów kolejną przygotowaną przez siebie kartkę i trzymając ją w pyszczku, również zbiegł na dół. Długo kombinował, jak dyskretnie podejść do weterynarza. Udało się w ostatniej chwili. Mężczyzna siedział w samochodzie i już miał zatrzaskiwać drzwiczki, kiedy gryzoń, wskoczywszy mu na kolana, położył przed sobą kartkę. Zaskoczony Tata przeczytał:

wrócisz/ DO NAS / ?

– Przyjadę za miesiąc zobaczyć, jak się goi rana. I chyba zawsze będę wracał tu na wakacje – odpowiedział.

Szczur wyskoczył z samochodu i pognał przez pola w stronę Lasu.

***

Tego wieczora na polanie, nieopodal wilczej jamy, spotkały się wszystkie zwierzęta. Przyszedł nawet pan Miś, wspierając się na Niedźwiedzicy. Od operacji usunięcia kuli czuł się coraz lepiej, był jednak nadal wyczerpany i dużo spał. Powiedział tylko (stosunkowo gromkim głosem): „Witajcie" i złożył potężny pysk na przednich łapach, zasypiając.

– Przepraszam za niego. Wciąż dochodzi do siebie. Już mnie męczy to ciągłe łapanie dwóch ryb, żeby zjeść tylko jedną – wyjaśniła Niedźwiedzica z uśmiechem.

– Pani mówi po naszemu? – Wiewiórka była kompletnie zaskoczona.

– Owszem. – Misiowa skromnie spuściła wzrok, oglądając własne pazury. – Ktoś musi, skoro ten odważny idiota dał się postrzelić. A właśnie! Tam jest ktoś, kto chce pani coś powiedzieć, pani Wiewiórko!

Na polanę wybiegł pan Szczur. Futerko miał zmierzwione i lekko drżał z powodu tremy. Nie był przyzwyczajony, by przemawiać przed tak licznym audytorium. Wiedział, że otaczają go przyjaciele. Wśród zwierząt nie było ani jednego, które nie rozumiałoby jego zasług w ratowaniu pana Misia.

– Już nigdy, przenigdy nie nazwie mnie pani tchórzem i złodziejem! – wykrzyczał Wiewiórce prosto w nosek.

– Najwyżej odważnym złodziejem – zachichotała Wiewiórka.

Szczur poczuł się zbity z tropu. Wiewiórka, która wciąż pamiętała kradzież pojedynczego orzeszka, odezwała się:

– Do napisania listów użyłeś gotowych słów, które ukradłeś z książek!

– Ale… – Szczur chciał się bronić. Nie potrafił jednak nic wymyślić. Znów poczuł się bezwartościowym, marnym stworzeniem.

– Nie! – zabrzmiał piskliwy głos Myszy. – Pojedyncze słowa, choćby i napisane na papierze, nie należą do nikogo! Ale te listy, którymi pan Szczur uratował Pana Lasu, to były słowa Szczura!

Rozległy się liczne wiwaty na cześć dzielnego gryzonia, który stał teraz lekko zakłopotany. Zwierzęta podchodziły, by mu gratulować. W końcu podeszła nawet Wiewiórka, przepraszając za wszelkie złe słowa na jego temat. Szczur uśmiechnął się wyrozumiale i uścisnął zgrabną łapkę.

– Najważniejsze, że jesteśmy po tej samej stronie – wyjaśnił chwilę przed tym, nim porwał go tłum roztańczonych zwierząt.

Był to taniec dość dziwny, bo nie podążał za muzyką. Wydawało się, że to pląs tego rodzaju, z którego muzyka dopiero mogła wyniknąć. Większe zwierzaki nie brały w nim udziału, świadome, że mogłyby skrzywdzić kogoś mniejszego, za to mniejsze stworzonka radośnie hasały, zderzając się i tarmosząc. Mnóstwo drobnych ramion poniosło Szczura na skraj tłumu. Kiedy już prawie uwolnił się od ciżby, miał okazję poznać dwie dość atrakcyjne Nornice. Do dziś pamięta, jak te nietutejsze dziewczyny ścigały go, wykrzykując z obcym akcentem:

– Pofyglujem!? Pane Sczure…

Na uboczu do samotnego pana Lisa podeszła pięknooka Bobrzyca.

– Przysłali mnie po pierwsze jajko – wyjaśniła chłodno. W jej oczach nie było śladu poprzednio okazywanego szacunku. Kiedy Lis wręczył jej jajko, dodała mściwie:

– Niech pan nigdy nie odwiedza nas za Czarną Rzeką! Pan Bóbr mówi, że wasza przyjaźń należy do przeszłości.

– Zorientował się? – spytał pokornie Lis.

– Tak, zorientował się, że chciałeś ryzykować naszą skórą, by chronić własną!

– Chciałem ratować pana Misia!

– Nie! Chciałeś ratować siebie, udając, że ratujesz Misia! – co powiedziawszy, odwróciła się, aby odejść dostojnym krokiem.

***

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kolor nieba z błękitnego stawał się granatowy. Światło z białego stawało się złote.

Pan Szczur siedział na skraju Lasu, podziwiając z oddali schludnie rozplanowane żyzne pola. Za plecami miał gęstwinę drzew, przed sobą królestwo Człowieka. Był świadom, że należy do obu tych światów. Las nęcił przygodą i romantyzmem, ludzka zagroda zaś bezpieczeństwem i wygodą.

No i… książkami! Szczur podejrzewał, że większość z tego, co czytał, nie mogła być prawdą. Kiedy wspomniał o tym Śwince, ta z powagą pokiwała łebkiem. Powiedziała wtedy: „Widziś, to jeśt właśnie śtuka, zieby umieć odróźnić”. Zaraz potem pokłócili się jednak o Słonia. Szczur za nic nie chciał uwierzyć w jego istnienie!

Te rozmyślania przerwał Borsuk. Podszedł niezgrabnie i fuknął parę razy.

– Spokojnie, nic ci nie zrobię, Szczurku. Na razie… – wychrypiał. – Rozszarpaliby mnie. Ale później… mógłbyś dla mnie pracować! Donieść, gdzie ostatnio bzyka syn Chrabąszcza, komu Kukułka podrzuciła jajko… Takie tam drobne informacje.

Szczur zerknął na Borsuka. Ten wyglądał na zadowolonego z siebie, jakby składał szczodrą ofertę. Drugi raz Szczur już na niego nie spojrzał. Nie oglądając się, ruszył w stronę ludzkiej zagrody.

Teraz Las wydawał się pięknym miejscem, miał tam przyjaciół. Był jednak dziki, nieobliczalny i niebezpieczny. Wracał więc do książek, cywilizacji i znośnej opieki medycznej. Uciekał od leśnych gangsterów w stylu Borsuka. No i Mysz – wydawała się dobrym kompanem. Mogli pogadać o wszystkim, co Szczur wyczytał. Mysz także uczyła się czytać, ale książki wciąż kojarzyły jej się bardziej z wygodnym legowiskiem niż z interesującymi tematami. Co nie znaczyło, że wygodne legowisko nie mogło być interesujące! Z tą myślą w głowie Szczur przyśpieszył. Wejdzie na strych, ułoży się i wykorzysta ostatnie promienie słońca, by przeczytać kilka stron przed snem!

 

 

Koniec

Komentarze

Rinosie, targają mną dwoiste uczucia. Cieszę się, że pierwszy komentarz na nowej stronie mogę napisać pod Twoim opowiadaniem o Panu Misiu, a jednocześnie pojawia się mały smuteczek, bo nie będzie książki z dedykacją. Dlaczego wydawnictwo straciło zainteresowanie Panem Misiem? Przecież to taka fajna opowieść!

Z ogromną przyjemnością czytałam kiedyś o wydarzeniach pierwszych trzech dni, z równie wielką poznałam dalsze losy mieszkańców Lasu Pana Misia.

Pomysł nie jest nowy, wszak napisano już wiele historii o zwierzątkach, ale Ty podałeś swoją opowieść w formie – wybacz gastronomiczne porównanie – tak apetycznego dania, że nic, tylko palce lizać i mieć nadzieję na dokładkę. Tak więc czytałam i mlaskałam z ukontentowania, bo lektura sprawiła mi mnóstwo radości.  ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj tak, dłuuugie… Ale nie szkodzi – pełny relaks podczas czytania takiej sympatycznej opowieści. Podzielam zdanie Szanownej Przedpiśczyni…

Co do stanowiska wydawnictwa: no cóż, czasy mamy takie, że – zdaniem większości "sterników rynku" – jedynie krew, flaki, demony i anioły przyciągają odpowiednio wielu czytelników.

Fajne. Długie, ale szybko się czyta (zwłaszcza, jeśli pierwsze trzy dni bardzo pobieżnie ;-) ).

Nie poprawiłeś kłosa owsa. A przynajmniej nie do końca. I jeszcze jedno: rodziła (?) krowa, a rolnik następnego dnia myślał o źrebaku. Ki diabeł?

Ale niektóre hasła powalają. To, że nie wszyscy ludzie są inteligentni, ale wszyscy potrafią czytać i pisać – boskie! ;-)

Babska logika rządzi!

cielak jest więc zamiast źrebaka. jako miastowy, bez zastanowienia pomyliłem te pojęcia, sorry :)

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

@rinos

Bardzo sympatyczne :). Najbardziej podobało mi się, że mimo "przyjazności" historii, postacie były charakterne i nie przesłodzone[Lis i Mysz wymiatają, a Śwince Morskiej patyk w oko!]. Da się zrobić smaczny happy end jak widać :).

Z błędów trzeba podać dialogi. Jakkolwiek ich treść jest świetna, to już zapis niekoniecznie. Często kończysz zdanie postaci kropką, a po myślniku [dywizie?] piszesz dalej małą literą.

Las piszesz głównie z dużej litery, bardzo spoko, ale kilka razy piszesz z małej. Dlaczego?

Lis płaszcząc się przed Samochodem, chwali jego lakier. Skąd wie co to jest lakier? Może Kura mu powiedziała, ale to trzeba jakoś zaznaczyć. Albo zmienić na grzbiet/skorupę/skórę/futro.

I ludzie jacyś tacy nudni. Pojedynek z niedźwiedziem był ciekawy, ale reszta ich życia słaba. No ale nie mamy jagódek ;P.

Powyższego nie traktuj jako ataku, tekst bardzo mi się podobał i nominuje go w wątku. A marudzenie wynika z wnikliwej analizy i chęci pomocy!

Jestem ciekaw ile zajęło ci napisanie tego dzieła?

 

@Finkla

A Koń, zapytany o poród, dziwnie się uśmiechnął ;P.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Sympatyczne opowiadanie – bardzo, bardzo przyjemnie się je czytało, mimo znajomości pierwszych trzech dni. Szkoda, że wydawnictwo się rozmyśliło.

Z drobiazgów – przejrzyj zapis dialogów, zwłaszcza w dniu trzecim. I Niedźwiedzica miała być faktycznie Słowenką czy Słowaczką?

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

@Russ

Ten Las z dużej to mi po prostu gdzieś umknął. Ludzie nudni, bo w tym świecie są tylko dekoracją, ale może warto by tę dekorację podkolorować. Wiedza Lisa wynika z obserwacji Czarnej Rzeki.

Na pytanie "ile zajęło" odpowiem  tak:  miesiąc dwa lata temu (trzy pierwsze dni) i po zachęcie ze strony wydawcy następny miesiąc (może trochę krócej).

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Alex: a jakbyś sobie znalazła sympatycznego niedźwiedzia, to zastanawiałbyś się, czy jest ze Słowacji czy Słowenii? Grunt, że mówi 'Mrrr' ;) A serio, to musiałem to gdzieś przegapić.

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Mój Niedźwiedź początkowo myślał, że jestem z Rosji ( skutki mieszkania w pokoju w akademiku z cudzoziemkami) więc mrrr jak widać wystarczyło;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mam mieszane uczucia. W mojej ocenie dobre elementy przeplatają się ze słabszymi. Na plus na pewno fajna charakterystyka postaci. Język. Sprytnie wymyślony temat. Sympatyczni bohaterowie. Na minus – dłużyzny i brak stopniowania napięcia. Doczytałem jednak do końca :-)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Się mnie bardzo – bajka dla dzieci, przy której dorośli się podśmiechują… :D I rewolucyjny zapał bobrów… ach… I ta ruda kita Wiewióry… ach ta ruda kita… :D

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zacząłem czytać, skuszony komentarzami, i nie mogłem się oderwać, a nieco inne plany miałem na wieczór – nie zaś czytanie jakichś bajek! O! Nie żałuję jednak ani sekundy spędzonej na lekturze Twojego opowiadania; język, humor, postacie, świetne opisy, naturalne dialogi – jest tu wszystko, co powinno być w dobrym tekście. Gratuluje i lecę nominować.

 

 

Ranek był juz w pełnym brzasku – wcześniej pisałeś, że słońce już się pojawiło, zaś brzask to, według definicji ze słownika PWN, światło widoczne na niebie przed wschodem słońca.

 

Małe, wytrwałe zwierzaki krążyły wokół. – a nie wystarczy, że krążyły?  Zwłaszcza że i tak nie sprecyzowałeś, wokół czego.

 

Pan Misio mrugnął do niej blado – opisz mi, proszę, czym różni się mruganie zwykłe od bladego.

 

Siedziba drewnożerców wydawała się spać snem kamiennym – siedziba, czy wszyscy jej mieszkańcy?

Sorry, taki mamy klimat.

A ja się właśnie oderwałam i idę, kurczę, spać!

Ale podoba mi się, i to bardzo, mimo że drugi raz czytam właśnie dzień trzeci.

Dobre. Pamiętam, że kiedyś przeczytałem pierwszą połowę i, choć niezła, to nie zwalała z nóg. Całość za to jest znacznie lepsza – uzupełniona treść tworzy wrażenie kompletności historii. Podobał mi się  w szczególności wątek szczura poznającego słowo pisane.

I po co to było?

ocha: dziękuję bardzo :) czytanie drugi raz to forma najwyższego komplementu :) No, nie zaszkodzi też nominacja na Marcowca, jak już skończysz i będziesz uważała, że po 2 latach przerwy w pisaniu, ciąg dalszy utrzymał poziom.

Sethrael: za dobre słowa, bardzo dziękuję. Zgłoszone poprawki wszystkie słuszne. Wkrótce wprowadzę.

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

syf.: dziękuję :) Twoje słowa wtedy, że zakończenie anemiczne, dały mi wskazówkę co zrobić dalej. Wg. wydawcy, który chwilowo gdzieś mi zginął, przegiąłem pisząc drugie tyle. Rzecz gustu. 

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

No i coś Ty, Rinosie, narobił? Chciałam zaproponować do nominacji, ale teraz to by mi głupio było. :)

 

Kiedy czytałam wcześniej pierwsze trzy dni przeszła mi przez głowę nominacja, ale  w końcu tego nie zrobiłam. Pewnie m.in. dlatego, że opowiadanie wydawało mi się niedokończone. Teraz jest dokończone, nie wiem, czy w poprzednich częściach coś poprawiałeś, ale i w stosunku do nich mam odczucia bardzo pozytywne. O ile się nie mylę (ale do dawno było, więc może się mylę) – poprzednim razem pisałam, że jeśli ten tekst miałby również być skierowany do dzieci – to za dużo w nim, że się tak wyrażę oględnie, frywolnych aluzji. Ale teraz widzę, że ten tekst po prostu jednak nie bardzo jest dla dzieci, a nawet jeżeli – to dzieciaki i tak nic nie zrozumieją.

(Bardzo przepraszam teraz za to, co napiszę: mój syn ogląda obecnie "Było sobie życie". I tam białe krwinki czy jakie inne makrofagi krzyczą w pewnym momencie: "ciągnij! ciągnij!" – i ja wiem, że to okropne, ale mnie się to brzydko kojarzy. Ale mój synek z niewinnym wyrazem ocząt spokojnie przeżuwa kanapkę z dżemem truskawkowym, więc się uspokajam, że jednak dzieci to takie normalniejsze od rodziców są).

Podobało mi się to opowiadanie bardzo. Taka plejada ludzkich, chociaż zwierzęcych bohaterów, charakternych, sympatycznych, niepozbawionych wad – rzadko się zdarza.

I jestem przekonana, że jeszcze coś chciałam napisać, ale teraz niestety nie pamiętam co. Jak sobie przypomnę, to wrócę.

 

A teraz cóż – lecę do wątku z nominacjami. Zobaczę, jak to się robi na nowej stronie.

 

Ocha: wprost frywolnych aluzji się pozbyłem – nie ma już takich zdań, które zmusiłyby dziecko do pytań wprawiających dorosłego w zakłopotanie. Zrezygnowałem też z odwołania do Syndromu Sztokholmskiego – który jest charakterystyczny dla stosunku Kury do Lisa (a jest taka grupa dorosłych, która zwyczajnie mogłaby nie wiedzieć co to znaczy). To co zostało wydaje mi się wciąż strawne dla dzieci. Moim zdaniem one rozumieją znacznie więcej niż dorosłym się wydaje. Są oczywiście takie zdania, o które dociekliwe dziecko zapyta. Odpowiedź zwiększy jego wiedzę o świecie. Opowieść przewidziana jest do czytania dzieciom 6+. Stąd wynikają "zachęcacze" do czytania. Moim prywatnie ulubionym jest zestawienie "ludzie potrafią czytać, pisać i zrobić kupę" – takie wsiadanie na ambit, że to są łatwe rzeczy :)

 

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Akurat odwołanie do syndromu sztokholmskiego mi się spodobało. :)

Zresztą, wszystko mi się podobało.

 

Wreszcie przeczytałam. Trochę to trwało, lekturę jednak uważam za satysfakcjonującą. Niezupełnie jest to bajka, w każdym razie nie dla dzieci, moim zdaniem, bowiem niektóre elementy są cokolwiek nieadekwatne i niezrozumiałe dla dziecka, ale z drugiej strony są tu też elementy typowo bajkowe (niektóre hm, naiwne rozwiązania fabularne ; ). Całość więc stoi okrakiem nad gatunkami, ale przecież nie jest to wada, a wręcz przeciwnie, ciekawostka i w rezultacie interesujący i sympatyczny utwór.

Smuci natomiast obecność sporej liczby drobnych błędów, które przecież wyeliminować tym łatwiej, że – jak słyszałam – Regulatorzy robiła już korektę opowiadania. Czyżbyś nie posłuchał koleżanki, Rinosie?

Szkoda, że z wydawcą nie wyszło…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

jose: dziękuję za przeczytanie. Przykro, że Cię zasmuciłem. Wszystko co zgłosiła Reg zostało wprowadzone. Wprowadziłem zresztą wszystkie sensowne uwagi, jakie zgłaszał ktokolwiek. Dowcip polega na tym, że tekst jest tak rozległy, że samodzielnie nie ogarniam drobnych błędów. Błędy zaś biorą się z tego, że jak zaczynałem pisać Pana Misia, to był to mój pierwszy tekst w życiu. Zaczynając opowiadanie miałem mętne pojęcie o zapisie dialogów i gdzieniegdzie pozostały tego resztki. Dużo trudniej jest takie błędy wyłapać niż nie robić ich od początku :/

Czy z wydawcą wyszło, czy nie wyszło to się jeszcze okaże. Chociaż ogólnie uważa się, że publikacja w i-necie przekreśla szanse. Dziękuję za wyrazy współczucia.

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Przeczytałem i jestem w rozterce. Są dobre momenty w opowiadaniu, są też i słabsze. Przede wszystkim początek jest trochę jednostajny, wręcz nużący. Na szczęście później jest lepiej. Poza tym w tekście roi się od potknięć, jakiś niedociągnięć, które trochę utrudniały mi lekturę. Opowiadanie jest dobre, ale czy zasługuje na piórko, okaże się po głosowaniu. Bądź, rinosie, dobrej myśli:)

 

Pozdrawiam

Mastiff

Staram się być dobrej myśli. Ten początek to miało być takie wprowadzenie. Żeby nie zaczynać od trzęsienia ziemi. W końcu nie jest to tekst o sejsmografie ;) Gusta są różne – do tej pory to dopiero drugi zarzut, że "za wolno" (poprzedni: Morf3usz). Słyszałem raczej zarzuty, że tempo za wysokie. Zwolniłem więc gdzie mogłem. Aczkolwiek nadal każde zdanie jest ważne i pełni jakąś funkcję. Spokojny, obyczajowy początek służy przedstawieniu świata i bohaterów. No i dzięki niemu, dopiero na jego tle, widać, gdy coś się zaczyna dziać. Bez mroku nie widać światła. Dziękuję Bohdanie, że mimo całej tej nudy dałeś radę doczytać do końca :)

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Za to niezależnie od piórka tekst na pewno zasługuje na pojawienie się w bibliotece, więc klikać Panie i Panowie Bibliotekarze, klikać! Zostało jedno kliknięcie tylko.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

W podziękowaniu chylę czoła brajcie :) Co mieliby kliknąć ci nieszczęśni czytelnicy, którzy nie dość, że przeczytali, to jeszcze klikać muszą? 

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Dziękuję Bohdanie, że mimo całej tej nudy dałeś radę doczytać do końca :)

 

Ależ ja się tylko nudziłem przez kilka pierwszych akapitów. Potem tekst czytałem z niesłabnącym zainteresowaniem. Dziwi mnie tylko, że ktoś z Twoim stażem pisarskim – przecież piszesz dość długo – popełnia takie oczywiste błędy. Przede wszystkim bardzo kulawa interpunkcja, a to nie jest trudne do opanowania.

 

Kłaniam się:)

Mastiff

Rinosie ta opcja jest dostępna  tylko dla piórkowiczów i Loży. I ktoś z niej chyba skorzystał, bo Twój tekst trafił jako pierwszy (poza starymi piórkami) do zakładki biblioteka oraz prosto na stronę główną.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Bohdan: gdzieś tam powyżej zaznaczam, że to jest mój pierwszy tekst. Naprawdę pierwszy. Wcześniej przez długie lata byłem tylko czytelnikiem. Interpukcji uczymy się w podstawówce, a moi nauczyciele za bardzo chyba zwracali uwagę na to co mam do powiedzenia, żeby sami mnie czegoś nauczyć. Słyszę, że interpunkcja jest 'easy', ale dla mnie jest jak z Pratchetta "stawiam przecinki gdzie mi wygodnie". Bywały tu poradniki, jak pisać dialogi. Mucho grande skorzystałem, dozgonna wdzięczność Selenie. Teraz przydałoby się coś o przecinkach, bo oficjalne źródła robią z tego wiedzę tajemną, którą normalny autor woli obarczyć korektorów.

 

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Dzięki Ci brajcie za stworzenie takiej mechaniki, która, mimo braku piórka, dała mi to o czym tylko mogłem pomarzyć :) Long live Lord Brajt!

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Powiem Ci szczerze, Rinosie, że jeśli nie dostaniesz piórka, będzie to… niepokojące.

Sorry, taki mamy klimat.

Jestem pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Ciepła i ujmująca historia

Jestem gdzieś za połową. Zaraz idę oglądać mecz i raczej dzisiaj nie skończę, więc podzielę się tym, co sobie wkleiłem do edytora, żeby wytknąć, jako przykłady.

 

Masz spore problemy z interpunkcją, zapisem dialogów, a czasem nawet z gramatyką.

 

– Pani Wiewiórko. – zaczął nieśmiało.

 

– Właściwie, – wtrąciła Wilczyca – to jest twoja córka.

 

– Pójdę już. – powiedział

1. niepotrzebna kropka przed myślnikiem

2. zbędny przecinek po właściwie

3. znowu zbędna kropka

 

Poza tym, moja Pani, nie bardzo wierzy

Drugi przecinek zbędny.

 

„Myśliwy dobry, ale głupi.” – pomyślał Szczurek.

Pomijając to, że uważam taki zapis myśli za niechlujny ; ) to jest niepoprawnie postawiona kropka przed zamknięciem cudzysłowu.

 

A tu to w ogóle jakaś tragedia, jedna wypowiedź poprzerywana, pocięta…

– A więc tak… – kontynuowała Mysz – Teraz jesteśmy pod podłogą. Nic złego tutaj nie może się wydarzyć. Także niewiele dobrego.

Żeby zjeść, trzeba wyjść na zewnątrz. Koń dostaje dużo owsa. Możemy mu podjadać. Nie będzie miał nic przeciwko temu. Tylko odzywać się do niego nie ma po co. Jest strasznie opryskliwy.

– Kury jedzą swoje robaki i jest to szybka akcja: kura widzi, kura dziobie. Nie mamy szans wejść w ten proces. Dzieje to się za szybko i nie jest warte zachodu.

– O krowach nie warto w ogóle wspominać. Żywią się trawą, a to nas nie interesuje.

– Najlepsze rzeczy – kontynuowała swój wykład Mysz. – znaleźć można w domu Człowieka.

I jest takich miejsc więcej.

 

Przykłady błędnej interpunkcji:

Gdzieś go, więc musi gromadzić

 

Wiele, spośród leśnych zwierząt

Przykłady potknięć gramatycznych:

 

Teraz, to wszystko kończyło się.

 

Szczur zapalił się tego do pomysłu.

 

 

Opowiadanie ocenię, jak przeczytam całe :) 100 tysięcy znaków, huhu…

 

 

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Szkoda, że nie poczekałeś jeszcze kilka dni Berylu. Przyleciała do mnie urocza, piękna i mądra wróżka i zaoferowała, że to wszystko popoprawia. Za tydzień nie miałbyś nic do krytykowania. Możesz się ze mnie śmiać, że wciąż wierzę w dobre wróżki, ale "Death to chaos spawn greenskins" ;)

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Jedna kontr-uwaga berylu: ta pocięta wypowiedź – tak się czasem robi. Wolno pociąć wypowiedź na wiele dywiz. Wolno ją pochlastać akapitami :) Ale jak mi dobra wróżka to zmieni, to uznam Twój butny brak doświadczenia za ważniejszy od mojej wiedzy. W końcu Kapitan Ameryka sprzedał się lepiej niż ostatni Woody Allen ;)

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Podaj mi przykład, gdzie tak się robi. Podaj mi przykład, czemu to ma służyć. I odpowiedz sobie na pytanie, jak jest czytelniej.

 

EDIT: A jak nie znajdziesz przykładu z książki, to przynajmniej wyszukaj dla mnie wypowiedź jakiegoś polonisty, który uważa takie rozwiązanie za poprawne.

 

EDIT2: A Woody Allen jest słaby.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

edit2: racja, ale nie aż tak jak Kapitan Ameryka

 

edit: a anglisty nie może być? i tak nie wyszukam

 

Gdzieś widziałem. Chodzi o bardzo prosty przekaz, taki, że postać nie mówi ciurkiem, tylko wypowiada kilka niezależnych od siebie kwestii. Kolejno oddzielonych od siebie krótkim czasem. W domyśle pozostają odnarratorskie wtrącenia w stylu "kontynuował", "przynudzał dalej"

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

W domyśle pozostają odnarratorskie wtrącenia w stylu "kontynuował", "przynudzał dalej"'

One nie mają pozostawać w domyśle, ale być w tekście. Z tak zapisaną wypowiedzią, jak u Ciebie, to się nigdy nigdzie nie spotkałem.

 

a anglisty nie może być?

Umówmy się, że ewentualnie może być opinia znawcy języka suahili.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Ty beryl, ty meczu nie miałeś oglądać? :D

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oglądam :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Aaa, to Rinos u siebie pewnie też i stąd te kiwki… ;)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

idę szukać znawcy suahili!

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Co tu wiele pisać. Gratuluję Ci, rinosie, stworzenia wspaniałego świata zwierząt, konstrukcji wyrazistych, przezabawnych mieszkańców Lasu i ogromnej dawki humoru, jaką zawiera to opowiadanie. Trudno mi wskazać, którego z bohaterów polubiłem najbardziej, każdy z nich wzbudził moją sympatię, nawet przebiegły Lis, czy Szczur :) W ogóle rozbroiła mnie koncepcja Lisa jako hodowcy kury :) Podobało mi się również to jak zwierzęta patrzą na otaczającą ich rzeczywistość, np. Czarna Rzeka była bardzo wymowna. 

Obszerna opowieść, ale ani przez moment nie wiało nudą, od początku do końca bawiłem się znakomicie :) Gratuluję!  

domek: dziękuję z pokłonem :) 

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Panie Misiu, i tak był Pan piękny, ale bardzo się cieszę, że teraz jeszcze piórko Pana zdobi. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg: całe opowiadanie mi się zarumieniło ;)

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

– Mrrr… Grrr… – mruczało zadowolone, rumiane Opowiadanie.

– Mrrr… Grrr… – mruczał opierzony Autor.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gratulacje za zasłużone pióreczko. Dawno już się należało… Ciekawy, fajny i dobrze napisany tekst. Bardzo sympatyczny. 

Gdybyś, rinosie, jeszcze poprawił edycję i wypośrodkował tytuły rozdziałów i gwiazdki, tekst wyglądałby wyśmienicie. Z możliwości edytora należy korzystać…

Pozdrawiam.

Roger: a to się da? Już sprawdzam!

Da się – popoprawiane!

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Rinosie, jeszcze raz gratuluję i przypominam: jako opierzony nosorożec (uch, to dopiero dziwoląg biologiczny) możesz klikać na teksty do biblioteki. Bierz się do roboty. :-)

Babska logika rządzi!

Żadnej sugestii ze strony Finkli, na czyje teksty masz głosować :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Oczywiście, że nie. W poczekalni w tej chwili jest 790. Po odliczeniu drabli trochę mniej, ale na pewno Rinos coś sobie wybierze…

Babska logika rządzi!

Obawiam się,że jako typowy lobbysta będę lobbował jak lobby powie :) Finklo, Berylu… mówcie na kogo głosować :)

 

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Na najlepsze teksty. :-)

Babska logika rządzi!

Zapewne jesteś świadom, Rinosie, że tekst nadal zawiera pewne niedociągnięcia natury technicznej, więc pominę je milczeniem.

Co do samego opowiadania, to już po pierwszym akapicie wiedziałem, że nie jestem odpowiednim dlań odbiorcą. Mówiąc szczerze, infantylność tego tekstu niemal mnie odrzuciła. Ale tylko niemal.

Abstrahując: przed chwilą pociągnąłem z gwinta kilka sporych łyków czeskiego czy słowackiego specyfiku, który nazywa się Alpha i jest ziołową mieszanką na bazie alkoholu (70%). Jest to specyfik leczniczy, pomagający między innymi przy grypie, która męczy mnie obecnie w sposób okrutny. Problem polega na tym, że Alphy się nie pije – a jeśli już, to w małych dawkach, po rozcieńczeniu wodą – tylko smaruje nią gardło, czy tam skronie, kiedy boli głowa. Konsensus tej dziwnej informacji brzmi tak, że jest mi niedobrze, a w dodatku świat stał się nieco bardziej… giętki. Tak więc zmuszony jestem ograniczyć swoją wypowiedź do prostego zdania: im dalej w las… a właściwie, to Las, tym robi się ciekawiej.

Po przyzwyczajeniu do iście bajkowej maniery – co nastąpiło dosyć szybko – opowiadanie zaczyna naprawdę wciągać, bo historia sama w sobie bardzo ładna. Tyle tylko, że nie zgadzam się z oceną charakteru i postępowania Pana Lisa. Może i faktycznie działał z pobudek egoistycznych, ale przecież nie był zupełnym egoistą. Zdecydował, że nie zabije kury, nim jeszcze dowiedział się o realnych profitach tego altruizmu, potem pomógł szczurowi kiedy zdybał go borsuk, etc. Ponadto, jego plan – jak na zwierzaka – był genialny. I, gdyby został wykonany w całości, powinien się udać. A to, jak pomóc miśkowi, to już zmartwienie człowieka.

Bobry też niewiele ryzykowały, bo to w Polsce gatunek chroniony. A skoro szczur wiedział, że misiek jest pod prawną opieką państwa, to można domniemywać, że i w kwestii tych małych futrzaków nie było to żadną tajemnicą.

Podsumowując, wielkiego zachwytu niet – mimo wszystko nie jestem targetem – ale przeczytałem z przyjemnością.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nadrabiam debestof2014.

Bardzo mi się podobało. Galeria postaci odmalowana perfekcyjnie, aż trudno mi wybrać ulubioną. Fabularnie też ok, językowo również (choć brakuje trochę przecinków).  Bardzo udane dzieło.

Zygfrydzie, nie wybieraj, pokochaj wszystkich. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję Zygfrydzie :)

Dziękuję Cieniu :)

 

Cieniu: Z tym lisem, to to są prawidłowe wnioski. Takie właśnie usiłuję sugerować. Zwróć uwagę, że narrator nie ocenia Lisa, a Wilczyca nawet studzi zapał Wilczków w krytykowaniu tej “skomplikowanej i niejednoznacznej” postaci. Co do infantylizmu, to marzyło mi się, żeby zacząć w stylizie głupotek dla dzieci, a później wzbogacać ją o coraz nowe elementy. Na tej samej zasadzie, co kawałek muzyczny się rozkręca. Skoro utrzymałem Cię przy lekturze do końca, to znaczy, że źle nie wyszło. 

Bardzo cenna uwaga, że Szczur coś wiedział o ochronie niedźwiedzi. Wytropię to i usunę. Wystarczy, że wiedział co to jest strzelba.

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

reg :D

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Rinosie ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zygfrydzie, nie wybieraj, pokochaj wszystkich. ;D

Czy to czasem nie podchodzi pod jakiś paragraf? ;]

 

Wiewiórka olśniewała kitą, ale świnka morska zdobyła me serce :)

Fajne ilustracje.

Babska logika rządzi!

Pan Misio od zawsze wzbudzał moje żywsze uczucia i zajmował szczególne miejsce w specjalnym kąciku pamięci. A teraz, za sprawą ilustracji, stał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Szczerze polecam lekturę Pana Misia wszystkim, którzy jeszcze tej historii nie znają. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka