Książka

| KOPIUJ

Recenzja:

Jastek Telica

Archetypy i symbole w powieści

{
Czemu Lem nie lubi Władcy Pierścieni?

Czemu Lem nie lubi Władcy Pierścieni? Albo inaczej, czemu nie ceni, a Czarnoksiężnika z Archipelagu owszem?

Nie ma co ukrywać, zabiorę się za tę powieść po lekturze pierwszego wydania WL, choć bez stopki. Szukałem, ale jej brak nie dziwi, papier byle jaki, okładka jeszcze gorsza, jakość wydania woła o pomstę do nieba, ale tłumaczenie wyborne, ze światem sygnowanym jako Światomorze, no i na dodatek Lemowskie Posłowie. A w nim, że Lem nie rozumie tego całego fantasy tolkienowskiego, ale leguinowe jak najbardziej.

Czemu?

Historia we Władcy jest pyszna. Mali biorą na barki losy świata, uginają się, lecz nie padają, a jeśli nawet, to wstają, by podołać zadaniu. To piękna opowieść. Choć chrześcijańska.

Może temu Lemowi nie przypadła do gustu?

W Czarnoksiężniku religii ni widu ni słychu, jakieś stworzenie lądu z głębi następuje, w podziemiach egzystują Stare Moce, ale o bóstwach cicho, przede wszystkim magia będąca fundamentem świata. A jednak to czary mary i Lem to docenił?

Kiedyś, słabo pamiętając Posłowie, mówiłem sobie, że to przez te wszelkie jungowskie psychoanalizy, które w powieści LeGuin widoczne. Też czary mary, ale jako sposób interpretacji dzieła literackiego narzędzie cudowne. Nic to, że jednakże wywody  o cieniach i matkach chtonicznych cokolwiek naciągane, ale chodzi o to, jakie otwierają pole do krytycznej pracy nad tekstem.

Jednakże Lemowi szło o co innego.

O ten fundament świata, magię, która u LeGuin niezbędna i konkretnie przedstawiana w przeciwieństwie do ujęcia Tolkiena, gdzie ona cokolwiek niejasna. Musiała taka być, nie ukrywajmy, Tolkienowi nie szło o moce tajemne i niezbadane obszary ludzkiej psychiki, ale o ludzkie działaniem, choć w jego konkretnym przypadku niziołkowate.

I Lem chce to zobaczyć, bo on bada, poznaje, usiłuje ująć w ramy naukowe, a przynajmniej opisywalne. No, może jeszcze ma znaczenie, że w przypadku Władcy Pierścieni bohaterowie, znaczy hobbici są niepoważni. Ich praca lekka. Ziemniaczki sobie uprawiają niemalże hobbistycznie, pieczarki z zamiłowania, w ogóle bawią się i żywot prowadzą lekki i przyjemny. Kiedy życie, a praca szczególnie to wysiłek. Kraść trzeba, oszukiwać, nie dać oszwabić, harać w znoju. Tak sobie myślę, że to nie dlatego, iż Lem doświadczył wątpliwych rozkoszy komunizmu i jego gospodarki planowej, że już inaczej patrzeć nie umiał. Że ma być ciężko. U Tolkiena nie musiało. Ziemia hobbitów to prawie Eden, chętnie rodzi, Ziemiomorze, to znaczy w tym konkretnym wydaniu Światomorze nie. Zesłańcy królewskiego rodu żyją w nędzy, żywiąc się byle czym, wystawiając na zimno, głupiejąc w oderwaniu od ludzkiej społeczności, innym mało lepiej. To ogromna różnica w patrzeniu na ludzką pracę. Tak myślę, że miało to znaczenie. Jakże Lem musiał się wkurzać czytając o takim Bilbo pozwalającym sobie na uczty i swawole, nawet o Dziaduniu, który sławnie kopiąc ziemniaki, jakoś specjalnie się nie trudził. Radował owocami pracy. A do tego doszła jeszcze ta wyprawa w celu zgubienia pierścienia, gdzie wędrowcy nieustannie natykają się na jakieś ludy w gruncie rzeczy szczęśliwe. Raj, kuźwa!

Choć w Posłowiu przedstawia to inaczej, ale czy nie wolno mi mu nie wierzyć?

Zupełnie inaczej przedstawia spojrzenie na zło. Jak Ged spojrzy na ciemną stronę, to przez lata odrabiać to musi, wyprawiając się na bolesną wyprawę na koniec świata, by to zło, co z niego pochodzi, bo innego wszak nie ma, oswoić swoją naturą. A we Władcy? Pippin zerknie w palantir, ale co tam, mocny jest hobbit, wewnętrznie zgodny, żadne traumy nie szarpią jego duszą, to poradzi sobie bez trudu, mądrzejszym się przy okazji stając.

Tu trochę o magii wspomniałem. A jak magowie? Ged ma mistrza, Ogiona. Gandalf raczej nikogo. Ogion to milczek, Gandalf przy nim, ale i bez takiego porównania, gaduła, bajarz i gawędziarz. Lubi życie, winko i śmiech, zabawę w świetle ogniowych wodotrysków, faję kurzy dla przyjemności. Ogion słowa z siebie nie wydusi, tak ucznia traktuje, jakby miał do czynienia z kimś równym sobie. I po latach Ged nazwie go swoim prawdziwym mistrzem, kiedy już zrozumie to, czego jako dzieciak pojąć w żaden sposób nie umiał. Bo Ogion przedstawia mu mądrości życiowe, które pojmowalne dla człowieka dojrzałego, przedstawia temu Gedowi, który jest dzieckiem i pragnie zabawy magią, próbowania własnych umiejętności statecznej wstrzemięźliwości. Nie bacząc, że na dojrzałość przyjdzie czas. Dupa taki nauczyciel, bo uczeń sam sięgnie tam, gdzie nauczyciel mu broni, zaglądając przez niedojrzałość młodzieńczą za drzwi, za którymi kryje się zapowiedź cienia.

Czy nie ma takich nauczycieli? Są. Stale próby by inaczej zabrać się do edukacji, z dziecka czyniąc partnera. To nie taki znowu wymysł, ni to, że praca może być znojem po bezmiernym trudzie rodzącym nędzne plony.

Czarnoksiężnik z Archipelagu jest powieścią świetną, owszem Władca Pierścieni świetniejszą, ale nie w tym rzecz, bo o Gedzie raczej lepiej się napisać nie da, o Frodzie też. Wybitne dzieła, jakże inaczej zabierające się za materię fantasy. I chociaż wolę Froda, to Gedem bynajmniej nie pogardzę, przeciwnie, każdemu polecę.

Komentarze

obserwuj

Myślę, że Lem nie miał racji.

Miał, nie miał, ale kto wtedy próbowałby z nim zadrzeć?

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Nowa Fantastyka