- Hydepark: Gdy zabić to mało (Prawdopodobne SPOILERY!)

Hydepark:

inne

Gdy zabić to mało (Prawdopodobne SPOILERY!)

Wątek o szczęśliwych zakończeniach natchnął mnie do zadania kolejnego pytania.

 

Czy śmierć jakiejś postaci albo jakieś wydarzenie w fabule spowodowało, że chwycenie za widły pod oknem autora i domaganie się, by autor to zmienił wydawało się całkiem sensownym działaniem? Czy pamiętacie takie momenty z książki, filmu, serialu, w sumie dowolnej fantastyki, które nie tylko spowodowały, że zamarliście z szoku, ale też mieliście słuszną ochotę wstać i pójść (w zależności od wieku dzieła) wykopać zwłoki autora w celu ich sprofanowania, albo by zatłuc danego autora łopatą?

 

Wyrzućcie to z siebie. Jako czytelnicy macie do tego prawo! ;)

 

Obrazek stąd.

 

Komentarze

obserwuj

W dzieciństwie wielokrotnie, chociaż akurat niekoniecznie w przypadku fantastyki – pamiętam, że w zeszyciku w serduszka pisałam alternatywne zakończenie "Pana Wołodyjowskiego". I nie lubiłam Baśki, więc w mojej wyobraźni Anusia Borzobohata-Krasieńska ciągle była żywa i razem z panem Michałem żyli długo i szczęśliwie, ratując Rzeczpospolitą przed Szwedami, Rosjanami, Turkami i resztą hołoty. Tak gdzieś do 13 roku życia nie rozumiałam w ogóle, czemu pisarze, którzy mają jakby nie było władzę nad życiem, tak chętnie mordują swoich bohaterów. A potem sama zaczełam pisać ;-) A w dorosłym życiu to chyba była "Pokuta" McEwana i śmierć Robbiego (w książce i w filmie), to jest po prostu znęcanie się nad czytelnikiem/widzem, takie podprowadzenie historii, żeby już, już wydawało się że wszystko dobrze się skończyło, a tu nagle…  ŁUP! dostaje się jak obuchem w łeb. Wiem, że to nie fantastyka, ale mam nadzieję że będzie mi to wybaczone :P

[SPOILER Z TRYLOGII HUSYCKIEJ!]   Czasami pokiwam ze smutkiem głową nad losem ktoregoś bohatera… a potem przewracam stronę i czytam dalej. Jednak raz, przy lekturze trylogii husyckiej Sapkowskiego, naprawdę niemal przywdziałem żałobę. Po śmierci Jutty przez kilka dni chodziłem jak struty, wymyślałem przeróżne męki dla pana Sapkowskiego (np. rzucić chomikom na pożarcie). Według mnie ta śmierć była już jawnym i bezlitosnym okrucieństwem wobec czytelnika. Nie będę pisał dalej, bo chyba znowu mnie smutek i żal ściska…

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Mi się chyba nigdy nie zdarzyło mieć ostrych pretensji do autora za śmierć bohatera, prędzej winiłbym postać, która doprowadziła do jego/jej śmierci. To nie tak, że za nikim z literackich znajomych nie tęsknię, ale cóż, takie jest życie (nawet te książkowe, podległe fabule). To miara kunsztu autora, że potrafi wywołać emocje po śmierci bohatera. Temat trochę pokrewny do "Śmierć bohaterów" ;)

Sapkowski bardzo lubi uśmiercać swoich bohaterów. Przy pierwszym czytaniu sagi o wiedźminie wstrząsneła mną śmierć prawię całem kompani: Regisa, MIlvy, Cahira, Angouleme. I to wszystko w jednym rozdziale.

@Elnar, czytałem gdzieś, że Sapkowski jest fanem Sienkiewicza, co tłumaczyłoby podobieństwo rozwiązania wątku miłosnego z Trylogii do analogicznego wątku z "Krzyżaków". To właśnie śmierć Danusi z "Krzyżaków" była dla mnie traumą lata temu, kiedy sięgnąłem po dzieła Sienkiewicza. Choć szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o profanowaniu jego zwłok…

Nie.  Hmmm… Ponieważ jakoś głupio to wygląda, rozpiszę się: nie, nie zdarzyło mi się ;))))))))))))))

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, szalejesz ostatnio! Co do pytania: raczej nie, ale płakałam przy paru książkach (choć częściej przy filmach). Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, to "Ostatni Elf". Czytałam w dzieciństwie i płakałam przy końcowej scenie ze smokiem :'(

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

;) Ja w ogóle się jakaś taka nadwrażliwa stałam, jeśli chodzi o smutne historie obejrzane/przeczytane. Z żywymi ludźmi na szczęście mam (zwykle… raczej… czasami) normalnie.

Znam tylko pięć liter ;)

(UWAGA SPOILER!!!) Wkurzyła mnie mocno śmierć Oberyna Martella (Czerwonej Żmii). Błyskawicznie polubiłem tego bohatera i strasznie mnie wkurzyło, że nie przetrwał dłużej, a w dodatku zginął w dość głupi sposób. Niby u Martina wypadałoby przywyknąć do wysokiej śmiertelności bohaterów, ale żaden inny zgon postaci mnie nie zirytował tak, jak ten.

Czy gry (pseudo)fabularne też się liczą? A filmy?

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

TyraelX, byle fantastyka.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Po trochu z sf i fantastyki:   [BARDZO MOŻLIWE SPOILERY!] W DIABLO 3 ubili jedną z najmilej wspominanych postaci, zdawało się też, że jedną z "niezastępowalnych" – staruszka i mędrca, Decarda Caina. No co im to dało? Żadnego uzasadnionego powodu nie mieli! Demony jedne, pomiot DIABLOwski! Staruszek miał już do emerytury dosłownie chwile, a ci go tak… Eh, szkoda gadać.   W MASS EFFECT (chyba część trzecia) jeden z pomocników naszego głównego bohatera – dr Mordin (moim zdaniem kalka doktora Gregorego Housea) była dla mnie prawdziwym zaskoczeniem. Był to chłop typu "wyrachowany drań", ale przeważnie miał rację. I za to był mi bardzo bliski ;) Po scenie poświęcenia własnego życia (oczywiście w SZCZYTNYM celu), przez moment czekałem, aż jakimś cudem wyjdzie ze zgliszczy zawalonego potężną eksplozją budynku laboratorium. A "dobry chłopak był i mało pił".   No i oczywiście główny bohater ZIELONEJ MILI (mam na myśli film, książki Kinga nie czytałem) – tutaj to już w ogóle masakra, rzeź i zgrzytanie zębami. A nogawki to miałem całe w strzępach…

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Heh… Ja dość mocno przeżywałem prawie każdą śmierć u Martina. Oberyn jako postać faktycznie miał potencjał, ale akurat sposób uśmiercenia nie wydawał mi się głupi – zobaczymy jak to rozwiążą w serialu.

A, jeszcze w "zagubiobych" sporo było bohaterów z którymi się zżyłem, a którzy zginęli gdzieś po drodze.

A mnie najbardziej szkoda było psa z nowego Riddicka :(

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Kiedy byłem sympatycznym maluchem, obejrzałem w kinie "Niekończącą się opowieść". Mimo, że lat miałem zaledwie kilka, do tej pory pamiętam, jak koń topił sie w bagnie. Ryczałem przy owej scenie jak wół i od tamtej pory filmu nie cierpię, a na dodatek jego twórców, chociaż nie znam – na wszelki wypadek – również.

Sorry, taki mamy klimat.

Seth :D

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

O, jeszcze co do Martina. (SPOJLERy – ale raczej dla niewielu ;)) Scena z Branem spadającym z wieży – świetna, bo polubiłam chłopca. Albo śmierć Neda :'(((( Może nie płakałam, ale zdecydowanie było mi przykro. Niestety przeczytałam tylko pierwszą część, teraz nigdzie nie mogę dorwać drugiej… GRRRR!

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

W "Star Trek: Enterprise" w ostatnim odcinku [SPOILER ALERT!] uśmiercają głównego technika pokładowego – i to w sposób tak idiotyczny, że żal miesza się z frustracją. W każdym innym odcinku porucznik Tucker znalazłby piętnaście innych sposobów na pozbycie się wroga ze statku, ale nie – "łatwiej" poświęcić życie…

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Źle, jak jakiś fajny bohater ginie, a jeżeli śmierć ta jest głupio rozwiązana to człowieka krew może zalać.

Albo śmierć Neda :'(((( Może nie płakałam, ale zdecydowanie było mi przykro.

Skoro grał go Sean Bean, oczywistym było, że zginie :). Jest to aktor, którego reżyserzy uwielbiają zabijać. Nic dziwnego, że zagrał Boromira we Władcy. Akurat jedynego z drużyny pierścienia, który poległ

Sean Bean przeskakuje oczekiwania zwłokowe, bo ostatnio, jak coś z nim oglądałam dawałam mu góra 15 minut, a zginął w niecałych pięć… Jest tak oczywistym, że umrze, że już mi nawet się przykro nie robi. Co najwyżej jestem ciekawa, jak tym razem go sprzątną ;/

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Taa, w "Black death" zginął całkiem ciekawie…

Nie wszędzie ginie, np. taką "Troję"przeżył, nieliczni mieli takie szczęście :P Dobra, w sumie zdarza mi się odczuwać złość na autorów za uśmiercanie, ale tylko za uśmiercanie durne.

Sethrael – jak pierwszy raz widziałam "Niekończącą się opowieść" to też ryczałam jak głupia za tym koniem… bo on tak tragicznie ginie! Dla mnie jeszcze zdjęcie trafione… za Syriuszem też uroniłam kilka łez.

Za śmierć mojej ukochanej Chani w "Diunie" miałam ochotę wykopać zwłoki Herberta i rozrzucić na cztery wiatry :P

przy okazji: śmierć Artaxa z "Niekończącej się opowieści" też mną wstrząsnęła. Do dziś mi żal jak oglądam tę scenę

Ja w ogóle bardzo emocjonalnie do książek/filmów podchodzę. Za konikiem w "Niekończącej się opowieści" płakałam, za Boromirem, za ekipą wiedźmina to już w ogóle morze łez wylałam. Z takich, które wyjatkowo mnie ruszyły, to [SPOJLER] Lennie z książki "Myszy i ludzie".[KONIEC SPOJLERA] Ale jakiejś złości na twórcę raczej nie odczuwałam. Natomiast jeśli Lynch w swojej serii o "Niecnych Dżentelmenach" wpadnie na idiotyczny pomysł uśmiercenia Jeana Tannena, to może się mnie spodziewać z widłami pod domem. Albo z kanistrem z benzyną i zapałkami.

Myszogon – dokonasz samospalenia w imię protestu? ;)

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Myślałam o podpaleniu wycieraczki, chociaż faktycznie z moim talentem autodestrukcyjnym powinnam się trzymać z dala od wszelkich niebezpiecznych rozwiązan w trosce o własne zdrowie. W takim razie z zemsty napiszę do niego list, w którym mu wyjaśnie, że bardzo źle zrobił. A jemu się zrobi głupio.

Hmm… wycieraczka powiadasz… Jest jeszcze inny sposób, bardziej EKSTREMalny.   Delikatnie bierzesz to, co zostało w toalecie po wczorajszym obiedzie (twoim lub twojego pupila), pakujesz w papierową torebkę i kładziesz ją na wycieraczce delikwenta. Akcja "Worek-Niespodzianek" przeprowadzona musi być najlepiej późnym wieczorem, gdy delikwent z całą pewnością chodzi po domu w laczkach lub nawet boso. Podpalasz torebkę, dzwonisz do drzwi i uciekasz w krzaki, demonicznie uśmiechając się, gdy delikwent (prawie) bosą stopą gasi "czekoladowy" pożar na swojej wycieraczce.   Idę się napić.   :D

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Tyrael – nie chciałbym wejść w drogę ;)

Przypomniała mi się miejska legenda, która "krazyła w kręgach", jak po tłumaczeniu "łozińskiego" ktoś zadzwonił mu do drzi a po otworzeniu jebnął w łeb, pozbawiając świadomości. Po obudzeniu "pacjent" znaazl kartkę z napisem "JESTEM "K…A" KRASNOLUDEM!!!" Jakoś mi się skojarzyło z planami zemsty na LYnchu :P

Mam wrażenie, że większość trochę za bardzo demonizuje całą kwestię. Według mnie znacznie lepiej jest gdy pisarz, scenarzysta etc. z pełną świadomością i premedytacją uśmiercają swoich bohaterów, a nie na przykład z powodu różnych konieczności, nieopatrzności lub pod naciskiem. W tym pierwszym przypadku za taką decyzją często stoi chęć/próba wstrząśnięcia odbiorcą. Paradoksalnie im bardziej jesteśmy zżyci z daną postacią, tym lepiej. Jeśli przykładowo owy wstrząs rzutuje na całej opowieści, to jest szansa, że nawet miałka historia stanie się ciekawsza, postaci wydadzą się pełnokrwiste itd. Podświadomie wiemy, że autor tak naprawdę wychodzi nam na przeciw, bo takie zabiegi pozwalają często na jeszcze lepszy, pełniejszy odbiór danego dzieła, nawet jeśli po seansie/lekturze (lub w trakcie) mamy ochotę zwyczajnie wyj**ać wspomnianemu autorowi.

Ale blamaż, oczywiście miało być 'naprzeciw'. Cholera, zbyt wczesna (późna?) pora robi swoje.

Nowa Fantastyka