- Hydepark: Wielowizje - portalowa zabawa

Hydepark:

inne

Wielowizje - portalowa zabawa

Cześć!

Ostatnio przypomniałem sobie o pewnej zabawie z młodzieńczych lat. Każdy pisał na tej samej kartce jedno zdanie, zaginał i przekazywał dalej. Czasem wychodziły z tego bezsensowne, a czasem wielce zabawne historie. Więc do rzeczy:

Zasady:

1. Rozpoczynam zabawę wstawiając w komentarzu pierwsze zdanie. Kiedy zakończymy pisanie pierwszego tekstu, każdy kolejny rozpoczyna osoba, która napisała w poprzednim dziewięćdziesiąte dziewiąte zdanie (przedostatnie).

2. Każdy użytkownik portalu może dopisać dziennie tylko jedno zdanie – może to być dłuższy opis, a może być to jedynie pojedyncze słowo, wtrącenie, dialog na zasadzie: – dziękuję. Byle zakończone kropką.

3. Kopiujemy z poprzedniego komentarza to, co zostało już napisane i oznaczamy kursywą. Przed wklejoną treścią dajemy numer naszego zdania (ważne, gdyż jest konkretny limit na jeden tekst).  Zdanie, które dopisujemy, pogrubiamy. Wszelkie ewentualne inne uwagi poza tekstem biorącym udział w zabawie piszemy normalnie. Przykład:

 

3

Staszek palił fajkę. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Wstał i wolnym krokiem udał się w stronę przedpokoju (zdanie dopisane).

 

4. Limit na jeden tekst to sto zdań, czyli osoba pisząca setne zamyka opowiadanko.

5. Jeśli w zbliżonym czasie dwie osoby wstawią dalszy ciąg, bierzemy pod uwagę oczywiście wcześniejszy (wyższy) komentarz, a drugą osobę prosi się o usunięcie swojego.

6. Po zakończeniu tekstu, czyli napisaniu przez kogoś setnego zdania, przeklejam całość i wklejam jako podsumowanie. Dopiero po tym komentarzu osoba, która napisała 99 zdanie w poprzednim, rozpoczyna kolejne.

 

 Co sto piór to nie jedno! :)

Komentarze

obserwuj

Na SB często takie ćwiczenia się pojawiają. Ja jestem za.

Dziwne, że bez reakcji do tej pory.

Hmm, jedna z zapomnianych zabaw, kiedy jeszcze fora internetowe były popularne. W sumie to czemu nie?

 

http://altronapoleone.home.blog

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

No, jest jakiś odzew :) Poczekajmy jeszcze na więcej zawodników, może ktoś będzie miał propozycje co do zmiany zasad itp. Ruszymy jakoś po weekendzie ;)

Jedziemy z tym koksem!

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Co do zasad: po co to  “Hej! Dodaję coś od siebie:”?

http://altronapoleone.home.blog

To był tylko przykład aby odznaczać zwykłą wypowiedź od tekstu, który będzie brał udział w zabawie. W przypadku gdyby ktoś prócz dopisanego zdania chciał napisać też coś innego :) Ale jeśli jest to zbędne to usunę.

A, rozumiem. Tekst pisanego opowiadania boldem, wszelkie uwagi (“na marginesie”) zwykłym. Mój mózg ma tendencje do dosłownego traktowania poleceń, więc oczywiście znów pomyślał, że trzeba wprowadzać swoją wypowiedź :D

Usunęłabym tylko ten numerek przed wyboldowanym zdaniem, bo można pomyśleć, że trzeba numerować zdania... (Mój mózg to zrobił, ofkors, aczkolwiek miał podejrzenia, że jednak się myli).

http://altronapoleone.home.blog

A ja właśnie nowe bym pogrubiała, a stare zostawiała chude – będzie łatwiej czytać.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

To ja też się na to piszę i zgadzam się z Tarniną, że pogrubiać najlepiej nowe zdanie.

Mądrze prawicie więc zaraz zrobię aktualizacje w zasadach :) No i, skoro mamy już pierwszą grupkę chętnych, nie ma co przeciągąć. Dziś wieczorem wstawię pierwsze zdanie i zaczynamy!

Pytanko techniczne bo pierwszy raz zakładałem wątek w HP. Jak chcę edytować to nie wyświetla mi się możliwość zmiany treści, tylko sam tytuł i kategoria. Mam coś z komputerem czy jak to działa? :o

Chyba nie można edytować posta węgielnego. Jego treść wyciska się w Internecie na wieki.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

To ja proponuję trzy zapisy:

 

Stary tekst – zwykłą czcionką.

Nowe zdanie – pogrubione.

Ewentualne komentarze – kursywą.

 

Btw kto zaczyna nowe opowiadanie, jak pierwsze się skończy? Warto by jakąś mikro zasadę ustalić.

 

A co do zmiany posta węgielnego – podeślij pożądane zmiany Berylowi, on może wszystko :D

http://altronapoleone.home.blog

Wchodzę. :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Drakaino, Twoja propozycja przyjęta :) Podeślę w takim razie prośbę gdzie trzeba. A co do rozpoczynania nowego opka proponuję przykładowo osoba z 99, czyli przedostatnim zdaniem lub drugim, lub może kto pierwszy ten lepszy... jak myślicie? :o

też myślałam o 99 osobie, ale zrezygnowałam z konkretnych propozycji :D

http://altronapoleone.home.blog

Dobra, to jak mamy podobne myśli to tak zrobimy! :) Wieczorem aktualizuje zasady i wstawiam pierwsze zdanie! :D

Dołączam się do gry. Współczuję osobie, która będzie pisać po mnie :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Warto by było po każdym opowiadaniu umieszczać jego tekst tu w całości, żeby mieć lepszy widok na to, co wyszło :)

I po skończonym tekście zagłosować na najbardziej pasujący tytuł. Jak wyjdzie dobre, to wrzucimy do poczekalni XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Sonato, tak będę robił :) MaSkrol, świetny pomysł! :D

Ostateczne Zasady:

1. Rozpoczynam zabawę wstawiając w komentarzu pierwsze zdanie. Kiedy zakończymy pisanie pierwszego tekstu, każdy kolejny rozpoczyna osoba, która napisała w poprzednim dziewięćdziesiąte dziewiąte zdanie (przedostatnie).

2. Każdy użytkownik portalu może dopisać dziennie tylko jedno zdanie – może to być dłuższy opis, a może być to jedynie pojedyncze słowo, wtrącenie, dialog na zasadzie: – dziękuję. Byle zakończone kropką.

3. Kopiujemy z poprzedniego komentarza to, co zostało już napisane i oznaczamy kursywą. Przed wklejoną treścią dajemy numer naszego zdania (ważne, gdyż jest konkretny limit na jeden tekst).  Zdanie, które dopisujemy, pogrubiamy. Wszelkie ewentualne inne uwagi poza tekstem biorącym udział w zabawie piszemy normalnie. Przykład:

 

3

Staszek palił fajkę. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Wstał i wolnym krokiem udał się w stronę przedpokoju (zdanie dopisane).

 

4. Limit na jeden tekst to sto zdań, czyli osoba pisząca setne zamyka opowiadanko.

5. Jeśli w zbliżonym czasie dwie osoby wstawią dalszy ciąg, bierzemy pod uwagę oczywiście wcześniejszy (wyższy) komentarz, a drugą osobę prosi się o usunięcie swojego.

6. Po zakończeniu tekstu, czyli napisaniu przez kogoś setnego zdania, przeklejam całość i wklejam jako podsumowanie. Dopiero po tym komentarzu osoba, która napisała 99 zdanie w poprzednim, rozpoczyna kolejne.

 

P.S. Zwracam się z uprzejmą prośbą do czcigodnego Beryla o przeniesienie tych zasad na samą górę :)

 

 

To ja poproszę o przygotowanie dokładnego tekstu pierwszego postu i przesłanie mi go w wiadomości prywatnej (żebym np. nie wyciął czegoś, co miało zostać).

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Przesłane :)

I ja z chęcią się przyłączę:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dobra, nie przedłużając więcej, zaczynam (zainspirowany obrazkiem Asylum) pierwszy tekst!

 

1.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz.

W takim razie lecimy.

 

2.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

3.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik.

4.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

5.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

Hah, już mi się podoba! :D El Lobo, skąd wiedziałeś, że w mojej wizji w kociołku jest krew :D PRZYPOMINAJKA: każdy ma jedno zdanie dziennie (od północy do północy) :)

6.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

7.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem.

8.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

9.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.

10.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc, nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

11.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc, nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

12.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo.

http://altronapoleone.home.blog

13.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

14.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

15.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

16.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

17.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty, bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

18.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty, bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj przesoliłaś kochaniutka.

19.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty, bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędęm ku zaroślom.

http://altronapoleone.home.blog

20.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty, bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

21.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty, bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

22.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty, bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

23.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

24.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

25.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

26.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

27.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

http://altronapoleone.home.blog

28.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

 

 

Proponuję zapis myśli w cudzysłowiu, skoro wszystko leci kursywą.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

29.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.

30.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

31.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył między gałęziami.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

31.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

- No – powiedział Pan Zimowego Wiatru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

http://altronapoleone.home.blog

33.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

34.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

35.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

36.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

 

37.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania.

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie.

http://altronapoleone.home.blog

38.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania.

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie.

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy.

38.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania.

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie.

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy.

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

40.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb. 

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło.

– Na karlą brodę, za dużo soli!

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników.

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony. 

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku.

– Ała – zabulgotał kociołek.

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka.

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki.

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek.

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię?

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz?

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka.

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie. 

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń.

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb.

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie?

– Nie, tak sobie trenuję.

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie:

Trupia różdżko, złap matołka, 

Wrzuć z powrotem do kociołka.

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę.

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć.

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru. 

 

                                                                                                 ***

 

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami.

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden?

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek.

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki.

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę.

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania.

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie.

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy.

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy.

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

41. 

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

UWAGA! W poprzednim moim wpisie zapomniałam zmienić numer, więc Fizyka, El Lobo, Asylum i Sonatę proszę o poprawienie (sama już to zrobiłam), a następną osobę od wpisania w swój kawałek nr 42! Przepraszam!

http://altronapoleone.home.blog

42.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

43.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

44.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Asylum, niestety tak się złożyło, że wstawiłaś komentarz dwie minuty po Nir, więc zgodnie z ustaleniami proszę usuń swój, dzięki! ;) P.S. Nadal masz dzisiaj jeszcze jedno zdanie w takim wypadku :)

45.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

 

46.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

47.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta.

48.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

49.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

50.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

51.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

52.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – Uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

53.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny, zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – Uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

54.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątynie otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

http://altronapoleone.home.blog

55.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątynie otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? Pan Zimowego Wichru zdębiał.

 

56.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątynie otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

Zostaw ten żyrandol.

57.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątynie otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

57.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miasta. Żadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygnięta w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątynie otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

– Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

http://altronapoleone.home.blog

58.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygła w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątyni otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

– Wchodzimy, czy będziecie tu na progu tak gawędzić – Ferdie syknął małym ognikiem z zapalniczki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

60.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygła w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątyni otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

– Wchodzimy, czy będziecie tu na progu tak gawędzić – Ferdie syknął małym ognikiem z zapalniczki.

Świątynny hol przywitał ich odorem zwęglonych ciał i szlochem Smętakowych kobiet.

 

61.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygła w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątyni otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

– Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

– Wchodzimy, czy będziecie tu na progu tak gawędzić – Ferdie syknął małym ognikiem z zapalniczki.

Świątynny hol przywitał ich odorem zwęglonych ciał i szlochem Smętakowych kobiet.

– Nie płaczcie – Chichrajka wzniosła ramiona – albowiem Płonący Bóg wejrzał na wasze błagania i w trymiga zjawi się tu, ażeby ukoić wasze smutki.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

62.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygła w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątyni otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

– Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

– Wchodzimy, czy będziecie tu na progu tak gawędzić – Ferdie syknął małym ognikiem z zapalniczki.

Świątynny hol przywitał ich odorem zwęglonych ciał i szlochem Smętakowych kobiet.

– Nie płaczcie – Chichrajka wzniosła ramiona – albowiem Płonący Bóg wejrzał na wasze błagania i w trymiga zjawi się tu, ażeby ukoić wasze smutki.

– Akurat – mruknęło coś z kąta.

http://altronapoleone.home.blog

63.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygła w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątyni otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

– Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

– Wchodzimy, czy będziecie tu na progu tak gawędzić – Ferdie syknął małym ognikiem z zapalniczki.

Świątynny hol przywitał ich odorem zwęglonych ciał i szlochem Smętakowych kobiet.

– Nie płaczcie – Chichrajka wzniosła ramiona – albowiem Płonący Bóg wejrzał na wasze błagania i w trymiga zjawi się tu, ażeby ukoić wasze smutki.

– Akurat – mruknęło coś z kąta.

Chichrajka skierowała ramiona w stronę intruza i pierdyknęła dwie płonące race w  stronę kąta.

– Nie pierdziel Marudo – syknęła przez zęby.

64.

W zawieszonym nad ogniskiem blaszanym kociołku bulgotała czerwona ciecz. Chichrajce nie było do śmiechu. Wiedziała, że brakuje jednego z ważniejszych składników, ale czas naglił i musiała improwizować, dodając tańszy odpowiednik. Wzięła jedną z odrąbanych głów, ułożonych w zgrabny stosik, i obcęgami wyrwała ze szczęki złoty ząb.  

Nagle gdzieś z góry rozległ się odgłos, który sprawił, że serce wróżki zamarło. 

– Na karlą brodę, za dużo soli! 

Chichrajka nie była pewna, czy lepiej będzie cisnąć w intruza złotym zębem, czy też posłużyć się od razu całym odrąbanym czerepem. W ramach kompromisu za pocisk posłużył stary onuc, nie wiedzieć czemu leżący obok przygotowanych składników. 

– Chyba nie spodziewałaś się, że trafisz? – drwił głos, wyraźnie rozbawiony.  

Rzucony z rozmachem w intruza onuc nie doleciał bowiem do celu, lecz porwany niespodziewanym podmuchem wiatru, wylądował w kociołku. 

– Ała – zabulgotał kociołek. 

Wróżka nie zdążyła zareagować, ponieważ w tej samej chwili poczuła powiew lodowatego wichru, a konary otaczających ją drzew zatrzeszczały złowrogo. Nieproszony gość wylądował zgrabnie tuż przy ognisku,  a z Chichrajkowej potrawki wynurzyła się pomarszczona, zdeformowana główka. 

– W końcu przygotowałaś mi coś dobrego do jedzenia, Chichrajko – powiedzieli jednocześnie Pan Zimowego Wichru o pokrytych szronem brwiach i wynaturzony człowieczek z potrawki. 

 – Zamknij się! – szepnęła półgębkiem wróżka, wciskając główkę z powrotem do bulgoczącej cieczy i zasłaniając sobą kociołek. 

– Nie, nie, zaczekaj! – Pan Zimowego Wichru wyciągnął lupę i zbliżył ją do twarzy poczwary. – Chętnie porozmawiam z... jak masz właściwie na imię? 

– Nie mam imienia. Wołają na mnie Brzydka i krzywią się. Wiem, nie spełniam warunków, zresztą nigdy ich nie spełniałam. I ty bacznie mi się przyglądasz. Co widzisz? 

– Kawałek smacznego mięsiwa. – Pan Zimowego Wichru nabrał paluchem z kociołka gęstej zawartości, oblizał i splunął na ziemię z niesmakiem. –  Oj, przesoliłaś, kochaniutka. 

W tej właśnie chwili wydarzyło się kilka rzeczy na raz: gorący podmuch powietrza dobywający się z kotła sprawił, że Pan Zimowego Wichru zaczął się rozpływać w powietrzu, Chichrajka omal nie wpadła do garnka, a wtłoczony tam wcześniej przemocą mały człowieczek wyskoczył, otrząsnął się i pognał pędem ku zaroślom. Wróżka rąbnęła w kocioł, którego zawartość chlusnęła prosto w naszpikowany lodowymi kolcami czerep natręta, zaś stworek, mimo koślawych kulasów, szybko zniknął w śnieżnej kurzawie.  

– Stop! Zatrzymaj się! – krzyknęła, a kiedy jej słowa nie odniosły żadnego skutku, zaklęła szpetnie pod nosem i  rzuciła się za nim w pogoń. 

Zapadając się w śniegu po kolana, Chichrajka dotarła za stworkiem na brzeg zamarzniętego potoku, wijącego się wśród płaczących wierzb. 

– Dlaczego za mną gonisz? Ścigasz mnie? 

– Nie, tak sobie trenuję. 

Wróżka uśmiechnęła się krzywo, wydobyła  z magicznej sakwy bez dna kościaną różdżkę i wymówiła zaklęcie: 

Trupia różdżko, złap matołka,  

Wrzuć z powrotem do kociołka. 

– Nie ze mną takie numery, wiedźmo! – wrzasnął stwór, po czym machnął chudą ręką, a z ziemi uniosła się lodowo-śnieżna chmura, skutecznie unieruchamiając Chichrajkę. 

“O, psiakrew,  musiałam wybrać czerep jakiegoś czarodzieja” – zdążyła jeszcze pomyśleć. 

Nie zobaczyła, jak na twarzy Brzydkiej pojawia się całkiem ładny uśmiech i nie usłyszała złośliwego chichotu prawie niewidocznego już Pana Zimowego Wichru.  

  

                                                                                                 *** 

  

Na Śnieżnych Polach zaległa cisza. Nawet wiatr przerwał swą szaleńczą wędrówkę i przerażony, skrył się między gałęziami. 

– No – powiedział Pan Zimowego Wichru do Brzydkiej Istoty, która właśnie przybierała postać całkiem niebrzydkiego chłopaka – gadaj, coś za jeden? 

– Spadaj do lasu śnieg zamiatać! – warknął przeobrażający się w człowieka stworek. 

Pan Zimowego Wiatru uśmiechnął się, znał bowiem tylko jednego człowieka, który używał tej odzywki. 

– Wypuściłaś inkuba, żeby uwarzyć eliksir... piękności?! – Spojrzał zdziwiony i wściekły na Chichrajkę. 

Gdy tracił materialną powłokę, zawsze zadawał głupie pytania. 

– Zostaw tę durną wiedźmę – odezwał się ten, który bardzo zdecydowanie przestał już być brzydki – mamy ważniejsze zadanie. 

– Nie waż się nazywać mojej żony durną, pokurczu jeden. – Potężny głos, wyłaniającego się z lasu Chichracza, spłoszył  wszystkie zwierzęta w okolicy. 

– No – Pokiwał głową Pan Lodowego Wichru – to się tu teraz nieźle pochichramy. 

Trąba powietrzna dopiero zaczynała się formować, jeszcze można było w niej rozpoznać postać mężczyzny, który rzucił płonącą wieczną zapałkę w rzędy ostatnich krzewów i drzew, chuchnął, po czym zmienił się w ognisty wir sięgający nieba. 

 – Ferdie, nie popisuj się, w pośredniaku byłeś? – warknęła na ten widok Chichrajka. 

Szalejący ognisty wir błyskawicznie zmniejszył się do rozmiarów płomyczka, a resztki nadpalonych drzew zaskwierczały żałośnie.

– Mówiłem ci, Chichi – poskarżył się płomyczek Ferdie – że w tej krainie nie ma pracy dla żywiołaków z moimi mocami. 

– Nonsens – zakrzyknął nagle Pan Zimowego Wichru – zdaje się, że jest pewien sposób na wykorzystanie twoich... talentów.

Ochłonąwszy, wszyscy wysłuchali w milczeniu zaskakująco błyskotliwy plan oszronionego dziada.

 

                                                                                                    ***

 

Ferdie po raz setny w przeciągu godziny zastanawiał się co mu strzeliło do tej tyciej, płonącej główki... To nie miało prawa się udać. Był o tym przekonany, kiedy razem z Chichrajką, Panem Zimowego Wiatru i stworkiem z eliksiru przekroczył bramy miastaŻadnego ruchu, dźwięku i zapachu, kapsuła czasu, zastygła w bursztynie. Wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się złapać w tak banalną pułapkę i wylądował wewnątrz podręcznej zapalniczki.

– No już już, mój drogi – Chichrajka pieściła kciukiem jego nowe mieszkanko –  zaraz cię wypuścimy i znów będziesz mógł nabrać rozmiarów, tylko jeszcze chwileczkę,  jeszcze nie tutaj.

Minęli Plac Cudów, na którym grupka błaznów o koźlich głowach zabawiała gawiedź, przeszli całą Lewitującą Ulicę, wzdłuż której ciągnęły się sięgające chmur skalne grzyby, czyli domy Smętaków, aż w końcu dotarli do celu – do Świątyni Płonącego Boga.

– Zawsze myślałam – uśmiechnęła się brzydka – że Płonący Bóg to bujda, a tu proszę, Smętaki chcą boga, to i będzie bóg.

Westchnęła w duchu... ale nikt nie powiedział, że trzeba go stworzyć przy użyciu Ferdiego.

Nie było jednak czasu na roztrząsanie, dlaczego Ferdi był potrzebny w dziele stworzenia: oto wrota świątyni otwarły się i stanął w nich... zupełnie kto inny, niż można by się było spodziewać.

– Niech mnie ogień roztopi, babko Zimuszko, to ty!? – Pan Zimowego Wichru zdębiał.

– A coś ty myślał, że już zdążyłam zemrzeć? – Babka zmierzyła przybyłych i zacmokała z niezadowoleniem.

– Nie myślałem... miałem nadzieję.

– Wiesz, czyją matką jest nadzieja! – zachichotała złowieszczo Babka.

– Wchodzimy, czy będziecie tu na progu tak gawędzić – Ferdie syknął małym ognikiem z zapalniczki.

Świątynny hol przywitał ich odorem zwęglonych ciał i szlochem Smętakowych kobiet.

– Nie płaczcie – Chichrajka wzniosła ramiona – albowiem Płonący Bóg wejrzał na wasze błagania i w trymiga zjawi się tu, ażeby ukoić wasze smutki.

– Akurat – mruknęło coś z kąta.

Chichrajka skierowała ramiona w stronę intruza i pierdyknęła dwie płonące race w  stronę kąta.

– Nie pierdziel Marudo – syknęła przez zęby. – A więc o czym to ja...? A tak. Płonący Bóg przybył zaszczycić was swoim ogniem, który wypali wszelką żałość...! – Z kąta rozległ się pomruk, jakby ukryty tam osobnik... przedrzeźniał ją?

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka