- Hydepark: Czy piszemy arcydzieła?

Hydepark:

inne

Czy piszemy arcydzieła?

Ostatnio zastanawiałem się, jaki macie stosunek do swoich tekstów, zanim zaczniecie. Czy przystępujecie do pisania z myślą, że ten pomysł ma szansę zawojować świat? A może chcecie tylko coś opowiedzieć, a jeśli okaże się “czymś więcej”, to tylko lepiej? Albo w ogóle nie myślicie o tym, czy będzie to dobre?

Jaki przyświeca Wam cel? Planujecie napisać coś wyjątkowego czy “przychodzi pomysł, więc piszecie”? Ale jeśli tak, to na jakiej podstawie decydujecie, który pomysł warto zrealizować, a którego nie?

 

I jak Wasze podejście do tekstu zmienia się w trakcie pisania? Przelanie pomysłu na wirtualny papier to zderzenie z rzeczywistością, bo nie wygląda on tak, jak by mógł? A może dopiero wtedy nabiera rumieńców?

 

W gratisie – pytania powiązane. Na ile wiecie z góry, co spodoba się lub nie spodoba się czytelnikom? Wiecie, na ile udało się osiągnąć cele w przedstawieniu wątków czy też postaci, zanim powie Wam o tym beta/czytelnik?

Komentarze

obserwuj

Ja zwykle tak mam,  że jak biorę się za jakiś tekst, to wyobrażam sobie potencjalne reakcje czytelników. To chyba normalne, takie wybieganie w przyszłość.

Często też natrafiam na taki problem, że prosty pomysł rozwijam jeszcze dalej: postać czwartoplanowa na jeden akapit dostaje własne backstory i wątek,, opowiadanie zamienia się w powieść etc.

Niedawno miałam też tak, że z pomysłu na mocno naiwny, mało prawdopodobny romans w kuriozalnych realiach postanowiłam wyciągnąć coś więcej i w efekcie końcowym wyszła mi opowieść o pozornie utopijnym mieście-państwie na księżycu, którego neutralność, a nawet istnienie wisi na włosku w obliczu licznych konfliktów targających macierzystą planetę.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ja się bardzo ekscytuję tym, o czym piszę. Efekt jest zazwyczaj taki, że połowa czytelników nie ogarnia, o co chodzi, a druga mówi, że jest nieźle. Ale sam akt pisania sprawia mi mnóstwo frajdy i chyba to się powinno liczyć najbardziej. Fakt wyprodukowania arcydzieła to miły, ale zdecydowanie niekonieczny dodatek.

Oj, ja w ogóle nie mam poczucia, że piszę arcydzieła. Najwyżej coś czytliwego. Chcę po prostu opowiadać historie i przedstawiać bohaterów, a nie wymyślać superoryginalne konstrukty. Zresztą, tego tak naprawdę nie potrafię, co mnie czasem frustruje. 

Nigdy nie wiem, jak zareagują czytelnicy. Znaczy wiem, że opinie będą różne i wszystkich nie zadowolę. Niektórym się pewnie spodoba, będą może i tacy, którym bardzo, a inni skrytykują i powiedzą, że historia nudna, bohaterowie do niczego, a pomysł wtórny. No, zawsze tak właśnie jest, więc mogę z góry zakładać, że przy następnych tekstach będzie dokładnie tak samo. ;)

EDIT: Ach, i ja muszę wymyślić bohatera, który mnie rusza, o którym myślę i którego odczuwam jak realną osobę. Inaczej nic z tego mojego pisania nie będzie.

Mam bardzo podobnie jak Ocha. Nawet jeśli jestem zadowolona z niektórych swoich pomysłów, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że drugim Tolkienem (ani  nawet Grocholą ;p) nie zostanę. Piszę, bo odczuwam taką potrzebę – przychodzi mi do głowy pomysł, zagnieżdża się tam i jeśli mija trochę czasu, a pomysł nadal jest, w momencie w którym widzę go dostatecznie wyraźnie, próbuję go przelać na klawiaturę.

Też nigdy nie wiem, co powiedzą czytelnicy. Czasem coś, z czego jestem szczególnie zadowolona, zostaje zjechane, a czasem ludzie piszą, że niezłe jest coś, co moim zdaniem nadaje się tylko do kosza ;p

Podczas pisania bywa różnie – niektóre teksty się porzuca w trakcie, coś doprowadza się do końca bez problemu, coś innego w trakcie pisania samo się zmienia.

 

Generalnie pisanie jest strasznie frustrujące. Kończysz pisać i nie wiesz, czy Ci wyszło, czy nie wyszło. Pokazujesz komuś i to loteria, co powie. Skończyłam pisać powieść, której niektóre elementy się ludziom podobają, inne nie. Mało tego, niektórzy chwalą to, co inni każą wyrzucić. Groza. I ja sama z niektórych fragmentów jestem dumna, a inne uważam za żałosne i straszne. Jak żyć? ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam też tak, że jeśli bardzo długo zajmuję się jakimś projektem, to po jakimś czasie mam go serdecznie dość i mam ochotę wziąć się za inny, a do poprzedniego ewentualnie powrócić za jakiś czas.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Dzięki za odpowiedzi. Ja mam tak, że gdzieś tam z tyłu głowy siedzi chęć, żeby napisać “coś świetnego”. Nie żeby zostać kolejnym Tolkienem, Lemem czy innym tuzem, nie żeby wszystko, czego się dotknę, było ósmym cudem świata, ale mam takie marzenie, żeby napisać w życiu choć jedno opowiadanie porównywalne poziomem z tekstami, dajmy na to, Teda Chianga czy Kena Liu.

 

Natomiast jak przychodzi co do czego, to ja w trakcie pisania (które w moim przypadku trwa i trwa) mam ciągłą huśtawkę – raz jestem z opowiadania bardzo dumny, a raz stwierdzam, że to ostatnie dno. Ale jak to uśrednić, to na ogół z pomysłu jestem zadowolony, a z wykonania niekoniecznie.

 

Poczuwam się też do tego, co mówi Ajzan – nad obecnym projektem siedzę już tak nieprzyzwoicie długo, że co prawda na szczęście nadal mi się podoba, ale mimo wszystko często mam go dość. No nic, na przyszłość trzeba pamiętać, żeby tak tego nie rozwlekać.

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Sądzę, że to normalne, że jak za długo ktoś skupia się na jednej rzeczy, to zaczyna nią rzygać. Mózg musi mieć czas na odpoczynek.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ja preferuje stoicką metodę Kresa: zamiast miotania się po dywanie w poszukiwaniu natchnienia, wolę monotonne klepanie znaków przy ciasteczkach maczanych w herbacie. Wychodzę z założenia, że tylko napisany tekst można poprawić. Zbytnio się nie przejmuję tym, co powiedzą inni. Więcej, uważam, że takie przejmowanie szkodzi. Trzymam się tylko swoich zasad: są granice, których nigdy nie przekraczam, i tematy, które omijam szerokim łukiem.

Naprawdę, nie ma powodów przejmować się tym, co powiedzą czytelnicy. Natomiast warto otrzymane uwagi przemyśleć, niektóre uwzględnić w kolejnych tekstach, inne zdecydowanie odrzucić. I dalej robić swoje ;)

Zdarza mi się fantazjować o byciu autorką arcydzieł, o napisaniu czegoś wybitnego. Chyba podobnie jak Ty, Diriadzie, mam takie marzenie. Ale nie jest tak, że szukam pomysłów na arcydzieła. Zazwyczaj wygląda to tak, że coś – najczęściej jakiś obraz, muzyka, doznanie – jakoś mnie porusza i widzę w tym zalążek pomysłu, który się we mnie zagnieżdża i czuję, że muszę coś z tym zrobić. To chyba nawet nie jest potrzeba opowiedzenia tego, tylko jakiegoś, hm... uwolnienia? 

A potem, jak już biorę się za pisanie, to zazwyczaj prędzej czy później ta myśl o napisaniu tego tak, że rzuci ludzi na kolana, gdzieś tam się pojawia i bardzo szybko staje się demonem, który utrudnia dalszą pracę i często odbiera sporo przyjemności, czasem wręcz skłaniając do porzucenia tekstu, jeśli nie spełnia moich oczekiwań. 

Najbardziej jestem zadowolona z tego, co napiszę, właśnie wtedy, gdy uda mi się przez cały proces pisania utrzymać tą inspirację, o której wspomniałam na początku. Gdy raczej skupiam się na tym “uwalnianiu”, niż na tym, co może się spodobać. I chyba rzeczywiście tak jest, że te teksty, które w ten sposób powstają, są potem najlepiej odbierane. Są też jakieś takie bardziej moje.

Jak tylko skończę pisać, to odrzucam od razu tekst jako beznadziejny. Dopiero gdy wrócę po jakimś czasie, to potrafię się zachwycić, jeśli pomysł jest dobry. Nigdy nie potrafię trafić z długością utworu, bo pisząc opowiadanie trudno zamknąć, to co chcę, a skrobiąc książkę bardzo szybko kończę. 

Zawsze skupiam się bardziej na pomyśle i opowiedzeniu historii niż aspektach technicznych, więc siadając do korekty muszę przeredagować połowę zdań, wstawić w końcu jakieś przecinki. Zresztą wygląda to tak,  a nie inaczej, ponieważ moim zdaniem to nie strona techniczna czyni mistrza, lecz zamysł, realizacja i idea, którą nam przekazuje.

Sam proces powstawania jest długi i mozolny. Trudno sformułować zdania, żeby brzmiał tak jak sobie to wyobraziłem. Przy dobrych wiatrach udaje mi się stworzyć półtorej strony tekstu, który następnego dnia może wylecieć do kosza.

Podczas samego pisania autor powinien być świadomy, co tworzy i dla jakiego odbiorcy, więc mniej więcej wyczuwa grunt na jakim przyjmie się dzieło. Co do przekazania tego, co chcieliśmy, to właśnie daję do oceny, żeby dowiedzieć się jak odbierają czytelnicy. Nic mi nie daje, że wiem, gdzie są błędy, jeśli nie umiem ich poprawić. Tak. Często wrzuca się tekst innym ludziom po to, że może coś podpowiedzą, kiedy samemu już się nie wie jak poprawiać, a nie ma się ochoty tracić całego dzieła.

Ogólnie jestem takim samym czytelnikiem jak twórcą.  Uważam, że liczy się pomysł. Jeśli jest dobry i przedstawiono go w miarę zrozumiale, to go “kupuję”.

Natomiast odpowiadając na pytanie w tytule. Tak. Staram się pisać arcydzieła. Gdybym wiedział, że wyjdzie mi co najwyżej średniak, to nie zaczynałbym, bo szkoda czasu. Ile jest przykładów kiedy słabo odebrane książki zostały potem uznane za wybitne? Nie wiadomo jak ludzie odbiorą daną pracę. W ostateczności zostanę Josephem Grandem.

Czy przystępujecie do pisania z myślą, że ten pomysł ma szansę zawojować świat?

Nie, nigdy tak nie pomyślałem.

 

A może chcecie tylko coś opowiedzieć, a jeśli okaże się “czymś więcej”, to tylko lepiej?

Znacznie bliżej prawdy.

 

Albo w ogóle nie myślicie o tym, czy będzie to dobre?

Cały czas myślę, czy będzie to dobre.

 

Jaki przyświeca Wam cel?

Poprawić warsztat na tyle, by napisać bestseller, najlepiej ze trzy. :)

 

Planujecie napisać coś wyjątkowego czy “przychodzi pomysł, więc piszecie”? Ale jeśli tak, to na jakiej podstawie decydujecie, który pomysł warto zrealizować, a którego nie?

Wyjątkowego nie, ciekawego tak. Akurat decyzja o pomyśle przychodzi bardzo łatwo, nie zapisuję ich, gdy przyjdą do głowy, to znaczy nie od razu. Jeśli na drugi dzień nie pamiętam pomysłu, znaczy, że był do dupy. Zapisuję, jak ze dwa tygodnie siedzi mi w głowie. Wybieram do pisania ten, który akurat teraz najbardziej mam ochotę zrealizować.

 

I jak Wasze podejście do tekstu zmienia się w trakcie pisania?

Nie.

 

Przelanie pomysłu na wirtualny papier to zderzenie z rzeczywistością, bo nie wygląda on tak, jak by mógł?

Zderzenie nie, ale tak, do tej pory nigdy nie wygląda tak, jak by mógł.

 

A może dopiero wtedy nabiera rumieńców?

Nie.

 

Na ile wiecie z góry, co spodoba się lub nie spodoba się czytelnikom? Wiecie, na ile udało się osiągnąć cele w przedstawieniu wątków czy też postaci, zanim powie Wam o tym beta/czytelnik?

Mniej więcej wiem, mniej pewny jestem realizacji pomysłu.

 

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

A ja zawsze zakładam że “i tak się nie spodoba”. Dzięki temu mam luz pisania tego co lubię, a jak się spodoba to miłe zaskoczenie, że się jednak spodobało. A jak się nie spodoba, to przecież od początku wiedziałam, że tak będzie, więc nie ma niespodziaanek ;p

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

E, tam, Marianno, kokietujesz. :) Też mi niespodzianka! Twoje teksty się przecież (niemal) wszystkim podobają.

E tam, jak raz człowiek prawdę powie, to mu zarzucą, że kokietuje ;p

Tych tekstów, o których wiem, że tu się nie spodobają, nie wrzucam na NF, to cała tajemnica...

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

A ja zawsze piszę, co mi w duszy zagra i zawsze mam nadzieję, że się komuś spodoba. Niezależnie czy będzie to bajka dla dzieci, która ma się podobać kilkulatkom, czy horrorek z elementami erotyki dla dorosłych, zawsze wierzę, że znajdzie się amator mojego pisania. 

Nie mam ani warsztatu, ani pomysłów na dzieło, które mogłoby zawojować świat, ale cieszę się za to bardzo, gdy coś wyjdzie mi fajnie i inni też tak to ocenią. 

Przy kilku rzeczach byłam niemal pewna, że napisałam dobry tekst i w większości wypadków moje odczucia pokryły się z odczuciami czytelników. Ale w kilku przypadkach poczułam się bardzo zaskoczona, gdy zamiast spodziewanych zachwytów usłyszałam parę słów gorzkiej prawdy. Było to przykre, ale niezmiernie pouczające. Dlatego do dziś pokazując komuś tekst, wyczekuję opinii z dużym napięciem. A im więcej piszę, tym bardziej się przejmuję.

Ale i tak pisanie i prezentowanie własnych utworów to dla mnie najpiękniejsze hobby na świecie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czy przystępujecie do pisania z myślą, że ten pomysł ma szansę zawojować świat?

Nie. To byłoby paraliżujące ;)

 

A może chcecie tylko coś opowiedzieć, a jeśli okaże się “czymś więcej”, to tylko lepiej?

Poniekąd tak. Z początku przeczytałam źle to pytanie i myślałam, że chodzi o “napisać coś lepiej [w domyśle: niż dotychczas zostało napisane]”, co w przewrotny sposób byłoby bliskie prawdy...

 

Albo w ogóle nie myślicie o tym, czy będzie to dobre?

Myślenie o tym, żeby było dobre, jest najważniejsze na etapie wykonania. Pomysłu oczywiście też, ale najlepszy pomysł średnio się obroni, jeśli wykonanie będzie do rzyci.

 

Jaki przyświeca Wam cel?

Napisać coś fajnego, co ktoś (a jeszcze lepiej paru ktosiów) przeczyta z przyjemnością ;) To taki cel w trakcie samego pisania. Potem oczywiście zaczyna się myślenie, gdzie to umieścić/posłać i czy w ogóle.

 

Planujecie napisać coś wyjątkowego czy “przychodzi pomysł, więc piszecie”?

To drugie zazwyczaj. Aczkolwiek “planujecie” (bez wyjątkowego, bo to pokaże rynek) sprawdziło się wydawniczo i niebawem ujrzy światło dzienne.

 

Ale jeśli tak, to na jakiej podstawie decydujecie, który pomysł warto zrealizować, a którego nie?

Pod wpływem chwili. Mam stary, wygrzebany w jakichś domowych szpargałach zeszyt, taki jeszcze głęboko peerelowski, dość paskudny, ale w jakiś sposób rozczulający (nie chodzi o nostalgię, ale o taką cudowną zwyczajność przedmiotu), w którym notuję pomysły, żeby ich nie zapomnieć. Zazwyczaj dzięki temu nie zapominam bez zaglądania i jak pomysł zacznie rosnąć w jakiś bardziej konkretny kształt, to piszę. Czasem pomysłowi wystarczy na to kilka minut, czasem nawet miesiące.

 

I jak Wasze podejście do tekstu zmienia się w trakcie pisania?

Dużo zależy od bohaterów ;)

 

Przelanie pomysłu na wirtualny papier to zderzenie z rzeczywistością, bo nie wygląda on tak, jak by mógł? A może dopiero wtedy nabiera rumieńców?

Dużo zależy od pomysłu i tego, czy dobrze rośnie ;)

 

Na ile wiecie z góry, co spodoba się lub nie spodoba się czytelnikom?

Na zero. Czytelnicy są 1) nieprzewidywalni; 2) bardzo różni. Na pewno nie spodoba się wszystkim, a czy komukolwiek, a już zwłaszcza redakcjom czy jurorom – totalna niewiadoma.

 

Wiecie, na ile udało się osiągnąć cele w przedstawieniu wątków czy też postaci, zanim powie Wam o tym beta/czytelnik?

Czasem tak, czasem nie.

 

 

A głównie piszę dlatego, że wymyśliłam sobie lekko alternatywną historię i świat i mniej więcej trzy pokolenia postaci do niego, więc opisuję sobie ten świat w różnych epokach i z różnych perspektyw.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mnie osobiście dręczy fakt, że gdybyśmy pisali jakieś sto lub dwieście lat temu, plus mielibyśmy trochę pieniędzy w kieszeni, nasze ‘dzieła’ najprawdopodobniej zostałyby wydane. Jeśli nie, przetrwałaby choćby opinia o udręczonym, odrzuconym artyście, więc prędzej czy później ktoś by te dzieła rozważył i możliwe, że rozdmuchałby problem (tak czy siak profit).

 

Obecnie piszących jest tak wielu, że szanse na ‘zostanie kimś’ znacznie zmalały. Kiedy już pojawia się ten ktoś, zawsze będzie sądzony przez pryzmat przeszłości, oryginalnych pomysłów, ojców założycieli, klasyków gatunku, itd. Chciałabym powiedzieć, że zamiast być “drugim Tolkienem”, lepiej być “pierwszym X”, ale cóż... gadać sobie można ;)

Nie wiem, czy Cię to pocieszy, ale sprzed dwustu lat zostało kolosalnie dużo kompletnie zapomnianej literatury, a piszących było niewiarygodnie dużo – do pisania poczuwał się niemalże każdy, kto umiał pisać. Oczywiście w zależności od kraju piśmienność była różna, w takiej np. Hiszpanii w połowie XIX w. pisać i czytać umiała zaledwie jedna czwarta społeczeństwa, ale we Francji ok. 80%. Niektóre z tych rzeczy w swoim czasie były wydawane, a nawet popularne, więc autorzy coś tam zarabiali, ale ogromna większość wpadała do limbo od razu, nawet jeśli udało się ją wydać (za własne pieniądze było normą) i nawet nie nadaje się do tego, żeby ją teraz rozdmuchiwać. Mit “złotego wieku” jest w większości przypadków mitem...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Obecnie piszących jest tak wielu, że szanse na ‘zostanie kimś’ znacznie zmalały.

 

A mnie osobiście dręczy analogia z tymi, którzy za wszelką cenę chcą śpiewać. Śledzę różne muzyczne talentszoły (wiem, że to szit i komercha, ale mam do nich słabość) i współczucie moje budzi tłum w różnym stopniu utalentowanych ludzi, którzy chcą się z tego tłumu wybić, a o których, po zakończeniu programu, mało kto pamięta. I tak sobie myślę, że stanowimy podobny tłumek. Czyli, jeśli moja książka nie będzie dziełem wybitnym i nowatorskim (a nie będzie), to – po paru latach – kto oprócz mnie będzie o tym pamiętał?

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

“do pisania poczuwał się niemalże każdy, kto umiał pisać.”

 

Czyli właściwie jak teraz :<

 

Spójrzmy na to tak – jakie jest prawdopodobieństwo, że losowa osoba znajdzie na strychu domu pradziadków zapiski przodka (wiersze, pamiętniki, byleco) i poleci z tym gdzie trzeba, krzycząc: “patrzajta co za arcydzieło!”, i chociaż teksty są zwyczajnie przeciętne, będą z tego pieniądze, bo “wartość minionych lat”, plus fakt, że autor nie żyje, więc możemy sobie powzdychać i się zachwycać (z jakiegoś powodu tragizm sytuacji = pieniądze). A kiedy w światło wydawnicze próbuje wbiec potencjalny talent, który miałby wiele do powiedzenia, zostanie postawiony w kolejce z numerkiem.

 

Oczywiście jest łatwiej, bo wydawnictwa precyzują, co chcą wypuszczać na rynek, oferują wsparcie, korektę i inne tam, ale wciąż trzeba się przebić przez tysiące identycznych autorów (którzy są dobrzy, mają potencjał i potrafią pisać). Wynika z tego, że trzeba przykolegować się do odpowiednich ludzi albo wżenić się w bogaty ród, żeby samemu wydać. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że w takiej, np. przedwojennej Francji łatwiej było spotkać w kawiarni gościa, który pisuje felietony do gazety kuzyna czy wuja, i po miłej konwersacji zaproponuje coś w stylu: “Może napisałby coś pan na próbę, ja już podrzucę gdzie trzeba”. Pewnie przesadzam, ale teraz chyba ciężej z tą bezinteresowną pomocą drugiemu człowiekowi i ze szczerym zainteresowaniem cudzymi pomysłami.

 

“Niektóre z tych rzeczy w swoim czasie były wydawane, a nawet popularne, więc autorzy coś tam zarabiali”

Nie wiem jak inni, ale ja byłabym zachwycona nawet czymś takim. ;)

 

“Czyli, jeśli moja książka nie będzie dziełem wybitnym i nowatorskim (a nie będzie), to – po paru latach – kto oprócz mnie będzie o tym pamiętał?”

 

Pojawia się jeszcze pytanie, co to jest dzieło wybitne i nowtorskie... Czy pisać dla większości, wiedząc czego ludzie teraz chcą, wyciągać wnioski z popularnych teraz seriali i książek? Czy pisać dla małego grona odbiorców, mając nadzieję, że z czasem się poszerzy – lub liczyć, że zmienią się preferencje i ludzie zaczną odkopywać zapomniane teksty?

Pewnie, że piszemy arcydzieła.

Po co zadawać takie pytanie retoryczne?

:>

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Żeby mieć przygotowane argumenty, jak już będą nam zadawać pytania w talkshowach ;)

Myślę, że żeby napisać arcydzieło, trzeba przede wszystkim pisać bez presji. :p

Pojawia się jeszcze pytanie, co to jest dzieło wybitne i nowtorskie... Czy pisać dla większości, wiedząc czego ludzie teraz chcą, wyciągać wnioski z popularnych teraz seriali i książek?

Dobrze, w takim razie nie musi być wybitne, wystarczy oryginalne. Napiszę, tak jak inni, kolejną wariację na temat zakochanych romantycznych wampirów, bo ludzie to lubią, i co z tego? Za rok przyjdzie moda na zakochane romantyczne predatory i moje arcydzieło o wampirach trafi do literackiego zsypu.

Mytrix,

same arcydzieła. Sam fakt napisania czegoś dłuższego niż post na FB jest już wart odnotowania (zasłyszane).

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Spójrzmy na to tak – jakie jest prawdopodobieństwo, że losowa osoba znajdzie na strychu domu pradziadków zapiski przodka (wiersze, pamiętniki, byleco) i poleci z tym gdzie trzeba, krzycząc: “patrzajta co za arcydzieło!”, i chociaż teksty są zwyczajnie przeciętne, będą z tego pieniądze, bo “wartość minionych lat”,

Niewielkie. Czytam sporo dziewiętnastowiecznych pamiętników i listów, większość wydanych w swoim czasie, część z rękopisów, i mają one wartość w ogromnej mierze wyłącznie dla historyka, podobnie zresztą jak zapomniane powieści.

Rzadko zdarza się, że coś zostało zapomniane niesłusznie, choć bywa. Aczkolwiek są to raczej sytuacje nie całkowitego zapomnienia, ale raczej mód literackich, prawdziwe przeoczone arcydzieła to niezwykła rzadkość, zwłaszcza od XIX w., kiedy wykształciła się profesjonalna krytyka literacka. Ale mam przykład dziwacznych losów i mód. Sądzę, że dziś mało komu coś mówi nazwisko Edmond Rostand, a był to na początku XX w. i w dwudziestoleciu jeden z absolutnie najczęściej wystawianych i tłumaczonych dramaturgów – na całym świecie. Co więcej, jeśli dziś się go nawet pamięta (bo nie odszedł całkiem w zapomnienie), to za Cyrano de Bergeraca, ale te sto lat temu popularniejsze były inne sztuki. Niemniej te pozostałe też bywają wystawiane, choć rzadko. Ale mody na to nie ma, bo to dość tradycyjna dramaturgia – niemniej bardzo dobra i akurat niesłusznie zapomniana. To chyba najbardziej jaskrawy przykład, jaki mi do głowy przychodzi.

 

Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że w takiej, np. przedwojennej Francji łatwiej było spotkać w kawiarni gościa, który pisuje felietony do gazety kuzyna czy wuja, i po miłej konwersacji zaproponuje coś w stylu: “Może napisałby coś pan na próbę, ja już podrzucę gdzie trzeba”.

Może łatwiej, ale teraz to też jest możliwe. Ja dosyć tak zaczęłam karierę tłumaczeniową – od tego, że na seminarium ŚKF siedziałam obok ówczesnego szefa literatury obcej w Prószyńskim i po prostu rozmawialiśmy. Wydaje mi się, że to nadal często bywa kwestia bycia we właściwej chwili we właściwym miejscu...

 

Czyli, jeśli moja książka nie będzie dziełem wybitnym i nowatorskim (a nie będzie), to – po paru latach – kto oprócz mnie będzie o tym pamiętał?”

Mam wrażenie, że jednak Dumas (czy Sienkiewicz) jest częściej czytany niż Joyce, że o nouveau roman nie wspomnę, więc jednak bycie poczytnym pisarzem z punktu widzenia powszechnego odbioru i pamiętania może się bardziej opłacać niż bycie pisarzem nowatorskim i uważanym (przez akademicką krytykę) za geniusza ;) Sienkiewicz Nobla niby dostał, ale wybitnym pisarzem to on nigdy nie był...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A więc możemy mieć jedynie nadzieję, że wpadniemy w ramy jednej z wielu zmiennych, kapryśnych mód literackich, i wtedy, ewentualnie, poniesie nas z prądem w stronę jakiegoś tam rozpoznania. No, taka trochę kicha.

 

“Wydaje mi się, że to nadal często bywa kwestia bycia we właściwej chwili we właściwym miejscu...”

I faktu, czy ktoś wierzy w przeznaczenie. Albo czy ma szczęście... Czekam na taką właściwą chwilę, może się kiedyś doczekam, ale specjalnie jej nie wypatruję, bo wiem, że raczej nie przyjdzie. Może trzeba cholerę osaczyć i przemocą zmusić do posłuszeństwa? Ale mówią też, że każdy jest kowalem własnego losu, tylko nie wszystkich nauczono, jak właściwe ten młot trzymać.

 

Może szukamy najprostszej odpowiedzi z możliwych: pisać to, co samemu chciałoby się przeczytać?

Zwykle jak piszę, to orientuję się, czy mój tekst będzie dobry czy przeciętny, nawet czasem zdaję sobie sprawę, gdzie tkwi błąd (ale często jest już za późno, żeby go poprawiać, albo nie mam pomysłu jak to poprawić). Zwykle po skończeniu tekstu “dobrego” mam moment zwątpienia, wtedy zwykle daję komuś do przeczytania :)

Obecnie jestem w trakcie pisania arcydzieła :P Ale nie wiem, kiedy skończę, bo arcydzieło wymaga jeszcze ogarnięcia paru rzeczy, które muszą zostać ogarnięte, żeby arcydzieło było arcydziełem ;)

Ja lubię myśleć o swoich tekstach jak o dziełach, które mogą zawojować świat, ale jednocześnie mam dość samokrytycyzmu, by dostrzec jego wady i własne braki warsztatowe.

Od zeszłego roku nie brałam się jeszcze za (po)twora, nad którym pracuję już kilka lat, bo uznałam, że muszę zrobić research w jednym temacie, zanim nie zabrnę w powiązanym z nim wątku tak daleko drogą “jak mały Jasio sobie wyobraża”, że nie będzie już odwrotu i możliwości poprawek bez kompletnego zmieniania fabuły.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Ekhem, ja napisałam powieść-potwora, po czym doszłam do wniosku, że nie nadaje się na potencjalny debiut i zaczęłam dość koniunkturalnie pisać prequel, w którym znajdzie się bardziej po ludzku ekspozycja bohaterów, ich umiejętności itede, a i fabuła będzie mniej zawikłana, i który (mam nadzieję) będzie w razie czego łatwiejszy do łyknięcia przez wydawniczych recenzentów... Potem z demonicznym śmiechem mogę im podesłać drugi tom XD

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

wpadniemy w ramy jednej z wielu zmiennych, kapryśnych mód literackich

To chyba nie do końca tak :D

Ludzie od zawsze opowiadają sobie kilka historii, które nigdy się nie znudzą. Jest taka książeczka, Seven Basic Plots. Autor stawia tezę, że większość narracji od Gilgamesza po 50 twarzy Greya trzyma się jednego z tych siedmiu schematów.

Napisz trzy warianty powieści o Kopciuszku i przynajmniej jedna z nich dobrze się sprzeda, bo czytelnicze fantazje które stoją za potrzebą takich fabuł są wiecznie żywe od zaczątków słowa pisanego.

https://www.youtube.com/watch?v=oP3c1h8v2ZQ

Rzadko zdarza się, że coś zostało zapomniane niesłusznie, choć bywa. Aczkolwiek są to raczej sytuacje nie całkowitego zapomnienia, ale raczej mód literackich, prawdziwe przeoczone arcydzieła to niezwykła rzadkość, zwłaszcza od XIX w., kiedy wykształciła się profesjonalna krytyka literacka.

Może masz rację jeśli chodzi o XIX wiek, ale jeśli mówimy o czasach wcześniejszych – mam tu na myśli głównie klasyczny antyk – to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to co ukształtowało wyobraźnię człowieka Zachodu i kierunek postępu kultury/nauki/filozofii zostało wyłonione w dużej mierze drogą przypadku, a niekoniecznie darwinowskiej selekcji. Ocalały jakieśtam teksty, duża część istotnych dla epoki (bo były kopiowane), ale wiele arcydzieł z pewnością przepadło.

Zgodnie z moją wiedzą hellenizm, dzięki mecenatowi dworów królewskich, znajdował się na drodze do opracowania metody naukowej niemalże w oświeceniowym rozumieniu. Inżynieria tamtych czasów wyprodukowała silnik parowy, który jednakże uważano za ciekawostkę, a nie istotne odkrycie.

Kto wie, ile takich “ciekawostek” i “eksperymentów myślowych” spłonęło w bibliotece w Aleksandrii.

 

Losowo wybrane trzy warianty sprawdzonego schematu mogą nadal nie trafić w to, co akurat za chwilę stanie się modne (być kimś takim naprawdę się opłaca), bo to właśnie jest kapryśne. Często zdarza się tak, że coś, co powinno być utworem założycielskim gatunku, nie zostaje nim, a pamięta się jako o czymś pierwszym o utworze późniejszym, bo akurat trafił w zapotrzebowanie danej chwili. (Tak było bodaj np. z paranormal romance.) I kwestia schematów fabularnych, ilekolwiek by ich mniej lub bardziej efektownie nie opisywać, nijak się do tego nie ma...

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Trochę się jednak ma, bo 50 twarzy greya to przecież Kopciuszek, przebrany w nowe tło i okraszony odrobiną pikantnej erotyki.

Losowo wybrane trzy warianty sprawdzonego schematu mogą nadal nie trafić w to, co akurat za chwilę stanie się modne (być kimś takim naprawdę się opłaca), bo to właśnie jest kapryśne.

Mogą nie trafić, ale z pewnością szanse na trafienie są o kilka rzędów wielkości korzystniejsze, niż w przypadku trzech przypadkowych  fabuł.

Ale jak to się ma do popularności konkretnej książki albo podgatunku? To, że wszystkie fabuły da się sprowadzić do kilku czy kilkunastu schematów, to jedno. To, co się sprzeda w danym momencie, to drugie. A co następnie zostanie zapamiętane, to trzecie. I stwierdzenie, że one wszystkie mają jakiś tam jeden z tych schematów w swojej fabule, jest oczywiście stwierdzeniem prawdziwym, ale do dyskusji o tym, jak trafić w to, co będzie w danym momencie hitem, nijak się nie ma. Bo z modą musisz utrafić w coś jeszcze poza schematem fabularnym i to właśnie jest nieprzewidywalne. Podobnie jak nieprzewidywalne jest, że ogromny splash zrobi Rowling, a nie Iksińska, czy też ta od Greya, a nie Ygrekowska, która napisała podobny fanfik, ale nie znalazła wydawcy. To na dodatek czasem są kwestie przypadku – właściwy maszynopis we właściwym miejscu i czasie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

To  że coś jest z wierzchu “podobne”, tzn zawiera wampiry albo szkołę czarodziejów, nie oznacza jeszcze, że utwór umiejętnie realizuje określony schemat fabularny.

Czyli Ygrekowska mogła polec własnie na tym, że źle zbudowała swoją historię.

Widelec, zakładasz bezstronność wydawnictwa, które zawsze kieruje się ściśle określonymi regułami – sprawiedliwość wyboru. Publikuje lepsze wykonanie/styl/podejście tego samego tematu? Uśmiałem się ;)

Przepraszam za widelca... Komórka to słaby sposób na czat :/ Ps. Piszę zawsze arcydzieła! No wiecie tak jak trzeba. Tak, aby nazywali mnie geniuszem sto lat po śmierci ;D

Wydawnictwo chce zarobić ;D Jak ktoś wydaje po znajomości niedobre ksiażki, to szybko zniknie z rynku.

Teoria tych siedmiu fabuł mówi o tym, że określone konstrukcje fabularne są bardziej atrakcyjne i poruszające. Czytelnik nie musi zdawać sobie sprawy z tego, że czyta opowieść realizującą określony schemat. Tak samo jak gość cukierni nie musi wiedzieć, jak zrobiono bezę, którą zamówił. Nawet recenzent odwołuje się głównie do wrażeń z odbioru, nie zagląda rzemieślnikom do kuchni.

Cukiernik zna przepis i to wystarczy.

Czyli co? Lepszy przepis wygrywa, czy wystarczy, że bardziej smakuje większości? ;)

Wisielcze, to jest oczywiście bardzo ładna i pod wieloma względami prawdziwa teoria. Strukturaliści (a wcześniej np. Władimir Propp) odkryli jej podstawy na długo przed polecaną przez Ciebie książką, co więcej, pokazali warianty i permutacje układów fabularnych. No i super, mamy opis pewnego zjawiska kulturowego, dotyczącego fabuł i narracji.

Ale naprawdę o tym, czy popularność zyska powieść A czy B skrojona wg tego przepisu decyduje w dużej mierze duch czasu i przypadek.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czyli co? Lepszy przepis wygrywa, czy wystarczy, że bardziej smakuje większości? ;)

Trudno powiedzieć. Niektórzy powiedzą, że lepszy = ten, który smakuje większości.  Inni powiedzą że lepszy = ten, który znajdzie uznanie krytyków. Albo lepszy = nowatorski. Ciężko o jednoznaczną odpowiedź.

Ale naprawdę o tym, czy popularność zyska powieść A czy B skrojona wg tego przepisu decyduje w dużej mierze duch czasu i przypadek.

Źle zbudowana fabuła morduje utwór w powijakach i odbiera szanse w rywalizacji. Nie wiem czy “duch czasu i przypadek” to pożyteczne hasła w naszej dyskusji. Powiedziałbym raczej “gusta i marketing”. To nie są losowe parametry.

I podkreślam, że “zmierzch” mógł na tym właśnie wybić się ponad konkurencję gatunkową, że był lepiej skonstruowany i napisany lepszym językiem.

Lubię teorie strukturalistyczne i nie chcę ich sprowadzać jedynie do koniunkturalnego “trafienia w rynek”. Solidna konstrukcja sprawia, że historia ożywa i zyskuje na jakości. Umiejętna kompozycja utworu literackiego to nie wtórność, lecz znajomość rzemiosła. Na podstawie dotychczasowej obecności na NF doszedłem też do wniosku, że struktura jest elementem który najczęściej kuleje. W bibliotece jest sporo opowiadań napisanych dobrym językiem, zawierających fajne postacie i ciekawy pomysł. Znacznie mniej jest tekstów dobrze skomponowanych, pozbawionych zbędnych scen, posiadających rzetelną kulminację i charakterologiczną ewolucję bohatera. Najczęstsze problemy jakie dostrzegam to wrażenie urwania narracji w połowie, brak puenty, monolityczność protagonisty, rozwiązanie deus ex machina, gubienie wątków i niepotrzebna rozwlekłość.

Ależ nikt tu nie mówi, że źle zbudowana fabuła nie morduje pomysłu! Utrzymuję wyłącznie i trochę już mi się to nudzi, że nawet dobrze wykonana fabuła nie wystarcza, żeby odnieść sukces, o tym decydują dodatkowe okoliczności. Zmierzch nie jest lepiej (ani gorzej) napisany niż kilka innych książek z tego rodzaju, z którymi miałam do czynienia, tylko po prostu jakimś doborem składników (poza samą strukturą fabuły!) trafił, a w dodatku został w dobrym momencie wysłany do wydawcy.

Ale mam lepszy przykład. Uważam, że najlepszym filmem steampunkowym (a może i najlepszym dziełem steampunkowym) jest “Wild Wild West”, ten z Willem Smithem. Film w swoim czasie przepadł, bo steampunk stał się modny minimalnie za późno. Zrobiony parę lat później byłby prawdopodobnie hitem i dziś miałby ileś tam sequeli.

O byciu arcydziełem to w ogóle nie mówimy, na to trzeba znacznie więcej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Może jestem przesadnie głównonurtowy, ale nie wydaje mi się, żeby steampunk był kiedykolwiek modny. Więc przykład raczej mocno taki sobie.

na emeryturze

Bardzo modny nie był, pewnie, zwłaszcza w wersji hard, i żadnego wielkiego dzieła niestety nie wyprodukował. Niemniej chodziło mi o to, że dopiero po WWW była komiksowa i filmowa Liga Niezwykłych Dżentelmenów (2001/2003) Sherlock Holmes z Downeyem (2009), sporo erpegów steampunkowych (premiera Wolsunga to 2009; światowo Deadlands są starsze, ale popularne zrobiły się dość długo po swoim premierowym 1996) plus moda konwentowo-cosplayowa, potem choćby książki Hoddera itede. Gdyby WWW był o kilka lat młodszy, miałby po prostu znacznie większe szanse powodzenia niż w 1999, i może by nawet tę modę podkręcił, gdyby miał jakieś tło, bo to naprawdę bardzo fajny film.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo modny nie był, pewnie, zwłaszcza w wersji hard, i żadnego wielkiego dzieła niestety nie wyprodukował.

Herezja. Arcanum.

 

Nie jestem pewien czy podciąganie LNDż i SHzD pod steampunka nie jest zbyt karkołomne, ale z drugiej strony nie znam się ni w ząb (dlatego z takim znastwem się wypowiadam!), bo mnie steampunk kojarzy się wyłącznie ze wspomianymi przez Ciebie cosplayerami (stroje faktycznie bardzo widowiskowe), wspominanym przeze mnie Arcanum i jedną, jedyną książką, którą kiedykolwiek z tego nurtu wyłowiem, a i to tylko dlatego, że jej współatorem był bodajże Gibson.

 

O co mi w ogóle chodzi. Twój przykład z WWW jest o tyle chybiony, że mody jako takiej nigdy na steampunka nie było (nie w tym stopniu co moda na inne rzeczy w popkulturze: zombie, wampiry, roboty, etc), ale przy tym trafny o tyle, że WWW miało po prostu “pecha” w tym znaczeniu, że gdyby kila spraw związanych z produkcją i marketingiem ułożyło się odrobinę inaczej, albo gwiazdy ułożyły się inaczej, film mógł osiągnąć kasowy sukces. I podobnie sprawy się mają z innymi dziełami kultury.

 

Więc właściwie się z tobą zgadzam, ale że w czasie zapalenia zatok dorośli się nudzą...

 

 

na emeryturze

Nowa Fantastyka