- Hydepark: Lubimy się bać, czyli wszystko o horrorach

Hydepark:

filmy i seriale

Lubimy się bać, czyli wszystko o horrorach

Przenoszę temat z shoutboxa, bo Beryl stękał o wykazanie inicjatywy. ;)

 

Dajcie znać, co lubicie w horrorach i jakie są wasze odczucia, co do obecnego stanu dreszczowców na rynku wydawniczym i filmowym. Jeśli macie coś godnego polecenia w tej tematyce, to podzielcie się. Mogą być filmy, książki, opowiadania  itp.

 

Darujmy sobie już wyciąg z konta Zaltha, ponoć przyprawia o zawał serca, ale właściciel i tak nie chce się nim z nami podzielić. ;)

Komentarze

obserwuj

Bo nie chce mieć nikogo na sumieniu ;)

Ja się bać nie lubię :/

Przynoszę radość :)

Wzgórza mają oczy.

Tak jak te wszystkie przekryczane horror są po prostu kiepskie (cisza, cisza, ciszaaa.... i nagle bum, po uszach wrzaskiem!), tak na tym filmie czułem się paskudnie nieswojo.

Oglądałam w kinie i jedynkę i dwójkę. Ktoś nieźle pokręcony to wymyślił. Mocno brutalne i przerażające.

 

Anet, ale taki kontrolowany dreszczyk jest całkiem fajny.

 

Ja swego czasu wkręciłam się bardzo w pseudo prawdziwe historie o duchach itp. To było jeszcze za czasów, gdy z poprawnym pisaniem w języku polskim byłam daleko w tyle (nadal mam problemy, ale jest już zdecydowanie lepiej). W tamtym czasie zainteresowała mnie bardzo historia w stylu creepypasty. Ktoś łaskawie przetłumaczył ją z języka angielskiego na polski. Cała opowieść była zajawką do książki “The story of Her Holding an Orange”. Teraz po czasie gdy trochę lepiej radzę sobie z czytaniem po angielsku nigdzie nie mogę znaleźć tej pozycji. A nadal mam ją w pamięci, te kilka lat temu wydawało mi się, że historia jest fascynująca. ;)

 

Właśnie przez fascynacje creepypastami sama napisałam opowiadanie w tym stylu, ale wyszło marnie przez tonę błędów, ale jak już wspominałam z poprawnym pisaniem było wtedy u mnie kiepsko.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Jako fan gatunku uważam, że gatunek jest do bani.

Naprawdę lubię dobre horrory, ale problem polega na tym, że bardzo trudno na dobry trafić. Moim zdaniem udana straszna historia to taka, w której zagrożenia nigdy nie zobaczysz. Czai się ono tuż za rogiem, wyciąga łapy, ale nie pokazuje twarzy. Niestety, większość filmów grozy opiera się na założeniu, że wystraszyć muszą cię głośne dźwięki albo brzydka, sztuczna morda, która częściej będzie śmieszyć.

Np. dlatego bardzo dobrze wspominam Blair Witch Project :) Wiem, film bardzo skrajnie oceniany, ale mi się podobał.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Mam podobne uczucia Berylu, wolałabym coś co mnie zaskoczy, przerazi, ale chyba wychodzi na to, że nikt nie ma dobrego pomysłu, który by mnie jakoś do siebie przekonał. Pamiętam “Blair Witch Project”, był całkiem niezły. Przynajmniej wywoływał emocje.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Jako fan gatunku, uważam, że gatunek jest do bani.

Amen.

Podobnie jak z komediami romantycznymi, współczesne amerykańskie horrory to jest jeden wielki schemat, wypełniony słabymi aktorami. Oglądam chyba wszystko, co się nawinie, ale mało co zostaje w pamięci.

 

Moim zdaniem na uwagę zasługują:

 

Babadook – na szczęście nie produkcji amerykańskiej, a tytułowego potwora można interpretować na dwa sposoby (to dopiero, horror, który można interpretować). I przestraszyłam się na nim, i trochę pokminiłam, no sympatyczna rozrywka na jeden wieczór.

 

The final girls (Dziewczyny śmierci) – raczej nie wystraszy, ale jest bardzo ciekawą grą ze schematami. Główna bohaterka i jej przyjaciele w czasie pożaru kina trafią do horroru. Fajnie rozgrywa wszystkie obowiązkowe elementy horroru, a przy tym ma ciekawych bohaterów. Szczególnie relacja głównej bohaterki i dziewczyny granej przez jej mamę zasługuje na uwagę, świetnie im to wyszło.

 

I moje perełki, horrory produkcji nowozelandzkiej:

Housebound (Areszt domowy) i What do we do in shadows (co robimy w ukryciu). Już całkiem daleko odbiegły od amerykańskich horrorów. Mnie wystraszyły, ale przede wszystkim pokochałam je za umiejętne balansowanie między humorem i strachem. Niektóre sceny są przezabawne (lekki humor, nie wulgarny), niektóre straszą, ale raczej powoli budowanym napięciem niż wyskakiwaniem potworów zza rogu. Polecam.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ja też lubię horrory :) Chociaż przy strasznych scenach zamykam oczy i zatykam uszy i proszę męża, żeby mnie szturchnął, jak będzie “po” ;)

Co do gatunków, to nie przepadam chyba tylko za slasherami, chociaż akurat jest jeden, który mogę polecić. “High Tension” (francuski “Haute Tension”) – o dwóch przyjaciółkach, które przyjeżdżają na wakacje do rodzinnego domu jednej z nich. I wtedy się zaczyna.. Nie napiszę więcej, bo nie chcę spoilować.

Pamiętam, że dość krwawy, ale fajny był “Eden Lake” – parka chce spędzić uroczy weekend nad jeziorem, ale natrafiają na zdemoralizowanych nastolatków...

Z takich trochę bardziej fantastycznych, to całkiem podobała mi się “Mgła” z 2007, z Thomasem Janem, chociaż mojemu mężowi nie przypadła do gustu.

W miarę jest też “Zejście” – “The Descent”.

(hmmm cały czas krew się leje...)

No i koniecznie “28 dni później”, jeśli jeszcze nie widziałaś :)

 

Pomyślę nad innymi tytułami, bo trochę tego było. Z nowych jakoś nic mnie nie urzekło ostatnio.

 

W mojej opinii gry są sto razy lepszymi horrorami od wszystkich innych horrorów. Przechodziłam wczoraj dodatek do The Last of Us i wstrzymywałam oddech, pospinana, jakbym sama tam była. Nie wspominając o Obcym Izolacji. Żadne filmy ani książki mnie tak nie straszyły!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Babadoka, Co robimy w ukryciu, Mgłę, Zejście, 28 dni później oglądałam. Resztę odnotowuję, bo nie widziałam. Może coś przypadnie do gustu. ;)

Nie gram niestety w gry, na to to już mi kompletnie czasu brakuje. Chyba za stara się zrobiłam. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ha. Właduję się tutaj swoim ptasim zadkiem, w standardowym stylu “rozwleczonego do granic zdrowego rozsądku komentarza, który bardzo przyjemnie się przeskakuje”, chociaż za często w hydeparku nie przebywam ;).

 

Osobiście jako dobre horrory obstawiam nie te, które potrafią przestraszyć (a już na pewno nie w schematycznym, hollywoodzkim stylu), ale te, które pozostawiają człowieka z niepokojem w serduchu na długo po zgaszeniu telewizora/zamknięciu książki. Pierwsze to krótkotrwała emocja, która jest rozładowaniem już zgromadzonego napięcia. Drugie może ścigać człowieka przez lata.  A do tego zdecydowanie nie potrzeba potworów, które w większości przypadków bardziej wadzą niż w tej kwestii pomagają. Kondensowanie całego strachu na jakimś stworze to domena nie horrorów, a pokazu slajdów, w których średnio co trzecia klatka to prymitywny jumpscare. Nie mówię, że jest to zła forma rozrywki. Popcorn i cola smakują przy tym całkiem nieźle, nawet jeśli ciężko jest się śmiać z pełnymi ustami :P.

Ale do solidnego horroru, brakuje im już nawet nie tyle czynnika ludzkiego (większość postaci w filmowych horrorach powstaje chyba na bazie tego samego szablonu, no jakby ktoś tam w przemyśle stworzył złotą receptę na kasowy hit :o), ale oparcia strachu na innych niż sam potwór motywach.

 

I tak mam w pamięci chociażby Funny Games (wersja z 2007, pierwowzoru nie widziałem, można mnie pewnie nazwać heretykiem, ale tutaj obsada aktorska w kwestii dopasowania wzorców dużo bardziej mi odpowiada, zwłaszcza gość w roli Paula) – tak wygląda czysta przemoc, która z gryzącym wszystko wokół monstrum wiele wspólnego nie ma.

IT – gdzie potwór jest przede wszystkim sumą zwyczajnie ludzkich lęków, nie straszydłem samym w sobie. Się już rzecz zestarzała (w sensie filmu) i wiele scen nie robi odpowiedniego wrażenia, ale Pennywise jak był niepokojący, tak dalej jest (sceny z Georgim to był pewniak przy składaniu traileru pod nadchodzący remake). Tylko tutaj, cholera, zdecydowanie preferowałem fragmenty “z dzieciństwa”.

Blair Witch Project, który zapoczątkował serię “będziemy kręcić to z ręki, więc będzie straszniej”, był całkiem niezły, chociaż chyba delikatnie rozsypała mi się linia narastającego szaleństwa i ostatnie sceny średnio przypadły do gustu.

Zejście – gdyby tylko jeszcze mocniej oprzeć ciężar na samej klaustrofobii! Można było wycisnąć znacznie więcej (zwłaszcza w grze kamery), ale wciąż źle nie było.

 

Było tego kilka więcej, ale musiałbym przypomnieć sobie tytuły (albo sięgnąć głębiej do googla, bo kasowe hity to to nie były). Generalnie tych właśnie kilka więcej, które rzeczywiście przestraszyły, starałem się jak najszybciej pozbyć z pamięci. I jak to zwykle z pamięcią bywa, pozbyła się tylko najmniej istotnej rzeczy, znaczy tytułu ;).

Generalnie w gatunku ciężko wypatrzeć coś dobrego. Niepokój ujmujący kończynom sił to zdecydowanie nie jest coś, co można produkować taśmowo (co, niestety, widać po Kingu, że tak sobie pomarudzę).

 

Z nowszych czeka mnie przede wszystkim Widzę, widzę (Goodnight Mommy) oraz Babadok – bo wygląda na to, że zbudowane są na zasadach, które właśnie lubię. Stąd trzeba nadrobić.

 

A książki... książki to zupełnie inna bajka :).

 

 

To może coś z zamierzchłej przeszłości? Emisja serialu miała miejsce w 1980 roku, w Polsce pewnie nieco później. Było trzynaście odcinków. Uczciwie mówię, że treści kolejnych odsłon nie pamiętam, za to pamiętam, iż obiecałam sobie wtedy – nigdy więcej żadnych horrorów. Bo chyba nie fabuła była tu istotna, a klimat. Ja wymiękłam całkowicie.

Serial Hammer House of Horror. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Moim zdaniem udana straszna historia to taka, w której zagrożenia nigdy nie zobaczysz. – Takiego jak wyciąg z konta. :)

Co do reszty zagdzam się z Berylem – filmy kręcą głupie i schematyczne, z NAz – obecnie gry jako jedyne potrafią mnie straszyć, chyba przez emocjonalne związanie z bohaterem, a w ksiązkach – jakos nie mogę się wczuć w grozę sytuacji.

Z resztą, jak widzę “horror” na okładce, to już mnie odrzuca i psuje zabawę. Od razu  spodziewam się flaków, śmierci, opętania itp. itd i naprawdę wolę już być zaskoczony w takimi zagrywkami w “normalnej” książce. Mniej się spodziewam to i efekt jest lepszy.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zacznę od przyznania się do pewnego faktu – jestem horrorowym maniakiem. Problem jest tak daleko posunięty, że jestem w stanie obejrzeć prawie wszystko. Od gniotów po arcydzieła, nie ważne. Ma być strasznie, dziwnie, niepokojąco, śmiesznie i w ogóle mieć wątpliwości co do poczytalności ludzkości. Kocham to kino, bo każdy prawie kręci nosem nad jego kondycją, ale jakimś cudem tytułów jest jak grzyby po deszczu. Od produkcji kasowych po niezależne, od wielce wystylizowanych i awangardowych po tanie szmiry kilku fanów, chcących nakręcić slashera, bo mają taką ochotę. Twórcy gatunku mają sporo dystansu do siebie, ale też sporo filmowej wiedzy. Praktycznie to na horrorze mimowolnie zaczęłam się uczyć, co to znaczy np. dobry montaż (po obejrzeniu ogólnie dobrze nakręconego “The Devil’s Candy”, nie mogłam znieść, że w finałowej sekwencji źle zmontowali obrót schwarzcharakteru w korytarzu) . W ogóle gatunek jest wysoce techniczny – tyle elementów musi współgrać.

Przyznałam się do nałogu. I na dziś tyle, będę się udzielać więcej w tym wątku na pewno :)

Serial przetestuję. Nie zrażają mnie stare produkcje. Jak coś jeszcze będziecie mieli ciekawego, to dajcie znać. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Z horrorami (tymi filmowymi) to chyba jest tak, że źle radzą sobie z przekraczaniem bariery dorosłości. Oddziaływanie strasznych filmów odczuwa się w pełni, gdy ma się wystarczająco niewiele lat, by móc oglądać "Koszmar z Elm Street" z zapartym tchem, a nie uśmiechem rozbawienia, zachwycać się złożonością fabuły "Hellraisera" i zasłaniać oczy na co bardziej "plastycznych" scenach "Coś".

A potem przychodzi moment, kiedy zaczyna się dostrzegać głupotę historii, nieudolność techniczną i sztuczność postaci. Ale przede wszystkim – jakoś trudno się przestraszyć.

Można mieć niezły ubaw, delektować się atmosferą, pomysłowością, realizacją, szaleństwem, bo oczywiście nie każdy horror to zły, sztampowy film, a jednak... Dreszczyk zniknął. I tyle.

Ta niezbyt odkrywcza refleksja, że horrory są właściwie dla dzieci, pojawiła się, gdy próbowałem przypomnieć sobie kilka z szeroko pojętych filmów grozy, które lubię. Okej, jest bardzo sprawnie zrealizowany "Wzgórza mają oczy", chyba najlepszy przedstawiciel podgatunku. Bardzo dobra "Mgła" z Thomasem Jane, śmierdząca Kingiem na milę (i to znakomite zakończenie!). Zaskakująco udany prequel "Coś", podobnie jak fajny remake "Świtu żywych trupów" Snydera. No i oczywiscie "28 dni później", odświeżający zakurzoną wcześniej koncepcję zombi. Jednak przytłaczająca większość horrorów, lub okołohorrorów, podoba mi się z przyczyn zgoła niehorrorowych.

Świetny "Dark Water" (oryginalny, japoński) jest świetny ze wzgledu na klimat i rys obyczajowy, a nie straszność. Podobnie niedawny, irański "Under the shadow". Koszmar "Doliny cieni" był jak najbardziej realistyczny, film wiele by nie stracił na odarciu go z horrorowej otoczki. Chwalony przez wielu "Naznaczony" był calkiem niezłym filmem, ale średnim horrorem. Z kolei niezwykle pomysłową "Chatę w głębi lasu" trudno w ogóle uznać za horror.

I wychodzi na to, że filmy "okołogrozowe", które naprawdę mi się podobały (jak "Inni", "Szepty", "Kręgosłup diabła" na przykład) to też nie bardzo horrory, bo cały ich urok opiera się na czymś innym, niż straszenie. Cholerna dorosłość. Nie dość, że trzeba było przestać wierzyć w Mikołaja, to jeszcze nie można należycie cieszyć się pożądnym horrorem ;-)

 

Gry to rzeczywiście trochę inna sprawa, może ze względu na mocniejszą więź z bohaterami, a może też brak ograniczeń czasowych i fabularnych – nie trzeba zamykać historii w dwóch godzinach ani stosować się do scenariuszowych reguł. Sam lubię serię Dead Space – ma wszystko, co potrzebne porządnemu horrorowi. Nawet straszenie wychodzi. Jest taki moment, chyba w drugiej części, gdy trzeba przebrnąć przez wielką salę szpitalną, zawaloną połamanym sprzętem i powykręcanymi zwłokami. Jest kompletnie ciemno – cokolwiek widać tylko w wąskim snopie światła ze słabej latarki. Nagle, tuż obok włącza się ogromny, naścienny ekran. Można się, za przeproszeniem, posrać.

 

A książki – jak już wczesniej pisano – to też coś innego. Książkowe horrory mogą być lepsze i gorsze, ale nigdy straszne. Od wczesnej podstawówki czytałem horrory – od Masterona, przez Kinga, po klasyków, nie omijając nawet powieści gotyckich – straszno nie było nigdy. Może moja wyobraźnia ma jakieś antyprzerażeniowe zabezpieczenia. Filmom, zdecydowanie mniej angażującym wyobraźnię, udawało się niegdyś blokady owe omijać. Trochę szkoda, że to się już nie dzieje ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, totalnie rozumiem Twój punkt widzenia, że horrory nie przekraczają progu dorosłości, ale... mam ale, bo czemu nie ;) Jeśli chodzi o produkcje z lat 80-tych, to już nie raz mnie nachodziła refleksja, że te filmy były robione pod młodszą publikę. Wystarczy zobaczyć takie serie jak “Critters” lub “Gremliny”. Bohaterowie “Koszmaru z ulicy Wiązów” to nastolatki, tak samo w lubianym przeze mnie “Fright Night”. W ogóle, w wielu z tych filmów bohaterowie są bardzo młodzi, co też sugeruje wiek potencjalnych odbiorców. Pewnie, były filmy adresowane ewidentnie do młodzieży jak “The Gate” (nie oglądałam, przyznam się bez bicia), czy “Legenda” Scotta (niekoniecznie horror, ale ma sporo elementów, bo przecież zabili jednorożca do cholery, ryczałam jak bóbr). Horror zbiera widzów, więc naturalne jest celowanie do najbardziej chętnej do oglądania grupy wiekowej.

Chwalony przez wielu "Naznaczony" był calkiem niezłym filmem, ale średnim horrorem.

Przy tym filmie (ale też po obejrzeniu “Obecności”), nabrałam wielkiego szacunku do Jamesa Wana. Ten człowiek kocha i zna swój gatunek koncertowo (i ogólnie kocha filmy w ogóle). Dwie części “Naznaczonego” to nic innego, tylko laurka dla filmu “Carnival of Souls” z lat 60-tych. Bawi się motywami, które pojawiły się w tym klasyku, rozwija i nawet uzupełnia “dziury” fabularne. Charakteryzacja to też zabawa występującymi tam motywami. Wstyd mi było, że dopiero się zorientowała w dwójce, bo pokazał to prosto w twarz, a powinnam była się domyślić wcześniej.

 

Świetny "Dark Water" (oryginalny, japoński) jest świetny ze wzgledu na klimat i rys obyczajowy, a nie straszność.

A czy przypadkiem to nie klimat i rys obyczajowy uczyniły ten film horrorem?

 

I wychodzi na to, że filmy "okołogrozowe", które naprawdę mi się podobały (jak "Inni", "Szepty", "Kręgosłup diabła" na przykład) to też nie bardzo horrory, bo cały ich urok opiera się na czymś innym, niż straszenie.

I z tą definicją horroru się nie zgodzę. Bo czym ma być straszenie? W większości wypadków mam wrażenie, że wiele ludzi opisuje straszność przez tzw. jump scares. W “Innych” – rozumiesz, że już umarłeś i chodzisz po domu jako duch, co może być od tego straszniejszego? Przecież nie żyjesz, gorzej już być nie może. W “Szeptach” też jest zabawa motywami umierania itd. Fajno, zostałam duchem i będę teraz łazić po szkole. Jest się z czegoś cieszyć ;) Jednych będą przerażać opowieści o duchach jak w serii “Obecność”, a innych obrazowe ucinanie członków, albo przemoc wobec zwierząt. A dla kogoś nic z tych rzeczy nie będzie straszne. Każdy z nas boi się inaczej, ba, coś będzie straszne dla mnie, a dla Ciebie śmieszne.

 

Bonus: definicja słowa horror ze słownika Merriam-Webster (moje tłumaczenie z angielskiego) – bolesny i intesywny strach, niepokój; wstręt, odraza; w liczbie mnogiej “horrors” to depresja i nasilona obawa o przyszłość. Problem pewnie też wynika z tego, że po polsku funkcjonują dwa słowa – horror i groza. W angielskim to te same terminy tak naprawdę.

 

Moim ostatnim, ulubionym straszakiem jest “The Wailing” z Południowej Korei. Tak źle się czułam po jego obejrzeniu, że stwierdziłam, że ludzkość jest do bani, w ogóle wszystko jest do bani. Nie odczuwałam strachu na zasadzie “jump scare”, po prostu poczułam tak głębokie zaniepokojenie, które trzymało się mnie jeszcze kilka godzin. Czy na kogoś innego by tak samo działało? Pewnie, że nie. Wiele elementów się składa – na przykładzie tego konkretnego filmu chociażby znajomość kontekstu religijnego.

 

Z kolei niezwykle pomysłową "Chatę w głębi lasu" trudno w ogóle uznać za horror.

Nie no, zabawa konwencjami horroru plus hektolitry krwi lejące z rozszarpywanych ciał przez nadprzyrodzone istoty? Żaden horror ;)

 

Z książkowych, “The Deep” Nicka Cuttera/Craiga Davidsona to czysta radość dla fanów “Cosia” i “Ukrytego Wymiaru”.

Ale niewydana w Polsce, niestety.

And one day, the dream shall lead the way

A wybiera się ktoś do kina na nowe “To”?

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Byłam już. Mi osobiście bardzo przypadł do gustu. Świetnie dobrana obsada, dzieciaki były po prostu obłędne. Bill Skarsgard jako Pennywise – nowa jakość, i tak, powiem to, lepszy od Tima Curry. Jest to też podyktowane tym, że w wersji z lat 90-tych, to tylko Curry udźwignął film. Reszta, o wiele gorzej. Nawet pierwsza część mini serii, mimo że lepsza, nie podziałała na mnie i była zbyt płaska, zachowawcza. Nowa adaptacja książki Kinga jednak jest wierniejsza literackiemu pierwowzorowi, można było pokazać więcej. Oczywiście, kilka rzeczy było zbyt uproszczonych, ale kurczę, cudny klimat, stylizacja To genialna. I pewnie wspominałam o świetnych dzieciakach – prawdziwe talenty.

 

Więc tak ogólnie, polecam :)

Planuję się wybrać. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Zgadzam się, że widoczne jest stopniowanie książki –> filmy → gry. Książki mają najtrudniej, i choć przeczytałem trochę horrorów, to trudno powiedzieć, żebym się na którymś bał. To bardziej trzymanie w napięciu. Chyba najbliżej było temu podczas lektury "Babci” Kinga. Filmy mają łatwiej, dużo robi też muzyka. A gry zdecydowanie najbardziej przerażają. Są po prostu interaktywne i to od nas zależy, czy ktoś przeżyje, zginie, co zobaczymy na ekranie.  I to jest straszne :)

Oczywiście gra musi być odpowiednia. W takiej, gdzie chodzimy z minigunem, raczej trudno się przerazić. A jeśli jesteśmy bezbronni, musimy uciekać albo chować się, to robi się ciekawie. Pamiętam, że kilkanaście lat temu bardzo bałem się na grze “The Thing”, bo chodziło się po tej stacji polarnej z miotaczem ognia i trzeba się było nagimnastykować, żeby zabić jednego obcego.

Nowa Fantastyka