- Hydepark: W jaki sposób piszecie?

Hydepark:

inne

W jaki sposób piszecie?

Od pewnego czasu frapuje mnie pytanie, w jaki sposób piszą inni? Czy jest to pisanie szybkie, bez przerw na bieżące poprawki i głębsze przemyślenia przed kolejnym krokiem? Czy właśnie mozolne, wręcz ślamazarne pisanie każdego zdania, tak by było, jak najbliższe perfekcji? I chwila zastanowienia nad kolejnym słowem, zdaniem, akapitem? Dylemat co bohater ma zrobić, stać, usiąść, a może, zrobić słowiańskiego przykuca? :]

Pierwszy sposób pozwala na szybkie napisanie tekstu i wymusza wprowadzanie wielu poprawek później. Z tego co czytam, taki styl preferuje i poleca Stephen K.

Drugi zaś rozciąga czas ukończenia samego projektu, by wprowadzić niewiele zmian.

Osobiście należę do drugiej kategorii, w związku z czym samo pisanie idzie mi wolno. Po skończonym zdaniu czytam akapit i poprawiam. Oczywiście po skończeniu tekstu i nabrania wystarczająco długiego oddechu dla siebie i pamięci wracam, by poprawić nieporadności. Tutaj z reguły niewielkie zachodzą zmiany.

Próbuję pisać szybko, bez konkretnego wgłębiania się w pisany tekst, jednak mam wrażenie, że wylewa się ze mnie jakaś nerwica natręctw, nakazująca dokładne sprawdzenie wszystkiego. Brakuje tylko bym, walił pokłony po każdym zdaniu. :)

A jak to wygląda w waszym przypadku?

Komentarze

obserwuj

Piszę, póki mam o czym. Przerwa, czytam, poprawiam, znów mam o czym pisać, to jadę dalej. Nie mam, to czekam np. dzień. Często widzę sceny przed snem albo w wannie i muszę hasłami zapisywać na telefonie, żeby później spisać. Staram się od razu tworzyć jak najbardziej poprawnie. Piszę błyskawicznie, bo mam mnóstwo roboty i produkuję kilka rzeczy naraz. Nerwica natręctw jest mi znajoma ;) Ale autor zawsze jest na coś ślepy, chyba że minie duuużo czasu.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Potwierdzam – wanna jest świetna. Na drugim miejscu: bezmyślna, powtarzalna aktywność fizyczna. “Lothara” wymyśliłem biegając, a dzisiaj olśniło mnie przy odśnieżaniu.

Ale samo pisanie wolno, ostrożnie, słowo po słowie.

Piszę zazwyczaj po długiej obróbce pomysłu w głowie, kiedy już z grubsza wiem, kto, co, gdzie i kiedy. Naparzam w klawiaturę bezwzrokowo, więc patrzę na ekran i literówki poprawiam na bieżąco.

Babska logika rządzi!

Jak napisała Naz – Staram się od razu tworzyć jak najbardziej poprawnie, ale bez przesady. Najważniejsze dla mnie jest pisać, dopóki mam pomysł i wiem, co chcę napisać. A wymyślam przeważnie przed snem albo na spacerze z psem, o ile idę sama i jest spokojnie.

Kiedy robię przerwę w pisaniu, bo na przykład idę spać, po powrocie czytam cały napisany poprzedniego dnia fragment. Zdarza mi się zaznaczać na kolorowo miejsca, gdzie zabrakło mi odpowiedniego słowa, bo czuję, że znajdzie się, jak tylko minie zmęczenie.

I z reguły nie mam planu opowieści ani postaci. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A ja wymyślam na siłę. Nie uznaję weny. Do klawiatury siadam z paroma elementami w głowie, reszta wychodzi w praniu. Jeśli mam czas (ostatnio nie mam...), piszę około 4 strony w ciągu dnia, raczej nie więcej, bo potem jestem już zmęczony. Następnego dnia redaguję wczorajszy fragment i piszę kolejny o podobnej długości (chyba że opowiadanie było krótkie, to już dalej nie piszę). Słów nie celebruję, to nie poezja. Poprawek wnoszę mało, a jeśli już to najczęściej zmieniam szyk, usuwam pojedyncze słowa (zaimki, przysłówki), czasem dodaję jakieś zdanie, by rozjaśnić. Raczej trzymam się pierwotnej wersji. Jeśli tekst nie wyjdzie, wolę pisać kolejny i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Kiedyś ciągle nie wychodziły. Od jakiegoś czasu ponoć wychodzą. Ale to kwestia doświadczenia i poświęconego czasu.

Wyjdę przy was na cudaka. :o

Mi do pisania potrzebna jest muzyka. I ruch, ale taki który nie angażuje skupienia, na przykład jazda autobusem albo huśtawka (tak, wiem). A właściwie, to oba te elementy.

Swego czasu miałem tendencję pisać wszystkie teksty “w rytm” jakiejś piosenki. Punkty kulminacyjne w piosence odpowiadały ważnym wydarzeniom w fabule. Jakiś czas temu zacząłem dostrzegać niedoskonałości takiego systemu, bowiem wszystko, co działo się pomiędzy, stawało się nijakie i nieciekawe. Dlatego ostatnio używam wielu piosenek do napisania jednej historii, a także uczę się pisać bez podkładu.

I też – piszę parę stron na gorąco, a następnego dnia to czytam, poprawiam i piszę dalej.

Próbowałam z muzyką – niespecjalnie mi wychodziło. Jak była fajna, to odciągała moją uwagę od pisania, sprawiała, że nie mogłam się skupić. Kiedy ściszałam, to łapałam się na tym, że właściwie nie słucham już muzyki. Teraz więc albo piszę w ciszy, albo z drugiego pokoju dobiega dźwięk telewizora.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O pisaniu myślę praktycznie na okrągło. Zapisuje pomysły w kalendarzu, jak znajdę wolną chwilę i jeśli wyklaruje mi się w głowie do nich fabuła, to cisnę. Staram się pisać codziennie choć z pół godziny. W praktyce wygląda to jednak tak, że piszę 3-4 dni w tygodniu. Rzadko kiedy mam czas, żeby przysiąść na dłużej. Po skończeniu próbuję poprawić fabułę i zdania. I w sumie wychodzi na to, że stosuje metodę Kinga, ale mam dużo mniej czasu niż on.;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ja niestety mam dokładnie odwrotnie jak MrBrightside – muszę mieć spokój i ciszę. Żadnej muzyki w tle, żadnych grających telewizorów. Najlepiej jak mam bat nad głową – jakiś bardzo ostateczny deadline, bo inaczej to tempo mam dramatyczne. Kiedyś pisałam dużo i szybko (jeszcze w zeszytach), ale odkąd mam internet to się ciągle rozpraszam m.in. zerkaniem na tę stronę :P

Bemik, trochę o to chodzi, że muzyka staje się tłem dla pisania. To jak trans! ;) Osobiście wyciskam wszystkie soki z piosenki, jeśli już ją katuję – wykręcam na wszystkie strony, a gdy postawię ostatnią kropkę, to rzucam utwór precz byle dalej i długo, długo do niego nie wracam, bo aż nie mogę go słuchać.

Mówiłem, żem dziwak. :D

Zaczynam pisać, gdy do głowy wpada mi jakiś pomysł. Potem zazwyczaj wszystko rozwija się w kontakcie z klawiaturą., chociaż myślę o fabule także wtedy, kiedy nie piszę. Co ciekawe, nie pamiętam, żebym wymyślił zakończenie jakiegokolwiek ze swoich tekstów jeszcze przed rozpoczęciem jego pisania. 

Do tekstu wracam dopiero, kiedy skończę całość, chyba że nie jestem pewny, czy to co mam zamiar napisać dalej, jest spójne z poprzednimi wydarzeniami.

Praktycznie zawsze piszę przy muzyce, chyba że nie ma warunków do słuchania. Raczej unikam polskiego wokalu, bo wtedy mieszają mi się słowa. Obcojęzyczny jest OK.

Kiedyś bardzo trudno pisało mi się w warunkach polowych (na tablecie czy telefonie gdzieś w tramwaju itp.), ale z czasem udało mi się przełamać, tekst na “Obcy Język Polski” powstał właśnie w większości poza domem.

Przy jednej sesji wstukuję zazwyczaj od tysiąca do czterech tysięcy znaków. Rekord to coś koło dwudziestu tysięcy w jeden dzień, co prawda z przerwami :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pisze fragmentami – pierwszą wersję fragmentu szybko, nie zważając na jakąkolwiek poprawność czy styl, liczy się tylko treść. Ostatnio bazgrzę w zeszycie, bo dla tej pierwszej wersji nie chce mi się siedzieć przed komputerem. Jak dobrze idzie, to wymyślam tekst szybciej, niż zdołam go zapisywać, ale to rzadko. Gdy już mam rozpisany fragment, zaczynam go ubierać w lepsze zdania, poprawiać itd.  Potem kolejny i kolejny.

Nie potrzebuje do pisania żadnych specjalnych warunków. Często przerywam pisanie z różnych ważnych powodów (jak np. zajrzenie co nowego w Internetach :P) i nie wybija mnie to z rytmu.

Co do planowania, zwykle wiem, o czym chce napisać, znam zakończenie i kluczowe sceny. Resztę wystarczy wypełnić.

Mnie się zdarzyło chyba tylko raz wymyślić zakończenie przed końcem tekstu i dotyczyło to jednej sceny, fakt że dość kluczowej dla całego tekstu. W większości przypadków tylko z grubsza wiem, do czego chcę dążyć.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja muszę mieć chociaż mglistą wizję zakończenia, bo inaczej nie napiszę nic. Nie cierpię zastojów i kiepskich zakończeń wymyślonych na siłę. Co do aury otaczającej moje pisanie, to jest mi w sumie obojętna, byle by do mnie nie mówiono. Dlatego rzadko piszę, gdy mąż jest w domu, bo doprowadza mnie do szału ciągłymi pytaniami. Jakby przez chwilę nie mógł dać sobie rady sam. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

A ja nie mam jakiegoś jednego stylu pisania. Wychodzi więc różnie – jeden tekst męczę przez dłuższy czas, pisząc i korygując po fragmencie, inny potrafiłam napisać za jednym posiedzeniem, a dopiero później poprawiać i szlifować. Raz potrzebuję ciszy, raz muzyki (ale prawie nigdy z wokalem, nawet obcojęzycznym, prawie bo były ze dwa wyjątki). 

Co do planowania to też jest różnie. Czasem mam wszystko od A do Z, czasem tylko pomysł na jeden element, a w trakcie pisania reszta przychodzi sama. 

Z pewnością nie wymyślam i nie piszę nic na siłę, bo to u mnie po prostu nie zdaje egzaminu i kończy się totalną chałą. Zdarzało mi się więc, że jakiś tekst zaczynałam pisać po trzy razy, po kilku akapitach wyrzucając do kosza, bo nie CZUŁAM tego, co pisałam. Jak poczułam, to pisało się samo. 

Miałam masę zapisów w zeszytach, a nawet na papierowych torebkach (kiedyś znalazłam w trakcie sprzątania w szafce z gatunku “nie wiem, co z tym zrobić, więc wrzucę tu na razie”). Ale na klawiaturze pisze mi się szybciej i juz nie potrafię wrócić do pisania ręcznego...

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajny temat, całkiem pouczający :)

 

Ja, cóż... Raczej staram się “wpadać” na pomysły, niż aktywnie wymyślać historie. Nie planuję też rozwinięć i zakończeń, to sprawia, że stają się one zależne od przeżytych doświadczeń, a zatem, w sposób nieunikniony, wtórne...

Wyjątek stanowią, czasem, konkursy – jeśli pomysł nie przyjdzie sam, a termin zbliża się, trzeba zmienić strategię :/

 

A pisuję przy cichej, nieinwazyjnej muzyce, jakiś ambient albo soundtrack, no i wolę dłuższe formy – wtedy siedzę regularnie, dzień w dzień i zapisuję koło 1000 słów. W przypadku opowiadań – różnie bywa, ale staram się nie opierdzielać. Błędy poprawiam raczej na bieżąco.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cisza, spokój, laptop i kilka godzin zapasu. Ściana tekstu, kilka dni przerwy na  nabranie ochoty i przemyślenie fabuły. Nie ma ochoty? Trudno, opowiadanie do mnie nie przemówiło. Co zaś się tyczy powstawania fabuły, wszystko zależy od źródła pomysłu:

Wena: opowiadanie, gotowe właściwie, pojawia się w mojej głowie. Dzieje się tak raz na ruski rok. Wtedy tylko siadać i pisać.  

Inspiracja: dziwna rzecz. Usłyszę jakieś zdanie, spojrzę na coś w nowy sposób, i bam, jest pomysł, zwykle na jedną scenę lub “mechanikę” świata. Tym sposobem powstaje najwięcej niedokończonych opowiadań. 

Ciężka Praca Mózgowa: chcę coś napisać, ale nie mam co, więc myślę. Czasem kilkadziesiąt godzin, głównie na spacerze i tuż przed snem. Wyżej wymienionymi sposobami powstają opowiadania raczej krótkie, których motorem jest pojedyncza postać, zdarzenie, czy pomysł na świat lub którąś jego część. CPM odwrotnie, rodzi teksty dłuższe, bardziej skomplikowane i nie tak oryginalne, gdzie najważniejsze są relacje między postaciami, dialogi, jakaś tajemnica lub niepewny los bohaterów.

 

 

Jak was czytam to stwierdzam, że jesteście ekspresowcami. Mi zajmuje miesiąc, może więcej wpadnięcie na jakiś pomysł (wyjątek jeśli jest konkurs na określony temat – wtedy krążenie wokół tematu pomaga i szybciej można na coś wpaść). Gdy już mam pomysł na rdzeń historii rozmyślam o zakończeniu. Jak już mam początek i przynajmniej mglisty koniec w głowie zasiadam do pisania.

Zauważyłem, że jak już wymyślę pewną scenę, to wyobraźnia nie podsuwa mi następnych dopóki nie spiszę tego co wymyśliłem. Do pisania nastrajam się zwykle słuchając muzyki bez słów – polecam w YouTubie wpisać “epic music”. Zwykle piszę po nocach, koło pierwszej, drugiej w nocy. 

I dochodzimy do największego mankamentu – piszę bardzo wolno, maksymalnie trzy tysiące znaków dziennie, a jak brakuje pomysłu na kolejne słowa to mogę odstawić tekst nawet na parę tygodni, choć cały czas mam go w pamięci i rozważam kolejne sceny. Nie znaczy to, że później opowiadanie nie wymaga gruntownej poprawki.  Przykładem może być mój tekst obecny na betaliście. Pierwszy pomysł pojawił się w sierpniu, opowiadanie skończyłem dwa dni temu. Tempo iście Martinowskie :P

Obojętnie czy zainspiruje mnie jakaś postać, miejsce czy sytuacja, muszę mieć plan. Niekoniecznie szczegółowy plan wydarzeń, ale raczej zamysł podzielenia tekstu na sceny i co w każdej z nich będę chciał pokazać. Dopiero wtedy zaczynam tworzyć treść utworu, muszę już wiedzieć kim są moi bohaterowie.  Lubię w tym miejscu zrobić research, pokombinować z imionami/nazwami oraz zaplanować jakieś smaczki do ukrycia. Dopiero wtedy zaczyna się frajda, kiedy niby wiem gdzie chcę dojechać i którą drogą, ale moje postacie próbują zwieźć mnie z tego toru. To jest często spory dylemat. Trzymać się planu czy pozwolić bohaterom, by pisali swoją historię. Co ciekawe, plan prawie nigdy nie obejmuje qlimaxu. Wiem do jakiego miejsca zmierzam, ale kwestię samego zakończenia pozostawiam zainteresowanym. Czasami historia domyka się wręcz perfekcyjnie – to chyba sprawia mi największą radość w procesie pisania; a czasami przysłowiowy kutas z tego jest i trzeba się wracać i kombinować. Na tym kombinowaniu oraz na późniejszym cięciu do limitów najbardziej cierpi strona stylistyczna tekstu. Kiedy już fabuła mnie zadowala ruszam do boju z bykami, których często sam nie potrafię wyłapać, choć u kogoś innego wychwyciłbym bez problemu. Dziwnie tak poprawiać własne myśli. No i co powoli do mnie dociera, to fakt, że podczas dość długiego planowania historia bardzo się w mojej głowie rozrasta. Skutków tego jest kilka. Wersja, którą dostaje czytelnik jest wersją cząstkową, wiele rzeczy dla mnie logicznych jest niezrozumiała dla innych, czasami mogą mieć wrażenie, że coś pojawia się ,,z dupy’’. Z drugiej strony nie pakuje się w ślepe uliczki, nie muszę wymyślać niczego na bieżąco i czytelnik nie ma przeświadczenia, że robię sobie z niego jaja i częstuje niechlujną dawką niedoszlifowanej wyobraźni. Co próbuję osiągnąć, to doświadczenie historii opowiedzianej przez kogoś, kto na miejscu wydarzeń był, opisane dzieje dobrze zna i to nie pierwszy raz, gdy komuś je relacjonuje.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Nawiązując do wypowiedzi Morgiany, wychowałam wszystkich, żeby do mnie nie mówili, jak piszę. Telewizor, muzyka, ujadający pies, gadka wykładowcy, rozmowy obok – ani mi nie przeszkadzają, ani nie pomagają. Cisza mi przeszkadza i jak ktoś do mnie mówi, oczekując odpowiedzi. Chyba że to cisza np. nad jeziorem, zero człowieków i tylko śpiew ptaków.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Naz, zazwyczaj go opierdzielam, ale to prawie jakby walić grochem o ścianę... :P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

;) A to podobno kobiety są gadatliwe!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Nie spodziewałem się takiego odzewu. Miło.

To dodam jeszcze, skoro pojawiła się kwestia przygotowań, często włączam muzykę klasyczną(podobno synchronizuje półkule mózgowe :D), wokal także mi przeszkadza jak i osoby chodzące za mną. Niestety, mimo posiadania dużej ilości czasu, ciężko zabrać mi się za pisanie, ale to już wynika z lenistwa i innych takich. No i tego przeklętego wynalazku jakim jest internet, potrafi skutecznie odciągnąć od pisania niekiedy. 

Co się z tym wiąże, potrafię napisać od kilku zdań do 2-4 tysięcy znaków i koniec. Do następnego dnia. 

 

Ja piszę bardzo mało od października do czerwca (nadambicja, żeby chwytać kilka srok za ogon – brak czasu), za to w lecie staram sobie odbijać – wtedy piszę codziennie, może z jednym wolnym dniem w tygodniu.

Piszę z reguły 750-1000 słów dziennie. Korzystam z WriteOrDie (edytor, który zmusza do pisania bez robienia sobie przerw). Z tym programem 750 słów zajmuje mi około 35 minut, tysiąc – czterdzieści pięć minut. Bez WoD już właściwie nie mogę pisać, bo się lenię i gapię w ten ekran i zdania mi idą jakby chciały a nie mogły. Takie tempo spokojnie wystarcza, by tekst napisać ładnym polskim, a czasem przebudować cały akapit.

Często następnego dnia by wbić się w rytm czytam (i poprawiam) kilka ostatnich akapitów opowiadania.

Po około miesiącu czytam opowiadanie jeszcze raz. Poprawiam je wtedy gruntownie – około dwie strony dziennie – i wtedy podejmuję decyzję, co z nim zrobić.

Internet – obowiązkowo musi być wyłączony na czas pisania, bo zbyt kusi. Jeśli potrzebuję sprawdzić jakieś info do opowiadania, robię to przed albo po właściwym pisaniu.

Muzyka – czasem, bardzo rzadko. Generalnie im ciszej, tym lepiej.

Pomysły – wpadają znienacka i trafiają do notatnika w telefonie, stamtąd do specjalnego pliku na dysku.

Motywacja, gdy brak chęci – mam ebooka z listami mojej ulubionej pisarki do jej przyjaciela. Zwykle czytam kilka stron losowego listu, fragment jej biografii (demon pracowitości z niej był i niesamowita postać) czy pamiętnika. Teraz jeszcze dodatkowo lubię sobie przejrzeć forum przed pisaniem. Świadomość tego, że ktoś inny pisze, zawsze działa. Z weną i czekaniem na natchnienie jakoś nigdy nie było mi po drodze.

Kam_mod, tak z ciekawości – na czym polega to zmuszanie do pisania? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca

http://writeordie.com/

Wersja podglądowa. Ja mam taką na pulpit, ale starsze wydanie, bez tysiąca dodatkowych opcji. Ustawiasz czas i ilość słów i lecisz. Gdy robisz przerwę w pisaniu, ekran stopniowo robi się coraz bardziej czerwony, aż wreszcie rozlega się syrena alarmowa. Nie narzuca jakieś dzikiego tempa, ale eliminuje te wszystkie długie przerwy na gapienie się w ekran i myślenie o dupie Maryni. Przynajmniej u mnie, ale wiem, że nie wszyscy lubią pisać pod presją.

O, to na mnie by nie zadziałało. Jak mi nie idzie, to nie idzie i nic na to nie poradzi, a tym bardziej alarmy, które by mnie tylko wkurzały i dodatkowo rozpraszały. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja piszę wyłącznie wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia.

 

Pozdrawiam ;)

Staram się mieć wszystko zaplanowane, rozpisane na sceny, choć często w trakcie pisania pojawia się pomysł, który wywraca wszystko do góry nogami. Co do zakończeń to zawsze wolałem wiedzieć w jaki sposób skończy się tekst, większy problem miałem z środkiem opowieści (stąd wiele moich opowiadań jest dość krótkich), ale ostatnio jest z tym coraz lepiej. Na początku przygody pisanie szło i dość wolno i roiło się od błędów. Teraz piszę dużo szybciej, a i powtórzeń i niezgrabności stylistycznych jest o wiele mniej. 

Czasem napiszę opowiadanie w kilka dni, by potem nie postawić znaku przez tydzień czy dwa. Zależy to od wielu czynników, ale przeważnie wieczorami po prostu mi się nie chce lub mam inne zajęcia (książka, gra, jakiś film lub serial).

O, to na mnie by nie zadziałało. Jak mi nie idzie, to nie idzie i nic na to nie poradzi, a tym bardziej alarmy, które by mnie tylko wkurzały i dodatkowo rozpraszały. 

Być może w tym tkwi różnica – ja zwykle staram się pi razy oko mieć ogarnięte, o czym będę pisać i jak się historia skończy.

Jestem człowiekiem, któremu pisanie pięknych teksów nie przychodzi łatwo. Obecnie posiadam dość dobry pomysł na opowiadanie, lecz piszę je bardzo powoli skupiając się na poszczególnych pomysłach i wątkach, następnie będę je łączył w całość. W międzyczasie staram się poprawić technikę pisania prowadząc bloga http://glosniewazny.pl i mogą stwierdzić, że w ciągu kilku miesięcy poczyniłem w tej materii zadowalające mnie efekty.

Być może w tym tkwi różnica – ja zwykle staram się pi razy oko mieć ogarnięte, o czym będę pisać i jak się historia skończy.

To nie tak, że nie wiem, co chcę napisać, tylko jak. Jak już piszę, to widzę co to ma być i jak wyglądać, ale czasem nie chce się to dać ubrać w odpowiednie słowa. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam zwykle jeden, bardzo ogólny pomysł i bez zagłębiania się w szczegóły siadam i zaczynam pisać.  Staram się nie tworzyć planów, bo chcę, aby samo pisanie było odkrywaniem przeze mnie historii.

Why would you want to save the galaxy?

A ja muszę mieć bardzo dokładny plan tego co piszę. Najpier wymyślam ogólny zarys, potem piszę sobie punkty, następnie podpunkty i na tej podstawie powstaje opowieść.

Hej!

U mnie to wygląda tak, że piszę raczej wolno, zdanie po zdaniu. Każde muszę dobrze przemyśleć i staram się nadać mu formę jak najbardziej zbliżoną do ostatecznej. Oczywiście potem i tak są poprawki.

Dużo uwagi i czasu poświęcam na reaserch. Stawiam sobie za punkt honoru, aby w moich tekstach każdy szczegół miał swoje realne wytłumaczenie. Nawet fantastyczny. To mi zżera mnóstwo czasu. Czasem myślę, że aż za dużo.

Doznałem jednak kilkukrotnie czegoś takiego jak wena. Kiedyś, będąc w pracy coś mnie naszło. Wziąłem kartkę A4 i zacząłem pisać. Tekst był krótki bo miał jakieś dwie strony, lecz powstał praktycznie bez odrywania długopisu, co w moim przypadku jest nietypowe.

Pisanie u mnie to zwykle bardzo żmudny proces, siedzę kilka godzin, a jak sprawdzam, to okazuje się, że całość przeczytałem w minutę lub kilka... 

Może dlatego mam tu tylko dwa opublikowane opowiadania i jak na razie nie zanosi się na więcej.

Wątek stary, ale interesujący.

Raz używam pierwszego sposobu, raz drugiego – zależy, co piszę i w jakim jestem stanie. Kiedy piszę pod wpływem emocji i staram się przelać je na papier, to oczywiście nie zwracam uwagi na błędy czy powtórzenia, tylko lecę, aż mi się wena nie skończy, a poprawiam później na chłodno. Gdy natomiast piszę o czymś, co jest dla mnie neutralne i nie wywołuje silniejszych emocji, staram się od razu pisać jak najlepiej, ale i tak zawsze później znajdzie się coś do poprawki.

Nie mam jednego schematu. Część opowiadań – i to kilka nagrodowych – napisałam w jeden dzień. Jedno wręcz pod kroplówką. A część męczę przed tygodnie, przerywając i wracając.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja dopiero jestem początkujący, ale zacząłem od planu. Jak go mam to piszę bez zwracania uwagi na błędy czy powtórzenia. Później jak się trochę mi się uzbiera to czytam i albo wywalam albo poprawiam błędy (pewnie nie ostatni raz). Później piszę dalej. Idzie strasznie powoli (robię sobie długie przerwy), więc często w trakcie nich dochodzę, że coś można zrobić inaczej i wtedy wracam i poprawiam.

Ze mną jest też różnie. Nie lubię się zmuszać. Czasem napiszę parę zdań, czasem mnie weźmie na całe strony, jeśli mam dość wyraźną wizję, wenę i kupę czasu. Przez ostatnie kilka dni udało mi się wystukać około 10  stron tekstu. Często, zwłaszcza jeśli zrobiłam sporą przerwę w pracy nad opkiem, to czytam od początku całość lub tylko ostatni rozdział, aby nie pogubić wątku oraz nanieść poprawki.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Czy właśnie mozolne, wręcz ślamazarne pisanie każdego zdania, tak by było, jak najbliższe perfekcji?

To. Mam zwyczaj przerabiać każde napisane zdanie w nieskończoność, aż jestem w miarę zadowolony z wyniku, ale tak to już jest, gdy ma się naturę perfekcjonisty. W ostatnim czasie staram się trochę wyluzować i po prostu czerpać przyjemność z pisania, nie ruguję więc obsesyjnie powtórzeń, zaimków, siękozy, chyba że coś naprawdę kłuje mnie w oczy.

Najlepsze pomysły na całe zdania i sceny przychodzą mi – jak kilku osobom wyżej – w wannie, ale także podczas dłuższych posiedzeń w toalecie, w podróży, na spacerze i podczas zasypiania, dlatego przy łóżku zawsze trzymam kartkę z podkładką i ołówek. Pisać zacząłem właśnie ołówkiem, w notatniku, podczas jazdy busem do pracy. Dojazdy zabierały mi sporo czasu i w pewnym momencie zorientowałem się, że tracę czas, gapiąc się bezproduktywnie za szybę, więc równie dobrze mogę zacząć zapisywać to wszystko, co mi podczas tego gapienia się przychodzi do głowy, żeby nie przepadło. Obecnie uczę się pisać w miarę regularnie, niezależnie od napadów weny, ale i tak jednego dnia napiszę trzy strony, a innego – jedno zdanie.

Nie siadam do pisania bez gotowego planu w głowie – muszę znać kluczowe punkty mojej opowieści oraz zakończenie. Nie zdarzyło się jeszcze, żebym nie wiedział, jak chcę zakończyć historię, którą piszę. Jeżeli fabuła nie wykrystalizowała mi się do końca, ograniczam się do notowania pomysłów i pozwalam im spokojnie dojrzewać.

.

Pomysł obrabiam w głowie zazwyczaj sporo czasu, choć zdarza się błysk, jak w przypadku sów i skowronków. A potem siadam i piszę, zazwyczaj kilka godzin jeden tekst. Nawet najdłuższy. A następnie zaczynają się całe dni poprawek i doredagowywania. I jeszcze jedno: Najważniejsze opko moje pisałem kilka dni, ale research do niego robiłem przez ponad trzy miesiące, codziennie przez kilka godzin. Ale zgadza się w nim WSZYSTKO, co nie jest fantastyką. Co do nazwiska, miejsca, daty itd. A nawet kwadry Księżyca konkretnej nocy sto lat temu...​

Też nie będę oryginalna co do okoliczności wpadania na pomysły: długie kąpiele, długie podróże, długie spacery, długie minuty przed zaśnięciem – czyli generalnie wszystkie te momenty, kiedy umysł może przełączyć się z trybu ogarniania rzeczywistości na nieograniczone niczym dryfowanie. Wtedy wpadam na jakąś frazę,  zdanie, hak fabularny, czasem samo imię lub nazwę i muszę ją szybko zanotować, bo łatwo je zgubić. Niektóre z tych notatek jednak zostają mi w głowie i dojrzewają nieraz miesiącami, zaczynam rozbudowywać je na papierze, ale jeszcze nie piszę, tylko buduję plan, zasady rządzące światem, pomysły wokół których kręcić się może fabuła. A czy ostatecznie powstanie z tego jakiś tekst, czy nie, to już inna sprawa. Mam takie pomysły, które wolę zachować na czasy już lepiej wykształconego warsztatu, inne traktuję jako ćwiczenia.

Mam jednak inny problem – pomysły biją się o uwagę. Chodzi mi o to, że kiedy siadam do pisania tekstu, który mam już przetrawiony w głowie i z grubsza rozpisany, to nagle w głowie zaczyna mi się obijać całkiem inna historia. Nieraz zupełnie mnie to  wybija z rytmu i paraliżuje, bo jestem też z tych, co potrafią poprawiać każde zdanie po kilka razy zanim będą mogli przejść dalej i trudno wpaść mi w rytm. Oczywiście kiedy się poddaję i próbuję zająć tą drugą historią, to aktywizuje się ta pierwsza. Można zwariować.

Tak, te małe dranie żyją w stadach. Całą ścianę mam zawieszoną karteczkami na sznurku, wygląda to tak, jakbym planowała morderstwo :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

ja mam wszystkie pomysły w głowie. I niektóre też czekają;). Ale jeśi mogę podpowiedzieć: Kiedy niesie fala, nie warto się skupiać i zatrzymywać na drobiazgach, ino trza iść na całego do przodu jak armia pancerna, za sobą zostawiając oblężone punkty umocnione przeciwnika. Dopiero gdy dany kęs weny się wypali, warto wrócić do miejsc niedopracowanych i je docyzelować. Z doświadczenia wiem, że to działa:).

Ja po prostu zaznaczam sobie niefortunne sformułowanie i lecę dalej, zwykle niedługo potem wpadam na to odpowiednie i wtedy poprawiam/przestawiam/co tam trzeba.

Znam tylko pięć liter ;)

rybaku, Anet – właśnie spróbowałam coś takiego zrobić i pisać bez brania jeńców ;) skończyłam krótki tekst. Pierwszą połowę dopieszczałam na bieżąco, przy drugiej poczułam już zmęczenie i poleciałam z fabułą fabułą póki starczyło weny, byle domknąć i odłożyć całość do dojrzewalni. Ale patrzę tak na tekst i patrzę... póki co wygląda jak bliźniaki syjamskie, z których tylko jeden wygrał na genetycznej loterii :D

Hmmm... Może chodzi o to, że w moim przypadku mówimy o napisaniu czegokolwiek od początku do końca.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka