- Hydepark: Portalowe opowiadanie, dopisz kolejne zdanie! (By Mytrix)

Hydepark:

inne

Portalowe opowiadanie, dopisz kolejne zdanie! (By Mytrix)

Witajcie!

 

Zapraszam do zabawy we współtworzenie opowiadania... po jednym zdaniu!

 

Wszyscy użytkownicy (nowi i starzy), niech czują się zaproszeni i piszą śmiało co chcą, byle współgrało z już dotychczas wyskrobanym tekstem.

 

Zasady techniczne: kopiujemy cały ostatni post i do napisanego wcześniej tekstu dopisujemy swoje zdanie, pogrubieniem. Tylko jedno. Następny użytkownik dopisuje kolejne zdanie i tak dalej.

Wygląda to tak:

 

Post 1

Abcd.

Post 2

Abcd. Efgh.

Post 3

Abcd. Ef, gh. Ijkl!

Post 4

Abcd. Ef, gh. Ijkl! Mnop.

itd.

 

Gdy ktoś zechce zacząć nowy akapit pisze "ODCINAM" i pierwsze zdanie nowego akapitu (bez kopiowania poprzedniego tekstu. To po to, żeby posty nie nabrały monstrualnych rozmiarów), o tak:

 

Post 5843

ODCINAM

Vxyz.

 

Ja będę zbierać akapity i całość aktualizować w pierwszym komentarzu tego tematu.

Każdy użytkownik, może dodać jedno zdanie, raz dziennie.

Wszelki off-top w tym temacie zapisujcie dodając słowo ”OFF” tak:

 

Post 3452

OFF

Blablabla, chyba przesadziliście z tym, że nasz bohater zasiekł smoka patelnią. Użytkowniku Abcde, może zmienisz patelnię na wałek do ciasta?

“Tegodnia słońce” – zabrakło spacji.

 

Zasady fabularne: 

 

Koniecznie fantastyka.

Narracja w 3os.

Piszemy fantasy, a więc konwencja około średniowieczna.

 

I to tyle. Reszta dowolna (bez przegięć ;-) ). Zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak się okaże, że trzeba ustalić inne reguły, lub doprecyzować temat pisania to zaczniemy zabawę od nowa.

 

Piszcie więc! Pozdrawiam!

Komentarze

obserwuj

AKTUALIZACJA (Wprowadzone przez Mytrixa)

 

0.2 Zasady techniczne: kopiujemy cały ostatni akapit i do napisanego wcześniej tekstu dopisujemy swoje zdanie, pogrubieniem. Tylko jedno. Następny użytkownik dopisuje kolejne zdanie i tak dalej.

*Zastrzegam, że nie jestem robotem i aktualizacji pierwszego postu nie dokonuję 24/7 ;) Tak więc polecam zapoznać się z treścią kilku ostatnich postów w temacie.

 

0.1 NOWA ZASADA: Zdania ograniczamy do maksymalnie 20 słów. (Względnie możemy czasem od tego odstąpić, w bardzo wyjątkowej sytuacji, przegłosowanej przez innych).

 

STRESZCZENIE (Wprowadzone przez Mytrixa)

 

Dla osób chcących się przyłączyć do zabawy:

Główny bohater – mag imieniem Garus, należy do Gildii Światłych (magowie zajmujący się wpływaniem na rzeczywistość), wydał sporą ilość złota na alchemiczną miksturę. Nie jest zadowolony z jej działania i z wydania złota (król ograniczył sponsorowanie Gildii). Po wypiciu specyfiku (dwukrotnym) doświadczył dziwnych wizji przeszłości i przyszłości.

Ostatnia scena: Garus wzmocnił działanie mikstury i jej siła sprawiła mu problemy. Walczy z otaczającą go ciemnością gdy do jego komnaty wchodzi przyjaciel.  Pomieszczenie wypełnione jest zapachem mikstury przyrządzanej przez uczennicę Garusa, a ta posiada szemraną opinię w gildii magów.  Przyjaciel w pierwszej chwili nie dostrzega co się dzieje...

Garus po podaniu mikstury budzi się, lecz jego świadomość nadal tkwi w ciele. Wszystkiemu z bezradnością przygląda się przyjaciel maga i uczennica, która przygotowała antidotum. W tajemniczym miejscu, w jakim znalazła się iluminacja czarodzieja, spotyka on swojego dawnego mentora Ma’Annem Tailu, z Gildii Podwójnego Światła, który ostrzega go przed spiskiem na jego życie...

 

__________________________________________________                                                                                              

Rozdział II

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem. Wiedzieli że nawet stworzenie magicznego kręgu nie zagwarantuje im bezpieczeństwa. Według legend, Wendigo, mogli stać się ludzie, którzy w warunkach ekstremalnych oszaleli i sięgnęli po ludzkie mięso, stąd potwór musiał zostać szybko odesłany po wykonaniu zadania, jakie chcieli zlecić magowie.

– Zniszcz go, Zniszcz! – Wrzeszczał rozhisteryzowany Siwuch, pokazując w lustrze człowieka leżącego na podłodze. 

Stwór podszedł na czworakach do zwierciadła, przyglądając się tajemniczemu mężczyźnie, otoczonego przez wiernego przyjaciela oraz uczennicę. Niespodziewanie wskoczył w nie, stając się częścią prezentowanej rzeczywistości.

 

– Jesteś pewien, że to zaradzi problemowi, Siwuchu? – zapytał potomek mentora Ma’Annem Tailu – Skegdor Tailu, należący także do Gildii Oświeconych.

– Ten nowicjusz zaszedł za daleko. Musimy się go pozbyć! 

– Nie możemy dopuścić żeby poznał nasz sekret – wtórował Feared.

– Nie pozna – zapewnił go Siwuch. – Wendigo się nim zajmie odpowiednio. – Na twarzy czarnoksiężnika powstał złowieszczy uśmieszek.

Po chwili już wszyscy zgromadzeni rechotali szyderczo, tymczasem w lustrze rozgorzała prawdziwa wrzawa.

 

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Zjawa, nie zwracając uwagi na pytanie Maymora i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie.

Zaczął się topić, skóra ulegała zwęgleniu, a paniczne wierzganie się w miejscu nie pomagało w zatrzymaniu trawiącego jego ciało ciepła. Pomimo że dolna część cielska już prawie uległa destrukcji, próbował doczołgać się do nieprzytomnego Garusa, by za wszelką cenę zatopić kły w jego grdyce.

 

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

- Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

– Twierdzi, że mam tu wrogów i muszę uciekać.

– Mistrzu – wtrąciła Amal’Nya. – jak dobrze, że nic ci nie jest. 

– Mówicie zagadkami – odparł Garus – powiedzcie wreszcie, co takiego się tu wydarzyło!

 

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie.  Wtem ten przemówił:

– Nie obawiaj się mnie. Chcę was ostrzec. Jedźcie w góry do pustelnika Taela. On wszystko wam wyjaśni – po czym zniknął.

Oszołomiony mag wskoczył na konia i pospieszył w stronę, w którą udali się Garus i Amal’Nya, zaczynając rozumieć, dlaczego stary Tael uciekł z gildii przed stu laty.

- Wężołak chędożony jego mać... – mruknął Maymor i pogonił swojego wierzchowca do szybszej jazdy.

 

Dwójka gwardzistów pilnowała wejścia do sali, w której zwykli obradować czarnoksiężnicy. Byli przerażeni, słysząc różne przekleństwa i wyzwiska pod adresem zbiegłego z miasta maga Garusa. W pomieszczeniu miotane były kule ognia, błyskawice... potężne inkantacje robiły wrażenie na zwykłych strażnikach, nie mających do tej pory do czynienia z magią.

– Niech Święta Jokasta nas chroni, Temer... – jęknął młody mężczyzna w pancernej kolczudze. 

– Cholerni magowie – rzucił Temer. – Za chwilę rozniosą w pył połowę królestwa.

Nagle w wejściu pojawił się ogromny wąż, coraz bardziej przypominający człowieka. Skegdor pochylił się lekko na powitanie, ale gwardziści szybko go zatrzymali.

– Lordzie Skegdorze – rzekł T’Ayr. – niech pan tam nie wchodzi.

– Czemu? – zapytał przejęty.

– Oni szukają pana – zaczął. – Tak mówili podobno.

– No – dodał Temer. – To prawda, oni mają zamiar pana zabić. Zalecam ucieczkę.

Potomek Ma’Annem Tailu zdał sobie sprawę, że nie tylko Garus jest w niebezpieczeństwie. Korzystając z rady dwójki strażników, ponownie przybrał postać węża i znikł w mroku korytarza. Gwardziści posłyszeli wołanie Siwucha.

 

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę... – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

– Wygląda na to, że plotki okazały się prawdziwe i to wcale nie ludy północy dokonały tej kaźni, ale sama rada upozorowała najazd, żeby mieć pretekst do zajęcia ich ziemi.

– Ale po co rada miałaby zajmować tą ziemię? – wtrąciła niespodziewanie Amal’Nya. – Słyszałam, że nie ma tutaj nic cennego poza kilkoma kopalniami srebrowęgla i miedzi. 

– Ludzie różnie mówią – począł wyjaśniać Garus – Podobno w tunelach pod Wilczymi Górami znajdują się bramy do innych światów. Zawsze uznawałem to za legendę, ale zaczynam nabierać przekonania, że w tej historii jest ziarnko prawdy.

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy?

– O to będziemy się martwić, gdy dotrzemy na miejsce. – skwitował – W drogę!

Wilcze Góry były idealnym miejscem, nikt się tam bowiem nie zapuszczał, a to wszystko z powodu legend, jakie były mówione o tym miejscu. Jedną z popularnych jest ta o Królu Izvisie i jego trzech synach. Podobno chcąc przyćmić Boga Mądrości – Gafrena wraz z małżonką Jokastą i olbrzymim wilkiem Zefirem, postanowił wydać ucztę. Głównym daniem stał się makabryczny posiłek z ciała jednego z synów, najmłodszego, mającego niespełna jedenaście lat – Ifajego. Bogowie jednak zorientowali się w podstępie i ukarali okrutnika. Jego dusza po dziś dzień wędruje w rzece życia i śmierci – Josefem.

Dziś Wilcze Góry są przeklętym miejscem, gdzie każdy, kto tam się znajdzie ulega klątwie lykantropii. Amal’Nya przypomniała sobie o tym w ostatnim momencie, a na jej twarzy pojawił się grymas strachu. Jej rumak zatrzymał się, nim zdążył przekroczyć wraz z magami granicę wyznaczoną przez nadgryzioną zębem czasu tabliczkę.

– J-ja tam nie jadę – wyjąkała przestraszona.

– Co? – spytał zdziwiony Garus. – Ja... Dlaczego?

– Chodzi o... klątwę.

– Klątwę? – wtrącił Maymor.

– Lykantropia – wyjaśniła krótko. – Każdy, kto przekroczy granicę Wilczych Gór, nie dalej jak od siedmiu dni począć, wilczą forme przybierze.

– Bajdurzenie – zganił ją przyjaciel maga. – Nie słuchaj jej, Garusie. Jeżeli tak bardzo strach zagląda je w oczy, to uważam, że nie nadaje się na czarodziejkę.

– Na pewno nie pojedziesz z nami? – głos Garusa przybrał spokojny ton.

– Moja rodzina została przeklęta wieki temu na tej górze – Amal’Nya oddychała coraz ciężej. – Ojciec... zabił moją modszą siostrę. Ja uciekłam, ale... potężny mag przeklął całą moją rodzinę, obiecując, że wracając tu, podczas każdej pełni księżyca zamienię się w wilka. Chyba, że wyjadę w ciągu pięciu dni. Wtedy klątwa nie będzie stała.

Garus umilkł. Zapadła niezręczna cisza.

– Osoba o czystym sercu jest w stanie zmyć z siebie wszelkie klątwy, unieważnić przysięgi i pakty – niespodziewanie zaczął wyjaśniać Maymor – Trzeba sięgnąć do swoich najgłębszych przyczyn i pozbyć się tego, tak jak pozbywasz się powietrza wraz z wydechem. To proste. Spróbuj proszę. Skup się.

– Dobrze – wydukała. – postaram się. 

Dziewczyna zamknęła oczy i wróciła do tamtej – tragicznej w skutkach – chwili. Coś jednak ją paraliżowało, niby niewidzialne więzy, które oplątywały ją niczym wąż; próbowała krzyczeć, ale nie mogła. Skrzek jaki z siebie wydała, nie mógł odwrócić rzuconej klątwy. Potężny wybuch mocy, zdmuchnął ją z rumaka, a ten pognał daleko w głąb Wilczej Góry. Garus przerażony, podszedł do niej, próbując uleczyć.

 

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Serce bije mu jak oszalałe, a do oczu napływa zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

- Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie... – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To... Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze.

– Byłem pewny, że skądś znam spojrzenie tego wężołaka – powiedział Garus do Skegdora, który szedł za końmi i odparł:

– Na początek chciałbym wam wyjaśnić pewną sprawę. Musicie wiedzieć, że idąc w Wilcze Góry, narażacie się na niebezpieczeństwo…

– Nie boimy się klątwy! – rzucił buńczucznie Maymor.

– Nie o to chodzi – sprostował Skegdor – Ta sprawa może was przerosnąć.

– Wygląda na to, że nie mamy wyjścia – osądził Garus – musimy dowiedzieć się jak odczynić urok Amal’Nyi. Ta biedna dziewczyna przez nas wpakowała się w te tarapaty. Jesteśmy jej to winni.

– Myślę, że jeśli dotrzemy do Taela, znajdzie się jakaś metoda, ale wiedzcie, że te góry to obszar o znaczeniu strategicznym dla rady. Jeśli będziecie się zbytnio interesować tym tematem…  Nie wiem jak wam to powiedzieć. Członkowie rady nie są takimi światłymi osobami, za jakie pragną uchodzić. Zabiją was!

– Tu dzieje się coś dziwnego Co wiesz na ten temat? – zapytał coraz bardziej zainteresowany Maymor.

– Już wcześniej rozmawialiśmy o śmierci Ma’annem Tailu i odejściu Taela. To miało coś wspólnego z tym wszystkim? – dorzucił Garus.

– Zgadza się. Oni weszli na bardzo grząski teren. Jak myślicie, dlaczego Tael uciekł właśnie w te góry? Tam znajduje się źródło bardzo potężnej magii. Rada walczyła o dostęp do tych miejsc. Chciała je zachować tylko dla siebie. Tael i Ma’annem Tailu odkryli ich sekret i potajemnie eksplorowali system korytarzy pod Wilczą Górą. Tam znajdują się portale do innych światów.

– To tylko legendy! – orzekł Maymor.

– Mylisz się. I ja tam byłem. Te portale naprawdę istnieją. Widziałem je na własne oczy… Rozumiecie? Odwiedzałem inne światy.

– Co takiego!? – wybuchnęli równocześnie Maymor i Garus.

– Nie zastanawia was moja wężowa postać?

– Opowiedz proszę co tam widziałeś. – nakłaniał Garus.

– W zasadzie to przysięgałem, że nie powiem o tym nigdy nikomu z niewtajemniczonych, pod groźbą śmierci… ale wygląda na to, że rada już wydała na mnie wyrok.

Obaj jeźdźcy wpatrywali się w Skegdora z wytrzeszczonymi oczami, a ten tłumaczył dalej.

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza.

Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę…

– Co masz na myśli Skegdorze? – zapytał Garus.

– To jest pułapka. Ta magia coraz bardziej trawi moje serce. Czuję, że niedługo przestanę być sobą. Już teraz miewam momenty, kiedy mam wrażenie jakbym nie ja kontrolował swoje czyny, ale jakaś obca siła, która jest we mnie. Ona przejmuje mój umysł! Walczę z tym, ale boję się, że będzie za późno. Widzę, do jakich bezeceństw są zdolni Faered i Siwuch. Nie chcę stać się taki, jak oni. Muszę odzyskać ciało, nim ta magia pochłonie mnie do reszty.

– Nie staniesz się – obiecał Maymor. – Kiedy tylko pomożemy Amal’Nyi, zajmiemy się twoją klątwą – dodał.

– Cieszy mnie twój optymizm, mistrzu Maymorze, ale... wężołactwo nie jest tak łatwe do zdjęcia jak lykantropia albo wampiryzm. Klątwa pochodzi z bardzo dziwnego świata. Jest może tak stara i dawna jak magia Podwójnego Światła mojego dziadka, potomka Ma’annem Tailu – wyjaśnił powoli Skegdor.

– Jak bardzo stara? – wtrącił Garus.

– Wężołaki to taka... alternatywna wersja wilkołaka. Uniwersum z którego pochodzi bardzo przypomina nasze, różni się jednak szczegółami. Widziałem wybuchające kije, mechanicznych żołnierzy...

– Ile czasu ci zostało nim klątwa wypełni cię do końca? – spytał Maymor.

– Dwa... Cztery pełnie. Po ostatniej mogę już nie panować do swoimi czynami. Teraz jeszcze jestem w stanie powracać do normalnej postaci, ale później już może nie być tak prosto. Faered i Siwuch znają odpowiednie inkantacje. Mają księgi pełne nieznanej dotąd magii. Musimy ich zabić i zniszczyć portale.

– Jeżeli to zrobimy, możemy stracić szansę poznania innych wymiarów – zaprotestował nagle Garus, ku zdziwieniu Maymora.

– Chcesz sprowadzić na nasz świat zagładę, Garusie? – Maymor spiorunował przyjaciela. 

– Widziałem mechanicznego ptaka, wiele rzeczy podczas...

– Garusie – rzekł spokojnie Skegdor. – jeżeli sprowadzisz coś z innych światów, połączysz je z naszym i nic nie będzie takie jak dawniej. Zostaniesz zainfekowany i oszalejesz jak Rada, gorzej... Jak Siwuch.

– Masz rację, Skegdorze – odparł przepraszającym tonem mag. – Musimy zniszczyć portale i ich powstrzymać.

– Nie istnieje minus bez plusa – dobiegł głos zza ich pleców.

Kiedy się odwrócili, ujrzeli starca z długą brodą. Jego oczy jednocześnie przejawiały wielką mądrość, jak i dziecięcą niewinność.

– Tael! – Wykrzyknął podekscytowany Maymor.

– Witajcie przyjaciele – powitał ich pustelnik – Przepraszam, że wtrącam się w waszą rozmowę – dodał nieco żartobliwym tonem – ale zniszczenie portali, to nie jest dobry pomysł.

– Dlaczego? – zapytał Skegdor.

– To jest dla nas wielka szansa. Nie wszystkie światy są takie, jak ten Siwucha i Faereda. Wiele jest zaiste pięknych, a światło wiedzy, jakie niosą,  nieskończone.

 

– Skegdor zdradził – wypalił niespodziewanie Faered. – Strażnicy go ostrzegli, a jeżeli Garus i Maymor zniszczą portale, będzie to oznaczać koniec świata jaki znamy.

– Spokojnie, mój drogi – dodał Siwuch. – Skegdorowi zostały cztery pełnie nim całkiem oszaleje i będzie podatny na nasz wpływ. 

– A jeśli go odczarują?

– Mogą co najmniej opóźnić indoktrynację, ale nie ją zatrzymać. Tylko my znamy inkantacje, mogące go odmienić.

– Fakt. – Faered skinął głową. – Jaki mamy plan?

– Musimy obalić króla. Jest wujem Garusa i może pokrzyżować nasze właściwe zamiary.

– Zaraz... jakie zamiary?

– Sprowadzimy mechaniczną armię i podbijemy ten świat, a później resztę. Nikt się nie ukryje, nikt nie będzie żywy.

– Tak jak podczas krucjat?

– Zgadza się.

– A jeśli Rada się nie zgodzi? – zwątpił Faered. 

– Zgodzi się, nie mają zresztą wyjścia. Siedzą w tym po uszy podobnie jak my. Tylko cholerny Skegdor się wyłamał... to drobiazg.

– Skoro tak mówisz...

Dwójka czarnoksiężników weszła do ogromnej sali, w której obradowała Rada. Piękna, marmurowa mozaika pokrywała podłogę, a przy stole siedzieli pozostali członkowie. Mieli nietęgie miny.

– Co się stało? – zagaił Siwuch.

– Król zachorował – starzec miał ponurą minę.

– Co mu jest? 

– Szkarłat brunatny.

– W imię Jokasty – wzburzył się Faered. – Skąd... ?

Wszyscy spojrzeli po sobie. Z rogu wyłonił się jeden z młodszych przedstawicieli Gildii. 

– Chcieliście zabić króla?

Siwuch przybrał niemalże wężową postać, w porę się jednak opamiętał, gdy usłyszał dalszy ciąg wywodu żółtodzioba.

– Potajemnie jestem członkiem Gildii Zabójczego Węża – zaczął. – Zajmujemy się otruciami i zabójstwami na zlecenie. Wy najprawdopodobniej chcieliście użyć noży, a my użyliśmy bakcyla groźnej zarazy.

– Jestem pod wrażeniem...

– Skirr Fagren – przerwał mu młodzik, kłaniając się nieznacznie. – Do usług.

Siwuch i Faered spojrzeli na siebie, rozochoceni.

– Ten cwaniak odciął finansowanie gildii, jakby wiedział co się szykuje – zauważył Faered.

– Jak to? Więc nie macie pieniędzy? – zapytał zdezorientowany skrytobójca.

– O to, niech cię głowa nie boli! – uciął Siwuch – Gildia nie jest zależna od dworu. Prowadzimy własne interesy.

Wtem wrota otwarły się i do Sali wbiegł zdyszany goniec, obwieszczając tymi słowy:

– Tragedia! Straszna tragedia! Królewicza wciągnął wir, podczas kąpieli w rzece. Ciało znaleźli chłopi, kilka kilometrów dalej.

Na Sali zapanowało wielkie poruszenie.

– Jednego błazna mamy z głowy – skwitował Siwuch.

– Jeśli tak, to Garus stał się bezpośrednim pretendentem do tronu – zauważył Faered. – Nie wiem czy to dla nas dobrze. Jest bystry. Nie to co ten dureń, denat.

– Musimy być pewni, że ani on, ani król nie wejdą nam w drogę – powiedział Siwuch –  Garusa bierzemy na siebie…

– Mamy najlepsze trucizny, niemożliwe do wykrycia – zaręczał oferent.

Siwuch rozejrzał się podejrzliwie, sprawdzając czy nikt ich nie podsłuchuje.

– Bądź pewny, że wynagrodzimy cię sowicie – zapewnił, po czym rozeszli się po sali.

 

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

OFF – proponuję działać konsekwentnie, czyli dopisać podtytuł z numeracją rozdziału. Wyglądałoby to tak, jak poniżej – i chwatit. Wiadomo, że to druga część.

Ostatnie zdanie, czyli drugie, do przemodelowania.  To są dwa zdania, źle połączone dwukropkiem.

Może tak...

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

 

 

Rozdział II

 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

Pozostali mężczyźni też nie byli zadowoleni z tego co zobaczyli w zwierciadle:

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared.

 

 

OFF – Dobra propozycja. Zmieniam. Dzięki.

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce.

 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje.

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Rozdział II

 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

OFF – Proponuje na razie dać spokój temu Wilczkowi, bo on tu nie pasuje. Może jakieś inne zdanie? Np że wezwali tego demona i chcą żeby zabił naszego protagonistę. 

A to co tak zdenerwowało tych czarnoksiężników, to że widzieli w lustrze jak Garus został ostrzeżony przez swojego nauczyciela, że musi uciekać bo ma wrogów w gildii.

 

Pozdrawiam

Off – Dopisałem do swojej partii tytuł, czyli “Rozdział II”, bo to zginęło. Proponuję trzymać się tego dalej. A co do zdania...

A właśnie nie... Czekowa dalej można spokojnie uśmiercić, ale proponowane przeze mnie zdanie jest zdaniem wiążącym oba rozdziały. Ważnym, moim zdaniem. Czytelnik wie, że czyta kontynuację historii z rozdziału I. Może być już zupełnie inna, bo pojawiają się Siwuch i Wendigo. Teraz chyba jest czas na zarysowanie roli Siwucha, zgodnie z propozycją. No i Wendigo. Może być zupełnie inna opowieść, ale chyba jakoś powiązana z pierwszym rozdziałem.

Jak już coś się napisze, taki płód zaczyna żyć własnym życiem, i teraz trzeba już uważać na logikę opowieści.

Pozdrówka.

OFF

 

W pierwszym temacie przedstawiłem swoją propozycję zmian.

Nie ma w niej drugiej sceny z Rosjanami i postaci Wilczka, który zaczynał żyć własnym życiem i zagrażać Garusowi w byciu głównym bohaterem ;) Zgadzam się, że teraz możemy skupić się bardziej na naszkicowaniu postaci Siwucha czy Feareda.

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17565

 

Co do wiązania z pierwszą częścią, to spokojnie. Można to zrobić lepiej.

Np. że denerwują się widząc, że Garus został poinformowany o ich spisku i wezwali tego demona żeby go zniszczył .

Nie musimy tego robić na łapu capu.

Początkowo możemy nawet pisać to w takiej formie, że nie będzie wiadomo, że chodzi o Garusa. 

Dawkujmy czytelnikowi powoli odsłanianą tajemnicę.

 

Pozdrawiam i proszę o obadanie tego co zamieściłem w temacie z pierwszą częścią. Czy przystajecie na takie zmiany? Jeśli tak, to proszę brać pod uwagę  fabularne konsekwencje owych udoskonaleń.

 

Trick­ster  – ale bez sceny z Czekowem i późniejszych parunastu zdań nie znajdziesz w tekście informacji o hipotetycznym spisku... Opowiadanie jest bezpłciowe i skupia się tylko na opisie zdarzeń. A gdzie jest jakaś intryga, tajemnica?

Opis świata to zdecydowanie za mało.

Pozdrówka.

OFF

 

Zmarły nauczyciel informuje Garusa o spisku, na koniec. W najlepszym momencie żeby zaciekawić czytelnika i zachęcić do czytania drugiego rozdziału.. Przecież od niego wywodzi się ta wiedza. Scena z Ruskami nie ma związku z tym spiskiem. (O ile ma związek z czymkolwiek ;) Właśnie ona pchała opowiadanie na jakieś dziwne tory i kompletnie nie pasowała do klimatu. Rozumiem że fajne jest zaskoczenie wynikające z tego, że piszemy w kilku i każdy nie wie co drugi planuje, ale jeśli będziemy szli całkiem na żywioł, nie wiedząc co chcemy zrobić z tym Czekowem i każdy będzie ciągnął w swoją stronę, to cały projekt się rozerwie. No i po drugie, część nad którą obecnie pracujemy, pokazuje spisek od środka. Teraz lepiej skupmy się na spiskowcach. To nada wszystkiemu charakteru. Stwórzmy przekonujące postaci czarnoksiężników. 

Ano, jak chcesz. Zawsze rządzi redakcja.

Pozdrówka.

W takim razie, jeśli przychylasz się do mojej wizji, możesz zmienić ostatnie zdanie, bo rozumiem, że ten z szalikiem to miał być Wilczek, a wychodzi na to, że demokratycznie usunęliśmy go z opowiadania ;)

Pojawił się / został przywołany demon. Można wymyślić coś fajnego w związku z nim.

Pozdrawiam 

Do niczego się nie przychylam. Napisałem, co napisałem, bo ktoś wcześniej wprowadził postać Czekowa, wyglądało to ciekawie. A jak ktoś chce redagować tekst i ma do tego prawo, niech sobie redaguje.. I pisze sobie dalej.

Pozdrówka.

Cześć, wybaczcie, że piszę tak późno, ale chciałem powiedzieć, że jutro wejdę na NF nieco później.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

 

Witajcie, dodałem kilka poprawek do sporządzonego przez Trickstera podsumowania pierwszej części tekstu.

Osobiście uważam, że wyrzucenie tego czy tamtego wyszło tekstowi na lepsze ale chętnie usłyszę też inne opinie.

Nie sprzeczajcie się i obrażajcie jeden na drugiego, tylko podyskutujcie, próbując dość do konsensusu. I tak zabawa nie poszła takimi torami jak się spodziewałem i odbieram tylko nauki, co zrobić by następnym razem było lepiej.

 

Pozdrawiam.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

OFF

 

Cześć, wszystkim. Chciałbym się wypowiedzieć na temat postaci wymyślonego przeze mnie Wilczka. Kiedy zaczynaliśmy pisać to opowiadanie, pomysł bardzo mi spodobał, nigdy wcześniej w takiej zabawie nie brałem udziału. Uważam, że pierwszy rozdział jest trochę chaotyczny, dużo się dzieje i sam też się gubiłem w pewnych momentach, gdy Garus przeżywał swoje wizje. Myślę, że postać Czekowa byłaby dobra, ale nie wiem czy w pewnych momentach czytelnicy odnaleźliby się w tym wszystkim. Wilczka na pewno można jeszcze wykorzystać w podobnym opowiadaniu, ale o innej tematyce.

 

 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

 

Ba. Wilczka można nawet uczynić głównym bohaterem, a to co zostało usunięte, zaczątkiem kolejnego opowiadania ;)

 

 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem. Wiedzieli że nawet stworzenie magicznego kręgu nie zagwarantuje im bezpieczeństwa.

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem. Wiedzieli że nawet stworzenie magicznego kręgu nie zagwarantuje im bezpieczeństwa, kiedy demon przybył z własnej inicjatywy. Według legend, Wendigo, mogli stać się ludzie, którzy w warunkach ekstremalnych oszaleli i sięgnęli po ludzkie mięso, stąd potwór musiał zostać szybko odesłany po wykonaniu zadania, jakie chcieli zlecić magowie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF – Okroiłem nieco moje poprzednie zdanie, bo najpierw było, że potwór został przywołany, a ja wyskoczyłem, że przybył z własnej inicjatywy.  

 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem. Wiedzieli że nawet stworzenie magicznego kręgu nie zagwarantuje im bezpieczeństwa. Według legend, Wendigo, mogli stać się ludzie, którzy w warunkach ekstremalnych oszaleli i sięgnęli po ludzkie mięso, stąd potwór musiał zostać szybko odesłany po wykonaniu zadania, jakie chcieli zlecić magowie.

– Zniszcz go, Zniszcz! – Wrzeszczał rozhisteryzowany Siwuch, pokazując w lustrze człowieka leżącego na podłodze. 

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem. Wiedzieli że nawet stworzenie magicznego kręgu nie zagwarantuje im bezpieczeństwa. Według legend, Wendigo, mogli stać się ludzie, którzy w warunkach ekstremalnych oszaleli i sięgnęli po ludzkie mięso, stąd potwór musiał zostać szybko odesłany po wykonaniu zadania, jakie chcieli zlecić magowie.

– Zniszcz go, Zniszcz! – Wrzeszczał rozhisteryzowany Siwuch, pokazując w lustrze człowieka leżącego na podłodze. 

Stwór podszedł na czworakach do zwierciadła, przyglądając się tajemniczemu mężczyźnie, otoczonego przez wiernego przyjaciela oraz uczennicę.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– A żeby go, psia mać, ogary na kawałki rozerwały – rzekł Siwuch o podłym wyrazie oczu, demolując wszystko za pomocą magii.

– Musimy coś z nim zrobić – syknął chytry Feared, zerkając na niezadowolone miny pozostałych mężczyzn, wpatrujących się w zwierciadło.

Lustro, wytwór rąk najlepszych magów, przenikało w głąb każdego świata, aż po jego krańce. Potrafiło ukazać rzeczy przeszłe, jak i te, które miały dopiero nadejść, a kto je posiadał, mógł być pewien, że nic się przed nim nie ukryje. Nagle znikąd wystrzelił złowieszczy zielony blask, a na środku pokoju pojawił się legendarny stwór, przywołany z najdzikszych czeluści piekieł – Wendigo.

– Czego chcecie? – zapytał przeraźliwie niskim głosem.

Plecy przybysza przesłoniły obraz w zwierciadle, przedstawiający trzech mężczyzn, żywo rozmawiających, z których jednemu połowę twarzy zakrywał szalik.

Magowie z Gildii Oświeconych stanęli jak wryci na widok potwora o dwóch metrach wzrostu, który przewracał swoimi mlecznymi oczyma z apetytem. Wiedzieli że nawet stworzenie magicznego kręgu nie zagwarantuje im bezpieczeństwa. Według legend, Wendigo, mogli stać się ludzie, którzy w warunkach ekstremalnych oszaleli i sięgnęli po ludzkie mięso, stąd potwór musiał zostać szybko odesłany po wykonaniu zadania, jakie chcieli zlecić magowie.

– Zniszcz go, Zniszcz! – Wrzeszczał rozhisteryzowany Siwuch, pokazując w lustrze człowieka leżącego na podłodze. 

Stwór podszedł na czworakach do zwierciadła, przyglądając się tajemniczemu mężczyźnie, otoczonego przez wiernego przyjaciela oraz uczennicę. Niespodziewanie wskoczył w nie, stając się częścią prezentowanej rzeczywistości.

 

OFF – “otoczonemu” nie “otoczonego”

Każdemu może się pomylić ;)

 

P.S.

 

Myślę że warto dokleić na górze część pierwszą, żeby osoby chcące się przyłączyć do zabawy, wiedziały o co chodzi.

OFF

Już poprawiam. Pierwszy rozdział? Hm... nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że lepsze by było streszczenie... 

 

ODCINAM

– Jesteś pewien, że to zaradzi problemowi, Siwuchu? – zapytał potomek mentora Ma’Annem Tailu – Skegdor Tailu, należący także do Gildii Oświeconych.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Jesteś pewien, że to zaradzi problemowi, Siwuchu? – zapytał potomek mentora Ma’Annem Tailu – Skegdor Tailu, należący także do Gildii Oświeconych.

– Ten nowicjusz zaszedł za daleko. Musimy się go pozbyć! 

 

OFF – Streszczenie może być.

 

P.S. – Może zamiast “drogi”, “wielki” czy coś. Albo całkiem usunąć. Kreujemy ich na czarnoksiężników, więc oni raczej mają niskie standardy moralne i nie słodzą sobie w ten sposób. ;) Nawet jeśli ten jeden jest stosunkowo w porządku.

OFF

Poprawione. Niedługo napiszę też streszczenie.

 

EDIT

Streszczenie wstawione.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Jesteś pewien, że to zaradzi problemowi, Siwuchu? – zapytał potomek mentora Ma’Annem Tailu – Skegdor Tailu, należący także do Gildii Oświeconych.

– Ten nowicjusz zaszedł za daleko. Musimy się go pozbyć!

– Nie możemy dopuścić żeby poznał nasz sekret – wtórował Feared.

 

OFF – Co do streszczenia, myślę że można oprzeć się na tym, jakie napisał Mytrix.

 

Można dopisać, że w ostatniej wizji został ostrzeżony przez zmarłego mentora, że ma wrogów w gildii i jest w niebezpieczeństwie.

OFF

Dopisałem kilka zdań do streszczenia. 

 

– Jesteś pewien, że to zaradzi problemowi, Siwuchu? – zapytał potomek mentora Ma’Annem Tailu – Skegdor Tailu, należący także do Gildii Oświeconych.

– Ten nowicjusz zaszedł za daleko. Musimy się go pozbyć!

– Nie możemy dopuścić żeby poznał nasz sekret – wtórował Feared.

– Nie pozna – zapewnił go Siwuch. – Wendigo się nim zajmie odpowiednio. – Na twarzy czarnoksiężnika powstał złowieszczy uśmieszek.

 

OFF 2

Myślę, że ten sekret to intrygujący pomysł. Jakiś pakt... może z innym światem? Albo z demonami czy coś? W miarę powstawania drugiego rozdziału, będzie można powiedzieć o tym coś więcej.

 

OFF 3

Skegdor jest znacznie młodszy od Ma’Annem Tailu, a Garus o tym nie wie, że to potomek jego mentora.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF 

 

Jeśli chodzi o ich sekret, mam taki pomysł: W tamtym świecie wszyscy mają jedno życie (łącznie z Garusem), ale ci czarnoksiężnicy poznali sposób na inkarnowanie się (może jakiś szatański pakt?) i już od setek/tysięcy lat należą do Gildii Oświeconych, tworząc coś na kształt “Grupy Trzymającej Władzę “ ;)  Nie dopuszczają nikogo z zewnątrz i boją się, widząc że Garus eksperymentuje z eliksirami i ma dostęp do informacji.

 

P.S.

 

Nie do końca jest dla mnie jasne: Skegdor Tailu to imię tego potomka, który jest tu obecny, czy tak nazywał się facet, który byłe mentorem dla Ma’Annem Tailu?

 

 

Heh. Przeniosłem post, widząc ze coś dopisałeś. Obawiałem się, że go nie zobaczysz ;)

 

“z innym światem” Myślałem też nad takim czymś, że mają jakiś portal, albo inny sposób (Może wehikuł ofiarowany przez demony. Taki wehikuł już się pojawił pod nazwą “ptak Abzu”) i są w stanie przenikać różne światy. Np. że mają dostęp do takich gdzie już istnieje zaawansowana technika etc. Zawsze zastanawiało mnie, że istnieje ostry podział na SF i Fantasy, skoro obecność techniki nie wyklucza istnienia magii. Myślę że można ciekawie łączyć te nurty. To by nawiązywało do Garusowych wizji różnych światów.

 

W takim razie co do Skegdor: można potem napisać, ze stanie się sprzymierzeńcem i informatorem Garusa. Z tego co napisane, wynika, ze może być stosunkowo normalny. No i wspólny znajomy  –  Ma’Annem Tailu ‘)

 

Mam też taki pomysł, że Garus rozmawia z Maymorem (po pokonaniu wendigo) i dochodzą do wniosku, że wiedzą dlaczego wielu z najzdolniejszych magów odeszło z gildii do własnych pustelni (nie podobała im się polityka gildii). Każdy kto zbyt wiele dociekał, miał problemy. Maymor opowiada o jednym z takich magów, że podobno żyje gdzieś w górach, nikt go od dawna nie widział i jest strasznie stary. Garus musi uciekać z gildii i kieruje się do niego, żeby zdobyć informacje. Może razem z Maymorem i Amal’Nyą. To własnie ten pustelnik opowiada mu/im o sekrecie czarnoksiężników.

 

Może, w związku z nowo nabytą wiedzą , Garus będzie dążył do przywrócenia swojego mentora, do świata żywych. 

 

Widzę że piszemy we dwóch. Może zwiększymy limit dopisywanych zdań dziennie? W takim tempie to może trochę zająć. Niechby było więcej zdań, ale nie wolno pisać sam po sobie. Autorzy muszą się przeplatać. (Chociaż raz się wyłamałem ;)

 

Pozdrawiam 

OFF

Myślę, że można stworzyć taką hybrydę. Nikt nie zabronił tworzyć Techno Fantasy :)

Skegdora wymyśliłem, żeby był pozytywną postacią wśród magów z Gildii Oświecenia.

Hm... No to by była ciekawa koncepcja. To byłby fajny zwrot w fabule.

O tym nie myślałem, ale czemu by nie :)

Zastanawia mnie to trochę. Sądziłem początkowo, że dołączą się wszyscy, którzy uczestniczyli w pisaniu pierwszego rozdziału. Nie wiem, czy nie umieścić jeszcze raz przypomnienia, że jest wątek kontynuujący pomysł Mytrixa w pisaniu drugiego rozdziału opowiadania. A Roger? 

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Jesteś pewien, że to zaradzi problemowi, Siwuchu? – zapytał potomek mentora Ma’Annem Tailu – Skegdor Tailu, należący także do Gildii Oświeconych.

– Ten nowicjusz zaszedł za daleko. Musimy się go pozbyć!

– Nie możemy dopuścić żeby poznał nasz sekret – wtórował Feared.

– Nie pozna – zapewnił go Siwuch. – Wendigo się nim zajmie odpowiednio. – Na twarzy czarnoksiężnika powstał złowieszczy uśmieszek.

Po chwili już wszyscy zgromadzeni rechotali szyderczo, tymczasem w lustrze rozgorzała prawdziwa wrzawa.

 

 

OFF

 

Umieściłem przypomnienie.

Okej.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

ODCINAM

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa,  Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

 

OFF – W Twoim zdaniu poprawiłem “które” na “którego” ;) choć coś tam dalej się prosi o retusz, żeby nie było dwa razy “a” po przecinku.

OFF

Rzeczywiście. Zaraz poprawię.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

May­mor ude­rzał po­tęż­ny­mi in­kan­ta­cja­mi dra­pież­ne­go stwo­ra, któ­re­go zęby były cien­kie ni­czym igły, a po­mię­dzy prze­rwa­mi wid­nia­ły krwi­sto­czer­wo­ne ka­wał­ki ludz­kie­go mięsa, Garus wciąż do­cho­dził do sie­bie po wy­pi­ciu po­przed­nie­go wy­wa­ru. Kto wie jak skoń­czy­ło­by się owo star­cie gdyby nie to, że nagle za­czę­ła się ma­te­ria­li­zo­wać le­d­wie wi­docz­na po­stać, na widok któ­rej May­mor krzyk­nął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca.

 

 

OFF:

To się spa­la­ły czy ude­rza­ły? Trud­no, żeby ude­rza­ły, kiedy zdą­ży­ły już znik­nąć ^^

OFF:

To i ja poprawiłem swój fragment.

OFF

Racja. Poprawione.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF – Mam wrażenie, że moje ostatnie zdanie bardziej będzie pasować po waszych. Przestawię ok? 

 

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Zjawa, nie zwracając uwagi na maga i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie.

 

P.S. Z meteorytów zostawał żużel ;)

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwa burza; pioruny zaczęły uderzać gwałtownie, a spadające meteoryty pozostawiały po sobie żużel, który osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Zjawa nie zwracając uwagi na maga i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. 

 

OFF

@ Trickster, AdamSkoczek – Nie wiem czy może być tak... To jest moja propozycja, jak mógłby wyglądać ten akapit. Dodałem wasze zdania i trochę zmieniłem swoje własne. Na razie nic nie dodaję. Powiedzcie, co o tym sądzicie.

 

OFF 2

A teraz? Co sądzicie? Macie pomysł jak inaczej można by to zmienić?

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

“Na środku izby rozpętała się bowiem prawdziwa burza; pioruny zaczęły uderzać gwałtownie, a spalające się meteoryty pozostawiały po sobie żużel, który osiadał na trupiobladym ciele wendigo.  Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. 

Te zdania są teraz dwa razy.

 

Adam napisał “ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. “ więc to: “widząc reakcje potwora wywołane ogniem” powinno być później. Robi się lekkie zamieszanie. 

Widzę że moja zmiana wywołała zamieszanie, więc ją cofam i najmocniej przepraszam. Wyglądałoby to tak:

 

 

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Zjawa, nie zwracając uwagi na pytanie Maymora i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie.

 

 

OFF

Opowiadanie zaktualizowane. Uwzględniłem wszystkie poprawki.

To moje zdanie dzisiejsze.

 

 

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Zjawa, nie zwracając uwagi na pytanie Maymora i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie. Zaczął się topić, skóra ulegała zwęgleniu, a paniczne wierzganie się w miejscu nie pomagało w zatrzymaniu trawiącego jego ciało ciepła. 

 

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

 

Maymor uderzał potężnymi inkantacjami drapieżnego stwora, którego zęby były cienkie niczym igły, a pomiędzy przerwami widniały krwistoczerwone kawałki ludzkiego mięsa, Garus wciąż dochodził do siebie po wypiciu poprzedniego wywaru. Kto wie jak skończyłoby się owo starcie gdyby nie to, że nagle zaczęła się materializować ledwie widoczna postać, na widok której Maymor krzyknął:

– Ma’Annem Tailu?

Na środku izby rozpętała się prawdziwą burza; błyskawice uderzały w losowe miejsca, meteoryty spalały się, doprowadzając do tego, że ich pył osiadał na trupiobladym ciele wendigo. Większe okruchy kamieni uderzały w grubą jak pancerz i niewrażliwą na ból skórę, towarzyszący przy tym ogień sprawiał wrażenie uwierać przywołańca. Zjawa, nie zwracając uwagi na pytanie Maymora i widząc reakcje potwora wywołane ogniem, otoczyła go płomiennym kręgiem, po czym ten zaczął wyć przeraźliwie. Zaczął się topić, skóra ulegała zwęgleniu, a paniczne wierzganie się w miejscu nie pomagało w zatrzymaniu trawiącego jego ciało ciepła. Pomimo że dolna część cielska już prawie uległa destrukcji, próbował doczołgać się do nieprzytomnego Garusa, by za wszelką cenę zatopić kły w jego grdyce.

ODCINAM

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając.

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

 

OFF prawdopodobnie przez kilka dni nie będę miał dostępu do internetu, także proszę nie zgłaszać zaginięcia ;) 

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

 

OFF

Okej. Rozumiem :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

 

OFF

 

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... (– ) zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie!  

Zabrakło przecinka. Poprawiłem.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

- Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

– Twierdzi, że mam tu wrogów i muszę uciekać.

 

OFF – Dzięki za poprawkę.

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

- Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

– Twierdzi, że mam tu wrogów i muszę uciekać.

– Mistrzu – wtrąciła Amal’Nya. – jak dobrze, że nic ci nie jest. 

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Maymor był jednak szybszy i sprawnym ruchem dłoni wykonał magiczny znak, którego efekt spopielił potwora. Przerażona Amal'Nya, która do tej pory stała z boku, przybiegła by wtulić się w  jego ramiona: 

– To było straszne – wykrztusiła niemal łkając – Widziałeś to co ja? Zjawa. Czy to był... to był Ma'annem Tailu?  – zapytała nieco się uspokajając.

Przyjaciel maga próbował odpowiedzieć, ale nie umiał, ponieważ on także widział dziwną marę, która uratowała przed kilkoma chwilami Garusa. 

Ten właśnie zaczął się budzić: 

– Co się stało? – zapytał jeszcze lekko majacząc – Co to za plama na podłodze?

– To... ee... krew – odpowiedział zakłopotany Maymor, wskazując na mieszankę moczu oraz krwi zabitego potwora, przysłanego przez Gildię Światłych.

– Miałem dziwne sny. Rozmawiałem z... – Zaczął Garus, lecz po chwili przerwał, nie będąc pewny czy powinien o tym mówić – Z Ma’annem Tailu. 

– Czyli to prawda, Garusie? – spytał Maymor, lecz zaraz dodał: – Czego się dowiedziałeś?

– Mówił, że w gildii grozi mi jakieś niebezpieczeństwo... – zaczął niepewnie – komnata wygląda jak po huraganie! 

- Później ci wyjaśnię, co tu zaszło – uspokajał go Maymor. – Jakie niebezpieczeństwo? – dodał.

– Twierdzi, że mam tu wrogów i muszę uciekać.

– Mistrzu – wtrąciła Amal’Nya. – jak dobrze, że nic ci nie jest. 

– Mówicie zagadkami – odparł Garus – powiedzcie wreszcie, co takiego się tu wydarzyło!

ODCINAM

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz. 

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

 

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Why would you want to save the galaxy?

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie.  Wtem ten przemówił:

– Nie obawiaj się mnie. Chcę was ostrzec. Jedźcie w góry do pustelnika Taela. On wszystko wam wyjaśni – po czym zniknął.

 

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie.  Wtem ten przemówił:

– Nie obawiaj się mnie. Chcę was ostrzec. Jedźcie w góry do pustelnika Taela. On wszystko wam wyjaśni – po czym zniknął.

Oszołomiony mag wskoczył na konia i pospieszył w stronę, w którą udali się Garus i Amal’Nya, zaczynając rozumieć, dlaczego stary Tael uciekł z gildii przed stu laty.

W czasie, gdy Maymor wyjaśniał wszystkie nieścisłości swojemu przyjacielowi, Siwuch i reszta skorumpowanych magów planowała kolejne kroki, wypuszczając z końcówek swoich palców magiczne błyskawice powodujące wybuchy w zajmowanej przez nich izbie.

– Teraz musimy zabić ich wszystkich! – zawyrokował Feared, a jego twarz zaczęła przybierać coraz bardziej diaboliczny wyraz.

– Tak... – zasyczał Siwuch. – Nim król się o wszystkim dowie, ich ciała będą wisieć na Moście Skalcic. 

– Zobaczcie! – zaalarmował jeden z czarnoksiężników, wskazując na lustro, w którym widać było jak cała trójka z Garusem na czele, siodła konie w pośpiechu – Uciekają! 

  – Ja się chętnie nimi zajmę – na twarzy Skegdora pojawił się groźny uśmieszek, a po chwili zmienił się w ogromnego wężołaka.

– Tylko żeby cię nie rozpoznali – instruował Siwuch – nie mogą się dowiedzieć jaka jest nasza prawdziwa postać.

Skegdor syknął groźnie i wypełznął z komnaty, usiłując dogonić i mimo intencji całej reszty spiskowców, ostrzec Garusa, który nie raz traktował go jak syna. 

– Widzicie tam za rogiem? Coś pełznie w naszą stronę.  Wysłali po nas wężołaka. Wiedziałem, że coś knują. Jedźcie ostrzec króla – ja zajmę się  tą bestią.

Maymor zaczął atakować gada, wystrzeliwując białe błyskawice z końcówek swoich palców i mamrocząc coś niewyraźnie.  Wtem ten przemówił:

– Nie obawiaj się mnie. Chcę was ostrzec. Jedźcie w góry do pustelnika Taela. On wszystko wam wyjaśni – po czym zniknął.

Oszołomiony mag wskoczył na konia i pospieszył w stronę, w którą udali się Garus i Amal’Nya, zaczynając rozumieć, dlaczego stary Tael uciekł z gildii przed stu laty.

Wężołak chędożony jego mać... – mruknął Maymor i pogonił swojego wierzchowca do szybszej jazdy.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Odcinam

 

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku.

 

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF – Oni też są czarnoksiężnikami? Myślałem, że nasi bohaterowie są dobrzy.

 

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć co tu się wydarzyło.

OFF

Pomyliłem się. Już poprawiam.

 

OFF 2

[...] tak by nikt nie mógł zaświadczyć (+,) co tu się wydarzyło. –> Brakło przecinka, poprawiłem.

 

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę... – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę... – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

– Wygląda na to, że plotki okazały się prawdziwe i to wcale nie ludy północy dokonały tej kaźni, ale sama rada upozorowała najazd, żeby mieć pretekst do zajęcia ich ziemi.

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę... – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

– Wygląda na to, że plotki okazały się prawdziwe i to wcale nie ludy północy dokonały tej kaźni, ale sama rada upozorowała najazd, żeby mieć pretekst do zajęcia ich ziemi.

– Ale po co rada miałaby zajmować tą ziemię? – wtrąciła niespodziewanie Amal’Nya. – Słyszałam, że nie ma tutaj nic cennego poza kilkoma kopalniami srebrowęgla i miedzi. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Wiesz co, Amal’Nyo? – zaczął Garus – ten stwór miał jakieś znajome spojrzenie, ale nie mogę skojarzyć, do kogo wydawał się podobny.

– Mistrzu... ja chciałam przeprosić za ten wypadek z wywarem, nie sądziłam, że... mandragora podlega takim chemicznym przemianom – powiedziała Amal’Nya, nie zastanawiając się nawet nad wężołakiem, który na początku ich chciał ścigać.

– To już teraz bez znaczenia – pocieszał – nie przejmuje się. Bardziej zastanawia mnie ten stwór...

– Zobacz! Maymor jedzie za nami – przerwała uczennica.

Gdy tylko przyjaciel maga do nich dołączył, przed oczyma ukazała im się spalona przed laty wioska, gdzie duchy ofiar manifestowały swą obecność zawsze o północy. 

– Co to za miejsce? – zapytała Amal’Nya, na co Maymor odpowiedział:

– Rada naszej gildii twierdziła, że tą osadę splądrowali najeźdźcy z północy, zanim wysłali do nich oddziały...  ale potem pojawiły się inne głosy, na temat tej całej akcji.

Nagle Garus doznał wizji, ale innych niż te, spowodowanych przez nieznany specyfik; zauważył on mglistą postać Siwucha, komenderującego żołnierzami, co do joty wypełniających jego wolę.  Wykrzykiwał, jakby był w szaleńczym transie: “Nikt nie może zostać przy życiu! Nie ma być żadnych świadków! Żadnych!” – a jego podwładni zachowywali się, jakby byli pod wpływem hipnozy, lub innego uroku. Maymorowi także ukazał się ten sam widok, tylko Amal’Nya jako uczennica czarodzieja, nie mogła dostrzec tajemniczych obrazów, wywołanych przez niewiadomy czynnik.

Żołnierze podpalali chaty, a uciekających ludzi dobijali, tak by nikt nie mógł zaświadczyć, co tu się wydarzyło.

– Na Świętą Jokastę... – jęknął Maymor. – Garusie, czy ty widzisz to samo, co ja?

– Wygląda na to, że plotki okazały się prawdziwe i to wcale nie ludy północy dokonały tej kaźni, ale sama rada upozorowała najazd, żeby mieć pretekst do zajęcia ich ziemi.

– Ale po co rada miałaby zajmować tą ziemię? – wtrąciła niespodziewanie Amal’Nya. – Słyszałam, że nie ma tutaj nic cennego poza kilkoma kopalniami srebrowęgla i miedzi. 

– Ludzie różnie mówią – począł wyjaśniać Garus – Podobno w tunelach pod Wilczymi Górami znajdują się bramy do innych światów. Zawsze uznawałem to za legendę, ale zaczynam nabierać przekonania, że w tej historii jest ziarnko prawdy.

 

OFF – Jako, że piszemy we dwóch i z limitem jednego wpisu dziennie, prace posuwają się bardzo mozolnie, proponuję zmienić zasady. Znosimy limit, ale nie wolno dokonywać dwóch wpisów pod rząd. Musi być na przemian. Co Ty na to Proroku?

 

OFF

Rzeczywiście bardzo powoli to idzie. Zgadzam się.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Więc przegłosowane ;) Zatem Twoja kolej.

ODCINAM

Dwójka gwardzistów pilnowała wejścia do sali, w której zwykli obradować czarnoksiężnicy. Byli przerażeni, słysząc różne przekleństwa i wyzwiska pod adresem zbiegłego z miasta maga Garusa. W pomieszczeniu miotane były kule ognia, błyskawice... potężne inkantacje robiły wrażenie na zwykłych strażnikach, nie mających do tej pory do czynienia z magią.

– Niech Święta Jokasta nas chroni, Temer... – jęknął młody mężczyzna w pancernej kolczudze. 

– Cholerni magowie – rzucił Temer. – Za chwilę rozniosą w pył połowę królestwa.

Nagle w wejściu pojawił się ogromny wąż, coraz bardziej przypominający człowieka. Skegdor pochylił się lekko na powitanie, ale gwardziści szybko go zatrzymali.

– Lordzie Skegdorze – rzekł T’Ayr. – niech pan tam nie wchodzi.

– Czemu? – zapytał przejęty.

– Oni szukają pana – zaczął. – Tak mówili podobno.

– No – dodał Temer. – To prawda, oni mają zamiar pana zabić. Zalecam ucieczkę.

Potomek Ma’Annem Tailu zdał sobie sprawę, że nie tylko Garus jest w niebezpieczeństwie. Korzystając z rady dwójki strażników, ponownie przybrał postać węża i znikł w mroku korytarza. Gwardziści posłyszeli wołanie Siwucha.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF – Łał ;) Myślałem, że limit objętości wpisu nadal obowiązuje... (chociaż z przymrużeniem oka) ale ok. To dobry pomysł. Dzięki temu opowiadanie będzie bardziej spójne. Ustawiłeś poprzeczkę wysoko wink

 

Odcinam

 

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej spalonej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy? – dopytywała uczennica.

– O to będziemy się martwić, gdy dotrzemy na miejsce. – skwitował – W drogę!

 

OFF – Jak będziesz dodawał te wpisy do całości, może byłoby dobrze zmienić kolejność. Najpierw moje, gdzie byłoby dokończenie rozmowy Garusa z przyjaciółmi, potem to o gwardzistach.

Byłoby zwięźlej.

Chyba, że chciałbyś kontynuować ich rozmowę w czasie jazdy. Wtedy bez zmiany byłoby ok . Zależy od Ciebie.

 

Ogólnie, to robota chyba trochę ruszyła z kopyta ;)

OFF 

No, przyznaję... trochę przesadziłem ;) Ale racja. Opowiadanie będzie spójniejsze. smiley

 

OFF 2

Okej. Będę pamiętał o zmianie kolejności. 

 

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy?

– O to będziemy się martwić, gdy dotrzemy na miejsce. – skwitował – W drogę!

Wilcze Góry były idealnym miejscem, nikt się tam bowiem nie zapuszczał, a to wszystko z powodu legend, jakie były mówione o tym miejscu. Jedną z popularnych jest ta o Królu Izvisie i jego trzech synach. Podobno chcąc przyćmić Boga Mądrości – Gafrena wraz z małżonką Jokastą i olbrzymim wilkiem Zefirem, postanowił wydać ucztę. Głównym daniem stał się makabryczny posiłek z ciała jednego z synów, najmłodszego, mającego niespełna jedenaście lat – Ifajego. Bogowie jednak zorientowali się w podstępie i ukarali okrutnika. Jego dusza po dziś dzień wędruje w rzece życia i śmierci – Josefem.

Dziś Wilcze Góry są przeklętym miejscem, gdzie każdy, kto tam się znajdzie ulega klątwie lykantropii. Amal’Nya przypomniała sobie o tym w ostatnim momencie, a na jej twarzy pojawił się grymas strachu. Jej rumak zatrzymał się, nim zdążył przekroczyć wraz z magami granicę wyznaczoną przez nadgryzioną zębem czasu tabliczkę.

– J-ja tam nie jadę – wyjąkała przestraszona.

– Co? – spytał zdziwiony Garus. – Ja... Dlaczego?

– Chodzi o... klątwę.

– Klątwę? – wtrącił Maymor.

– Lykantropia – wyjaśniła krótko. – Każdy, kto przekroczy granicę Wilczych Gór, nie dalej jak od siedmiu dni począć, wilczą forme przybierze.

– Bajdurzenie – zganił ją przyjaciel maga. – Nie słuchaj jej, Garusie. Jeżeli tak bardzo strach zagląda je w oczy, to uważam, że nie nadaje się na czarodziejkę.

– Na pewno nie pojedziesz z nami? – głos Garusa przybrał spokojny ton.

– Moja rodzina została przeklęta wieki temu na tej górze – Amal’Nya oddychała coraz ciężej. – Ojciec... zabił moją modszą siostrę. Ja uciekłam, ale... potężny mag przeklął całą moją rodzinę, obiecując, że wracając tu, podczas każdej pełni księżyca zamienię się w wilka. Chyba, że wyjadę w ciągu pięciu dni. Wtedy klątwa nie będzie stała.

Garus umilkł. Zapadła niezręczna cisza.  

    

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy? – dopytywała uczennica.

– O to będziemy się martwić, gdy tam dotrzemy. – skwitował – W drogę!

Wilcze Góry były idealnym miejscem, nikt się tam bowiem nie zapuszczał, a to wszystko z powodu legend, jakie były o nim mówione. Jedną z popularnych jest ta, o Królu Izvisie i jego trzech synach. Podobno chcąc przyćmić Boga Mądrości – Gafrena, wraz z małżonką Jokastą i olbrzymim wilkiem Zefirem, postanowił wydać ucztę. Głównym daniem stał się makabryczny posiłek z ciała jednego z synów, najmłodszego, mającego niespełna jedenaście lat – Ifajego. Bogowie jednak zorientowali się w podstępie i ukarali okrutnika. Jego dusza po dziś dzień wędruje w rzece życia i śmierci – Josefem.

Dziś Wilcze Góry są przeklętym miejscem, gdzie każdy, kto tam się znajdzie, ulega klątwie lykantropii. Amal’Nya przypomniała sobie o tym w ostatnim momencie, a na jej twarzy pojawił się grymas strachu. Rumak dziewczyny zatrzymał się, nim zdążył przekroczyć wraz z magami granicę wyznaczoną przez nadgryzioną zębem czasu tabliczkę.

– J-ja tam nie jadę – wyjąkała przestraszona.

– Co? – spytał zdziwiony Garus. – Ja... Dlaczego?

– Chodzi o... klątwę.

– Klątwę? – wtrącił Maymor.

– Lykantropia – wyjaśniła krótko. – Każdy, kto przekroczy granicę Wilczych Gór, nie dalej jak od siedmiu dni począć, wilczą formę przybierze.

– Bajdurzenie – zganił ją przyjaciel maga. – Nie słuchaj jej, Garusie. Jeżeli tak bardzo strach zagląda je w oczy, to uważam, że nie nadaje się na czarodziejkę.

– Na pewno nie pojedziesz z nami? – głos Garusa przybrał spokojny ton.

– Moja rodzina została przeklęta wieki temu na tej górze – Amal’Nya oddychała coraz ciężej. – Ojciec... zabił moją młodszą siostrę. Ja uciekłam, ale... potężny mag przeklął całą naszą rodzinę, obiecując, że wracając tu, podczas każdej pełni księżyca zamienię się w wilka. Chyba, że wyjadę w ciągu pięciu dni. Wtedy klątwa nie będzie stała.

Garus umilkł. Zapadła niezręczna cisza.  

– Osoba o czystym sercu jest w stanie zmyć z siebie wszelkie klątwy, unieważnić przysięgi i pakty – niespodziewanie zaczął wyjaśniać Maymor – Trzeba sięgnąć do swoich najgłębszych przyczyn i pozbyć się tego, tak jak pozbywasz się powietrza wraz z wydechem. To proste. Spróbuj proszę. Skup się.

 

OFF – Dziewczyna się przyda laugh

 

Poprawiłem kilka literówek i powtórzeń  (moją, moją na moją, naszą) Np. słowo “miejsce” powtarzało się chyba 3 razy w dwóch zdaniach, na końcu mojego tekstu raz i na początku Twojego 2 razy, ale usunąłem u mnie i u Ciebie zmieniłem – “jakie były mówione o tym miejscu” na “jakie były o nim mówione”, także zostało tylko raz. ;) Kiedy podmiot jest określony, potem wystarczy używać go jako domyślnego.

Kiedy się pisze, w pierwszej chwili, może nie widać takich powtórzeń, ale jeśli odczeka się chwilę i spojrzy na tekst z dystansu, cą całkiem wyraźne ;)

Mogą być takie zmiany?

OFF 

Jasne, Tricksterze. Dzięki, nie zauważyłem za pierwszym razem.

 

– A propos Wilczych Gór. Mam dla was pewne rewelacje – zaczął Maymor – Ten wąż nie chciał walczyć. Mówił, że mamy udać się tam i odszukać starego Taela. Był bardzo tajemniczy.

– Teraz wszystko zaczyna układać się w logiczną całość. – stwierdził Garus – Pamiętacie kiedy Tael zniknął? To było w czasie północnych krucjat. Rada twierdziła, że Tael oszalał, ale ja w to nie wierzę. Ma’annem Tailu był jego przyjacielem i zmarł w tym samym czasie, w zagadkowych okolicznościach – insynuował.

– Myślisz, że rada mogła mieć z tym coś wspólnego? – zapytała Amal’Nya.

– Jestem wręcz przekonany. Wspominałem wam, że w wizji po tym wywarze, objawił mi się Ma’annem Tailu i ostrzegał przed wrogami w Gildii. Wygląda na to, że wraz z Taelem, mogli mieć jakąś niewygodną wiedzę na temat tej wioski, krucjat i ich okoliczności.

 – Jeśli tak było w istocie, naszym obowiązkiem jest najpierw zbadać sprawę i dopiero potem poinformować dwór – zdecydował Maymor.

– Jeśli nawet Tael ukrywa się w górach, jak go znajdziemy? – dopytywała uczennica.

– O to będziemy się martwić, gdy tam dotrzemy. – skwitował – W drogę!

Wilcze Góry były idealnym miejscem, nikt się tam bowiem nie zapuszczał, a to wszystko z powodu legend, jakie były o nim mówione. Jedną z popularnych jest ta, o Królu Izvisie i jego trzech synach. Podobno chcąc przyćmić Boga Mądrości – Gafrena, wraz z małżonką Jokastą i olbrzymim wilkiem Zefirem, postanowił wydać ucztę. Głównym daniem stał się makabryczny posiłek z ciała jednego z synów, najmłodszego, mającego niespełna jedenaście lat – Ifajego. Bogowie jednak zorientowali się w podstępie i ukarali okrutnika. Jego dusza po dziś dzień wędruje w rzece życia i śmierci – Josefem.

Dziś Wilcze Góry są przeklętym miejscem, gdzie każdy, kto tam się znajdzie, ulega klątwie lykantropii. Amal’Nya przypomniała sobie o tym w ostatnim momencie, a na jej twarzy pojawił się grymas strachu. Rumak dziewczyny zatrzymał się, nim zdążył przekroczyć wraz z magami granicę wyznaczoną przez nadgryzioną zębem czasu tabliczkę.

– J-ja tam nie jadę – wyjąkała przestraszona.

– Co? – spytał zdziwiony Garus. – Ja... Dlaczego?

– Chodzi o... klątwę.

– Klątwę? – wtrącił Maymor.

– Lykantropia – wyjaśniła krótko. – Każdy, kto przekroczy granicę Wilczych Gór, nie dalej jak od siedmiu dni począć, wilczą formę przybierze.

– Bajdurzenie – zganił ją przyjaciel maga. – Nie słuchaj jej, Garusie. Jeżeli tak bardzo strach zagląda je w oczy, to uważam, że nie nadaje się na czarodziejkę.

– Na pewno nie pojedziesz z nami? – głos Garusa przybrał spokojny ton.

– Moja rodzina została przeklęta wieki temu na tej górze – Amal’Nya oddychała coraz ciężej. – Ojciec... zabił moją młodszą siostrę. Ja uciekłam, ale... potężny mag przeklął całą naszą rodzinę, obiecując, że wracając tu, podczas każdej pełni księżyca zamienię się w wilka. Chyba, że wyjadę w ciągu pięciu dni. Wtedy klątwa nie będzie stała.

Garus umilkł. Zapadła niezręczna cisza.  

– Osoba o czystym sercu jest w stanie zmyć z siebie wszelkie klątwy, unieważnić przysięgi i pakty – niespodziewanie zaczął wyjaśniać Maymor – Trzeba sięgnąć do swoich najgłębszych przyczyn i pozbyć się tego, tak jak pozbywasz się powietrza wraz z wydechem. To proste. Spróbuj proszę. Skup się.

– Dobrze – wydukała. – postaram się. 

Dziewczyna zamknęła oczy i wróciła do tamtej – tragicznej w skutkach – chwili. Coś jednak ją paraliżowało, niby niewidzialne więzy, które oplątywały ją niczym wąż; próbowała krzyczeć, ale nie mogła. Skrzek jaki z siebie wydała, nie mógł odwrócić rzuconej klątwy. Potężny wybuch mocy, zdmuchnął ją z rumaka, a ten pognał daleko w głąb Wilczej Góry. Garus przerażony, podszedł do niej, próbując uleczyć.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Odcinam

 

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja, w której ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu z którego dochodziły głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Do oczu napływa mu zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie, jak gdyby nie posiadali żadnych uczuć wyższych.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ból staje się niemożliwy do zniesienia i mężczyzna traci przytomność Wraz z tym, wizja się urywa.

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Do oczu napływa mu zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie... – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To... Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Serce bije mu jak oszalałe, a do oczu napływa zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

- Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie... – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To... Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze. – po chwili namysłu dodał – Byłem pewny, że skądś znam spojrzenie tego wężołaka – na co Skegdor, który szedł za końmi, odparł:

– Na początek chciałbym wam wyjaśnić pewną sprawę. Musicie wiedzieć, że idąc w Wilcze Góry, narażacie się na niebezpieczeństwo…

– Nie boimy się klątwy! – rzucił buńczucznie Maymor.

– Nie o to chodzi – sprostował Skegdor – Ta sprawa może was przerosnąć.

– Wygląda na to, że nie mamy wyjścia – osądził Garus – musimy dowiedzieć się jak odczynić urok Amal’Nyi. Ta biedna dziewczyna przez nas wpakowała się w te tarapaty. Jesteśmy jej to winni.

– Myślę, że jeśli dotrzemy do Taela, znajdzie się jakaś metoda, ale wiedzcie, że te góry to obszar o znaczeniu strategicznym dla rady. Jeśli będziecie się zbytnio interesować tym tematem…  Nie wiem jak wam to powiedzieć... Członkowie rady nie są takimi światłymi osobami, za jakie pragną uchodzić... Zabiją was!

– Tu dzieje się coś dziwnego. Co wiesz na ten temat? Dlaczego rada miałaby to zrobić? – zapytał coraz bardziej zainteresowany Maymor.

– Już wcześniej rozmawialiśmy o śmierci Ma’annem Tailu i odejściu Taela. To miało coś wspólnego z tym wszystkim? – dorzucił Garus.

– Zgadza się. Oni weszli na bardzo grząski teren. Jak myślicie, dlaczego Tael uciekł właśnie w te góry?

Maymor z Garusem wymienili się spojrzeniami, po czym zwrócili wzrok w stronę Skegdora, który kontynuował wyjasnienia:

– Tam znajduje się źródło bardzo potężnej magii. Rada walczyła o dostęp do tych miejsc. Chciała je zachować tylko dla siebie. Tael i Ma’annem Tailu odkryli ich sekret i potajemnie eksplorowali system korytarzy pod Wilczą Górą. Tam znajdują się portale do innych światów...

– To tylko legendy! – orzekł Maymor.

– Mylisz się. I ja tam byłem. Te portale naprawdę istnieją. Widziałem je na własne oczy… Rozumiecie? Odwiedzałem inne światy.

– Co takiego!? – wybuchnęli równocześnie Maymor i Garus, a ich źrenice wyraźnie się powiększyły.

– Nie zastanawia was moja wężowa postać?

– Opowiedz proszę co tam widziałeś. – nakłaniał Garus.

– W zasadzie to przysięgałem, że nie powiem o tym nigdy nikomu z niewtajemniczonych, pod groźbą śmierci… ale wygląda na to, że rada już wydała na mnie wyrok.

Obaj jeźdźcy wpatrywali się w Skegdora z wytrzeszczonymi oczami, a ten tłumaczył dalej:

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. – zrobił przerwę, sondując, czy słuchacze traktują jego historię poważnie – W dawnych czasach, przybyli do naszego świata, przez jeden z tych portali. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego. Tam wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana. Oni zamienili moje ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę…

– Co masz na myśli Skegdorze? – zapytał Garus.

– To jest pułapka. Ta magia coraz bardziej trawi moje serce. Czuję, że niedługo przestanę być sobą. Już teraz miewam momenty, kiedy mam wrażenie jakbym nie ja kontrolował swoje czyny, ale jakaś obca siła, która jest we mnie. Ona przejmuje mój umysł! Walczę z tym, ale boję się, że będzie za późno. Widzę, do jakich bezeceństw są zdolni Faered i Siwuch. Nie chcę stać się taki, jak oni. Muszę odzyskać ciało, nim ta magia pochłonie mnie do reszty.

OFF

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza.

Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę… → – Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza. (-) Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę… 

Niepotrzebna spacja

 

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Serce bije mu jak oszalałe, a do oczu napływa zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

- Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie... – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To... Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze.

– Byłem pewny, że skądś znam spojrzenie tego wężołaka – powiedział Garus do Skegdora, który szedł za końmi i odparł:

– Na początek chciałbym wam wyjaśnić pewną sprawę. Musicie wiedzieć, że idąc w Wilcze Góry, narażacie się na niebezpieczeństwo…

– Nie boimy się klątwy! – rzucił buńczucznie Maymor.

– Nie o to chodzi – sprostował Skegdor – Ta sprawa może was przerosnąć.

– Wygląda na to, że nie mamy wyjścia – osądził Garus – musimy dowiedzieć się jak odczynić urok Amal’Nyi. Ta biedna dziewczyna przez nas wpakowała się w te tarapaty. Jesteśmy jej to winni.

– Myślę, że jeśli dotrzemy do Taela, znajdzie się jakaś metoda, ale wiedzcie, że te góry to obszar o znaczeniu strategicznym dla rady. Jeśli będziecie się zbytnio interesować tym tematem…  Nie wiem jak wam to powiedzieć. Członkowie rady nie są takimi światłymi osobami, za jakie pragną uchodzić. Zabiją was!

– Tu dzieje się coś dziwnego Co wiesz na ten temat? – zapytał coraz bardziej zainteresowany Maymor.

– Już wcześniej rozmawialiśmy o śmierci Ma’annem Tailu i odejściu Taela. To miało coś wspólnego z tym wszystkim? – dorzucił Garus.

– Zgadza się. Oni weszli na bardzo grząski teren. Jak myślicie, dlaczego Tael uciekł właśnie w te góry? Tam znajduje się źródło bardzo potężnej magii. Rada walczyła o dostęp do tych miejsc. Chciała je zachować tylko dla siebie. Tael i Ma’annem Tailu odkryli ich sekret i potajemnie eksplorowali system korytarzy pod Wilczą Górą. Tam znajdują się portale do innych światów.

– To tylko legendy! – orzekł Maymor.

– Mylisz się. I ja tam byłem. Te portale naprawdę istnieją. Widziałem je na własne oczy… Rozumiecie? Odwiedzałem inne światy.

– Co takiego!? – wybuchnęli równocześnie Maymor i Garus.

– Nie zastanawia was moja wężowa postać?

– Opowiedz proszę co tam widziałeś. – nakłaniał Garus.

– W zasadzie to przysięgałem, że nie powiem o tym nigdy nikomu z niewtajemniczonych, pod groźbą śmierci… ale wygląda na to, że rada już wydała na mnie wyrok.

Obaj jeźdźcy wpatrywali się w Skegdora z wytrzeszczonymi oczami, a ten tłumaczył dalej.

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. W dawnych czasach przyszli do naszego świata przez te portale. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego, a wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana niż nasza.

Oni zamienili moje oryginalne ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę…

– Co masz na myśli Skegdorze? – zapytał Garus.

– To jest pułapka. Ta magia coraz bardziej trawi moje serce. Czuję, że niedługo przestanę być sobą. Już teraz miewam momenty, kiedy mam wrażenie jakbym nie ja kontrolował swoje czyny, ale jakaś obca siła, która jest we mnie. Ona przejmuje mój umysł! Walczę z tym, ale boję się, że będzie za późno. Widzę, do jakich bezeceństw są zdolni Faered i Siwuch. Nie chcę stać się taki, jak oni. Muszę odzyskać ciało, nim ta magia pochłonie mnie do reszty.

– Nie staniesz się – obiecał Maymor. – Kiedy tylko pomożemy Amal’Nyi, zajmiemy się twoją klątwą – dodał.

– Cieszy mnie twój optymizm, mistrzu Maymorze, ale... wężołactwo nie jest tak łatwe do zdjęcia jak lykantropia albo wampiryzm. Klątwa pochodzi z bardzo dziwnego świata. Jest może tak stara i dawna jak magia Podwójnego Światła mojego dziadka, potomka Ma’annem Tailu – wyjaśnił powoli Skegdor.

– Jak bardzo stara? – wtrącił Garus.

– Wężołaki to taka... alternatywna wersja wilkołaka. Uniwersum z którego pochodzi bardzo przypomina nasze, różni się jednak szczegółami. Widziałem wybuchające kije, mechanicznych żołnierzy...

– Ile czasu ci zostało nim klątwa wypełni cię do końca? – spytał Maymor.

– Dwa... Cztery pełnie. Po ostatniej mogę już nie panować do swoimi czynami. Teraz jeszcze jestem w stanie powracać do normalnej postaci, ale później już może nie być tak prosto. Faered i Siwuch znają odpowiednie inkantacje. Mają księgi pełne nieznanej dotąd magii. Musimy ich zabić i zniszczyć portale.

– Jeżeli to zrobimy, możemy stracić szansę poznania innych wymiarów – zaprotestował nagle Garus, ku zdziwieniu Maymora.

– Chcesz sprowadzić na nasz świat zagładę, Garusie? – Maymor spiorunował przyjaciela. 

– Widziałem mechanicznego ptaka, wiele rzeczy podczas...

– Garusie – rzekł spokojnie Skegdor. – jeżeli sprowadzisz coś z innych światów, połączysz je z naszym i nic nie będzie takie jak dawniej. Zostaniesz zainfekowany i oszalejesz jak Rada, gorzej... Jak Siwuch.

– Masz rację, Skegdorze – odparł przepraszającym tonem mag. – Musimy zniszczyć portale i ich powstrzymać.

 

OFF 2

Przepraszam, Tricksterze za tak długi ciąg tego fragmentu. Pomyślałem, że warto dopisać coś tutaj zanim przejdziemy z powrotem do antagonistów.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF

Jest ok. Co do mojego Fragmentu, kiedy pisałeś, nieco zmieniłem własnie te elementy, o których wspominasz.

 

W tej chwili oczom jego i Maymora, ukazała się kolejna wizja. Ojciec uczennicy, schodził w głąb tunelu, w głębi, którego słychać było głosy. Starał się kroczyć jak najciszej, żeby nikt go nie usłyszał, ale na próżno. Niespodziewanie dosięgła go wiązka energetyczna, niczym  piorun kulisty, po czym padł jak martwy.

Następne co pamiętał, to jak budzi się w ciemnym, cuchnącym pomieszczeniu. Leży na jakimś stole i  czuje, że nie może się ruszać. Po chwili pojawiają się dwa dziwne stwory. Ni to kroczą, ni pełzają, przy czym ocierają się o niego, ale zdają się go nie zauważać. Nie rozmawiają ze sobą, przynajmniej nie słychać żadnych dźwięków. W powietrzu niemal namacalne stają się ich złowieszcze intencje i atmosfera grozy. Mężczyzna czeka jak na wyrok, nie wiedząc co się z nim stanie. Serce bije mu jak oszalałe, a do oczu napływa zimny pot, lecz nie może się ruszyć, by go zetrzeć.

Stwory opuszczają pomieszczenie. Mężczyzna odetchnął z ulgą, ale nim zdążył się zastanowić nad sytuacją i swoimi towarzyszami, pojawiają się ponownie z jakąś aparaturą. Momentalnie przechodzą do bardzo bolesnej operacji. Wbijają mu ostre pręty w brzuch, bez podania ziół znieczulających.  Ból staje się niemożliwy do zniesienia. Zakładnik próbuje krzyczeć, ale nie może wydać z siebie żadnego dźwięku. Oprawcy kontynuują zabieg, nie zwracając uwagi na jego wykrzywiony grymas, zdradzający niewyobrażalne cierpienie.  

Nagle pojawia się kolejny stwór i niezwłocznie zaczyna wiercić jakimś urządzeniem w głowie ojca dziewczyny. Ten traci przytomność i wraz z tym, wizja się urywa.

- Najmilszy Gafrenie – rzekł Garus – Co to było, do cholery?!

– G-garusie... – wyjąkał przerażony Maymor. 

Garus odwrócił głowę w stronę głosu przyjaciela i zobaczył ogromnego, wyrastającego na ponad cztery metry, humanoidalnego wilka. Mag szybko domyślił się, że to musi być Amal’Nya. Cokolwiek się stało, klątwa nie została przełamana, a ona mogła utknąć w tej formie niemal na zawsze. 

– Musimy ją gonić, szybko! – zakomenderował czarodziej.

– Jesteś pewien? – spytał Maymor, niepewnie. – Nawet wilkołaki stanowią wyzwanie dla nas. Nie imają się srebra, a jedyne za pomocą czego można ich zranić to prosta magia światła albo ognia.

– Nie zabiję Amal’Nyi, Maymorze! – zaprotestował Garus.

– To... Co proponujesz?

– Musimy odnaleźć Taela. Tylko on może znać lekarstwo. 

– A jeśli nie?

– To coś wymyślimy.

Nagle usłyszeli pojedyncze syki, dochodzące zza ich pleców. Nim zdążyli wsiąść, ogromny wąż pełzał w ich stronę.

– No nie – powiedział wściekły Maymor. – Brakowało nam tylko węża do kompletu.

– Czekaj. – Gestem dłoni Garus uspokoił przyjaciela.

Wężołak coraz bardziej przypominał człowieka. Okazał się nim Skegdor Tailu, który miał wyraźne rany na twarzy.

– Przepraszam, drogi Garusie – zaczął Skegdor. – To był jeden sposób, aby do ciebie dotrzeć.

– Rozumiem – odpowiedział mag. – Jedziemy na Wilczą Górę, wszystko sobie wyjaśnimy po drodze. – po chwili namysłu dodał – Byłem pewny, że skądś znam spojrzenie tego wężołaka – na co Skegdor, który szedł za końmi, odparł:

– Na początek chciałbym wam wyjaśnić pewną sprawę. Musicie wiedzieć, że idąc w Wilcze Góry, narażacie się na niebezpieczeństwo…

– Nie boimy się klątwy! – rzucił buńczucznie Maymor.

– Nie o to chodzi – sprostował Skegdor – Ta sprawa może was przerosnąć.

– Wygląda na to, że nie mamy wyjścia – osądził Garus – musimy dowiedzieć się, jak odczynić urok Amal’Nyi. Ta biedna dziewczyna przez nas wpakowała się w te tarapaty. Jesteśmy jej to winni.

– Myślę, że jeśli dotrzemy do Taela, znajdzie się jakaś metoda, ale wiedzcie, że te góry to obszar o znaczeniu strategicznym dla rady. Jeśli będziecie się zbytnio interesować tym tematem…  Nie wiem jak wam to powiedzieć... Członkowie rady nie są takimi światłymi osobami, za jakie pragną uchodzić... Zabiją was!

– Tu dzieje się coś dziwnego. Co wiesz na ten temat? Dlaczego rada miałaby to zrobić? – zapytał coraz bardziej zainteresowany Maymor.

– Już wcześniej rozmawialiśmy o śmierci Ma’annem Tailu i odejściu Taela. To miało coś wspólnego z tym wszystkim? – dorzucił Garus.

– Zgadza się. Oni weszli na bardzo grząski teren. Jak myślicie, dlaczego Tael uciekł właśnie w te góry?

Maymor z Garusem wymienili się spojrzeniami, po czym zwrócili wzrok w stronę Skegdora, który kontynuował wyjasnienia:

– Tam znajduje się źródło bardzo potężnej magii. Rada walczyła o dostęp do tych miejsc. Chciała je zachować tylko dla siebie. Tael i Ma’annem Tailu odkryli ich sekret i potajemnie eksplorowali system korytarzy pod Wilczą Górą. Tam znajdują się portale do innych światów...

– To tylko legendy! – orzekł Maymor.

– Mylisz się. I ja tam byłem. Te portale naprawdę istnieją. Widziałem je na własne oczy… Rozumiecie? Odwiedzałem inne światy.

– Co takiego!? – wybuchnęli równocześnie Maymor i Garus, a ich źrenice wyraźnie się powiększyły.

– Nie zastanawia was moja wężowa postać?

– Opowiedz proszę co tam widziałeś. – nakłaniał Garus.

– W zasadzie to przysięgałem, że nie powiem o tym nigdy nikomu z niewtajemniczonych, pod groźbą śmierci… ale wygląda na to, że rada już wydała na mnie wyrok.

Obaj jeźdźcy wpatrywali się w Skegdora z wytrzeszczonymi oczami, a ten tłumaczył dalej:

– Faered i Siwuch nie są z tego świata. Postać jaką znacie, nie jest ich oryginalną formą. W rzeczywistości są wężołakami. – zrobił przerwę, sondując, czy słuchacze traktują jego historię poważnie – W dawnych czasach, przybyli do naszego świata, przez jeden z tych portali. Oni zasiadają w radzie od setek lat, pod różnymi postaciami. Ich świat bardzo różni się od naszego. Tam wiedza na temat magii i innych tajemnic, jest znacznie bardziej zaawansowana. Oni zamienili moje ciało na wężowe i teraz mam takie moce jak oni, ale nie podoba mi się to. Nie za tą cenę…

– Co masz na myśli Skegdorze? – zapytał Garus.

– To jest pułapka. Ta magia coraz bardziej trawi moje serce. Czuję, że niedługo przestanę być sobą. Już teraz miewam momenty, kiedy mam wrażenie jakbym nie ja kontrolował swoje czyny, ale jakaś obca siła, która jest we mnie. Ona przejmuje mój umysł! Walczę z tym, ale boję się, że będzie za późno. Widzę, do jakich bezeceństw są zdolni Faered i Siwuch. Nie chcę stać się taki, jak oni. Muszę odzyskać ciało, nim ta magia pochłonie mnie do reszty.

 

– Nie staniesz się – obiecał Maymor. – Kiedy tylko pomożemy Amal’Nyi, zajmiemy się twoją klątwą – dodał.

– Cieszy mnie twój optymizm, mistrzu Maymorze, ale... wężołactwo nie jest tak łatwe do zdjęcia jak lykantropia albo wampiryzm. Klątwa pochodzi z bardzo dziwnego świata. Jest może tak stara i dawna jak magia Podwójnego Światła mojego dziadka, potomka Ma’annem Tailu – wyjaśnił powoli Skegdor.

– Jak bardzo stara? – wtrącił Garus.

– Wężołaki to taka... alternatywna wersja wilkołaka. Uniwersum z którego pochodzi bardzo przypomina nasze, różni się jednak szczegółami. Widziałem wybuchające kije, mechanicznych żołnierzy...

– Ile czasu ci zostało nim klątwa wypełni cię do końca? – spytał Maymor.

– Dwa... Cztery pełnie. Po ostatniej mogę już nie panować do swoimi czynami. Teraz jeszcze jestem w stanie powracać do normalnej postaci, ale później już może nie być tak prosto. Faered i Siwuch znają odpowiednie inkantacje. Mają księgi pełne nieznanej dotąd magii. Musimy ich zabić i zniszczyć portale.

– Jeżeli to zrobimy, możemy stracić szansę poznania innych wymiarów – zaprotestował nagle Garus, ku zdziwieniu Maymora.

– Chcesz sprowadzić na nasz świat zagładę, Garusie? – Maymor spiorunował przyjaciela. 

– Widziałem mechanicznego ptaka, wiele rzeczy podczas...

– Garusie – rzekł spokojnie Skegdor. – jeżeli sprowadzisz coś z innych światów, połączysz je z naszym i nic nie będzie takie jak dawniej. Zostaniesz zainfekowany i oszalejesz jak Rada, gorzej... Jak Siwuch.

– Masz rację, Skegdorze – odparł przepraszającym tonem mag. – Musimy zniszczyć portale i ich powstrzymać.

– Nie istnieje minus bez plusa – dobiegł głos zza ich pleców.

Kiedy się odwrócili, ujrzeli starca z długą brodą. Jego oczy jednocześnie przejawiały wielką mądrość, jak i dziecięcą niewinność.

– Tael! – Wykrzyknął podekscytowany Maymor.

– Witajcie przyjaciele – powitał ich pustelnik – Przepraszam, że wtrącam się w waszą rozmowę – dodał nieco żartobliwym tonem – ale zniszczenie portali, to nie jest dobry pomysł.

– Dlaczego? – zapytał Skegdor.

– To jest dla nas wielka szansa. Nie wszystkie światy są takie, jak ten Siwucha i Faereda. Wiele jest zaiste pięknych, a światło wiedzy, jakie niosą,  nieskończone.

ODCINAM

– Skegdor zdradził – wypalił niespodziewanie Faered. – Strażnicy go ostrzegli, a jeżeli Garus i Maymor zniszczą portale, będzie to oznaczać koniec świata jaki znamy.

– Spokojnie, mój drogi – dodał Siwuch. – Skegdorowi zostały cztery pełnie nim całkiem oszaleje i będzie podatny na nasz wpływ. 

– A jeśli go odczarują?

– Mogą co najmniej opóźnić indoktrynację, ale nie ją zatrzymać. Tylko my znamy inkantacje, mogące go odmienić.

– Fakt. – Faered skinął głową. – Jaki mamy plan?

– Musimy obalić króla. Jest wujem Garusa i może pokrzyżować nasze właściwe zamiary.

– Zaraz... jakie zamiary?

– Sprowadzimy mechaniczną armię i podbijemy ten świat, a później resztę. Nikt się nie ukryje, nikt nie będzie żywy.

– Tak jak podczas krucjat?

– Zgadza się.

– A jeśli Rada się nie zgodzi? – zwątpił Faered. 

– Zgodzi się, nie mają zresztą wyjścia. Siedzą w tym po uszy podobnie jak my. Tylko cholerny Skegdor się wyłamał... to drobiazg.

– Skoro tak mówisz...

Dwójka czarnoksiężników weszła do ogromnej sali, w której obradowała Rada. Piękna, marmurowa mozaika pokrywała podłogę, a przy stole siedzieli pozostali członkowie. Mieli nietęgie miny.

– Co się stało? – zagaił Siwuch.

– Król zachorował – starzec miał ponurą minę.

– Co mu jest? 

– Szkarłat brunatny.

– W imię Jokasty – wzburzył się Faered. – Skąd... ?

Wszyscy spojrzeli po sobie. Z rogu wyłonił się jeden z młodszych przedstawicieli Gildii. 

– Chcieliście zabić króla?

Siwuch przybrał niemalże wężową postać, w porę się jednak opamiętał, gdy usłyszał dalszy ciąg wywodu żółtodzioba.

– Potajemnie jestem członkiem Gildii Zabójczego Węża – zaczął. – Zajmujemy się otruciami i zabójstwami na zlecenie. Wy najprawdopodobniej chcieliście użyć noży, a my użyliśmy bakcyla groźnej zarazy.

– Jestem pod wrażeniem...

– Skirr Fagren – przerwał mu młodzik, kłaniając się nieznacznie. – Do usług.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

– Skegdor zdradził – wypalił niespodziewanie Faered. – Strażnicy go ostrzegli, a jeżeli Garus i Maymor zniszczą portale, będzie to oznaczać koniec świata jaki znamy.

– Spokojnie, mój drogi – dodał Siwuch. – Skegdorowi zostały cztery pełnie nim całkiem oszaleje i będzie podatny na nasz wpływ. 

– A jeśli go odczarują?

– Mogą co najmniej opóźnić indoktrynację, ale nie ją zatrzymać. Tylko my znamy inkantacje, mogące go odmienić.

– Fakt. – Faered skinął głową. – Jaki mamy plan?

– Musimy obalić króla. Jest wujem Garusa i może pokrzyżować nasze właściwe zamiary.

– Zaraz... jakie zamiary?

– Sprowadzimy mechaniczną armię i podbijemy ten świat, a później resztę. Nikt się nie ukryje, nikt nie będzie żywy.

– Tak jak podczas krucjat?

– Zgadza się.

– A jeśli Rada się nie zgodzi? – zwątpił Faered. 

– Zgodzi się, nie mają zresztą wyjścia. Siedzą w tym po uszy podobnie jak my. Tylko cholerny Skegdor się wyłamał... to drobiazg.

– Skoro tak mówisz...

Dwójka czarnoksiężników weszła do ogromnej sali, w której obradowała Rada. Piękna, marmurowa mozaika pokrywała podłogę, a przy stole siedzieli pozostali członkowie. Mieli nietęgie miny.

– Co się stało? – zagaił Siwuch.

– Król zachorował – starzec miał ponurą minę.

– Co mu jest? 

– Szkarłat brunatny.

– W imię Jokasty – wzburzył się Faered. – Skąd... ?

Wszyscy spojrzeli po sobie. Z rogu wyłonił się jeden z młodszych przedstawicieli Gildii. 

– Chcieliście zabić króla?

Siwuch przybrał niemalże wężową postać, w porę się jednak opamiętał, gdy usłyszał dalszy ciąg wywodu żółtodzioba.

– Potajemnie jestem członkiem Gildii Zabójczego Węża – zaczął. – Zajmujemy się otruciami i zabójstwami na zlecenie. Wy najprawdopodobniej chcieliście użyć noży, a my użyliśmy bakcyla groźnej zarazy.

– Jestem pod wrażeniem...

– Skirr Fagren – przerwał mu młodzik, kłaniając się nieznacznie. – Do usług.

Siwuch i Faered spojrzeli na siebie, rozochoceni.

– Ten cwaniak odciął finansowanie gildii, jakby wiedział co się szykuje – zauważył Faered.

– Jak to? Więc nie macie pieniędzy? – zapytał zdezorientowany skrytobójca.

– O to, niech cię głowa nie boli! – uciął Siwuch – Gildia nie jest zależna od dworu. Prowadzimy własne interesy.

Wtem wrota otwarły się i do Sali wbiegł zdyszany goniec, obwieszczając tymi słowy:

– Tragedia! Straszna tragedia! Królewicza wciągnął wir, podczas kąpieli w rzece. Ciało znaleźli chłopi, kilka kilometrów dalej.

Na Sali zapanowało wielkie poruszenie.

– Jednego błazna mamy z głowy – skwitował Siwuch.

– Jeśli tak, to Garus stał się bezpośrednim pretendentem do tronu – zauważył Faered. – Nie wiem czy to dla nas dobrze. Jest bystry. Nie to co ten dureń, denat.

– Musimy być pewni, że ani on, ani król nie wejdą nam w drogę – powiedział Siwuch –  Garusa bierzemy na siebie…

– Mamy najlepsze trucizny, niemożliwe do wykrycia – zaręczał oferent.

Siwuch rozejrzał się podejrzliwie, sprawdzając czy nikt ich nie podsłuchuje.

– Bądź pewny, że wynagrodzimy cię sowicie – zapewnił, po czym rozeszli się po sali.

ODCINAM

 

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach góry jako wilkołak, a potomkowi wielkiego Ma’annem Tailu groziła indoktrynacja. 

– Dziewczynie dam rady pomóc – oznajmił Tael. – Z tobą jednak Skegdorze będzie problem. – zasępił się mag.

– Czemu?

– Klątwa wężołactwa, cóż... ma inne podłoże magiczne. Jestem w stanie opóźnić trawiącą twoje ciało klątwę, ale bez inkantacji i słów, które znają tylko Faered i Siwuch nie mogę nic zrobić.

– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Maymor i groźnie spojrzał w stronę byłego spiskowca. 

– Ile razy mam powtarzać, że nie chciałem was zabić! – protestował Skegdor.

– DOŚĆ! – warknął Garus. – Skegdorze... wiem, że nie chciałeś naszej śmierci i twa przynależność do Rady wynikała z przymusu, ale na jasnego Gafrena, z łaski swojej... Czy moglibyście choć raz posłuchać?! 

– Wiesz może Garusie, gdzie twoja uczennica? – spytał Tael.

– Kiedy ostatni raz ją widziałem, uciekła głębiej w Wilczą Górę.

– To niedobrze, bardzo niedobrze – powtórzył pustelnik. – Wewnątrz oprócz portali, kryją się także Wendigo. 

– Wendigo? – odparł z niedowierzaniem Maymor. – Przecież jednego już pokonaliśmy.

– Tak, ale one występują tu naturalnie. I nie są potworami z innego wymiaru, choć ich pochodzenie by to wykluczało. 

Nagle Skegdor chwycił się za serce. Czuł jakby miało mu zaraz wystrzelić z piersi. Poczuł podmuch energii. 

Ukazał mu się mężczyzna i droga. Ów człowiek jechał jakąś dziwną maszyną, gdy obok okna coś mu przefrunęło. Miało jasne, przypominające czerwone reflektory od roweru i duże, rozpięte na  całą szerokość skrzydła. Kierowca przyśpieszył i znalazł się na końcu drogi. Był bezpieczny.

– Skegdor? – powiedział Garus, zaniepokojony. – Co widziałeś?

– Człowiek... Człowiek... – mamrotał w malignie.

– Taelu, co mu jest?

– Garusie, on zobaczył coś, czego nawet ja nie potrafię wyjaśnić. Wszyscy to zobaczyliśmy.

– Wizja? Ale czego? – wtrącił Maymor.

– Te potwory... Święto Dwóch Księżyców!!! – wrzasnął Garus. – Wszystkie światy przetną się w jednym punkcie!

– Musimy odnaleźć twoją uczennicę, a Skegdorowi podać lekarstwo i opóźnić klątwę – rzucił Tael. – Chyba wiem, gdzie jej szukać...

 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach góry jako wilkołak, a potomkowi wielkiego Ma’annem Tailu groziła indoktrynacja. 

– Dziewczynie dam rady pomóc – oznajmił Tael. – Z tobą jednak Skegdorze będzie problem. – zasępił się mag.

– Czemu?

– Klątwa wężołactwa, cóż... ma inne podłoże magiczne. Jestem w stanie opóźnić trawiącą twoje ciało klątwę, ale bez inkantacji i słów, które znają tylko Faered i Siwuch nie mogę nic zrobić.

– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Maymor i groźnie spojrzał w stronę byłego spiskowca. 

– Ile razy mam powtarzać, że nie chciałem was zabić! – protestował Skegdor.

– DOŚĆ! – warknął Garus. – Skegdorze... wiem, że nie chciałeś naszej śmierci i twa przynależność do Rady wynikała z przymusu, ale na jasnego Gafrena, z łaski swojej... Czy moglibyście choć raz posłuchać?! 

– Wiesz może Garusie, gdzie twoja uczennica? – spytał Tael.

– Kiedy ostatni raz ją widziałem, uciekła głębiej w Wilczą Górę.

– To niedobrze, bardzo niedobrze – powtórzył pustelnik. – Wewnątrz oprócz portali, kryją się także Wendigo. 

– Wendigo? – odparł z niedowierzaniem Maymor. – Przecież jednego już pokonaliśmy.

– Tak, ale one występują tu naturalnie. I nie są potworami z innego wymiaru, choć ich pochodzenie by to wykluczało. 

Nagle Skegdor chwycił się za serce. Czuł jakby miało mu zaraz wystrzelić z piersi. Poczuł podmuch energii. 

Ukazał mu się mężczyzna i droga. Ów człowiek jechał jakąś dziwną maszyną, gdy obok okna coś mu przefrunęło. Miało jasne, przypominające czerwone reflektory od roweru i duże, rozpięte na  całą szerokość skrzydła. Kierowca przyśpieszył i znalazł się na końcu drogi. Był bezpieczny.

– Skegdor? – powiedział Garus, zaniepokojony. – Co widziałeś?

– Człowiek... Człowiek... – mamrotał w malignie.

– Taelu, co mu jest?

– Garusie, on zobaczył coś, czego nawet ja nie potrafię wyjaśnić. Wszyscy to zobaczyliśmy.

– Wizja? Ale czego? – wtrącił Maymor.

– Te potwory... Święto Dwóch Księżyców!!! – wrzasnął Garus. – Wszystkie światy przetną się w jednym punkcie!

– Musimy odnaleźć twoją uczennicę, a Skegdorowi podać lekarstwo i opóźnić klątwę – rzucił Tael. – Chyba wiem, gdzie jej szukać...

Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni, gestem ręki, utworzył  obraz pokazujący wilkołaka zabijającego jednego Wendigo po drugim.

– Wygląda na to, że Twoja uczennica radzi sobie całkiem dobrze, Garusie – stwierdził rozbawiony – ale na poważnie: To jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć.

Garus i Maymor wstali z siedzeń i chcieli zabierać postawiony obok ekwipunek, lecz eremita zatrzymał ich:

– Spokojnie! Nie dobiegniemy tam na czas.

– Musimy ją ratować – oponował Garus.

– Widziałem, że Skegdor poznał już te sztukę, jaką zaraz wam pokarzę. Uważajcie!

Wokół zgromadzonych utworzył się krąg. Energia zdawała się wibrować, przeszywając ich ciała. Po chwili nastąpiła kulminacja i czterej mężczyźni znaleźli się nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo

OFF

 

Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni, gestem ręki, utworzył  obraz pokazujący wilkołaka zabijającego jednego Wendigo po drugim. → Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni (-,) gestem ręki utworzył obraz (+,) pokazujący wilkołaka (+,) zabijającego jednego Wendigo po drugim. 

 

– Wygląda na to, że Twoja uczennica radzi sobie całkiem dobrze, Garusie – stwierdził rozbawiony – ale na poważnie: To jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć.  →  [...] ale na poważnie - to jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć. 

Wydaje mi się, że lepsza byłaby pauza niż dwukropek.

 

– Widziałem, że Skegdor poznał już te sztukę, jaką zaraz wam pokarzę. Uważajcie! → Literówka: pokarzę → pokażę.

 

[...] nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo → Brakuje kropki: [...] nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo.

 

Poprawiłem błędy.

 

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach góry jako wilkołak, a potomkowi wielkiego Ma’annem Tailu groziła indoktrynacja. 

– Dziewczynie dam rady pomóc – oznajmił Tael. – Z tobą jednak Skegdorze będzie problem. – zasępił się mag.

– Czemu?

– Klątwa wężołactwa, cóż... ma inne podłoże magiczne. Jestem w stanie opóźnić trawiącą twoje ciało klątwę, ale bez inkantacji i słów, które znają tylko Faered i Siwuch nie mogę nic zrobić.

– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Maymor i groźnie spojrzał w stronę byłego spiskowca. 

– Ile razy mam powtarzać, że nie chciałem was zabić! – protestował Skegdor.

– DOŚĆ! – warknął Garus. – Skegdorze... wiem, że nie chciałeś naszej śmierci i twa przynależność do Rady wynikała z przymusu, ale na jasnego Gafrena, z łaski swojej... Czy moglibyście choć raz posłuchać?! 

– Wiesz może Garusie, gdzie twoja uczennica? – spytał Tael.

– Kiedy ostatni raz ją widziałem, uciekła głębiej w Wilczą Górę.

– To niedobrze, bardzo niedobrze – powtórzył pustelnik. – Wewnątrz oprócz portali, kryją się także Wendigo. 

– Wendigo? – odparł z niedowierzaniem Maymor. – Przecież jednego już pokonaliśmy.

– Tak, ale one występują tu naturalnie. I nie są potworami z innego wymiaru, choć ich pochodzenie by to wykluczało. 

Nagle Skegdor chwycił się za serce. Czuł jakby miało mu zaraz wystrzelić z piersi. Poczuł podmuch energii. 

Ukazał mu się mężczyzna i droga. Ów człowiek jechał jakąś dziwną maszyną, gdy obok okna coś mu przefrunęło. Miało jasne, przypominające czerwone reflektory od roweru i duże, rozpięte na  całą szerokość skrzydła. Kierowca przyśpieszył i znalazł się na końcu drogi. Był bezpieczny.

– Skegdor? – powiedział Garus, zaniepokojony. – Co widziałeś?

– Człowiek... Człowiek... – mamrotał w malignie.

– Taelu, co mu jest?

– Garusie, on zobaczył coś, czego nawet ja nie potrafię wyjaśnić. Wszyscy to zobaczyliśmy.

– Wizja? Ale czego? – wtrącił Maymor.

– Te potwory... Święto Dwóch Księżyców!!! – wrzasnął Garus. – Wszystkie światy przetną się w jednym punkcie!

– Musimy odnaleźć twoją uczennicę, a Skegdorowi podać lekarstwo i opóźnić klątwę – rzucił Tael. – Chyba wiem, gdzie jej szukać...

Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni, gestem ręki utworzył  obraz, pokazujący wilkołaka, zabijającego jednego Wendigo po drugim.

– Wygląda na to, że Twoja uczennica radzi sobie całkiem dobrze, Garusie – stwierdził rozbawiony – ale na poważnie – to jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć.

Garus i Maymor wstali z siedzeń i chcieli zabierać postawiony obok ekwipunek, lecz eremita zatrzymał ich:

– Spokojnie! Nie dobiegniemy tam na czas.

– Musimy ją ratować – oponował Garus.

– Widziałem, że Skegdor poznał już te sztukę, jaką zaraz wam pokażę. Uważajcie!

Wokół zgromadzonych utworzył się krąg. Energia zdawała się wibrować, przeszywając ich ciała. Po chwili nastąpiła kulminacja i czterej mężczyźni znaleźli się nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo.

– Co teraz? – spytał cicho Skegdor.

– Może zmienisz się w węża? – dodał złośliwie Maymor.

– Zamknijcie się obaj! – warknął Garus, czym zwrócił na siebie uwagę przemienionej Amal’Nyi. Ta zaś zawyła głęboko, ukazując majestatyczny arsenał ostrych kłów gotowych, aby rozszarpać swe nowe ofiary.

– Musimy zwabić ją w pułapkę! – powiedział głośno Tael i zaczął uciekać, pociągając za sobą resztę magów. 

Korytarze ciągnęły się niczym makaron, a im bardziej uciekali w głąb kompleksu jaskiń, wilkołak opadał z sił. Gdy w końcu dotarli, magiczny, złoty krąg otoczył uczennicę Garusa, a jasnopomarańczowy blask rozświetlił ciemne miejsce. Coś syknęło, a Tael poczuł magiczny podmuch. Znalazł się w dziwnym miejscu. Rozpoznał w nim dziewczynę i jej ojca, którego niegdyś przeklął.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

OFF – Dzięki za poprawki.

 

Tael rozsiadł się na taborecie, czekając aż jego przyjaciele wejdą do środka. Kiedyś uczył Garusa prostych sztuczek magicznych, nieraz tracąc cierpliwość. Na szczęście jego dawny uczeń był teraz potężnym magiem. 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach góry jako wilkołak, a potomkowi wielkiego Ma’annem Tailu groziła indoktrynacja. 

– Dziewczynie dam rady pomóc – oznajmił Tael. – Z tobą jednak Skegdorze będzie problem. – zasępił się mag.

– Czemu?

– Klątwa wężołactwa, cóż... ma inne podłoże magiczne. Jestem w stanie opóźnić trawiącą twoje ciało klątwę, ale bez inkantacji i słów, które znają tylko Faered i Siwuch nie mogę nic zrobić.

– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Maymor i groźnie spojrzał w stronę byłego spiskowca. 

– Ile razy mam powtarzać, że nie chciałem was zabić! – protestował Skegdor.

– DOŚĆ! – warknął Garus. – Skegdorze... wiem, że nie chciałeś naszej śmierci i twa przynależność do Rady wynikała z przymusu, ale na jasnego Gafrena, z łaski swojej... Czy moglibyście choć raz posłuchać?! 

– Wiesz może Garusie, gdzie twoja uczennica? – spytał Tael.

– Kiedy ostatni raz ją widziałem, uciekła głębiej w Wilczą Górę.

– To niedobrze, bardzo niedobrze – powtórzył pustelnik. – Wewnątrz oprócz portali, kryją się także Wendigo. 

– Wendigo? – odparł z niedowierzaniem Maymor. – Przecież jednego już pokonaliśmy.

– Tak, ale one występują tu naturalnie. I nie są potworami z innego wymiaru, choć ich pochodzenie by to wykluczało. 

Nagle Skegdor chwycił się za serce. Czuł jakby miało mu zaraz wystrzelić z piersi. Poczuł podmuch energii. 

Ukazał mu się mężczyzna i droga. Ów człowiek jechał jakąś dziwną maszyną, gdy obok okna coś mu przefrunęło. Miało jasne, przypominające czerwone reflektory od roweru i duże, rozpięte na  całą szerokość skrzydła. Kierowca przyśpieszył i znalazł się na końcu drogi. Był bezpieczny.

– Skegdor? – powiedział Garus, zaniepokojony. – Co widziałeś?

– Człowiek... Człowiek... – mamrotał w malignie.

– Taelu, co mu jest?

– Garusie, on zobaczył coś, czego nawet ja nie potrafię wyjaśnić. Wszyscy to zobaczyliśmy.

– Wizja? Ale czego? – wtrącił Maymor.

– Te potwory... Święto Dwóch Księżyców!!! – wrzasnął Garus. – Wszystkie światy przetną się w jednym punkcie!

– Musimy odnaleźć twoją uczennicę, a Skegdorowi podać lekarstwo i opóźnić klątwę – rzucił Tael. – Chyba wiem, gdzie jej szukać...

Wlał oliwy do miski z wodą, a na jej powierzchni, gestem ręki utworzył  obraz, pokazujący wilkołaka, zabijającego jednego Wendigo po drugim.

– Wygląda na to, że Twoja uczennica radzi sobie całkiem dobrze, Garusie – stwierdził rozbawiony – ale na poważnie – to jest wejście do labiryntu z portalami. Jeśli nie pospieszymy tam od razu, będzie ciężko ją znaleźć.

Garus i Maymor wstali z siedzeń i chcieli zabierać postawiony obok ekwipunek, lecz eremita zatrzymał ich:

– Spokojnie! Nie dobiegniemy tam na czas.

– Musimy ją ratować – oponował Garus.

– Widziałem, że Skegdor poznał już te sztukę, jaką zaraz wam pokażę. Uważajcie!

Wokół zgromadzonych utworzył się krąg. Energia zdawała się wibrować, przeszywając ich ciała. Po chwili nastąpiła kulminacja i czterej mężczyźni znaleźli się nieopodal wilkołaka rozszarpującego ostatniego z Wendigo.

– Co teraz? – spytał cicho Skegdor.

– Może zmienisz się w węża? – dodał złośliwie Maymor.

– Zamknijcie się obaj! – warknął Garus, czym zwrócił na siebie uwagę przemienionej Amal’Nyi. Ta zaś zawyła głęboko, ukazując majestatyczny arsenał ostrych kłów gotowych, aby rozszarpać swe nowe ofiary.

– Musimy zwabić ją w pułapkę! – powiedział głośno Tael i zaczął uciekać, pociągając za sobą resztę magów. 

Korytarze ciągnęły się niczym makaron, a im bardziej uciekali w głąb kompleksu jaskiń, wilkołak opadał z sił. Gdy w końcu dotarli, magiczny, złoty krąg otoczył uczennicę Garusa, a jasnopomarańczowy blask rozświetlił ciemne miejsce. Coś syknęło, a Tael poczuł magiczny podmuch. Znalazł się w dziwnym miejscu. Rozpoznał w nim dziewczynę i jej ojca, którego niegdyś przeklął.

To był jedyny raz, gdy zniżył się do tak ordynarnej magii i wszystko wskazywało na to, że za chwilę poniesie konsekwencje tego czynu.  Wtedy myślał, że wybiera mniejsze zło, lecz jak to ocenić, nie znając przyszłości? Między innymi dlatego skazał się na żywot eremity. Czuł wielkie wyrzuty sumienia. Rozumiał, że to przez niego, ta biedna rodzina tak strasznie cierpi.

Jego świadomość na powrót znalazła się w pobliżu towarzyszących mu magów i wilkołaka. Skowyt bestii nie przypominał psiego. Było w nim coś melancholijnego. Oczy przejawiały ludzką inteligencję, lecz zapanować nad zaczarowanym ciałem, było trudno.

Zebrani magowie skupili wszystkie swe moce psychiczne, by przejąć nad nim kontrolę. Stwór padł na ziemię, niczym skrępowany niewidzialnym powrozem.

 

 

Rozdział III

 

Piękna kobieta spacerowała w południowym słońcu, po łące pełnej aromatycznych ziół. W jednej ręce trzymała kosz wypełniony kwiatami rumianku i dziurawca, drugą zaś, bawiła się swoim długim, blond warkoczem. 

Dawniej była uznawana za najzdolniejszą uzdrowicielkę. Potrafiła pomóc nawet w przypadkach uznawanych za nieuleczalne, a po jej rady przybywali potrzebujący z najdalszych zakątków świata. Słynęła z magii, jaka była niedostępna dla czarnoksiężników. Uzdrawiała mocą miłości.

Przed jej oczami zaczęła się materializować postać leżącego, wielkiego wilka, otoczonego przez czterech magów.

– Witaj Jokasto! – zaczął najstarszy z nich.

– Witajcie – odpowiedziała – Widzę, że macie jakąś sprawę – odgadła, spoglądając na zwierza.

– Zgadza się. Musimy odczarować tą biedną dziewczynę. W przeciwnym wypadku pozostanie w tej postaci na zawsze – wyjaśnił Tael.

Jokasta bez zbędnych słów, podeszła do wilka i zagłębiła się w jego oczach. Spojrzenie czarodziejki budziło wielkie zaufanie i uspokajało nawet najdziksze zwierzęta. Wilk równie głęboko wpatrywał się nią, aż po pysku pociekła mu łza. Jokasta obtarła ją palcem i pogłaskała zwierzaka po nosie.  W tej chwili Amal’Nya zaczęła przybierać swoją dawną postać.

– To niesamowite – stwierdził podekscytowany Maymor – ta magia jest naprawdę potężna. My w kilku, nie byliśmy w stanie zrobić tego, co ty sama, praktycznie bez wysiłku.

– Jokasta uśmiechnęła się sympatycznie, uradowana pochlebstwem:

– Nic nie jest potężniejsze od miłości.

– W  ogóle, jak to możliwe, że ty żyjesz? – zapytał Garus.

Uzdrowicielka spojrzała na Taela, który wyręczył ją przy odpowiedzi:

– Wielu rzeczy nie wiecie, o możliwościach portali. Właściwie to czeka nas dzisiaj jeszcze jedno ciekawe spotkanie. Będziecie w szoku. Zaręczam.

W tej chwili Amal’Nya zaczęła się podnosić z ziemi, a kiedy zobaczyła, że jest naga, zakryła się rękami. 

– Nie martw się – uspokoiła czarodziejka. Zaraz znajdziemy jakąś ładną suknię dla ciebie.

Wokół naszej drużyny pojawił się znajomy krąg, przeszywający ciała wibrującą energią i po chwili wszyscy znaleźli się w bardzo gustownym domu, wydrążonym niczym jaskinia, w przybrzeżnej skarpie. Z okien rozciągał się piękny widok na wodospad wpadający do laguny. Podzwrotnikowy klimat i widok delfinów skaczących w toni wskazywał na to, że znajdują się daleko od łąki, gdzie Amal’Nya doznała przemiany.

– Zabieram koleżankę do garderoby. Babskie sprawy – uśmiechnęła się Jokasta – Za to na was czeka ktoś w salonie, wskazała na największe pomieszczenie, do którego prowadził korytarz ozdobiony płaskorzeźbami.

Garus i Maymor spojrzeli na siebie, zdziwieni. Zastanawiali się, kto mógł wiedzieć o ich przybyciu.  Tael, widząc to, z trudem powstrzymał śmiech. 

– Chodźcie – ponaglił towarzyszy ruchem ręki.

W eleganckim pokoju, na skórzanym fotelu, siedział mężczyzna w średnim wieku, zatopiony w lekturze jakiejś grubej księgi, którą odłożył, widząc przybyłych gości i wstał by ich przywitać. Uścisnął dłoń wszystkim, począwszy od najstarszego i nie puszczając ręki Garusa, zapytał:

– Poznajesz mnie?

– A powinienem? – odpowiedział wymijająco najmłodszy z magów.

– Na ich oczach, twarz czarodzieja pokryła się zmarszczkami i cała postać przybrała wygląd starca.

– Ma’annem Tailu! – Wykrzyknął uradowany Garus. 

– Mam ci tak wiele do powiedzenia... – westchnął wyraźnie wzruszony mentor, ściskając ucznia – Ale to później.

Następnie zwrócił się do pozostałych przyjaciół:

– Pewnie jesteście głodni? Co powiecie na coś smacznego? Musimy uczcić nasze spotkanie!

Wszyscy zgromadzeni jednogłośnie przystali na propozycję gospodarza, a do pomieszczenia weszły dwie urocze dziewczyny, niosące tace z mięsiwem i rozmaitymi przekąskami. Nie zabrakło też kilku rodzajów win, oraz piwa.

– Zapraszam na taras. Przy szumie wody łatwiej się zrelaksować – zaproponował gospodarz, ponownie przybierając młodszą postać.

Nim zdążyli zasiąść do stołu, dołączyły do nich Jokasta i Amal’Nya, która wyglądała pięknie w podarowanej sukni. Kto by przypuszczał, ze jeszcze przed chwilą miała sierść i kły?

Panowie spojrzeli z ożywieniem da obie niewiasty. Również dziewczyny, które przyniosły wiktuały, przyłączyły się do uczty.

– Poznajcie nasze córki!  Nela i Joni – Przedstawił Ma’annem Tailu.

– Jak to... Córki? – zdziwił się Garus – To wy...?

Rozweselony mentor spojrzał  na Jokastę, po czym stwierdził, wyraźnie rozmarzony:

– Są takie mądre... Nie wiem co bym bez nich zrobił. 

Nagle gospodyni wydała się czymś zaangażowana.

– Przepraszam was na chwilę – powiedziała, wstając od stołu i pospieszyła do swojej komnaty, gdzie w magicznym lustrze, widniała twarz królowej Visy.

– Co się stało, kochana? – zapytała czarodziejka.

– Niedobrze. Mój mąż jest umierający. Medycy rozkładają ręce. W tobie jedyna nadzieja.

Jokasta otoczyła się kręgiem energii i po chwili stała u wezgłowia łóżka, na którym leżał trupio blady król Valus. Roztarła dłonie i przyłożyła je do podeszew chorego. Na jego policzkach pojawił się nieznaczny rumieniec. Całe ciało wyglądało na coraz bardziej rozgrzane. Uzdrowicielka koncentrowała się usilnie na wyciągnięciu choroby przez stopy. Twarz władcy coraz wyraźniej się rozpalała, a podeszwy przybrały czarnego koloru, co wskazywało na pozytywny efekt kuracji.

– Co mu jest? – spytała Visa

– Choroba wychodzi z niego.

– Syna już straciłam – wyjąkała zrozpaczona królowa, chowając twarz w dłonie.

– Przysięgam, że odratuję twojego męża – zapewniła Jokasta.

– Ktoś chce zniszczyć nasz ród…

OFF

Zaaktualizowałem opowiadanie. Jeżeli zaś chodzi o trzeci rozdział, wydaje mi się, że powinniśmy go kontynuować w nowym wątku i powiadomić pozostałych.

 

OFF 2

Przeniosłem rozdział trzeci do nowego wątku w Hyde Parku. Ustawiłem też przypomnienie.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Wszystko ok. Tylko można jeszcze dodać ostatni fragment, który napisałem w tym samym poście, co początek rozdziału III.

 

wink

To jest końcówka rozdziału II

Tamten wątek powinien się rozpoczynać od słów “Rozdział III”, a w tym wątku, na górze, w podsumowaniu brakuje zakończenia, które zacytowałeś w swoim poprzednim poście.

 

Wydaje mi się, że pasowałby bardziej jako koniec Rozdziału II, aniżeli wstęp do właściwego Rozdziału III.

 

Tak właśnie jest. To koniec rozdziału II i w tym samym poście rozpocząłem rozdział III.  Gdyby ten wcześniejszy fragment miał być oddzielny od rozdziału Ii,  zrobiłbym odstęp.

OFF 

@Trickster – Gotowe. Poprawiłem.

 

OFF 2

Podobno jest limit dotyczący ilości znaków jaki można umieścić w komentarzu. Spróbuję jeszcze raz.

 

OFF 3

Usunę część moich komentarzy. Może to coś da.

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

W nowym wątku jest ok, ale tutaj w poście zbiorczym brakuje fragmentów od: 

 

Chatka była zaklęta magicznie. Pozostałe trzy stołki przywołał gestem pustelnik, a Garus wraz ze Skegdorem i Maymorem mogli spocząć. Amal’Nya nadal gdzieś błąkała się po czeluściach

 

aż do zdania:

 

Zebrani magowie skupili wszystkie swe moce psychiczne, by przejąć nad nim kontrolę. Stwór padł na ziemię, niczym skrępowany niewidzialnym powrozem. (koniec rozdziału)

 

 

 

Coś ucięło tekst. (sorki za problem ;)

 

 

 

OFF 

@Trickster – Rozdział II przeniosłem do nowego wątku. Prawdopodobnie przekroczony został limit znaków, dlatego nie pozwala wkleić pozostałej końcówki. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Nowa Fantastyka