- Hydepark: Polskie filmy science fiction

Hydepark:

filmy i seriale

Polskie filmy science fiction

Cześć!

 

Chcę odświeżyć trochę temat polskich filmów SF. Niby ostatnio dużo się o tym mówiło w sieci po premierze krótkich filmów Bagińskiego z serii "Legendy polskie", jednak dalej było mi tego mało. Cały czas powszechne jest przekonanie, że filmy SF w Polsce nigdy nie powstawały (poza paroma wyjątkami) oraz, że nie kręci się ich obecnie. Co jest kompletną bzdurą.

Napisałem więc 7-częściowy cykl artykułów "Czy polscy reżyserzy śnią o filmach science fiction?", którego dwie pierwsze części można przeczytać w poniższych linkach:

http://film.org.pl/a/artykul/czy-polscy-rezyserzy-snia-o-filmach-sci-fi-czesc-1-76415/

http://film.org.pl/a/artykul/czy-polscy-rezyserzy-snia-o-filmach-sci-fi-czesc-2-76417/

(Tu mam nadzieję, że nie zostanie to potraktowane jako szpetna reklama).

Kolejna część dotycząca filmów z lat 70. w ten weekend, a następne w przyszłych tygodniach. Wszystkich zainteresowanych kinem SF zapraszam do śledzenia i do dyskusji w komentarzach.

Ciekaw jestem, co myślicie o historii naszych filmów sci-fi, czy znacie jakieś współczesne i czy uważacie, że da się dziś w Polsce wyprodukować pełnometrażowy film SF, jak jeszcze niedawno robili to Machulski, Piestrak i Szulkin. Ciekawi mnie także, co sądzicie o tym, że Fandom nieszczególnie interesuje się kinem (może się mylę?), a kino Fandomem. Może gdyby nasi pisarze zainteresowali się tematem filmów i zaczęli pisać scenariusze, wyszłoby coś interesującego? W końcu dzisiaj naprawdę niewiele potrzeba, żeby nakręcić film SF – wielu niezależnych filmowców robi krótkie metraże z budżetami max kilkudziesięciu tysięcy złotych, na zachodzie powstają takie produkcje jak “Maszyna” (2013, budżet 1,5 mln USD), czy “Ex machina” (2015, 15 mln USD). Nasi operatorzy trzaskają w Hollywood najlepsze filmy. Hej, ostatnio powstał nawet polsko-amerykański film “Embers”, który nakręcono za kilkadziesiąt tys. USD i już zbiera pozytywne opinie w Stanach. Można. Jest to próg, przez który moglibyśmy spokojnie przejść (”Hiszpanka” – 6,5 mln USD), gdyby znaleźli się chętni do działania i koproducenci. I ludzie, którzy zaczną promować te filmy, które już powstają.

 

Komentarze

obserwuj

“Primer” w 2004 kosztował ledwie $7000, a zarobił pół miliona. W takich niskobudżetówkach z pomysłem Polska miałaby szanse, bo widzom kina niszowego nie przeszkadza tak bardzo, że muszą czytać napisy. W skali wyższych budżetów może chodzić o politykę, bo (nie znam się, ale się wypowiem) chyba największymi budżetami operują Ministerstwo Kultury i inne przyrządowe instytucje. Kiedy swoje najważniejsze filmy robił Szulkin, komercyjne kino w Polsce nie istniało, decydowały inne czynniki. Obecnie albo film musi przynieść zysk, a wysokobudżetowy film celowany wyłącznie w polski rynek się nie zwróci, nie mówiąc już jakie to ryzykowne przedsięwzięcie; albo dorzuci coś państwo, a wtedy to on musi być zgodny z obecną polityką. W sumie, jakby ktoś teraz chciał nakręcić historical fiction o Polakach którzy wychodzą cało z Kampanii Wrześniowej, a potem z zarekwirowanymi niemieckimi czołgami uderzają na Moskwę, to by nawet mogło przejść.

Racja, "Primer" to świetny przykład. Polski Instytut Sztuki Filmowej finansuje rozrywkę niechętnie, chociaż kiedy chodzi o ważne projekty mogące wypromować kraj za granicą, zdarza im się sypnąć groszem, jak w przypadku "Kongresu" albo nowego "Wiedźmina". Ale dalej jednak są to grosze. Ciekaw jestem, jak to będzie wyglądać teraz po zmianie władzy, ale patrząc na zwiastun "Smoleńska" nie spodziewam się niczego dobrego. Pewnie wspomniana przez Ciebie wizja alternatywna znalazłaby poparcie. Ale słusznie, bardziej realne jest u nas produkowanie niskobudżetówek jak "Embers" czy właśnie "Primer". Tak chyba jest najlepiej, na początek.

Ostatnio stałem się fanem tego typu niskobudżetowych, niezależnych filmów SF i nieodmiennie podczas oglądania czuję ukłucie bólu, że przecież na coś takiego byłoby nas stać. Ale w takim kinie koniecznym punktem wyjścia jest dobry scenariusz (czy też, jeszcze wcześniej, dobry pomysł). I teraz – może faktycznie, gdyby jakiś fantasta się za to wziął... W końcu taki George Martin pracował przy scenariuszach telewizyjnych, Neil Gaiman, jeśli się nie mylę, również...

ALE z drugiej strony, patrząc na polskie filmy, które faktycznie są produkowane, odnoszę wrażenie, że ze scenariuszami w Polsce jest jakaś przeraźliwa bieda. Już nawet pomijając wszystkie filmy, które są zwyczajnie marne, to nawet w tych lepszych dialogi brzmią zwykle bardzo nieżyciowo/teatralnie, a fabuły nawet takich “postępowych” dzieł jak produkowany przez HBO serial “Pakt” są odgrzewaniem wciąż tych samych kotletów. W przypadku “Paktu”: OK, ładne zdjęcia, ale ile razy można oglądać dziennikarza odkrywającego niecne interesy na najwyższych szczeblach władzy? A dodajmy do tego, że sami nawet tego nie mogliśmy napisać, bo serial jest remakiem produkcji bodaj duńskiej (czy jakoś tak).

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Tą marnością można zagrać, zwłaszcza w TV. Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy taki pomysł, żeby połączyć kilka już gotowych formuł: popularny ostatnio (okrutnie tandetny) format paradokumentu (”Policjanci i policjantki”, “Dlaczego ja?”, “Detektywi”) doskonale nadawałby się do formuły “Z archiwum X”. Mamy z resztą dowód na to, że to działa – nieszczęsne “Nie do wiary” leciało na TVN przez kilkanaście lat! Na obecnej fali paradokumentów, bez prowadzącego a z niby-fabułami to by się dało uciągnąć. Marne efekty da się zamaskować trzęsącą się kamerą z ręki, wystarczy jedno w miarę wiarygodne ujęcie na odcinek, a i to nie każdy. Z tym pomysłem można zrobić sporo – pójść w komedię, albo bardziej klasyczny kryminał-horror z potworem tygodnia. Miejsce akcji też nie musi być współczesne. Dajmy na to, kamera podąża za wyprawą wojów w poszukiwaniu bazyliszka, bo czemu nie? Czy to by było ambitne? Nie, ale może oswoiłoby publikę, a co najważniejsze, przekonało ludzi od budżetu że fantastykę da się w Polsce robić. Przy okazji mogłoby być sporo śmiechu :)

PBDH, taki pomysł nawet powstał parę lat temu, miało to iść do jednej stacji, ale póki co cisza. Coś takiego jednak, nawet jako parodia, podobnie slużyłoby filmom SF, jak Policjantki i Malanowscy służą polskiemu kryminałowi. O dziwo wyprodukowanie jednego odcinka tego typu docu dramy kosztuje kilkadziesiąt tysięcy... Za tę kwotę mamy już niezłą krótkometrażówkę, choć, co prawda, w naszym kraju niestety zarobi się na tym pierwszym. Diriad, co do polskiego kina masz poniekąd rację, z drugiej strony zdarzają nam się seriale dobre, jak Pitbull, czy nowy, wg mnie całkiem niezły, Bodo. Są ludzie, którzy potrafią pisać dobre rzeczy, tylko albo siedzą w niszy, albo piszą szajs dla kasy, albo robią w teledyskach i reklamach. Podobnie jest z filmowcami, bardzo wielu pracuje na codzień przy mainstreamowych produkcjach jako montażyści, specjaliści od efektów, a w wolnym czasie robią ciekawe rzeczy, głównie krótkie, mało znane, na festiwale jak EFHA w Bielawie. Wracając do pisarzy. Udało mi się wczoraj porozmawiać z Tomkiem Bagińskim (jego wypowiedzi użyję w ostatnich częściach cyklu), spytałem go, co sądzi o pisarzach SF biorących się za scenariusze i był bardzo sceptyczny. Z jednej strony zgadzam się z nim, że film i literatura to kompletnie dwa światy. Z drugiej strony, gdyby pojawił się znany autor ze świetnym scenariuszem miałby o wiele prościej, żeby dotrzeć do utalentowanych ludzi, a pieniądze zdobyć choćby poprzez koprodukcje, konkursy bądź crowdfunding. I nie mówię tu o projekcie za kilkanaście, kilkadziesiąt milionów, bo na to obecnie w Polsce pewnie nie ma szans. Ale za sto tysięcy, kameralna historia stawiająca na scenariusz i bohaterów, nie na efekty, miałaby rację bytu. Dlatego cieszą mnie zawsze takie inicjatywy, jak ta, którą na głównej zamieścił Beryl – o łódzkich studentach robiących 30 min film na podstawie Lema. Z pewnością nie będzie to hit, raczej ciekawostka, jeśli niczego nie spartolą. Ale spośród takich ludzi może kiedyś uda nam się stworzyć pewne środowisko filmowców fandomowych. Kto wie :)

Ten news o próbie adaptacji Lema bardzo mnie ucieszył :)

Co do ceny odcinka – kwota brzmi realnie, cena z pewnością nie odstaje od jednego krótkiego filmu. Po prostu serial ma większe szanse, bo pewnie szybciej się zwraca i nie jest jednorazowy (koszty utrzymania stałej ekipy vs. koszty zwerbowania firmy produkcyjnej do jednorazowego projektu). Może i masz rację, że niczemu by to nie służyło, choć nie opuszcza mnie myśl, że dałoby się to zrobić dobrze (zadowolić przeciętnego oglądacza, ale i ‘inteligentnego’ widza).

Dziwi mnie wypowiedź Bagińskiego co do pisarzy. Czytałem kiedyś artykuł, też akurat w kontekście telewizji, że wielu cenionych autorów młodego pokolenia dorabia pisząc scenariusze do Na Wspólnej. A więc dużym studiom produkcyjnym jakoś ich literacki dorobek nie przeszkadza.

Cóż, prędzej czy później taki serial powstanie, więc się przekonamy. Bagiński wypowiedział się oczywiście pełniej, wspomniał o wyjątkach jak G.R.R. Martin, ale widocznie dalej są to tylko wyjątki. Problem z autorami takich seriali jak Na wspólnej, czy paradokumentów jest taki, że nawet jeśli mają talent, z czasem się on po prostu degraduje i często tacy pisarze kończą tylko na tym. Jest stały dochód, całkiem niezły, więc po co iść dalej? Moim zdaniem właśnie takie produkcje są nowotworem polskiego filmu. Minie pewnie jeszcze trochę czasu nim stacje i producenci zrozumieją, że pieniądze mogą iść w parze także z jakością produktów. I choć pewnie moda na takie rzeczy będzie dalej trwać przez parę lat, przyjdzie czas, kiedy nawet gosposiom się to znudzi, oglądalność spadnie i będzie trzeba zacząć szukać czegoś nowego. Znając życie, pewnie będzie to jednak kolejna tania chała wykorzystująca z pozoru nowy format.

Interesuję się w umiarkowanym stopniu amerykańskim rynkiem telewizji i tam jedno nie wyklucza drugiego. Tzw “daytime soap” do którego wg ichniej kategorii podchodzi nieszczęsne "Na Wspólnej” nie gryzie się nawet z wysokiej jakości “telenowelą” wieczorną (to że u nas “Na Wspólnej” leci wieczorami jest chyba symptomem większego problemu). Telewizję z pewnością gryzie ten sam problem co i film – mały zasięg=mała oglądalność=mała kasa za reklamy. Liczba stacji rosnąca jak grzyby po deszczu nie pomaga. W USA oglądalność ledwie akceptowalna w latach 90. dziś wystarcza żeby coś było mianem hitu. Ludzie uciekli do Netfliksa i stacji premium, jak HBO, które zarabiają na abonamencie. Jeśli mam zaszczepiony jakiś patriotyzm, to chyba właśnie na tej zasadzie, że fajnie byłoby, aby w mojej okolicy powstawały fajne rzeczy, które jestem w stanie z czystym sumieniem oglądać, bez brania poprawki “słabe, no ale w końcu polskie, czego się spodziewać”. Wypracowany przez kilkadziesiąt lat i dość czytelnie sformalizowany model amerykański daje telewizyjnym produkcjom znacznie lepsze szanse na zarobek, ale to dzięki zasięgowi języka i przyzwyczajeniu nie-angielskich odbiorców do oglądania produkcji z tłumaczeniem. Nie dość, że mają większy kraj, to jeszcze sprzedają produkt na cały świat (nawet gniot, który już wiadomo że się nie przyjął nieraz trafia na polskie ekrany, żeby wydusić z niego parę groszy). Każdy serial, który liczy sobie co najmniej 100 odcinków może zostać sprzedany biedniejszym stacjom, kiedy jego oryginalne życie dobiegnie końca. Znowu kasa. W takich realiach można sobie pozwolić na jebnięcie czymś większym. Przed “Mad Men” i “Breaking Bad” nikt nawet nie spojrzał na AMC, a teraz ta stacyjka produkuje wysokobudżetowe seriale z mniejszym i większym sukcesem. Ale może sobie na to pozwolić.

Racja, wszystko, co piszesz to prawda. Sądzę, że nie ma co nawet porównywać naszego rynku i amerykańskiego. Póki co staramy się dalej znaleźć swoje miejsce w Europie. W krajach anglojęzycznych rocznie powstają dziesiątki, jak nie setki, niezależnych filmów sci-fi, które później zdobywają nagrody na licznych festiwalach fantastycznych i są świetną wyrzutnią dla późniejszych karier członków ekip w Hollywood. 

Jakiś rok temu np. w Stanach niezależny filmowiec Eli Sasich nakręcił 10-minutowy film “Atropa”. Pokład statku kosmicznego nie był budowany przez ekipę, tylko wynajęty, co zdecydowanie pozwoliło im na obniżenie kosztów (http://nofilmschool.com/2015/01/atropa-low-budget-sci-fi-short-cant-afford-miss).  U nas takich scenografii nie ma, dlatego niszowi filmowcy mają o wiele trudniejsze zadanie. Z odrobiną chęci i wyobraźni można jednak robić ciekawe rzeczy.

Kilka dni temu byłem na premierze polskiego 20-minutowego filmu SF pt. “Konstruktor”. Scenografia zdawałoby się prosta – zwykłe nowoczesne mieszkanie z widokiem na las. Jedyne efekty specjalne ograniczają się do hologramów. Ale film ogląda się dobrze, bo jest interesujący pomysł, może nieco przypominający Ex machinę, ale pociągający, bo w końcu polski i psychologiczny – Konstruktor tworzy sobie androidkę i chce się przekonać, czy da się z nią żyć jak z prawdziwą kobietą. (https://polakpotrafi.pl/projekt/konstruktor). Zabaw w kosmosie zresztą też u nas nie brakuje, choć są to głównie filmy animowane. W telewizji i kinie głównego nurtu jest mentalna bida, bo producentom chodzi o pieniądze, wydaje się, że w kinie niezależnym, crowdfundingowym, kwitnie masa świetnych pomysłów. Praca za darmo, dla idei i brak budżetów na scenografie i duże efekty niekiedy pobudzają wyobraźnie twórców. Dlatego jest dobrze. W podziemiu :)

 

Nowa Fantastyka