- Hydepark: Broń&Walka

Hydepark:

inne

Broń&Walka

Ha!

Przyznam, że nieco się zdziwiłem, że na forum żyjącym z pisania i opowiadań nie znalazłem tematu dotyczącego walki i broni, postanowiłem to naprawić :)

Mam kilka pytań  – jak opisujecie sceny walki? Czy dobieracie broń do bohatera? I jakie macie doświadczenia z tym tematem w ogóle.

 

Komentarze

obserwuj

Hmm. No dobra. Ja niestety jestem całkowicie nieobyty w militariach, tyleż tylko co z filmów (co w większości jest przereklamowane, jak choćby opisana w którymś wątku katana), bądź innych książek. Przyznać warto, iż dzięki książkom Feliksa W. Kresa liznąłem troszkę poważniejszej literatury, ponieważ jest to autora konik, więc zgaduję, że w tej kwesti przynajmniej wierzyć mu można (biolog z niego gorszy, ale to osobny temat można napisać). 

Co do już samego pytania autora tego tematu:

 

Mam swoje ulubione typy, które przewijają się w moich opowiadaniach. Na ten przykład fanem mieczy nie jestem. Wolę morgensztery, młoty bojowe, ogólnie broń obuchową. A styl walki na pewno nie taki, jak w Wiedźminie, gdzie jeden z mieczem robi miazgę z każdego. Ja preferowałbym walkę 1h broń + tarcza. 

Doświadczenia nie mam żadnego, choć do szkoły szermierki chętnie bym pouczęszczał.

 

Co do samych opisów, nie jestem Sapkowskim, więc flinty, dextery i insze nic mi nie mówią, także ja raczej wolę dynamiczne, szybkie opisy używając pospolitych słów.

Taki fajny temat a tu pusto. ;)

 

ZviRze, był tu nawet kiedyś konkurs na scenę walki (Konfrontacje czy jakoś tak się nazywał).

 

Co do moich tekstów – to na razie unikam tematu jak ognia, chociaż wisi nade mną i na pewno w końcu spadnie. Na razie moi bohaterowie radzą sobie w trudnych sytuacjach dyskretnie i kameralnie. ;)

Polecam książkę Zdzisława Żygulskiego “Broń w dawnej Polsce”. Kupiłam ją sobie tuż przed tym, jak zdecydowałam, że ulubionym światem moich opowiadań będą światy wzorowane na I poł. XIXw., a ta kończy się na opisie broni z XVIII w. ;) Ale dla wcześniejszych okresów może być bardzo pomocna.

Co do mojego okresu, czyli tej I poł. XIX w. to mam taki problem, że ówczesna broń palna była nie dość że głośna, to jeszcze mało celna. Więc nie zawsze mi pasuje. Obejrzałam ostatnio kilka dokumentów dotyczących broni dawnego Dalekiego Wschodu i wydaje mi się, że wreszcie znalazłam coś, na czym się mogę wzorować. 

Niewielkie, lekkie, skuteczne, ciche... ;)

 

Unikam scen walki jeszcze skuteczniej niż Ocha. U mnie nawet rycerze jednak rezygnują ze starcia ze smokiem...

Ale kiedyś trzeba będzie zmusić bohaterów do machania jakąś bronią.

Babska logika rządzi!

jakie macie doświadczenia z tym tematem w ogóle.

Duże. Jestem ninja! ;)

 

Co do kameralnych scen walki to Sapkowski powiedział w temacie niemal wszystko. Co do epickich starć... Cóż, tu zaczynają się schody. Przeważnie są za długie i mnie nudzą. 

Najwięcej frajdy często dają mi, dobrze napisane, pojedynki... słowne. Tu warto wymienić Martina i jego sagę lodu i ognia.

 

 

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

A tu mała ściągawka:

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Jeśli o mnie chodzi, to uważam się za pacyfistkę i walki nie lubię.

Dlatego sama się sobie czasem dziwię, że dryfuję z tego pokojowego kursu i często gdzieś coś się trafi. Jednak, powołując się w duchu na wskazane w pierwszym zdaniu poglądy, prześlizguję się po temacie walki. Jest, ale bez szczegółów.

I jak na razie trzymam się broni ręcznej, nie uznaję palnej. O ile walka na miecze/topory/co-tam coś w sobie ma, to wymiana ognia (zwłaszcza zza wszelkiej maści osłon) nie rusza mnie w żaden sposób.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mógłbyś podlinkować Sapkowskiego? Chętnie bym posłuchał, choć gościa nie trawię.

 

Ja nie wdaję się w szczegóły. Ktoś na kogoś skacze, ktoś jest szybszy niż najszybszy szybkoręki bandyta i po prostu wygrywa. Ech... Teraz znów uprościłem :P

Wszystko na dobrą sprawę zależy od bohatera. Jeśli wiadomo, że jest właśnie tym czwororękimnajszybszymznajszybszychbandytązmieczemimaczetą to spokojnie możesz walkę zawrzeć w kilku zdaniach. Będzie wiadomo, że jest dobry, że nie miał problemu. Natomiast jeśli jednak ma jakieś słabe punkty – a lepiej żeby miał – to uderzaj w nie ile wlezie. Co by nie miał za łatwo ;) To tyle ode mnie. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

@Pauelor – spokojnie, jak Sapek to pisał, to chyba też za bardzo nie wiedział o czym :D

 

Mi się podobają pojedynki w Fechmistrzu Pereza-Reverte, ale w wielu przypadkach tak się tego opisywać niestety nie da. 

 

Z opisywaniem walki szczegółowo jest w ogóle ten problem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że wie lepiej.

 

@ocha – jaką broń masz na myśli? 

//generic funny punchline

I jeszcze dwa słowa. Wiele, o ile nie wszystko, jeśli chodzi o wybór broni, zależy od świata, w jakim porusza się bohater. Ocha wspomniała o inspiracją konkretną epoką, więc szuka informacji z tej epoki. Moi wikingowie z natury rzeczy mają miecze i topory.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zvir, nie rozumiem. Uważasz, że nikt NIE MOŻE wiedzieć lepiej? Samemu jeśli wnikniesz w tekst możesz sprawdzić, czy napisałeś dobrze, czy nie. Jeśli piszesz, że ktoś zrobił sztych młotem, albo wykonał podwójną fintę w powietrzu, to faktycznie może znaleźć się ktoś kto powie Ci, że się nie znasz, panie! :D

 

Ale ograniczając się do pojęć, które znasz/rozumiesz nie ma się o co martwić.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

@Kwia.. Kwiza... no, tego KH: nie chodzi o to, że nikt nie może wiedzieć lepiej, raczej chodzi o to, że w im więcej szczegółów się się wgłębiasz, tym większą wiedzą sam musisz mieć. I jak pisałem, że ktoś wie lepiej, to nie miałem na myśli faktycznych speców, ale ludzi, którym się wydaje, bo naoglądali się anime i myślą, że katana tnie kamienie. 

 

@Śniąca – jak ja wybieram broń dla jakiegoś bohatera, czy to współczesna broń palna, czy jakaś biała, to zwykle bardzo długo się zastanawiam, by to była broń, która pasuje do charakteru bohatera. Poza tym – musi być w jego zasięgu, musiał umieć nauczyć się z tego korzystać i tak dalej. 

//generic funny punchline

Sapkowski rzeczywiście wyczerpał temat scen walki. Ciekawie przedstawia je również Komuda w swoich sarmackich opowieściach. Epickie bitwy to oczywiście Tolkien. Czekam na jakiś bitewny opis od Martina. A co do używania broni w swojej prozie to wszystko zależy od kilku czynnikow. W jakim okresie dzieje sie akcja, czy realia są historyczne, czy raczej neverland.

ZviR – pomysłów mieli dużo, ale praktyczne zastosowanie znalazłabym chyba szybko dla młota-meteoru (taka kulka wielkości pięści na trzymetrowym sznurze) czy szpil z Emei . Ale w ogóle – pole do inspiracji duże, a jeszcze trochę filmów mi zostało. ;)

 

Co do zgodności broni z epoką – jasne, jakoś tam musi być. Zresztą, ja sobie ten XIX w. wybrałam m.in. dlatego, że mi moi bohaterowie za cholerę do toporów czy dwuręcznych mieczy nie pasowali. Nie unieśliby nawet. ;) Więc szable, noże – jasne. Te pistolety – no, niecelne cholery, a w zasadzkach hałasują. Myślałam o jakimś rodzaju poręcznej kuszy, ale problem z naciągiem. Jakieś tam świstawki czy jak to tam nazwać – melodramatyczne. Więc kombinuję, niekoniecznie na wyłącznie XIXw.

Jak dla mnie Grzędowicz stworzył najlepszą bitwę, a jej wstęp dosłownie mam przed oczyma do teraz. Gdy w czwartym tomie – rozwiązaniu – Vuko bronił Lodowego Ogrodu. Jak Ci bębniarze zaczęli grać na statkach, jak zamek odpowiedział im basem... Coś pięknego ;)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

A, jeszcze mi się coś przypomniało. Czytałam jakiś czas temu “Drogę królów” Sandersona, a potem oglądałam film o kampanii Hannibala. I tam Rzymianie zastosowali taktykę, którą – jak się okazało – niemal żywcem przejął w jednym z fragmentów książki Sanderson. ;) 

Czwarty tom mam jeszcze przed soba ( czeka na półce od ponad roku, jakoś nie mogę sie zebrać ), ale znając styl Grzedowicza musi być nieźle.

Przede wszystkim trzeba się zastanowić czy pisząc stawiasz na realizm, pseudorealizm czy efekciarstwo.

W rzeczywistości bijatyki (a i strzelaniny jak sądzę) trwają krótko i tak też powinny zostać przedstawione w nurcie realistycznym – w krótkich, prostych zdaniach, bez zbędnych ozdobników. Ma to dużo zalet: nie wymaga większej znajomości tematu od piszącego (ot, podszedł, walnął piąchą, mieczem, toporem w łeb i po walce), pozwala zaskoczyć czytelnika, z reguły nastawionego na EPICKĄ WALKĘ ( Indiana Jones się kłania) ale często stosowane może nużyć ( bo jak by ludzie chcieli realizmu, to by oglądali wiadomości, a nie czytali fantastykę).

Pseudorealizm to coś na kształt owoców twórczej pracy Sapkowskiego. Sam nie mam pojęcia o szermierce czy średniowiecznych metodach walki, ale miałem kiedyś przyjemność pić z grupką aktywnych członków bractwa rycerskiego  – takich co to spotykają się dwa razy w tygodniu na treningi w sali gimnastycznej, czytują średniowieczne traktaty, mają zniżki u kowala i starają się jak najdokładniej odtworzyć historyczne realia pola bitwy, pojedynków, turniejów itd, itp; braciszkowie chóralnie wybuchnęli śmiechem, gdy spytałem o opisy Sapkowskiego. Podobno nie tylko nie mają one nic wspólnego z rzeczywistością (historyczną czy jakąkolwiek), ale i próba wykorzystania opisanych przez Sapkowskiego technik i manewrów musiałaby się zakończyć rychłą, gwałtowną śmiercią Wiedźmina, bez względu na to jak silny i refleksyjny by nie był.  Ja nie wiem, bo się nie znam i opisy Sapkowskiego całkiem lubię. Mój przepis byłby następujący: opisujemy walkę z symulowanym znawstwem, wplatając specjalistyczne terminy, fachowe wyjaśnienia i skupiające uwagę czytelnika efekty specjalne. Coś na kształt: “Złożył się do cięcia od dołu, po skosie, sztychem celując w stopę przeciwnika. Uśmiechnął się szelmowsko, a może i paskudnie, po czym zawirował w niespodziewanym piruecie. Ostrze przeszło wysoko nad blokiem, skracając nieporadnego wojaka o głowę. Tryskająca krew pozbawiła kompanów nieszczęśnika animuszu.” Prawdopodobnie to co napisałem nie ma większego sensu, ale kto się zorientuje?

Wreszcie moje ulubione, ukochane wręcz, efekciarstwo. Wybuchy, eksplozje, wirujące ostrza, rany cięte i cięte riposty. Rezygnacja z realizmu (lub pozorów realizmu) daje pełną swobodę ekspresji i nie wymaga długotrwałych badań ze strony autora. Pozwala przyciągnąć i zatrzymać uwagę czytelnika i urozmaicić fragmenty traktujące o boju (co wydaje się szczególnie ważne, jeżeli masz zacięcie militarne i od walki na stronach własnych dzieł nie stronisz). Minus jest taki, że bardzo łatwo przesadzić i zniechęcić czytelnika zafiksowanego na “wiarygodności historycznej”, “realiźmie świata przedstawionego” czy “spójności logicznej tekstu”.

na emeryturze

Złożył się do cięcia od dołu, po skosie – nie, to nie ma sensu. Ten przecinek jest wadliwy :)

 

Jeśli chodzi o Sapkowskiego, opisał on moją ulubioną walkę. W tomie, gdy Ciri biegła do wieży i ją steleportowało na pustynię. Natomiast, z tego co pamiętam, to siła wiedźmina polegała nie na samej technice (nie pamiętam też, żeby Sapkowski ją opisywał, co najwyżej twórcy gry ją zobrazowali) a szybkości i tych nadludzkich reakcjach. A do tego średnio jest się jak przyczepić... Ale nie neguję braci, co by też mieć zniżkę u kowala :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

No właśnie. Pseudorealizm. Bez względu na to jak szybkich reakcji byś (lub Wiedźmin) nie miał, to nie ma możliwości uniknięcia czy zablokowania kilku ciosów na raz, nie, jeżeli przeciwnicy są choć trochę kompetentni i wytrenowani do walki w grupie.  Dwóch, wystrzelonych w tym samym czasie strzał, mających ugodzić w różne części Wiedźmina, Wiedźmin też raczej nie dałby rady odbić.

na emeryturze

Wiedźmin odbił dwie strzały tylko raz i jeszcze sam się temu dziwił.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Ja przyznam, że Wiedźmaka czytałem dawno, albo bardzo dawno, ale jak ostatnio popatrzyłem na jakieś opisy scen walki, to one się nijak kupy nie trzymają, poza tym używa terminologii, którą częściowo wymyślił, częściowo brzmi mądrze, a jest z innych epok, lub innych zupełnie stylów. Do tego jest magiczny wiedźmiński piruet, który jest takim czymś, co nikt nie wie czym :D 

 

Myślę, że nastawianie się na realizm wymaga ogromnej wiedzy w temacie i najlepiej – obgadania tego z kimś, kto ma faktycznie doświadczenie, bo inaczej się walczy w pancerzu, inaczej bez, inaczej w bitwie, a inaczej w ulicznej zarzynance na noże.  No i trzeba uważać, aby nie przegiąć w drugą stronę,  jak czasem miewał Clancy, bo to ma być do przeczytania dla wszystkich, nie dla tej garstki, która będzie wiedziała, dlaczego po takiej zasłonie takie natarcie jest nonsensowne. 

//generic funny punchline

Ogólnie walka nie jest ani malownicza ani długa na kilka stron. To kilka cięć/pociągnięć za spust. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nie do końca do rzeczy, ale tak mi się jakoś  skojarzyło: dlaczego Wiedźmin nie strzelał z łuku? Realizm dyktowałby korzystanie z broni dystansowej, bo jej zastosowanie zmniejsza ryzyko uszczerbku na zdrowiu, a dodatkowo pozwala razić oddalonych i niedostępnych inaczej przeciwników (choćby latające bestyje). Przy refleksie i szybkości naszego ukochanego Geralta ( kto nie preorderował nowego Wiedźmina od CD Projektu ten nie dość, że gapa, to jeszcze antypatriota) strzały mknęłyby aż miło. Tylko, że opisy “walk” wyglądałyby miej więcej tak: “Na drodze Geralta stanęła drużyna urwipołciów, a może i pełnokrwistych nicponi. “Stój, potwo...” Powiedział najroślejszy z nich, po czym padł z przestrzeloną szyją. Sekundę później cztery świeże ciała brukały trakt, a Wiedźmin podjął przerwaną wędrówkę”. Sądzę, że Sapkowski postawił na pseudorealizm z pełną premedytacją.

na emeryturze

Trudno się nie zgodzić.

 

Grałeś kiedyś w cyberpunka? Rpg w sensie? W innych systemach jest właśnie pseudorealizm o DND nie mówiąc – tam krasnolud wylevelowany zabija smoki jak leci... A cyberpunk... No właśnie.

Grasz 20h, twoja karta postaci pęka w szwach od sprzętu, kasy, z kieszeni wysypuje Ci się koks. Jesteś z niej dumny – to takie twoje alter ego, zżyliście się. No i na ulicę wybiega dwóch punków, ot dzieciaki. Mają broń. Uśmiechasz się. Frajerzy – mruczysz pod nosem sięgając po własną giwerę – którą nota bene zdobywałeś całą sesję. I wypada Ci na ziemię, wyślizguje z dłoni – niefart. A dzieciaki prują ile wlezie. I gameover :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nie grałem w cyberpunka, ale zdarzyło mi się uśmiercić własną, dopieszczaną przez dwa lata na cotygodniowych sesjach, postać, gdy poszedłem tam, gdzie GM nie chciał żebym szedł, po czym wyrzuciłem dwa fumble z rzędu, a kolega, próbując mnie ratować, poprawił trzecim i zupełnie straciłem głowę. Znam doskonale uczucie :)

 

Co do wymogu ogromnej wiedzy przy stawianiu na realizm podczas pisania scen walk to wszystko chyba jednak zależy od skali, kontekstu i poziomu szczegółowości. Nie podjąłbym się szczegółowego opisania skomplikowanej, wieloetapowej batalii ani pojedynku między wirtuozerem włóczni a udekorowanym tarczownikiem. Nie miałbym jednak oporów przed opisywaniem zasadzki założonej przez straż miejską na lokalny gang, ani barowego pojedynku na broń improwizowaną, posiłkując się wyłącznie zdrowym rozsądkiem i radami profesora Googla. Wydaje mi się, że dopóki chcesz realistycznie opisać walkę/bitwę prowadzoną przez istoty o poziomie wiedzy równym twojemu, to jest to jak najbardziej do zrobienia. Najwyżej wyjdzie pseudorealizm, a i tak nikt się nie zorientuje.

na emeryturze

Jest realizm, pseudorealizm, efekciarstwo i nonsensowność. Pierwsze 3 zostały opisane, ostatni to powieści w znanych uniwersach, takich jak WarCraft, ale również Anime (gdzieś tam szort kogoś był na ten temat). Bo w takich powieściach to realizmu, pseudorealizmy, ba – nawet efekciarstwa nie ma. Jest nonsens. Zbroja większa od właściciela, miecz dłuższy od największej anakondy, tarcza wielkości małego talerzyka, ale zatrzymująca ciosy młota bojowego, którym można by smokom łby miażdżyć? Nie ma problemu :)

 

Ja lubię i strzelanie i broń białą i walkę wręcz (z tą ostatnią miałem najwięcej do czynienia). 

Sprowadza się to wszystko do jednego – każdy z nas naczytał się, naoglądał, nawyobrażał, pytanie brzmi kto naprawdę stał z bronią wycelowaną w drugą osobę z zamiarem odstrzelenia mu głowy. Kto poszedł do baru, aby wrócić z kilkoma wybitymi zębami, policją na karku za pobicie i kacem moralnym. Pewnie niewielu, jeśli nie nikt. Dlatego trzymamy się kurczowo tego, co nam znane, ale nie organoleptycznie, a empatycznie – i to wychodzi, i w to czytelnik wierzy. Kiedy czytałem Sapkowskiego w liceum, coś tam miałem przed oczami, jak Wieśmak żelazem wywijał, ale później już o wiele bardziej Sienkiewicz do mnie przemówił i młyńce szablą. A jeszcze bardziej Kres w Cyklu Szererskim. On pokazał, że wojna to rąbanina i kunsztu, piękna, wywijańca młyńców w niej nie ma – bo jak podniesiesz broń do jakiejś flinty, pinty, czy innej inty, to dostaniesz w bebechy i po tobie.

 

A co najlepsze? Nie ma na to odpowiedzi. Każdy opisuje tak, jak mu się widzi. Czasem wystarczy “wziął i go zabił. Na śmierć.”, a czasem będzie nam pasowało robienie helikopterka z dwoma jataganami.

 

Zgodzę się natomiast z autorem wątku: broń powinna pasować do bohatera. Dwuręczny młot bojowy w rękach drobnej dziewczynki? Ee, chyba nie.

@Pauelor – dwuręczny młot w rękach małej dziewczynki pasuje idealnie w opisaniej przez Ciebie konwencji anime :D 

 

Jeśli o wieśmaka chodzi, to szczerze mówiąc, on zamiast łuku, powinien mieć łuk, rohatynę i na wszelki wypadek jeszcze trochę rzeczy. Miecz? Hm... raczej żeby wieśniaków miał czym bić. Ale to romantyczne fantasty, więc – meh, niech się dzieje wola nieba. 

 

Jeśli chodzi o konwencję opisów walki, to one siłą rzeczy też muszą pasować do samej konwencji. Jeśli będziemy opisywali epicko-romantyczną powieść fantasty, to nie bardzo jest tam miejsce na szczegółowe i taktyczne opisy pojedynków, sięgnął bym raczej po homeryckie porównania, które pojedynkowi dodadzą powabu. 

@ocha – nie myślałaś o uzbrojeniu ich w szpady?

//generic funny punchline

Och, szpady są takie... Nie, nie, nie. Za eleganckie, o! :)

I chyba mało praktyczne, jako broń stosowana tylko do kłucia.

To zależy w jakiej sytuacji się ich używa :) Są eleganckie, to fakt, ale szczerze? W walce szpadą łatwiej pięścią w mordę dostać, niż w walce szablą :) 

Jeśli Twoich bohaterowie walczą w bitwach, albo na morzu, albo w małych i wąskich tunelach, to szpada faktycznie raczej odpada i przydałoby się coś innego. Ale poza tym – to była w zasadzie podstawowa broń osobista mieszczaństwa i szlachty XVIII i XIX wieku Europie Zachodniej.  Jeśli więc masz opowieść w temu podobnych realiach – to jest najsensowniejsze rozwiązanie. Wybranie szabli, pałasza, lub czegoś pokrewnego, może świadczyć o jakichś wojskowych korzeniach bohatera. 

//generic funny punchline

Być może, jednak za bardzo kojarzy mi się z bronią reprezentacyjną czy pojedynkową. I z rajtuzami i wąsikami. ;)

A w literaturze równie ważna jak fakty jest wyobraźnia, czyż nie? :)

Jasna sprawa :) 

Z bronią pojedynkową kojarzy Ci się słusznie, jak najbardziej – bo nią była. Reprezentacyjną? Pewnie też. Ale wtedy była po prostu popularna. 

Ja Cię nie chcę namawiać do tego, byś dała im koniecznie szpady, bo ja wiem lepiej, czy coś takiego, ale tylko mówię, że warto na to zwrócić uwagę. Szpada jest bronią śmiertelnie niebezpieczną, trudniejszą do opanowania od szabli i pałasza i zdecydowanie mniej wybaczającą.

//generic funny punchline

ocha – miecze świetlne. Eleganckie, łatwo schować, pasują każdem XD

:)))

Świetlówki to w ogóle czyste fantasty :D Ale co ciekawe – to jak walczono nim w starej trylogii jest dużo bardziej prawdopodobne i zbliżone do tego, jak można by było nimi walczyć, niż w nowej.

//generic funny punchline

Od siebie dodam, że należy brać poprawkę na to, że wielu technik i broni używa się inaczej, niż robiono to kilka wieków wcześniej. Na przykład łucznictwo – wiele powieści fantastycznych (o popkulturze nie wspominając) przedstawia strzelanie z łuku w sposób, jaki jest spopularyzowany przez nowożytne zawody sportowe, a nie zgodnie z faktycznymi realiami historycznymi. Średniowieczny łucznik przykładał strzałę do zewnętrznej strony majdanu i generalnie nie nosił kołczanu na plecach. Warto o tym pamiętać, jeśli zamierza się dbać o jakąś tam zgodność z realiami.

W powieściach fantasty większość łuczników to mali i chudzi ludzie, którzy zdecydowali się na strzelanie z łuku, bo nie mieli siły do walki wręcz. Podczas, gdy strzelanie z historycznego długiego łuku wymaga więcej siły, niż np. walka longswordem. Aby szybko i dobrze strzelać z łuku trzeba by było mieć potężnie rozwinięte mięśnie grzbietu i ramion.

//generic funny punchline

Tylko że, zdaje się, mało kto właściwie korzystał z długiego łuku. To jednak mimo wszystko nie jest ten poziom celności, co karabin snajperski, więc taki typowy angielski longbow miał sens właściwie tylko, gdy się strzelało z dużej odległości w armię wroga. Do krótkiego łuku nie trzeba było mieć szczególnych predyspozycji, a gdy jeszcze ogarnęło się technikę trzymania kilku strzał w dłoni, można było oddawać kilka strzałów na sekundę. Dodać do tego Saracenów, którzy potrafili robić to wszystko z grzbietu konia i w ogóle jest miodzio. Inna sprawa, że taki łucznik musiał szkolić się latami, strzelać z pistoletu czy muszkietu można było nauczyć się w miesiąc, dlatego broń palna tak skutecznie wyparła z pola bitwy łuki. 

Głupie gadanie. Thorgal wcale taki twardy nie był, a z podwójnego łuku strzelał, jak mało kto XD I z konia, w biegu, i w locie, i w zamkniętymi oczami. Ale faktem jest, łuk wraca do łask teraz, w dobie serialu Arrow, bo uznawany jest za broń szlachecką, cichą i skuteczną. A ja lubię broń obuchową i pięści (też obuchowa, jakby nie patrzeć).

A propos łuczników – słyszałam gdzieś, że podczas wypraw krzyżowych Turcy seldżuccy zasypywali krzyżowców strzałami z niespotykanej dotąd odległości. Jest teoria, że działo się tak dlatego, że kładli się na ziemi, naciągali cięciwę obiema rękami, a nogi opierali o majdan. Ten ich longbow był naprawdę long, więc naciąg był porządny i strzały leciały kawał drogi.

@łuki – tutaj trochę mniej się znam, przyznam szczerze, więc – zostawię temat lepsiejszym :D Ale faktem jest, że najpierw kusza, później broń czarnoprochowa wygrały walkę z łukami nie ze względu na celność/skuteczność, ale właśnie cenę i łatwość opanowania podstaw.

@Pauelor – broń obuchowa ma swoje miejsce, jak najbardziej, ale w przypadku walki z przeciwnikiem opancerzonym. Na kogoś z gołą klatą broń sieczna będzie skuteczniejsza.

//generic funny punchline

Tylko że z kolei łatwiej efektywnie używać broni obuchowej. To przekonanie o tym, że obuch tylko na pancerz pokutuje chyba najbardziej w grach. W rzeczywistości jest jednak tak, że efektywny cios bronią sieczną wymagał większej wprawy niż cios bronią obuchową. Ostrze na przykład może się ześlizgnąć po żebrach przeciwnika (od tego w gruncie rzeczy są), natomiast z pałą czy maczugą nie ma tego problemu. Inaczej sprawa oczywiście wygląda z walką w ciasnych pomieszczeniach lub zwarciu, bo wtedy – wiadomo – łatwiej wrazić sztylet pod mostek niż wziąć zamach pałką.

Kiedyś miałem książkę o różnych rodzajach broni w różnych okresach historycznych. Z tegoco pamiętał rozdział poświęcony Indiom obfitował w różnorodne i niespotykane bronię. Muszę znaleźć tą książkę :)

Vyzarcie – zamach pałką można wziąć wszędzie, chyba, że mówimy już o walkach w klatkach :) Tam to się dzieje!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Ach, a mi przedwczoraj przyszedł prześliczny kompozytowy wschodni łuczek (dotąd strzelałam tylko z bloczkowego) i już mnie łapki swędzą, by go wypróbować. W całym domu pachnie żywicą, skórą kołczanu i jakimś dziegciem – miodzio. Tyle że od kiedy trochę strzelam z łuku i broni palnej, efektowność scen walki z bronią dystansową u mnie sporo straciła:(

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex, czy ty nie przesadzasz z researchem? ;)

Spoko, niech sobie dziewczyna postrzela, jak lubi. Tylko, Alex, ja Cię bardzo proszę: Ty nie pisz nigdy o broni biologicznej! ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, z doświadczeniami z bronią biologiczną wystarczy mi wspomnienie, jak Mój Lepszy Połówek na początku znajomości chciał wzywać policję, po tym jak dostał ode mnie i moich współlokatorek kopertę z mąką tortową:) Dość, że przez to strzelanie jestem regularnie macana na lotniskach. Na początku nie wiedziałam czemu, ale Połówek wyjaśnił, że to z powodu resztek prochu na butach.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Muszę chyba obserwować ten wątek, bo jak widzę nie tylko ja unikam takich opisów... Także komentarz jest tylko po to, aby zostawić po sobie ślad. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ja też lubię postrzelać z palnej, od kilku lat jestem dumnym właścicielem wschodniego kompozytu refleksyjnego od pana Bisoka, mam półtoraka, miecz jednoręczny i mizerykordię. Swego czasu posiadałem też kilka sztuk krótkiego i długiego ASG, ale się ich pozbyłem, zostawiając sobie tylko gazową Berettę M92F. Research to podstawa. W związku z tym dziwi mnie nieco, że w takim temacie nie padło jeszcze nazwisko Talhoffer. Gość napisał (i narysował) w XV w. fantastyczny fechtbuch, z którego uczyły się następne pokolenia szermierzy. Był współtwórcą niemieckiej szkoły fechtunku. I oczywiście nie był jedynym twórcą podręczników z tej dziedziny: Lichtenauer, Falkner, Agrippa i pewnie wielu innych.

Moim zdaniem każdy twórca fantasy powinien mieć przynajmniej jeden ulubiony fechtbuch jako swoistą ściągawkę. :)

Powiedzcie mi proszę – odchodząc od tematu – co to research? Na forum pojawia się notorycznie i albo ja nie orientuję się w jego dwuznaczności, albo to po prostu przeszukiwanie/wyszukiwanie. Jeśli tak – czemu nie po polsku?

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Z lenistwa, KH, i też z tego powodu, że nie wpadłam na polskie słowo, które dobrze by oddawało to, co research znaczy. Jeśli ktoś mi podpowie – chętnie skorzystam. :)

Z tego samego powodu, dla którego mówi się “marketing” i “PR” – pojęcie przyswojone z języka angielskiego obrazuje trochę szerszy wachlarz znaczeń niż polski odpowiednik.

Nie no, kogo ja chcę oszukać? Przecież wiadomo, że to taki szpan.

“Research“ to raczej nasze “badania”, niż “poszukiwanie. Wg mnie słowo “badania” brzmi zbyt poważnie. ;)

Wykorzystywanie książek, opartych na traktatach Liechtenauera, czy Talhoffera jako researchu ma pewien sens, ale trzeba wziąć pod uwagę, że duża część terminów, jak nazwy postaw, jest po niemiecku, a nawet po przetłumaczeniu na polski dziwnie brzmiałaby w beletrystyce. Trzeba dużo wysiłku, żeby umiejętnie przełożyć taki język na literacki.

A rozeznanie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie sugeruję, że to szpan, ale jeszcze względnie niedawno nikt tego nie używał – albo mój wzrok chronicznie omijał ten wyraz. Pierwszy raz w ogóle przeczytałem to w tekście na forum, chyba Uradowańczyka. Już tam mnie irytowało, a teraz, gdy widzę je w komentarzach uczucie powraca :) Sam też używam zapożyczonych słów, tylko tego się czepiam, żeby nie było :) Koniec offtopowania :D

 

Edit: Ooo! Regulatorzy, o to chodziło! :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

“Research” to dokładnie wynajdywanie, przeprowadzanie drobiazgowej analizy jakiegoś tematu w celu zgłębienia wiedzy. Praca badawcza. Słowo dobre, jak każde inne. Tak czy siak, owe prace badawcze należy przeprowadzić, jeśli chce się wypaść realistycznie – jeśli natomiast nie, to się po prostu pisze (jak Salvatore i jego Drizzt). Wcześniej wspomniany Kres, pomimo wiedzy militarnej i dogłębnego zbadania tematu w tym zakresie, zadania domowe z biologii już nie odrobił i tak w “Pani Dobre Znaku” pisze otwarcie, że wojsko chowało się w bukowym lesie. Problem polega na tym, że bukowy las jest ogołocony z jakichkolwiek krzaków, za którymi można się chować, a drzewa się od siebie oddalone w sporej odległości – czyli nijak nie idzie tam schować niczego. 

 

Ja się przyznać mogę bez bicia, na militariach się nie znam i obawiam się dnia, kiedy będę  musiał wykonać jakiś ruch generała, wyzwanie logistyczne, bądź strategiczny majsterszyk i wyjdzie z tego KUPA, którą ktoś zaraz trąci, a wiadomo, powiedzenie mówi, kupy nie ruszaj, bo zacznie śmierdzieć. 

 

Niemniej jednak w mojej głowie sceny batalistyczne często gęsto się pojawiają i jakoś to tam wygląda, ale chyba ja jestem za pseudorealizmem graniczącym z efekciarstwem.

 

 

EDIT:

Rozeznanie to bardziej wojskowe mi się kojarzy :)

 

EDIT 2:

Wróć... tam to jest rozpoznanie XD

Kwisatz, miło mi, że Cię ucieszyłam! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, kochałem Drizzta i Cattie-Brie :<

 

Rozeznanie też może być.

 

Regulatorzy, każdy Twój post wlewa w me serce odrobinę radości :))

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Jeśli chodzi o traktaty, to z nimi bym uważał. Walka, czy też szermierka, to nie jest coś, czego można się dowiedzieć tylko z traktatów i książek. Grupy rekonstrukcyjne starają się odtworzyć walkę z traktatów, ale nie wszystkie z nich to są podręczniki pisane dla ludzi, którzy o temacie nie mieli pojęcia. Dodatkowo – one są najczęściej odpowiednie dla danego okresu. Pewne rzeczy zostają co prawda w miarę uniwersalne i można z nich korzystać, ale i tak jeśli już ma to być tekst super realistyczny, to albo samemu się tematem zainteresować, albo porozmawiać z kimś, kto się na tym zna, aby tę scenę zrecenzował. No, chyba, że idziemy w pseudorealizm i po prostu chcemy kilka klawo brzmiących wyrazów :D

//generic funny punchline

@LV bądźmy realistami: jeśli rzucę w opowiadaniu fachowym terminem z fechtbucha uzyskam taki sam efekt, jak Sapkowski w sadze o wiedźminie; nikt nie będzie wiedział, o co mi chodzi (poza, oczywiście, pasjonatami). Chodziło mi raczej o wspieranie się ilustracjami praktyka w opisie pospolitym językiem.

Poza tym myślę, że każdy fantasta powinien sprawdzić na własnej skórze, jak się człowiek zachowuje czy to machając mieczem jednoręcznym, dwuręcznym, albo strzelając z Colta i kałacha dla porównania. ;)

Ja mam na półce katanę, fajnie się macha ;) I z wiatrówki czasem postrzelam. Odrzut nie ten, ale można się już czegoś nauczyć – postawy choćby. 

 

Swoją drogą – jeśli ktoś jeszcze nie zna, a jeśli znacie to macie udawać, że nie znacie:

 

Co czuje snajper strzelając do ludzi?

Odrzut. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Hm, mnie tam wystarczy, jak mi ktoś opowie, jak to jest dostać pięścią w brzuch. ;)

Ja swego czasu byłem w Biskupinie i tak się trafiło, że i na festwiwal jakiś się załapaliśmy. Byli tam woje, w rękach dzierżyli miecze i tarcze, a ochotnicy mogli wejść w krąg i stawić im czoła. Łupinką nie jestem i za słabeusza nie uchodzę, ale po piątej zasłonie tarczą myślałem, że mi ręka odpadnie, a po którymś uderzeniu mieczem nie byłem w stanie po głowie się podrapać. Więc przy tej okazji, w ramach realizmu, uważałbym z cherlawymi, chudymi, drobnej budowy (elfy?) postaciami, które wywijają mieczem i tarczą, jakby były ze styropianu. Nie – to jest kawał ciężkiej roboty tak machać, trafiać i do tego się bronić, a w ogóle to fajnie zabijać przy okazji. Ponownie (pewnie dlatego, że go teraz czytam) odsyłam do Kresa – u niego topornicy, nawet laski, byli budowy niedźwiedzia, a z podków roblili sobie wykałaczki. 

 

EDIT:

ocha, z doświadczenia wiem, jak to jest dostać celnie w wątrobę – trener boksu pokazał mi, co się stanie, jak źle gardę postawię. Nawet nie uderzył, lekko rękę przyłożył i pchnął. Ała!

Broń powstała po to, aby niwelować różnice w budowie. Walka wymaga od siły dużo bardziej wydolności. Im cięższa broń, tym oczywiście potrzeba tej siły więcej, albo ew. użycia drugiej ręki, jasne. Ale: wbrew pozorom (i temu, co mówią nam RPGi), siła w walce bronią białą nie jest odpowiedzialna za to, jakie spustoszenie uczyni się w organiźmie przeciwnika. Dużo istotniejsze jest tutaj dobranie odpowiedniej broni do sytuacji :D

//generic funny punchline

Myślę, że trochę też przesadzasz. Co innego machać samym mieczem, a co innego w pełnej zbroi i z tarczą zasuwać. Po za tym twój miecz musiał być ciężki, europejski. Taka orientalna broń, jak choćby popularna katana, jest lekka. To polega bardziej na precyzji i szybkości niż wytrzymałości – więc elfy spokojnie mogę się szlachtować i nic nikomu do tego ;)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

A propos researchu – mój mąż właśnie zamiast “odrzucenie Boga” powiedział “rejekcja Goda”. ;) 

Pauelor –   z doświadczenia różne rzeczy się ma, ale żeby specjalnie doświadczać... Wolę spytać wcześniej doświadczonego. :)

Katana może i lekka, ale w starciu z tarczą, bezużyteczna. Nie wspomnę o mieczu, porządnym, krótkim mieczu. Rozsypie się przy pierwszej gardzie (katana, w sensie się rozsypie XD), a ciężkozbrojny pójdzie dalej i nawet nie zauważy, że przeciwnika przed sobą miał. I nie miałem na sobie zbroi, miałem na tylko kaftan ochronny, miecz krótki (krótki!) i tarczę, okrągłą. Jak ZviR powiedział, czasem lepiej samemu doświadczyć, niż opierać się na “popularnych” rzeczach.

 

EDIT:

Ja nie specjalnie dawałem się lać. Wszystko w imię bokserskich zdolności!

Katana ważyła mniej więcej tyle, co miecz. Generalnie służy do tego samego, mniej więcej, spełniała również podobną rolę społecznie. To bardzo podobna broń. 

Jasne, jest zrobiona z twardszego stopu stali, ale nie aż tak słabego, aby się pokruszyć o tarczę. Przynajmniej, jeśli jest jakkolwiek sensownie wykonana. Kiepskiej jakości, cóż... 

Japończycy wbrew pozorom mieli swoje uzbrojenie ochronne, nie było ono tak wytrzymałe jak europejskie z analogicznego okresu, ale katany się o to raczej nie łamały. 

//generic funny punchline

W tym miejscu należałoby rozwiać pewien mit, który pokutuje w literaturze i popkulturze, gdzie wszyscy wielcy wojacy dzierżą niezniszczalne katany. 

Główny problem tradycyjnej japońskiej metalurgii to fakt, że przetrwała po dziś dzień. Przy odrobinie samozaparcia można zatem wynaleźć dużo ciekawych faktów i dojść do ciekawych wniosków, czego nie można zrobić na przykład ze stalą damasceńską, której sposób tworzenia uległ zapomnieniu (przez co obrosła jeszcze większym mitem niż stal japońska). Otóż, moi państwo, katany – te tradycyjne – robione były z tego tak zwanego żelaznego piasku. Żelazo w takiej postaci ma dużo zanieczyszczeń, przede wszystkim należy jednak zwrócić uwagę na to, że zawiera w sobie krzem (jak to piaski mają w zwyczaju). Piasek żelazny – wiadomo – “zgrzewa” się potem z węglem drzewnym, kuje, usuwa jakiś tam odsetek zanieczyszczeń, itd., natomiast krzemu ze stali pozbyć się dość trudno, a jego obecność w stopie (nawet w niewielkich procentach) znacząco zwiększa jej kruchość. 

Podsumowując – katany, nawet te najlepiej zrobione, były po prostu kruche w porównaniu z mieczami kutymi ze stali indyjskiej czy arabskiej. Japoński styl walki nie bez kozery opiera się przecież na szybkości, precyzji i kończeniu walki jak najmniejszą ilością ciosów. Katany miały być lekkie i szybkie. Takie też były. Kosztem wytrzymałości. Porządnym mieczem dwuręcznym można spokojnie przyjąć na zastawę cios kataną. W drugą stronę – niekoniecznie.

Internet widział wiele filmików różnorakich samozwańczych amerykańskich ekspertów od broni, ale to wydaje się dosyć ciekawym materiałem:

https://youtu.be/BVCaJdYZmCU?t=1m7s

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Stal damasceńska obrosła legendą jak stary polityk tłuszczem, ale w dzisiejszych czasach mamy taką wiedzę nt. metalurgii i materiałoznawstwa w ogóle, że nie miałaby szans być lepsza, niż dzisiejsza.

Co do filmiku: w internecie da się znaleźć całe tony filmików porównujących różną broń europejską do japońskiej, ale te porównania nie bardzo mają jakikolwiek sens. Ten filmik z resztą też mówi trochę o materiale, ale niewiele ma wspólnego z występującymi w walce realiami.

//generic funny punchline

Mowa była o materiale i to ten filmik miał ilustrować. Sytuacja nie ma nic wspólnego z rzeczywistą walką. Pytanie tylko, czy to rzeczywiście dobrze odwzorowana katana, czy jakieś odlane badziewie – ale liczę na to, że byli rzetelni :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

To i ja coś napiszę.

Sprawa wygląda tak. Z najlepszymi opisami scen walki spotkałem się w Drodze królów. Chociaż autor pisze raczej średnio, albo to kwestia tłumaczenia, to opisy walki są świetne. 

 

Broń do bohatera? A to zależy. Jeżeli mamy małą chuderlawą postać to ciężko żeby władała dwuręcznym mieczem. I na odwrót. 

 

Osobiste doświadczenie z bronią: nieraz na miasto z mieczem w ręce wyjdę i ludzie nawet czmychają. :)  

A tak na poważnie umiarkowane choć to i owo trzymałem. :) Nawet udało się gdzieś strzelić.

 

Kiedyś trafiłem na takie karty – możliwe, że strony jakiejś księgi – i tam były opisy i obrazki ciosów oraz kontr na nie. Niestety mało czytelne i po Francusku. 

 

 

 

Broń do bohatera? A to zależy. Jeżeli mamy małą chuderlawą postać to ciężko żeby władała dwuręcznym mieczem. I na odwrót. 

 

Istotnie. Zastanawiam się, jak dwuręczny miecz miałby władać chuderlawą postacią. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miecz władający postacią to w sumie fajny pomysł na fabularny myk w opowiadaniu. Tak na marginesie.

Miecz władający postacią to w sumie fajny pomysł na fabularny myk w opowiadaniu. Tak na marginesie.

Coś jak Bagaż :)

 

Wpis obserwacyjny.

Cos jak karabin u Pratchetta.

Sorry, taki mamy klimat.

Chyba najbardziej pchały się do władzy Pratchettowskie skarpetki w spodniach. ;-)

Babska logika rządzi!

Czyli Pratchett już to wymyślił, eee... :)

Broń powstała po to, aby niwelować różnice w budowie. Walka wymaga od siły dużo bardziej wydolności. Im cięższa broń, tym oczywiście potrzeba tej siły więcej, albo ew. użycia drugiej ręki, jasne. Ale: wbrew pozorom (i temu, co mówią nam RPGi), siła w walce bronią białą nie jest odpowiedzialna za to, jakie spustoszenie uczyni się w organiźmie przeciwnika. Dużo istotniejsze jest tutaj dobranie odpowiedniej broni do sytuacji

No to żeś napisał. A trzymałeś może w ręce miecz? No, nie jest lekki, a machać takim to już coś. Oczywiście mówimy o ciosach sensownych, silnych i prawdziwych. Siła jest potrzebna, bardzo! Im więcej siły tym łatwiej wykonać szybszy cios. A walka nie polega na machaniu, tylko na ciosach. Nie wiem czy wiesz, ale starcie – pojedynek trwało kilkanaście sekund, do pierwszego celnego ciosu.(pojedynkujący się mają lekkie pancerze i miecze półtora ręczne) Nie było czegoś takiego jak parowanie, no może bardzo rzadko. Wszystko polegało na uniku i ciosie, kto był szybszy, wygrywał.

Tak więc mamy miecz wagi osiem kilo i trzeba nim trafić sprawnego wojownika, który będzie uciekał, stosował uniki i może nasz nędzny żywot zakończyć jednym ciosem. Tu liczy się siła i sprawność. 

Wydolność potrzebna raczej do poruszania się, noszenia zbroi. I bez niej rycerz byłby bezużyteczny, tak samo jak bez siły.

Tak więc mamy miecz wagi osiem kilo i trzeba nim trafić sprawnego wojownika (...)

Osiem kilo? To gruba przesada. Miecze ważyły raczej od jednego do półtora kilograma. Katowskie i dwuręczne do dwóch i pół.

Tak więc mamy miecz wagi osiem kilo...

 

Ktoś tu czerpie wiedzę z bajek Sienkiewicza...

 

Sorry, taki mamy klimat.

A trzymałeś może w ręce miecz?

No właśnie tak się składa, że ja nie jeden i nie dwa trzymałem i daleko im było do 8kg :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Tak to jest, jak się wagę broni ze Skyrima podaje. :)

A tak na poważnie to puściłem wodze fantazji.  Co nie zmienia faktu, że są miecze ważące prawie sześć kilo. Sam miecz na około metra dziewięćdziesięciu długości, więc był tylko używany jako ozdoba. 

 

Miecze,  takie, które nadawały się do sensownej walki, to tak okolice kilograma, półtora, osiem? Sześć? W grach może, nie w realnym życiu. Jasne, pewnie jakieś bardzo wyspecjalizowane rodzaje mogły się znaleźć takie cieżkie, ale zważywszy na to, że dzisiejszy człowiek jest generalnie dużo lepiej odżywiony, większy i silniejszy od wcześniejszych ludzi, to wątpię.

Natomiast – potrzebujesz jakiejś siły, by bronią władać, bo jak nie możesz jej podnieść, to generalnie słabo :D 

Nie było parowania? Skoro nikt nie parował, to po co tarcze? Żeby ładnie wyglądało? Chyba żeby herb był widoczny :D 

Uniki są, jasna sprawa, ale cała europejska szkoła walki jest oparta na zasadzie natarcia – odpowiedzi. Zasłona jest jej elementarną częścią. Jak nie opanujesz tej sztuki, to walka faktycznie będzie trwała kilkanaście sekund, bo do pierwszego natarcia przeciwnika. 

//generic funny punchline

ZviR, teraz ludzie są silniejsi? Pod jakim względem?

 

Może i przeciętny mieszczanin, plebejusz czy jakiś inny żebrak był niedożywiony i przez to zaniżał średnią ale tacy rycerze – którzy na co dzień również zajmowali się ziemiami, mit szlachty stroniącej od pracy mnie razi – może później, kilka wieków później i tak było, ale nie u początków rycerstwa/wasalstwa – tacy rycerze to mieli pary za dwóch.

Wtedy niemal każda praca była fizyczna, a to właśnie praca, nie jakieś siłownie czy “treningi” daje najlepsze rezultaty. Widziałeś kiedyś aktywnego 50+ letniego robotnika? Podałeś mu dłoń? To teraz idź na siłownie i porównaj tych “stałych bywalców”. Może są więksi, lepiej odżywieni i naładowani jakimiś kreatynami, ale człowiek, który pracuje mięśniami zawsze będzie miał przewagę. A już co do ogółu – to 5 wieków temu praca fizyczna, teraz 90% to biurko, komputerek i klawiaturka.

Tak samo średnia wieku... Teraz żyjemy dwu/trzy/czterokrotnie dłużej! Czytałem artykuł o tym, skąd te magiczne wyniki. Wojny, śmierci przy porodzie, epidemie. Jednak ogólny stan zdrowia jednostek w neutralnych warunkach był o niebo lepszy. Teraz jesteśmy truci przez powietrze, wodę i żywność. Super. I wiem, że to też ogólniki, ale moim zdaniem przyjęte obecnie stereotypy są jeszcze bardziej krzywdzące niż powyższe teorie. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Hm... myślę, że robisz trochę nonsensowne porównanie. Bo jeśli porównasz ludzi, którzy wtedy byli zdrowi i dobrze odżywieni, czyli bogatych rycerzy, z tymi, którzy teraz są niezdrowi i słabo odżywieni, czyli niższą klasę średnią, pracującą w korporacji i niepracującą fizycznie, to tak, masz rację. Ale równie dobrze możesz powiedzieć, że ciężarówka przewiezie więcej ton towaru, niż maluch. Tak, przewiezie.

Jeśli chcesz porównywać, porównuj z głową. 

Jeśli rycerz, to porównaj z kimś, kto się dziś zajmuje czymś analogicznym. 

Czyli: albo z kimś, kto się na co dzień też zajmuje walką (żołnierze), albo sportowcy (zawodnicy sztuk walki), albo po prostu współczesnym ruchem rycerskim i tak dalej. 

Jasne, wtedy ziemia była mniej zatruta, woda była mniej zatruta, ale: wiele chorób, które dziesiątkowały ludzkość, są dziś opanowane. Złamania nie zabijają. Medycyna sportowa jest na takim poziomie, że kontuzja, która była w stanie wyłączyć zawodnika z uprawiania sportu zawodowo jeszcze 20 lat temu, teraz jest do opanowania. 

Wiemy dziś więcej nt. ludzkiego ciała, jego mechanizmów, zasad budowy mięśni, niż wiedzieliśmy kiedyś. 

 

Jasne, patrząc na ogół – może nie jest tak, że jesteśmy szczególnie zdrowsi. Ale myślę, że współczesny zawodowy sportowiec, gdyby poświęcił odpowiednio dużo czasu na naukę walki jakąś bronią i cofnął się do czasów, w których ta broń była powszechna, to myślę, że mógłby spokojnie stanąć z ówczesnymi zawodowcami i pewnie wyszedłby na tym bardzo dobrze. 

Ale: nie mamy maszyny czasu i nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. 

 

A wracając do tematu: większość mieczy nie ważyła 8 kg :D

//generic funny punchline

Co do ostatniego to na pewno ;D Dobrze prawi, polać mu :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Hola, hola, hola, Kwisatz... opanuj konika, powściągnij wodze fantazji. O czym Ty mówisz – że kto, co, rycerz był silniejszy, bo robił co – pracował fizycznie? Aha hahaha hahahahahahaaha. Mit. To jest mit związany z faktem, iż wydaje Ci się, że on nic innego nie robił, jak machał mieczem – a tak naprawdę, jeśli akurat nie było wojny, czyli okresu, kiedy nikt dobrze nie jadł, to był czas doglądania ziem, karania chłopów i ściagania należności – żaden szanujący się rycerz nie brudził sobie rąk, bo od tego miał plebstwo właśnie. Po drugie, zmieniła się dieta i uwierz mi, pomimo co oni tam pierniaczą w TV, dzisiejsi ludzie jedzą lepiej, śpią lepiej, ćwiczą lepiej. I nie porównuj “stałych bywalców” siłowni do rycerzy – bo stali bywalcy budują mięśnie w sposób zły. Ale o tym mógłbym nowy wątek otworzyć. Spójrz na ludzi, którzy ćwiczą z masą ciała, uwierz mi – żaden rycerz z czasów średniowiecznych nie byłby wstanie zrobić pompek w staniu na rękach, przysiadów na jedej nodze z obciążeniem, czy choćby “ludzkiej flagi”. I tak, dobrze powiedziałeś, ściskałem rękę 50 letniemu robolowi, rolnikowi, i tak, łapę miał silną jak niedźwiedź, ale właśnie – rolnik.

ZviR dobrze przytoczył sprawę sportowców – wystarczy spojrzeć, jak do przodu poszły wszystkie możliwe rekordy. 

I to wszystko przyszło z wiedzą. Dziś na temat mięśni i procesów zachodzących w nich wiemy więcej, niż wtedy wiedziano na temat życia w ogóle. 

O broni i walce panowie, o broni i walce, jako temat głosi, bo o ludzkim zdrowiu wtedy i teraz, to można cały nowy wątek napisać :)

 

EDIT: Chyba, zresztą, trzeba ludzi na tym portalu nauczyć, że jeśli w jakimś wątku wywiązuje się poboczna merytoryczna dyskusja, to trzeba zakładać nowy temat i tam ją kontynuować (albo przejść do takiego, który już istnieje), zamiast dyskutować w nieprzeznaczonym do tego wątku albo po prostu zaniechiwać, bo offtop :) Ja w każdym razie zachęcam do tworzenia nowych wątków i dyskutowania! :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

To wracając do tematu – i tak wolę rapiery od klasycznych mieczy :D

//generic funny punchline

 Można też poszczuć swoim pupilkiem. W sumie kły czy szpony to też dobra broń (o ile bohater potrafi takiego zwierzaczka kontrolować) ;p

Pytanie, czy autor umie opisać, jak walczy zwierzak :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Gdzieś kiedyś natknąłem się na policyjne statystyki z RP.

Była tam taka tabelka, jak napaść z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Narzędzia były oczywiście wyszczególnione i była tam też tabelka: zwierzę :D Może się gdzieś do tych tabelek dogrzebię, to podlinkuję.

 

//generic funny punchline

Jeśli ktoś ma w sobie zwierzaka, to nie powinien mieć z tym problemu;) A dla zobrazowania mogę przestawić ową dziewczynkę, która przewinęła się tu kilka razy, która idzie sobie z (chociażby) panterą u boku. Na jej drodze pojawia się rosły zbir, a ona wskazuje go ręką mówiąc: “Bierz go kotecku!“. A jeśli autor nie ma w sobie zwierzaka, zawsze mogę odesłać do Animal Planet. To dopiero jest studnia wiedzy na ten temat;p

Przecież “Heloł”(:D) to jest fantastyka! Nie trzeba walczyć mieczem, kataną czy strzelać z łuku, kuszy, pistoletu itd, itp. Można wykorzystać magię! Jak szybko wykończyć przeciwnika? A chociażby walnąć w niego kulą ognia (tylko z dala od lasu!!!). Jest też iluzja. Ona raczej nadaje się do obrony, ale obrona to też sposób walki. Albo sposób, by do walki nie doprowadzić, nieprawdaż?

Ja tu dopiero raczkuję, jeśli chodzi o pisanie opowiadań, ale jeśli miałabym wybrać broń, to wybrałabym właśnie zwierzaczka:).

Wyobraźcie sobie, jak zbliża się powoli ku swej ofierze nie spuszczając z niej żółtych ślepi. Jak szczerzy kły napawając się zapachem strachu, który wypełnił powietrze. Jak pręży mięśnie gotując się do skoku. Ale, ale cóż to? Obiadek ma nóż? Ach, czymże jest to liche ostrze w porównaniu do jej pazurów? Już całą sobą czuła pulsowanie krwi w tętnicach. Jakże miło będzie zatopić zębiska w czyjejś gardzieli. Już za późno na ucieczkę, bestia jest głodna...

Cóż, mistrzem pióra nie jestem...

A co do napaści z użyciem zwierzaka. We Francji była głośna historia o bestii z Gevaudan (szczegóły-> internet). Z tego co pamiętam, okazało się, że była to tresowana hiena (jedna z kilku hipotez), którą pan szczuł biedne kobiety i dzieci.

Najlepiej wagi broni nie podawać bo można się skompromitować. Ale biorą cod uwagę element fantastyczny, taki Lód ważyłby co najmniej osiem kilo, tak za zdrowy rozum.

ZviR – rzadko spotykało się parowanie ciosów bronią. Nie to, że nie było, ale na pewno rzadziej niż na filmach. 

To jest mit związany z faktem, iż wydaje Ci się, że on nic innego nie robił, jak machał mieczem – nic takiego nie napisałem. Inna sprawa, że wszystkie zajęcie były w pełni fizyczne i siły – po prostu – musiał mieć. Do reszty odniosłem się w privie, tutaj wracam na tory dyskusji :)

 

 

A dla zobrazowania mogę przestawić ową dziewczynkę, która przewinęła się tu kilka razy, która idzie sobie z (chociażby) panterą u boku. – Drizzt był chłopcem, ignorancie !!!!!!

 

Zwierzaczek jako broń? Raczej średnia sprawa w opowiadaniu. Był natomiast taki film, może nawet inspirowany tą historią z Francji – Braterstwo Wilków chyba. Bardzo dobry :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nie miałam na myśli Drizzta, tylko dziewczynkę z młotem bojowym! Może jednak nie przewinęła się tyle razy ile mi się wydawało.

 

Zwierzę nie trzeba brać pod uwagę jako broni głównej. Może służyć jako pośredni środek walki. Np Fremeni sforsowali gruzy Muru na grzbietach czerwi. Kmicic miał konia co gryzł i kopał. Nawet u Martina pojawili się zmiennoskórzy. Zwierzę w opowiadaniu może i rzeczywiście średnia sprawa, ale jako wspomagacz, czemu nie.

 

A film rzeczywiście nosił tytuł Braterstwo Wilków i również uważam, że bardzo dobry. Kto nie oglądał, niech nadrobi! :)

 

 

Czerwie zaliczyłbym raczej do sił natury – może i odpowiednio skierowanych – lecz wciąż zbyt potężnych na kontrolę. A mury sforsowali bronią jądrową, z tego co pamiętam :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Jak się miało Haki Stworzyciela, to można było kontrolować. ;-p

Babska logika rządzi!

Dopóki czerw się nie spocił :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

NeverEnd – skąd masz dane, że się ich nie używało? Zasłony są skuteczniejsze, pewniejsze i mniej męczące od uników. Uniki dodatkowo – zazwyczaj,  zależy jeszcze od sposobu unikania – zmniejszają twoje szanse na odpowiedź. Jaki więc to ma sens? Unik, to po prostu narzędzie w walce, jasne, możesz z niego skorzystać, jeśli np. nie masz wyjścia, albo chcesz zrobić przeciwnatarcie, ale – uniki zamiast zasłon _bo_tak_? Chyba, że masz na myśli szermierkę japońską – wtedy i owszem, tam zasłona jest rzadziej spotykana, korzysta się raczej z uniku, lub uniku i zbicia. Ale w europejskiej szermierce? Jakby się nie korzystało, to po co tarcze? Po co późniejsze puklerze, czy lewaki, które właśnie do tego służyły? Dla ozdoby? 

//generic funny punchline

To ja tak znikąd podrzucę link. Chłopaki rzekomo odwzorowują zbroje najlepiej jak to możliwe na podstawie naszej wiedzy, minus jakieś udogodnienia, ale ważyć powinny tyle samo:

https://www.youtube.com/watch?v=F41xH9mRlso

I jak to się ma do mitycznych niepodnoszących się rycerzach? Ci wyglądają na całkiem mobilnych :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nie ma to jak buhurt. Jak dla mnie najlepsza konkurencja na turniejach rycerskich. Miałam tą okazję oglądać rycerzy w akcji na jednej z takich imprez w Ogrodzieńcu. Zwykłe pojedynki odpadają:). I nic dziwnego że wygraliśmy, skoro mieliśmy Lorda Vadera po swojej stronie;p

 

I szacun dla chłopaków. Ciężar ciężarem, ale jak tam pod spodem jest gorąco! Nie muszą martwić się o sylwetkę, bo w takich warunkach wytapia się cały tłuszcz;p

Niepodnoszący się rycerze są mitem, zbroja daje sporą swobodę ruchów. Chodzi mi o zbroje XV wieczne. Pamiętajmy, że rycerz walczył głównie na koniu co już wymuszało dobrą mobilność. Kiedy go ściągnięto z konia też musiał się ruszać. Co do filmiku, zbroje bohurtowe faktycznie są odwzorowane dokładnie, byłem niedawno w takim bohurcie, dobra zbroja chroni świetnie. Co prawda powyższy film jest z mistrzostw świata w sportowych walkach rycerskich i zasady znane z rekonstrukcji są lekko naginane ale sprzęt jest robiony tak jak powinien.

Jeśli chodzi o walkę w stylu “średniowiecznym” (białą bronią, dzidami i takie tam) polecam kanał:

https://www.youtube.com/user/lindybeige

Doskonałe! Niestety po angielsku...

Hmm... Dlaczego?

Nowa Fantastyka