- Hydepark: Self-pub (finansowanie przez autora) - artykuł do "Polityki"

Hydepark:

inne

Self-pub (finansowanie przez autora) - artykuł do "Polityki"

Drodzy, właśnie pracuję nad artykułem dla “Polityki” o self-publishingu, a raczej half-publishingu, bo chodzi o odmianę, w której autor wykłada kilka tysięcy, by wydrukowano mu jego książkę.

 

Czy ktoś z Was korzystał z usług takiego wydawcy? I chciałby podzielić się wrażeniami?

 

Jeżeli tak, mój meil to: marcinzwierzchowski@fantastyka.pl

 

Interesują mnie wasze wrażenia, to, co obiecał wydawca, a co otrzymaliście.

 

Innym zainteresowanym tematem powiem na razie tyle: rozmawiałem już z autorami, pogrzebałem, i jest tak tragicznie, jak można się było spodziewać. Taki druk nie gwarantuje żadnego dotarcia, a promocja to – uwaga, uwaga! – wysyłka 5-7 egz. do blogerów.

 

Artykuł ukaże się w “Polityce” w marcu.

Komentarze

obserwuj

Mam kolegę, który próbował przebić się ze swoim tekstem do publikacji – i otrzymał propozycję albo half-publishingu, albo wydania jedynie w formie e-booka. Zagadam doń, jak to wyglądało – chyba, że chcesz namiar na fejsika? Podejrzewam, że by się ucieszył :)

 

Anyway, moja skromna opinia, której nigdy mu nie powiem: już po blurbie można stwierdzić, że ze swoim dziełem w żadnym wypadku nie doczekałby się publikacji przez normalne wydawnictwo – co tylko pokazuje, jak te “drukarnie” żerują na  ludzkich marzeniach (pamiętam, jak kumpel się cieszył z tego powodu), mając w głowie tylko kasę.

And one day, the dream shall lead the way

@Malakh – na forum Weryfikatorium są setki postów na ten temat. I to spod klawiatur pisarzy (znaczy – takich prawdziwych, z normalnych wydawnictw), pseudo-pisarzy, a nawet pseudo-wydawców. Warto przewertować te tematy tam.

No i co pisał dj?

selfpub to zułóoooooooo!!!!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Własne wydawnictwo to chyba nie do końca typowy self ;P. Albo taki self z epickim rozmachem.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Ceterari, to wszystko self.

Jest self-self, kiedy pisarz zakłada wydawnictwo, bo ma dość walki z wiatrakami.

I jest self, który naciąga ludzi marzących o własnej książce, żeruje bezczelnie na ich marzeniach.

 

Self, jak Światowid, ma kilka twarzy ;-)

 

Imponująca jest za to skromność gwidona, w ograniczeniu się o samym sobie do trzech zdań – i to jakieś dwa miesiące przed premierą ;-)

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Z drugim psychofishowym wariantem selfu jest ten problem, że psuje opinię inicjatywom wydawniczym autorów, którzy po prostu chcą mieć swoje wydawnictwo i wydawać po swojemu. Bo mogą.

Poza tym self to furtka dla wszelkiej maści grafomanii, która dodatkowo zbiera się w watahy i wzajemnie pieści na blogach i portalach literackich. A spróbuj z jednym zadrzeć, to się stadnie rzucą do gardła.

Tradycyjne argumenty zwolenników selfu (skoro już władowałem te kilka tys. PLN, to muszę jakoś uzasadnić):

w PL nie wydaje się debiutantów; trzeba mieć plecy w wydawnictwach; trzeba mieć znajomości; trzeba mieć “nazwisko”, tj. być celebrytą. Jest jeszcze coś o spiskach, ale nie przytoczę.

Zasadniczo nowotwór.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dzikowy, ale ta nie-grafomania też się odbija, nieraz wielokrotnie, od teoretycznie profesjonalnych redaktorów. Zacytuję za Ceterari, z wątku malakha z pytaniami dla debiutantów:

 

===

Książka Kosińskiego, nagrodzona National Book Award, została użyta do przeprowadzenia eksperymentu, mającego na celu pokazanie, jak trudno jest nieznanemu pisarzowi przebić się. Niejaki Chuck Ross wysłał pierwsze 21 stron „Kroków” do kilku wydawców, w tym do Random House, który wydał je kilka lat wcześniej. Wszyscy ją odrzucili. Jeden z nich napisał w liście – Twoja proza jest bardzo klarowna, ale nie wzbudza takiego entuzjazmu, jaki wydawca powinien odczuwać w stosunku do każdej książki, którą zamierza umieścić na swojej liście. Ross, sam będący początkującym pisarzem, postanowił sprawdzić, czy pomogłoby wysyłanie powieści nie bezpośrednio, ale za pośrednictwem agencji literackiej. Wysłał więc „Kroki” do trzynastu najbardziej znanych agentów literackich. Wszyscy książkę odrzucili.

===

 

Anglosasi mają ponoć w standardzie zawsze wysłać odpowiedź, nawet z informacją “Nie, dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani”. Polska to nadal dziki kraj z kiepskimi obyczajami, gdzie często nie odpowiada się wcale (bo szkoda czasu na napisanie maila z odmową) – więc selfpub w rozumieniu numer dwa (firma eksploatująca grafomanów oraz niegrafomanów marzących o własnej książce, a nie mogących przebić się przez wydawniczą rzeczywistość) ma bardzo, ale to bardzo podatny grunt do działania.

 

Zaryzykuję twierdzenie, że gdyby wydawnictwa/osoby odpowiedzialne za ocenę nadsyłanych tekstów w wydawnictwach zmodyfikowały swoje zwyczaje na tyle, by przynajmniej informować uprzejmie o odmowach, a najlepiej z krótką uwagą (Tekst wymaga korekty interpunkcyjnej, ortograficznej, logicznej, kompozycjnej – cokolwiek w jednym oschłym zdaniu), selfpub w znaczeniu numer 2 straciłby wielu, łudzących się własnymi marzeniami o pisarskiej świetności (i karierze), klientów.

 

Druga sprawa to zwyczaje debiutantów. Dopiero Dragoneza uświadomiła mi, w jak surowym nieraz stanie mogą być przesyłane teksty – i to w ilościach hurtowych. Niektóre pewnie warto odratować, ale to na palcach dwóch rąk da się zliczyć, które. I na kolejnej parze takie, do przygotowania których autor się przyłożył. Wspomniani już anglosasi podobno nie bawią się zanadto w korektę redakcyjną – to autor ma dostarczyć praktycznie gotowy produkt. U miażdżącej większości naszych rodzimych amatorów, mocujących się z pisarskimi próbami, świadomość znaczenia “gotowego produktu” praktycznie nie istnieje. I to mimo istnienia takich miejsc jak weryfikatorium, portal pisarski, NF, szortal, esensja, histeria... To co ty, Dzikowy, nazywasz grafomanem, może być talentem, który wymaga pokierowania i opieki, nauki. I już wchodząc trochę w buty redaktora w wydawnictwie – kiedy on ma ten cały zalew, wybaczcie słowo, chłamu przetrawić i ludziom odpowiedzieć, kiedy odcedzić talent od grafomana i poprowadzić, jak jest sam jeden?

 

I dochodzimy do korzeni, czyli osób prowadzących biznes i decydujących o tym, czy słupek zysków jest najważniejszy, czy też staramy się, może kosztem jego zmniejszenia, postawić na jakość na wstępnym etapie oceny tekstów (np. poprzez zatrudnienie dodatkowej pary oczu do czytania nadsyłanych propozycji, jako najprostsze rozwiązanie).

 

To grubszy temat, ciekaw jestem, ile malakh ma miejsca, żeby się rozpisać – łatwo ciekawy artykuł zdemolować tendencyjnym przedstawieniem zagadnienia.

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Och, i jeszcze jeden temat – wielkość i rodzaj rynku czytelniczego, a co za tym idzie – wydawniczego. W Polsce, jak na – pewnie już jakieś 35-36 mln mieszkańców w porównaniu do niegdysiejszych 38 mln – poziom czytelnictwa mamy do bani, więc i na rynku grają duzi graczy, sprzedającego książki gwarantujące utrzymanie przedsiębiorstwa i niechętnie ryzykujące z debiutantami/nieznanymi nazwiskami. Z kolei poczytnych periodyków z publikacjami nie ma wiele! Pewnie jakaś “Odra”, “NF”, niskonakładowe nieregularniki...

 

Więc zostaje tylko sieć. Esensja, Histeria, Szortal – te miejsca wydają nawet czasem coś na papierze ;-) Na rynku, wydaje się, nie ma po prostu miejsca (w sensie: zapotrzebowania oraz możliwości uzyskania przychodu przynajmniej na utrzymanie redakcji) na wystarczającą ilość profesjonalnie redagowanych periodyków, przez które dzikie tabuny potencjalnych debiutantów mogłyby się odpowiednio przesiać, nim trafią do wydawnictw.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Grafomanię w znaczeniu przedstawionym kiedyś przez Parowskiego, tzn. umiłowanego w sobie w absolutnie odpornego na krytykę literkoskrobacza. Wierz mi, że próbowałem “nakierować” jednego selfera i odpuściłem dopiero po stwierdzeniu “a co mi jakiś redaktor będzie mówił, jak mam pisać”. 

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

No to faktyczny grafoman, do odsiania ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jest drastyczna różnica pomiędzy drukarnią, która drukuje ludziom po 300 egzemplarza książki na życzenie a człowiekiem, który założył wydawnictwo, żeby wydać swoją powieść.

 

Gwidonie – jak wiesz dobrze, życzę powodzenia :)

 

/edit

Nauczymy się nazywać prawidłowo. Wydawnictwa wydające ludziom książki pod hasłem “selfpub” to są DRUKARNIE.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

No, przeczytałem – masakra, mrok :)

 

Szkoda, że Marcin nie pokusił się o wyliczenie skali zjawiska (wiem, wiem, za rzetelny dziennikarz śledczy jesteś) ale można sobie wyobrazić rozmiar.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

O, jest już? To ja biegusiem do kiosku.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dostałem do nieoficjalnej korekty :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

W takich chwilach jestem oddanym całym sercem komunistą. Wszyscy powinniśmy dostać do nieoficjalnej korekty. :P

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Tak jest, towarzyszu Dzikowy! Lud pływający ścieków i smródek solidaryzuje się w potrzebie nieoficjalnej korekty!

 

 

(Ładny lans, Jajku, ale w słusznej sprawie :-) )

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A kiedy będzie, jak już temat ożył? Też bym przeczytała, nawet oficjalnie...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Z tego, co Marcin raportuje na fejsie, już poszedł test finalny do redakcji :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Wiem, czytałem. Czekam. Zaprenumerowałem sobie na Kundla, żeby już we wtorek mieć.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dawaj spację/enter po linku, żeby się uaktywnił :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Trzeba kupić “Politykę”.

Ale – na kilkaset naprawdę nadaje się jedna? A reszta to wielkie g? Aż tak? 

 

Jeden na kilkaset... smutna statystyka. A jeszcze nie dołożyłam do niej ręki :P

Tylko nie "Tęcza"!

Dołóż, dołóż... Może wzrośnie do dwóch na kilkaset.

Babska logika rządzi!

Ważki temat. Poruszył także Jakuba Żulczyka, wybaczcie wulgaryzmy, wklejam bez cenzury jego wypowiedź z FB o tymże tekście:

W dzisiejszej Polityce artykuł Marcina Zwierzchowskiego "Pisarzom się wydaje".

Nie interesowałem się przedtem za bardzo ani rynkiem self-publishingu, ani wydawcami, którzy publikują za kasę autorów. Ale jeśli chociaż połowa podanych w artykule faktów to prawda, to wymienione w tekście wydawnictwa to najgorsze szumowiny rynku wydawniczego. 

Dojenie kasy z biednych ludzi, którym nikt nie miał odwagi powiedzieć, że po prostu nie mają talentu i być może zajęliby się czymś innym, poszukali tak potrzebnej w życiu człowieka samorealizacji w innej dziedzinie. Wciskanie im kitu o rzekomej sławie i zupełnie wyssanych z palca pieniądzach. Psucie rynku przez zatykanie go pryzmami szmiry, wmawianie ludziom, że papier przyjmie każde gówno, degradacja i pauperyzacja zawodu pisarza. Szczerze życzę tym wydawcom z Bożej łaski, abyście za wasze kurestwo, frajerstwo i cwaniactwo zapłacili bankructwem. 

Jestem na rynku wydawniczym już od prawie dziesięciu lat, wydałem kilka książek w paru wydawnictwach i jeśli jestem czegoś pewien, to tego, że jeśli Twoja robota, drogi aspirujący autorze, do czegokolwiek się nadaje, to prędzej czy później – obiecuję ci to – będziesz opublikowany/a w normalnym wydawnictwie, które zainwestuje w twoją książkę własny, ewentualnie dotacyjny kapitał. 

Może będzie tak, że trochę na to poczekasz, może to będzie niewielkie, niszowe wydawnictwo, może sprzedasz niewiele, może zarobisz na tym bardzo mało albo w ogóle nic. 

Ale jeśli jesteś coś wart, ktoś cię opublikuje i nie będziesz musiał płacić mu za druk i promocję z własnych pieniędzy. 

Nie wierzcie tym psującym rynek skurwysynom. 

Przepraszam, ale się zdenerwowałem. Poza tym na dworze piękna pogoda i życzę wszystkim miłego dnia.

Przyczajony użyszkodnik

Finkla – miło mi, że tak myślisz :) żeby tylko babka Wena też tak myślała i wróciła do mnie wreszcie.

Mechniszkin – wypowiedź całkiem nieźle obrazuje moje odczucia I dodam tylko – NA POHYBEL SKU*** :D (kropki, żeby mi beryl postu nie wywalił).

Tylko nie "Tęcza"!

Przeczytałam. Rzeczywiście, cwaniactwo żerujące na naiwności do sześcianu. Ale z psuciem rynku bym nie przesadzała. Przecież tego i tak nikt nie kupuje.

Kij ma dwa końce, szczególnie taki w mrowisku :) <nachodzi mnie wrażenie, że już to kiedyś mówiłem, hmmm...> Publikacje tygodnikowe, z pełnym szacunkiem dla zdania autora, mają swoje prawa... Choć Polityka zdaję się  być  najbardziej wstrzemięźliwa w pogoni za sensacją.  

 

Taka opowiastka:

Daleki (pra) wujek przeszedłwszy na emeryturę zapisał swoje wspomnienia z wieloletniej kariery nauczyciela. Nie posłał dzieła do “prawdziwego” wydawnictwa.  Po prostu spisał z książki telefonicznej adresy wydawnictw w okolicy i z maszynopisem wykonał Tour de Publicateur. W końcu się dogadał i własnym sumptem wydał gdzieś ze sto egzemplarzy. 

(Pra)wujo zmarł jakieś dziecięć lat temu.  (Pra) ciocia do dziś, gdy ktokolwiek wpadnie w gości wyciąga książeczkę i z dumą prezentuje ostatni egzeplarz –  resztę rozdała. 

Ja niestety nie załapałem się, ale w trakcie przydługich urodzin, przeczytałem z jedną trzecią i była to naprawdę zacna lektura. Czytałem gorsze :) 

Skoro miliony much z błyszczącym zielenią odwłokim, jednak się co dzień myli, dlaczego  nie może pomylić się dwóch czy trzech wydawców? 

 

To nie miała być pochwała naciągactwa, ale zdanie, że czasami nie ma nic złego w tym, że ktoś spełnia czyjeś potrzeby. 

Nie biegam, bo nie lubię

Wiesz, Corcoranie, jest jednak pewna różnica. Prawuj zrobił to nie dla sławy i bogactwa (i nikt go tym nie mamił i złotych gór nie obiecywał), tylko dla siebie (tak zrozumiałam Twoją opowiastkę) i rodziny. Jako własną pamiątkę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Różnica w stosunku do czego/kogo? Śniąca. 

Nie biegam, bo nie lubię

Oj, Corcoranie, aleś Ty upierdliwy. ;)

Różnica i już. Prawuj liczył, że jego książki będą w Empiku? Będą reklamowane, rozsyłane, promowane? Że będą dodruki?

Jasne, jakim trzeba być naiwniakiem, żeby tym “wydawnictwom” uwierzyć. Wystarczyło przecież sprawdzić, ile ich tytułów leży na półkach w księgarniach. Problem w tym, że wiele osób piszących uważa się za artystów, wielu z nich to pięknoduchy, którym nie w głowie takie prozaiczne rzeczy jak jakaś nużąca, przyziemna weryfikacja faktów. Wiem co piszę, bo z racji doświadczenia zawodowego spotykałam i spotykam wielu tego typu “artystów” (chociaż z innej branży) którym się wydaje, że powinni być noszeni na rękach (i dotowani) już z tego powodu, że istnieją; a także uroczych pięknoduchów, których mózgi naprawdę pracują na jakichś innych zasadach. Oni akurat totalnie nie łapią istnienia jakiś tam ZUS-ów, podatków, tabelek i innych pierdół – ale zasada niezrozumienia rzeczy i reguł przyziemnych, lewitowania metr nad ziemią jest – być może – podobna. I na tym żerują tamte “wydawnictwa”.

 

Co prawda trudno mi sobie wyobrazić, że tylko jedna z amatorskich powieści na kilkaset nie jest totalną kupą, która nie powinna ujrzeć światła dziennego, ale mimo to – najbardziej w tym tekście uderzyło mnie to, że za kasę wydadzą absolutnie WSZYSTKO.

za kasę wydadzą absolutnie WSZYSTKO.

A czemu nie? Czyżby pieniądz zaczął ostatnio śmierdzieć?

Babska logika rządzi!

Wiesz, zanim przeczytałam ten artykuł, zastanawiałam się, gdzie te książki można w ogóle kupić. No bo są przecież poza takim trybem dystrybucji jak pozycje jakoś tam znane. Nie wymyśliłam właściwie nic, oprócz wizji wielkich magazynów stojących gdzieś w szczerych polach, pełnych maszyn do przemiału papieru.

Ok, ja wiem, że te wydawnictwa to właściwie drukarnie. Ale mają jakieś nazwy, jakieś, kurde, marki. I jak mi się wydawało, każdy chce, żeby jego marka dobrze się kojarzyła.

Ale najwyraźniej też jestem pięknoduchem. Czy też raczej pięknoduszką. ;)

 

I jeszcze jedna rzecz – ci ludzie, którzy wydają swoje opowieści w ten sposób – oni są przecież często z tym, co napisali emocjonalnie związani, to są dzieła ich życia, że tak patetycznie to określę. I palą sobie te dzieła, bo ok, pewnie wielu z nich nie ma żadnego talentu, chociaż by się skręcali nie spłodzą niczego wartościowego. Ale są też tacy, którym przydałaby się możliwa do zrealizowania poprawa warsztatu. I dupa, bo sobie wydadzą w 300 egzemplarzach, z których sto pójdzie do rodziny a reszta na przemiał. A nikt więcej już nawet na to nie spojrzy.

No, wkurzyłabym się.

Różnica w stosunku do czego/kogo? Śniąca. 

Ocha już odpowiedziała i nawet nie muszę nic więcej dodawać.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chyba muszę skoczyć do saloniku prasowego, albo lepiej jakiegoś Matrasa i przeczytać sobie tam ten artykuł... ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berelu, kup, spokojnie przeczytaj, a po tygodniu zwróć z awanturą, że numer już  jest nieaktualny.... Na Jarka :D

Nie biegam, bo nie lubię

:D

Jarek to ostatnio jeden z moich stałych powodów do śmiechu, kiedy przeglądam internet.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Przeczytałem artykuł. Poza odpowiedziami “wydawnictw” na grafomanię, świetny jest człowiek uderzający do Ćwieka z propozycją współpracy ;)

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Z moich doświadczeń z materiałami pokonferencyjnymi wynika, że „jak sam człowiek o siebie nie zadba, to nikt o niego nie zadba” (i tu duża kropka).

 

Podrzucę Wam jeszcze kawałek wywiadu:

„To nie jest prawda, że autor nie potrzebuje wydawcy. Czysty self publishing jest mitem. Na targach we Frankfurcie w 2014 roku, było dużo paneli dyskusyjnych na ten temat. Jedną z najważniejszych konkluzji jakie wynikają z tych debat, jest stwierdzenie, że autor piszący w sieci, jest sam sobie wydawcą, ale potrzebuje redakcji (redakcji merytorycznej). Nie jest tak, że nie ma w tym wypadku wydawnictwa. Wszystkie jego funkcje są zachowane, tyle że samo „wydawnictwo” jest mikroskopijne. Wykonuje jednak zadania merytoryczne i marketingowo – sprzedażowe. Oczywiście, jeśli mówimy o self publishingu, który ma sens, a nie jest takim pisaniem do „wirtualnej szuflady”. (Sens jest w tobie – dyskusja o cyfrowych książkach i zawodach przyszłości, „Doradca Zawodowy”, 2015, nr 1 (30), s. 6 – w druku).

;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Jahusz, albo nie czytałeś artykułu, albo nie zrozumiałeś. Nikt nie potępia i nie miesza z błotem grafomanów (ok, początkujących pisarzy – niech będzie). Sprawa dotyczy złodziejskich “wydawnictw”, które obiecują sławę, bogactwo, gwiazdkę z nieba i gruszki na wierzbie tym ludziom. Taki młody człowiek, któremu napchano do głowy tego typu pustych obietnic, oddaje swoją kasę i czeka na chwałę i ozłocenie. A z tych obietnic nikt najwyraźniej nie ma zamiaru się wywiązywać. To zwykłe oszustwo. 

Poza tym ci ludzie są okłamywani – jak można tekst najeżony błędami wszelkiego możliwego rodzaju (jak ten w teście Pollaka – czytałam cały przebieg eksperymentu i włos mi się na głowie jeżył) pochwalić, że jest dobry???  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jahuszu, oczywiście generalnie się z Tobą zgadzam, bo trudno się nie zgodzić. Ale nie w kontekście tego artykułu.

Do tego co już napisała Śniąca, dodam pytanie: czego miałby mnie nauczyć fakt, że “wydawnictwo” przyjmie moją grafomańską, źle napisaną, pełną błędów powieść? I uzna, że się nadaje do druku?

Jasne, nie zakładam, że wszystkie książki wydane za pomocą tej metody są beznadziejne. Na pewno znajdują się wśród nich wartościowe pozycje, być może nawet takie, które – po niewielkich korektach – znalazłyby tradycyjnego wydawcę. Posłużę się moim przykładem. Piszę mało, bo nie mam na to czasu. Ale tym bardziej to, co piszę, jest dla mnie istotne, czuję się emocjonalnie związana z bohaterami i ich historiami. Staram się też nie odwalać fuszerki. I znowu pytanie – jakim doświadczeniem miałaby być dla mnie sytuacja, w której wydawca obiecuje mi – za te wychuchane na skalę moich możliwości opowiadania – reklamę, dystrybucję, dodruki, a potem wysyła je na przemiał, gromadzi w magazynach czy cholera wie, co z nimi robi. Bo w księgarniach tych książek nie ma.

 

Młody nie od razu znaczy naiwny. Czegoś szukał. Zapłacił za obietnicę, za nadzieję, za chwilę słabości. Upadł i się podniósł. Jak my wszyscy  – wzmocnił się.

Ale w ogniu się ta jego ofiara zahartuje, jeśli zrozumie i podejmie wezwania na nowo. To doświadczenie pozwoli mu spojrzeć na siebie z innej perspektywy. Pieniądze wtedy nie pójdą na marne. Trzeba tylko dać mu szansę – i tu kłania się tolerancja– jeśli będzie chciał słuchać –  nad sobą popracuje i zmoże owe jeżyny błędów.

Chyba jednak nie czytałeś artykułu, bo najwyraźniej rozmawiamy o różnych rzeczach.

Pozwolę sobie przytoczyć cytat z artykułu: “(...) niemal wszyscy pisarze, do których udało mi się dotrzeć, publikujący w tego typu wydawnictwach, powtarzali jak mantrę te same formułki o wielkich złych wydawcach, którzy nie chcą publikować debiutantów i drukują tylko po znajomości (...) Odrzuceni bywają jednak głusi na te argumenty, pielęgnują w sobie poczucie krzywdy i świadomie unikają tradycyjnych wydawców.”

Co, przy takim podejściu, ich zahartuje? Czego się nauczą? Z czego i jakie wyciągną wnioski? Z jakiej innej perspektywy spojrzą na siebie? Jakie błędy zmogą, skoro są głaskani po główkach i chwaleni przez oszustów?

Ważne jest – tu zacytuję Ciebie – “jeśli będzie chciał słuchać”. I tu leży pies pogrzebany – bo omamiony człowiek nie chce najwyraźniej słuchać konstruktywnej krytyki i nie chce się uczyć.  

 

Profesjonalne wydawnictwo go zawsze wyśmieje albo zabawi się w głuchy telefon. Nie ma zwyczaju kulturalnej odpowiedzi.

Nie jestem w żaden sposób związana z żadnym wydawnictwem, ale nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek redaktor wyśmiał nawet największego grafomana. To, o czym słyszę i z czym się spotykam, to raczej brak jakiekolwiek odpowiedzi lub zdawkowe “Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani.” Fakt, przydałaby się nieco rozbudowana odpowiedź wskazująca powód odmowy, ale na ten temat też już była dyskusja. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jahusz, dobrze mówisz. Twoja wypowiedź jest pełna optymizmu i wiary w człowieka, w jego dążenie do samospełnienia. Gdzieś tam, na obczyźnie nasiąknąłeś naturalnym stanem człowieka, optymizmem, którego w naszym kraju brakuje. Myślę, że to skutek minionego ustroju. Ale jest światełko w tunelu. 

Mówisz zdroworozsądkowo. Czego tu się bać? Że będzie więcej publikacji na rynku? Że ktoś to przeczyta? Przecież, przed zakupem czytelnik przeczyta stronę lub dwie, jeśli mu się spodoba, to niech kupuje. Ile to śmieci zostaje sprzedanych w niewyobrażalnych nakładach i nikomu wielka krzywda się nie  dzieje. To śmieszne ronić łzy nad autorem knota. Pozdrawiam i życzę, by nigdy nie opuścił Cię ten zdrowy optymizm.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Jahuszu, ale jeżeli tylko drukują, to dlaczego nie nazywają siebie po prostu drukarniami? Tak by było uczciwie, nikt nie miałby pretensji. Ale jeżeli obiecują porządną korektę, promocję, dystrybucję i się z tego nie wywiązują, to coś tu jest porządnie nie halo.

Jeżeli wydawnictwo, w którym wydałeś swoją książkę, jasno stwierdziło, że oni tylko drukują, a reszta należy do Ciebie – to ok (oprócz tego, że jednak nie rozumiem, dlaczego nazywają się wydawnictwem). Ale z tego artykułu wynika, że bardzo często tak się nie dzieje. Autorom obiecuje się wiele, a potem z tego nie wywiązuje. I na tym wieszamy psy, a nie na autorach.

Zresztą, dyskusja dotyczy artykułu, ja się na nim opieram, bo doświadczeń z wydawnictwami nie mam żadnych.

I uważam, że taka metoda może być szkodliwa dla młodych, niedoświadczonych, wrażliwych i często przekonanych o swoim talencie i swojej wyjątkowości autorów. Bo (piszę o tych wydawnictwach, które do druku przyjmą WSZYSTKO, niemal bez korekty) papierowa książka to jest coś. Bo jeśli taki autor dostanie do ręki własną powieść, to często umacnia go to w przeświadczeniu, że taki właśnie, utalentowany i wyjątkowy, jest. A inni, którzy twierdzili inaczej – mylą się. W tym te “złe” wydawnictwa tradycyjne (nie twierdzę też, że one zawsze mają rację). I po co się doskonalić, skoro mnie wydali?

Nie wszyscy tak pomyślą, ale sporo z nich owszem.

 

A, i nie zgadzam się, że to znak czasu. Każdy demonizuje następne pokolenie. :) A oszustwa czy też zwykłe próby zrobienie innych w bambuko były zawsze i zawsze będą.

Przejrzałem ostatnie komentarze i przyznam, że nie wiem, jahuszu, o co właściwie Ci chodzi.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nic mi nie przeszkadza, że ktoś się fajnie poczuje. Nie lubię tylko, jak ktoś kogoś robi w trąbę. I to właściwie tyle chciałam napisać w moich poprzednich, przegadanych komentarzach.

Też nie wiem. Wydawało mi się, że z literatury to czytelnik ma być zadowolony. Z vanitowcami jest ten problem, że zły produkt sprzedają, a potem jest on poddawany ocenie, której nie przyjmują do wiadomości. Zła ocena to hejt. A atakują stadami.

Zacytuję z mojej rozmowy – “nie będzie mi jakiś redaktor mówił, jak mam pisać”.

I co mnie obchodzi, jako czytelnika, że ktoś chce się czuć spełniony? Zapalonego szewca-partacza, jeśli weźmie pieniądze za buty, w których po kilku krokach krwawią stopy lub które rozpadną się po tygodniu, będziesz chwalił i poklepywał po głowie, że się spełnia w ten sposób?

Vanitowcy biorą pieniądze za swoje utwory. Sprzedają je. Gdyby rozdawali je za darmo, to ich zmartwienie. Niech się tak spełniają, ale mam płacić za gniot, którego nikt nie zredagował (bo wyżej) i nie skorygował i jeszcze poświęcać czas?

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dzikowy – No, nie wiem. Mnie też guzik obchodzi, czy autor, chce być spełniony. I nie w tym rzecz. Rzecz w tym, żebym nie decydował, czy może pisać. Może. I nikt mu tego nie zabroni. Może wydrukować z własnego kompa dowolny bubel (w który święcie wierzy) i jeśli znajdzie nabywcę, to sprzeda, mnie nic do tego. I nikomu nic do tego. Chcesz, kupisz. Nie chcesz, nie kupisz. Przecież nie kupuje się książek nieznanego autora w ciemno. Nie wierzę w to. Chyba, że z polecanek. Każdy najpierw taką pozycję przegląda, więc w czym problem? Ograniczać? Stygmatyzować? Po co? W jakim celu? Jeśli ktoś chce być głupi, albo nieroztropny, to nie ma siły, żeby go od głupoty, czy nieroztropności odwieść. To bezcelowe. A wprowadzać prawne zakazy?... eee, bez żartów. 

I to jest wolność. I to jest wspaniałe. 

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Jahuszu, nie wiem o co Ci chodzi z “taką postawą i wrodzoną niechęcią”, więc może zechcesz wytłumaczyć.

I przyznam, że nadal nie wiem o co Ci chodzi co do meritum. Oburzasz się, ale o co? O to, że mamy własne zdanie na temat selfpubu i je wyrażamy? Mieszasz w dyskusję albo głupich celebrytów albo jakieś państwo bezprawia, jakby to miało jakikolwiek sens w tym przypadku. Przepraszam bardzo, ale oczekujesz ode mnie, że będę przyklaskiwał temu, że ktoś sobie wydrukował książkę w czymś, co śmie się nazywać wydawnictwem? A niby dlaczego? Wybacz, ale mam wrażenie, że dramatyzujesz. I w dodatku nadużywasz wielkich słów.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

jahusz, tym razem – a rzadko mi się to zdarza, zgadzam się z berylem. I z dzikowym też się zgadzam. Bez “takiej postawy i wrodzonej niechęci”

 

Drukowanie i rzucanie na rynek bubli jest szkodliwe dla wielu.

 

  1. dla autorów gniotów, bo uważają się za geniuszy, którymi nie są. Szkodzi to ich portfelom, a ich przerośnięte ego zacznie wydawać kolejne beznadziejne książki, które zawalą rynek. Można się realizować w wielu aspektach, ale na bogów, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, że NIE KAŻDY POTRAFI PISAĆ. I, owszem, można się warsztatu nauczyć, a może nawet nauczyć pisania, ale trzeba w to włożyć trochę wysiłku, a nie iść po linii najmniejszego oporu i dręczyć innych gniotem, który wymaga poprawek. Przepisania. Wyrzucenia i napisania od nowa. Wielu naprawdę dobrych pisarzy słusznie twierdzi, że ich pierwsze dzieła były beznadziejne i są szczęśliwi, że niektóre gnioty nie ujrzały światła dziennego, bo teraz byłoby im wstyd. Mnie by było wstyd, jakby ktoś znalazł niektóre rzeczy, jakie napisałam w liceum. Jak gdzieś na to trafiam w szufladach, mam ochotę sobie strzelić, że mogłam napisać coś tak złego. Spełnianie się to jedno, ale trochę obiektywizmu jeszcze  nikogo nigdy nie zabiło.
  2. dla innych autorów, także tych potencjalnych. Ci, którzy dobrze piszą muszą walczyć, by przepchnąć się przez tłumy tych, którzy mają kasę. To jak spotykanie się dla kasy, nie nazwiesz tego miłością. Jest to rodzaj jakiegoś pokręconego, ale jednak toksycznego związku. Płacenie za wydruk to właśnie taka miłość za kasę, tylko, że niektórzy tego nie widzą i myślą, że trafiło im się prawdziwe uczucie. No więc sorry, nie, porzucą cię, jak tylko opróżnią ci konto.
  3. dla rynku, bo książka powinna być jednak czymś wymuskanym, dopracowanym i prezentującym jakiś poziom. a wiele z nich wygląda jak dowolny program z telewizji prywatnej, typu: jak oni fajnie podskakują albo, kto jakie majtki włożył na imprezę. Ja, jako człowiek wykształcony, wychowany na dobrej muzyce i dobrej literaturze mam odruch “I don’t want to live on this planet anymore” i protestuję przeciwko wciąganiu literatury w to, za przeproszeniem, gówno. Można równać, ale przecież nie do najniższego poziomu! Jak ja mam znaleźć na półce coś godnego czytania, jak to co tam stoi to jakaś parodia literatury?
  4. I drzew szkoda!

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

O ty, Drukarenko niemiła, i tak nie zostaniesz prawdziwym Wydawnictwem. Bierze i daje klapsa. A ty, a ty...

;)))

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Tyle gadania, a dj Jajko pisał był od początku, że self-pub to ZUŁÓOOOOOOOO!!!

Jakim marginesem jakiego szacunku? O.o. Ja tych ludzi nie znam, nie myślę o nich pod tym kątem...

 

jahusz, powiedz, jesteś specjalistą od genetyki? Jeśli tak, super. Jeśli nie, nie zabieraj się do klonowania. Żeby coś robić i robić to publicznie, warto byłoby to robić dobrze. Tyle...

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

jahusz, powiedz, jako bywalec świata, czy tam na “dzikim” zachodzie self przyniósł degradację literatury, chaos, pauperyzację? 

Czy to wszystko nie jest wyważaniem otwartych drzwi?

Czy nie pachnie to reglamentacją, koncesyjnym rynkiem, zamkniętym układem?

 

 

 

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Czy tylko ja mam wrazenie, ze dwie strony sporu pisza tutaj o zupelnie innych sprawach? Przepraszam za brak polskich znakow, pisze na jakiejs szalonej austriackiej klawiaturze z bambusa.

Po co wasze swary głupie, które z ciekawością śledzę,  jak i tak wszystkim rządzi rynek... 

Nie biegam, bo nie lubię

Serio? Masz z bambusa? Fajna jest w sumie...

Tak, ocho. Ja mam wrażenie, że jahusz wcale nie dyskutuje z użytkownikami z tego portalu, bo albo wpycha im w usta coś, czego sami nigdzie nie napisali albo wyciąga bardzo daleko idące i błędne wnioski z ich słów i do tego się odnosi :) Dosyć dziwny sposób prowadzenia rozmowy.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Jahuszu, muszę przyznać, że jeżeli Twoja obserwacja mojej osoby była równie wnikliwa, co analiza komentarzy innych ludzi, jaką popisałeś się w tej dyskusji, to chyba nie powinienem się specjalnie przejmować :)

Jeżeli jednak chcesz szukać kogoś, kto jątrzy i mąci, to proponuję jeszcze raz przeczytać wszystkie komentarze w tym temacie. Podpowiem Ci, że będzie to osoba, która bezceremonialnie zarzuca innym brak szacunku do ludzi, brak empatii, a nawet człowieczeństwa.

Życzę trochę bardziej chłodnego spojrzenia na dyskusję i mniej przewrażliwienia :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Jahusz, generalnie, ma rację w tym co mówi. Problem polega na tym, że mówi zupełnie nie na temat, i – bez urazy, mam nadzieję – z jakiegoś powodu uparcie nie chce nawiązać do głównego nurtu rozmowy. Ludzie, różnice między nimi i ich marzenia to jedno, a sposoby w jakie te marzenia realizują, cena, którą za to płacą i stado (cenzurka) hien, które nań żerują, krzywdząc swoim procederem absolutnie wszystko i wszystkich poza nimi samymi, to coś zupełnie, ale to zupełnie innego. A zarówno artykuł imć Zwierzchowskiego jak i ten wątek, tyczą WYŁĄCZNIE tego drugiego zagadnienia. Merytorycznych argumentów za tym, że self-puby to ZUŁOOOO!, przytaczał nie będę, bo nic nowego nie wniosę do tematu. Mądrzejsi ode mnie już przemówili.

Dodam tylko, że im wyżej wzlecisz, nie mając skrzydeł, tym bardziej potrzaskasz sobie dupę, gdy spadniesz. Młody, ambitny grafoman (dobra, dobra – pisarz bez perspektyw), pisze gniota (dobra, dobra – powieść o wątpliwych walorach literackich) i zostaje odrzucony przez zawodowców; ludzi, którzy – cholera jasna – znają się na swojej robocie i na dobrej literaturze. Inna rzecz, że nie są nieomylni. Ale wróćmy do naszego młodego gniewnego. Bo “niezrozumienie ze strony redakcyjnych sobiepanków”, wzbudza w nim gniew i rozgoryczenie. Potem mamy jakieś raczej nieprzyjemne procesy myślowe, które prowadzą Autora i jego Potwora do kuchennych drzwi Raju Utraconego – Selfie. Trzeba tylko kupić klucz. A klucze, wiadomo, droga sprawa. Lekko licząc, jeśli mamy do czynienia z pełnym Self-pubem, trzeba wywalić się z dwunastu do piętnastu tysięcy Złotych Polskich, od dwudziestu lat niezmiennie Nowych (przynajmniej mi takie ceny chodzą po głowie zaśmieconej wspomnieniami z ofert jednego z wiodących wydawców self-pub). Jeśli iść w half-publishing (autor ponosi “połowę” wydatków), to koło sześciu, siedmiu tysięcy, wciąż złotych, wciąż nowych.

Jahuszu, nie wiem na ile jesteś zorientowany w sytuacji ekonomicznej Polski i – co ważniejsze – Polaków, tych przeciętnych i statystycznych, ale uwierz mi, to są OGROMNE pieniądze. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że trzeba by odkładać do skarbonki z rok czy dwa, by – nie obniżając własnego poziomu życia i statusu materialnego – nazbierać na taką przygodę. A i to przy założeniu, że nie masz przed sobą trzydziestu lat spłacania kredytów za własne więzienie i nie musisz utrzymywać licznej rodziny.

Polska nie Australia, przykro mi.

Tak więc mamy czas poświęcony na napisanie książki oraz na zbieranie pieniążków, potem jeszcze te trzy miesiące na “redakcję”, “korektę” i wszystkie inne etapy procesu wydawniczego, i – WRESZCIE! WRESZCIE! WRESZCIE! – czas żniw. Tylko, kurwa, gdzie są plony? Mamy kilkaset, zazwyczaj mdłych egzemplarzy, które miały trafić do księgarń w całej Polsce (albo i nie – “to są Twoje książki, możesz je wszystkie zabrać do domu, jeśli chcesz”), a gniją w magazynie, bo nikt ich nie chce; marketing bardziej niż umowny, sprzedaż żadna, klient udupiony, dziękujemy. Ostateczny rezultat jest taki, że ktoś, kto wydaje za własne pieniądze, nie tylko nie spełnia marzenia o sławie, chwale i bogactwie, ale czuje się oszukany, okradziony i sam w swoich własnych oczach wychodzi na skończonego frajera i durnia ciężkiego kalibru. A to nie jest ani dobre, ani pouczające, bynajmniej. Wiadomo, jakaś tam nauczka – nauczka zaledwie, a nie wielka życiowa mądrość – na przyszłość jest, ale czy warto płacić za nią taką cenę? Samoocena zmielona przez kombajn do koszenia frajerów, piękne marzenie wdeptane w glebę kołami rzeczonego, rozgoryczenie, poczucie wielkiej klęski i ego przerobione na zupkę instant. A wszystko na własny, niemały przecież, koszt. Krótko: marzenia w pizdu, kupa forsy w pizdu, wszystko w pizdu! Warto więc płacić? Odpowiedź brzmi: nie, nie warto.  Czasem lepiej dla wszystkich, żeby marzenia pozostały tylko marzeniami. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi; o to chodzi nam, głosom otwarcie ostrzegającym potencjalne ofiary przed Złodziejami Marzeń.

Tak więc nie uważam, że ta dyskusja to wielka awantura o NIC. Skoro wiem, że coś jest szkodliwe, głupie i złe, to moim moralnym obowiązkiem jest przed tym chronić i ostrzegać innych. Zasada jest dokładnie ta sama, co w przypadku rodzicielskich zakazów, by nie wsiadać z obcym panem do samochodu. Ale jeśli ktoś na własnej dupie musi się przekonać, że takie wycieczki wcale nie są fajne... No cóż, rzyć(e) boli.

 

Wybaczcie cały ten bełkot, ale jakoś zapomniałem usnąć o stosownej porze, a teraz nie mam już siły na to, by robić self-betę komentarza. Jutro pośmieję się sam z siebie.

 

Peace!

 

P.S.

 

Jaka jest szansa, że kiedyś będzie ten artykuł dostępny nieodpłatnie? Nie kupiłem żadnej gazety od roku pańskiego dwa tysiące... któregoś, to jest od czasów, gdy skiepścili Kaczora Donalda, i – generalnie – jestem z tego dumny (choć chyba trzeba będzie zrobić wyjątek na NF).

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czy tylko ja mam wrazenie, ze dwie strony sporu pisza tutaj o zupelnie innych sprawach?

Ocho, nie, nie tylko Ty masz takie wrażenie. Ja też zauważyłam to już dawno i podarowałam sobie dalszą jałową dyskusję.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

WRESZCIE! – czas żniw. Tylko, kurwa, gdzie są plony?

Esencja.

Sorry, taki mamy klimat.

Cień Burzy napisał bardzo dobre podsumowanie, tylko, jeśli jahusz rzeczywiście zniknął jak obiecał, niestety to do niego nie dotrze.

 

Ja tylko jeszcze chciałam dodać, że – pomijając dziwne wstawki o szacunku i człowieczeństwie, które chyba przybiegły z jakiegoś innego wątku – self-pub ani nie uczy na błędach (chyba, że skutecznie zniechęca do czegokolwiek), a tym bardziej nie jest metodą małych kroków. Wyskakiwanie z gotową książką, która jest, no właśnie wątpliwej jakości literackiej – to nie są małe kroki. To jest skok z klifu na główkę.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Dopisałbym jeszcze, że to skok na główkę dla kogoś poważnie myślącego o karierze w pisarstwie – jakie implikacje tegoż mogą być, chyba zdajemy sobie wszyscy sprawę.

Natomiast jeśli chce sobie swoją twórczość profesjonalnie wydrukować i ma trochę oleju w głowie – to ja nie widzę przeciwwskazań.

And one day, the dream shall lead the way

Tak, myślę, że wszystkim wiadomo już wszystko. Do selfu, jak do każdej rzeczy pod słońcem, trzeba podchodzić świadomie i z głową. Zupełnie inna rzecz, kiedy ktoś dla własnej satysfakcji i świadomie wydaje pieniądze, na coś co, jak sam dobrze wie, nie jest żyłą złota i przepustką do Galerii Sław, ale sprawi mu radość i satysfakcję – w końcu a) wszystko jest dla ludzi, b) pieniądze są po to, żeby je wydawać i c)  życie dano nam po to (podobno), by czerpać z niego radość – a co innego, kiedy ktoś, zaślepiony ambicją, daje się nabrać zwykłym oszustom żerującym na ludzkich marzeniach.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Miałem dwukrotne doświadczenie selfu. Raz w Australii, a raz w Polsce. Obu wydarzeń szczerze nie żałuję.

Za pierwszym razem self zoorganizowały moje córki, jako prezent urodzinowy.(...)Macie opcję wydania pamiątkarskiego. I jestem za takim stawianiem sprawy selfu– to w pełni popieram .

(...) Po przeanalizowaniu rynku selfu zdecydowałem się na WAW. Zapłaciłem pieniądze – 4600. Czy uwierzyłem w ich obiecanki? Nie. Z góry założyłem, że z większości się nie wywiążą. (...) Książka jakąś niewidzialną mocą popłynęła wszędzie tam, gdzie bym się jej nigdy nie spodziewał, nie przynosząc przy okazji ani grosza zysku. Ale ja – suma sumarum – nie o to w końcu walczyłem.

I tu jest sendo problemu – przypadek pierwszy – pamiątka na własne życzenie. Przypadek drugi – publikacja na własne życzenie z pełną świadomością poniesienia kosztów i braku zysków.

W przeciwieństwie do Twoich przypadków to, o czym rozprawiamy w tym wątku to oszukańcze obiecanki “wydawnictw”, które mamią zyskami i w które to zyski początkujący autorzy święcie wierzą.  

 

Plus jeszcze jedna kwestia, której nie można pominąć:

Ile to jest tutaj? Jest to średnia tygodniówka.

Tu to nie jest średnia tygodniówka, tylko miesięczna pensja netto dobrze zarabiającej osoby (mówimy o tych ok. 3300 zł). 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Myślę, ze Jahuszowi chodziło raczej o jego “tutaj”.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wiem, ale nie wiem na ile Jahusz zna nasze aktualne realia, więc chcę mu uświadomić, że nasze tutaj to nie jest przelicznik 1 do 1 i wygląda to inaczej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytam i czytam...

 

Z jednej strony: o oszustach, żerujących na nieświadomych własnych słabości marzycielach.

 

Z drugiej: o self-pub wykonanym świadomie, w jakimś celu, z wiedzą, jak się nie dać nabic w butelkę.

 

Moją uwagę zwrócił język dotyczący pierwszego przypadku: gnioty, grafomania... Fakt, ludzie odporni na wiedzę i konstruktywne krytykę są irytujacy, ale to wolny kraj, jeśli chcą, mogą być tacy, jacy są. Nie umniejsza to mojej negatywnej oceny oszustów, którzy na nich żerują. Uważam, że warto ostrzegać, a co z tym zrobią – ich sprawa.

 

Poszanowanie dla ich marzeń czy nawet mrzonek to, imho, osobny temat. Też ważny, ale odrębny. Wypowiedź jahusza odebralem jako apel o takie poszanowanie właśnie. Nie mówi się przecież np. dzieciom, że paskudnie gryzmolą, jeśli malowanie sprawia im przyjemność – co najwyżej delikatnie buduje przekonanie, że akurat na tym nie zarobią na życie. Tę dobrą energię podtrzymać, bo daje radość, ale budować zdolność trzeźwego, konstruktywnego oceniania własnych ograniczeń, oględnie komunikować, bez pejoratywności w słowach, bez niszczenia poczucia własnej wartości – sztuka, która niestety zanika...

Tak, wiem, dorosły, choć młody, to nie dziecko. Ale może być naiwny lub zaślepiony marzeniem – pytanie więc, jak otrzeźwić, nie niszcząc?

 

Co zaś do oszustw, o których mowa – paskudne sprawa. Jahuszu, śmiem twierdzić, że siła nabywcza pensji w Australii jest wyższa niż w Polsce. Tu nawet na porządne tłumaczenie rzędu 40pln/1800 znaków jest poważnym wydatkiem dla miażdżącej większości. A taki self-pub mami kogoś mniej samokrytycznego lub doświadczonego od ciebie, żerując na naiwności takiej osoby. Jasne, jak niemadry jest autor, to sam sobie winien... Ale czy to usprawiedliwia lipnych wydawców? Moim zdaniem nie, to już jest blisko wyłudzenia.

 

Można tylko ostrzegać i podpowiadać. A ludzi – szanować, choćby i byli dupkami – bo po co jeszcze samemu staczac się w złość im podobną? 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sajko, rozumiem, że chcesz wyważyć rację, być sprawiedliwy etc. Ale tak jak zdaje się miałam rację, gdy uznałam, że dwie strony sporu piszą tu o czymś zupełnie innym, tak też Twoje postawienie sprawy nieco mnie zirytowało. Bo nie mam pojęcia, gdzie ta “pierwsza grupa” odmawia piszącym amatorom  prawa do mrzonek? Ta pierwsza grupa pisała o “wydawnictwach” i o oszustach oraz o tym, jaki wpływ ich działania mogą na tych idealistach wywrzeć. Nikt tu nikomu nie odmawia prawa do marzeń i takie postawienie sprawy jest po prostu nie fair, nawet jeżeli Tobie wydaje się pojednawcze. A przynajmniej ja tego nie widzę. Czy ktokolwiek (także z nas), komu na myśl przychodzi, że może kiedyś uda się wydać własne teksty – jest godny pogardy? Trzeba go traktować z pobłażaniem? Ktoś tu tak uważa? Chyba nie.

 

Sajko, tak jak muzyka relaksacyjna doprowadza mnie do szału, tak też nadmierna koncyliacyjność sprawia, że przed oczami pojawiają mi się czerwone plamy. Bo, kurde, niedługo trudno będzie wyrazić jakąkolwiek opinię, bo ktoś może poczuć się urażony tym, że jej z jakiegoś powodu nie zrozumiał.

I piszę to ja, która nie znosi radykałów. ;)

Ocho, ale ja też piszę, że to są dwa odrębne tematy :-) 

 

Być może niechcąco zaciemniłem, ale jestem wyczulony na lekceważenie lub pogardę – dlatego zwrociłem uwagę na same określenia, używane w dyskusji. Imho, niefajne, bom sam grafoman ;-) Co do samego meritum ZUA (dlaczego kojarzy mi się ZUS? :-D ) – wyrazam opinię, że są na tyle duzi, żeby dysponować niemałymi wszak kwotami, możemy więc tylko przestrzegać owych idealistow, ale to oni podejmują decyzję. I jak cię strasznie lubię i szanuję, zapytam wrednie:  a gdzie ja piszę, że grupa, umownie, numer jeden, odmawia komuś czegokolwiek? Zwracamy uwagę tylko na język, jaki został użyty w dyskusji. Dlaczego wkładasz mi w usta (nie chichotać mi tam!) coś, czego nie powiedziałem? Chcesz się pokłócić? :-) Przeczytaj proszę jeszcze raz, co napisałem – na spokojnie.

 

A oszustwo to oszustwo: obiecują, a nie robią. Mamią. Kurcze, że też tak trudno pociągnąć ich za to do odpowiedzialności... Ludzie powinni mieć prawnika, bo sami się nie ustrzegą przed kiepską umową?

 

Temat, który poruszył Jahusz, jak dla mnie, jest odrębną odnogą sprawy. Nie do końca mi się “klei" z tekstem malakha, ot co, ale chyba zwraca uwagę na inne, też ważne zjawisko. Przy okazji, nie w głównym wątku, dlatego nie rozumiem, skąd w ogóle spór. Kufa, nie pojmuje, ale ja prosty chłopak jestem, może dlatego?

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Problem z opiniami jak Twoja jest taki, że są one tak pojednawcze, tak milusio rozmyte, że trudno na ich podstawie udowodnić cokolwiek. Pewnie podobnie, tylko bardziej prawniczo-pokrętne konstruuje się umowy w self-pubie.;) Wydźwięk dla mnie mają jednak taki: pierwsza grupa jest wredna inajchętniej ze złośliwym rechotem zdeptałaby marzenia grafomanów (pardon, początkujących pisarzy), a druga jest empatyczna i pochylająca się ze zrozumieniem.Może mi te czerwone plamy zamieniają obraz, ale nie sądzę. Przeczytaj sobie swój komentarz jeszcze raz i pomyśl, czy moja interpretacja jest tak całkiem nieuprawniona. Uff, sorry, ale więcej na telefonie nie dam rady napisać.

JES JES JES, kłócimy się ;-)

 

Ocho, na moje: na siłę usiłujesz wmówić mi, że grupę pierwszę “uzbrajam” w deptaczy marzeń kiepskich/naiwnych/nieumnych pisarzy i migam się od własnego zdania. Może to czerwone plamy, może to jakaś twoje osobista niechęć do czegoś, co nie jest ani czarne, ani białe – nie mam pojęcia.

 

Merde! Nie odpowiadam za Twój odbiór, ale uznaję potrzebę wyjaśnień – wszak to Autor odpowiedzialny jest za jednoznaczność tekstu...

 

Zgodnie z twoją radą, przeczytałem własny komentarz i po prostu nie rozumiem, co jest niejasnego w sformułowaniach:

 

Moją uwagę zwrócił język dotyczący pierwszego przypadku: gnioty, grafomania...(...) Fakt, ludzie odporni na wiedzę i konstruktywne krytykę są irytujacy, ale to wolny kraj, jeśli chcą, mogą być tacy, jacy są. (...) 

Poszanowanie dla ich marzeń czy nawet mrzonek to, imho, osobny temat. Też ważny, ale odrębny.

i dalej zwracam uwagę, że ważny jest sposób, w jaki uświadamiać takich nieudaczników jak ja – jako kontynuacja odrębnego tematu, zapoczątkowanego przez Jahusza. Tak naprawdę dygresja do dygresji.

 

Tę dobrą energię podtrzymać, bo daje radość, ale budować zdolność trzeźwego, konstruktywnego oceniania własnych ograniczeń, oględnie komunikować, bez pejoratywności w słowach, bez niszczenia poczucia własnej wartości

Nie widzę tu pojednawczości i rozwodnienia. Widzę za to ostrą Ochę, gotową do tratowania :-) Wyrażam swoją opinię, że należy zachować pewną oględność w krytyce (której momentami niektórym dysputantom zabrakło – nie Tobie akurat), jeśli sprawa jest taka “na krawędzi”. Łatwość, z jaką sięgamy po pejoratywnie nacechowany język w sytuacjach “delikutaśnych” (bo z jednej strony: napaleni, często młodzi writers-wannabe o zawyżonej/nierzeczywistej samoocenie i porażającej naiwności, z drugiej cwaniacy z maszynami do druku, ten ich idealizm eksploatujący) – szczerze mówiąc, niepokoi mnie, z roku na rok coraz bardziej. Bo często widzę, jak z takich nacechowanych agresją/niechęcią/poczuciem wyższości/nadinterpretacją (zamiast dopytania i/lub pogłębienia zrozumienia) sformułowań rodzą się najpierw nieporozumienia, a potem poważne problemy. 

 

Żeby daleko nie szukać, zajrzyj na FB Nowej Fantastyki i co się dzieje pod komentarzem MC dot. jednego z opowiadań (pilot-terrorysta, któremu szukano na siłę islamskich korzeni) – jasne, rzecz może być odczytana dwuznacznie, jako próba promocji numeru pisma na kanwie zbieżności opowiadania z aktualną tragedią samolotu w Alpach francuskich, ale kurde, abstrahując od ewentualnego braku wyczucia  i taktu, MC podzielił się spostrzeżeniem (imho, niezbyt szczęśliwie to zrobił, ale to moja opinia) – zaraz stał się islamofobem. Rzeź :-) Patrzę i nie wierzę :-) Mnie uczyli najpierw pozbierać fakty, wyjaśnienia, potem formułować osąd, a im więcej wiem, tym ostrożniej jakoś to robię... To tak, jakby ktoś wziął moją “Błazenadę” (jeśli kiedykolwiek pójdzie drukiem, hi hi), zauważył związek ze zdarzeniami, mającymi miejsce pięć miesięcy po oddaniu tekstu, a potem dostał strzał pt. “Ksenofob!”...

 

Jednocześnie: nie można być cudzą niańką. Self-pub, o jakim pisze malakh, uważam po prostu za naciągactwo, a Jahusz, poza tym, że poszedł w osobną dygresję od głównego tematu, chyba trochę nie zdaje sobie sprawy z polskich realiów ekonomicznych. 

 

Ergo: przed oszustami ostrzegać, napaleńcom wrażliwym na ostrą krytykę nieumność poziomu nadającego się do druku uświadamiać z wyczuciem i zwrócić na to “wyczucie” uwagę (bo to też ludzie :-D), ale za rączkę nikogo na siłę nie poprowadzisz. Chce  taki/taka wdepnąć, to mimo yebutnego znaku “POZOR!” – wdepnie. 

 

Teraz jaśniej? :-)

 

EDIT:

 

A dygresja Jahusza, jest IMHO dygresją – i po prostu nie rozumiem sporu. On swoje, inni swoje, nieliczne osoby (jak Ty) usiłują doprecyzować co i po co – jak włoska rodzina, wszyscy mówią, nikt nie słucha :D Taaa, stereotypy też są fajne ;-)

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie, Sajko, ja się nie kłócę. Ja się chyłkiem wycofuję na z góry opatrzone pozycje. Moją osobą. :)

crying

 

Jezde niepocieszony. ;-) Jakoś tak czuję, że opinii nie zmieniłaś, mimo wyjaśnień.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Chyba znowu nie rozumiem, o czym dokładnie ta ostatnia rozmowa i do czego właściwie zmierza. Wobec tego, może zbierzmy fakty:

– Malakh napisał artykuł, w którym krytykuje tak zwane wydawnictwa oferujące self-pub,

– użytkownicy krótko odnieśli się do tego, z grubsza popierając wydźwięk artykułu,

– pojawił się Jahusz, odnosząc się bezpośrednio do komentujących i Malakha, jakby w odpowiedzi na ich słowa, jednak pisał o zupełnie czymś innym.

 

Czy nie tak, Psycho? :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Do niczego nie zmierza, bo ja zastosowałem odwrót. :)

Berylu, mniej więcej bardziej niż mniej dokładnie tak (żeby Ocha miała podkładkę pod rozwadnianie ;-) )

 

Dodam jeszcze:

 – w ferworze po dygresji Jahusza odbywa się burza w szklance wody, a Psycho odrzuca dygresje do dygresji ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No to teraz nie pozostaje nic innego, jak zapomnieć o dyskusji o dyskusji, bo takie zazwyczaj nie prowadzą do niczego innego, jak do dyskusji o dyskusji o dyskusji... w każdym razie, myślę, że nie pozostaje nic innego, jak wrócić do meritum, czyli porozmawiać o selfpubie, a nie tym, co kto napisał i co miał na myśli :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No ale o czym tu... Self-pub to ZUO, kiedy ludzi naciągają, ale czasem ktoś to robi świadomie, zdając sobie sprawę z pułapek i usiłując je po swojemu obsłużyć?

 

Wydawcy za to cacy, nawet tacy, co nigdy nie odpowiadają? Powiedz sam, Berylu, czy milczący wydawca cię nie wkurza? Czy osoby próbujące self pubu to zawsze grafomani, nieświadomi tego, że – pozwól, że zacytuję – “piszą ch...o”? Albo nie są wychowani na “dobrej” muzyce? Jaka to jest – dobra?

 

Pytam, rzecz jasna, z przekorą, bo uważam, że odcieni szarości jest wiele.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jeżeli chciałeś mnie zapytać, co sądzę o samofinansowaniu się przez autora, to uważam, że “wydawnictwa” które to oferują, po prostu żerują na ludzkich marzeniach i ambicjach. A jeśli ktoś chce po prostu mieć dla siebie i rodziny ładnie wydrukowaną książkę, to może iść do drukarni, taniej będzie. Są jeszcze takie przypadki, kiedy ludzie wierzą, że sami udźwigną promocję i reklamę i trafią do innych bez pośrednictwa wydawnictwa – ale wtedy również moim zdaniem lepiej jest pójść do drukarni, zamówić X egzemplarzy, a potem bawić się w namawianie ludzi do spróbowania swojej twórczości albo zrobić e-booka i udostępniać go w odpowiednich miejscach. W tym ostatnim przypadku (tj. autopromocja) może być nawet sporo zabawy i kto wie, może wiele satysfakcji.

Nie wiem, ile osób decydujących się na self to skończeni grafomani, nie mam doświadczenia, które pozwoliłoby mi się w tym temacie zdecydowanie wypowiadać, ale na podstawie tego, co wiem, wydaje mi się, że zdecydowana większość osób korzystających z samofinansowania pisze źle lub bardzo źle, ewentualnie ich literatura jest tak ambitna, że jestem zbyt prosty, by pojąć jej wielkość. Wiem na pewno, że nie kupiłbym książki wydanej tym sposobem, chyba że poleciłby mi ją ktoś, kogo gustowi ufam, a najlepiej parę takich osób, dla pewności :) Może na wszelki wypadek zaznaczę w tym miejscu, że powyższe stwierdzenia w żadnym przypadku nie oznaczają, że kogoś nie szanuję, nie jestem empatyczny i nie mam w sobie człowieczeństwa :)

 

Co się zaś tyczy muzyki, to mamy ku temu odpowiedni temat – ale chyba musiałem coś przegapić w dyskusji.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Jeśli uważacie, że kolejne próby przekazania tej samej, choć ubranej w nieco inne słowa, myśli w jeszcze jednym poście uczynią tę  – od pewnego momentu – nudną jak cholera wymianę zdań jeszcze bardziej nudną, to, moim zdaniem, macie rację. :/

Sorry, taki mamy klimat.

Widzę, że doskonale się rozumiemy, Seth :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Korsykańscy bracia ;-)

 

Tak, Berylu, przegapiłeś coś w tym wątku w sprawie muzyki. ;-)

 

Przyznam szczerze, że przeczytałem artykuł Marcina Zwierzchowskiego, licząc na trochę bardziej pogłębiony obraz tematu. Dobrze, że jest takie ostrzeżenie opublikowane w poczytnym tygodniku, ale kurczę, sprawa jest pokazana tylko z jednego punktu widzenia :-)

 

Chała dociera do wydawnictw – chała odrzucona – autor, złakniony chałwy dla chały, daje podsłuch podszeptom self-pubu – self-pub zło, ssie forsę (bo autor nie wie, że w drukarni ma to samo, a wszystko pzoa drukiem to oszustwo)

 

Tylko...

 

Dlaczego tyle tej chały dociera do wydawnictw, dlaczego ponury branżowy żarcik w ogóle istnieje (”więcej pisze, niż czyta”)? Spadające czytelnictwo to wytłumaczenie owszem, w dużej części prawdziwe, ale i wygodne: bo skoro mniej czytamy, to skąd w takim razie, przy tym spadającym czytelnictwie, taki drag nach Schreiben? Czy mamy tylko do czynienia ze swoistym “parciem na druk”, jakimś nieokiełznanym wysypem żądnych zdobycia sławy na polu literatury?

 

 Dlaczego wydawnictwa zbywają, w Polsce, milczeniem, bez odpowiedzi – “Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani”/”Jakość tekstu nie pozwala go rozważać”/”Dziękujemy, publikujemy tylko zakontraktowanych autorów” jest jasnym sygnałem, nawet jeśli lakonicznym (jest coś takiego, jak szablon e-maila, tadam, XXI wiek – ktoś, coś...? ) ? :-)

 

Taki Prószyński, SuperNova, Wydawnictwo Literackie – piszą na stronie co i jak chcą dostać (CV, streszczenie,  tekst), ale wiele wydawnictw nawet takiej informacji nie publikuje (np. SQN, Fabryka Słów).

 

Genius Creations nawet obiecuje odpowiedź w jakimś terminie – jeśli dotrzymują słowa, chwała im.

 

Na którymś abla portalu widziałem przepiękną listę motywów fabularnych i tematów, którymi redakcja NIE JEST zainteresowana/patrzy podjerzliwie i chce czegoś EKSTRA. Karty na stole, jeśli marzysz o sławie i chałwie, zajrzyj tu kolego... Jasne, to może być broń obosieczna, ale mimo wszystko, skoro to – teoretycznie – zalew kiepskich propozycji jest problemem, to dlaczego brak informacji od samych wydawnictw, na ich stronach?

 

To tylko przykładowe pytania. Rozumiem, że być może _malakh_ nie miał tyle miejsca, by się rozpisać, ale pokazał tylko jedną stronę medalu. Bu. A my tu o drugiej, a się nudzita, to się nudźta dalej ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To może załóżmy osobny wątek o wydawnictwach i ich istniejących lub nieistniejących formach przyjęć i odrzuceń?

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Ceterari – a po co, skoro pytam w kontekście zapotrzebowania na self-pub?

 

Odnoszę się do artykułu Marcina Zwierzchowskiego. Wskazuję, że opisuje temat, ale z tylko z jednej strony. Bardzo dobrze, że ostrzega przed mechanizmem oszustwa (odczucia mam podobne co beryl, to z żerowaniem).

Szkoda, że albo nie miał miejsca, albo czasu, albo... (wstaw odpowiednie), żeby pomacać przyczynę tej ilości złych propozycji. Czytałem jego artykuł na temat jednolitej ceny książek i wiem, że potrafi głębiej przeanalizować temat, argumentując za/przeciw. Czytałem wywiad z Redakcją NF w Szortalu i to właśnie _malakh_ i JeRzy wspominali o 90%/98% treści do niczego.

 

Self-pub to zuo, ale z jakiegoś powodu istnieje nań popyt.  Dlaczego?

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bo każdy, droga Rybko, ale to każdy człowiek, kiedyś chciał/chce napisać książkę, nawet jeśli się do tego nie przyzna otwarcie. Ale z tym jak z ciągnięciem ciężarówki za linę wetkniętą w paszczę; trzeba mieć predyspozycje. Inaczej stracisz zęby, a ciężarówka jak stała, tak stała będzie nadal. Tyle zyskasz, że w ramach nagrody pocieszenia dostaniesz przepukliny. O kulturze wydawniczej w tym kraju się nie wypowiadam, bo poza kilkoma zdecydowanie sympatycznymi mailami z Panami Centarowskim i Parowskim, doświadczenie mam żadne, więc nie dodam nic naprawdę od siebie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kurczę, znam takich, co to im pisanie książek nie w głowie ;-) No ale na chwilę załóżmy, że tak jest: każdy chce napisać. Jak to, pomimo tego, że nie czyta, że może nie wie nawet, jak porządna książka wygląda – chce napisać? To lata temu ludzie nie chcieli? Ja wiem, teraz są internety i łatwiej wyklepać w komputerze tekst, niż na maszynie pracowicie klepać  (kufa, gazetkę szkolną na maszynie pisałem, ech ten korektor na literówki i czekanie, aż wyschnie... :-D ) – ale tak z ciekawości, ile self-pubów istnieje? I jak długo?

Bo ja odnoszę wrażenie, że tego twojego “chcenia książki napisania” jest teraz po prostu kosmicznie dużo w porównaniu do np. dziesięć lat temu. I prawei wszystko na jedno kopyto, jeśli wierzyć _malakhowi_.

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybku. Nawet jeżeli nie chcą napisać, to przynajmniej podyktują Ci swoje pomysły lub wspomnienia. Każdy chce mieć swoje papierowe Opus Magnum. Choćby mieli ghostom zapłacić lub (wersja ekonomiczna) zlecić druk WFW lub NR.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

No dobrze, ale ghost-writer to przeważnie zawodowiec, robi to za godziwe wynagrodzenie – pod owo dyktando. I, jak mi się wydaje, chyba zazwyczaj wie, co robi – bo jego zleceniodawca chce skapitalizować sławę, popularność lub zdarzenie, więc nie może pocisnąć totalnej szmiry, to się musi jakoś sprzedać, dostać przyzwoite recenzje...

 

No właśnie, Dzikowy, ten “każdy” – budzi to moje zwątpienie, bo znam sporo ludzi, którym pisanie książek ani w głowie ;-) Ale na potrzeby rozmowy – niech będzie, mamy to pragnienie zostawienia po sobie pisanego pomnika. Ja wciąż odnoszę się do stwierdzenia w artykule _malakha_, że wydawnictwa są zalewane przez propozycje, które w ogóle nie powinny tam trafić. Jak to się dzieje, że one jednak powstają, jeżeli w tym samym kraju ludzie dramatycznie nie czytają? Owo pragnienie chałwy, exegi monumentum etc. naprawdę takie silne? Przecież samo napisanie książki, nawet najgorszej, musi pożerać kupę czasu. Wiara w piorun w butelce? Może ktoś to badał, ankietował...? Kurczę, nie ciekawią Was przyczyny, takie zbadane, opracowane, tej paradoksalnej sytuacji?

 

EDIT:

Novae Res, jesli wierzyć stronie, powstała w 2007.

Warszawska Firma Wydawnicza, w 2008.

 

Czyli tak od 7-8 lat są z tego self-pubu jakieś pieniądze. No, wiadomo, nie tylko z tego, ale ta usługa jest obecna na rynku co najmniej siedem lat.  I wymienione “wydawnictwa” mają kiepskie opinie w sieci.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jest przedsiębiorstwo, (pewnie więcej niż jedno), działające bodajże w Stanach, które oferuje, że napisze książkę o Tobie. Gatunek sam sobie wybierasz, a oni potem piszą jakąś zajebistą historię, w której jesteś głównym bohaterem. Szczegółów nie znaju, ale widzę, że i u nas podobne pomysł zaczynają kiełkować. Niemniej, generalnie, nie chodzi o to, że każdy chciałby zobaczyć książkę z własnym nazwiskiem na okładce, a raczej o to, że każdy uważa, że jego widza, doświadczenie, przeżycia, wzglednie talent do opowiadania historii są warte spisania. A to, że sami nie czytają – a kogo to obchodzi? Na co komu warsztat czy pojęcie o literaturze? Co mi tu będzie jakiś redaktor czy inny łachmyta w okularkach kazania prawił? Jestem Polak, mam bejzbola... i znam się na wszystkim najlepiej, nie?

Na szczęście – ale, poniekąd, też i nieszczęście, bo pewnie wiele talentów się w ten sposób zatraca – większość tego typu pomysłów pozostaje w sferze marzeń, na tej samej półce co płaski brzuch, dupa bez rozstępów i “Angielski w dwa tygodnie”. I to co gadam, to nie jest mój wymysł – w sensie to, że każdy (no, powiedzmy, że każdy) by chciał napisać książkę – a ankieta wyczytana z jakiejś gazety, której moja pamięć zapewnia pełną anonimowość. W każdym razie ma ta wiedza rację bytu, biorąc pod uwagę te 98% chłamu zalewającego wydawnictwa. Kolejna istotna kwestia, to moda na łatwą kasę. Słyszysz, że taka Rowling jest bogatsza od własnej swojej Królowej, choć – jak fama niesie – zaczynała pisać Harrego P. na serwetce w knajpie, taka była biedna. Słyszysz o dwóch miliardach dolarów na koncie Kinga, o setkach, tysiącach i setkach tysięcy sprzedanych egzemplarzy Zmierzchu czy Grey’a, choć wszyscy wiedzą, że to “jakieś gówno”. Słyszysz o niejakim Paolinim – dzieciaku, który mając czternaście lat napisał książkę i zarobił na niej miliony. Słyszysz o Agacie Christie, której książki rozeszły się w łącznym nakładzie łącznie ponad DWÓCH MILIARDÓW egzemplarzy, z czego połowa w wersji anglojęzycznej... Słyszysz to wszystko i co sobie myślisz? Ja też tak chcę! Machnę sobie epopeję i wszystkie dziwki ze wsi moje! No to ludzie piszą.

Kolejny gwóźdź do trumny – kup pan cegłę, wersja dla pisarzy. Wbijasz w googla “jak zostać pisarzem” i wyskakuje pierdyliard do entej wszelkiej maści poradników, z których każdy, ale to każdy uczyni z Ciebie drugiego Sienkiewicza albo chociaż Prusa. Wybierasz pierwszy lepszy, to jest: najtańszy/najcieńszy/z najładniejszą babą na okładce, kupujesz za dwadzieścia złotych, czytasz – pobieżnie, bo przecież wystarczą Ci podstawy, czymkolwiek by miały być, resztą zajmie się Twój talent i wena – i ogień z dupy, baśń się baje, wszędzie trupy! Takie to dzisiaj proste.

A samo napisanie książki? No Panie, no, a co to za problem? Co się dzisiaj sprzedaje? Wampiry, podczas spotkania z którymi większy strach o cnotę analną niż o życie, mutanty z mieczami, osiem i więcej królestw, ludzie-żuki gnojaki (takie w sam raz pod scenariusz adaptowany, Marvel posika się z radości), stodoła i komora, a w nich kajdanki i duuuuużo sadło-masło, żywe trupy – choć tych akurat w NF obecnie nie chcą^^ – albo... sam już nie wiem: Bolek i Lolek, historia prawdziwa (choć to może się sprzedać tylko wśród zagorzałych fanów komunizmu stosowanego). No to zrobi się misz-masz trzech dowolnie wybranych tematów, w miesiąc napisze mega-super-hiper-zajebistą powieść, która zmieni świat (i nie piję tu do Naz i jej projektu Dzika Książka; dziewczyna naprawdę ma talent, zapał, pierdolnięcie i zdecydowanie wie, co robi) i można otwierać szampana.

Błędy? Poprawki? Korekty? A od czego, ja się pytam uprzejmie, są korektorzy, redaktorzy i cała reszta tej hałastry? Chcą zarobić na chleb, to niech ruszą dupy i zrobią, co do nich należy.

 

Nie mam pojęcia, jak bardzo przesadziłem w tej chwili, ale jedno wiem z całą pewnością; nie całkowicie. I to mi wystarczy.

 

Peace!

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jest przedsiębiorstwo, (pewnie więcej niż jedno), działające bodajże w Stanach, które oferuje, że napisze książkę o Tobie. Gatunek sam sobie wybierasz, a oni potem piszą jakąś zajebistą historię, w której jesteś głównym bohaterem. Szczegółów nie znaju, ale widzę, że i u nas podobne pomysł zaczynają kiełkować.

Przyznam, że kilka lat temu miałam propozycję czegoś takiego. A dokładniej ktoś wpadł na pomysł, że skoro umiem pisać w miarę poprawnie po polsku, to mogłabym ludziom spisywać ich historie i mieliby swoje książki. Nie czułam się jednak na siłach i tak się teraz zastanawiam, czy rezygnacja na stracie to był dobry wybór ;) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cieniu, ale ogranicz liczbę wulgaryzmów w swoich komentarzach, bo mam wrażenie, że trochę przesadzasz w tym temacie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Lezem i kwicem po gołej babie na okładce ;-) Ale chyba podsumowanie Cienia i Jahusza rzeczywiście wyczerpują mechanizm możliwych przyczyn i opis zjawiska. Mnie wychodzi, że skali jest winien internet – bez internetów nikt nie wiedziałby, jak zostać pisarzem! :-)

 

Należy spalić internety! :-D

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gdzieś chyba zwiał wątek „cykli wydawniczych”. Jeśli potrzebuję coś „szybko”, udanie się do drukarni jest najprostszym wyjściem z sytuacji. Oczywiście biorąc pod uwagę banalny fakt – na okładce jest nasze nazwisko i cała odpowiedzialność spoczywa przy tym rozwiązaniu li tylko na nas.

 

Fiszu – nim na dobre nastały internety, już nas zalały „hamerykańskie” poradniki. Koleżanki czytały na przykład (1993 rok): „Jak zdobywać przyjaciół”. Jedna z rad: „naucz się dobrze opowiadać trzy dowcipy”. Tak – i opowiadaj w kółko te same, wyrobisz sobie markę w towarzystwie. ;-) Podsumowując – spalić „hamerykańskie” poradniki!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

:-)

 

Tym niemniej, bez przeprowadzenia normalnego badania wśród self-pub autorów, nie wiemy, na ile trafne są powyższe rozważania.

Ciekawe zjawisko, jeśli patrzeć z boku, przerażające w pewnej części, smutne w innej (człowiek człowiekowi...).

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cieniu, ale ogranicz liczbę wulgaryzmów w swoich komentarzach, bo mam wrażenie, że trochę przesadzasz w tym temacie.

Dobrze, dobrze, zmityguję się. Ale wiesz, Berylu, to nie moja wina – Naz naprawdę ma pie***lnięcie (nawet nie wyobrażasz sobie, jak mnie wodzi na pokuszenie, by, z okrzykiem na ustach: “A banuj Waść! Warto!”, wywalić te gwiazdki).

 

Fishu, myślę, że takie badania warto by też przeprowadzić wśród ludzi, którzy kiedykolwiek wysłali do wydawnictwa jakieś swoje dzieła; zarówno wśród tych, którzy zostali wydani jak i wśród... pozostałych 98%. Jestem ciekaw, czy odpowiedzi na pytanie – “dlaczego zdecydował/a się Pan/i napisać powieść?” – jakoś wyraźnie by się różniły w obu grupach.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A ja, tak zupełnie na marginesie, jestem pod wrażeniem Beryla Łagodnego ;-) 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jestem przyzwyczajony do bycia zachwycającym, ale mimo wszystko doceniam wyrazy uznania :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki!

 

Świetny ten artykuł. Szkoda, że nie jest dłuższy, bardziej szczegółowy i bogatszy w przykłady naciągactwa, ale jako wielki czerwony znak STOP sprawdza się rewelacyjnie.

 

Peace!

 

P.S.

Zna ktoś może jakieś szczegóły tej historii z Novea-Res i zastraszaną blogerką?

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytałam o tym kiedyś gdzieś. 

Jakby pogrzebać, to może udałoby mi się znaleźć, ale nie obiecuję szybkiego sukcesu, bo czasu brak :(

 

 

EDYCJA

 

Udało mi się tak na szybko znaleźć taki wpis na blogu: http://sajrinka.blogspot.com/2014/06/aut-bene-aut-nihil.html

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja pierdziu, “50 twarzy...” to self-pub?!

 

Można? Można! Niektórym się udaje!

Albo, standardy cholernie się zaniżają, a dobrym staje się to co kontrowersyjne, to co głośne?

Marketing to potęga. Reklama przez swój obiektywizm, wpływa na Nasz subiektywizm. Indoktrynacja mająca na celu “uczyć” co dobre. A o czym nie wspomina to złe, nie warte uwagi.

 

Morał:

Self-pub to finansowa studnia bez dna. Sky is the limit. Opłacenie druku to pierwszy i niekoniecznie najważniejszy krok. Drugi to: rozgłos. A rozgłos (w tym przypadku) musimy zapewnić sami. Reklama dźwignią handlu.

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Śpioszko, dziękuję. Wdzięcznym Ci niezmiernie.

 

Nazgulu, zajrzyj do wątku “50 Twarzy NF” Corcorana. Tam możesz sobie poczytać miliard opinii – przy czym wszystkie sensowne – o fenomenie Greya. O ile pamiętam, o tym, że Grey był selfie, też tam wspominałem. Świetna dyskusja, jeśli temat Cię interesuje.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Eee... Mnie self nie interesuje.

Nie stać mnie ;)

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Taka ciekawostka przyszła mi na maila

 

 

Witamy wszystkich sympatyków, znajomych i nieznajomych!

Dokładnie dwa lata temu zawiesiliśmy swoją stronę na FB i to nie wcale jak pisały o tym panie z Evanart – postanowieniem sądu. Bo postanowienie te GrupaFB zaskarżyła i zostało one przez Sąd Apelacyjny w Waszawie zmienione.

Przyczyną zawieszenia strony na FB było wydawnictwo Evanart i ich sprawy sądowe z autorami tegoz pożal się Boże wydawnictwa.

Dwie kobiety założycielki tego wydawnictwa okazały się oszustkami, naciągaczkami jak również nieodpowiedzialnymi osobami żerującymi na ludzkiej, a dokładnie mówiąc autorskiej pasji wszystkich tych, którzy chcieli wydać swoje powieści, poezje czy inne formy twórczości.

Ich proceder trwałby jeszcze pewnie długo, gdyby nie oszukały autorów biorąc niemałe pieniądze za wydanie książek, która nie ukazały się do dnia dzisiejszego i nie ukażą się już nigdy przynajmniej za ich sprawą.

Mamy nadzieję, że ich postępowanie i ich KONIEC jako wydawnictwa będzie ostrzeżeniem dla innych wydawnictw tego „typu”, które zawierają umowy z autorami w jednym tylko celu – najwięcej nabić swoją kasę kosztem tych którzy powierzyli im swoje – jak to określały „dzieło”.

Bezczelność i tupet dominował w ich działaniach z chwilą, kiedy już pieniądze dotarły na ich konto. Olewały autorów totalnie, bez umiaru i odpowiedzialności podpisywały umowy nie mając zamiaru się z nich wywiązać. Jakby tego było mało, to jeszcze takie umowy fałszowały!

Sąd w Polsce działa jak działa i potrzeba było aż dwóch lat, żeby w tej i innych sprawach zapadły wyroki.

Są one dla wydawnictwa Evanart trumną do ich działalności.

Nie dość, że stwierdzono bezprawne zrywanie umów z autorami i nie wywiązywanie się z zawartych tam ustaleń, to również zasądzono zwrot pieniędzy wpłaconych przez autorów wraz z odpowiednimi odszkodowaniami, ale tylko dla tych, którzy odważyli sie wystąpić z pozwami przeciw Pani Ewie Matusz reprezentującej wydawnictwo Evanart.

Sąd Okręgowy w Warszawie w wydanym wyroku nakazał Wydawnictwu Evanart w osobie Pani Ewy Matusz i całego Zarządu do którego zalicza się osoba Pani Anny Pliszki PRZEPROSIĆ jednego z autorów jako ofiarę ich pomówień.

Czekamy na stosowną publikacje ze strony Pani Ewy Matusz, Anny Pliszki i całego Zarządu wydawnictwa Evanart.

Jeżeli wydawnictwo Evanart nie wykona wyroku sądu, to zgodnie z prawem sami umieścimy treść orzeczenia.

Całość przebiegu procesu była skrzętnie notowana i umieszczona zostanie na stronie Ta Mida – Evanart kontra pokrzywdzeni o czym powiadomię wszystkich tych którzy zechcą tam zajrzeć.

 

GrupaFB

 

Spoczko dyskusja :)

Nowa Fantastyka