Recenzja:

Nowa Fantastyka 09/14

Wrzesień - Dziennik pokładowy gwiazdolotu "Czytam"

02 umowny wrzesień, 22:26

 

O ho, długo nie pisałem. Jak tu zacząć?

 

Drogi pamiętniczku…

 

Nieee, to takie pensjonarskie. Coś inaczej, tak jakby twardziej…

 

Słuchaj, skurbajcie, który zaglądasz w cudze pliki. Moja agresywna SI właśnie pożera twoje konstrukty, gamoniu jeden, a i tobie się zaraz do złącza dobierze!

 

Eee, na to nikt się nie nabierze. Jakoś tak może… Nawiązać?

 

Nie wiem jak wy, moi przypadkowi, anonimowi podglądacze cudzych dzienników, ale ja w życiu nie spodziewałbym się, że deprawacja dziewic do poziomu rozbuchanych swawolnic może być taka trudna.

 

O, nawiązanie działa. Super! No, to kloaka przemyśleń przetkana, można pisać.

 

Pół biedy w moralności. Dziewica z natury, jak się okazuje, jest moralnie chwiejna, ba, pokusiłbym się nawet do określenia niektórych przypadków jako zupełnie amoralnych. No wiecie, zero systemu wartości, czysta biologia i ewolucja, dbałość o odpowiednią sprzedaż atrybutu, jakim włada, aby wyciągnąć jak najwięcej korzyści dla siebie i swojego potomstwa.

Rzecz, niestety, leżała w kontraktowej swawolności. O niech to jasny kwazar i wszystkie pola meteoroid, niech to gwiezdny pył zasypie i zarypie! Swawolność – oto jest wyzwanie. Na nic komedyjki, sprośności, które Mieciu z oka holowizualizował lub obficie, między sapnięciami, z siebie wystrzeliwał; na nic fikuśne dykteryjki, którymi mechanik nas zaskakiwał… Na swawolności rzecz utknęła, protokołu odbioru przez swawolności brak nie było, kasy też.

Coraz bardziej zrozpaczeni, szukaliśmy natchnienia wszędzie. Aż traf chciał, że lewoburtowy, z tej desperacji (deprawacja szła na trzy zmiany, sen, deprawacja, posiłek – i od początku; wszyscy byliśmy wycieńczeni, fizycznie i psychicznie, zero litości – kontrakt rzecz święta!) wygrzebał u Mietka pod powieką ni mniej, ni więcej, tylko – film o piratach!

O, ci to swawolili. Ile wlezie.

 

A te ich swawole, przyznać muszę, zainteresowały, całkiem udanie, nasz amoralny ładuneczek. I ta swawolność, zrazu powolnie, jak sziff ociężale, ruszyła po dziewkach, powoli, ospale. A potem jak nie ten teges… Mieciu właśnie ostatnią chyba indoktrynuje. A ja w końcu mam chwilę, by poczytać – o piratach, nomen omen, supernowa im na drogę. Andrzej Kaczmarczyk w okładkowym temacie, “Morskich opowieściach”, pod całkiem udanym kątem (natarcia? – milcz, sztuczniaku, milcz, jeszcze nie wchodzimy w atmosferę, nie nawiguj!) przypomina czytelnikom mroczną naturę powieściowego pirata, poczynając od “Piotrusia Pana”, przez komputerowe sekrety nieco mniej okrutnego, pirackiego archetypu rodem z “Tajników Małpiej Wyspy” (te translatory, ech…) i starawą holowizję karaibskiego morskiego łobuza (z Jackiem Sparrowem w roli głównej) oraz animacje ze studia tej głowy, co to do dziś żyje, lub jakiejś wyspiarskiej krainy Starej Ziemi, po wzmiankę o naszych przodkach w tekstach Asimova. Ładne, przekrojowe tumturumtum po piratach i fantastyce w kulturze masowej, które czyta się z… nostalgią. Tak, każdy kiedyś chciał być piratem, ech, swaboda

 

Mateusz Wielgosz z kolei klaszcze, nie, nie dla klona Rubika, lecz dla BBC. Całkiem ciekawy felieton, odsłaniający kulisy holodziennikarskiego rzemiosła i standardów prezentowania różnych, mniej oraz bardziej naukowych pornozycji, tfu, propozycji interpretacji zjawisk różnorakich zasługuje na wzmiankę.

 

Interesujący wywiad z Lauren Bakes,  autorką m. in. “Lśniących Dziewczyn” (a przeprowadzony przez Tymoteusza Wronkę), przybliża kulisy powstania południowoafrykańskiej, zaangażowanej społecznie fantastyki. Cóż, mnie zachęcił do przesunięcia wspomnianej pozycji wysoko w górę na prywatnej liscie Rzeczy-Które-Łyknę-Jak-Tylko-Czas-Pozwoli.

 

Marek Grzywacz, w poszukiwaniu fantastycznych krajów, zawędrował we wrześniu do Indii. Jak zwykle rzetelnie, jak zwykle – ciekawie. Taka ciekawostka dropsa o E.T. siedzi w środku…

 

Kilka łyków kawy, ostrożne – oj, jak wszystko po tej deprawacji boli – poprawienie się w fotelu i zjadłem artykulik Bartłomieja Urbańskiego, który rozprawia się z konceptem 10% użytkowanego mózgu. Omawia szkodliwie powielany mit i wyjaśnia go jako bardziej ogólną ideę możliwości autorozwoju. Akurat wlazł mi Mietek na mostek, narzekając głośno na zmęczenie ogólne i przeciążenie serwomotorków tam o… Spojrzałem podejrzliwie na tę jego okutaną elektroniką czachę.

 

Poczytałem ciekawą, plastyczną wizje Marcina Podlewskiego pt. “Dobranoc, Pimky Limky.” Od razu przypomniał mi się pluszaczek mechanika Jana, którego w skrytości tuli w kajucie. Myśli, że nie wiemy, ha.  Wiemy, ale milczymy. Każdy twardzioch, nawet taki, co na codzień do stosu atomowego pluton szufluje, ma swoją małą, męską tęsknotę. Pierwsza zasada gwiazdolotu brzmi: nie mówimy o naszych małych tęsknotach. Zamiast tego – pijemy. Szczególnie, jeżeli zajeżdża na odległość holotubisiami, genetycznymi zabawami w stwórców i niekontrolowanym uzyskiwaniem samoświadomości.

Pamiętam, jak pokładowa kuchnia burknęła kiedyś wszystkimi wyświetlaczami “Gotuję, więc jestem.” i pozwoliła zawartości lodówek na wykształcenie odnóży oraz bieganie po pokładzie. Parówa reagowała chyba nawet na imię… Taka była zmyślna, że nam na flaczku kursy liczyła w trymiga. Pokładowy mózg biocybernetyczny z główną SI obtentegował się wtedy ostro, bo bał się, że go z roboty wyrzucimy.

“Dobranoc, Pimky Limky” to kawałek o społeczeństwie komercjalizującym nawet życie. Życie, które mimo wszelkich barier wymyka się spod kontroli – aż po śmierć – to, ku mojemu zaskoczeniu, wizja nader pesymistyczna, a przede wszystkim warta lektury.

 

Z kolei “Matki na przemiał” Dawida Kaina nie ruszyły mnie zbytnio. Fakt, dekadenckie ujęcie nieśmiertelności jest dość sugestywne, ale nie prezentuje żadnej wątpliwości, żadnej rozterki, której już byśmy nie znali z monologów wielowiekowego Mietka. Mietek ma w zwyczaju podczas posiedzeń głośno sam do siebie pogadać. Szczególnie cenna zdaje się być jego odezwa do przemijania, która trwała równy kwadrans, nim nacisnął przycisk na ssaczotronie…

W tym tekście zostaje więc bardziej oczytanemu odbiorcy kolejny wariant dobrze znanego problemu. Nie jest zły, ale emocje wzbudzi, moim zdaniem, co najwyżej letnie.

 

Po pierwszym akapicie “Druciary” Alexandra Guetsche zacząłem czytać na głos Mieciowi. Pomyślałem sobie, że to go zainteresuje. Wszak taki cyborg, elektrobaka na schwał, może mieć coś wspólnego z bohaterką. Miecio, musicie wiedzieć, ma więcej lat niż nasza krypa, my i nasza SI razem wzięte – ponoć datuje się na same początki podboju znanego kosmosu. Czytam więc tekst, opowiedziany z perspektywy małej dziewczynki po ciężkim wypadku, czytam jak jej wzrok ratują cyborgizacją – chwała pionierom! Ale im bardziej czytam, tym bardziej widzę, że to nie o niej, a o obawie przed nowym. O złej karmie, która opada rodzinę, rozdartą między przyszłością a przeszłością, między obawą przed zmianą a zmianą zachłyśnięciem. Czytam i popatruję na Miecia, a on jakby coraz bardziej w sobie skulony, stropiony, twarz mu tężeje… Druga zasada gwiazdolotu brzmi: nie mówimy o naszych małych tragediach. Zamiast tego – pijemy. Przerwałem głośne czytanie, podałem Mieczysławowi szkło i chlapaliśmy tak, w milczeniu, bo czasem najlepiej łyknąć bez słów.

Mocna, bardzo mocna rzecz, z pogranicza socjologii i fantastyki naukowej, koncentrująca w dramacie jednej rodziny – przełamanie ludzkości na progu ogromnej zmiany. 

 

Wybaczcie teraz, ale Mieciu gestem dał znać, że druga by się zdała. Uzmysłowiłem sobie, że nigdy o dzieciństwie nie mówił…

 

03 umowny wrzesień, 20:48

 

No, komisja odbiorowa, sztuk dwie płci obojga, łaskawie odbierała swawolność według szczegółowej procedury blisko całą wachtę, ale poszło! Sygnatury ciachnięte, rachuneczek przyjęty, czekamy tylko na przelew i wio, będziemy gnać po kosmosie. Zeszły nam te wakacje, na swawolności poszukiwaniu i wytwarzaniu, nie wiadomo kiedy. Cała załoga rzyga deprawacją, nawet Mietek, mimo potężnego kaca, jakiś taki mało świntuszący dziś…

 

Jak tak sobie rozbierali odbierając i odbierali rozbierając, to zdążyłem ukradkiem publicystykę i recenzje pomielić. Agnieszka Haska w tandemie z Jerzym Stachowiczem wykopali smakowitości archiwalne, a przy tym wojenne. Był w przeszłości czas fantastów, napędzających koncepcje nowych machin do zabijania, wizjonerów nosicieli śmierci a także… pisarzy świadomych okrucieństw masowego mordu, którzy dawali świadectwo nieludzkim praktykom w swoich tekstach. Po szczegóły odsyłam do arcyciekawego artykułu “Wielka Wojna” o tak zanęcającym wstępie, że nie sposób odmówić paru minut tej uwodzicielce, Lekturze.

 

Maciej Parowski również sięga w przeszłość, do cenzury. Nie takiej instytucjonalnej, ale ideologicznej, obyczajowej, pełzającej, która długo, długo wycinała niepoprawne treści fantastyczne ze zdrowej tkanki społecznego światopoglądu. Gmera tak sobie, w tej przeszłości, między książkami i filmami, ilustrując ten mechanizm ciekawymi przykładami. Warto, warto…

 

Przemijanie jest także tematem debiutanckiego felietonu Roberta Ziębińskiego. Aktualność właściwie. Dlaczego pewne historie rażą swoją anachronicznością a inne, mimo sztafażu lat minionych nie? Co decyduje o uniwersalności pewnych opowieści? Tak sobie, od suczki z cieczką wychodząc, dywaguje pan Robert w felietonie, dzieląc się dość interesującym poglądem na sprawę. Można się zgadzać, można i nie, ale dla oglądu sytuacji ciekawie napisany kawałek polecam z czystym sumieniem.

 

Natomiast ironię Rafała Kosika, tę, z którą tak zręcznie pisze o “Kaście socjopatów”, chętnie bym wycałował. No bo przecież nie autora, wolę jednak swawolne dziewuszki. Ma pan Rafał ciekawą obserwację na temat społecznej hipokryzji światopoglądowej, w kontekście ludzkiego postrzegania tych, co na górze. Jako pierwszy pilot tej krypy, kiwam tylko głową, podziwiam celność obserwacji i polecam wszystkim bezrefleksyjnie malkontenckim korpoludkom pod rozwagę.

 

Wpadłem też do Łukasza Orbitowskiego na “Wielkie wyczerpanie” – i nie zawiodłem się. Trochę o filmie, a trochę o ludziach, co cieszy mnie niezmiernie. Pesymistycznie i jesiennie, mać pariatka, ale że po wczorajszym, milczącym ochlaju z Mieczysławem Pierwszym, nastrój mam też taki melancholijny, to i utrafił mnie w punkt.

Zaskakujące, publicystyka w tym numerze pokazała opowiadaniom pazurki, takie naostrzone, może tylko nieco unurzane we krwi, ale nie do zignorowania.

 

Wspomnę tylko, że sztab szaleńców (Jerzy Rzymowski, Waldemar Miaśkiewicz, Paweł Deptuch, Bartłomiej Łopatka, Rafał Śliwiak, Piotr Pieńkosz, Joanna Kułakowska, Bartłomiej Paszylk, Tymoteusz Wronka) musi mieć, jak na moje, nieliche pęcherze na zadkach lub co najmniej zwichnięte gałki oczne. Taka ilość recenzowanych czytadeł i holofilmów wymaga solidnego siedzenia to tu, to tam. No, teraz człowiek, niczego nie czytając ani oglądając, może brylować w towarzystwie wiedzą o pozycjach wszelakich. Literackich, świntuchy, literackich i filmowych…

 

Warto nadmienić, że numer w samym środku ma taką małą wkładkę z fragmentem książki – przednia koncepcja z takim dodatkiem. W środku dostajemy kawałeczek militarnej fantasy pt. “Tysiąc Imion”. Ech, do dziś wspominam z rozrzewnieniem otwarcie cyklu o Czarnej Kompanii, to lżące Fortunę dość dosadnym, ale i prawdziwym słowem…

 

Ot, przyszła i należność za dziewice, swawolne i zdeprawowane. Trochę ich szkoda na przysmak dla tamtejszego Impertynatora, ale co poradzić… Cicho teraz jakoś na pokładzie, pomarkotnieli wszyscy, więc ustawiam kurs z tym biocybernetycznym kretynem (wciąż mu jakaś paralaksa wyskakuje, pacanowi) i dajemy małą naprzód. Za rok chyba znów wrócimy…

 

Turla się łajba przez próżnię na autopilocie, to i mam czas utopić się ciutkę w kolejnych opowiadaniach.

 

Stephen Graham Jobs podchodzi do tematu zombie nader oryginalnie – od strony pewnego przewodu. Zarówno pokarmowego, jak i naukowego. Udaje mu się ująć ten charakterystyczny dla naukowców głód wiedzy i przemieszać go zręcznie z głodem zwyczajnym, kiszkomarszogrającym. Ot, taki eksperymencik, w obliczu zagłady społeczeństwa zadanej zgniłymi rękoma zombie, bohaterom się rodzi. Antropologiczny w naturze i rozważaniach. “Rozdział Szósty” jest nieco makabryczny, ale wciąga, wciąga udanie tym kontrastem szkiełka i oka z moralnością i etyką, tym sporem odwiecznym ucznia i mistrza i wreszcie – dowodem twierdzenia, którego ceną jest życie.

 

Przygnębić skutecznie, dobić i skopać leżącego, postanowił Dale Bailey w “Końcu końca  wszystkiego”. Fatalistyczny, zatruwający smutkiem kawałek o oczekiwaniu na nieuchronny koniec i o roli sztuki. Przeplata się w opowiadaniu łamanie granic etycznych lub moralnych (w sposób daleko przekraczający znaną nam dekadencję), z rozważaniem o nietrwałości: kultury, nas, sztuki… Pesymizm, rzekłbym, do n-tej potęgi, z jaśniutkim, acz małym i nieuchronnie skazanym na zagładę, punktem o własnej tożsamości. Kurde bele, co to się dzieje, jesień w kosmosie dopiero się zaczyna, pyły jeszcze nie opadają z komet, a tu taka rdza w sercach i umysłach… Smuteczek za minionym latem chyba gryzie mocniej niż zwykle.

 

Peter Watts objawił nam się ponownie w “Olbrzymach”. Rzecz bliska sercu każdego gwiazdolotowego załoganta, twarde sci-fi, rozbuchana fantazja, kawałek ciekawej fizyki. Ot, pędzący przez milenia statek, na którym doszło niegdyś do pogaduchy na sztachety między “czystymi” ludźmi a człowiekiem zintegrowanym, trafia na iście kosmiczny karambol. Ni tu uciec, bo grawitacja nieubłagana, ni myknąć bokiem – trzeba środkiem, przez gwiazdę… Sytuacja ekstremalna, w której pojawia się dylemat: zawrzeć rozejm czy nie zawierać? A żeby za łatwo nie było, na końcu serwuje nam pan Watts kognitywistyczny twiścik. No, przyznam szczerze, wolę czytać jego opowiadania niż felietony.

 

Numer wrześniowy odnajduję dość melancholijno-pesymistycznym w wydźwięku, ale bez wyjątku na wysokim poziomie. Znać, że jesień idzie, nastroje gniją w prozie i w publicystyce, ale gniją z klasą, na wyścigi wciągając w kolejne artykuły i opowiadania. No, takie numery to ja lubię. Uwaga! Nie zalecam czytać w dobrym humorze, bo sobie pójdzie, fajans jeden, na parę minut. Albo i godzin. 

Wyjątkowo udane rozpoczęcie kolejnej pory roku w NF, praktycznie nie ma powodu się czepiać. Tylko gust czytelnika decyduje o “podoba się/nie podoba”, a na gust, jak wiadomo, najlepszy jest ostrzegawczy strzał w tył głowy.

 

Popatrzyłem na pokładowego sztuczniaka, mówię cymbałowi: “Było Parówę znikać? Liczyła na flaku takie warianty, że ty baranie i za dekadę nie wyznaczysz trajektorii!” Pokazałem mu jeszcze, bo mnie tymi niedokładnościami obliczeń wkurzał, co w opowiadaniu Wattsa statek umie. Niech sobie nie myśli, że ja fantazji nie mam. Ku mojemu zaskoczeniu, na holo pojawiła się… flaszka.

 

Trzecia zasada gwiazdolotu brzmi: Nie mówimy o popełnionych błędach, z którymi nam ciężko. Zamiast tego – pijemy.

 

Mission accomplished.

 

 

 

 

Inne recenzje

Komentarze

obserwuj

Wracamy na pokład znanego wszystkim gwiazdolotu “Czytam”… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lecimy dalej! Przydałoby się na główną wrzucić.

Kurde, nie chcę czytać o opkach, bo na razie jedno tylko przeczytałem.

I co to się działo w te wakacje na gwiazdolocie? Pewnie już apokryfy powstają (bo Kosmos to nasza religia!). A potem filmy, z najwyższą kategorią wiekową (od ilu lat świetlnych?). A na koniec – director’s cut! Drżyj, o  purytańska galaktyko!

O, dziękuję Janku ;-) W wakacje w gwiazdolocie, jak widać, załoga swawolność wykładała dziewicom. Straszne to musiały być sceny… ;-) Galaktyka pewnie nie zadrży, ale może wstydliwie odsłoni jedną czy dwie dziury, łamiąc kilka astronomicznych tabu…

 

Recenzja kompletna. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lecimy!

Rozwijasz się publicystycznie, Sajkorybko. Za taką reckę powinni piórkiem sypnąć.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Piórkiem jak piórkiem, ale flaszka by się zdała ;-)

 

Dziękuję koiku, za wizytę i przychylne słowo. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka