Profil użytkownika


komentarze: 775, w dziale opowiadań: 49, opowiadania: 38

Ostatnie sto komentarzy

Dzięki za tę zacną inicjatywę! Ja też zachęcam bardzo do aktywności, żeby było nas widać, słychać i czuć… czy jakoś tak. ;)

“paskudnie powtórzone pół zdania na początku opowiadania Gajka”

 

Jako ciekawostkę dodam, że w pliku, z którego opowiadanie było przenoszone do druku, tego powtórzenia nie ma. Chochliki tutaj wykazały się szczególną pomysłowością.

Przyznam się uczciwie, że to ja namówiłem Przemka, żeby tutaj zamieścił swój tekst i zaczął się udzielać. Znam go od lat, jest pracowity, utalentowany i szybko się uczy na błędach, więc wierzę, że jeśli go dobrze pokierujecie i nabierze warsztatowych szlifów, na fantastyka.pl wyrośnie kolejny talent. :)

“Czego się nie robi z miłości” – jak by powiedział Jaime Lannister. ;)

W moim odczuciu to jest właśnie najsilniejsza strona tego opowiadania – groza wydobyta z uczucia tak silnego, że przekroczyło wszelkie granice rozsądku i moralności, wynaturzyło się doprowadzając do wydarzeń, które opisujesz. Kojarzy mi się to trochę ze “Cmętarzem zwieżąt” Kinga, gdzie bohaterowie wiedzą, jak straszne mogą być konsekwencje ich czynów, ale miłość i pragnienie odzyskania bliskich popycha ich do działania bez względu na koszty i ryzyko. I dobrze, że nie zatrzymywałeś się w pół kroku przy makabrycznych opisach, że poszedłeś na całość pokazując, że dla osoby ogarniętej taką obsesją nie ma granic, ani poczucia obrzydzenia (”zakątek miłości”).

Jestem ogromnym fanem serii i nieustannie polecam twórczość Robin Hobb każdemu. Trafiają się w niej sceny, które potrafią mnie wzruszyć do łez – a to rzadkie w przypadku książek. Natomiast w przypadku długich cykli powieściowych mam często rozterkę, czy stawiać 5 czy 6 w podobnych sytuacjach. Zobaczymy, jaki będzie finał całości (a został już tylko jeden tom do końca). :)

Dziękuję bardzo za obszerną recenzję. Słowiański cykl Witolda Vargasa będzie się pojawiał na naszych łamach regularnie. :)

Przede wszystkim, serdecznie gratuluję wygranym – Bellatrix, Tenszy i Skonecznemu – ale też wszystkim finalistom plebiscytu. Dziękuję też głosującym za udział i Cieniowi Burzy za nieocenioną pomoc w ogarnięciu całego przedsięwzięcia. Wspomnę też, że mamy tutaj wyjątkowo ciekawy przypadek, ponieważ opowiadanie Bellatrix wygrało z tekstem, który był wcześniej nominowany do Nagrody Zajdla. Może to znak, że warto przypomnieć sobie o możliwości zgłaszania kandydatur do nagrody spoza książek i czasopism (§ 11 pkt.2 regulaminu: “Komisja Nominacyjna może dopuścić do listy nominacji utwór opublikowany w innym miejscu niż wymienione w ust. 1, w sytuacji gdy utwór ten otrzyma wystarczającą do uzyskania nominacji liczbę głosów i nie kandydował do Nagrody w latach poprzednich”). Przypominam Wam o takiej opcji, jeżeli uznacie, że zasługuje na wzięcie pod uwagę. :)

Aż mnie korci, żeby własną listę ułożyć. A to znaczy, że artykuł Silaqui działa. ;)

“Sama zapowiedź cyklu bardzo mnie ucieszyła, podobnie jak solidne podejście do tematu :) Oby cykl był długi. A po nim poproszę drugi, o Słowianach :)

 

Trwało to dość długo, ale wreszcie się udało i mogę oficjalnie poinformować, że w kwietniowym numerze pojawi się obiecywany jakiś czas temu pierwszy artykuł z cyklu “Z kartek Legendarza” Witolda Vargasa, czyli właśnie opowieści z tradycji słowiańskiej. :)

Dzięki, Staruchu, za szczegółową recenzję. A propos cyklu Wojtka Chmielarza: umówiłem się z nim, że jest gotów napisać jeszcze jeden felieton, w którym zawarłby odpowiedzi na pytania czytelników, które pojawiłyby się po jego cyklu. Tak że może jeszcze pojawi się post scriptum, o ile będzie zapotrzebowanie. :)

Na ile się orientuję, FWS jest wysyłane równocześnie z aktualnym numerem NF.

Znakomite opowiadanie. Bardzo podoba mi się w nim to, że forma współgra z treścią. Precyzja konstrukcji, oszczędność słów, umiar w zastosowaniu środków stylistycznych. Udało Ci się przekazać wrażenie odrętwienia, w jakie popada narrator, jego odczłowieczenia przez roztopienie osobowości w Firmie. Bunt i niezależność pozostają gasnącym marzeniem, zastąpione przez idealnego hamburgera opracowanego przez komputer. To jest niepokojąco prawdziwa wizja przyszłości – biorąc pod uwagę, że już teraz istnieją np. wzory na doskonały scenariusz filmowy, rozplanowujące zwroty akcji z dokładnością co do minuty. Programy, które nas ubezwłasnowolniają wychodząc dokładnie naprzeciw naszym oczekiwaniom, przewidując je i nie zostawiając nam miejsca na pragnienia, decyzje, indywidualność.

Bardzo przydałoby się, żeby ludzie więcej recenzowali “Nową Fantastykę”, więcej o niej dyskutowali. Niekoniecznie tylko na blogach, ale też na swoich profilach i w grupach na Facebooku, na forach internetowych, etc. Skoro mogą dyskutować o filmach, książkach, komiksach, to czemu nie o nas? Rozgłos, przypomnienie światu, że istniejemy, są bardzo wskazane. :)

“Zabrakło pytania – czemu nie kręci się takich nowych filmów, a jedynie powiela stare”

 

Cieszę się ogromnie, że artykuł się spodobał. A w kwestii tego pytania, o którym piszesz – właśnie tego dotyczy następujący fragment: “We współczesnym kinie, gdzie unika się żartów ze stereotypów, wyczyny Jadaczki raczej by już nie przeszły. Gdzieś zginęło zaufanie widzów do twórców; zamiast domniemania niewinności i dobrej woli w humorze, spotykamy się z podejrzeniem winy i nieustannym wypatrywaniem okazji do poczucia urazy. To, że pokolenie Goonies odgrywa w obecnej kulturze coraz większą rolę, może dowodzić, że wszyscy tęsknimy za przejrzystością reguł tamtych czasów. Że chcemy się śmiać ze wszystkiego, bez skrępowania i tematów tabu, a równocześnie znajdować poczucie bezpieczeństwa w świadomości, że ktoś, kto z nas żartuje, wbrew pozorom będzie naszym niezawodnym przyjacielem”. :)

gary_joiner – Twój komentarz został usunięty ze względu na wulgarność. Na przyszłość powściągnij język.

 

funthesystem – proszę, oceniaj tekst, a nie autora.

 

Traktujcie się tutaj z życzliwością, na ile to możliwe.

Fantastyczny Pan Lis:

“A zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego wśród bestsellerów nie ma takiego, “wybitnego, wieloautorowego”?  Tak pytam, bez złośliwości? :)”

 

Prawdę mówiąc – jest. Konkretnie cała seria “Dzikie karty” to tzw. powieści mozaikowe tworzone pod okiem G.R.R. Martina przez wielu autorów, których teksty składają się w większe całości. Gdyby ktoś chciał się mierzyć z podobnym projektem, warto najpierw zobaczyć, jak tam się to odbywa.

 

Tak że samej idei współtworzenia powieści przez kilku autorów bym nie skreślał. Ale do ogarnięcia takiego przedsięwzięcia potrzebny jest ktoś bardzo kompetentny, kto będzie łączył cechy autora, redaktora, koordynatora projektu; będzie miał wizję całości, ale też będzie umiał w pełni wydobyć potencjał współautorów i będzie się cieszyć ich zaufaniem.

Gratuluję wszystkim członkom nowej Loży. Trzymam za Was wszystkich kciuki i mam nadzieję, że Wasza kadencja będzie obfitowała znakomitymi opowiadaniami, które sprawią, że działanie tutaj będzie zarówno pożyteczne, jak bardzo przyjemne. :)

“Toż cała (no, prawie) obecna kultura popularna to popłuczyny dawnej świetności!”

 

Trudno mi się z tym zgodzić. Owszem, jest bardzo dużo odcinania kuponów w każdej dziedzinie, ale równocześnie dzieje się sporo nowego. Stosunkowo najmniej w kinie, ponieważ ono jest bardzo zachowawcze z powodu wysokich budżetów i kosztów promocji, które muszą się zwrócić – ale już niskobudżetowe filmy potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć, a i te droższe również, jeśli autor wywalczy sobie u producentów twórczą swobodę (vide “Incepcja”).

W serialach ciągle powstają rzeczy nowe i świeże, oryginalne, a przynajmniej twórczo przetwarzające pewne konwencje. Tutaj mógłbym wymienić całkiem sporo.

W literaturze fantastycznej co roku dostajemy co najmniej kilka znakomitych tytułów. A że nie więcej? Kiedyś było identycznie – teraz może wydawać nam się, że wyglądało to inaczej, bo do naszych czasów przetrwała pamięć o tytułach wybitnych, a średniaki i knoty przepadły w pomroce dziejów.

Także w muzyce dzieje się sporo – ostatnio znów zacząłem więcej słuchać, odkrywam nowe zespoły, wpadające w ucho piosenki. Nie ogranicza się to tylko do sampli i coverów.

Jedynym problemem może być wyłowienie wartościowych, oryginalnych pozycji z całokształtu, bo ilość tego, czym jesteśmy zalewani, jest olbrzymia i trzeba się z tego wygrzebać. Ale podobno dla chcącego nie ma nic trudnego. Może z wyjątkiem polizania siebie samego w łokieć. ;)

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie pani z organizacji konkursu “Ja gorę!” z pytaniem, czy byłaby możliwość, żeby zwycięskie opowiadania opublikować w “Nowej Fantastyce”. Wyjaśniłem, że nie praktykujemy czegoś takiego – podobnych próśb z różnych instytucji miejskich, domów kultury, bibliotek i tym podobnych trochę do nas trafia – ale zaproponowałem, żeby te teksty pojawiły się na fantastyka.pl. Tak że odbyło się to za moją zgodą – ta informacja miała się zresztą pojawić przy opowiadaniach, żeby nie pozostawiać wątpliwości, ale najwyraźniej to publikującym umknęło.

 

Laureatom konkursu gratuluję wyróżnień. Mam nadzieję, że teraz wszystko jest jasne i w spokoju będziecie mogli skupić się na treści. :)

“Chmielarz – specjalista od łatwizny w fantasy, który nigdy nie napisał dobrego fantasy. To ma sens.”

 

“Królowa Głodu” to dobra książka. Może nie stricte fantasy, ale ciekawa mieszanka gatunkowa.

“Filmowe połączenie horroru z komedią musi być czymś więcej podyktowane oprócz chęci zapewnienia widzowi rozrywki?”

 

Jednak nie rozumiesz. Jeżeli autor łączy horror z komedią dla zapewnienia widzowi rozrywki, to nie robi tego sztuka dla sztuki, ale w celu zapewnienia widzowi rozrywki. Gdyby to robił sztuka dla sztuki, celem byłoby połączenie horroru z komedią samo w sobie.

No chyba nikt jednak się pod tym nie podpisał z imienia i nazwiska, a jest tylko oznaczony jako sponsorowany. Równie dobrze może się pojawić artykuł sponsorowany wychwalający jakiś kompletnie denny film. Jako czytelnik wolałbym wiedzieć czy to treść przesłana przez reklamodawcę, czy zlecona redakcji, bo obie odmiany takiego marketingu są stosowane.  Dlatego właśnie nie lubię tej formy reklamy i nazywania tego typu rzeczy artykułami. Człowiek po dwóch akapitach tekstu wyglądającego i sformatowanego jak część pisma zauważa oznaczenie, że to wszystko jest reklamą i zdaje sobie sprawę, że zmarnował czas. Nienawidzę laugh

Edit:

Nie bierz tego JeRzy jako zarzut w kierunku redakcji, bo to pewnie dział na który nie macie wpływu.

 

Artykuł sponsorowany jest dokładnie takim samym materiałem, jak każda reklama – za zawartość strony odpowiedzialność ponosi reklamodawca. My natomiast oznaczamy takie treści, żeby nie było wątpliwości, że nie jest to materiał redakcyjny tylko zewnętrzny. 

 

całkowicie nie zgadzam się z tym końcowym stwierdzeniem Chmielarza o tym, że kryminał ma nam coś mówić i że ma być w jakimś celu napisany

 

Mam wrażenie, że źle zrozumiałeś intencję Wojtka. Ja odniosłem wrażenie, że jego intencją było wskazanie, że wybór określonej odmiany i konwencji powinien być podyktowany czymś więcej niż tylko działaniem sztuka dla sztuki, dla czystego eksperymentu formalnego.

“Jak mam na coś jeszcze pomarudzić to na formę reklamy której nienawidzę, czyli artykułu sponsorowanego. Jeżeli to się nazywa artykułem, a nie reklamą to czemu nikt się pod tym nie podpisał?”

 

Przecież artykuł sponsorowany jest podpisany.

Yans – nie pamiętam, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że film miał polską premierę dopiero w 1990 roku. Nawet jeśli w “Fantastyce” informacje o nim pojawiły się zanim trafił na ekrany naszych kin, to nie sądzę, żeby była o nim mowa w numerach z ‘82 roku. Oczywiście mogę się mylić.

Darcon, mitologię miałem w szkole dawniej niż ty, więc to żadne usprawiedliwienie – tym bardziej, że Sfinks, Meduza i Minotaur to postacie na potęgę funkcjonujące w szeroko rozumianej kulturze i obrośnięte symboliką.

Pamiętam, jak na początku wytykałeś nam tylko literówki. A później zacząłeś pisać o kolejnych numerach więcej i bardzo się z tego cieszę. Lubię czytać Twoje recenzje, Staruchu, bo są rzetelne i gruntowne – nawet jeśli zbiera nam się za coś po uszach, to wiem, że krytyka jest przemyślana i poparta argumentami, po prostu konstruktywna.

 

Jeśli chodzi o Ellisona – to jest facet niezwykle trudny w tłumaczeniu. Ze względu na długość i konstrukcję zdań, ten strumień świadomości, w który chwilami porywa czytelnika. Ze względu na niezwykłe skojarzenia i eksperymenty językowe. On faktycznie potrafi popłynąć i w oryginale to brzmi, a w przekładzie trzeba się nieźle napracować. Przy “Złudzeniach dla smokobójcy” postawiłem sobie za punkt honoru, że sam przełożę to opowiadanie i w efekcie miałem momenty “love-hate relationship” z Ellisonem. Bo potrafił zaserwować w opisie rejsu fragment, przy którym nawet Marcin Mortka, przecież doświadczony tłumacz prozy marynistycznej, nie umiał mi podpowiedzieć, o co może chodzić, a kiedy już jakoś to (chyba) rozgryzłem, chwilę później trafiłem na słowo, które okazało się archaicznym szkockim okrzykiem, zapożyczonym z francuskiego, a będącym ostrzeżeniem dla przechodniów przed wylewaną przez okna na ulice zawartością nocników. Serio (słowo, gdyby to kogoś interesowało, brzmi “gardyloo”).

 

Robin Hobb zdecydowanie warto przeczytać; jeśli nie miałeś dotąd okazji, gorąco polecam!

“Rocznica była impulsem do zmian na lepsze?”

 

Jednym z impulsów, ale tak naprawdę o różne zmiany zabiegam od dawna i gdzieś w tle nieustannie pracuję nad tym, aby “NF” prezentowała się jak najlepiej. To trwa, czasami długo, ale warto być cierpliwym. Cieszę się, że udało się zgrać w czasie przynajmniej część efektów tych starań z jubileuszem, ale dla mnie to tylko wycinek tego, co chciałbym osiągnąć. Swoją drogą, byłbym szują, gdybym nie wyraził tutaj nieustającej wdzięczności dla Marzeny z działu produkcji w naszym wydawnictwie, bo to w ogromnej mierze jej zasługa, że udało się te rzeczy załatwić.

 

Oczywiście, nie ustaję w staraniach o powrót wersji czytnikowej i o nową stronę internetową – to są w tej chwili moje priorytety. Mam też nadzieję, że uda nam się przyciągnąć do pisma większą liczbę prenumeratorów. Nowa promocja jest naprawdę atrakcyjna. :)

Bądźcie dla Michała wyrozumiali; chłopak robi bokami, tyle ma pracy – nie tylko w “NF”.

 

A jeśli chodzi o udział w konkursie – ja od dziesięciu lat nie jestem w stanie zmobilizować się do napisania choćby jednego opowiadania. Ostatnie, jakie popełniłem, ukazało się w “Wizjach alternatywnych 6” w 2007 roku. Pomysły mam, parę rozgrzebanych tekstów na twardym dysku również – brakuje tylko solidnej motywacji, żeby cokolwiek z tego doprowadzić do końca. Nawet w tym roku miałem zamiar napisać opowiadanie tak, żeby gdzieś je opublikować w lipcu, dokładnie na 20-lecie mojego debiutu literackiego, ale też mi się nie udało.

“skończyłem chyba podstawówkę, bo mitologię miałem na studiach…”

 

Nie ma teraz “Mitologii” Parandowskiego w spisie lektur w podstawówce?

Uwaga spoilery!

Kochani, te nawiązania powinny być oczywiste dla każdego, kto skończył podstawówkę i miał do czynienia z mitologią grecką: Sfinks, Meduza, Minotaur. Gdy pada imię Ariadny, wszystkie klocki powinny wskoczyć na swoje miejsca. P.T. Barnum – może być faktycznie nieco trudniejszy do rozszyfrowania - to właściciel najsłynniejszego XIX-wiecznego cyrku, prekursor nowoczesnego przemysłu cyrkowego – z gabinetami osobliwości włącznie. Jestem szczerze zdumiony, że ta pocztówka okazała się dla tylu czytelników zbyt wysoko zawieszoną poprzeczką.

 

EDIT: Właśnie sobie uświadomiłem, że byki w pocztówce pisanej przez małego Minotaura są podwójnie na miejscu. ;)

No i weź tu się postaraj człowieku, to się zawsze jakaś maruda znajdzie. :p

Ten papier będzie już na stałe, bo zależało nam na tym, żeby “NF” wyglądała ładniej. Ma tę zaletę, że jest biały, w odróżnieniu od dotychczasowego, który sprawiał wrażenie poszarzałego i wszystkie kolory na nim wychodziły przygaszone.

No i cieszę się, że udało się zrealizować jedną z moich niedawnych obietnic – że dołożę starań, aby prenumeratorzy pisma dostawali je wcześniej. Mam nadzieję, że uda się to zapewnić już na stałe, chociaż tak na 100% przekonamy się od przyszłego roku, kiedy wejdą nowe harmonogramy prac.

Długość recenzji ma dla mnie mniejsze znaczenie od jakości w tym przypadku. Jako gracz i fantasta wiem, czego oczekuję od recenzji gry – chcę się przekonać, jak poradzą sobie z tematem uczestnicy konkursu. :)

Była mowa o tym, że od październikowego, jubileuszowego numeru “Nowa Fantastyka” będzie wydawana na lepszym papierze – bielszym i nieco grubszym.

 

I że przy okazji zmiany drukarni podjęliśmy starania, żeby prenumeratorzy dostawali pismo wcześniej niż do tej pory (chociaż to może być bardziej odczuwalne od nowego roku, kiedy wejdą nowe harmonogramy prac).

 

I że od października poza nowym cyklem “Rad dla piszących” Wojtka Chmielarza będziemy mieć jeszcze jedną nowość. Będzie to dorosła wersja wyróżnionego w konkursie im. J. Christy komiksu “Lil i Put”, autorstwa duetu Kur & Bednarczyk, tworzona specjalnie dla “NF”.

 

I jeszcze o różnych innych fajnych rzeczach, ale byłem wtedy tak zakręcony, że już nie wszystko pamiętam. ;)

Wygląda na to, że użytkownicy fantastyka.pl nie dopisali na spotkaniach. A chwaliliśmy się takimi dobrymi rzeczami… ;)

Damn… Tak to jest z moim kojarzeniem ksywek. Zasugerowałem się imieniem i poszło. :D W każdym razie poznałem Basię, która w konkursie wiedźmińskim napisała wyróżnione opowiadanie “Bez wzajemności”, a ponieważ nie pamiętałem ksywy i nazwiska, wydawało mi się, że to Bemik. A teraz nawet nie mam pewności, czy ona w ogóle udziela się na naszej stronie. Mistrz gaf – to ja.

“Inna sprawa, że recenzje trzeba umieć pisać, ale czy jest to sztuka, która Parowski opanował, to nie mam zielonego pojęcia, bo przytoczone fragmenty zostały przecież wycięte z jakiegoś szerszego kontekstu.”

 

Przede wszystkim, tekst Maćka nie był recenzją, tylko comiesięcznym felietonem, w rubryce, w której zazwyczaj dzieli się przemyśleniami na różne tematy – trochę wspomina, trochę analizuje rzeczy, które czytał lub oglądał, etc. Maciek uważa, że serial spłycił ideę, którą ukazywał oryginalny “Świat Dzikiego Zachodu” Crichtona i że sprowadził zachowania gości parku do najbardziej prymitywnych, okrutnych odruchów. Nie podobało mu się epatowanie przemocą i seksem, źle odbierał zabieg polegający na powtarzaniu określonych sekwencji przez hosty (który z kolei ja bardzo ceniłem). Ja się z opinią Maćka o “Westworld” nie zgadzałem, powiedziałem mu to zresztą po przeczytaniu tekstu i trochę nawet później dyskutowaliśmy na ten temat. Nie zmienia to faktu, że ma prawo mieć swoje zdanie i potrafi je uzasadnić, podobnie jak indywidualną interpretację serialu.

Bellatrix – od dłuższego czasu nie dostawałem żadnych aktualizacji piórek, a nie nadążam ze śledzeniem. Jeśli udało się nadgonić zaległości, to nie ma przeszkód, żeby informacje znów się pojawiły.

Gratuluję wyróżnionym. Piórka już przyczepione. Zbierajcie dalej – niech z tego pierza rosną całe skrzydła. :)

Mnie we wstępniaku nie było, bo na dwa dni przed zwolnieniem numeru do druku złapałem jakąś koszmarną wirusówkę, która mnie skutecznie rozłożyła. Część wpadek i literówek też wynika właśnie z faktu, że nie byłem w stanie sczytać treści w ostatnich dniach przed wysyłką, więc wszystko spadło na resztę ekipy. I tak jestem im ogromnie wdzięczny, że podołali zadaniu.

Jeśli chodzi o felietony – Wojtek Chmielarz będzie autorem nowych “Rad dla piszących”. Jego seria będzie poświęcona konstrukcji fabuł kryminalnych w fantastyce, co – jak mi się wydaje – jest nawet trudniejsze niż w kryminałach niefantastycznych.

Peter Watts, o czym już niejednokrotnie pisałem, powróci na łamy pisma, ale nie wiemy jeszcze kiedy – przerwa wynika z faktu, że ma inne zobowiązania, na których musi się skupić.

Robert Ziębiński nie będzie pisał regularnych felietonów, ale mam nadzieję, że będą się pojawiały inne jego artykuły. Mam też w zanadrzu nowego felietonistę, ale na razie prosił, żebym wstrzymał się z oficjalnym ogłoszeniem jego pojawienia się na naszych łamach. Mogę tylko zasygnalizować, że to osoba bardzo zasłużona dla fantastyki w Polsce – jako autor i nie tylko.

Tam jest lepsza ciekawostka. Lead recenzji głosi “Dość udany debiut, choć przydałoby się doświadczony redaktor, który uchroniłby od drobnych kiksów”. Kiedy to zobaczyłem, uznałem, że chochlik drukarski napluł nam tą literówką w kolektywną redaktorską twarz. ;)

Na pewno zostało już wysłane, bo zawsze jest wysyłane zanim numer trafi do zwykłej sprzedaży. A od tego momentu wszystko w rękach Poczty Polskiej.

Nie bez powodu ten model wydawniczy nazywa się “vanity press”. Vanity to próżność – jest to model żerujący na próżności autorów i przekonaniu ich (własnym lub wmówionym przez wydawcę), że są utalentowani, ale nikt się na nich do tej pory nie poznał.

 

Dobry, potrzebny tekst.

Mam nadzieję, że wyślesz mi ją do “NF”. Akurat mogę znaleźć na nią miejsce w lipcowym numerze. ;)

Ceterari:

“JeRzy, jakby NF ich nie odrzucało… ;P”

 

Ale przecież nie odrzuca! Na łamach pisma regularnie pojawiają się opowiadania autorów z fantastyka.pl. :)

 

Blackburn:

“jest możliwość też zgłaszania opublikowanych w inny sposób. Jeśli czegoś nie pomieszałem. “

 

Owszem, jest taka możliwość. Gdyby tutejsi użytkownicy chcieli, mogliby zgłaszać do nominacji zajdlowych np. teksty z corocznych głosowań na najlepsze opowiadanie roku zamieszczone w serwisie. :)

 

cobold:

 

“A gdyby tak NF jednak raz do roku wydawało numer specjalny z opowiadaniami z plebiscytu? To są te same opowiadania i ci sami autorzy. Tylko szukają dla siebie miejsca gdzie indziej.”

 

Jest to jakiś pomysł – Michał musiałby się do niego ustosunkować. Chociaż nam zawsze jednak zależało, żeby w piśmie pojawiały się teksty całkiem premierowe.

Gratuluję Marcie, Magdalenie, Ani i Julkowi. Cieszę się, że autorzy aktywni na fantastyka.pl tak pięknie rozwijają się i zostają docenieni. Dzisiaj, na spotkaniu po ogłoszeniu nominacji, pod adresem fantastyka.pl padło określenie “Kuźnia Zajdli”. I mam ogromną nadzieję, że tak właśnie to będzie wyglądało również w dalszej perspektywie. :) Oby jeszcze w przyszłych latach te nominowane teksty pojawiały się w “NF”, a nie w innych miejscach, to już w ogóle będzie genialnie. :)

Podbijam opowiadanie, jako że to powód do ogromnej satysfakcji, że dostało nominację do Zajdla, a miało premierę właśnie tutaj. Gratulacje! :)

Witold Vargas  aktualnie jest zajęty kończeniem nowej książki (o kowalach) – musimy poczekać, aż zakończy prace nad nią. Ale jesteśmy w kontakcie. :)

“ani redakcja nie podejmuje jakiś konkretnych działań odnośnie tematu”

 

Skull, odnoszę wrażenie, że nie czytasz już nawet tego, co piszę, tylko krytykujesz dla samego krytykowania. Niejednokrotnie wyjaśniałem, że pracuję nad propozycją głębokiej reformy pisma, którą chcę przedstawić prezesowi. Reformy dotyczącej samego czasopisma, strony internetowej, relacji między jednym a drugim, dystrybucji, etc. Takich rzeczy nie robi się z dnia na dzień, ani nawet z tygodnia na tydzień. Trzeba do tego zebrać i opracować sporo danych, przedyskutować pomysły z mądrymi ludźmi, którzy wnoszą cenne uwagi, chwalą jedne opcje, krytykują drugie, dorzucają własne pomysły. To, że działań nie widać, nie znaczy, że nie są podejmowane. A jeśli moja propozycja zostanie zaakceptowana przez prezesa, to także przez pierwsze kilka miesięcy nie będzie nic widać, bo pewne rzeczy będą organizowane, dogadywane i załatwiane od zaplecza. Moim celem jest to, żeby niektóre elementy wdrożyć jak najszybciej, ale główną reformę przeprowadzić na 35-lecie pisma, czyli na przełomie października i listopada, a dokończyć z początkiem 2018 roku. Powtórzę: to nie są rzeczy, które dzieją się szybko, bo zależą od zbyt wielu czynników – np. jeśli potrzebuję jakiejś niezbędnej informacji i nie mogę jej uzyskać przez parę tygodni, cały proces siłą rzeczy opóźnia się o ten czas. Nie znaczy to, że robota całkiem stoi w miejscu, bo równolegle myślę nad całą resztą projektu, ale pewnych kwestii nie mogę zamknąć.

Jeśli chodzi o dział naszego “Ojca Redaktora”, w najbliższych miesiącach pojawi się w nim zapis dyskusji prowadzonej przez Maćka i Annę Groblińską z Radia Łódź, z udziałem…

…werble… 

…werble…

…werble…

…Andrzeja Sapkowskiego… 

…Wojciecha Siudmaka…  

…Tomasza Bagińskiego…

…i Joanny Karpowicz.

Tyle dobra w jednym miejscu – co Wy na to? :)

Chciałem tutaj zamieścić post wyjaśniający, że zmiany w piśmie nie wpłyną na poprawę jego sprzedaży jeśli jedynymi osobami, które się o nich dowiedzą, będą ludzie, którzy i tak znają i czytają “NF”. Ale uświadomiłem sobie, że wszystko to napisałem już 26 lutego. Uważam, że potencjalnych czytelników jest dużo więcej niż mamy obecnie, ale nie jesteśmy w stanie się do nich przebić. Jestem ogromnie wdzięczny Jackowi Łukawskiemu, który zaktywizował blogerów, aby pojawiało się w Internecie więcej recenzji kolejnych numerów i Krzyśkowi Sokołowskiemu, który recenzuje nas w podcaście. Cieszy mnie ogromnie, że niegdysiejsza ekipa Gildii, z Dagmarą czyli Tiszką, na czele rozkręciła nam tak ładnie aktualności na stronie. Mam nadzieję, że z pomocą takich dobrych przyjaciół uda się nadać “Nowej Fantastyce” pęd.

 

Tymczasem ja czekam na ostatnie dane niezbędne do tego, żeby dokonać kalkulacji i przedstawić prezesowi projekt zmian. W ostatnich miesiącach dużo o tym myślałem i rozmawiałem z wieloma mądrymi, doświadczonymi ludźmi. Część pomysłów została od początku, inne uległy ewolucji – całość już jest w zasadzie obmyślana, musi jeszcze tylko zostać podliczona.

Ha, udało mi się sposobem przywrócić kilkalną okładkę. Żeby jeszcze odświeżyła się jak należy…

Bo ona czasami się nie zmieniała, ale wystarczało odświeżyć i była już właściwa. A później przestała się zmieniać, ale przynajmniej po kliknięciu prowadziła tam, gdzie trzeba. A teraz nawet tego nie robi. Jakby się entropia rozprzestrzeniała w kodzie strony od tego miejsca. :\

 

Poza tym ja mam stary, coraz mocniej szwankujący komputer, krytycznie wymagający wymiany na nowy sprzęt. I część problemów zwalam na niego, bo tak też bywa.

No i przez pierwsze dni przenosiło do tej dyskusji, a później nagle wskoczyła pusta strona. Kurrrr… :(

Kajam się za przepuszczenie tylu potknięć w Piskorskim. Nie wiem, jak bardzo mocne musiałem mieć zaćmienie, albo jak koszmarnie musiałem być zmęczony, żeby przegapić Dżyngis “Hana”.

 

A z innej beczki – mam do Was pytanie: czy tylko u mnie jest coś bardzo nie w porządku z zajawką bieżącego numeru “NF” po prawej stronie ekranu? Bo ja mam tam nadal okładkę lutowego numeru, (mimo odświeżania), a po kliknięciu na nią przenosi mnie do pustego wątku, gdzie wyświetla się tylko kwietniowa okładka, a nie widać całej tej dyskusji, która się tutaj toczy. Dostałem się do niej przez zakładkę “Czasopisma” i nie wiem, czy mój stary komputer odmawia współpracy z fantastyka.pl, czy fantastyka.pl odmawia współpracy ze światem.

Na zarzut bucowatego potraktowania “uczestnika” odpowiedź par. “myślałem, że to coś poważnego”  to najlepszy pr ever! Uzasadnienie odrzucenia tekstu, nad którym pracował może tuzin użytkowników par. “nie w moim guście”, też rządzi.

 

A kto konkretnie z redakcji tak komentował?

 

i przebieram nóżkami, żeby znowu namawiać do zmiany regulaminu Zajdla, bo za kilka lat będzie to nagroda papierowych dinozaurów, których na rynku trzyma de facto monopol.

 

No to najwyraźniej nie zauważyłeś, że publikacje internetowe zgodnie z regulaminem Zajdla już teraz mogą uzyskać nominacje. Głównym kryterium jest posiadanie numeru ISBN lub ISSN, a komisja może dopuścić do nominacji utwór nie spełniający tych wymogów, o ile uzyska dostateczną liczbę głosów. W 2011 roku nawet miało to miejsce, gdy nominację uzyskało opowiadanie “Obcy” Marcelego Szpaka.

Poza tym to nie jest kwestia tego, czy coś ukazuje się na papierze czy w formie elektronicznej, ale jakości, za którą wydawcy biorą odpowiedzialność i płacą autorom honoraria. Kiedy publikujesz jakikolwiek tekst w “Nowej Fantastyce” poza satysfakcją z ukazania się w piśmie dostajesz honorarium autorskie. Tak to działa.

 

@Prim Chum

 

“Nie, ale chyba jest w tym coś złego, gdy nie chce się redakcji? :) Czy  może znów znajdziemy usprawiedliwienie dla rzeczywistości i uznamy, że nie jednak?”

 

A skąd myśl, że redakcji się nie chce? Nic bardziej mylnego. Siedzę w tej robocie od jedenastu lat i nadal mi się nie znudziła i nadal czuję, że ma sens.

 

@Dzikowy

 

“Ostatecznie wychodzi na to, że fantastyka.pl ściąga na serwis obietnicą publikacji w NF. Obietnica ta nie ma pokrycia”

 

A to jest jawne i krzywdzące kłamstwo. W samej publicystyce stałymi współpracownikami pisma są wyłowieni właśnie na fantastyka.pl Andrzej Kaczmarczyk, Tomek Miecznikowski, Marek Grzywacz; pisują do nas też Maciej Bachorski, Marta Sobiecka, w marcu był tekst o teatrze i recenzja Tomka Przyłuckiego, a w majowym numerze pojawi się artykuł Krzysztofa Piaska. W dziale opowiadań też regularnie pojawiają się autorzy ze strony, odkrywani dzięki comiesięcznym wyróżnieniom i wspólnej pracy Loży z Michałem Cetnarowskim. A stwierdzenie, że niektórzy z nich “debiutowali gdzie indziej” – to znaczy gdzie? Tylko nie powołuj się, proszę, na publikacje internetowe, bo one a) przeważnie nie płacą autorom, b) ze względu na brak limitów objętościowych mają dużo rzadsze sito selekcyjne. Mówiąc prościej: zadebiutować w Internecie to żadne osiągnięcie.

I nie piszę tego dla umniejszenia roli tego, co robią ludzie w Internecie, ale aby pokazać, że papier rządzi się innymi, dużo bardziej restrykcyjnymi prawami. My mamy co miesiąc 80 stron – z czego kilkanaście na artykuły i połowa czarno-białych na opowiadania polskie. Za każdym razem trzeba wybrać teksty i zrobić to jeszcze tak, aby pasowały objętościowo. W przypadku Internetu takie ograniczenia nie istnieją – pdf z opowiadaniami może mieć równie dobrze dwadzieścia jak dwieście stron. I raczej nikt przy tym nie jest goniony deadline’ami ani nie ponosi żadnego ryzyka finansowego, bo przeważnie wszystko jest robione na zasadzie wolontariatu. A co za tym idzie, każde takie przedsięwzięcie trwa tak długo, jak długo wystarcza dobrej woli uczestnikom i umiera w momencie, gdy nie ma komu ciągnąć tego dalej.

 

Ktoś wyżej napisał, że jeśli “NF” i fantastyka.pl przestaną istnieć, ludzie stąd znajdą sobie inne miejsce. Pewnie tak, ale z moich spostrzeżeń na przestrzeni lat wynika, że w takim przypadku tutejsza społeczność jako taka też przestanie istnieć, rozpadnie się nieuchronnie. Kilka lat temu grupka obrażonych na “NF” użytkowników wyniosła się i założyła własne forum. Początkowo byli bardzo aktywni i ambitni, chcieli nam udowodnić, że świetnie dadzą sobie radę. Dzisiaj – ich strona internetowa ani forum nie istnieją, a na ich fanpage’u na Facebooku wpisy pojawiają się raz na kilka tygodni. Podobne sytuacje widziałem niejednokrotnie, w Internecie i w realu.

Wydaje mi się, że cytat znaleziony przez Zaltha najtrafniej podsumowuje jeden z największych problemów, z jakimi się borykamy:

 

“Hej znalazłem ostatnio stary magazyn fenix z opowiadaniami fantasy i sci_fi.

Tu moj pytanie, czy sa jeszcze jakieś tego typu magazyny, z opowiadaniami ktore wychodza regularnie??”

 

Dzięki nieocenionej pomocy Jacka Łukawskiego być może pojawi się teraz więcej recenzji “NF” w Internecie, ale wciąż docieramy do zbyt małej grupy odbiorców. Wrzucona przeze mnie na Facebook informacja o Ziemiomorskim opowiadaniu Le Guin w kwietniowej “NF” doczekała się zaledwie pięciu dalszych udostępnień. W kioskach i innej dystrybucji rzadko nas widać, a ludzie, którzy o nas wiedzą, też mają za małą świadomość, że powinni nas zamawiać bezpośrednio u kioskarzy, jeśli chcą mieć pewność, że kolejne numery będą do nich trafiać.

 

Tak czy inaczej, jestem na etapie gromadzenia danych potrzebnych do przedstawienia w wydawnictwie planu głębokiej, wręcz rewolucyjnej restrukturyzacji. Część informacji już pozyskałem, muszą jeszcze dotrzeć pozostałe, a i tak pozostanie kilka niewiadomych. A jak to zostanie przyjęte? Czas pokaże.

 

Ano niestety, za co przepraszamy. Zresztą w druku pojawił się jeszcze drugi błąd – z listy ubiegłorocznych nominacji uchował się “Nóż wodny”. Obie wpadki zostały skorygowane w informacji na stronie.

Mam nadzieję, że Łukasz Wiśniewski zrehabilituje się ciekawym artykułem za tę ostatnią, morderczą “Wiewiórkę”.

 

A co Łukasz Wiśniewski ma wspólnego z “Wiewiórką”?

“Wiadomo są wyjątki np. Conany wyd. Rebis”

 

Ciekawe, że wspomniałeś o “Conanach” – Gary Gianni był właśnie jednym z ilustratorów w tym zbiorowym wydaniu Howarda, o którym piszesz. :)

“To nie mord, tylko realia rynkowe. Tnie się koszty.”

 

Dokładnie tak. To Prószyńskiemu zawdzięczamy istnienie. Nie demonizujcie wydawnictwa, które jak by nie patrzeć nadal nas u siebie trzyma. Na przestrzeni lat mieliśmy parę promocji, które w zamyśle powinny poprawić sprzedaż, kosztowały sporą kasę i nie przyniosły wymiernego efektu. Wystarczy wspomnieć dodawaną do pisma powieść Poula Andersona – pomyślcie, jaki to był koszt, a nie chodzi tylko o druk książki, jej tłumaczenie, redakcję i tym podobne, ale też zafoliowanie i droższą dystrybucję. Siłą rzeczy na każdy dodatkowy wydatek trzeba patrzeć z nieufnością, zwłaszcza w przypadku, kiedy można on przesunąć pismo ze strefy problematycznej, do grupy tytułów na minusie. Kwestią do dyskusji jest tak naprawdę, które inwestycje, nakłady finansowe są niezbędne i mogą pomóc, a które nie dadzą pożądanego efektu i tylko pogorszą sytuację. Nowa strona internetowa jest w moim odczuciu konieczna (już od lat) – bez niej nie da się przeprowadzić restrukturyzacji pisma, ale również może ona przynieść dużo większy dochód z reklam, który pomoże miesięcznikowi.

“JeRzy, a mam takie pytanie – czy nie dałoby się do waszej ekipy zatrudnić jednej osoby więcej?  Bo w dużej mierze, odnoszę wrażenie, że jest was po prostu za mało.”

 

Odpowiem tak:

Kiedy zaczynałem pracę w “Nowej Fantastyce” (jakieś jedenaście lat temu), redakcja składała się z redaktora naczelnego, sekretarz redakcji (która zajmowała się również korektą), szefów działów prozy polskiej, zagranicznej i publicystyki i szefowej działu graficznego. Nota bene, dział promocji i reklamy nie podlega pod pismo, tylko bezpośrednio pod wydawcę. Strona internetowa nie odgrywała dużej roli (ważniejsze było forum przy niej – które tak swoją drogą nadal działa i link do niego można znaleźć w menu “Start”). Nie było fanpage’a “NF” na Facebooku.

Najpierw w ramach oszczędności zredukowano etat sekretarz redakcji i połączono go z redaktorem naczelnym.

Jakoś w 2009 roku założyłem naszą stronę na Facebooku i początkowo sam wrzucałem na nią informacje, chociaż nikt nie wierzył w potrzebę takiego działania. Teraz liczy około 13000 użytkowników. Zresztą znaczenie Internetu jako kanału komunikacji rośnie cały czas – mam tego pełną świadomość.

W 2012 roku została zlikwidowana stacjonarna redakcja – od tego czasu pracujemy z domów, a rolę naszej “centrali” pełni współdzielony przez cały skład redakcyjny dropbox (można powiedzieć, że byliśmy pionierami w takim trybie pracy). Siłą rzeczy odpadła możliwość praktyk redakcyjnych – a szkoda, bo przez “NF” przewinęło się sporo ciekawych, utalentowanych ludzi; z częścią z nich do dzisiaj mam kontakt, a ostatnio Tiszka, która kiedyś u nas praktykowała, razem z częścią ex-ekipy Gildii zaczęła działać tutaj i ożywiać newsy i recenzje.

W 2013 roku w ramach oszczędności zostały połączone funkcje redaktora naczelnego i szefa działu publicystyki – objąłem wtedy to scalone stanowisko. Ponieważ wcześniej, jak wspominałem, rednacz został połączony z sekretarzem redakcji, można powiedzieć, że do pewnego stopnia pracuję teraz za trzy osoby. Korektę każdego numeru robimy wspólnymi siłami, z Marcinem i Michałem. Od paru lat na fantastyka.pl wspiera nas Beryl, a dobrymi radami i wsparciem przy newsletterze służy również PsychoFish. Z opowiadaniami pomaga nam Loża NF – wszystko to wolontariusze.

 

Jak widać, tendencja jest raczej do cięcia kosztów niż dokładania, aby pismo nie przynosiło strat, a każdy wydatek, który nie przełoży się na wzrost dochodów, może nam tylko zaszkodzić. Ja i tak zamierzam wytrwale lobbować na rzecz stworzenia zupełnie nowej strony internetowej, a jeśli to się powiedzie, dążyłbym do mocnej restrukturyzacji pisma i zmiany relacji między “NF” i fantastyka.pl. Mam to wszystko od dawna poukładane w głowie; ludzie, z którymi te pomysły konsultowałem, twierdzą, że ma to ręce i nogi. Jest jedno “ale”: będzie to musiało na siebie solidnie zapracować. Byłoby szkoda, gdyby koszt postawienia, utrzymania i zapełnienia treściami nowej pięknej strony internetowej zarżnął miesięcznik.

 

Posty sponsorowane na FB to dobra metoda promocji, ale też kosztuje. Dobrą metodą jest poczta pantoflowa – dalsze udostępnianie przez fanów naszych wpisów dotyczących zawartości pisma albo tego, co dzieje się na naszej stronie.  Niejednokrotnie o to prosiłem, ale mało komu, kto do nas zagląda, chce się wykonać to dodatkowe kliknięcie “Udostępnij”. Trzynaście tysięcy użytkowników – okładka wydania z rozstrzygnięciem konkursu wiedźmńskiego i opowiadaniem Kinga miała 11 udostępnień. W styczniu – 17. W lutym – 14.  W marcu znów 11. Gdyby za tymi cyferkami stało jedno zero, miałbym poczucie, że coś drgnęło. Najgorętszy wpis ostatnich miesięcy na naszym FB nie dotyczył pisma tylko nowej ekranizacji “Diuny” – 461 polubień, 78 udostępnień. O takich osiągach dla informacji o samej “NF” mogę pomarzyć.

Siedzę w sobotnie popołudnie i zamiast redagować artykuł do kwietniowego numeru, który mam na drugim monitorze, zastanawiam się, co odpisać na kolejne zarzuty. Problem w tym, że jeśli ktoś zakłada, że wszystko jest winą redakcji, to cokolwiek napiszę, zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Jeśli nie waruję przy wątku i nie odpisuję natychmiast na każdy wpis, to znaczy, że olewam czytelników. A jeśli zmęczony ślęczeniem przed komputerem przepuszczę literówki w artykułach, też dowiem się, że pracuję niechlujnie i olewam czytelników. Jeśli próbuję uświadomić ludziom z zewnątrz, że sytuacja jest trudna, czytam, że “redakcja zniechęca, olewa, ignoruje a na dodatek zarzuca zaangażowanym czytelnikom głupotę, niedouczenie, brak rozeznania”. I jeszcze czytam pretensje o to, że zwracam uwagę na finansowy aspekt sprawy – że w piśmie są reklamy, a wersja czytnikowa upadła, bo przestała się opłacać. A już chyba najbardziej rozczuliło mnie porównanie z “Wyborczą” – niestety, nie byłem w stanie znaleźć danych, ile osób zatrudniają (włączając w to serwis Gazeta.pl), ale mam niejasne wrażenie, że pracuje tam trochę więcej ludzi niż u nas.

 

Mógłbym tutaj napisać bardzo wiele, wyjaśniając poszczególne kwestie, wiele z nich już nie pierwszy raz, bo często osoby, które zarzucają nam olewanie, same nie zadadzą sobie trudu, żeby sprawdzić, czy podobnych dyskusji nie było wcześniej albo czy jakaś rzecz, którą proponują, nie została już zrobiona i jaki efekt przyniosła. Tyle że już trochę nie mam siły, a dodatkowo uświadamiam sobie, że w myśl zasady “tylko winni się tłumaczą”, jestem z góry na przegranej pozycji. Milczę – źle, wyjaśniam – jeszcze gorzej. <sarkazm> I jeszcze, jak widać, użalam się nad sobą. </sarkazm>

 

Przygotowujemy “Nową Fantastykę” dla czytelników i szanujemy ich bezwzględnie – co jest logiczne, choćby z tej oczywistej przyczyny (gdyby zabrakło innych powodów, a tych nie brakuje), że właśnie od czytelników zależy nasz los. Są ręką, która nas karmi. Natomiast prawda jest taka, że czytelnicy nie zawsze szanują siebie nawzajem – nie dostrzegają różnorodności potrzeb i upodobań, które musimy pogodzić w osiemdziesięciu stronach miesięcznie. Taka, a nie inna zawartość pisma jest nieustannym kompromisem, ale nie każdy, kto sięga po pismo, chce iść na kompromis i zrozumieć, że może nie wszystkie teksty przypadną mu do gustu, ale nie jest jedynym czytelnikiem. Nie ma poczucia idei “łączy nas fantastyka”. Jest za to od jednych “za mało tego, za dużo tamtego, nie będę czytał”, a od drugich odwrotnie – “za dużo tego, za mało tamtego”. I obie strony przestają czytać, z dokładnie przeciwnych powodów. Polaryzacja i rozpad wspólnoty, jak widać, dotyka także środowisko fantastów – nie trzeba do tego polityki.

 

Szanuję wolontariat i żadne słowa nie wyrażą, jak bardzo jestem wdzięczny wszystkim osobom, które zgłaszają chęć pomocy pismu, rozmaite inicjatywy, propozycje rozkręcenia strony i tym podobne. Niektóre propozycje, pomysły, postulaty są nierealne – co staram się wyjaśniać – lub próbowano ich z marnym skutkiem. Kiedy to możliwe, chętnie przyjmuję pomoc. Tyle, że tutaj również muszę zachować ostrożność – nie mogę sobie pozwolić na nadużywanie tego, bo doświadczenie innych (np. organizatorów Pyrkonu) uczy, że za jakiś czas przeczytałbym, że “działająca komercyjnie redakcja wyręcza się w pracy tyrającymi za friko ochotnikami”.

Nadrobiłem zaległości w dyskusji. Dowiedziałem się z niej, że:

– “Nowa Fantastyka” jest zbyt hermetyczna, adresowana do zagorzałych fanów gatunku;

– “Nowa Fantastyka” jest za mało elitarna, adresowana do mało obeznanych czytelników;

– opowiadania są słabe;

– opowiadania są dobre;

– publicystyka jest słaba;

– publicystyka jest dobra;

– pismo jest za drogie;

– pismo jest za tanie;

– autorów z fantastyka.pl jest za mało;

– autorów z fantastyka.pl jest w sam raz;

– źle, że nie publikujemy komiksów (ostatnie trzy komiksy opublikowane na łamach zostały bardzo źle przyjęte i pogorszyły sprzedaż pisma);

– źle, że dużo piszemy o grach (skądinąd słyszałem, że dobrze, że wreszcie zaczęliśmy pisać o grach).

I tak dalej…

 

Podam Wam kilka ciekawostek:

– Grudniowy numer “NF”, w którym opublikowaliśmy opowiadanie Stephena Kinga – jednego z najgorętszych nazwisk na rynku – kosztujące nas mniej więcej cztery razy tyle, co opowiadanie podobnej długości mniej znanego autora, zanotował sprzedaż wyższą o zawrotne dwieście egzemplarzy. Nie oznacza to wcale, że styczniowy numer i kolejne idące za nim również zanotują lepsze wyniki.

– Promocja prenumeraty z darmową płytą z archiwami “Wydania Specjalnego” (paręnaście roczników tekstów świetnych autorów) w ogóle nie poprawiła wyników sprzedaży prenumeraty.

– Ostatni numer czytnikowej wersji “NF” – o którą wcześniej czytelnicy dopominali się regularnie, a ja sam walczyłem dwa lata – sprzedaż się w liczbie około 170 egzemplarzy.

– W plebiscycie “Nagrody Czytelników NF 2016” głosowało niespełna 300 osób. Sądząc po sposobie, w jaki część z nich oddała swoje głosy, obstawiam, że nie mieli pisma w rękach – zagłosowali tylko żeby mieć szansę na nagrodę książkową albo żeby pomóc znajomemu startującemu w kategorii “najlepsze opowiadanie polskie”. Tymczasem ten plebiscyt jest dla nas ważnym źródłem informacji o gustach czytelników. Zwłaszcza biorąc pod uwagę następny punkt.

– Być może źle szukałem, ale liczba recenzji lutowego numeru “NF” w Internecie wynosi okrągłe zero. Dyskusja o nim na fantastyka.pl zawierała zaledwie kilkanaście postów. Dla porównania – wątek “Zgadnij tytuł – zabawa” liczy już prawie trzy tysiące wpisów.

 

Nie piszę tego jako wyrzutu, ale żeby zaakcentować i zostawić Wam do przemyślenia pewne zjawiska, z którymi muszę się na co dzień borykać.

“Jak wyglądają normalne warunki, albo inaczej: dlaczego warunki nie są normalne?”

 

Przyczyny, dla których czytelnicy rezygnują z kupowania danego tytułu – a dotyczy to całej prasy, nie tylko periodyków, ale nawet dzienników - są różne. Jedni rezygnują z przyczyn finansowych. Drudzy z braku czasu na czytanie. Kolejni zapominają kupić i wypadają z rytmu. Jeszcze inni “wyrastają” z pisma – odkrywają, że nie ma w nim już dla nich nic ciekawego. Niektórzy dosłownie wymierają. Jeszcze inni obrażają się za coś – artykuł, cytat, obecność nielubianego autora na łamach – i przestają kupować w ramach bojkotu. Innym nie podobają się zmiany w piśmie albo brak zmian. Przyczyn jest mnóstwo, ale skutek zawsze ten sam: każdy tytuł pozostawiony samemu sobie powoli traci czytelników. Niekiedy po jakimś czasie część z nich wraca do lektury, ale nie można liczyć wyłącznie na to.

 

“Normalne” warunki to takie, w których różne czynniki – promocja i reklama, poczta pantoflowa, Internet itp. – powodują, że na miejsce osób, które się wykruszyły, przybywają nowe, mniej więcej w proporcji 1:1. Ludzie, którzy dowiedzieli się o istnieniu pisma, zobaczyli jego reklamę, albo wypatrzyli okładkę w kiosku, podpatrzyli u znajomego, przeczytali komuś przez ramię w autobusie… znów sposobów może być wiele. U nas właśnie ten element nie działa. Reklamy i promocji nie mamy. Na półkach ciężko nas zobaczyć, skoro mamy tak mały nakład w stosunku do liczby miejsc, do których trzeba trafić. Recenzje kolejnych numerów w Internecie, przestały się pojawiać w zadowalającej liczbie. Zaledwie pojedyncze serwisy poświęcone fantastyki zadają sobie trud informowania, że nowe wydanie jest na rynku i tak dalej. Dodatkowo polski rynek jest trudny, bo prasa w ogóle przeżywa głęboki kryzys (na Zachodzie ten trend się ostatnio trochę zmienił) – ludzie odeszli od papieru na rzecz Internetu.

 

To nie jest kwestia tego, że społeczeństwo tępieje, bo na pewno jest wiele osób, które znalazłyby u nas treści dla siebie i nie trzeba do tego zaniżać poziomu. Problem w tym, że duży odsetek ludzi, którym “NF” mogłaby się spodobać, nawet o tym nie wie, bo nigdy nas nie widzieli, nie mieli pisma w rękach, nie zajrzeli do środka. Niektórzy w ogóle nie mają nawyku czytania prasy, chociaż nie stronią od książek i nie byłby to dla nich za duży wydatek.

 

Na fanpage’u na Facebooku mamy około 13 tysięcy użytkowników. Bez postów sponsorowanych docieramy z informacjami o treści pisma zaledwie do ułamka tej liczby, o ile nasze wpisy nie zostaną dalej udostępnione, a ludzie, którzy nas czytają nie zachęcą kolejnych do sięgnięcia po pismo. Kiedyś napisałem, że byłoby super, gdyby ktoś, kto nas lubi, kupił raz na jakiś czas drugi egzemplarz pisma i dał w prezencie znajomemu, który mógłby dzięki temu zacząć nas czytać i dołączyć do grona stałych czytelników. Ale nawet puszczanie naszych wpisów dalej to też jakaś pomoc, bo najgorsze, co nas teraz spotyka, to pogrążanie się w informacyjnym niebycie.

Pytacie, co jest potrzebne, żeby pomóc “Nowej Fantastyce”? Odpowiedź jest prosta: promocja. A teraz wyjaśnię po kolei.

 

To, że od tytułu prasowego odpływają czytelnicy, jest czymś zupełnie naturalnym bez względu na ogólny stan rynku (a polski rynek prasy jest dodatkowo bardzo trudny). Tyle że w normalnych warunkach w miejsce czytelników, którzy odeszli, przychodzą nowi i równowaga zostaje zachowana.

 

W sytuacji, kiedy spada sprzedaż, zmiany w treści i layoucie pisma mogą tylko dodatkowo pogorszyć wyniki, jeżeli w parze z tymi zmianami nie idzie duża kampania promocyjna (na którą nas nie stać). Bo takie zmiany trafiają tylko do tych ludzi, którzy już sięgają po pismo, kupują je, czytają. I wtedy mogą się wydarzyć dwie rzeczy: zmiany im się spodobają i będą nadal kupować i czytać pismo, albo nie będą się podobały i wtedy przestaną je kupować. Nie stanie się natomiast cud, że nagle o zmianach w piśmie dowie się ktoś, kto w ogóle do niego nie zagląda. Sam często stykam się z krytycznymi opiniami o treści pisma ludzi, którzy przestali je czytać lata temu i nie mają pojęcia o drodze, jaką pismo przeszło. A są też tacy, którzy na hasło “Nowa Fantastyka” reagują: “Jest coś takiego? Nie słyszałem.” albo “To ona jeszcze w ogóle wychodzi?”.

 

Trzeba zatem dotrzeć do nowych odbiorców – i wcale nie jest powiedziane, że już w obecnej postaci pismo nie okaże się dla nich atrakcyjne i interesujące. Tego nie wiemy. Problem w tym, że bez machiny promocyjnej i nakładów pieniędzy, ciężko jest przyciągnąć nowych ludzi. Szczególnie przy takim nakładzie, jaki mamy obecnie. Gary podał tutaj, że “NF” w 2017 roku wynosi on 12 tysięcy egzemplarzy. Ta liczba musi wystarczyć na “obgonienie” m.in. prenumeratorów, Empików i kiosków Ruchu, Kolportera i paru innych sieci dystrybucyjnych (także internetowych). Tymczasem sam Ruch ma w Polsce ponad trzydzieści tysięcy (!) punktów sprzedaży.

 

W tych warunkach, największą nadzieję “NF” może wiązać ze społecznością jego fanów. Z tym, że będą nie tylko regularnie kupować miesięcznik (10 złotych miesięcznie to naprawdę nie jest dużo, a w prenumeracie jeszcze mniej), ale też że będą pocztą pantoflową zachęcać do kupna przyjaciół i znajomych, że będą informować o ciekawych treściach, które się u nas ukazują, udostępniać nasze wpisy na FB, wrzucać newsy do serwisów, w których się udzielają i tak dalej, i tak dalej…

 

Kiedy człowiek, który stale korzysta z naszej strony internetowej, pisze “Ja Nowe Fantastyki kupiłem dwa razy w życiu”, robi mi się zwyczajnie przykro. Nie tylko ze względu na poczucie, że ciężka praca wielu ludzi jest olewana i trafia w próżnię, ale także dlatego, że mam świadomość, że fantastyka.pl istnieje jako dopełnienie pisma – zaplecze i kuźnia talentów. I jeśli “NF” przestanie się ukazywać, strona nie będzie miała racji bytu, a zebrana tu społeczność straci dom.

 

Wiele razy pisałem, że los “Nowej Fantastyki” zależy od czytelników i nigdy nie było w tym grama przesady. Nie korzystamy z żadnych dotacji, nie podczepiamy się pod państwowy cycek, dzięki czemu zresztą mamy większą swobodę i możemy chronić pismo przed polityką. Ale aby to wszystko ocalić, potrzeba ludzi, którzy zechcą kupować nasz miesięcznik i wciągać w to kolejne osoby. Jak najwięcej, aby ustabilizować naszą sytuację. A jeśli uda się przywrócić równowagę, o której pisałem na początku, będzie można myśleć o kolejnych posunięciach. Na razie przydałoby się pozyskać parę tysięcy nowych czytelników.

Tymczasem w prawdziwym świecie:

 

“Most of the tsunamis that have occurred within Europe have happened in the Mediterranean Sea because in the Mediterranean Sea there are earthquakes, submarine landslide and volcanoes.”

 

https://www.wikiwand.com/en/List_of_tsunamis_in_Europe

 

No i teraz ciekawe, czy Michał przeprosi, czy będzie szedł w zaparte. ;)

O Dawkinsie mam jak najgorszą opinię. Uważam, że to szarlatan, który wykorzystuje swój tytuł naukowy zdobyty na polu zoologii, aby nadać pozory naukowości wygłaszanym przez siebie bredniom dotyczącym teologii i metafizyki. Jego argumenty antyteistyczne są na poziomie naburmuszonego dziecka. Zresztą może właśnie dlatego cieszy się taką popularnością – nie wymaga głębszego myślenia.

 

Dla przeciwwagi: czy ktoś z dyskutujących miał okazję posłuchać wywodów Michio Kaku (choćby jego debaty z Dawkinsem) albo ks. Michała Hellera?

Lamus trwa, stale i niezmiennie, co drugi miesiąc. :) W marcowym numerze druga część “kolejowego” artykułu, który ukazał się w styczniu.

Mateusz miał miesięczną przerwę bo go przywaliły inne obowiązki, ale wróci. Poza zwykłym “Zastrzykiem” zamówiłem u niego jeszcze artykuł o “kuchni przyszłości”, bo wydaje mi się, że to ciekawy temat z pogranicza fantastyki i nauki – drukowanie potraw, kotlety z próbówki, etc.

 

Poza tym myślę, że mogę zasygnalizować, że – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – będziemy mieć za jakiś czas na łamach “NF” nowy cykl artykułów. Jego autorem będzie Witold Vargas, współtwórca “Bestiariusza słowiańskiego” i  kolejnych książek z tej serii, przybliżających polskie legendy i wierzenia. Jego artykuły będą dotyczyły podobnej tematyki i również będą ilustrowane przez autora. Zapowiada się bardzo smakowicie. :)

Dzięki. Pewnie dlatego nie wyłapałem tych błędów podczas ponownego sprawdzania. Literówki sensu stricto prawdopodobnie bym zauważył, nawet gdyby Word ich nie zaznaczył, ale to są potknięcia wynikające z przeredagowania zdania – zmian szyku i tym podobnych – i niestety umknęły mojej uwadze.

“ciekawy artykuł o Ronaoke, ale sporo było w nim literówek utrudniających czytanie”

 

Czy mógłbym poprosić o przykłady tych literówek? Pytał całkiem poważnie i bez złośliwości, bo po przeczytaniu tej uwagi przejrzałem ponownie artykuł, tym razem już na łamach pisma, a nie na ekranie i najwyraźniej coś wpada mi w ślepą plamkę.

Ogłoszenie duszpasterskie: z przyczyn organizacyjnych płyta będzie dodawana do numeru marcowego, a nie jak wcześniej informowaliśmy do lutowego lub marcowego.

Komentarze zawsze są przydatne. Mam świadomość, że kiedy pada nazwisko jakiegokolwiek polityka w tekście, od razu robi się politycznie, bez względu na to, czego ów tekst dotyczy. Odniesienie do wypowiedzi Kaczyńskiego (bo domyślam się, że jego nazwisko wzbudziło największe kontrowersje) zostawiłem w artykule ponieważ sprawa dotyczyła nie polityki tylko nauki i problemów, do których często wracamy na łamach “NF”. Jak by nie patrzeć, zmiany klimatyczne wywołane działalnością człowieka mogą sprawić, że jeszcze za naszego życia będzie nas otaczać rzeczywistość przypominająca filmy post-apo. Staramy się pisać o tym i uświadamiać czytelników, a każde kłamstwo wypowiadane przez osoby publiczne cieszące się zaufaniem i autorytetem wśród jakiejś części społeczeństwa cofa całą naszą edukacyjną robotę i zwiększa wagę problemów.

Tyle, że sednem artykułu nie były przykłady – tych obserwujemy aż zbyt wiele – tylko zjawisko, które stanowi narastający problem dotykający nas wszystkich. Jakiś czas temu Mateusz pisał – nie pamiętam, czy u nas, czy na swoim blogu – o tym, że BBC zrezygnowało z praktyki zapraszania do swoich programów osób głoszących jawne kłamstwa (np. antyszczepionkowców). Doszli do wniosku, że dając demagogom równe prawo wypowiedzi, co naukowcom pośrednio stawiali ich kłamliwe tezy na równi z faktami. Ponadto demagogia często jest atrakcyjniejszym przekazem do rzetelnych informacji, bo gra na emocjach, którym łatwo ulegamy. Rozumiem, że można dyskutować o doborze przykładów, co nie zmienia faktu, że przytoczone przykłady są prawdziwe.

 

Tutaj zresztą przypadkiem zahaczyliśmy o zjawisko, które również jest bardzo rozpowszechnione i również bardzo szkodliwe. Na prywatny użytek nazywam owo zjawisko (przepraszam za niecenzuralny wyraz, ale najdobitniej trafia w sedno) “licytacją w chujowości”. Polega ono na tym, że kiedy strona, z którą sympatyzuje człowiek, robi jakieś ewidentne draństwa, zamiast je potępić, usprawiedliwia się je słowami “a tamci wcześniej zrobili to…”, “a kiedy tamci zrobili owo, nie protestowałeś”, etc. Ten argument jest u mnie zawsze spalony, bo jeśli jedna strona sporu ma się okazać lepsza od drugiej, chce udowodnić swoją wyższość moralną czy uczciwość, nie powinna robić draństw i uzasadniać ich tym, że druga strona robiła to samo. Idąc tokiem rozumowania licytujących się stron wpada się w błędne koło – tymczasem nie jest ważne, kto zaczął taką licytację, tylko kto jest dostatecznie moralny, aby ją przerwać.

“Tak się jakoś dziwnie składa, że przytoczone przykłady pasują do strony, która jest przeciwna Brexitowi, Trumpowi i Kaczyńskiemu.”

 

Zapomniałeś o Putinie, który również został wymieniony.

I zgadza się – to są najgorętsze przykłady. Każde z tych kłamstw – bardzo łatwych do udowodnienia – miało i ma kolosalny wpływ na kształt świata, jego bezpieczeństwo, zdrowie i życie milionów ludzi. Post-prawda jest zjawiskiem socjologicznym, które współcześnie odgrywa niewyobrażalnie dużą rolę. I nie tylko media padają ofiarami dezinformacji – wystarczy wspomnieć najświeższą sytuację, kiedy CIA dała się nabrać na dowcipy trolli z 4Chana odnośnie zwyczajów seksualnych Trumpa. Media społecznościowe już zaczynają myśleć o metodach uniemożliwiania udostępniania fałszywych informacji, ale to jest niezwykle trudna, śliska i ryzykowna kwestia; balansowanie na krawędzi cenzury. To są gorące zjawiska socjologiczne, które byłyby wodą na młyn twórców formatu Zajdla czy Orwella, gdyby żyli w naszych czasach. A sam Mateusz powołuje się w tekście na Sagana i Asimova.

Absolutnie nie zgadzam się z zarzutami wobec felietonu Mateusza. Jego tekst nie jest w ogóle upolityczniony, a tego rodzaju zarzuty kierowane pod jego adresem (na dodatek w obraźliwej formie) dowodzą tylko niezrozumienia treści.

Autor poruszył w swoim tekście zagadnienie “post-prawdy”, zjawiska polegającego na tym, że ktoś świadomie przekazuje opinii publicznej kłamstwa licząc na to, że odbiorcom bardziej będzie zależało na utwierdzeniu się w swoich przekonaniach bądź odczuciu pewnych emocji, niż na zweryfikowanej naukowo prawdzie. To zjawisko nie ma barw politycznych i dotyczy wielu aspektów życia – do najgłośniejszych zaliczają się m.in. zmiany klimatyczne, szczepionki, GMO. Mówimy o sytuacjach, gdy określone zagadnienia zostały gruntownie przebadane naukowo, ale wyniki badań nie przebijają się do opinii publicznej, bo silniej na ludzi działa prosty, populistyczny przekaz oparty na emocjach i wykorzystujący ignorancję społeczeństw. Nie powinno dochodzić do sytuacji, w których sprzeczne z prawdą ale chwytliwe hasła demagogów są traktowane w debacie publicznej na równi z popartymi faktami argumentami fachowców.

Nie zgadzam się również z opinią, że “w każdym kiosku są dziesiątki gazet z setkami podobnych treści”. Wręcz przeciwnie: w mało których mediach ktokolwiek powie czytelnikom wprost, że są regularnie okłamywani i że trzeba starannie sprawdzać źródła. Bo niestety, coraz więcej mediów posługuje się właśnie post-prawdą – bez względu na to, jaką opcję polityczną reprezentują. U nas, kiedy piszemy o nauce, dostajecie rzetelne fakty, źródła.

Są rzeczy, o które staram się dbać odkąd zacząłem prowadzić dział publicystyki w piśmie i obecnie, kiedy jestem jej naczelnym. “Nowa Fantastyka” nie będzie dogadzała ignorancji, przynajmniej nie za mojego kierownictwa. Nie uznaję postawy “jeśli fakty nie zgadzają się z moją opinią, to tym gorzej dla faktów”. Prawda, uczciwość, rzetelność dziennikarska są apolityczne, neutralne. Jeśli ktoś się oburza, że krytykujemy “post-prawdę”, a fakty nie potwierdzają jego poglądów – cóż, to nie ulegnie zmianie.

Nowa Fantastyka