Profil użytkownika


komentarze: 479, w dziale opowiadań: 381, opowiadania: 175

Ostatnie sto komentarzy

Ani przekleństwo, ani to, że było po angielsku. W sumie to nie wiem… Kojarzyło mi się chyba z jakąś głupią amerykańską komedią (z tego, co pamiętam, z Milą Kunis), która polegała właśnie na stworzeniu związku fuck friends. Właściwie tylko to przychodzi mi do głowy…

I jeszcze tak w sprawie tytułu, to drugiego znaczenia też nie wyłapałem. Dopiero po przeczytaniu komentarzy. I mam jak kam_mod – kiedy zapaliła mi się żarówka nad głową, że tytuł ma dwie nóżki, a nie jedną, jakoś bardziej mi się spodobał :)

 

Jak odkryjesz, to podziel się tajemnicą ;) 

Przyznam, że tytuł zniechęcił mnie wielce. Tekst był w kolejce, a ja udawałem, że go tam nie ma :D No ale koniec końców przeczytałem i mi się podobało. Właściwie to nawet bardzo, bo zazwyczaj – nawet jeśli po prostu mi się podoba – to sprawdzam ile mi zostało do końca. A tu jakoś tak się zaczytałem, że słowo koniec pojawiło się szybciej niż zwykle.

I chyba nie będę się rozpisywał, bo większość została już powiedziana, a ja tę opinię większości podzielam – tekst był fajny, z dobrym pomysłem, dominacja dialogów wcale nie przeszkadzała (to nawet element na plus), a bezimienną dziewczynę można było bardzo szybko polubić przez jej charakter (chociaż nie wiem, jak go nazwać; taki zadziorno-zawadiacki, czupurny :P). No i tajemnica pchała do przodu.

Spodobało mi się też wyjaśnienie, ale – niestety – nie sam sposób jego przedstawienia. Bo przedstawiłaś je w komentarzu. Z tekstu ni hu hu nie wyczaiłbym, o co biega. No i to był chyba jedyny minus opowiadania… Ta niejasność, znak zapytania jak wół w głowie czytelnika. Tak sobie teraz przypomniałem, że przecież napisałaś pod moim szorcikiem, że lubisz niedopowiedzenia. Słownaś :PP

To fajnie, że tak to postrzegasz. Ja nie lubię pisać wierszy, bo sylaby trzeba liczyć :PP

Ja tam na wierszach się nie znam. Nie czytam (no, w szkole czytałem, bo musiałem), a w życiu napisałem tylko jeden i to pod wpływem impulsu i lenistwa ;D Także tylko melduję, że przeczytane. I że spodobała mi się lovecraftowska fabuła – schematyczna, ale dobra :)

O widzisz, Pietrku, jakie to życie podstępne. Przeczytałem dawno temu, a komentarza nie zostawiłem. Shame on me.

Na początek to, co było złe. Czyli UFO. Według mnie ostatnia część zabiła ten tekst. Klimatu nie zbudowałeś jakiegoś porządnego, ale był. Poważny, budowany na tajemnicy tego, co siedziało w głowie Patyczakównej. A potem rozwaliłeś ten klimat Xeorgiem i jego niewidzialnym statkiem.

Jak ktoś wspomniał wyżej – postać matki nieco niewiarygodna. Znaczy jej zachowanie.

Poraziła mnie ilość jedzenia, jakie dwóch mężczyzn zamierzało skonsumować. Pasztet i nutella? Szaleństwo! :P Ser i dżem? Szynka i słodkie bułki? Ja nie wiem, od tego to chyba zezgonować można :D

No i nielogiczne wydawało mi się postępowanie ojca. Serio, musiał być niezłym hu.em, że zabił własne dziecko.

A teraz dobre rzeczy. Czytało się dosyć przyjemnie, tajemnica “pchała” do przodu (a raczej w dół, bo to scrollować trzeba :P), a postać głodnego Dżentelmena jakoś tak mi przypadła do gustu.

Podobało mi się też to, że sprawa – tak po prostu – nie została dokończona. 

To jedna z nielicznych nierozwiązanych spraw w karierze Abrahama Kudomskiego. A także jedna z najstraszniejszych. Tej grozy Dżentelmen nie zapomniał do końca swoich dni. – To powinno być zakończeniem. Jest idealne.

Czyli ogólnie to było dobre opowiadanie z nietrafionym zakończeniem.

Chociaż nic nowego nie było, czytało się całkiem przyjemnie.

Puenta jednocześnie zaskoczyła i rozczarowała. Rozczarowała, bo było dla mnie oczywiste, że będzie chodzić jedynie o ujawnienie tożsamości “ratownika”. Zaskoczyła, ponieważ, no cholera, nie spodziewałem się syrena ;) Duży plus za to.

Ogólnie nawet fajne :)

Z tego, co pamiętam, to twist był taki, że [SPOILER !!!] kopułę nad miasteczkiem postawili dzieci-kosmici. Mnie się to nawet spodobało. Nic wielkiego, ale nie postawiłbym tego na półce z top 10 najgorszymi  zakończeniami książek Kinga.

Nawet chyba ładnie porównał zachowanie kosmitów do zachowania ludzkich dzieci, które wpychają kij do mrowiska. Zgrabnie to ujął.

Kinga uwielbiam. Jeden z moich ulubionych pisarzy, poza tym od niego zaczynałem przygodę z czytaniem. Chyba akurat skończyłem gimnazjum i wziąłem się za “Pod kopułą”. Właściwie to King razem z Sapkowskim wciągnęli mnie w ten świat. Potem “Carrie”, “Dallas ‘63” i poszło z kopyta…

Przeczytałem jakieś ¾ twórczości tego pisarza i żal mi się brać za pozostałą ćwiartkę, ponieważ wiem, że niesamowicie szybko się skończy.

Mam podobnie jak joseheim. Wiem, że te jego książki szału nie robią, ale koleś ma taki styl, że oczu od literek nie można oderwać. To taki typ starego opowiadacza, który pisze to, co akurat mu w głowie siedzi i ślina na język przyniesie. Kicz, nie-kicz, pisze w swoim stylu i dobrze mu to wychodzi. Pierwszoosobowe narracje – mega.

Ogólnie do moich ulubionych należą: “Podpalaczka”, “Desperacja”, “Stukostrachy” (chyba najbardziej kiczowate, co wyszło spod jego pióra, ale i tak mi się podobało), “Ręka mistrza”, “Misery”, “Chudszy”. I jeszcze super bajka – “Oczy smoka”.

W “Historii Lisey” (też mega kiczowate) było bardzo fajne słowotwórstwo.

Co jeszcze? Nie rozróżniam Kinga na młodego i starego. Czytam jak popadnie.

Nie lubię jego opowiadań. Krótkie formy to nie jego działka. Oczywiście jest kilka wyjątków, a pośród nich mój ulubiony “N.” (ukazało się w zbiorze “Po zachodzie słońca”). Kto lubi historie o wariactwach, manii natręctw, tikach itp. niech się bierze do czytania ;)

Od Kinga nie mogłem znieść tylko jednej książki – “Czarny dom” (pisane razem z Peterem Straubem). Nie potrafiłem przebrnąć dalej niż 50 stron. Flaki z olejem.

No i fajnie jest jeszcze to, że jego książki można kupić w kieszonkowych wydaniach za <10zł. Zwykle z Albatrosa.

 

I jeszcze te zakończenia… No tak, czasami dziwię się, i to bardzo, że taki geniusz potrafi tak spartolić książkę ostatnimi stronami. Oczywiście nie mówię o wszystkim jego dziełach, przecież są też takie, które zakończył dobrze, np. “Chudszy”, “Skazani na Shawshank”, “Cujo”, “Podpalaczka”, “Dolores Claiborne” i jeszcze parę innych pewnie by się znalazło.

Bardzo fajny pomysł. Na czasie. Elon Musk cię sponsorował? ;)

Trochę mniej do gustu przypadła mi forma. Wywód astronauty szybko zaczął męczyć, chociaż parę razy się uśmiechnąłem.

Było OK :)

Rymowanie dla samego rymowania. Ale skoro – jak mówi ostatni wers – mi się bardzo miło rymowało, to czemu nie?

Serio? Myślałem, że jest znany właśnie z tej książki, bo narobiła sporo szumu. Z tego, co pamiętam, w Irlandii i jeszcze w jakimś innym kraju została zakazana z powodu kontrowersyjnych treści. BTW, polecam. Świetnie się czyta.

Nie wiem, kolejna podpowiedź, inna zagadka?

Nope. Coś nie idzie… Kolejny fragment, tym razem to początek książki:

 

JA, AGABUS Dekapolitańczyk, rozpocząłem to dzieło w Aleksandrii dziewiątego roku panowania cesarza Domicjana i ukończyłem je w Rzymie w trzynastym roku jego panowania. Jest to historia prawowitego dziedzica Heroda, króla Żydów, cudotwórcy Jezusa, w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza skazanego na śmierć przez prokuratora Judei, Poncjusza Piłata.

 

Nie.

 

Kolejny fragment:

 

PRZEZ całe życie Herod uważnie studiował gwiazdy i zgodnie z ich układem kierował swą polityką. Narodziny Heroda zwiastowała koniunkcja planet Jowisza i Saturna, a powrót tego rzadkiego wydarzenia w pięćdziesiątym ósmym roku życia króla upewnił go, że lata cierpliwych przygotowań dobiegły końca: teraz miał się rozpocząć czas śmiałych działań. Przez trzy kolejne lata wprowadzał w czyn swoje przygotowawcze plany, zakończone teofanią Zachariasza i skazaniem na śmierć Antypatra.

Też nie. Jak nikt nie zgadnie, jutro rano dam podpowiedź.

Niet. Z tego, co pamiętam, były jakieś elementy fantastyczne, ale niewiele.

Gdy Jezus wszedł do nowej klasy, z szacunkiem pozdrowił nauczyciela i odpowiedział na

błogosławieństwo, a potem krzyżując nogi usiadł na dywanie wraz z innymi chłopcami, ale

nauczyciel ostrym głosem nakazał mu wstać.

Jezus wstał.

– Przyszedłeś uczyć się ode mnie? – spytał nauczyciel.

– Tak, rabbi.

– Słyszałem od twego byłego nauczyciela, uczonego rabina Hoszy, że znasz już alfabet.

– To prawda, rabbi.

– A więc naprawdę jesteś już niezwykle wykształconym dzieckiem! Może objaśniasz już

literaturę świętą?

– Z łaski Boga zacząłem, rabbi.

– Jak to zacząłeś?

– Zacząłem od litery Alef.

Zabawny szorcik, uśmiechnąłem się :) Przez tytuł łatwo można się domyślić, kim był strzelec, i na początku myślałem, że spaloną puentą będzie właśnie odkrycie tożsamości pana A. A tu proszę, takiego zakończenia się nie spodziewałem. Nie daj Bóg trafić na takiego strzelca ;)

 

Jakub, siekiera, carska Rosja… Pilipiuk jak nic :D Ale który zbiór…

Tym razem zacznę na odwrót. Znaczy się, najpierw rysunek. Jest świetny, według mnie jeden z lepszych. Chociaż tak gapię się na tego strasznego sępa i nie wiem, jaki on ma związek z opowiadaniem. Szmaciana laleczka to płód, a sęp odzwierciedla złych ludzi, którzy nie mają oporów, żeby się go pozbyć?

Opowiadanie jak zwykle wzruszające, dobrze napisane, czytało się naprawdę szybko. Może było trochę mniej klimatu niż w innych twoich opowiadaniach, ale to pewnie przez dominację dialogów nad opisami. Niektóre zdania aż warto gdzieś zanotować, tak ładnie, poetycko napisane. Szczególnie początek.

Pomysł świetny, pozazdrościć wyobraźni ;) Nie jestem pewien, czy do końca zrozumiałem… Chociaż chyba tak to wszystko ustawiłaś, żeby nie było jednej interpretacji tylko wiele. Szczególnie końcówka podsuwa aż dwie dosyć niepokojące możliwości. Żaneta nigdy nie istniała, bo jej matka dokonała aborcji, albo to wszystko wina tajemniczej lekarki, która wzięła sprawy w swoje ręce. Tak czy siak było dobrze. Podoba mi się każda wersja, chyba ze względu na ten niemożliwy do uniknięcia tragizm (cholera, było na to odpowiednie słowo, chyba ze starożytnego dramatu, ale nie uważałem na polskim, “bo był nudny” :P).

I oprócz tych “zaproponowanych” interpretacji można by postawić jeszcze jedną. Żaneta po łyknięciu tabletki czuje tak ogromne wyrzuty sumienia, że po prostu “psychicznie znika”, a jej brak obecności/niewidoczność w rzeczywistości jest kwestią odizolowania się od świata. Dziewczyna nie chce widzieć Bartka, dlatego on nie może jej znaleźć. Nie odbiera telefonów od przyjaciół (właściwie to tylko od jednej przyjaciółki), bo nie mogłaby z nimi rozmawiać jako normalna osoba; ciągle musiała się czuć jak morderczyni. Kiedy Bartek przyjeżdża do domu Żanety, jej matka mówi, że nie ma córki, bo się wstydzi wnuczkozabójczyni; nienawidzi córki za to, że pozbyła się dziecka. Ale to tylko takie tam moje teorie. Chyba za bardzo lubię szukać rozwiązań :P, chociaż prawie podałaś je na talerzu w ostatnim akapicie.

Czyli tak ogólnie bardzo mi się podobało. Lecę powiedzieć tym z biblioteki, że dobre i żeby dali ci punkcika :)

 

Też mieszkam na Słonecznym :D Znaczy jako student wynajmuję.

 

O, i takie dwa znalazłem:

Ona, pewnie, i tak nie byłby w ciąży, więc to nie to samo. – była

Tym razem trzy razy podrząd. – Pod rząd chyba oddzielnie.

 

Jakie szczęście, że nie znam żadnego takiego Dariusza :D

Miałeś całkiem fajny pomysł na opowiadanko. Dobrze napisane, postać Dariusza śmieszy. Tak samo scenka z kosmitami. Podobało się. 

No nie podeszło. Ćwierć tekstu to przekleństwa. Właściwie to przeczytałem tylko opis znęcania się jakiegoś patolusa nad kobietą-robotem. Interpunkcja kuleje. Sporo literówek, a okropny ortograf poraził oczy. 

Puenta nieco zaskoczyła.

Tak po pierwszym rzucie oka: popraw dialogi, zapisz je tak, aby każdy był od nowego akapitu. I porozbijaj też te ogromne bloki na mniejsze akapity. Lepiej będzie się czytać ;)

Chyba mam jak inni. Pierwsza połowa naprawdę wciąga, dobre dialogi, tajemnicza postać Kuby i pytanie, jakie pojawia się w głowie czytelnika – co to za eksperyment? – i które podtrzymuje napięcie. Gdyby tylko utrzymać cały tekst na takim poziomie, byłoby naprawdę dobrze. Niestety druga połowa prezentuje nieco inny poziom – jak zauważył Skull, kiczowatego horroru. 

Co jeszcze? Klimat poczułem, czytało się dosyć szybko. Napisałeś dobre opowiadanie, El Lobo ;)

 

Edit: Jeszcze pytanie. A tytuł skąd się wziął?

Jak zwykle klimatyczne. Dobra narracja, niektóre zdania tak ładnie napisane, że trzeba było je po dwa razy czytać :) Postacie ciekawe, a opis ich emocji porządny.

Jedna rzecz tylko mnie zatrzymała: fabuła. Tym razem naprawdę nie połapałem się, o co chodziło. Wiem, że historie, które piszesz, są trochę pokręcone ;) i nigdy mi to nie przeszkadzało, bo zawsze wymyśliłem jakąś teorię albo odkryłem drugie dno (albo ty powiedziałaś, o co chodzi ;) i było cacy. Ale tutaj naprawdę nie wiem, czy to były oddzielne historie, czy jakoś połączone wątki. Trochę pogubiłem się też w chronologii.

No, ale to nie przeszkadzało mi cieszyć się lekturą, szczególnie że była dobrze napisana i że my, czytelnicy, jak zwykle otrzymaliśmy super ilustrację. Jak zwykle się nie zawiodłem i jestem zadowolony z lektury :)

Też oglądałem Mother! Jak dla mnie genialny. Może dlatego że od samego początku wiedziałem, jaki to rodzaj filmu będzie – taki Arfonskowaty – i nastawiłem się na myślenie i drugie dno. Rzeczywiście, trzeba było trochę pogłówkować, ale zrozumienie analogii (bo ta historia była analogią) przyniosła niemałą satysfakcję. Poza tym klimat i tajemnica – o co chodzi? – skutecznie trzymały w napięciu. Dla mnie Mother! to mocna 9.

A ze sceną z dzieckiem masz rację. Mocna.

Jeśli jesteś usatysfakcjonowany, Darconie, to i ja jestem usatysfakcjonowany :D Dzięki, że wpadłeś i miło słyszeć, że ci się podobało.

Tak, Cyganów nie wolno denerwować ;) Dzięki za komentarz, NoWhereMan. Fajnie, że wciągnęło.

 

thargone, no rzeczywiście, jest podobieństwo :) Ma teksty chłop :D

Przedstawiłeś fajną scenkę o takim intensywnym i tłustym klimacie. Rozważania bohatera na plus, a rozmowa z dziewczynką w świecie idylli uranowej wprowadza trochę rozczulającej niewinności, mieszając się z brudnym obrazkiem, jaki przedstawiłeś, i to daje fajny kontrast.

Regulatorzy, thargone, SzyszykowyDziadku, bardzo dziękuję za odwiedziny. Aż miło czytać takie komentarze :) Cieszę się, że jesteście zadowoleni z lektury. Jak widać gusta są różne, bo thargone uważa szorcika za najlepsze, co wysmarowałem, a Dziadek nadal pamięta historię o zwierzątkach :)

 

PS. thargone, nie wiedziałem, że Clarkson dusi dzieci :P A tak serio to nie oglądałem nawet jednego odcinka TopGeara. Nowego The Grand Tour też nie.

Po pierwszym przeczytaniu poznałem tylko jedną datę:

wrzesień – grudzień 1963: Dallas, kurs strzelecki z ćwiczeniami praktycznymi (zakończony egzaminem)

Banan na twarzy :D

 

No i poznałem nowe słówko :) Temporalny.

Także ta jedna data i słówko w nagłówku, które musiałem wyguglować, pozwoliły mi dość do wniosku, że to CV składała osoba do pracy, w której będzie się przenosić w czasie (żeby zmienić bieg historii?). Przynajmniej nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Hmm, bez zakończenia zostałaby wielka tajemnica, a czytelnicy drapaliby się po głowach, o co chodzi – przynajmniej tak mi się wydaje. Może was nie doceniam ;)

Tak czy siak, dzięki za odwiedziny i cieszę się, że uważasz tekst za ciekawy i że czytało ci się dobrze :)

Masz trochę powtórzeń:

Dostanę je po wyjściu. Najpierw muszę dostać się jednak na oddział dla mięczaków, dopiero stamtąd można wyjść. Co zrobić. Dostaję tu regularnie leki. 

 

Skorwel idąc do haźla oznajmił, że idzie się obwiesić.

 

 

Niezła kontynuacja Psimyszura. Wulgarny osiłek-wariat w roli narratora wypadł całkiem dobrze.

Jednak mam wrażenie, że czegoś tu brakowało. Może gęściejszego klimatu albo udziału demona? W 8k znakach można było zawrzeć coś więcej niż nieco poplątaną relację osiłka o tym, jak współczubkowie obawiali się demona.

 

Parę razy się uśmiechnąłem. Na przykład to:

Raz pielęgniarka powiedziała „proszę wziąć leki” – to jej przypierdoliłem.

Perełka :D

Fajne też było to, jak bohater zyskiwał szacunek ludzi wokół :)

Dziwny to był szorcik :) Spodobało mi się, że demon, którego – swoją drogą – fajnie nazwałeś, zaczął swoją wędrówkę od psychiatryka.

Ciekawe, kiedy zorientują się, że kobiecina nie jest wariatką… ;)

Tak po­win­na się za­czy­nać każda po­wieść.

Oj, ale to by było dziwne, szczególnie autobiografie :P

 

Fajnie, że ci się spodobało :)

Przestraszyłaś tym pierwszym słowem, Tarnino :P Fajnie, że wykonanie okazało się porządne. A przy Zewie Cthulhu (cholera, zawsze muszę sprawdzić pisownię) ani nie robiłem brr, ani się nie chichrałem :)

 

Za część czepialstwa dziękuję i przyjmuję na klatę, z częścią też trochę podyskutuję ;)

 

To najpierw odniosę się do tej

Ten sen przyśnił się taoistycznemu mędrcowi (nie pamiętam, któremu), owszem – ale to go nie czyni taoistycznym, tak jak sen mojego ojca chrzestnego nie jest sam w sobie chrześcijański.

i tej uwagi

W jaki sposób ten horror jest "taoistyczny"? Taoizm, na ile pamiętam, głosi coś podobnego do systemu Spinozy – wszystkie byty są tylko przejawami Tao, które jest nienazwane i nieokreślone – i nie wynika stąd nic strasznego, poza tym, że kiedy przeminiemy, roztopimy się w nurcie świata (co też nie każdego przeraża).

Taoistyczny w tych przypadkach nie określa taoizmu, tylko jest zwykłą nazwą, którą narrator postanowił się posługiwać. Właściwie to nawet nie ja sobie to wymyśliłem, tylko wziąłem z jakiejś stronki (http://logic.amu.edu.pl/images/4/4e/Schreiberhau2009.pdf ). Tam znajduje się teoria w oryginale i dwa tytuły: sen motyla i taoistyczny sen. Po prostu wykorzystałem ten drugi :)

 

 mam inny strach, duży, przytłaczający – ta cholerna, irrealna teoria snu, w którym nie wiadomo, kim się jest.

"Mam inny strach" to kalka z hiszpańskiego (mój hiszpański jest na poziomie, na jakim zwykle pływają karpie, ale tyle wiem) – po polsku brzmi nienaturalnie. "Irrealny" to nierzeczywisty, ale teoria nie jest bytem, tylko opisem bytu (tu powstrzymuję się od mądrzenia, na które nie mam teraz ochoty i powiem tylko, że opis, jeśli jest bytem, to raczej czysto intencjonalnym – znaczy się, nie można go wyrzucić za okno).

Hmm, mnie się podoba takie proste “Mieć strach”. Rzeczywiście, trochę dziwne to brzmi, ale też w dziwny sposób mi się podoba :) A jeśli chodzi o irrealny to po prostu kolejności mi się pomyliła. Miało być: teoria irrealnego snu.

 

kobaltowe wahadełko

Metaliczny kobalt wygląda… jak metal. Nie da się na oko odróżnić od innych metali, i nie robi się z niego drobiazgów. Wahadełka bywają raczej mosiężne. Jeśli chcesz wahadełko ze szkła kobaltowego, napisz tak. Jeśli chcesz, żeby błyszczało – napisz, że jest wypolerowane, że rzuca błyski w oczy – widzisz, o co chodzi.

Chodziło o kolor :P Chyba po prostu zmienię na coś… innego, żeby nie było nieporozumień.

 

 Dzięki za łapankę i wiarę w moją bazgraninę :)

Katio, dziękuję za komentarz i bibliotekę. Bardzo fajnie, że że jesteś zadowolona z lektury i że doceniłaś nawet tytuł ;)

 

Pietrku, cieszę się, że zostawiłeś komentarz i że spodobało ci się na tyle, aby oddać głos do biblioteki :) 

 

Edit:

AQQ, przegapiłem twój :P Fajnie, że wciągnęło i że ci się spodobało :)

Trochę już go spaliłam. :-( Nie zaglądaj do poprzedniego komentarza.

Gałki automatycznie poleciały mi do góry :P

 

Dowcip zacny :D

A koniecznie musisz nazywać go ze względu na funkcję? Może po prostu chłopak albo po imieniu. No chyba że sytuacja u ciebie tego wymaga… Służący? Asystent, prawa ręka, podwładny?

Dzięki za opinię, Borowiku. Cieszę się, że ci się spodobało :)

 

I jak, kupiłeś te długopisy? :P

Dzięki za opinię i bibliotekę :) Cieszę się, że ci się spodobało, szczególnie ten fajny styl :)

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Jeśli tak, to dosyć smutny ten drabble. A zrozumiałem tak, że wróżka, obietnica skrzydeł i – przede wszystkim – wiara w magię są dziwną postacią nadziei na coś nowego, lepszego, coś, czego narratorka nie zaznała w tym świecie – szczęścia. Wszystko to oczywiście po skoku z okna i zabiciu się. Oczywiście skoro wróżka i magia były jedynie wyobrażeniem, to bohaterka nie zyska nic, jedynie ucieknie od rzeczywistości, która tak ją przytłoczyła.

Ogólnie to mi się podobało, fajne ;) (no chyba że drabble był o czymś innym, a ja zrozumiałem nie tak, jak trzeba :P)

 

Śmierć, w tej swojej dziwacznej wyrozumiałości, jest dosyć okrutna. Powolna, kręci się wokół celu, zajmuje wszystkie myśli. I mała Mirka, chociaż nieźle się trzyma, pewnie już nie tak długo będzie kazała śmierci czekać.

Tekst niby smutny, jednak jest w nim coś, co przynosi nadzieję. Jak ktoś wyżej napisał, to chyba upór Mirki.

Ogólnie nieźle ci to wszyło, Cerlegu :)

  1. Zostali poddani elektrowstrząsom?

Też jestem za podpowiedzią, pomysły nam się wyczerpały ;)

  1. Pracownicy szpitala wzięli ich za pacjentów, którymi w rzeczywistości nie byli?

Jak znane i Francja to powiedziałbym, że Nędznicy. Ale coś niezbyt to pasuje…

Ktoś chyba Black Mirror się naoglądał :P Tylko szorcik wyszedł w wersji soft :P

 

Fajnie ci to wyszło :)

  1. Znajdują się w psychiatryku, ale czy rzeczywiście są wariatami?

  1. Są unieruchomieni, ponieważ wcześniej chcieli się zabić?

To ja zacznę od pytania. Czy to opowiadanie miało coś wspólnego ze Zmienną formą kolczastą? Samo się nasuwa, i to nie tylko ze względu na tematykę, ale też postać Boga-robaka, który może skojarzyć się z Blaskotutu – ogromnym robakiem o psiej głowie. I z tego, co pamiętam, to Blaskotutu też puszczał bańki z nosa ;)

 

Opowiadanie przyjemne, parę razy się uśmiechnąłem, szczególnie w momencie, kiedy narrator wyjawił, że został zreinkarnowany w pietruszkę :D 

Dobrze napisane, pomysł też robi swoje.

I jak zwykle świetny rysunek :)

 

  1. Paraliż na skutek dostania się do organizmu jadu jakiegoś zwierzęcia/rośliny?

  1. W zdarzeniu brali udział źli ludzie, chcący pozbyć się mężczyzny i jego rodziny bądź tylko mężczyzny?

Ogólnie to pewnie tak, będę zmieniał zwyczaje, ale materializm mam we krwi, więc tego raczej nie porzucę, szczególnie że otoczenie nie sprzyja ;)

Nowa Fantastyka