- Opowiadanie: Unfall - Ostatni koncert

Ostatni koncert

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Ostatni koncert

– No Tom, do roboty! To ma być coś ekstra! Zresztą dziesięć procent wpływów jak zawsze ląduje na twoim koncie, więc postaraj się we własnym interesie.

– Ma się rozumieć, Jack – przytaknął krępawy, łysiejący mężczyzna, opuszczając hotelowy apartament.

Jack był klawiszowcem, liderem formacji Blaster Masters, a jego rozmówca, zamykający właśnie za sobą drzwi, był menedżerem zespołu.

– Czyli postanowione? – głos Lensa zabrzmiał ponuro. Był on najbardziej z całej piątki przybity sytuacją.

– Poszły konie po betonie – wrzasnął Gold, łapiąc Lenę za tyłek i przyciągając do siebie. – Chodź do tatuśka, bejbe.

– Zachowujcie się. Nie jesteście sami – burknął Lens.

– Zazdrośnik – rzucił lekceważąco gitarzysta, wyszczerzając w uśmiechu dwie złote plomby, będące alibi dla jego ksywki. Wiedział, że Lena bardzo się basiście podobała, ale to do niego uśmiechnęło się szczęście. Stojąca w objęciach para zdawała się być bardzo zadowolona z obrotu sprawy. To tę dwójkę reszta zespołu obarczała winą za jego rozpad.

Master Blasters grali rocka i choć ten gatunek muzyki według wielu ekspertów już dawno odszedł do lamusa, a na palcach jednej ręki można było policzyć wykonawców celujących w takie klimaty, im powodziło się świetnie. Byli najlepsi i wcale nie dlatego, że nie mieli konkurencji. Nie szalały za nimi stada nastolatków, a komercyjne stacje nie emitowały w kółko ich przebojów. Ich muzyka nabrała elitarnego charakteru i skupiała dość sporą i wierną rzeszę fanów, dojrzałych i na szczęście dla artystów także zamożnych.

Przez długie lata bylo ich czterech – Gold, Lens, Dirk i Jack– gitarzysta, basista, perkusista oraz klawiszowiec i wokalista w jednym. Jack nie stronił od papierosów i alkoholu, a jego głos stawał się coraz bardziej wyeksploatowany. Kilka lat temu przypałętało się jakieś paskudne zapalenie krtani i stało się jasne, że zespół potrzebuje nowego śpiewaka. Wtedy pojawiła się Lena, młoda, piękna i utalentowana dziewczyna.

Lena świetnie czuła się na scenie, a w parze z żywiołowym Goldem potrafili na koncertach rozpalić nawet najbardziej oziębłą publiczność. Z czasem żar pojawił się także między nimi. Coraz więcej czasu spędzali ze sobą, a oprócz tego, co zazwyczaj robią zakochani, zaczęli tworzyć własne kompozycje. Pewnego pięknego dnia przedstawili je na próbie zespołu. Jack, który do tej pory był autorem całego repertuaru Blaster Masters, określił twórczość zakochanej pary mianem amatorszczyzny. Stwierdził, że piosenki zdecydowanie odbiegają od klimatu, z którego znana była ich kapela, a i jakość utworów pozostawia wiele do życzenia. Poparli go dwaj pozostali koledzy z zespołu. Urażona duma ambitnej dziewczyny była odtąd źródłem nieustannych spięć, a zadurzony w rudowosej gitarzysta dzielnie ją wspierał w każdej sytuacji, coraz bardziej oddalając się od kolegów.

Teraz cała piątka siedziała w jednym z apartamentów zabytkowego hotelu Hilton przy Trafalgar Square i… milczała. W zasadzie wszystko zostało już powiedziane, czasem nawet zbyt wiele. Jedni pogrążyli się w snuciu planów na przyszłość, inni rozpamiętywali tak zwane dawne dobre czasy. Ich menedżer natomiast, już poza hotelem, rozpoczynał przygotowania do największego koncertu w historii grupy Blaster Masters. Ostatniego koncertu.

 

*

 

W hotelowym barze panował przyjemny półmrok. Dwie postacie pochylały się nad szklaneczkami whisky, siedząc na wysokich barowych stołkach.

– Damy radę bez nich, Jack.

– Nie Lens. Blaster Masters to już przeszłość.

– Ale Jack! Nie pozwól żeby ta … ta pinda rozwaliła nam zespół. Przez ćwierć wieku obywaliśmy się bez niej, to obędziemy i teraz.

– Bez niej tak, ale nie bez Golda. Zresztą … – Jack uniósł wzrok znad szklanki i popatrzył w oczy basiście – mnie się już zwyczajnie nie chce.

– Co?

– Ja mam pięćdziesiąt lat. Jestem już na to wszystko za stary. Zmęczony jestem, rozumiesz? Nie chce mi się.

– Ale pieprzysz! Ja też mam prawie pięćdziesiąt lat! I co? Mam teraz iść rowy kopać, albo ulice zamiatać?

– Teraz to ty pieprzysz, Lens. Od prawie trzydziestu lat powodzi nam się dobrze i żadne z nas nie zostaje bez środków do życia.

– Zrozum. Blaster Masters to całe moje życie. Nie mam rodziny. Mam tylko was. – Potężnie zbudowany mężczyzna ze łzami w oczach to był niecodzienny widok. Basista już od dłuższego czasu zdawał się być w depresji. Dzisiejsza decyzja o definitywnym rozwiązaniu grupy, choć oczekiwana, pogłębiła ten stan. – Co masz zamiar robić po koncercie? Potrafisz żyć bez muzyki?

– Komponowałem i będę to robił nadal. Przecież wiesz. Już wcześniej wszystko co nie pasowało do naszego stylu sprzedawałem innym.

– Super! A co ze mną? Co z Dirkiem?

– Dirk raczej po nas płakał nie będzie. Od kiedy rozeszła się plotka o naszym rozpadzie, dostał już kilka propozycji od innych zespołów. Zresztą nic dziwnego. Nie znam lepszego perkusisty.

– To takie buty! Świetnie! Paniusia ze swoim przydupasem rozpoczyna nową karierę, ty rżniesz kompozytora, a nasz świetny perkusista jest rozchwytywany! Tylko pieprzonego basistę wszyscy mają w dupie!

– Lens, za dużo wypiłeś.

– Przyjaciele, k…wa! – Muzyk zerwał się na nogi i chwiejnym, ale energicznym krokiem ruszył w stronę wyjścia. – Zostawiacie mnie na lodzie! Jeszcze będziecie żałować!

– Lens, uspokój się! – W odpowiedzi szklanka trzymana jeszcze chwilę temu przez gitarzystę, z hukiem roztrzaskała się o bar metr od lidera Blaster Masters. – Lens, do cholery! Lens!

 

*

 

– Proszę państwa, mam same dobre wieści. – Tom Bedford zdawał się promienieć ze szczęścia. Spotkali się w tym samym apartamencie co miesiąc temu i w prawie takim samym składzie. Brakowało jedynie Lensa. Co prawda zdawał się już pogodzić z zaistniałą sytuacją, ale unikał jak mógł spotkań z dawnymi kompanami.

– No to dawaj, grubasku. – Gold wiedział, że to określenie bardzo denerwuje ich agenta, ale nie mógł się powstrzymać. Wyglądało jednak na to, że dziś nic nie jest w stanie naruszyć dobrego samopoczucia pulchnego menedżera.

– Udało mi się wreszcie porozumieć z konserwatorem zabytków – kontynuował Tom. – Mam zgodę! Koncert odbędzie się na starym stadionie na Wembley.

– Jestem pewien, że uzyskałbyś zgodę na koncert w rzymskim koloseum, gdyby jeszcze stało – zażartował Jack.

– Przecież stoi, tylko jest za małe na koncert. Byliśmy tam z Goldim pół roku temu.

– Lena, skarbie, to nie chodzi o ten klub – półszeptem zaczął Gold, widząc już delikatne uśmiechy malujące się na twarzach kolegów. – Tam była kiedyś taka arena, ale rozpadła się zanim przyszłaś na świat, więc nie mogłaś o tym wiedzieć – ostatnie słowa wypowiedział zdecydowanie głośniej.

– Na widowni tego stadionu w czasach jego świetności można było pomieścić dziewięćdziesiąt tysięcy widzów – kontynuował agent. – Myślę że na koncercie spokojnie pomieścimy jakieś pięćdziesiąt tysięcy. Kilka stacji holowizyjnych zgłosiło już chęć zakupu praw do transmisji, ale…

– Ale?

– … ale chyba uda mi się podpisać umowę na streaming w sieci. Można by nas wtedy oglądać nawet poza Ziemią. Ale o tym poinformujemy fanów dopiero, gdy sprzedadzą się wszystkie bilety. Jeśli już jesteśmy przy biletach, zobaczcie. – Tom wyjął z kieszeni marynarki plastikową kartę z chipem, przyozdobioną logo zespołu.

– Świetne! – Jack najwyraźniej był zadowolony z projektu biletu. – Pamiętam takie z dzieciństwa. Ojciec miał takie karty kredytowe. Ktoś jeszcze takie w ogóle robi?

– No… – Bedford zdawał się być dumny ze swego pomysłu. – Znalazłem taką jedną firmę w Rosji. Produkowali to jeszcze jako klucze do zamków magnetycznych.

 

*

 

– Gdzie on jest, do cholery? – Jack nie krył zdenerwowania, jak zresztą wszyscy za kulisami. Stadion był już praktycznie pełen, od kilku minut grał zespół supportujacy, a Lens jak dotąd się nie pojawił.

– Przyjdzie. – Gold zdawał się spokojniejszy od lidera zespołu. – Na złość nam robi, skurczybyk, ale przyjdzie. Przecież go znacie.

– A jak nie? – Dirk zwykle mało się odzywał, ale i jemu udzieliły się emocje.

– To zagramy z półplaybacku, psia mać – warknął Jack przypalając kolejnego już papierosa.

– No nieee, bez jaj – propozycja ta nie bardzo spodobała się gitarzyście. – To ostatni koncert. Przygotowałem ekstra solówki… Przyjdzie. Droczy się z nami.

 

*

 

Na stadion dochodzili już nieliczni, spóźnieni widzowie wkładając karty z chipami w szczeliny automatów ustawionych w wejściach. Bilety trafiały do dużych, plastikowych kontenerów. Kilkadziesiąt metrów za kulisami ktoś z obsługi wstawiał do furgonetki jedną z ostatnich takich skrzynek wypełnioną po brzegi.

Coraz więcej neutronów, emitowanych przez cieniutkie, plutonowe paseczki zatopione w plastiku, odbijało się od stalowej karoserii pojazdu, działającej jak ekran. Coraz częściej odbite drobinki trafiały ponownie w radioaktywne blaszki rozszczepiając kolejne jądra atomów. Brakowało jeszcze kilku biletów, aby nic już nie mogło powstrzymać reakcji łańcuchowej.

 

*

 

Lens leciał swoim sportowym wózkiem nad przedmieściami Londynu. Od dawna powinien być już na stadionie. Nie było go tam, bo chciał zemścić się na reszcie zespołu. Jednak się rozmyślił. W końcu to byli jego przyjaciele, rodzina, jedyna jaką miał. Dlatego gnał teraz na złamanie karku naruszając wszystkie możliwe przepisy. Może jeszcze zdąży.

Potężny błysk niemal wypalił mu oczy. Chwilę potem ogromna fala uderzeniowa cisnęła jego pojazdem o pobliski budynek. Gdy się ocknął, poczuł specyficzny zapach pianki chroniącej jego ciało przed urazami. Nie mógł pozbierać myśli. Co się właściwie stało? Wypadek? Niech to szlag! Nie dotrze na koncert. Będą musieli zagrać bez niego. Naprawdę nie chciał im tego zrobić.

 

*

 

Holowizor po raz kolejny pokazywał trójwymiarowy obraz nuklearnego grzyba. Spiker podniesionym głosem mówił coś o pierwszym od kilkudziesięciu lat zamachu terrorystycznym i o jedynym w historii, w którym użyto broni atomowej. Tom pociągnął łyk szkockiej ze szklanki, po czym odstawił ją na stolik. Przygładził ręką doklejone wąsy, jakby sprawdzając czy wciąż dobrze się trzymają.

– Chcieliście mnie wydymać? Mnie? – pochłonięty w nadmiarze alkohol wyraźnie deformował słowa. – Po tylu latach harówki? Po tych wszystkich upokorzeniach, które musiałem znosić? Wszyscy chcieliście robić nowe kariery, a umowy ze starym agentem nikt już nie miał zamiaru podpisać! Ostatni koncert, dziesięć procent i paszoł won? O nie! Jeśli to ostatni koncert, to ja biorę wszystko! Jak wam teraz, grubaski? – na jego twarzy pojawiło się coś, co w zamierzeniu miało być uśmiechem, a na widok czego rozpłakałoby się każde dziecko.

– Za godzinę rozpoczniemy podchodzenie do lądowania na Marsie – monolog przerwał mu komunikat załogi promu – Prosimy sprawdzić państwa kajuty. Za rzeczy w nich pozostawione nasze linie nie biorą odpowiedzialności.

Koniec

Komentarze

Pomysł prosty, ale dobrze wykonany. Czyta się miło. :)

"Chwile potem ogromna fala uderzeniowa cisnęła jego pojazdem o okoliczny budynek." - nie wiem czy "pobliski" nie byłoby lepsze niż "okoliczny" 

"pobliski" - rzeczywiście brzmi lepiej.

Dzięki :) 

No fajnie fajnie. Sam raczej nie wysadziłbym połowy Londynu z takiego prozaicznego powodu, ale nie krytykuję. Podobało mi się, że początek był lekko melodramatyczny, a końcówka wręcz zabawna :D Może mam dziwne poczucie chumoru :/

"- Pani i panowie, mam same dobre wieści" Literówka.

Fajne, podobały mi się dialogi, nie podobało mi się ocenzurowanie "k...wa!", ale rozumiem, nie wszyscy mają takie podejście jak ja. Z resztą to bez znaczenia. :P

Świadomie użyłem liczby pojedynczej, bo w pomieszczeniu była tylko jedna kobieta. Z drugiej strony forma "Panie i panowie" jest gładsza, więc nie wiem, radzicie zmienić tę nie-literówkę?

Dzięki za opinie.

Tekst do przeczytania, ale nic w nim wybitnego. Ani pomysł, ani bohaterowie praktycznie niczym nie zaskakują. Stosunkowo łatwo przdewidzieć koniec. Mimo to przeczytałem od początku do końca, a to już coś ;) W sumie masz niezły styl, ale powinieneś popracować nad przecinkologią, bo często ich brakuje, a niekiedy stoją tam, gdzie nie powinny się znaleźć.

Pozdrawiam

p.s poniżej lista uwag  (nie wszystko chciało mi się wymieniać)

„a jego rozmówca[,] zamykający właśnie za sobą drzwi[,] był menedżerem zespołu.”

 

„- Poszły konie po betonie – wrzasnął Gold[,] łapiąc Lenę za tyłek i przyciągając do siebie. – Chodź do tatuśka, bejbe.”

 

„- Zazdrośnik – rzucił lekceważąco gitarzysta[,] wyszczerzając w uśmiechu dwie złote plomby”

 

„Master Blasters grali rocka i choć ten typ muzyki” – typ? nie lepiej gatunek?

 

„gitarzysta, basista, perkusista[,-] oraz klawiszowiec”

 

„a oprócz tego[,] co zazwyczaj robią zakochani”

 

„Stwierdził[,] że piosenki zdecydowanie odbiegają od klimatu”

 

„przy Trafalgar Square i [zbędna spacja]...”

 

„Ich menedżer natomiast[,] już poza hotelem[,] rozpoczynał przygotowania”

 

„[w – z wielkiej litery] odpowiedzi szklanka”

 

„- Pani i panowie, mam same dobre wieści[.] – Tom Bedford zdawał się promienieć ze szczęścia.”

 

„półszeptem zaczął Gold[,] widząc już delikatne uśmiechy malujące się na twarzach kolegów”

 

„[z – wielka litera]nalazłem taką jedną”

 

„Chwile potem ogromna fala uderzeniowa” – chyba bardziej pasuje „potężna” niż „ogromna”.

Dzięki za przecinkologię. Skorzystałem z faktu, że jeszcze mogę edytować i poprawiłem.

Poza ostatnim - „Chwile potem ogromna fala uderzeniowa...”.

W oryginale ta fala była potężna, ale czytając tekst któryś raz z rzędu, jeszcze przed publikacją, dopatrzyłem się, że zdanie wcześniej mam "potężny błysk". Zmieniłem więc na ogromną, aby uniknąć powtórzenia. 

Dziękuję i pozdrawiam.

Zgrabny pomysl na szerszy tekst z zaskakującym zakończeniem. I zgrabnie napisane.

Całkiem porządne opowiadanie. Miała być zemsta i pomszczone zostało. Przeczytałam z przyjemnością. Mam dwie uwagi:

 

– Pani i panowie, mam same dobre wieści. – By rozwiązać problem jednej pani i wielu panów, proponuję: Pani, panowie, mam same dobre wieści.

 

Chwile potem ogromna fala uderzeniowa… – Literówka. Chwilę potem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiam, skoro jeszcze mogę edytować. :)

Zmieniłem w końcu na "Proszę państwa".

Dzięki wszystkim za poprawki i komentarze. 

No i pierwszy tekst na konkurs za nami! Spodobała mi się tematyka, nie wiedzieć czemu ale perypetie kapel rockowych wyjątkowo lubię śledzić w opowiadaniach. Motyw "wąsa" elegancko doklejony do treści rozbawił jak rzadko;) Nic mi w zasadzie nie zazgrzytało, acz na wnikliwą analizę przyjdzie dopiero czas. Ładnie sklecone opowiadanko.

Pozdrawiam 

Przeczytałam.

Fajne opowiadanie, jedyne co mi zgrzyta, to "doklejone wąsy". Od razu widzę bohatera starych filmów, który dokleja sobie wąsy i wydaje mu się, że nikt go nie pozna. A od razu widać, że wąsy sztuczne. Akcja toczy się w przyszłości, więc te "doklejone" wydają mi się dodane na siłę. Coś bardziej futurystycznego bardziej by chyba pasowało.

Z wąsów chciałem zażartować, dlatego je dokleiłem. Akcja toczy się w przyszłości, a już teraz wąsy są passe. Coraz częściej mężczyźni depilują sobie nawet klatki piersiowe, więc obawiam się, że wąsy w przyszłości odejdą do lamusa.

Dzięki i pozdrawiam.

Moda lubi wracać. Ostatnio coraz częściej widzę brodaczy, czasem nawet z samą kozią bródką, więc może i wąsy znowu będą się podobać;-)

Ale jako żart z nakazu, ok;-)

Zespół rockowy! No, za to masz plusa. Ale tak poza tym, to nawet nie mam za wiele do napisania o tekście. Językowo bez zgrzytów. Fabularnie neutralnie. Chociaż, po krótkim zastanowieniu dodam, że rozmiary zemsty dzielone przez powody zemsty równają się absurdowi.

Hmmm. To chyba jeden z Twoich wczesnych tekstów, co? Wydaje mi się, że niekiedy język brzmi chropowato i widać duży postęp. Ale pomysł – to już stary, dobry Unfall. Podobało mi się, tym bardziej, że nie znałam założeń konkursu i końcówka zaskoczyła. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo – dzięki za odwiedziny i to przy tak starym tekście. Ten był moim trzecim na portalu (dwa wcześniejsze spoczywają w kopiach roboczych).

A założenia konkursu – to, o ile dobrze pamiętam, były proste – miała być zemsta i miały pojawić się wąsy :)

A, ostatnio nie ma dużo opowiadań, to wieczorami czytam stare SF.

Po zapoznaniu się z opowiadaniem sprawdziłam założenia konkursu – jeszcze musiało coś wybuchnąć. I właśnie Twój pomysł na wybuch mnie ujął. Unfall, po prostu Unfall. :-) I taki ładny trop podrzuciłeś wcześniej. Malina. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka