- Opowiadanie: Marianna - Czynnik Zhanga

Czynnik Zhanga

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czynnik Zhanga

 

Zaczęło się od tego, że w siódmym miesiącu wyprawy na atak serca zmarł inżynier Takada, a że miał pecha zakończyć życie na Trytonie, najzimniejszym księżycu Układu Słonecznego, nie mogliśmy mu nawet wyprawić pogrzebu. Złożyliśmy tylko ciało w chłodni z odpowiednimi honorami. Wszystkich przygnębiła ta śmierć, ale w gruncie rzeczy nie było w niej nic niezwykłego, przynajmniej tak twierdził Zhang, lekarz wyprawy. Takada miał swoje lata i w Japonii wysłano go na emeryturę; Chińczykom jego wiek nie przeszkadzał. Nikt nie śmiał nawet podejrzewać, że za tym zgonem przyjdą następne.

Nie minął nawet tydzień, a Jacques Chardin, młody wulkanolog z Tianjin, paskudnie złamał nogę w sali gimnastycznej, choć zarzekał się, że regularnie zażywa obowiązkowe mineralizatory. Rozmiękanie kości czasem jeszcze przydarzało się astronautom, ale fanatykowi kultury fizycznej i jedynemu dotąd człowiekowi, który zdobył Olympus Mons na Marsie, nie powinno się coś takiego przytrafić. Po złamaniu szybko pojawiły się tragiczne w skutkach komplikacje i Chardin zmarł we śnie. Po sekcji lekarz uznał za przyczynę śmierci skrzep, blokujący tętnicę płucną wulkanologa. Znów nic niezwykłego…

Już wtedy zaczęłam podejrzewać, że z antypatycznym konowałem było coś nie tak. Nie chodziło tylko o to, że Zhang nie potrafił zintegrować się z resztą grupy. Jako jedyny Chińczyk w wyprawie organizowanej przez Chińską Akademię Nauk miał prawo czuć się lekko wyobcowany, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to nie bariery kulturowe stwarzały dystans między nami, a raczej poczucie wyższości i głęboko skrywana niechęć do ludzi z Zachodu.

Zaniedbanie, które doprowadziło do śmierci Johannesa Hartmanna ostatecznie pogrążyło Zhanga. Kaszel sejsmologa słyszeli wszyscy i marnym usprawiedliwieniem dla lekarza był fakt, że chory nie zamierzał poddać się leczeniu. Tak, Hartmann nie należał do hipochondryków. Miał przy tym irytujący zwyczaj pracy przy głośnych dźwiękach muzyki poważnej, więc żadne z nas nie mogło przyjść mu z pomocą, gdy konał w samotności. Orkiestra berlińskich filharmoników skutecznie zagłuszyłaby każdy bój o ostatni oddech.

Przeleżał w pracowni całą noc, a gdy rano Anna znalazła ciało, przerażone oczy naukowca wciąż pozostawały otwarte. Zhang, z właściwą sobie niechęcią podjął się sekcji zwłok, po której zakomunikował nam, że facet po prostu się udusił. Oczywiście nie użył tego prozaicznego stwierdzenia, a jakiegoś mądrego, medycznego terminu, który nic nam nie mówił. Tym razem nie daliśmy się zbyć tak łatwo i przyciśnięty do muru Zhang wybąkał coś o zapomnianym i zgubnym nałogu palenia, któremu Hartmann miał oddawać się w sekrecie. Oczywiście, nikt mu nie uwierzył.

Tymczasem zagadkowa niemoc sięgnęła po kolejną ofiarę. Padło na selenolog Annę Fish, wiecznie zadzierającą nosa Angielkę z własną katedrą na uniwersytecie w Pekinie. To ona znalazła ciało Hartmanna, naturalne więc było, że stoi jako następna w kolejce po śmierć. Poza tym, często widywano tych dwoje razem; posądzałam ich nawet o jakiś fatalny romans. Wszystko się zgadzało, nawet ta przeklęta muzyka jako tło do romantycznych schadzek i to, jak bardzo załamała Annę śmierć Johannesa.

Lekarz rozpoznał w jej przypadku tylko zatrucie pokarmowe. Zanim jednak zaczęliśmy podejrzliwie przyglądać się pełnowartościowym, choć prawie niejadalnym posiłkom i paranoicznie obwąchiwać wszystkie papki, pasty i przypominające trociny makarony, Zhang wykluczył, aby było z nimi coś nie tak, uparcie twierdząc, że nie wykrył żadnych toksyn. Annie ta wiadomość nie przyniosła ulgi; wkrótce pożałowaliśmy, że nie brzmi już głośna muzyka Hartmanna, bo w ciszy, która ciążyła nad stacją, bez przeszkód niosły się krzyki cierpiącej kobiety.

 

Organizm Fish nie zareagował na żadną ze stosowanych przez Zhanga terapii. Kolejna śmierć wstrząsnęła wszystkimi, a najbardziej operatorem łazików, Wildenem. Krótko po symbolicznej ceremonii pożegnania Anny znalazłam go w mesie; popijał coś z hermetycznego kubka. Usiadłam obok, rzucając jakąś zdawkową, obojętną uwagę. W odpowiedzi mruknął pod nosem coś niezrozumiałego i odwrócił głowę, zanim zdążyłam spojrzeć mu w oczy. Nie spytałam o nic więcej. Zauważyłam, że nie byliśmy w mesie sami. Zhang, skryty dyskretnie gdzieś w kącie, przyglądał się nam uważnie. Zniesmaczona jawną inwigilacją, jak rękawicę rzuciłam pytanie:

– Jak postępy w badaniach, Zhang?

Z rozmysłem nie nazwałam go doktorem, choć wiedziałam, jak bardzo Chińczycy lubują się w tytułach. Według mnie, na żaden nie zasłużył.

– Za wcześnie jeszcze na wnioski – odparł z niechęcią.

– Oj, nie bądź taki oficjalny. – Uśmiechnęłam się słodko, ale była to słodycz podszyta jadem. – Masz chyba jakąś teorię?

– Nie. I nikogo nie powinno to dziwić. Ułamek procenta wszystkich zgonów stanowią incydenty, których medycyna wytłumaczyć nie potrafi – stwierdził oschle, po czym wstał, odsuwając krzesło z hukiem i skierował się do wyjścia. Zanim jednak opuścił mesę, zdążył jeszcze usłyszeć moją ripostę:

– Medycyna, czy ty, Zhang?

Wychodząc, minął w drzwiach Novacka; jeden rzut oka na lekarza wystarczył, by astrochemik odgadł, co między nami zaszło.

– Nie powinnaś go obrażać przy ludziach – stwierdził. – Chińczycy są przeczuleni na tym punkcie.

– Szczerze mówiąc, mam to gdzieś – prychnęłam, bardzo z siebie zadowolona. – I tak marny z niego lekarz.

– Jedyny w tej części Układu Słonecznego – przypomniał Novacek.

Wzruszyłam ramionami, stwierdzając jednocześnie:

– Nie ma pojęcia, co tu się dzieje.

– Bo to nie jego działka. – Usłyszeliśmy nagle całkiem przytomny głos Wildena.

Zaskoczona, obróciłam się i znalazłam się z robotykiem oko w oko. Natychmiast, jakby ze wstrętem, cofnął się, głębiej zapadając w fotel, ale zdążyłam poczuć w jego oddechu kwaśną, ostrą woń alkoholu.

– To klątwa – odpowiedział na niezadane jeszcze pytanie.

– Co takiego? – rozległ się pełen niedowierzania głos Novacka.

Wilden upił z kubka spory łyk i powtórzył:

– Klątwa, dyplomowani ignoranci. Zemsta za zakłócanie spokoju zmarłych, kara za bezczeszczenie zwłok. Wszystkich po kolei szlag trafi, bo ty, Chloe, musiałaś przywlec do bazy jakiegoś trupa!

Otworzyłam szeroko oczy; faktycznie, mój łazik odnalazł w okolicach Kaldery Lewiatana sprasowany na miazgę, organiczny strzęp niewiadomego pochodzenia, zatopiony w azotowym lodzie jak mucha w bursztynie; nazwanie go jednak zwłokami było grubą przesadą.

– Ten „trup” to największe odkrycie w historii ludzkości – wycedziłam z urazą.

Novacek znacząco położył mi dłoń na ramieniu, jakby chciał powiedzieć: daj spokój.

– Mam gdzieś historię ludzkości! – Wilden skrzywił się niemiłosiernie. – Nie widzisz, że to nas zabija?

Niedorzeczne pytanie wisiało przez chwilę w powietrzu, nie doczekując się odpowiedzi. W końcu nie wytrzymałam, przerywając krępującą ciszę nieprzyjemnym, sarkastycznym śmiechem.

– Może więc odprawisz stosowne egzorcyzmy, Jesse? Nie kompromituj się, ty… kaznodziejo z Kentucky! – zadrwiłam, wstając.

Dla mojego zmiennika każdy żart z pobożnych przodków brzmiał jak obelga. Zaklął głośno i gwałtownie poderwał się z miejsca, zanim jednak zdołał zmusić swe ociężałe ciało do skoku, między nami znalazł się Novacek.

– Wracaj do siebie, Wilden – rzucił prosto w spoconą, czerwoną twarz, wykrzywioną wściekłym grymasem. – Wyśpij się porządnie.

Jesse zmierzył astrochemika wzrokiem pełnym nienawiści.

– Idźcie wszyscy do diabła! – wychrypiał i ruszył ku drzwiom.

Zostaliśmy sami; już otwierałam usta, by skomentować to, co właśnie zaszło, ale Novacek mnie ubiegł.

– Wszyscy jesteśmy zmęczeni – powiedział spokojnie.

 

Nie rozmawialiśmy o tym więcej. Nie oglądając się na innych, postanowiłam poszukać zapomnienia w pracy i sprowadzić łaziki z powrotem do bazy, bo raczej mało było prawdopodobne, byśmy w obecnej sytuacji kontynuowali zwykłe programy badawcze. Bez przeszkód wyprowadziłam Jacka z Kaldery Kibu i przeprowadziłam go nad Granią Krakena, ale na kierowaniu Johnnym nie potrafiłam się już skupić. Odkryłam bowiem, że za moimi plecami zawiązał się nieoczekiwany sojusz: Zhang i Novacek przesiadywali w laboratorium całymi godzinami, ale milkli nagle, gdy tylko zjawiałam się w pobliżu. Raz nawet usiłowałam ich podsłuchać, ale dałam sobie spokój, bo zza zamkniętych drzwi dobiegały tylko strzępy słów. Zresztą, rozmawiali po chińsku, a ja, mimo iż pracowałam dla Chińczyków od dwóch lat, do tej pory nie opanowałam ich języka. Im dłużej myślałam, tym większej nabierałam pewności, że coś ukrywają, porzuciłam więc robotę i zaczęłam śledzić każdy ich krok.

Gdy tylko wynieśli się do gabinetu Zhanga, zżerana ciekawością przetrząsnęłam laboratorium, ale znalazłam tylko nic nie warte analizy jakichś minerałów. Równie mało uzyskałam, przeszukując główną bazę danych stacji. Wszelkie wnioski, o ile do jakichś doszli, musieli ukrywać na osobistych palmboxach, a włamanie do nich traktowałam jako ostateczność. Zamiast tego, postanowiłam pod nieobecność Chińczyka poszperać w ambulatorium.

Już pierwszy rzut oka wystarczył, by pozbyć się nadziei na jakieś spektakularne odkrycie. Gabinet lśnił czystością, jakby Zhang od dawna w nim nie bywał. Rozczarowana, w ostatniej, desperackiej próbie znalezienia czegokolwiek, rzuciłam się na kosz na śmieci. Nie znalazłam niczego, żadnej, choćby potarganej czy pomiętej notatki. Jedynie pojemnik na odpady medyczne skrywał kilka, najwyraźniej świeżo zużytych iniektorów. Wyciągnęłam ostrożnie jeden, i obracając w palcach lekki, kompozytowy walec, usiłowałam odczytać, co zawierał, aż złożyłam w całość nazwę znanego nawet laikowi leku przeciwbólowego, godnego następcy zdetronizowanej lata temu morfiny. Zhang z pewnością podawał go cierpiącej Annie, ale ona nie żyła już od co najmniej tygodnia. Komu więc go aplikował? Wildenowi, Novackowi, sobie? Któryś z nich musiał być chory.

 

Wróciłam do ambulatorium następnego wieczora, wezwana przez Novacka. Ułożone na leżance ciało zmarłego lekarza, idealnie wpasowywało się w bezduszny porządek, jaki pozostawił w spadku antypatyczny Chińczyk. Zwyczajowa minuta ciszy przeciągała się ponad miarę i zniecierpliwiona, zaczęłam przyglądać się Novackowi ukradkiem. Wydawał się jeszcze bledszy niż zwykle. W końcu nie wytrzymałam i odezwałam się pierwsza:

– Zabiła go klątwa, czy prochy?

Novacek drgnął. Po zgorszonej minie poznałam, że powiedziałam coś niewłaściwego. Mało mnie to jednak obeszło.

– Zajęło mu mózg – odrzekł cicho.

Klasnęłam w dłonie.

– A jednak coś nas atakuje! – stwierdziłam z triumfem.

Nie zaprzeczył, westchnął tylko i zmienił temat:

– Gdzie Wilden?

– U siebie – odparłam niechętnie. – Znalazł sobie jakąś strasznie pilną robotę. Boi się klątwy. Głupi gnojek!

Astrochemik skinął głową w milczeniu.

– Trzeba zanieść Zhanga do kostnicy – stwierdził po chwili z przymusem, podchodząc do zwłok. – Pomożesz mi?

Skrzywiłam się ze wstrętem. Nie miałam najmniejszej ochoty bawić się w grabarza, ale wiedziałam, że muszę zostać z Novackiem, by czegokolwiek się dowiedzieć.

 

Ciało lekarza w niskiej grawitacji Trytona ważyło niewiele. Łatwo było zapomnieć, że czarny worek zawiera ludzkie zwłoki. Przez całą drogę Novacek nie odezwał się ani słowem, a ja nie naciskałam; pozwoliłam, nie bez przykrości, by czeluść lodowatego magazynu, który dziwną koleją losu zamieniony został na kostnicę i pięć, zastygłych w bezruchu ciał, zrobiło swoje.

Gdy tylko znaleźliśmy się z powrotem na korytarzu, spytałam:

– Nie uważasz, że wszystkie tajemnice nie mają już sensu? Że ujawnienie prawdy komukolwiek zaszkodzi?

Astrochemik spojrzał na mnie smutnym, zrezygnowanym wzrokiem. Oparty o ścianę, oddychał ciężko.

– Za wiele ode mnie wymagasz, Chloe. Sam nie wiem, co jest prawdą… Może to właśnie Wilden ma rację.

Zaniemówiłam, po raz pierwszy od dawna brakło mi jakiegokolwiek rzeczowego argumentu. Jirzi Novacek, sceptyk, ateista, człowiek fanatycznie wręcz rozsądny, nagle wyrywa się z czymś takim? To nie ten sam naukowiec, którego poznałam siedem miesięcy temu. Coś we mnie pękło. Łzy napłynęły mi do oczu.

– Nie każ mi wierzyć w gusła – wyszeptałam z rozpaczą, ściskając jego dłoń. – Powiedz mi cokolwiek, uwierzę w każde kłamstwo, tylko nie w to…

Novackowi najwyraźniej zrobiło się mnie żal.

– Chodź ze mną – powiedział. – Coś ci pokażę.

Ruszył przed siebie powoli, ze spuszczoną głową, jak człowiek słaby i pokonany, złamany druzgocącym widokiem śmierci, objuczony brzemieniem niechcianej tajemnicy.

– Widzisz, Chloe, Zhang wymógł na mnie przyrzeczenie, że zachowam wszystko w sekrecie – odezwał się dopiero u progu swej kwatery. – Zgodziłem się, wiesz, od niedawna mam chińskie obywatelstwo…

Cholerny oportunista, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno.

– Kupili cię – rzuciłam tylko z przekąsem.

Novacek, ku mojemu zdziwieniu, skinął głową.

– Wszystkich nas kupili – przyznał, szukając czegoś w kieszeniach.

Po chwili wydobył z jednej z nich małe, ciemne pudełko osobistego palmboxa i wetknął je do gniazda dokującego na ścianie. Z wyraźną ulgą opadł na fotel, mówiąc dalej:

– Widzisz, Zhang poniekąd nie kłamał, bo naprawdę nie znalazł czynnika infekcyjnego. Na sekcjach trafiał tylko na efekty jego działania. Na zniszczone narządy z uszkodzeniami typowo mechanicznymi, jakby coś rozpychało tkanki, moszcząc sobie legowisko. Coś tak nieuchwytnego, że lokując się w organizmie, niszczyło go i prowadziło do śmierci, znikając następnie bez śladu.

Stukając lekko palcem, uruchomił urządzenie i w powietrzu nad pulpitem pojawił się trójwymiarowy obraz zasnutych mgłą gór gdzieś w południowych Chinach. Popatrzyłam na to zdjęcie z pogardą – ja osobiście ustawiłam jako obraz powitalny osobistego palmboxa rodzinny Manhattan.

– Popatrz. – Przywołał na wirtualny ekran kilka zdjęć. – Widzisz te białe plamy? To rozerwana tkanka. Zhang znalazł takie u wszystkich zmarłych. Robił setki analiz genetycznych. Bez skutku… Dopiero, gdy zachorował sam, nastąpił przełom. Znalazł to.

Pokazał kolejne zdjęcie, tym razem z mikroskopu skaningowego, na którym wyraźnie odznaczały się od pofałdowanego, nieregularnego tła doskonale geometryczne bryły trójwymiarowych sześcianów.

– Wirus? – Oderwałam od ekranu pytający wzrok, ale Novacek zaprzeczył, kręcąc głową.

– To była ostatnia szansa Zhanga – ciągnął dalej. – Skoro tego czynnika nie można było pozyskać z żadnych zwłok, jedyną możliwością było wychwycenie go w próbce z żywej tkanki. – Zanurzył palec w krawędzi sześcianu, aż obraz zamigał i lekko się odkształcił. – To pochodzi z płynu mózgowo-rdzeniowego lekarza. Sam robiłem mu punkcję…

– Ty? – spytałam z niedowierzaniem, a Jiżi wzruszył ramionami, lekko zdziwiony.

– Ja. Według wskazówek Zhanga. I tak był umierający, niewiele ryzykował, gdybym coś spaprał, nieprawdaż?

Nie czułam obowiązku, by odpowiadać na to pytanie, zresztą, moje myśli zaprzątało już coś innego.

– Moment. – Usadowiłam się na fotelu naprzeciwko, by móc przyjrzeć się Novackowi uważniej. – Dlaczego nie wykrył tego u Anny, zanim zmarła? Robił testy na wszystko, co żyje, ale nic nie znalazł!

– Bo to nie jest żywe, Chloe. To automaty wielkości sporych bakterii, sztuczne, całkowicie nieorganiczne. Zhang nie szukał maszyn. Żaden lekarz na jego miejscu nie szukałby czegoś takiego…

– Zwłaszcza, jeśli nie chciałby tego znaleźć – stwierdziłam cynicznie, a przez twarz mężczyzny przemknął cień.

– Co sugerujesz?

– Że to chiński wynalazek. – Uśmiechnęłam się szeroko, choć wcale nie było mi wesoło.

– Nie – zaprzeczył gwałtownie. – Chińczycy nie mają z tym nic wspólnego. W ogóle udział ludzi w powstaniu czynnika Zhanga jest bardzo mało prawdopodobny.

– Naprawdę chcesz to tak nazwać? – spytałam przewracając oczami, ale astrochemik puścił tę uwagę mimo uszu.

Odwrócił się i na ekranie pojawił się dziwnie znajomy obraz jakiegoś wykresu z kolumnami liczb poniżej. Westchnął przy tym ciężko.

– Tu masz wynik spektrometrii masowej. Zwróć uwagę na trzecią pozycję.

– Glin 26. Co z tego? – przeczytałam obojętnie, nie dając po sobie poznać, że na te wyniki natknęłam się już wcześniej, przeszukując bazę danych laboratorium. Tyle, że wtedy nie doceniłam ich znaczenia.

– To izotop pierwotny, starszy niż Słońce. W naszym układzie występuje w śladowych ilościach, ale w tych automatach jest go całkiem sporo. Wiesz chyba, co to znaczy?

Wiedziałam. W lot pojęłam znaczenie tego odkrycia, przyćmiewającego moje skromne znalezisko z Kaldery Lewiatana; zdążyłam nawet poczuć nieprzyjemne ukłucie zazdrości.

– Gdzie złapaliśmy tę zarazę? – spytałam, od niechcenia kręcąc się w fotelu, by ukryć zmieszanie.

– Jeszcze nie wiem. Mogła siedzieć w pyle gejzerów, lodzie czapy polarnej. – Drgnął i dokończył powoli, z namysłem: – Albo w tym organicznym fragmencie, który znalazłaś.

Zaskoczona, zastygłam w bezruchu.

– Mówiłeś przecież, że ten „spadek po Zhangu” nie utrzymuje się w zwłokach – zauważyłam sucho, zadowolona, że odkryłam nieścisłość w jego pięknej teorii.

Novacek podparł głowę na dłoni i przyglądał się mi z wysiłkiem spod półprzymkniętych, ciężkich powiek.

– Tak mówiłem. Ale każdy automat może pracować w określonym zakresie temperatur… To miejsce, w którym znalazłaś szczątki… To niecka, wypełniona przez lawę z lodowego wulkanu… Gdyby, teoretycznie, gwałtowna erupcja zaskoczyła jakąś żywą istotę z penetrującymi ją automatami w środku, to czynnik Zhanga nie zdążyłby uciec ze zwłok, zamarzając wraz z nimi. Ale…

– Ale mamy zabezpieczenia – weszłam mu w słowo. – Nic tak po prostu nie może przeniknąć z zewnątrz, a żadna z próbek nie ma kontaktu z wnętrzem stacji. Nawet moje znalezisko leży hermetycznie zamknięte w chłodni, nikt w nim nie grzebał, bo nie mamy astrobiologa!

Novacek wyłączył palmbox i chudymi, kościstymi palcami wyłuskał urządzenie ze ściany. Zanosiło się na koniec rozmowy; by nie pozwolić mu wstać, przysunęłam się bliżej. Nie zwrócił na to uwagi, myśląc nad czymś intensywnie.

– W zasadzie masz rację – powiedział. – Ale one są inteligentne, Chloe. Potrafią się przystosować. Zmieniają taktykę w każdej nowej sytuacji, zapewne znalazły lukę w zabezpieczeniach. Uczą się na swoich błędach, wyciągają wnioski. Jak my…

Nie dokończył, jęknął cicho i zgiął się w pół.

– Co ci jest? – Zaniepokoiłam się i dotknęłam jego czoła; było zimne jak u trupa.

– Nic, to zmęczenie – odparł bez przekonania, wyprostował się i lekko potrząsając głową strącił moją rękę.

Pomogłam mu przenieść się na łóżko, ale wciąż czułam niedosyt, więc położyłam się obok i spytałam:

– Jak myślisz, czyja to spuścizna?

– Kto wie… – odrzekł z przymusem. – Żeby odpowiedzieć na to pytanie, potrzeba lat badań. Dopiero zaczynamy poznawać Trytona, nawet nie wiemy skąd do nas przywędrował. Nie zawsze był przecież księżycem Neptuna… Lawa zalała Region Monad miliony lat temu… To musi być bardzo stara technologia. Starsza niż te szczątki, który znalazłaś. Ktoś musiał badać ten księżyc przed nami… Długo, długo przed nami…

Przez dobrą chwilę milczeliśmy. Oddech Novacka, zamiast się uspokoić, stał się płytki i urywany. Pierś mężczyzny słabo unosiła się i opadała. Obawiałam się, że za chwilę zaśnie i niczego się już nie dowiem. Jeszcze mocniej wtuliłam się w jego ramię.

– Skoro to technologia – powiedziałam do siebie, ale wystarczająco głośno, by zmusić go do odpowiedzi – to musiała czemuś służyć.

– Taaak – odezwał się po chwili. – Gdyby to był nasz produkt, powiedziałbym, że ma służyć zagładzie, a tak możemy się tylko domyślać jego przeznaczenia. Zauważ, że każdy z nas chorował na coś innego, a to znaczy, że te sztuczne bakterie nie atakują dwa razy tego samego narządu… To nie może być przypadek. One poznają ludzki organizm. Czegoś szukają…

– Najsłabszego punktu – wtrąciłam z przekonaniem.

– Może nie. Może po prostu niszy, która nie szkodząc nosicielowi, pozwoli im opuścić Trytona. Ten z nas, który przeżyje, może być pewien, że nie opuści tej bazy sam…

– Tym gorzej dla niego – podsumowałam kwaśno. – Chińczycy już się postarają, by wykorzystać te maleństwa dla własnych celów. Jak myślisz, czemu Zhang tak bardzo pragnął zachować to w tajemnicy? Był kiedyś lekarzem wojskowym, nieprawdaż? Nie wierzę, by przestał go kręcić wyścig zbrojeń.

– Zhang nie żyje, Chloe – przypomniał astrochemik zmęczonym głosem, skrywając twarz w poduszce. – Zresztą, to tylko hipotezy. Potrzeba więcej czasu.

– Tak – zgodziłam się skwapliwie. – Rano przyjrzymy się bliżej mojej mrożonce…

– Wilden miał się tym zająć – odparł Novacek słabo. – Zapytaj, może znalazł coś ciekawego…

– Wilden? – powtórzyłam przeciągle, unosząc głowę.

Ostatnio nie opuszczał przecież wirtualnej komory zdalnego sterowania łazikami. Do tej pory fakt, że Jesse zajął się czymś pożytecznym, nie niepokoił mnie w najmniejszym stopniu, ale słowa Novacka sprawiły, że pozory zdrowego rozsądku u popadającego paranoję Wildena nagle stały się podejrzane. Gdzieś na dnie świadomości rodziła się nieubrana jeszcze w myśli obawa, przeczucie zaledwie, ale z gatunku tych, które drążąc umysł jak kropla skałę, przewiercają go na wylot.

 

Gdy oddech astrochemika nabrał typowej dla snu regularności, wstałam i natychmiast udałam się do pokoju kontrolnego. Obraz na wirtualnej czaszy rozpiętej nad głową absorbował Jessego tak bardzo, że nawet nie zauważył, że nie jest już sam. Gdy się odezwałam, drgnął lekko, jak człowiek zaskoczony niespodziewaną wizytą, ale nie przerwał pracy.

– Chloe… to ty jeszcze żyjesz? – spytał, raczej zdziwiony, niż ucieszony.

Pozostawiłam to pytanie bez odpowiedzi.

– Co robisz? – spytałam uprzejmie, ale udał, że nie słyszy.

Podeszłam bliżej; jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że kieruje Jackiem, łazikiem, który kilka dni temu ściągnęłam do bazy, a współrzędne sugerowały, że krąży gdzieś w okolicach Kaldery Lewiatana. Serce zabiło mi mocniej; chwyciwszy oparcie, obróciłam fotel z siedzącym w nim Wildenem w swoją stronę. Jesse spojrzał na mnie ze złością.

– Naprawiam twój błąd – wyjaśnił oschle.

– To znaczy?

Skrzywił się, zniecierpliwiony, i obracając się do mnie plecami, wyjaśnił:

– Odstawiam twojego trupa do domu. Niech dalej spoczywa w pokoju.

Zaniemówiłam; takiej odpowiedzi się nie spodziewałam.

– Przestań natychmiast! – zażądałam, gdy już odzyskałam mowę.

Szarpnęłam fotel znowu, tym razem mocniej, zanim Jesse zdążył położyć palce na wolancie, a niskie ciążenie księżyca sprawiło, że razem z fotelem odjechał w bok, zatrzymując się na jednym z ramion półkolistego stanowiska. Holograficzny obraz zamigał, zniekształcił się i zniknął. Wilden zaklął pod nosem, wstał i znienacka kopnął obrotowe krzesło wprost na mnie. Odskakując, straciłam równowagę i wylądowałam na podłodze. Jesse dopadł mnie, zanim zdążyłam wstać i bez ceregieli wyrzucił z pokoju kontrolnego.

– Wynoś się! – warknął.

Zatrzymałam się na ścianie, słysząc jak barykaduje się od wewnątrz. Pozbierałam się w okamgnieniu. W przypływie bezsilnej złości zaczęłam bić w drzwi pięściami, krzycząc jednocześnie:

– Jesse, ty paranoiku! Nikt nas nie przeklął! To bezcenna obca technologia, pomoże Stanom wrócić do gry!

Całą odpowiedź stanowił tylko jakiś nieokreślony rumor.

– Wilden, jeśli zaprzepaścisz moje odkrycie, to zabiję cię, przysięgam! – Kopnęłam w drzwi ostatni raz, dysząc ciężko, po czym przywarłam rozpalonym czołem do ich gładkiej, kompozytowej powierzchni. Nie dobiegał już stamtąd żaden dźwięk; oderwałam się od nich ze wstrętem.

 

Powoli ruszyłam ku kwaterom załogi, bezradnie rozcierając obolałe dłonie. Z każdym krokiem nabierałam przekonania, że nie mogę odpuścić. Bezwiednie przyspieszyłam, serce podchwyciło rytm kroków, myśli stały się jaśniejsze, a gdy prawie biegnąc wpadłam do kwatery Novacka, miałam już pewien plan.

Od razu uruchomiłam palmboxa, nie zważając na mrużącego oczy astrochemika, przyglądającego się w osłupieniu, jak obejmuje mnie błękitna poświata świeżo wzbudzonego ekranu.

– Co jest? – spytał, zdezorientowany.

– Nic – odpowiedziałam szorstko, całkowicie pochłonięta przygotowywaniem zdalnego dostępu. – Śpij.

– Nic? – wybełkotał, po czym dodał z niedowierzaniem: – Akurat…

– Muszę wpiąć się w panel komunikacyjny – wyjaśniłam niechętnie.

– Po co? – spytał nieprzytomnie, ale nie odpowiedziałam, więc dodał: – Wzywaliśmy już przecież pomoc.

Skrzywiłam się z niesmakiem na samą myśl o chińskiej ekipie ratunkowej.

– Nie o to chodzi – żachnęłam się. – Pokieruję Johnnym drogą radiową.

– Co? – Novacek z trudem podźwignął się na łokciach, aż zatrzeszczał materac.

– Łaziki reagują na podstawowe proste komendy wysyłane w języku programu. Przód, tył, lewo, prawo… – wyrzucałam z siebie słowa, przestawiając jednocześnie antenę na częstotliwość Johnny'ego.

– Nie dasz rady bez holowizji – zauważył.

– Dam. Znam Lewiatana jak własną kieszeń. Każę Johnny'emu przysyłać zdjęcie po pokonaniu każdego odcinka. W dwudziestym pierwszym wieku w taki sposób objechali robotami pół Marsa i to mając aktualizację wizji co osiem minut – mówiłam nieskładnie, nie przestając przebierać palcami po upstrzonym świetlistymi kwadratami blacie.

Astrochemik bąknął coś niezrozumiałego pod nosem, opadając na poduszkę, a ja zamilkłam, bo właśnie spłynęło pierwsze zdjęcie, znak, że zbudziłam Johnny'ego ze snu w kalderze zamrożonego wulkanu. Nie było zbyt wyraźne, ale pozbawiona dobrodziejstw komory holograficznej i wirtualnych wzmacniaczy obrazu nie mogłam liczyć na więcej. Wystarczyć musiało, by łazik względnie bezpiecznie pokonał metr czy dwa terenu.

 

 Zaczynałam rozumieć, jak trudnego podjęłam się zadania, przeklinając panujące na Trytonie, rozpraszane tylko nikłą poświatą dalekiego Słońca ciemności. Co chwilę światła Johnny'ego wydobywały z mroku cienie, z których każdy mógł okazać się granią rozpadliny lub wąskim ostrzem pęknięcia w azotowym lodzie. Dawno nie pracowałam w ten sposób i pod taką presją, co chwilę zdarzało mi się, że robot nie zrozumiał moich intencji i wędrował nie tam, gdzie zamierzałam go wysłać.

Dopiero, gdy szczęśliwie ominęłam wszystkie zapadliska i wyprowadziłam łazik na gładki jęzor lawowego lodowca, wylewającego się z wąskiego przesmyku między kraterem a równiną, odetchnęłam lekko. Droga nad grań łańcucha Krakena nęciła gładką, bezpieczną powierzchnią, ale nie skorzystałam z zaproszenia i zatrzymałam łazik w wąskim gardle lodowej przełęczy. Spojrzałam na budzik Novacka; dotarcie na granicę równiny trwało przeszło dwie godziny, robot Wildena mógł pojawić się tu w każdej chwili.

 

Niedługo musiałam czekać, by na spływających z przełęczy zdjęciach zamigotał drobny, świetlny punkt, z początku niewiele różniący się od dalekiego Słońca. Nieubłaganie zbliżający się Jack rósł w oczach i wkrótce oślepił Johnny'ego, wypełniając zdjęcia jaskrawymi plamami. Nie niepokoiło mnie to, oznaczało bowiem, że Johnny wciąż znajduje się w centrum uwagi Wildena i mimo iż obrazy były bezużyteczne, zwiększyłam częstotliwość ich wykonywania.

Nagle Wilden zatrzymał robota. Zaklnęłam pod nosem; gdy zamiast gorejącego słońca reflektorów na kolejnym zdjęciu ukazał się zarys srebrnego ciała Jacka, zdałam sobie sprawę, że Jesse zamierza obejść mnie bokiem, tuż przy skalnej ścianie, sterczącej z lodu jak uchylona lekko brama. Wróciłam do pisania komend i Johnny nagle ożył, zalewając pajęcze ciało Jacka strumieniem jasnego światła.

 

Ruszyłam przed siebie, zagradzając drogę rywalowi. Gdy Jack wycofał się nieznacznie, skupiłam całą uwagę na ustawieniu aparatu tak, by za nim nadążyć. Czułam, że Wilden planuje jakiś podstęp. Sekundy mijały niepostrzeżenie, łaziki tkwiły w impasie. Zastanawiałam się, kiedy Wilden odkryje, w jaki sposób kieruję moim robotem. Teraz, gdy minęło pierwsze zaskoczenie, musiał domyślić się, że opóźnienie reakcji Johnny'ego nie wynika tylko z tego, że jest ciężki i niezgrabny, ale z archaicznego sposobu sterowania.

 

Spodziewałam się takiego fortelu; po markowanym ruchu na lewą flankę mojego robota, Jack nagle zniknął z ekranu, podążając w stronę przeciwną. Johnny ruszył z opóźnieniem i tylko szczęśliwy traf sprawił, że zdołał pochwycić w tryby jednego ze swych kół koniuszek którejś z pajęczych nóg Jacka. Nie od razu zdałam sobie z tego sprawę; dopiero ze zdjęć wywnioskowałam, że cofając się, ciągnie Jacka za sobą, a z oporu, z jakim reagował na komendy domyśliłam się, że robot Wildena wciąż walczy wczepiwszy się w grunt kończynami.

 

Wreszcie jakaś przypadkowa nierówność podłoża uwolniła go z matni; natychmiast wykorzystał okazję i lekko jeszcze zdezorientowany, pomknął pokracznie przed siebie, biorąc kurs na centrum towarzyszącej kalderze niecki. Bez wahania ruszyłam w pogoń, nie tracąc cennego czasu na wytyczanie najbezpieczniejszej trasy. Wybrałam najkrótszą drogę i pozwoliłam potoczyć się Johnny'emu tak szybko, jak tylko potrafił, choć wiedziałam, że zwinnego Jacka trudno będzie dogonić. Na szczęście Wilden, najwidoczniej poddając się panice, zlekceważył nierówności pozornie gładkiej lodowej glazury i to go zgubiło.

 

Jacka, pochłoniętego wygrzebywaniem się z jakiegoś płytkiego dołka, dopadłam w ostatniej chwili, by uderzyć w jego srebrny odwłok z całą mocą i pogruchotać misterne odnóża. Pancerny, żółwi korpus Johnny'ego wepchnął przeciwnika do jamy, utworzonej przez zastygłą, mętną breję, pozbawiając go swobody ruchu. Poleciłam Johnny'emu wydobyć ze schowka w pancerzu chwytne ramiona i wyłuskać z plecaka Jacka cenną zawartość. Nie szło mi najlepiej, bo operowanie kończynami i wieńczącymi je chwytakami wymagały nie lada zręczności, nawet od operatora dysponującego komorą holograficzną.

Zdarzyło się przy tym, że musiałam lekko wycofać mojego robota, by dać jego ramionom nieco więcej przestrzeni i zelżał nacisk wywierany na Jacka na tyle, by zdołał uwolnić jedno z odnóży i miotając nim rozpaczliwie, dosięgnąć główki Johnny'ego. Obraz zaśnieżył, zadrgał i stracił i tak marną ostrość. Mimo to, przeklinając, udało mi się w końcu odebrać Jackowi skarb i umieścić w skrytce pod pancerzem mojego łazika.

 

Z trudem wycofałam robota i pchnęłam go ku ciemniejącej w oddali równinie, ale nie ujechałam zbyt daleko. Gdy tylko minęły największe emocje, ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Zdołałam jeszcze przeprowadzić robota między stromymi rozpadlinami znaczącymi początek wijącego się jak rzeka łańcucha Krakena, pchnąć Johnny'ego na gładki szlak wiodący ku kraterowi Andvari i opadłam ciężko na łóżko tuż przy boku Novacka, natychmiast tracąc świadomość.

 

Zbudziła mnie nieokreślona obawa. Przezwyciężając ból zesztywniałego karku, z wysiłkiem uniosłam ciężką jak kamień głowę, by z trudem wyłowić z mroku wątły blask zegara. Przypatrywałam się mu z niedowierzaniem, ale pomimo niewątpliwego upływu sekund, odmierzanego przecież z bolesną regularnością przez tępe pulsowanie krwi w skroniach, zegar nie posunął się ani o minutę, wciąż migocąc monotonnie i hipnotyzująco trzema czerwonymi zerami. Przełamując opór wyczerpanego ciała, zmusiłam się, by sięgając dłonią tuż nad głową Novacka, włączyć lampę. Spodziewając się oślepiającej nawykłe do mroku oczy powodzi światła, zapobiegawczo zmrużyłam powieki, ale gdy po chwili ostrożnie je podniosłam, osłupiałam. Dłoń, wciąż jeszcze tkwiąca o milimetry od zbliżeniowego włącznika, powołała do pracy tylko mikre lampy oświetlenia awaryjnego.

 

Natychmiast zbudziłam Novacka, szarpiąc gwałtownie za wiotkie, bezwładne ramię. W końcu niechętnie otworzył oczy i usiadł na łóżku, rozglądając się ze zdziwieniem.

– Pada zasilanie – zauważył w końcu obojętnie, jakby zdarzało się to codziennie, ale mnie ogarniała już jakaś dzika determinacja.

– Nie, to Wilden – wybełkotałam, walcząc ze zdrętwiałym językiem i wysuszonym gardłem. – Rusz się, Jiżi. Trzeba zajrzeć do elektrowni.

Skinął głową bez przekonania, ale nie podniósł się z miejsca. Stawiał opór, gdy zdecydowanie wziąwszy za rękę, wywlekłam go za sobą na korytarz. Droga do elektrowni okazała się dla nas nie lada wyzwaniem, bo nawet mnie kręciło się w głowie i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że cała stacja kołysze się jak jakaś stara łajba. Ciągnęłam Novacka za sobą, ale w końcu, gdy przyklejony do ściany, z trudem łapał oddech, dałam za wygraną.

Zostawiłam go i pozwoliłam, by ciemne korytarze zawiodły mnie do celu. Wymuszony półmrok zamienił elektrownię w wyjątkowo odstręczające, nieprzyjemne miejsce. Ciężko się tu oddychało, jakby przesycone nieokreślonym, duszącym zapachem powietrze gęstniało z minuty na minutę. Wildena nie było, a osamotniona konsola głównego inżyniera z porzuconym, ulubionym hermetycznym kubkiem na herbatę Takady, potęgowała wrażenie, że nikt od śmierci Japończyka tu nie zaglądał.

 

Mimo iż wpatrywałam się w błyszczące diody, gorączkowo badając każdy ze wskaźników, wciąż nie miałam pojęcia, co jest nie tak. Czułam już słone krople potu, osiadające nad górną wargą i spływające do ust, i wtedy zatrzymałam wzrok na jednej z wielu wskazówek, zatrzymanej jednak na czerwonym, alarmowym polu. Zamarłam, chwilę trwało, zanim znów odważyłam się odetchnąć, a gdy spojrzałam w końcu przed siebie, przed oczami miałam tylko ciemność.

Przed konsolą tonęła w zupełnym mroku hala, wypełniona po brzegi przytłaczającą mieszaniną splątanych, pozornie bez ładu, misternych konstrukcji z rur i urządzeń, które buczały teraz cicho, monotonnie, jak nadciągający rój. Zdało mi się nagle, że to właśnie tam ukrywa się Wilden, bo nie od razu rozpoznałam własne, zniekształcone w szklanej ścianie odbicie. Elektrownia to strata czasu, zrozumiałam.

Na korytarzu wpadłam na wycieńczonego Novacka, który z najwyższym wysiłkiem w końcu dowlókł się aż tutaj. Niepomna na jego stan, rzuciłam prosto w bladą jak papier twarz:

– Nie ma go tu! Trzeba go znaleźć, i to szybko!

 

Pognałam przed siebie, zanim zdążył odpowiedzieć, ale z każdym przeszukanym pomieszczeniem coraz bardziej oczywiste stawało się, że Jesse mógł opuścić stację. Odwlekałam ten moment, ale znalazłam się w końcu przy wewnętrznej śluzie. Z daleka mrugało jednak do mnie zielone oko sygnału blokady, znak, że nikt, przynajmniej w tej chwili, stacji nie opuszczał. Zadrżałam z niepokoju, instynktownie przeczuwając, że się spóźniłam; jeżeli Wilden naprawdę znalazł się na zewnątrz, to nie zdołałabym go zatrzymać. Korzystając z panelu kontrolnego śluzy, niewielkiej ciemnej płytki, wtopionej w ścianę, zażądałam od komputera obrazu z kamery zewnętrznej, ale ukazał tylko pustkę u stóp bazy.

Właściwie mogłabym już sobie odpuścić, ale nie dałam się zwieść zwodniczemu bezruchowi, jaki panował wszędzie tam, dokądkolwiek kierowałam oko kamery. Zbyt mocno wierzyłam już w nieobecność Wildena. Przeglądając zapisy z kamer zewnętrznych z kilku ostatnich godzin odkryłam z zaskoczeniem, że Jesse jakieś pięć godzin temu opuścił stację naszym wielozadaniowym wehikułem ekspedycyjnym TEV.

Nie pamiętam, jak dotarłam do pokoju kontrolnego, ale ledwo dopadłam panelu komunikacyjnego, zanim jeszcze zdołałam włączyć mikrofon, już krzyczałam z całych sił:

– Stacja Andvari do wehikułu ekspedycyjnego! Stacja Andvari wzywa TEV! Wilden, odezwij się, sukinsynu!

Nie doczekałam się odzewu, Wilden albo uparcie ignorował wezwania, albo z sobie tylko znanych powodów opuścił TEV. Zmieniłam częstotliwość i nie przebierając w słowach, wzywałam bezpośrednio uciekiniera. Krew wyła mi w uszach tak donośnie, że gdy w końcu Wilden odpowiedział, nic nie zrozumiałam.

– Czego? – Zdołałam wyłowić z jego odpowiedzi tylko to jedno, opryskliwe słowo.

– Co ty wyprawiasz, Jesse? – wrzasnęłam.

– O Boże, Chloe, naprawdę się nie domyślasz? Znalazłem Johnny'ego – wyznał z dumą, po czym dodał: – Zamierzam skończyć to, co zacząłem!

Między jego słowami narastało irytujące, silne, regularne sapanie świadczące, że z wysiłkiem pokonuje niewielkie, trytonowe wzniesienia.

– A przy okazji wykończyć Novacka i mnie, tak? – zagrzmiałam.

– Że jak? – Zdziwienie w jego głosie było tak dobrze udane, że brzmiało prawie szczerze.

– Byłam w elektrowni, Wilden.

– Co z tego?

– Nie udawaj… Hel – 3 się kończy, dobrze wiesz.

– Chrzanisz! – wrzasnął do mikrofonu.

– Chciałbyś! Niestety, stacja idzie na rezerwie.

Z głośnika rozległ się jakiś nieokreślony dźwięk, podobny do chrząknięcia albo chichotu, ale natychmiast ucichł.

– Teraz też będziesz się zarzekać, że to tylko przypadek? – spytał podejrzanie radośnie.

– Żaden tam przypadek. To twoja robota – przekłam lodowatym tonem.

– Masz mnie za samobójcę? Naprawdę myślisz, że chcę zdechnąć na tej skale? – odparował ostro, okraszając odpowiedź ordynarnym przekleństwem, jednym z tych, którymi komentują świat ludzie z prowincji, a których Wilden zwykle wstydliwie unikał, po czym spytał: – Ile mamy czasu?

Zawahałam się; nie zdążyłam się nad tym zastanowić.

– Jakieś sześć godzin, zanim wyczerpie się rezerwa. Może mniej… – usłyszałam słabą podpowiedź Novacka.

Obejrzałam się, zaskoczona; siedział, właściwie półleżąc, w fotelu, blady i wyczerpany. Nie wiem, kiedy dotarł do pokoju kontrolnego, w napięciu zupełnie o nim zapomniałam. Wilden zaklął znowu, a do mnie nagle dotarło, że użył słowa „mamy”. Nie powiedział „macie”, „zostało wam” ani niczego podobnego. Mimo wszystko, wciąż uważał się za jednego z nas.

– Gdyby odłączyć wszystkie niepotrzebne systemy, powinno starczyć na dłużej – powiedziałam z namysłem, już układając w myśli listę pomieszczeń, w których można odciąć prąd. – Zyskamy trochę czasu, zanim ostatecznie siądzie zasilanie. Potem zostanie tylko TEV…

Wilden, słysząc to, oszalał.

– Gówno nam to da! – wybuchnął.

– Zaopatrzenie TEVa pozwala na dwutygodniowe wyprawy. Jeśli będziemy mieli trochę szczęścia, starczy zanim przybędzie pomoc, przy minimalnym zużyciu energii, o ile nie utkniesz gdzieś w łańcuchu Krakena. Wracaj!

Przez chwilę panowała cisza, więc wywołałam Jessego ponownie; gdy się odezwał, jego głos był już zimny i opanowany.

– Blefujesz, Anderson. Za wszelką cenę chcesz ściągnąć swojego trupa z powrotem. Prawie ci uwierzyłem!

Nigdy nie zwracał się do mnie po nazwisku; zrozumiałam, że nie żartuje. Tym razem to ja użyłam wulgarnego przekleństwa, po czym wrzasnęłam w eter:

– Jesse, jeśli natychmiast nie skończysz tej głupiej wycieczki, nie będziesz miał do czego wracać!

– Zaryzykuję. – Roześmiał się lekceważąco. – Wytrzymacie tych kilka godzin, nawet bez zasilania. Jestem prawie na miejscu… Właśnie schodzę do kaldery. Bez odbioru!

 

Przerwał połączenie, a ja, pokonana, osunęłam się ciężko na fotel i spojrzałam z niechęcią na Novacka. Uderzyła mnie obojętność, bijąca bezwstydnie z jego coraz bardziej przypominającej maskę twarzy.

– Novacek – wycedziłam przez zęby. – Novacek, do jasnej cholery, powiedz coś!

Podniósł głowę z trudem i pokręcił nią przecząco, ale zza spękanych, suchych warg nie wydobył żadnego dźwięku. Bezwiednie zacisnęłam pięści; mnie nie było wszystko jedno.

– Weź się w garść, ty… – zaczęłam ostro, ale zanim zdążyłam obrazić astrochemika jakimś nieostrożnym słowem, z głośnika rozległ się krzyk Wildena.

– Andvari! Andvari! Chloe, jesteś tam?

– Tu Andvari – odparłam, zniecierpliwiona. – Co znowu?

– Cholera – zaryczał, ale już nie ze złością, ale z przestrachem. – Coś się spieprzyło…

– Utknąłeś! – zawołałam z rozpaczliwym triumfem.

Z głośnika dobiegł jakiś nieokreślony trzask.

– Nie… – wydyszał po chwili. – Tracę… ciśnienie…

Włosy stanęły mi dęba na głowie. Od razu zerwałam się z fotela; w jednej chwili cała złość gdzieś wyparowała.

– Tylko spokojnie, Jesse – wyjąkałam nienaturalnym, drżącym głosem. – Wracaj do TEVa. Wracaj natychmiast!

– Za… daleko…

– Nie pieprz! Idź! – nakazałam, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko bolesne rzężenie.

 

Czując nagły przypływ sił, rzuciłam się ku konsoli sterowania. Zamierzałam uruchomić holograficzny moduł zdalnego dostępu i przemieścić TEV bliżej Wildena, ale mimo starań, pojazd nie opowiadał. Dopiero po chwili zrozumiałam, że obawiając się mojej ingerencji, Wilden mógł odciąć moduł zdalnego dostępu.

– Jesse, odpiąłeś zdalną?! – krzyknęłam w eter z rozpaczą, ale nie uzyskałam odpowiedzi, więc wrzasnęłam jeszcze raz: – Jesse!

– Nie… blokada… hasło… – wydyszał z wysiłkiem.

– Jakie hasło, Jesse? Jakie hasło?

Z eteru popłynął do mnie niezrozumiały bulgot, przechodzący w bolesny, bezładny, prawie zwierzęcy skowyt. Ciche słowa Novacka gdzieś z tła z trudem przebijały się przez rzężenie Wildena:

– Nie pomożesz mu… Jego skafander jest uszkodzony…

– Co powiedziałeś? – zwróciłam się do astrochemika, prostując się powoli.

– Jego skafander jest uszkodzony – powtórzył z wysiłkiem, ledwo utrzymując ciało w pozycji siedzącej.

Zastygłam w bezruchu, nie pragnąc go zrozumieć; w tle wciąż dyszał Wilden, ale z upływem sekund coraz słabiej. Gdy w eterze zapadła cisza, wszystko stało się jasne.

– To ty! – wyszeptałam z niedowierzaniem, walcząc z nieubłaganie zaciskającą się krtanią. – Jego skafander, elektrownia… Ty?

– Ja. – Skinął głową z trudem, a raczej pozwolił, by bezsilnie opadła mu na piersi.

– Ale… dlaczego? – Poruszyłam ustami, nie poznałam jednak własnego głosu.

Novacek wyprostował się lekko.

– Pamiętasz, co mówiłaś w nocy? – Wykrzesał z siebie resztkę sił i zaczął tłumaczyć: – Że Chińczycy to wykorzystają… A ja nie chcę, by ktokolwiek to wykorzystał… ani oni, ani wy… Przyznaj, pomyślałaś o tym…

– To chwalebne, ale Novacek, zmiłuj się, właśnie zabiłeś Jessego!

– Nie mogę ryzykować…

 

Cofnęłam się bezwiednie i nagle pozbawiona tchu, oparłam się no konsolę. Oddech Wildena w głośniku umilkł całkowicie i słyszałam jedynie trzaski zakłóceń wywoływanych przez pole magnetyczne Neptuna. Nie wyłączyłam odbioru, nie miałam na to siły.

– Ale przecież… prędzej czy później ktoś tu przyleci i wszystko zacznie się od nowa – wyrzuciłam z siebie łamiącym się głosem.

Novacek westchnął ciężko i znów wtulił głowę w ramiona.

– Wiem… Przynajmniej… Nikomu niczego nie ułatwię… Nie znajdą tu niczego…

Dużo o tym myślałem… Czynnik Zhanga zginie, gdy nie będzie żywych, na których będzie mógł się przenosić…

– Novacek, to coś przetrwało miliony lat – wyjąkałam, czując osiadający na piersi ogromny ciężar.

– Zamrożone – przyznał. – A nam najpierw zabraknie tlenu… Zginie, zanim zakonserwuje go mróz… Przykro mi, Chloe… Tak trzeba…

 

Jego głos cichł coraz bardziej, aż w końcu przeszedł w niezrozumiały szmer. Osłupiałam; łatwość, z jaką Novacek wydał wyrok, napawała mnie obrzydzeniem, ale ja nie zamierzałam tak po prostu pozwolić skazać się na śmierć. Wzięłam głęboki oddech.

– Co zrobiłeś ze skafandrami? – spytałam, siląc się na obojętny ton.

Nie odpowiedział, zacisnął tylko usta z bólem.

– Novacek! – Wstałam, widząc, że blada skóra astrochemika sinieje.

Dopadłam Novacka jednym skokiem i zaczęłam nim mocno potrząsać, chwyciwszy za wiotkie ramiona.

– Uszkodziłeś wszystkie, czy tylko jeden!?

Mimo iż prawie płakałam, pochylona nad wycieńczoną postacią, nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Wkrótce z nosa mężczyzny zaczęła płynąc gęsta, czerwona krew; mimo to, szarpnęłam jeszcze mocniej.

– Novacek!

Ostatnim wysiłkiem podniósł głowę i rozchylił lekko usta, ale nie zdołał wydobyć z nich żadnego dźwięku, bo silnym strumieniem buchnęła z nich lepka, śmierdząca maź. Puściłam go; padł bezwładnie na podłogę, konając w konwulsjach.

Instynktownie rzuciłam się do ucieczki, pędząc przed siebie na oślep, aż padłam bez sił u progu ambulatorium. Chwytając łapczywie powietrze, z obrzydzeniem zdarłam z siebie koszulę, upstrzoną krwią Novacka i odrzuciłam od siebie precz, ale w niskiej grawitacji Trytona ożyła, opadając ociężale. Miałam dość; odpełzłam w jakiś pozornie bezpieczny kąt i zacisnęłam mocno powieki, ale nie udało mi się uciec od skrytych pod powiekami, makabrycznych obrazów.

Nie wiem, jak długo siedziałam, tuląc się do przypadkowej ściany. Straciłam poczucie czasu, do chwili, kiedy monotonny szum wentylatorów sprawił, że odważyłam się wreszcie otworzyć oczy.

Wstałam i obojętnie minąwszy opadłą już na podłogę koszulę, niespiesznie wróciłam do kontrolnego. Novacek już nie żył. Obeszłam zastygłe w ostatnim ataku przedśmiertnych konwulsji ciało i zajęłam miejsce za konsolą. Z początku jeszcze czułam się nieswojo, świadoma obecności zwłok za plecami, ale wkrótce i to zeszło na dalszy plan, bo uciekający czas nie pozostawiał mi wyboru. Bezcenne dwie godziny zajęło mi obejście zabezpieczeń Wildena i zniesienie blokady modułu zdalnego dostępu w wehikule. Odetchnęłam z ulgą, gdy pokraczny pojazd wreszcie ruszył przed siebie; przez kolejne cztery godziny prowadziłam go wśród lodowców Trytona.

Światło zgasło nagle, dokładnie w chwili, którą przewidział Novacek. TEV utknął jakieś czterdzieści kilometrów od stacji; gdyby zasilanie działało choć godzinę dłużej, dałabym radę sprowadzić go z powrotem. Tak niewiele brakło, bym dopięła swego….

Na początku otuchy dodawały mi zielone strzałki drogi ewakuacyjnej, ale wkrótce i one zgasły. Ciemność nie odstępowała mnie ani na krok przez następnych kilka dni, które spędziłam w stacji, wyczekując chwili, gdy temperatura spadnie nieznośnie nisko i gdy ciężkie, duszne powietrze wygna mnie z azylu.

Mimo wszystko, opuszczałam to miejsce z irracjonalną ulgą, choć jakieś nieokreślone napięcie towarzyszyło mi jeszcze, gdy zwalniałam mechaniczne blokady wewnętrznej śluzy i gdy wodząc rozcapierzonymi palcami po ścianach, szukałam wejścia do magazynu skafandrów kosmicznych. Wzdrygnęłam się, gdy dłoń dotknęła wreszcie rękawa jednego z nich, bo było to prawie jak dotknięcie człowieka, ale szybko zwalczyłam lęk i obejmując ramionami obłą krzywiznę hełmu, zdołałam włączyć reflektory.

Natychmiast zalała mnie struga dawno nie widzianego, upragnionego światła. Upojona nagłą jasnością, po omacku włączałam lampy kolejnych skafandrów, aż zapłonęły wszystkie. Dopiero, gdy palce trafiły w zimną pustkę, w miejsce, które kiedyś zajmował strój Wildena, przyszło otrzeźwienie – stałam przecież przed koniecznością wyboru, który miał w sobie więcej z upiornej gry, zwanej kiedyś rosyjską ruletką, niż ze świadomym rozumowaniem.

Który wybrać? Mrużąc powieki, odczytywałam kolejno nazwiska nieżyjących już ludzi z ich kombinezonów, które, jak puste sarkofagi oczekiwały daremnie swych właścicieli, aż zobaczyłam nazwisko Novacka. Zwalczyłam ponure uczucie goryczy i rozczarowania, towarzyszące wspomnieniu astrochemika; gdzieś po obrzeżach racjonalnego umysłu plątała się myśl, że właśnie ten skafander będzie bezpieczniejszy od innych, bo po cóż Novacek miałby go psuć, skoro wiedział, że i tak umiera? Odrzuciłam precz natrętne wspomnienie starego ziemskiego przesądu, piętnującego zakładanie odzieży zmarłego, choć pozostawiło po sobie jakiś nieuchwytny niesmak.

Gdy zamknęłam za sobą wrota stacji i ogarnęłam wzrokiem znajomy, przyprószony wiecznym szronem krajobraz, spokój powrócił. Miałam w plecaku powietrza na ponad osiem godzin i jakieś czterdzieści kilometrów do pokonania. To zadanie należało do wykonalnych, jeżeli, oczywiście, skafander zachowa sprawność, jeżeli w ogóle zdołam odnaleźć TEV, nie zabłądzę na mroźnych bezdrożach Trytona i nie skończy mi się tlen. Jeżeli TEV nie nawali…

Powlokłam się przed siebie po bezdrożach zamrożonego księżyca, zaskakująco obojętna na martwe piękno trytonowego krajobrazu. Nie zwracałam uwagi na ukryte pod lodem skały, piętrzące zamrożoną lawę i wyginające ją w fantastyczne kształty, przywodzące na myśl zastygłe w ruchu, kłębiące się pod lodem gigantyczne morskie potwory. Na barwy lodu, który ubogi w swej czystej bieli na Ziemi, tutaj pstrzył się pasmami różu, czerwieni i zieleni.

Nad głową, mimo obecności Słońca, królowały widywane na Ziemi tylko nocą gwiazdozbiory, lekko, prawie niedostrzegalnie zasnute drobną mgiełką cienkiej, rzadkiej atmosfery. Na moment przemknęło mi przez głowę ulotne wspomnienie takiej mroźnej, gwieździstej nocy spędzanej dawno temu u wujostwa w Connecticut, ale natychmiast, niczym przebłysk cudzego losu odpłynęło w niebyt, nie zdążywszy obciążyć myśli zbyteczną tęsknotą. To niebo nie było do ziemskiego podobne, zauważyłam bez żalu. Na Ziemi nieboskłon bezustannie przecinały błyszczące klejnotami pozycyjnych świateł samoloty; to było puste. W tym osobliwym trójkącie obojętnego Słońca, zimnego Trytona i mnie, na Ziemię skrytą wstydliwie za horyzontem mroku nie starczyło już miejsca.

Porzuciłam wspomnienia, by skupić się wyłącznie nad tym, jak odnaleźć TEV, bo na zlodowaciałym gruncie Trytona, jak na szkle, ślady wehikułu, za którymi mogłabym podążać, ledwo były widoczne. Gdzieniegdzie tylko dostrzegałam je wyraźniej odciśnięte w pyle odległych gejzerów, który rozwiewany wysokimi wichrami na setki kilometrów, opadał na Region Monad czarnym śniegiem. Przemierzałam tę drogę wielokrotnie, ale za każdym razem widziałam ją z gadziej perspektywy wiedzionego przeze mnie robota. Teraz wszystko wyglądało inaczej.

Skarlałe pagórki i stłamszone nawałem lodu grzbiety zlewały się w jedno z nieodstępnym półmrokiem. Nie przerywały mojego marszu swą głębią szerokie bruzdy skamieniałych lodowych spękań, ubierające w mozaikę wschodnią półkulę Trytona, nie ułatwiały orientacji poszarpane brzegi nielicznych kraterów. Teren był monotonny i w swej jednostajności zdradziecki; przeczucie powoli przeradzało się w pewność, że zabłądziłam. Stąpając po azotowym szkle, połyskującym tylko gdzieniegdzie bladym odblaskiem dalekiego Słońca, mamiącym oko jak oszukańczy błędny ognik, wiele razy ulegałam złudzeniu, że dostrzegam świetlne refleksy, tańczące na szybach TEVA, by po chwili z rozczarowaniem stwierdzać, że to tylko miraże.

I wtedy, gdy zaczynałam już wątpić, lód przede mną zalśnił doskonałym błękitem. Nad ledwo zaznaczonym horyzontem, skrywającym przed moimi oczami krater Lewiatana, wschodził właśnie Neptun. Wynurzając się znad ciemnej grani, wyglądał, jakby Tryton wydawał go na świat z głębin swego mroźnego wnętrza. Czujne, błękitne oko ostatniej planety, choć odległe i zimne, prowadziło mnie jak potężne bóstwo, hipnotyzując i wabiąc. Skupiłam wzrok na rozwiniętej przez niego błękitnej wstędze i brodząc po niej, jak po skrytym pod lodem strumieniu, ruszyłam przed siebie bez obaw.

Dopiero gdy w oddali, między zastygłymi w mroku falami lodu zamajaczyła jasna sylwetka pojazdu odważyłam się spojrzeć na wskaźnik poziomu powietrza w plecaku. Zadziwiające, ale mimo iż zastygł na czerwonym polu, wciąż nie brakowało mi tchu. Instynktownie przyspieszyłam kroku, nie wierząc jeszcze, że Tryton w swej łaskawości właśnie odroczył wykonanie wyroku.

 Odetchnęłam z ulgą, szepcząc dziękczynne słowa pod adresem dawno zapomnianego boga. Z bijącym sercem uruchamiałam wehikuł, ale przynajmniej on mnie nie zawiódł, tocząc się po gładkiej równinie ku kraterowi Andvari.

Od tego czasu nic więcej się nie wydarzyło. Zamknięta w złotej klatce wehikułu ekspedycyjnego, co dzień spoglądam na uśpioną, milczącą stację badawczą. Mam sporo czasu na to, by roztrząsać przeszłe zdarzenia. O przyszłych wolę nie myśleć. Nie zastanawiam się nad tym, co będzie, gdy rozładują się ogniwa pojazdu, zanim jeszcze przybędzie pomoc. Odsuwam od siebie myśl o być może bliskiej już chwili, w której uaktywni się nieubłagany czynnik Zhanga.

Neptun krąży nad horyzontem, jakby sprawdzał, czy wciąż żyję. Słońce właśnie zachodzi, a noc na Trytonie trwa długo – prawie trzy ziemskie doby. Mam teraz w życiu nowy cel – chcę doczekać świtu. Dziś nie mam innych marzeń.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Czyta się świetnie, prawdziwe, porządne, klasyczne sf. Z uwag technicznych, miejscami nadzaimkoza: swe/moje itd. w nadmiernych ilościach. Rzuciło mi się też w oczy: " dalekiego, jakby plecami odwróconego Słońca." - nijak nie mogę sobie wyobrazić Słońca odwróconego plecami. Kula, w którą stronę się obróci, dalej będzie wyglądać tak samo.

Trochę niedosytu i rozczarowania pozostawia końcówka, ale może lepiej tak, niż jakby miała być przegadana.

Podobało się i wciągnęło. Zasłużone 5.

Tak, to jest bardzo dobra Science. Odtrutka na wszechobecne duchy, fascynacje światami nieumarłych i te de, i te pe.  

Kojarzy mi się Twój tekst z "Niezwyciężonym" i tak marginesowo z "Edenem", wiadomo czyjego autorstwa. 

Wyjątkowo wstawię ocenę, piątkę --- dlatego tylko tyle, bo kłuły w oczy błędy w zapisie dialogów, na co reaguję prawie alergicznie.

Tak, SF w starym, dobrym stylu. Bez męczącego, naukowego żargonu-bełkotu. Też daję 5, choć szóstki dostawały już gorsze teksty.

„machinalnie podając go sobie do ust” - podając? To kubek się sobie samemu podaje do ust...?

 

Adam słusznie prawi, zwracając uwagę na błędy w zapisach dialogów. Jak powinny wyglądać można przeczytać w wątku Seleny („Wskazówki dla piszących”), który jest podpięty w Hyde Parku. Albo można zajrzeć do pierwszej z brzegu polskiej książki.

 

„Nie kompromituj się, ty…kaznodziejo z Kentucky!” - brak spacji po wielokropku.

 

„...stałam jak wryta, nie spodziewając się, że zachce zaatakować.” - Jeśli się nie mylę, powinno być zechce, a nie zachce. Wydaje mi się, że „zachce” występuje tylko jako „zachce się” komuś coś/czegoś.

 

„- Nie uważasz, że wszystkie tajemnice nie mają już sensu? Że prawda komukolwiek zaszkodzi?” - Mam wątpliwości co do sposobu sformułowania drugiego pytania. „Nie uważasz, że prawda komukolwiek zaszkodzi?” nie brzmi w żadną stronę sensownie. Czy nie chodzi raczej o to, że to ukrywanie prawy zaszkodzi, a prawda ewentualnie może pomóc?...

 

„Ruszył przed siebie powoli, że spuszczoną głową” - Literówka: ze.

 

„- Tu masz wynik spektrometrii masowej. Zwróć uwagę na trzecią pozycję…- Westchnął ciężko.” - pomijając fakt, że „westchnął” winno być małą literą (zapis dialogów!), brak jest spacji po wielokropku.

 

„To miejsce, w którym znalazłaś szczątki…To niecka, wypełniona przez lawę z lodowego wulkanu…” - j.w.

 

„- Chloe…to ty jeszcze żyjesz?” - j.w. Więcej nie wymieniam, ale takich przypadków jeszcze sporo dalej jest.

 

„- Jesse, skończ z tą paranoją!.” - Wykrzyknik i kropka naraz?

 

„- Po co? – Spytał nieprzytomnie, ale nie odpowiedziałam, więc dodał: Wzywaliśmy już przecież pomoc...” - brak myślnika przed „wzywaliśmy”.

 

„Wyrzucałam z siebie słowa, przestawiając jednocześnie antenę na częstotliwość Johnnego.” - Nope. Powinno być: Johnny'ego. I wszędzie dalej też.

 

„W XXI wieku w taki sposób objechali robotami pół Marsa i to mając aktualizację wizji co 8 minut.” - W tekstach literackich liczby zapisujemy literami. Osiem minut, a nie 8 minut.

 

„...co chwilę zdarzało mi się, że robot nie zrozumiał moich intencji i wędrował nie tam, gdzie zamieszałam go wysłać.” - Literówka: zamierzałam.

 

„...nie skorzystałam jednak z wymownego zaproszenia jej gładkiej powierzchni, zatrzymując łazik wąskim gardle lodowej przełęczy.” - Chyba: W gardle.

 

„...pozwoliłam potoczyć się Johnnemu tak szybko, jak tylko potrafił, choć wiedziałam, ze zwinnego Jacka trudno mu będzie dogonić.” - Literówka: że.

 

Walka łazików przydługa, za mało dynamiczna na dodatek. I najeżona zaimkami. Przykład:

„Łazik zablokowany i przygwożdżony do niewiele wyższej od niego ściany jamy, nie miał już swobody ruchu, więc poleciłam Johnnemu wydobyć ze schowka w pancerzu jego precyzyjne, chwytne ramiona i wyłuskać z plecaka Jacka jego cenną zawartość. Nie szło mi najlepiej, bo precyzyjne ruchy ramion i operowanie kończącymi je chwytakami wymagały nie lada zręczności nawet od operatora dysponującego komorą holograficzną. Zdarzyło się przy tym, że musiałam lekko wycofać mojego robota, by dać jego ramionom nieco więcej przestrzeni i zelżał nacisk wywierany na Jacka na tyle, by zdołał uwolnić jedno ze swych pajęczych odnóży i miotając nim rozpaczliwie, zdołał dosięgnąć nim małej główki Johnnego. Obraz zaśnieżył, zadrgał i stracił swą i tak marną ostrość. Mimo to, przeklinając, udało mi się w końcu odebrać Jackowi mój skarb i umieścić go w skrytce pod pancerzem mojego robota.
Wycofałam go i pchnęłam go ku ciemniejącej w oddali równinie, ale nie ujechałam zbyt daleko. Gdy tylko minęły największe emocje, ogarnęło mnie niemożliwe do opanowania zmęczenie. Walczyłam z nim desperacko, ale byłam już u kresu sił. Zdołałam jeszcze przeprowadzić mojego robota między stromymi rozpadlinami znaczącymi początek wijącego się jak rzeka łańcucha Krakena, po czym ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Sama nie wiem, jak udało mi się pchnąć Johnnego na gładki szlak wiodący ku kraterowi Andvari, bo zbuntowane palce, drżąc w nieskoordynowanym pląsie, już z rzadka trafiały w tańczące mi przed oczami klawisze. Spojrzałam na moje dłonie ze zgrozą, wyglądały tak obco, jak kończyny zepsutego robota. Nie czułam ich, a one nie były mi posłuszne.”

Zaimki to wrogowie. Strzeż się ich.

 

„...potęgowała wrażenie, że nikt od śmierci Japończyka tu nie był. Novacka wciąż nie było, sama musiałam więc...” - powtórzenie.

 

„...nie od razu rozpoznałam własne, zniekształcone w szklanej ścianie odbicie, nie podobne do mnie ani trochę...” - niepodobne łącznie.

 

„Istniała nikła szansa, że wciąż jeszcze oczekuje w zewnętrznym korytarzu i że wywołując go przez interkom zdołam przemówić mu do rozsądku.”

Naprawdę? Jego wcześniejsze zachowanie nie wskazywało na to, by rządził nim rozsądek.

 

„Prawie Ci uwierzyłem!” - ci winno być małą literą. To nie list, tylko opowiadanie.

 

„Co znowu?.” - Ano to znowu, że są dwa znaki interpunkcyjne na końcu zdania.

 

„Głowa opadała mu bezładnie w górę i w dół, jak u lalki.” - Naprawdę? To można opadać w górę?...

 

Mimo iż prawie płakałam, pochylona nad jego wycieńczoną postacią, ale nie uzyskałam żadnej odpowiedzi.” - To nie jest dobrze skonstruowane zdanie. Mimo iż, ale? Albo jedno, albo drugie.

 

„Wkrótce jego nozdrzy zaczęła płynąc gęsta...” - brakuje tu Z przed nozdrzy.

 

„Wycofałam się tyłem” - doprawdy, mam mieszane uczucia jeśli chodzi o wycofywanie się tyłem...

 

„...szepcząc dziękczynne słowa pod adresem dawno zapomnianego boga.” - Raczej Boga wielką literą, jeśli odnosisz się do kreacji chrześcijańskiej.

 

„Nie zastanawiam się nad tym, co będzie, gdy pomimo drakońskich oszczędności, zanim przybędzie pomoc rozładują się ogniwa pojazdu.” - Czepiam się, ale to zdanie wypadałoby przebudować, bo szyk i interpunkcja w tej chwili kuleją. A czy nie lepiej byłoby na przykład:

„Nie zastanawiałam się nad tym co będzie, gdy ogniwa pojazdy rozładują się, pomimo drakońskich oszczędności, zanim przybędzie pomoc.”?

 

 

Ogólnie dość mi się podobało. Jak na SF, którego nie trawię. Napisane całkiem sprawnie, czyta się bezboleśnie. Tematyka nie moja, ale sam fakt, że dojechałam do końca, mimo iż z góry założyłam, że tak się nie stanie, to dla mnie plus. ; ) Jakby tylko dialogi były poprawne, to naprawdę byłoby ładnie...

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szalenie interesująco się czytało, chociaż pomimo specyfiki czcionki już bolą mnie oczy.

Nie cierpię czystego sf i za każdym razem, kiedy trafię tutaj na takie opowiadanie, staram się uniknąć czytania. Ale ty autorze (autorko) tak mnie zaintrygowałeś/aś początkiem, że naprawdę z przyjemnością, co więcej, z dużym zainteresowaniem, przeczytałam calość.

Prawdę powiedziawszy spokojnie widziałabym film oparty na tym tekście. Czytając już miałam go przed oczami.

Ha ha, ja też miałam wrażenie, jakbym oglądała film :D Choć na poczatku myślu uparcie kołatały mi się wokół "Solaris".

 

Ogólnie mi się podobało, choć i dla mnie sci-fi to nie całkiem ulubiony gatunek. Świetnie napisane, trzymasz poziom od początku do końca. Historia po prostu płynie :)

www.herbatkauheleny.pl

Cześć i wielkie dzięki za komentarze.

Bellatrix:

"Dalekie i plecami odwrócone Słońce". Lepiej nie brać tego dosłownie, nie chciałam po prostu po raz kolejny pisać, że jest ciemno. Taka nietrafiona personifikacja.

Joseheim:

Dzięki za dogłębną analizę.

"Machinalnie podnosząc go do ust" pewnie byłoby lepsze, ale jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy.

Szkoda, bo lubię zaimki, ale ok - będę na nie uważać.

"Szepcząc dziękczynne słowa pod adresem dawno zapomnianego boga" - tu akurat chodziło mi o Neptuna, który jakby prowadził bohaterkę. To wtedy mała czy duża litera?

A jeśli chodzi o te dialogi, to zastrzelcie mnie ludzie, ale ja nigdy nie kumam, co z nimi jest nie tak. I nawet patrzyłam do książek, ale chyba mało spostrzegawcza jestem.

I przyznaję się bez bicia, że najwięcej uwagi poświęcam temu, żeby historia miała sens, a ocenę poprawności zapisu zostawiam sobie na koniec. A to chyba błąd.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Gdy nie wymieniasz z imienia boga niechrześcijańskiego (tu: Neptuna), a tylko wspominasz o nim ogólnie, mała litera. >Grecy mieli boga mórz.<

Nie wiem, jak inni, ja Ciebie nie zastrzelę. A z dialogami to prosta sprawa --- jest w Hyde Parku temat o zapisie dialogów, taki poradniczek. 

Ponieważ jeszcze nie ma tematu najlepszych opowiadań czerwca / lipca, uprzejmie donoszę w tym miejscu, że będę nominował Twój tekst.

Ależ drogi Adamie, wątek Berylka czerwiec/lipiec już od dawna jest, tylko nikt go dziwnym trafem nie podpiął.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

(...)  nikt go dziwnym trafem (...). 

To i tak jeden z najmniej dziwnych na tej stronie trafów...

; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

AdamKB:

Dzięki, choć już sam fakt, że mój tekst spodobał się kilku osobom traktuję jak wyróżnienie.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Mam mieszane uczucia. Mimo, że to SF (za którym nie przepadam), udało mi się przeczytać całe opowiadanie. Już samo to świadczy o tekście dobrze ; P  Sam początek zasugerował mi, że fabuła będzie przebiegać według znanego schematu, i, mimo że później kilka razy nabrałem nadziei, iż tak nie będzie, ostatecznie chyba można sprawiedliwie powiedzieć, że opowiadanie jest schematyczne. Nie ma to jednak znaczenia, biorąc pod uwagę przychylne komentarze czytelników.
Chociaż w moim odczuciu walka łazików była straszliwie nudna, rozwlekła i najeżona zaimkami, a do tego sporą liczbą powtórzeń. Oba zjawiska były bolączką tekstu jeszcze jakiś czas później. Zapis dialogów trochę mnie denerwował.
Ostatecznie mogę powiedzieć, że tekst mi się podobał. Trochę ; )
No i zastanawiają mnie dwie rzeczy: skąd angielskie nazwy łazików w ekspedycji finansowanej przez chiński (dumny i - z tego co można wywnioskować z opowiadania - dominujący w świecie) rząd? ; ) I dlaczego "Kaldera Leviathana" a nie "Lewiatana"?

People say nothing is impossible, but I do nothing every day.

Beryl:

Trochę to już coś. Mógł przecież nie spodobać się wcale ;).

Nazwy łazików? Droga tego tekstu do jego ostatecznej wersji była długa i wyboista. I po tej drodze zgubiło się gdzieś wyjaśnienie, że Amerykanie nadali łazikom bardziej znane, swojskie imiona, bo nie byli w stanie zapamiętać ich chińskich nazw. Pewnie powinnam była zostawić to zdanie, ale jakoś nie udało mi się go sensownie do niczego przypiąć.

Leviathan? Po prostu szukając odpowiedniego miejsca akcji opowiadania korzystałam ze stron anglojęzycznych. I tak jakoś został ten Leviathan.

Poza tym mam pytanie: prawie wszyscy, którzy zabrali głos deklarują, że nie lubią SF. To taki przypadek czy ogólna tendencja? Chodzi mi o to, że gdyby udało mi się kiedyś coś jeszcze w tym duchu napisać, to mogę tu zamieścić, czy raczej: "co za dużo, to niezdrowo"? ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Po prostu miłaś pecha trafić na takich czytelników ;) A tak poza tym, to jest jak najbardziej miejsce na sci-fi.

www.herbatkauheleny.pl

Chodzi mi o to, że gdyby udało mi się kiedyś coś jeszcze w tym duchu napisać, to mogę tu zamieścić, czy raczej: "co za dużo, to niezdrowo"? 

Niedobory też prowadzą do ciężkich schorzeń. Żadne tam "mogę" --- poczuwaj się do takiego obowiązku wobec jeszcze żyjącej garstki przedkładających SF ponad {autocenzura --- nie spieszy mi się na tamten świat  :-) } o żądnych krwi bajkowych stworach, tworach i potworach.

Tekst jest niezły. Wydaje mi się jednak, że początkowi opowiadania przydałoby się więcej pieszczot --- tj. parę zdań więcej o bohaterach i znalezisku.

pozdrawiam

I po co to było?

Ja chciałam powiedzieć, że zabrałam głos (nawet jako pierwsza) i lubię SF :)

Cześć.

Syf. : pewnie by się przydało, ale nie chciałam zniechęcać czytelników przydługimi opisami na samym początku.

Bellatrix : dlatego nie napisałam że wszyscy, tylko  "prawie wszyscy". Miło się przekonać, że ktoś jeszcze lubi ten gatunek, choć chyba przebrzmiały i niemodny :) 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie za bardzo jest to wciągające... Może dlatego, że wszystko to już gdzieś tam było --  i zostało wcześniej napisane. Po prostu --- stary, wytarty schemat.  

Dłużyzny. Mało dynamiczny tekst. 

Solidana robota, ale nie porywa ani formą, ani w sumie --- bardzo mało odkrywcżą treścią.

Pozdrówko.

4/6

Wszelkie pomyłki, błędy i lapsusy nie są w stanie przesłonić faktu, że jest to bardzo dobry tekst. Oby wiecej takich na tej stronie. Gratuluję!

RogerRedeye: Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że takim opowiadaniem rewolucji w literaturze nie zrobię. Zresztą, wcale nie chcę. Wystarczy mi, że spodoba się paru osobom i pozwoli im na chwilę oderwać się od przyziemnych spraw.

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za wyróżnienie.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Bardzo przyzwoity tekst hard SF. Zdecydowanie brakuje takich na tym portalu. Czytało się płynnie a historia z kazdym zadaniem wciągała coraz bardziej. Przyspieszenie kakcji w połowie nadało tej historii odpowiedniego dramatyzmu. Zakończenie idealne, a w zasadzie idealny brak zakończenia. Przy scenie ze skafandrami Przypomniał mi się 8 obcy pasażer Nostromo. Porównanie jak najbardziej zasłuzone.Bardzo mi się podobało. Pozdrawiam.   

Nie no, nałgałaś w przedmowie. Tekst ani trochę nie nudny, mnie trzymał w napięciu, ciągle coś się zmieniało. A że najwyraźniej poprawki wprowadziłaś – nie mam się czego czepiać. Świetne opowiadanie.

Babska logika rządzi!

No to trochę zmieniłam tę przedmowę ;)

Wielkie dzięki za wizytę.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Z całą pewnością jedno z lepszych i bardziej zajmujących opowiadań, a lata, które minęły od chwili, gdy pojawiło się na tej stronie, w niczym mu nie zaszkodziły, jest bowiem ponadczasowe.

Czytałam z niesłabnącym zainteresowaniem, od samego początku, aż do bardzo satysfakcjonującego końca. Żal, że zajrzałam tu dopiero teraz, mogę mieć tylko siebie. ;-)

 

Pierś męż­czy­zny uno­si­ła się słabo w górę i w dół. – Pomijam masło maślane, ale czy na pewno pierś unosiła się w dół?

Może: Pierś męż­czy­zny słabo uno­si­ła się i opadała.

 

zwięk­szy­łam czę­sto­tli­wość ich wy­ko­ny­wa­nia, tak, by spły­wa­ły płyn­nie… – Nie brzmi to najlepiej. 

 

Nagle Wil­den za­trzy­mał ro­bo­ta. Wstrzy­ma­łam od­dech;  – Tu też nie najlepiej.

 

zda­łam sobie spra­wę, ze Wil­den za­mie­rza obejść mnie bo­kiem… – Literówka.

 

i je­dy­nym, co było sły­chać, były trza­ski za­kłó­ceń… – Może: …i je­dy­ne, co było sły­chać, to trza­ski za­kłó­ceń

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak, zwłaszcza że tekst przypadł w dzień Twojego dyżuru, Regulatorzy :) Co prawda cztery lata wcześniej (później?), ale zawsze :) Byki oczywiście poprawiam.

Wielkie dzięki za wizytę. Strasznie się cieszę, że wciąż da się toto czytać, pomimo upływu lat :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Chcesz powiedzieć, Marianno, że gdybym była młodsza o te cztery lata, opowiadanie czytałoby mi się jeszcze lepiej? ;-D

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm, niekoniecznie. Cztery lata temu było w tym tyle zbędnych zaimków, że zapewne złapałabyś się za głowę, tak jak ja, gdy odświeżyłam sobie ten tekst :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Cztery lata temu w głowie mi nie postało, że mogę komentować Wasze opowiadania. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka
Patronujemy