- Opowiadanie: uthModar - Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina

Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina

Gospoda „Cztery złote pokoje" słynęła na całą okolicę. Słynęła głównie z tego, że swą nazwą po trzykroć wprowadzała w błąd potencjalnych klientów. Pomieszczenia były dwa, a wśród ciemnoszarej mozaiki kolorów próżno było szukać złotego odcienia. Wiele słów cisnęło się na usta przy próbach opisania ich wystroju, ale najczęściej powtarzające się to „chlew", „grota" i „ciemnica". Przytaczano też całą gamę mniej cenzuralnych określeń, na których brzmienie niejedna dziewka okrywała się wstydliwym pąsem. Tylko duża dawka optymizmu pozwalała w ogóle zaklasyfikować wnętrze gospody do zaszczytnej kategorii pokojów. Ale że karczma była znana, to właśnie przed nią rozbił swój kram Mistrz Haxerlin, nie wnikając w powody owej sławy.

 

 

– Do mnie, ludkowie, do mnie! Cuda i dziwy przybyły do Möhren! – nawoływał przechodniów stojąc za straganem, na którym dopiero co ulokował swoje skarby. Reszta osobliwości zalegała na pobliskim wozie, zajmując każdy możliwy kawałek przestrzeni.

 

Mistrz Haxerlin był niskim mężczyzną. Tak mógłby stwierdzić każdy, kto przeoczył fakt, że kiedy zachwala towar, wchodzi na drewniany podest, zyskując tym sposobem kilkanaście dodatkowych centymetrów. Bardziej spostrzegawczy zgodnie uznawali, że był bardzo niskim mężczyzną. Głowa, pozbawiona nawet odrobinki owłosienia, lśniła w pełnym słońcu niczym wypolerowana przyłbica. Łysina równie dobrze mogła być efektem ubocznym intensywnej pracy umysłu, jak i następstwem choroby skóry – Mistrz Haxerlin wiedział, jak było naprawdę, ale nie wyprowadzał z błędu nikogo, kto chciał przypisywać jego fryzurę nadzwyczajnym walorom intelektu. Purpurowe szaty zachwycały symbolami księżyca i klepsydry, wyszytymi srebrną nicią na przodzie tuniki oraz kształtami dziwacznych spirali, jakie zdobiły zakończenia obszernych rękawów. Przywodziły na myśl odzienie czarodzieja, dlatego też Mistrz Haxerlin omijał szerokim łukiem większe miasta, by nie narazić się na krzywdzące porównania do hochsztaplera i łgarza, jak zwykli określać go prawdziwi adepci arkanów magii. Wolał ustronne wsie i miasteczka takie jak Möhren, gdzie istniała bardzo nikła szansa, że ktoś zarzuci mu amatorszczyznę.

 

– Zakosztujcie potęgi niezwykłości! Szczęśliwe amulety, relikwie bohaterów, eliksiry młodości, magiczny oręż, aromatyczne przyprawy! – Kupiec jednym tchem wyrecytował specjały, największy nacisk kładąc na ostatni, bo wychodził z założenia, że pieprz i sól, jakie również posiadał w swoim asortymencie, nadadzą reszcie pozorów autentyczności. - Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina specjalnie dla was, najmilsi!

 

Przed straganem zgromadziła się całkiem spora grupka gapiów. Kilku mężczyzn szybko odeszło, pomrukując pod nosem, bo opacznie zrozumieli drugi człon nazwy i srogo się rozczarowali, nie dostrzegłszy żadnych roznegliżowanych kobiet. Ich miejsca długo nie pozostały puste – mieszkańcy Möhren łasi byli na wszelkiego rodzaju atrakcje, począwszy od pożaru w obejściu sąsiada a skończywszy na publicznej egzekucji. Wizyta handlarza egzotycznymi wyrobami plasowała się gdzieś pośrodku.

 

– Panie kupiec – odezwała się jedna z kobiet, przepychając przez gęstniejący tłum. – Jaki syrop miłości macie tam w kuferkach?

 

Mistrzowi Haxerlinowi wystarczył rzut oka na klientkę, by domyślić się, że jedynym skutecznym środkiem, zdolnym usidlić uczucie, byłyby w tym przypadku wnyki na niedźwiedzia albo potężna porcja alkoholu, dawkowana oblubieńcowi regularnie i nad wyraz szczodrze. Najlepiej w godzinach nocnych, by światło dnia, padające na twarz niewiasty, nie ostudziło mocy specyfiku.

 

– A jakże, dobra ko… – zawahał się, gdy klientka podeszła bliżej i ukazała w pełnej krasie, ale w końcu postanowił zaryzykować -… kobieto. Mam tu napój specjalnie na taką okazję. Rozpali zmysły mężczyzny do czerwoności i zamieni w niezrównanego kochanka, gotowego do miłosnych uniesień z tą damą, na której pierwszej spocznie jego wzrok. – Sięgnął do którejś z wydawałoby się niezliczonych sakw, zalegających na tyle wozu. – Proszę, oto i jest! – Triumfalnie uniósł w górę butelkę, by każdy mógł dostrzec chaotyczne wzory na szkle, jakie wyrysował kilka dni temu. Potężnie wysilił wyobraźnię, by zakrzywione linie, hexagramy i pętle różnej wielkości układały się w coś, co przynajmniej od biedy można było określić „sekretnymi znakami".

 

Tłum wydał z siebie szept aprobaty. Ludzie z uznaniem kiwali głowami, doceniając kunszt, z jakim naniesiono mistyczne symbole. Mistrz Haxerlin uśmiechnął się pogodnie; opłaciło się zainwestować kilka monet w księgę uczącą podstaw malunku.

– Tylko trzy srebrniki, by opleść wybranka pnączem namiętności.

– Jeszcze mi pan kupiec powie – kobieta odliczyła monety i zabrała butelkę – ile kropel mam lać, co by te pnącza dobrze trzymały.

Mistrz Haxerlin pogładził się po wystającym podbródku. Niezadowoleni klienci nie przysparzali mu dobrej renomy, więc dla pewności sięgnął po drugą flaszkę.

– Pierwszy chętny, gotowy zakosztować Cudów i dziwów, zostaje wynagrodzony darmowym egzemplarzem! – krzyknął donośnie, potrząsając pokaźnym brzuszyskiem. Księżyc na purpurowej szacie uwydatnił się, jakby była pełnia. – Niech obiekt pani uczuć – handlarz wzdrygnął się w duchu na myśl o losie nieszczęśnika – wypije całą zawartość naczynia, a po pół godzinie przyjmie kolejną dawkę napoju miłości.

– Panie kupiec! – Niewiasta odkorkowała butelczynę i powąchała magiczny trunek. – Toć to czarodziejstwo cuchnie jak gorzała!

– Ba, powiem więcej – uzupełnił prędko Mistrz Haxerlin. – Nawet tak samo smakuje. Tym chętniej zostanie wypite, prawda? Mężczyzna sam się zniewoli kajdanami uczucia.

 

Dziesięć minut później pozbył się ostatniej flaszki, bo zachęta podziałała nie tylko na spragnionych miłości, ale na wszystkich spragnionych jako tako.

 

– Co żeś tam napchoł? – Przygarbiony chłop, o twarzy tylko trochę mniej brudnej od stroju, przyglądał się ciekawsko płóciennemu workowi z dość wiernie oddanym konturem świniaka. Forma, w jakiej zadał pytanie, sugerowała, że zwroty grzecznościowe są mu podobnie obce jak higiena.

 

Kolekcjoner niezwykłości zgarnął z lady pokaźny stos monet, który uzbierał się po sprzedaży afrodyzjaków w płynie, i wsadził do dębowej szkatuły, będącej jedynym magicznym przedmiotem w okolicy. Gdyby jakiś złodziej próbował ją ukraść, byłby to ostatni niecny występek w jego karierze, chyba że pod nową postacią rozsmakowałby się w innych formach przestępczości, zarezerwowanych dotąd wyłącznie dla myszy.

– Ach! – Rzucił krótkie spojrzenie garbusowi, żeby mieć pewność, że przekoloryzuje aby na pewno to, na co tamten patrzy. – To mieszanka specjalnie dobranych alchemicznych składników, po których trzoda nabiera krzepy, cudownym sposobem zwiększa masę i obrasta tłuszczem, dając dwakroć tyle mięsa, ile dałaby bez czarodziejskiej ingerencji.

Chłop milczał dłuższą chwilę, mrugając głupio oczami, jakby miało mu to pomóc w przyswojeniu informacji.

– Co żeś tam napchoł? – powtórzył zrezygnowany, tyle że głośniej.

Mistrz Haxerlin zmienił taktykę, dostosowując się do oczekiwań klienta.

– Paszę dla świń – stwierdził po prostu, nie bawiąc się w żadną modulację głosu.

Chłop podrapał się po skołtunionych włosach.

– A byndom to kury żreć?

– Będą – odparł handlarz, przekonany, że jak kury zgłodnieją, to zjedzą wszystko.

– I byndom duże?

– Byndo… znaczy będą.

– Bo żeś tam magii napchoł? – zapytał z triumfalnym uśmiechem, tak jakby w końcu przejrzał mroczną intrygę kupca.

– Eee…– zastękał Mistrz Haxerlin, zbity z tropu przebiegłością lokalnych rolników. – Tak. Wszystko, co oferuję, jest magiczne, zwłaszcza ta pasza.

 

Tu akurat nie przesadzał. Nadprzyrodzoną właściwością mieszanki był fakt, że na targu kupował wór z paszą za dwadzieścia miedziaków i kiedy tylko kładł go na ladę Cudów i dziwów, tajemniczym sposobem kosztował już dwie srebrne monety.

 

– A to wyzme. Byde mioł duże kury. – Wyszczerzył zepsute zęby i omiótł wzrokiem zbiegowisko, szukając zazdrosnych spojrzeń. Niczego takiego nie znalazł; posiadanie dużych kur najwidoczniej nie znajdowało się na liście priorytetów mieszkańców Möhren.

 

Do straganu podeszła elegancka dama w różowej, bufiastej sukni. Choć bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie, że podpłynęła. Falbankowy okręt sunął majestatycznie przez morze prostaczków, nie przejmując się, że pasuje do towarzystwa jak kot do cylindra. Znaczy się, teoretycznie kot może mieć cylinder, jeśli się uprze. Zasadnicze pytanie: po co?

 

Dama była elegancka w tym rozumieniu, w którym za przejaw elegancji uważa się dekorowanie fryzury małymi, świecącymi rzeczami, pobrzękującymi dźwięcznie przy każdym kroku. Wysoko upięty kok mieścił w sobie taką ilość świecidełek, że odpowiednio skondensowana wiązka światła, odbijając się od nich, mogła pozbawić wzroku albo wzniecić pożar w suchym lesie.

– Madhemoiselle Emehencjanna – rzekła teatralnie i zadarła głowę. Kilku najbliżej stojących ludzi zasłoniło oczy. Dzień był wyjątkowo słoneczny.

– Miło mi panią poznać. – Mistrz Haxerlin prawie że położył się na ladzie, by sięgnąć ustami wypielęgnowanej dłoni, którą dama nadstawiła do ucałowania.

– Jah tylho ushyszaham o pahńskiej wizhycie, niezwhocznie udaham się pod spehunę, htóhą zwą „Cztehema zhotymi pohojami". – Gdyby karano za wplatanie literki „h" do każdego wypowiadanego słowa, Mademoiselle Emerencjanna gniłaby w zimnej celi po kres swoich dni. – Stoję whięc i pahtrzę, czy znajdę tu coś do mohjej hohekcji – A gdyby dodatkowo wyrywano języki za komentowanie na głos tego, co właśnie się robi, porozumiewałaby się wyłącznie sygnałami świetlnymi.

 

– Czego konkretnie pani szuka? – spytał sprzedawca, chroniąc oczy przed blaskiem, roztaczanym przez imponujący kok. – Stwohów. Dehohuję sahon. Whie pan, whampihy, topiehce, strzyhgi. Mam jhuż smhocze shrzydła na ściahnie, dywhan ze shóhy ogha i hamphę z czhaszhi minhotauha.

 

Mistrz Haxerlin musiał dłuższą chwilę rozgryzać, czym jest „hampha z czhaszhi minhotauha". Doszedł do wniosku, że nie chciałby, aby płonąca głowa minotaura oświetlała mu stronice książki, kiedy relaksuje się po pracy. Szybko zabrał się do poszukiwań, zanim zdążył sobie wyobrazić kolację w salonie Mademoiselle.

 

– Mam coś, co może panią zainteresować – położył na ladzie duży, szklany słój i zrzucił cienką płachtę, która ukrywała zawartość. – Oto łeb najprawdziwszego centaura! – Pierwszy rząd gapiów cofnął się w przestrachu. Zewsząd zaczęły się dobywać na przemian jęki grozy i fascynacji.

 

W słoju pływała głowa mężczyzny. Mistrz Haxerlin przejechał go zupełnie przypadkowo, kiedy biedak leżał pijany na środku traktu. Kupiec znał się na marynowaniu ogórków, więc jedynym problemem było znalezienie odpowiednio dużego naczynia, by obrócić niefortunny wypadek na swoją korzyść.

– Całkiem podobny do Heinza – odezwał się ktoś przytomnie.

 

Tłum zaczął szemrać.

 

– Mówił, że do Weimburga idzie, szczęścia szukać.

 

 

– Gdzie tam! Pewno na koński sabat lazł.

 

 

– Pożyczył kiedyś srebrnika i nie oddał, centaur jeden!

 

– Po wódce zawsze rżał jak klacz. Zło z niego wyłaziło! In vino veritas!

 

– Byde mioł duże kury.

 

– Znahomicie! – Ucieszyła się różowa dama i aż podskoczyła z radości. Oślepiony tłum stracił zapał do roztrząsania sprawy centaura Heinza, który przez wiele lat ukrywał naturę potwora pod przykrywką miejscowego pijaczyny.

 

– Będzie ideahnie homponował się z hominkiem. Phoszę go zapahować.

 

 

– Mistrzu Haxerlinie… – odezwał się nieśmiało ktoś z tylnich rzędów. Handlarz dobijał właśnie kolejnej transakcji, przekonując jegomościa z sumiastym wąsem, że Talizman Ochrony Przed Złem śmierdzi dlatego, żeby owe zło trzymało się z daleka, a podobieństwo medalionu do truchła rozkładającego się szczura to tylko fanaberia artysty.

– Tak, chłopcze? – rzucił krótko, gdy klient odszedł wreszcie z talizmanem na szyi. Rozstępujący się przed nim tłum, odrzucony smrodem, w stu procentach dowodził skuteczności artefaktu. Przy założeniu, że w każdym człowieku tkwi pierwiastek zła.

– Ja bym chciał… – Młodzieniec przestępował z nogi na nogę, prawie że potykając się o przydługawe nogawki. – Ja bym chciał miecz. Magiczny. – Spuścił nisko głowę, jakby zawstydzony własnym życzeniem. – Uzbierałem trochę pieniędzy.

– Ha, to się dobrze składa, paniczu. – Mistrz Haxerlin zatarł ręce, ciesząc się na myśl o pozbyciu rupiecia, jaki targał ze sobą już któryś miesiąc z kolei.

Chłopak zadarł głowę, podejrzewając, że „panicz" to jakaś wyjątkowo nieprzyzwoita obelga, ale koniec końców postanowił zignorować zaczepkę.

– Śpieszno ci do wojaczki, co? – Kupiec zaśmiał się uprzejmie i wdrapał na wóz, przetrząsając kufry w najdalszym kącie, gdzie umieścił przedmioty spisane na straty. Niedługo miał je porzucić w przydrożnym rowie.

Młodzieniaszek pokraśniał i potrząsnął bujną blond czupryną.

– Tak, Mistrzu! Ferwor walki, ryk wojennych trąb… – Wciągnął głęboko powietrze, jakby wdychał gęste opary bitwy. Niestety wąsaty mężczyzna z Talizmanem Ochrony Przed Złem nie odszedł zbyt daleko i niedoszłego herosa trochę zemdliło. – Dwaj odważni wojownicy, ścierający się w otwartym polu… – ciągnął rozmarzonym głosem, gdy na powrót złapał oddech. – Ich pancerze popękały pod wpływem mocarnych ciosów wroga; nagie torsy lśnią w palącym słońcu a krople potu spływają po naprężonych muskułach. Dawno stępili ostrza broni, więc odrzucili bezużyteczną stal i walczą wręcz, patrząc sobie głęboko w oczy i koniuszkiem języka oblizując spierzchnięte wargi. Splatają palce niczym para kochanków, obejmują się w śmiertelnym uścisku. Spodnie krępują ruchy tancerzy zagłady, zatem czym prędzej pozbywają się resztek odzienia. Przesuwają dłońmi po atletycznym korpusie, szukając luki w obronie przeciwnika, by przygwoździć go do ziemi, by pokonać, by posią…

– Mam! – Mistrz Haxerlin, ściskając pod pachą kawał żelastwa, wygrzebał się z wozu, gdzie do jego uszu nie dotarła plastyczna przemowa. – Hej, synku, nie podwędziłeś mi aby jednego z Talizmanów Ochrony Przed Złem? – Zmarszczył brwi na widok wolnej przestrzeni, jaka utworzyła się wokół chłopaka. Przejmująca cisza i grymas półotwartych ust, zastygły na twarzach mieszkańców Möhren, wskazywały dobitnie, że byli świadkami wydarzenia, o jakim szybko chcieliby zapomnieć.

– Oto miecz D'rankhana Wielkiego! – Kupiec wyraźnie zaakcentował personalia wymyślonego naprędce bohatera, by uzmysłowić gawiedź, że jego miana nie zapisuje się ot tak, tylko używa do tego jakiegoś wyjątkowego znaku interpunkcyjnego, co czyni herosa jeszcze bardziej niesamowitym.

Oczy chłopaka zaświeciły jak złote korony, które dopiero co opuściły królewską mennicę. Z ust gapiów dobyło się wyraźnie słyszalne westchnienie podziwu, hołd złożony niezwykłym dokonaniom D'rankhana Wielkiego, które to dokonania każdy sobie indywidualnie obrazował w umyśle, w zależności od pokładów posiadanej wyobraźni.

Wzniesiony w górę oręż jeszcze kilka sekund temu był starym, pordzewiałym mieczem z ułamaną w pół rękojeścią, ale stał się właśnie starym, pordzewiałym mieczem z ułamaną w pół rękojeścią, którego onegdaj dobywał D'rankhan Wielki.

– Mistrzu Haxerlinie, nie wiem, czy będzie mnie stać na tak potężną broń… – zachlipał blondynek, nie spuszczając z oczu cennego artefaktu.

– Paniczu, bądź dobrej myśli – rzekł kojąco handlarz, nachylając się nad straganem i zaglądając chłopakowi do sakwy, kiedy ten drżącymi palcami rozsupłał wreszcie rzemyk.

– Będzie tu…

– W sam raz, w sam raz – przerwał niski człowieczek, nie czekając, aż młodzik skończy rachować monety. Zagarnął je razem z mieszkiem. – Dałem ci mały upust, bo coś mi się widzi, że możesz być godnym następcą D'rankhana Wielkiego. Wspomnij no czasem starego Haxerlina, gdy wygrasz pojedynek z którymś z czempionów króla. – Twarz chłopaka rozjaśnił maślany uśmiech, a z jego piersi dobył się cichy pomruk zadowolenia. – Albo gdy zdobędziesz już serce księżniczki. – Kupiec mrugnął porozumiewawczo, a pomrukiwanie ustało równie szybko, jak zniknął rozmarzony grymas.

 

 

– Co tu jest wygrawerowane? – zainteresował się młody rycerz, dostrzegłszy szczątki napisu na rękojeści.

 

– PiS – odczytał inskrypcję posiadacz imponującej baraniej czapki, który od pewnego czasu nachylał się nad ramieniem chłopaka i podziwiał fantazyjne kształty broni.

 

– Prawy i Sprawiedliwy – rozszyfrował w mig handlarz. – Kolejny przydomek naszego bohatera, jaki uzyskał podczas…

 

– A nie przypadkiem Pattersen i Synowie? – Ktoś z tłumu okazał się być nie lada światowcem, skoro kojarzył inicjały rodzinnego interesu kowali z północy. Szybko został jednak zakrzyczany przez ludzi, którzy dowodzili, że ich dziadkowie osobiście poznali D'rankhana i faktycznie kilka razy przedstawił się im mianem widniejącym na rękojeści. Posiadacz magicznego miecza dumnym krokiem opuścił zgromadzenie, nawet nie spytawszy o dokładne właściwości artefaktu i o to, czy niemożność normalnego trzymania oręża, za sprawą ułamanej klingi, wlicza się w ich poczet.

 

Mistrz Haxerlin sprzedał jeszcze różnobarwne skałki, stanowiące niezawodny środek odstraszający wilkołaki (dawno nie widziano bestii w tych okolicach, ale na wszelki wypadek poinstruował nabywców, jak odpowiednio rzucać w nie kamieniami), chustę, którą ocierała twarz Błogosławiona Kapłanka Shafre (i tak musiał kupić nową, tamta była cała przepocona), wizerunek krajobrazu owianej złą sławą Krainy Cienia (nie chciał sprzedać, bo poczuł się trochę urażony, że jego ulubioną polankę wzięto za przedsionek do świata zmarłych, ale kobieta była wyjątkowo uparta) i kilka mniej ważnych, ale nie mniej cennych drobiazgów.

 

 

Siedział teraz przy stoliku w „Czterech złotych pokojach", tak bardzo usatysfakcjonowany przychodami z dzisiejszego dnia, że nawet nie poczuł się oszukany nazwą przybytku.

– Karczmarzu! – zawołał, gdy dopił piwo. – Coś na ząb. Co polecacie?

– Boli was? – zainteresował się siwy mężczyzna za ladą. – W Möhren nie ma cyrulika, nie przetrzymał zeszłej zimy. Ale kowal jest. Czasami nawet trzeźwy. – Pokiwał głową, jakby chylił ją przed kowalską abstynencją.

– Głodnym, karczmarzu, głodnym. – Handlarz przeczuwał, że przenośnia dla właściciela „Czterech złotych pokojów" mogła być jakimś dziwnym urządzeniem do wodowania statków. W tym momencie pytanie, skąd zaczerpnął pomysł na nazwę lokalu, urosło do rangi niezgłębionej tajemnicy.

– To od razu było mówić – burknął szynkarz. – Zara co podam.

 

Niski mężczyzna w purpurowych szatach odchylił się na krześle, poklepując z zadowoleniem po pękatym brzuchu. To jest życie! Ciekawe, jakby się ułożyło, gdyby zaraz na początku obwoźnej działalności nie przybrał pseudonimu, pod którym znają go teraz mieszkańcy wielu wsi i miasteczek, zachwalając Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina wszędzie tam, dokąd zajdą.

Mark Etting. Z czymś takim nie da się zrobić kariery.

 

Koniec

Komentarze

(...) wizerunek krajobrazu owianej złą sławą Krainy Cienia (nie chciał sprzedać, bo poczuł się trochę urażony, że jego ulubioną polankę wzięto za przedsionek do świata zmarłych, ale kobieta była wyjątkowo uparta) (...).
Odrobinę naputałeś w tym zdaniu, ale niech Ci będzie odpuszczone, bo dawno się tak nie ubawiłem. Oczywiście nie tylko za sprawą tego jednego opisu transakcji.

Fajne!

Witaj!

Bardzo dobry tekst! Powtarzając za AdamemKB: "dawno się tak nie ubawiłem"! Poziom prezentowanego przez Ciebie poczucia humoru odpowiada mi w zupełności, tak jak i postać sprytnego Mistrza Haxerlina. Udatnie wykreowane postaci i znakomite dialogi dopełniają całości. Trochę Pratchettowo wyszło w stylu, a pisanie w podobnym duchu wcale nie jest łatwe.

- Głodnym, karczmarzu, głodnym. - Handlarz przeczuwał, że przenośnia dla właściciela „Czterech złotych pokojów" mogła być jakimś dziwnym urządzeniem do wodowania statków.

To zdanie jest kulawe. Byłoby lepiej, gdyby umieścić słowo "przenośnia" po nazwie karczmy.
"Handlarz przeczywał, że dla właściciela "Czterech złotych pokojów" przenośnia mogła być jakimś dziwnym urządzeniem do wodowania statków."

No, ale to już w zasadzie czepialstwo. Bardzo mi się podobało!

Pozdrawiam
Naviedzony

Wesołe i fajne. W kilku miejscach nie powinieneś strzelać dowcipem aż tak dosłownie, ale ogólnie duży plus.

Dzięki za pozytywne komentarze. Cieszę się, że opowiadanie dało wam kilka chwil rozrywki. Wskazanie niezręcznych sformułowań przyda się na przyszłość, w pracy nad kolejnymi tekstami. Co do poczucia humoru - wychowałem się na Pratchecie, Monty Pythonie i filmach z Leslie Nielsenem. Nigdy nie zapomnę o korzeniach ;)

Jak na razie wyszły Ci na dobre te korzenie. Pisz dalej, bo chętnie poczytam więcej Twoich tekstów.

tekst bardzo, bardzo fajny. cudownie nadaje się do lekkiego, relaksującego poczytania, zwłaszcza, że niektóre momenty naprawdę są nie do przebicia. poza tym duży plus dla autora za ciekawie kreowane dialogi. stylowi też w gruncie rzeczy nie mam co zarzucić (a wierz mi, że zarzucać lubię mu bardzo wiele, jeśli tylko nadaża się okazja)

jak na pierwsze wrzucone opowiadanie, zdecydowanie poziom wysoki. oby tylko autor nie spoczął na laurach i oby następne teksty były równie udane.
pozdrawiam i życzę powodzenia

Czytając, co chwilę, śmiałem się coraz głośniej. Rozbawiły mnie "dziwy", kobieta z eliksirem miłości, chłop od dużych kur (szkoda, że nie chciał mnieć dużych jaj :-)), dama z "h", młodzieniec marzący o nagich wojownikach itd. Zatrzymało mnie ostatnie zdanie. W tym na pewno jest jakiś hak- pomyślałem. Mark Etting, mark etting... Marketting!!!
To jest genialne!
Ocena 6. W pełni zasłużona.

Scena z chłopaczkiem przypomniała mi, jak kiedyś mój mocno podchmielony wspólokator tłumaczył włascicielowi mieszkania, dlaczego chodzi na krav magę :) Opowiadanie przyzwoite, ale nie powiem, żeby mnie jakoś specjalnie zachwyciło albo rozśmieszyło. Taki szkolny humor. 

www.herbatkauheleny.pl

- Po wódce zawsze rżał jak klacz. Zło z niego wyłaziło! In vino veritas!

Padłem. Świetny tekst, brakuje mi tylko jakiegoś twistu w zakończeniu. Chyba, że coś przeoczyłem. Daje wirtualną [nie mogę wstawiać] 5!

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Pyszne! Dobre czytadełko wyraźnie w duchu Pratchettowskim, ale nie bezmyślnie kopiujące tylko twórczo rozwijane przez pomysły autora. Zabawa przednia i morał jest. Mucha nie siada :)

Nie będę pisał co o tym myślę.

A to dlaczego?

Ależ gwidonie nie krępuj się. Najwyżej spotkasz się z portalowym linczem. ;)

Bardzo sympatyczne. Czyta się lekko. Poziom endorfin wyraźnie mi podskoczył.
Czyta się nawet lepiej niż Pratchetta. Dialogi - palce lizać. Literę "h" umieszczałbym w wyrazach trochę inaczej (jako dodatek, a nie zamiennik), ale ogólnie super. Z zainteresowaniem będę śledził kolejne twoje opowiadania.

Dzięk. Pracuję nad kolejnymi opowiadaniami z postacią Mistrza Haxerlina w roli głównej. Tym razem szykuje się więcej akcji, a transakcje stanowić będą jedynie tło.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że napisałeś "Czyta się nawet lepiej niż Pratchetta" O.o Komplement bardzo miły, acz raczej na wyrost ;) Ale mobilizuje! 

Mistrz Haxerlin byłby genialny w książce, jako postać drugoplanowa. Typ Zagłoby w "Ogniem i mieczem", czy Jaskra w "Wiedźminie".

Bardzo urokliwe opowiadanie. :) Mało opowiadań, w zamierzeniu zabawnych, mnie rozbawia. Temu się udało.

Cieszę się niezmiernie, że ktoś jeszcze tu zajrzał po takim czasie :) Zapraszam, ocho, do zapoznania się z dłuższymi historiami o Mistrzu.

Przeczytałem zachęcony wątkiem w hyde parku. Przy opowiadaniu usmialem sie kilka razy. Nasunelo mi lekkie skojarzenie z filmem "Medicus". Nie lubię za bardzo rozrywkowej fantastyki, ale jeśli mam czytać to właśnie taką. Jeszcze raz gratuluję publikacji :)

http://gexe.pl/ksiazki/806,cuda-i-dziwy-mistrza-haxerlina

 

I to pod tym samym tytułem, a wydane później niż opowiadanie… Ciekawe…

 

Bardzo dobre opowiadanie. Świetny humor nawiązujący trochę do niektórych znanych z rzeczywistości postaci ;) ale też równocześnie dobra spostrzegawczość dotycząca ludzkich zachowań.

 

Lekki styl pisania. Bardzo dobrze mi się czytało. Łapka w górę ode mnie ;)

Kurczę, dawno temu w NF czytałem Twój tekst pt. “Nie wszystko złoto, co się świeci” (czy jakoś tak?) i byłem, łagodnie mówiąc, zażenowany. Teraz – po Twoim ogłoszeniu w HP – zapoznałem się z powyższym opowiadaniem i… spodobało mi się. Sam już nie wiem, czy te teksty są na tak różnych poziomach, czy we mnie się coś zmieniło. Niemniej – dobrze się przy lekturze bawiłem.

Sorry, taki mamy klimat.

@belhaj – dziękuję!

 

@Fajrom – no tak, od tego opowiadania się zaczęło, potem na bazie pomysłu powstała książka. W HydeParku napisałem więcej o szczegółach.

 

@Sethrael – pamiętam nawet Twój komentarz, choć go nie komentowałem. Słówko na “g” i coś o menelach spod budki z piwem :) Fajnie, że przynajmniej ta historyjka Ci podeszła. Może kiedyś sięgniesz po książkę?

 

Wkleję też swój komentarz z fb:

Zdaję sobie sprawę, że tworzenie historii wokół punktu wyjściowego, jakim jest humor, jest ryzykowne – jednego bawi to, drugiego co innego, trzeciego nic. Trzeba się wstrzelić w człowieka. Mam tak np. z popularnymi serialami komediowymi – ludzie mówią, że hit, muszę obejrzeć, śmiszki chiszki, a kiedy je oglądam, nie drga mi nawet jeden mięsień na twarzy i zastanawiam się "cholera, co oni w tym widzą?"

 

Chciałoby się rzec: humor to naprawdę poważna sprawa :)

Ano, to był chyba najostrzejszy komentarz, na jaki kiedykolwiek sobie – na portalu – pozwoliłem. Później, gdy emocje już opadły jak po wielkiej bitwie kurz, było mi nawet głupio, że tak ostro potraktowałem tekst; pocieszałem się tym, że zapewne autor wcale nie zagląda na naszą stronę i nie będzie miał wątpliwej przyjemności zapoznania się z moją opinią. Hmm, może uda mi się odnaleźć tamten numer i podejść do lektury jeszcze raz; zobaczymy, czy opowiadanie nadal mi nie pasuje, czy też może kiedyś, przy pierwszej próbie lektury, dopadło mnie coś na kształt męskiego odpowiednika ZNP…

Sorry, taki mamy klimat.

Opisy nabijania kolejnych ciemnych klientów w butelkę w pewnym momencie zaczęły mnie nużyć, ale nadrobiłeś końcówką. :-)

Ogólnie na plus, tylko po co Ci te odstępy między akapitami?

I jak to się stało, że ten tekst nie znalazł się w Bibliotece?

Babska logika rządzi!

Bo wtedy jeszcze jej nie było. Biblioteki, znaczy.

Ale potem teksty z piórkami zostały z automatu przeniesione. A ten się nie załapał. Widać Autor za późno wstawił.

Babska logika rządzi!

Zabawna dykteryjka :-) Uśmiechałem się do łotrzyka, czekając na pointę i rozbroiłeś mnie punchlinem. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Klikłam piątaka do biblioteki, a co. Niech będzie trochę reklamy ; )

 

Przeczytałam z ciekawości, co tak GC zachwala raz po raz na swoim FB. W ogóle ze zdumieniem odkryłam, że to uthModar jest szczęśliwym autorem Mistrza ^__--

Generalnie czytało mi się dobrze. Tej wersji opowiadania brak trochę redakcji, jednak treściowo stanowi całkiem przyjemną, lekką powiastkę. Rację ma Finkla, że kolejne przypadki ciemnych klientów na dłuższą metę zaczynają nużyć, ale tekst w sumie długi nie jest, a pointa zacna, więc ostateczne wrażenie na plus. Tylko, przyznam szczerze, że nie wiem, czy zdzierżyłabym całą książkę z podobnymi opowieściami… No, może kiedyś się przekonam ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Słowem wyjaśnienia – książka oczywiście nie skupia się na opisach kolejnych transakcji i szwindlach Haxerlina: są one albo tłem, albo punktem wyjścia dla jakiejś historii. Antologia to takie “antyheroic fantasy”: Mistrz chciałby spokojnie prowadzić swój biznes, a tu co chwilę wpada w tarapaty, głównie z powodu tego biznesu. Błędne, ale śmieszne koło :)

W sumie to mogłabym zacytować komentarz Finkli i się pod nim podpisać. Trochę się już zmęczyłam tymi opisami nabijania w butelkę, ale ostatnie zdanie wywołało uśmiech. Choć przyznam szczerze, że po złocie oczekiwałam czegoś więcej, ale na pewno nie żałuję lektury ;) A przywiodła mnie tutaj informacja o wydanej książce, którą przeczytałam (informację, nie książkę) z typowym dla siebie opóźnieniem. W sumie mam bony do Empiku, więc może się skuszę.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Przeczytałam bez większej przykrości, bo, mimo pewnych usterek, opowiadanie napisane jest dość zgrabnie, ale nie pojmuję zachwytów wcześniej komentujących. Nic nie mam przeciw wesołym opowieściom, ale odnoszę wrażenie, że Cuda i dziwy Mistrza Haxerlina składają się wyłącznie z dowcipów i to mnie trochę zmęczyło.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się podobało :)

Bardzo mi się podobało. Język, konstrukcja i przede wszystkich klimat, który idealnie trafia w moje oczekiwania. Duża dawka dobrego humoru. Dobrze się czytało. Takie teksty to miód na moje oczy.

Brawo za ten fragment:

– Co żeś tam napchoł? – powtórzył zrezygnowany, tyle że głośniej.

Mistrz Haxerlin zmienił taktykę, dostosowując się do oczekiwań klienta.

Nowa Fantastyka