- Opowiadanie: PostrachKlawiatury - Kazus Marka Sargatha V: Karma czuwa

Kazus Marka Sargatha V: Karma czuwa

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Kazus Marka Sargatha V: Karma czuwa

*Część poprzednia

 

 

Karma czuwa

 

 

 

– Aktualnie stoi w okolicy stacji benzynowej Głębi, tej przy alei Bohaterów Popieliska – oznajmiła Osa.

 

– Nie ma na co czekać – rzucił Ed, zrywając się z fotela.

 

– Chwileczkę – Judith zatrzymała go. – Możesz kontynuować namierzanie poza mieszkaniem, na przykład z samochodu? – zwróciła się do krótkiej.

 

– Oczywiście, że tak. Mam dobrze skonfigurowany sprzęt, mogę to robić nawet z telefonu… – Osa zamarła. – Chyba nie chcecie mnie wywlekać z domu? Jeżeli krążą wam po łbach jakieś kretyńskie pomysły, pozwólcie, że uprzedzę wasze pytanie: pieprzcie się! Działam w sieci, ewentualnie, kiedy odpalam Wojowników, na Równine Zagłady. Polerowanie krawężników pozostawiam wam, czyli myśliwym.

 

– Mogłabyś zapunktować w oczach Szefa… – Judith rzuciła przynętę.

 

– Słuchaj b l o n d i: Szef ceni mnie za to co robię i nie potrzebuje dodatkowo udowadniać mu swojej wartości. Pracuję dla niego bez konieczności ruszania tyłka dokądkolwiek i bardzo mi to odpowiada.

 

– Daj spokój – Edgar zwrócił się do Judith. – Przecież widzisz, że jej wołami z domu nie wyciągniesz. Jeżeli chodzi o mnie, Osa: uważam, że po prostu brak ci polotu i ambicji. Masz zajebistą szansę na zabłyśnięcie, a wolisz pierdzieć w stołek. Twoja sprawa – machnął ręką.

 

– Chyba masz rację – westchnęła Judith. – Będziemy musieli poradzić sobie sami. Tak czy inaczej, dzięki za wskazówki Osa.

 

Brew krótkiej powędrowała do góry. Głęboki fotel obrócił się z delikatnym piskiem łożyska.

 

– Czy wy staracie się mnie wziąć pod włos?

 

Judith pokręciła głową z niedowierzaniem:

 

– A nawet gdyby? Jak często okazja wchodzi ci do mieszkania i ciągnie za rękę w kierunku miasta? Pewnie, że Szef potrzebuje specjalistów takich jak ty, ale ilu ich ma? Pięciu? Dziesięciu?

 

– Nie chrzań głupot, przecież wiesz, że jestem najlepsza – żachnęła się krótka. Na jej twarz wypłynął lekki rumieniec. Dwójce długali udało się skutecznie podrażnić jej dumę.

 

– Teraz? Owszem. Co będzie za tydzień, miesiąc bądź rok? Wiesz przecież jaka jest polityka Szefa. Szuka takich jak ty, Edgar, czy ja: zdesperowanych, nie mających wyraźnego celu w życiu, wyrzutków. Potem pokazuje swoje… sztuczki. Ciężko nie zachłysnąć się możliwościami jakie oferuje i zapomnieć o reszcie świata. Mija jakiś czas i przybywają nowi. Równie utalentowani, równie zagubieni i przede wszystkim z świeżą energią. Ich poprzednicy, jeżeli nie okażą się niezbędni, są stopniowo odpychani, coraz dalej i dalej, aż imię Szefa staje się dla nich wspomnieniem mało prawdopodobnego snu. W końcu są zepchnięci na tak głęboki margines, że zatrzaskują się za nimi drzwi. Znacie jakiegoś speca, który został myśliwym?

 

Zgodnie z oczekiwaniami, jej monologowi odpowiedziało tylko zgodne wzruszenie ramion.

 

– Oczywiście, że nie znacie, gdyż takich nie ma. Ty, Oso – wskazała na krótką, która zezowała na wytknięty w jej stronę palec – masz szansę zostać pierwszym specem, który dostarczył Szefowi coś więcej niż gigabajty skradzionych danych. Możesz dostarczyć mu Wachy. Rzeczy, której pragnie bardziej od wszystkiego innego.

 

Bursztynowe oczy Osy zalśniły. Edgar przytakiwał w rytm monologu Judith. Gdy tylko zamilkła, dorzucił swoje dwa grosze:

 

– Nie zapominaj o Barrym. Możliwość dokopania temu skurwielowi stanowi nagrodę samą w sobie.

 

Krótka wciąż pozostawała nieprzekonana:

 

– Wiecie przecież, że Barry jest naczelnym przydupasem Szefa. Nie znajdziecie w mieście lepszego Szperacza. Naprawdę chcecie z nim pogrywać?

 

Judith położyła dłoń na oparciu skórzanego fotela i nachyliła się do Osy.

 

– Popełniasz szkolny błąd, uparcie powielany przez wiele znanych mi kobiet.

 

– O co ci chodzi?

 

– Nie doceniasz własnych możliwości mała – Judith mrugnęła do niej i pociągnęła ją za drobną dłoń.

 

– Czekaj! Jeszcze nie…

 

– Szykuj się – Judith nie pozwoliła jej dokończyć. – Za minutę lecimy.

 

 

***

 

 

 

Na szczęście dla finansów Marka i Gorma, osiedle kraśnego znajdowało się w odległości dziesięciu minut spokojnej jazdy. Dotarli na miejsce w ciszy, co jakiś czas zerkając na totalnie nieprzytomnego prawnika. Wokół białych, czteropiętrowych budynków było sporo zieleni i kolorowych placów zabaw – miły zakątek w sercu miasta, z schludnymi wiatami na śmietniki. O tej godzinie posnęły nawet psy z kulawymi nogami i tylko nieliczne światła palące się w oknach mąciły ten senny krajobraz.

 

– Naprawdę cholernie mi głupio, ale nie mam przy sobie więcej. – Kraśny z wyraźnym ociąganiem wyciągnął zawartość portfela. Sim zgarnął nowiutki banknot, czym wywołał bolesny grymas na jego twarzy.

 

– Pomożesz mi z długalem?

 

– Jasne, ale potem skoczymy do bankomatu. Jeździłem z wami w kółko przez parę godzin, wciągałem go tam i z powrotem, a poza tym pamiętam naszą umowę.

 

Krasnolud po raz wtóry nadąsał się i burknął pod nosem:

 

– Nie musisz AŻ TAK tryskać altruizmem.

 

Sim nie wytrzymał i zaniósł się śmiechem:

 

– Altruizmem? Wiesz, niektórzy są tutaj w pracy. Po za tym, gdybyś zobaczył swoje spojrzenie, kiedy dawałeś mi kasę…

 

Chrząknięcie brodacza stanowiło wyraźny sygnał, iż czas na pogaduszki minął. Skinieniem głowy wskazał na ułożonego w pozycji embrionalnej prawnika.

 

Otworzyli tylne drzwi i raz jeszcze spróbowali go przebudzić. Tym razem nie odpowiedziało im nawet chrapnięcie.

 

– Mark, wiem, że aktualnie kanapa szpica to najwygodniejsze miejsce na świecie, ale tym razem naprawdę zabieramy cię do łóżka. Bądź miłym długalem i spróbuj chociaż nie powybijać nam zębów, gdy będziemy cię wyciągali.

 

Gorm skinął na Sima.

 

– Tak? – elf uniósł wąskie brwi.

 

– No pomóż mi go wyciągnąć.

 

– Ja? Brudna robota należy do ciebie, brodaty przyjacielu.

 

– Mięczak… – kraśny burknął pod nosem i chwycił Marka powyżej kostek. Krótką pieńkowatą nogą zaparł się o nadproże samochodu i zdecydowanie pociągnął. Bezwładne ciało ważyło ze sto razy tyle co normalnie, ale chociaż nie stawiało oporu.

 

– Teraz musisz mi pomóc.

 

Razem z elfem chwycili go wypróbowanym w apartamentowcu stylu. Przenieśli go pod klatkę schodową i posadzili, opierając plecami o mur. Szpic wrócił się na moment do samochodu i pozamykał drzwi. W tym samym czasie krasnolud otworzył drzwi i odgiął stopkę uniemożliwiającą ich samoistne zamknięcie.

 

– Idziemy.

 

Klatki schodowe w budynkach posiadających dostęp do podziemnych kondominiów nie różniły się zanadto od swych tradycyjnych odpowiedników. Największa różnica ujawniała się w windach, w których numeracja guzików zaczynała się od ujemnych wartości.

 

– Lepiej tu go nie kłaść – ostrzegł Gorm. – Niby myją podłogę raz na dwa dni, ale wiesz jak to jest w windach.

 

Zjechali na poziom oznaczony minusową piątką. Sim rzadko bywał pod ziemią; jak większość szpiców preferował otwarte powierzchnie, najlepiej z dużą ilością świeżego powietrza. Nie przypadkowo najgłośniej krzyczącymi ekologami byli zasymilowani elfowie. Eksilium wśród swoich celów wysoko stawiało walkę o zachowanie terenów zielonych w coraz bardziej industrializującym się świecie. Sim uważał to za starcie z wiatrakami. Widział wiele poważniejszych zagrożeń dotykających jego krajan – odpychające, duszące się we własnym sosie getta, analfabetyzm, królujący w społeczeństwie wizerunek elfa-dzikusa, czy też radykalizujące się wśród długali środowiska prawicowe. Chociaż stowarzyszenie dosłownie zasypywało jego skrzynkę pocztową korespondencją, odcinał się od polityki grubą kreską. Lata temu, kiedy jeszcze świat miał coś do zaoferowania dla przedstawicieli wszystkich ras, postępował inaczej. Gadanie miało wtedy sens. W dzisiejszych czasach, czuł się jak przedstawiciel wymierającego gatunku.

 

Cichy brzdęk obwieścił otwarcie się drzwi i wynieśli Marka na zewnątrz. Wizerunek podziemnych hal miasta mocno odbiegał od jego powierzchni. Klany kraśnych, w przeciwieństwie do społeczności szpiców, poszły za duchem epoki. Zmiany odcisnęły się właściwie na każdym aspekcie życia krasnoludów, także budownictwie. Rzecz jasna, tam gdzie trzeba, zachowywano wiekowe hale, pełne zabytków schyłkowych królestw.

 

Korpo Gorma (na całe szczęście) nie miało na głowie utrzymania monumentalnych posągów, ani sypiących się ze starości kawern. Mogło przez to pozwolić sobie na nowoczesne i wygodne kondominia, z doskonałą wentylacją i nienagannie pracującą klimatyzacją.

 

W korytarzu, którym nieśli Marka, dominował lekko srebrnawy, wypolerowany na błysk kamień. Gdzieniegdzie znajdowały się reklamowe banery, zaś oświetlenie (przeznaczone głównie dla nie będących kraśnymi przechodni) zapewniało przyjemny dla oczu, ciepły blask. Od głównego tunelu odchodziły węższe odnogi, prowadzące do poszczególnych mieszkań. Ilość korytarzy, schodów i załomów, mogło skonfundować nie przyzwyczajonego do nich gościa.

 

– Tutaj w prawo – wystękał Gorm, dźwigając Marka za nogi.

 

Ciemne drzwi w kolorze grafitu, zdobiły trzy runy i normalny numerek. Sim powiódł wzrokiem po znakach:

 

– No, no, nie zgadłbym, że pracujesz na uniwerku.

 

Gorm spojrzał na taksówkarza z uznaniem:

 

– A ja nie postawiłbym złamanego grosza, na to, że znasz runy.

 

Sim uśmiechnął się pod nosem: – Wiedziałem, że nowa fryzura to dobry pomysł – pogładził się po krótko ściętych włosach. – Od razu wyglądam na szczyla! – mrugnął do krasnoluda. – Kiedyś, kiedy jeszcze nasze dzieciaki nie zajmowały się głównie handlowaniem prochami na ulicach, prawie każdego uczono run. Miałem ten zaszczyt załapać się na edukację sprzed czasów asymilacji.

 

– Mam znajomego, którego dręczy Eksilium. Chcą, żeby wykładał runiczny za pięć dych na godzinę, oczywiście umowa-zlecenie. Farsa.

 

– Pogadamy może za chwilkę? Zaraz odpadną mi łapy – stęknął elf, ruchem podbródka wskazując na Marka.

 

– Połóżmy go; tutaj na pewno nikt nie nasikał.

 

Krasnolud otworzył drzwi oznaczone runami i rzucił półgębkiem:

 

– Zapraszam w moje skromne progi.

 

 

***

 

 

 

Dobiegał końca ostatni cykl medytacyjny Barrego. W normalnych okolicznościach byłby rozluźniony jak na chwilę przed zaśnięciem. Wiszące nad nim widmo wyprawy do sfery eterycznej, nie pozwalało jednak odseparować się w pełni. Szperacz czuł, że jeszcze parę głębokich wdechów i dostałby rozedmy. Nie miał na co czekać, bardziej zrelaksowany i tak już nie będzie.

 

– Strach cię obleciał, co? – szydził sam z siebie, jednak tak naprawdę nie było mu do śmiechu. Zamknął oczy i zaczął się koncentrować na przenikającej wszystko pustce. Jak każdy Szperacz czuł jej obecność, skrytą przed zwykłymi, niewyćwiczonymi zmysłami. Skupił się na imieniu Baku i szepcząc je pod nosem spróbował przejść na drugą stronę. Przypominało to próbę usilnego pozostawania we śnie, lub liczenie baranów. W każdym razie, było znacznie trudniejsze niż za poprzednimi trzema razami.

 

W pewnym momencie Barry zawisł gdzieś między sferą astralną a rzeczywistą. Świat blaknął przechodząc w odcienie szarości, ale przy chwili dekoncentracji, od razu powracał do normalnych kształtów. Z całych sił zacisnął powieki, aż kilka kropel potu pojawiło się na jego czole. W końcu udało mu się przejść. Koncentrując się na posiadanych tropach ruszył na poszukiwanie Marka. Przemieszczał się nerwowo, chaotycznie. Czasem pokonywał zbyt wielkie odległości i musiał wracać do punktu wyjścia. Zupełnie nie obawiał się konfrontacji z niczego nieświadomym Bakiem. Z równowagi wytrącała go o wiele poważniejsza i bardziej ponura wizja – powrót do porzuconego ciała.

 

 

***

 

 

 

Samochód Edgara był przeznaczony dla dwóch osób. Trywialna rzecz, a jednak mająca istotne znaczenie dla ich planów.

 

– Co teraz? – zapytał kierowca.

 

Judith aż nosiło, żeby jeszcze raz wyśmiać jego upodobania do zabawek dla podstarzałych facetów. Pewnie, dałoby jej to sporo frajdy, jednak trymufowanie nad dziecinnymi upodobaniami Eda nie przybliżyłoby ich w żaden sposób do Barrego.

 

– O, jaka szkoda – krótka rozłożyła ręce, dając wyraz swemu rozczarowaniu. – Wygląda na to, że będziecie musieli poradzić sobie we dwójkę.

 

– Daj, spokój, nie jestem aż taka gruba! – Blondynka spróbowała obrócić całą sytuację w żart. – Ściśniemy się.

 

– Że niby jak? – Edgar chyba nie do końca wyczuł jej intencję. Posłała mu odpowiedzi jedno ze swoich mrożących spojrzeń.

 

– Blondi, na mózg ci się czasem nie rzuciło? Ta sportowa bryka ma mniej miejsca niż wózek sklepowy – ciągnęła Osa.

 

– Nie gadaj głupot! Nie takie rzeczy robiło się na studiach…

 

Nie czekając na dalsze prostesty, kobieta-długal pociągnęła ją za rękę.

 

– Mam się cisnąć pod twoimi nogami?! Jak pies? AŁA!!! – Judith zatrzasnęła drzwi: – Suń dupę długa!

 

– Ględzisz gorzej od mojej matki… Ruszaj Ed, bo zaraz wściekły niziołek rzuci mi się do gardła.

 

– Jak sobie życzysz.

 

Ruszyli z piskiem opon i potokiem plugawych wulgaryzmów płynących z ust Osy.

 

 

***

 

 

 

– Na kanapę z nim.

 

Sim i Gorm położyli Marka. Kraśny przykrył go narzutą.

 

– Buty sam sobie zdejmij – poklepał bezwładne ciało.

 

– Zobacz lepiej czy oddycha. Przez parę ładnych minut nie wydał z siebie żadnego dźwięku.

 

– Eee, bez przesady… – na wszelki wypadek Gorm wymierzył prawnikowi szybkiego kuksańca. Usłyszał upragnione mruknięcie, potwierdzające jako-takie funkcjonowanie organizmu.

 

– Teraz możemy iść po kasę.

 

Sim przytaknął, jednak w tym momencie jego uwagę głównie zaprzątało mieszkanie. Nie mógł zrozumieć (zresztą jak większość mieszkańców powierzchni) jak można żyć bez okien. Zamiast widoku na błękitne niebo, wszędzie w koło dominował szlifowany kamień, w wielu miejscach poprzetykana metalicznymi żyłami. Elf wzdrygnął się na samą myśl o mieszkaniu w takim miejscu. Poza tym – chałupa prezentowała się całkiem nieźle (chociaż gospodarz pozostawił po sobie lekki syf).

 

Zgodnie ze słowami krasnoluda bankomat znajdował się kawałek drogi od jego mieszkania. W drodze do niego Gorm ziewnął dwa lub trzy razy.

 

– Robię się za stary na takie imprezy.

 

– Lepiej, żebyśmy nie licytowali się na wiek. Jeszcze któryś z nas wpadłby w kompleksy – stwierdził z przekąsem Sim.

 

Zgodnie ze starym, mądrym prawidłem, jeżeli coś mogło utrudnić życie, to z pewnością prędzej czy później utrudni. Krasnolud i elf stali przed bankomatem, na którego wyświetlaczu widniały lakoniczne przeprosiny oraz wskazanie najbliższego, czynnego urządzenia. Czekał ich pięciominutowy spacer.

 

Windą udali się na poziom zerowy, a stamtąd na powierzchnię. Rześkie nocne powietrze nieco ich pobudziło.

 

– Tak, zdecydowanie za stary. Latanie po mieście totalnie mnie wypompowało – narzekał krasnolud.

 

Dotarli do czynnego bankomatu i Gorm wypłacił pieniądze. Rozliczyli się, chociaż i tym razem rozstawanie się pieniędzmi stanowiło dla kraśnego dotkliwy cios. Za kurs z Markiem taksiarz zgarnął całkiem niezłą sumkę.

 

Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia. Choć stwierdzenie, iż nocne zajścia zbliżyły ich do siebie, było nieco na wyrost, aż tak bardzo nie mijało się ono z prawdą. Rzecz jasna nie planowali wspólnych uścisków i rzewnych pożegnań, ale zwykłe: „dobranoc” albo: „no to do zobaczenia”, pozostawiłoby pewien niesmak. Czuli, że powinno paść choć parę słów więcej. Gorm wystawił rękę i zaczął:

 

– Dzięki za podwózkę i za pomoc z długalem. Samemu bym sobie pewnie nie poradził. Popieprzona historia z tą blondynką, aktówką i pościgiem.

 

Szpic uniósł palec:

 

– A właśnie! Trzeci raz wspominasz mi o tej panience, a wciąż wiem tylko tyle, że niezła była z niej sztuka i że spotkała się z Markiem w Szakalu. Jaki ma to związek z całą resztą?

 

– Dobra, dostaniesz tę opowieść w ramach napiwku. – Tym razem to Gorm uśmiechnął się pod nosem i mrugnął do Szpica. – Ta babeczka podała prawnikowi coś do picia. Nie mam pojęcia co to było, podejrzewam, że jakiś narkotyk, a może trucizna. Tak czy inaczej, zlasowało to mózg naszego nieszczęsnego długala, który zaczął zachowywać się jak marionetka. Myślę, że gdyby kazała mu chodzić za nią na czworakach, z przyjemnością wczułby się w rolę pudelka.

 

– Wywar z liści Uldigonu… – Sim nie podejrzewał, że w mieście zdominowanym przez długali, z ledwie zaakcentowaną obecnością elfów (na dodatek zasymilowanych), ta stara nazwa pojawi się na jego języku.

 

Gorm zmrużył brwi: – Uldi-gond? Jakiś ziółko sprzyjające tworzeniu reggae?

 

Sim pokręcił głową: – Nic z tych rzeczy. Uldigond w Odzie znaczy tyle co Bluszcz Królewski. Może nazwanie go chwastem to przesada, jednak nawet w tej betonowej dżungli można na niego trafić, chociażby w starszych parkach. W dawnych czasach przygotowano z niego wywar o niezwykle dużej mocy, chociaż o krótkotrwałym działaniu.

 

– Sugerujesz, że po ugotowaniu paru listków jakiegoś „bluszczu na U” można z kogoś zrobić bezwolną kukiełkę? Pieprzenie…

 

– Nie po „ugotowaniu paru listków”, tylko po sporządzeniu wywaru. To wiedza tajemna, niedostępna w książkach kucharskich, brodaty przyjacielu.

 

– U-hm. Czyli Markowi podano trujący kompot, przygotowaną według staroelfickiej receptury…?

 

– Krasnoludzie, nie twierdzę że tak było na bank, podaje tylko możliwość. Objawy, które mi opisałeś, a także to co działo się z Markiem w czasie naszej późniejszej przejażdżki, potwierdzają moje teorię. Poza tym – wierz sobie w co chcesz. Na dobrą sprawę to powinienem być w taksówce już jakiś kwadrans temu.

 

– Dobra, dobra, nie strosz się tak. Wiesz w jakich zwariowanych czasach żyjemy – Gorm zaczął się zastanawiać co tak naprawdę kryje się w sekretnej saszetce szpica.

 

– Niestety aż za dobrze.

 

– To co jedni wmawiają ci za pewnik, inni nazajutrz uznają za ciemnogród i zabobon. Na dodatek najcięższa cholera wie, kto w tym wszystkim ma rację.

 

 

***

 

 

 

Zdwoił wysiłki i świat w końcu zaczął nabierać kolorów. Pustka trzymała go, zaborczo upominała się o Szperacza, który odważył się wydzierać jej sekrety. Barremu ostatecznie udało się wniknąć w ciało, chociaż już samo odnalezienie srebrnej nici okazało się niepokojące trudne. Problem polegał na tym, iż pomimo udanego powrotu, cielesna skorupa i jej duchowe wypełnienie, nie mogły się połączyć. Szperacz utkwił w lodowatej ciemności, świadom ryzyka pozostania w zawieszeniu na zawsze. Nie miał najmniejszej kontroli nad ciałem; brakowało ogniwa pośredniczącego między powzięciem woli i przełożeniem jej na elektryczne impulsy posyłane układem nerwowym. Oczekiwał pierwszego oddechu, samotnego uderzenia serca, czy nagłego ukłucia bólu – jakiegokolwiek znaku dającemu mu nadzieję. Nie mógł nic zrobić, aby odwrócić, zatrzymać lub przyspieszyć ten proces. Wszystko zależało od czynników, nad którymi żaden Szperacz nie miał kontroli. Gdzieś w otaczającym go mroku, zapłonęły małe wredne ślepia paniki.

 

Zastanawiał się jakie spustoszenie poczyni w jego organizmie przeciągające się przejście. Chyba każdy słyszał o ofiarach podtopień i uszkodzeniach mózgu, które pojawiają się wraz z jego skrajnym niedotlenieniem. Czy te same bezlitosne zasady mają zastosowanie w przypadku porzucenie ciała? Myśl ta niepokojąco wiodła go na skraj obłędnego przerażenia – tym gorszego, ponieważ niemożliwego do wyrażenia chociażby skinieniem palca.

 

Pojedyncza iskierka rozpaliła płomień, który przeszył jego ciało. Krew z ociąganiem ruszyła do niekończącej się wędrówki, a każde uderzenie serca z mozołem pchało ją dalej. Boleśnie poczuł powracającą czucie mięśniach, skórze, oczach, a nawet kościach. Ciemność ustąpiła, a w jej miejscu pojawiło się czerwone, widziane przez zamknięte powieki, światło. Barry zaczerpnął powietrza. Tym razem nie walczył łapczywie o każdą porcję tlenu – jego nozdrza ledwie się rozchyliły, a klatka piersiowa poruszała się niemal niedostrzegalnie. Wracał, chociaż miał wrażenie, że spora część niego wciąż pozostawała poza ciałem.

 

Wyprostowanie się na fotelu zajęło dłuższą chwilę. Parę razy, podczas wykonywania tej czynności, niemal nie zemdlał z bólu. Przed oczyma tańczyły mu wielobarwne plamy, których krawędzie były nieostre. Oparł się o zagłówek i głębokimi wdechami dostarczał wygłodniałemu organizmowi tlen. Pomimo targających nim fal bólu, wykrzywił się w karykaturze uśmiechu.

 

Zdołał zdobyć to czego poszukiwał. W czarno-białych wizjach dostrzegł niczego nie świadomy Bak, który spoczywał na kanapie w podziemnym mieszkaniu. Spróbował sięgnąć w kierunku kluczyków spoczywających w stacyjce, jednak ręka odmówiła mu posłuszeństwa. Musiał dość do siebie, a to wymagało czasu.

 

Bezcennego czasu.

 

 

***

 

 

 

– Cały czas sterczy na tym pieprzonym parkingu. Zrobił sobie przerwę na kawę, czy co? – mruknęła Osa, ściśnięta z Judith na miejscu dla pasażera (jednego). Co jakiś czas przypominała szturchnięciem o swojej obecności. Nos miała wlepiony w ekran swojego nowoczesnego telefonu, który pamięcią, szybkością procesora i paroma innymi parametrami, zawstydziłby niejeden tradycyjny komputer.

 

– Może odnalazł już Bak i teraz próbuje go przechwycić? – podrzucił Ed.

 

– Możliwe. Gdybyśmy mieli Barrego wraz z Markiem, znacznie ułatwiłoby to resztę roboty – odparła blondynka.

 

– Ruszył – poinformowała krótka.

 

– Cholera, nadal dzieli nas od niego jakieś dziesięć minut jazdy – Judith przygryzła wargę. Swoim spostrzeżeniem musiała trafić na wyjątkową czułą, nabrzmiałą od testosteronu, strunę Eda. Mięśniak odgarnął opadające na czoło włosy i mocniej złapał kierownicę:

 

– Poprawka: trzy minuty.

 

Wciśnięty w dechę pedał gazu rozbudził drzemiącego pod maską potwora. Wskazówka obrotościomierza zbliżyła się do wściekle czerwonej dziesiątki, a kobiety, nieprzygotowane na wgniatające w siedzenie przyspieszenie, wyartykułowały salwę pisków pomieszanych z przekleństwami.

 

Wóz gładko przeszedł na tryb sportowy, informując o tym paroma lśniącymi piktogramami na desce rozdzielczej. Pożerał kolejne metry asfaltu, trzymając się drogi jak przyklejony. Pokonali kolejny zakręt i znaleźli się alei Bohaterów Popieliska. Na sześciu pasach, nawet o tak późnej porze, znajdowało się sporo samochodów. Aleje stanowiły trasę średnicową, łączącą centrum z obydwoma miejskimi obwodnicami. Pomiędzy jezdniami znajdowało się torowisko dla szybkiej kolei miejskiej.

 

Ed prowadził pewnie, agresywnie i ryzykownie. Po wyprzedzaniu rozpoczętym z skrajnego prawego, przecinającym środkowy i skończonym na lewym, pasie, usłyszeli kanonadę klaksonów. Tej nocy czerwona bryka z trójką ludzi Szefa na pokładzie nie miała godnych siebie konkurentów. Pozostali podróżujący musieli z pokorą milczeć w oparach błękitnawych spalin.

 

– Zbliżamy się. Do celu zostało jakieś dziewięćset metrów – odezwała się Osa. – Tak na marginesie: jeżeli nas pozabijasz, przysięgam, że odnajdę cię po drugiej stronie i rzęsiście skopie dupę.

 

– O ile: a – sięgniesz, b – nie pójdziesz do wszystkich diabłów – zaśmiał się Ed.

 

Zredukował bieg i ostro dodał gazu. Judith obstawiała, że przed przebiciem się na drugą stronę podwozia, Edgara dzielą dwa, góra trzy, podobne manewry.

 

– Zwolnij, widzę jego samochód – mruknęła, wbijając polakierowane paznokcie w skórzany fotel. Około stu metrów przed nimi jechał Barry.

 

 

***

 

 

 

Czuł się jak kupa gówna. Oddałby wiele za szklankę wody, łyk piwa, czy czegokolwiek innego, co spłukałoby z ust posmak zgniłego mięsa. Miał przesuszoną, napiętą skórę, a wargi pękały mu przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Przejścia do sfery astralnej zawsze odwadniały go, lecz nigdy przedtem w takim stopniu. Chociaż było mu gorąco, skóra ledwie zwilgotniała – właściwie nie miał się czym pocić. Przy każdym wdechu wydawał chrapliwy, świszczący odgłos. Powietrze wdzierające się do płuc było suche i nieprzyjemne. Wolał się nie odzywać; nawet nie burczeć pod nosem. Wiedział, że brzmienie własnego głosu nie polepszyło by sprawy.

 

Zmysły Barrego wciąż pozostawały otumanione. Prowadził, jednak biorąc pod uwagę jego obecny stan, bezpieczniej byłoby wsiąść za kierownicę po butelce wódki. Gdy bardzo się skoncentrował, obraz wyostrzał się. Każdorazową próbę skupienia przypłacał jednak ciężkim dudnieniem w czaszce. Być może, gdyby nie dokonał czwartego przejścia, dostrzegłby we wstecznym lusterku sportowy, czerwony wóz należący do Eda. Zachowanie przytomności i trzymanie się własnego pasa ruchu pochłonęło go jednak bez reszty.

 

Niemrawo skręcił w prawo, spiralnym zjazdem opuszczając aleję Bohaterów Popieliska. Odnotował pomruk wyprzedzającego go na zakręcie samochodu, jednak nie powiązał go Judith. Wyjechał na ulicę z prawej strony odgrodzoną przemysłowymi budynkami, zaś z lewej betonowy ogrodzeniem i znajdującymi się za nim magazynami.

 

– Co do?!

 

Samochód przed nim zatrzymał się bez ostrzeżenia. Ociężały umysł wciąż nie do końca pojmował co się dzieje, jednak instynkt go nie zawiódł. Z całych sił wcisnął hamulec, czując jak pas wżyna mu się w tors. Przed oczyma zatańczyły gwiazdki i musiał parę razy mrugnąć, by wróciło mu normalne widzenie.

 

W tym samym czasie Ed wyskoczył ze swojej bryki i podbiegł do samochodu Barrego. Dostrzegł, że brzydal jest zamroczony, więc korzystając z okazji, szarpnął za klamkę, niemal jej przy tym nie wyrywając. Szperacz, ignorując atak, sięgnął do schowka po stronie pasażera. Nim zdążył go otworzyć, został złapany za fraki i solidnie grzmotnięty o kierownice. Dla pewności, Ed walnął nim jeszcze dwa razy. Kiedy głowa Barrego bezwładnie opadła na piersi, uznał że wystarczy.

 

Rozpiął trzymające oszołomionego kierowcę pasy i wyciągnął go na zewnątrz. Jedną ręką otworzył drzwi i dosłownie wrzucił Szperacza na kanapę pasażera. Szarpnął za środkowy pas biodrowy i związał Barrego zablokowaną, czarną taśmą. Podbiegł do własnego samochodu i otworzył drzwi od strony pasażera:

 

– Wskakuj za kółko i jedź – polecił lekko wstrząśniętej Judith. – Zatrzymaj się na pierwszym większym parkingu.

 

– No, słyszałaś go! – Osa zaczęła wypychać blondynkę na zewnątrz. Wyglądała na nieporuszoną całą akcją. Za pewne był to efekt wyprania mózgu zbyt dużą ilością gier typu „tnij i siecz”.

 

Edgar pobiegł z powrotem do wozu Barrego i zajął miejsce kierowcy. Rzucił okiem na tylną kanapę, gdzie Szperacz powoli dochodził do siebie. Trzykrotne grzmotnięcie o kierownicę gwarantowało Edowi pewną ilość czasu. Sprawdził schowek, w którym zgodnie z przypuszczeniami leżał pistolet. Zgarnął go i wetknął za pasek (rzecz jasna od tyłu).

 

Judith z Osą ruszyły. Ed wrzucił bieg i pojechał za nimi.

Koniec

Komentarze

Tak jak wszystkie części – bardzo dobre. Tylko krótkie jakieś.

Oczywiście czekam na ciąg dalszy.

Jak zamierzasz wydawać książkę z historiami z tego świata, to chętnie kupię.

Infundybuła chronosynklastyczna

Dzięki. Co do długości, jest podobnie do poprzednich części, może odniosłeś takie wrażenie przez dialogi? (których jest dość sporo). Ciąg dalszy nastąpi. Co do wydawania książek – heh, miło mi, ale tylko się bawię. Cieszę się, że podobna konwencja przypadła do gustu.

No, dzieje się. Wszyscy bohaterowie zbierają się w jednym miejscu. Czyżbyśmy zbliżali się do kulminacji?

Babska logika rządzi!

Znowu fajne :)

Nowa Fantastyka