- Opowiadanie: Jacek Jarocki - Granice

Granice

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Granice

Nazywam się William Elliot, ale na pokładzie statku kosmicznego Sacrifice 3 mówią na mnie Billy, zapewne dlatego, że jestem najmłodszy z całej załogi (w sierpniu skończyłbym dwadzieścia pięć lat). Mimo że na Sacrifice żyję od pięciu miesięcy, dopiero teraz podjąłem decyzję, by zacząć prowadzić pamiętnik. Nie do końca wiem dlaczego to robię. Być może jest to jakaś metoda, by wypełnić puste, wlokące się w nieskończoność godziny. Możliwe również, że w ten sposób łatwiej mi uporządkować myśli, których wiele tłoczy się w mojej głowie, ale które, jeżeli pozostają niewyrażone, pojawiają się i znikają nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu.

Sześćdziesiąt metrów kwadratowych pokładu statku dzielę z pięcioma innymi osobami; oprócz mnie w wyprawie uczestniczą Jim, były nauczyciel fizyki z Kalifornii (kierownik ekspedycji), Mark, mechanik samochodowy (pełni funkcję mechanika pokładowego), Laura, szkolna higienistka (lekarz pokładowy) oraz Nathan, o którym niewiele wiadomo, ponieważ właściwie nigdy się nie odzywa i Tom Phaen, Wietnamczyk, były szef kuchni azjatyckiej restauracji na nowojorskim Brooklynie, któremu, jak niczego na świecie, brakuje woka i świeżych warzyw do siekania. Każdy z nas nosi w sobie inną historię, która sprawiła, że zostawiliśmy Ziemię ponad dwadzieścia milionów mil za sobą. Każdy z nas ma inny powód, dla którego pokona kolejne piętnaście milionów mil, nim wyląduje na powierzchni Marsa i rozpocznie dwa tygodnie wytężonej pracy, na którą składać się będzie badanie atmosfery, zbieranie próbek gleby i detonowanie materiałów wybuchowych, by sprawdzić czy pod wierzchnimi warstwami skał występuje zamarznięta woda. Harmonogram wyprawy jest ściśle określony, więc gdy nadejdzie właściwy dzień, każdy będzie doskonale wiedział co ma robić.

Ale przed nami jeszcze długa droga. Choć patrzę czasem przez okno z grubego, hartowanego szkła, Mars jest zbyt odległy, by móc go dostrzec. Za szybą rozciąga się tylko bezbrzeżna pustka Wszechświata. Jedynie w oddali migoczą gwiazdy, ale są tak odległe, że wyglądają jak główki szpilek wbitych w czarną draperię. Czasem można odnieść wrażenie, iż są tylko złudzeniem – nieważne jak szybko i jak długo podróżowałoby się w ich stronę, ciągle byłyby tak samo nieosiągalne. Ich hipnotyzujący blask przypomina błędne ogniki. Niekiedy wpatruję się w nie i czuję się w dziwny sposób urzeczony; wyglądają niemal tak samo, jak oglądane z powierzchni ziemi.

Monotonia i niekończące się oczekiwanie ma na nas destrukcyjny wpływ. Coraz bardziej znudzony umysł robi wiele, by czymkolwiek się zająć. Niestety, obrazy które podsuwa, są niekiedy trudne do zniesienia. Ciasny statek w połączeniu z pustką Wszechświata mogą wywoływać nagłe napady klaustrofobii lub agorafobii… albo obu tych rzeczy jednocześnie. Lęk ten nie jest całkowicie bezpodstawny. Nazwa statku jasno sugeruje mroczną historię całego programu, w ramach którego w przeciągu ostatnich lat wyruszyły dwie inne misje. Żadna nie osiągnęła celu. Załoga pierwszej wyprawy popełniła samobójstwo zanim jej członkowie pokonali połowę drogi. Los drugiej z załóg był jeszcze gorszy i bezustannie powraca do mnie w chwilach największego lęku.

Na Sacrifice 2 wybuchł pożar. Procedury awaryjne przewidują, że w takiej sytuacji astronauci powinni włożyć swoje kombinezony, a następnie rozpocząć procedurę wypompowywania powietrza ze statku. Tak właśnie postąpiła nieszczęsna załoga. Zanim jednak udało im się otworzyć dwie śluzy, ogień przepalił instalację elektryczną, co zwolniło blokadę wejścia do kapsuły. Drzwi otworzyły się. Za sprawą nagłej dekompresji cztery osoby stojące najbliżej zostały wyssane w przestrzeń kosmiczną.

Nie wiem jakie to uczucie przez osiemnaście godzin (na tyle starczyło im tlenu) bezradnie unosić się w kosmicznej pustce ze świadomością, że nie ma żadnej nadziei, że na pewno się umrze i to straszliwą śmiercią, przez uduszenie. Do Ziemi dotarły jedynie pełne przerażenia krzyki, które drogą radiową pokonały miliony kilometrów, by zostać usłyszane przez bladych jak ściana kontrolerów lotu. Sam słyszałem te głosy – modlitwę przeplataną z nieludzkim wyciem. Tak mógł krzyczeć tylko człowiek, którego żywcem zakopano w trumnie.

Jedyny sposób, by zwalczyć lęk, to starać się nie myśleć o tym, co może się z nami stać. I wierzyć, że każda kolejna godzina przybliża nas do celu.

 

***

 

Na początku, kilka dni po starcie, wydawało nam się, że rozmowa to dobry sposób, żeby poznać się nawzajem – ludzi, z którymi przez osiem miesięcy, dzień w dzień, będą łączyć nas relacje wręcz intymne. Ale z czasem, z kolejnymi tysiącami mil, oddalając się coraz bardziej od Ziemi, wspólnego nam wszystkim domu, dyskutowaliśmy ze sobą coraz rzadziej. Dziś zdarza się, że widujemy się zaledwie raz na kilkadziesiąt godzin. Zazwyczaj nawet się nie witamy, a przechodząc obok siebie staramy się unikać choćby najkrótszego kontaktu wzrokowego.

Nie jesteśmy ludźmi, którzy mają cokolwiek ciekawego do powiedzenia i którzy chcą się z czegokolwiek zwierzać. Jeżeli w pierwszych dniach opowiadaliśmy swoje historie przez grzeczność, to później nie przestrzegaliśmy już żadnych konwenansów. Dziś każdy z nas ma własny świat, który na wszelkie sposoby stara się wypełnić jakąkolwiek aktywnością. Nasza egzystencja sprowadza się niemal wyłącznie do rozpaczliwych prób zabicia czasu, którego mamy w nadmiarze i do niedopuszczenia, by on zabił nas. Coraz częściej absorbujące okazują się rzeczy wręcz śmiesznie błahe. Ja na przykład oglądam jakieś idiotyczne programy, które wgrano w pamięć niewielkiego telewizora, głównie kreskówki sprzed osiemdziesięciu lat, o myszy i kocie. Kot jest szary, fajtłapowaty i nazywa się Tom. Mysz to sprytny, brązowy gryzoń o imieniu Jerry. Tom wciąż próbuje dopaść Jerry'ego i cały czas dostaje łupnia.

Pokładowym odpowiednikiem tych dwóch bohaterów byli przez pewien czas Tom i Mark, którzy wprawdzie nie ścigali się po statku, ale najczęściej toczyli spory o politykę. Nasz wietnamski przyjaciel to republikanin, natomiast jego oponent jest demokratą, który nie może przeboleć, że sprawujący obecnie władzę 47. prezydent Stanów Zjednoczonych wywodzi się z Grand Old Party. Kłótnie były ich sposobem na nudę, zanim nie stały się kolejną, trudną do zniesienia rutyną.

Laura składa za to origami. Jej kwatera od góry do dołu zawalona jest papierowymi figurkami. Podobno kiedy wchodziła na pokład i ściskała dłoń wiceprezydentowi, ten zapytał ją czy ma jeszcze jakieś życzenie, ona zaś poprosiła o cztery ryzy papieru. Wiceprezydent, ponoć z nieskrywanym zdziwieniem, spojrzał na kierownika lotu, który po kilku minutach zjawił się z papierem pod pachą. Szkoda, że nie widziałem tej sceny, ale stałem pierwszy w kolejce i kiedy tylko ten siwy, otyły biurokrata uścisnął moją rękę, oddając mnie pod opiekę Dobrotliwemu Bogu, po prostu odwróciłem się i wszedłem na statek.

Laura miała dobre życzenie. Powiedziałem jej to, kiedy jeszcze rozmawialiśmy; było to mniej więcej wtedy, gdy można było dostrzec gołym okiem tę błękitną plamę, zwaną domem.

Dziś przez większość czasu milczymy. Każdy z nas zamknął się w swoim własnym świecie. Nie wydaje mi się, by było w tym coś złego.

 

***

 

Dni na pokładzie Sacrifice mijają bezpowrotnie, lecz zupełnie niezauważalnie. Niekiedy trudno dostrzec, kiedy kończy się jedna ziemska doba, a zaczyna druga, zwłaszcza, że prócz małego zegarka na rękę i prawie zupełnie już niedziałającego zegara biologicznego, nie mam żadnej wskazówki co do tego jaka pora dnia może panować teraz na Ziemi. Wszyscy czujemy się niczym członkowie załogi łodzi podwodnej, jednak w odróżnieniu od nich nie mamy szans wynurzyć się z głębin oceanu, by ze zdziwieniem przekonać się o pięknie tak prozaicznej rzeczy, jak słoneczne promienie. Te wprawdzie sączą się czasem przez okna statku, lecz Słońce, które widzimy jest blade i wygląda niczym słaba żarówka zapalona w pokoju, wypełnionym pożerającą światło ciemnością.

W ostatnich tygodniach większość czasu zajmuje mi bezczynne leżenie w łóżku, nad którym ktoś, najwyraźniej w przypływie złośliwości, namalował złote, pięcioramienne gwiazdy. Wpatruję się w nie i nie myślę o niczym. Przez mój umysł przepływają jedynie jakieś obrazy, strzępy dawno zapomnianych zdarzeń i cienie nieznanych już uczuć. Niekiedy, unosząc się w takim stanie, zasypiam na kilka chwil, ale niemal natychmiast budzę się czując, że moje serce galopuje jak szalone, a dłonie trzęsą się niczym w febrze.

W trakcie szkolenia tłumaczono nam, że jeżeli mózg jest pozbawiony aktywności przez dłuższy czas, zaczyna sam wytwarzać sobie wrażenia. Ostrzegano nas, że możemy dostać halucynacji. Ale jak na razie nie słyszę żadnych głosów ani nie zauważam nic niezwykłego – żadnych kolorów, zapachów czy tym bardziej ludzi. Być może jestem silniejszy niż mi się zdawało. Możliwe, że wybrano nas ponieważ posiadaliśmy cechy, których nie mieli inni.

Jeżeli tak jest, to powinienem być spokojny.

Jestem spokojny.

 

***

 

– Powiedz mi, Billy… Czy jesteś dumny z powodu tego, co robisz? – zapytał mnie dziś przy śniadaniu Jim. (Śniadanie to słowo nieco na wyrost; oznacza ono procedurę wysysania swojej porcji pasty proteinowej z metalowej tubki).

– Tak – odrzekłem po namyśle. Wahanie to nie mogło ujść uwadze Jima, gdyż stary nauczyciel pytał dalej:

– Sądzisz, że ktoś będzie o nas pamiętał? Że ktoś nas będzie podziwiał?

– Może. Nie robię tego dla sławy.

– A więc po co to robisz?

Przez chwilę patrzyłem na swoje drżące dłonie i na białe plamy pod płytkami paznokci.

– W imię nauki. – Mój głos zbliżył się do szeptu.

Jim powoli przeżuwał papkowatą, kwaśną substancję. Potem, z ociąganiem, przebiegł palcami po bladej prędze na szyi i rzekł, cedząc słowa:

– Naiwny dzieciaku, zajmowałem się nauką wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że jest gówno warta. Gówno! – uderzył pięścią w stół, aż zatrzeszczał biały plastik. Skuliłem się w sobie, ale po chwili ponownie uniosłem ramiona i spojrzałem na starego. Wahałem się czy rzucić mu wyzwanie. Ostatecznie nie miałem nic do stracenia.

– A ty? Po co to robisz?

Teraz Jim skulił się nieco w sobie i zrezygnowanym, zachrypniętym głosem powiedział:

– Dlaczego? Dlatego, że dzięki tej wyprawie wszystko stanie się samo. Być może dziś nie mam już tyle odwagi i determinacji. A tak – to się po prostu wydarzy. I nic nie może już pójść źle.

Jego enigmatyczne, oderwane od siebie zdania były dla mnie doskonale zrozumiałe, podobnie jak dla każdego, kto podróżował na pokładzie Sacrifice 3. Czy zgadzałem się z Jimem? Czy rzeczywiście był to najprostszy sposób? Kiedyś, jeszcze przed startem, odpowiedziałbym twierdząco. Dziś trudno było mi to przyjąć. Mimo że istotnie nic nie mogło już iść źle, a my sami wnosiliśmy swój wkład do nauki (cokolwiek by nie znaczyła), nasza podróż to przede wszystkim samotne miesiące, bezsenne godziny spędzone w łóżku… I coraz częstsze wspomnienia, coraz więcej obrazów z bardzo odległych czasów.

Najczęściej przypominałem sobie okres dzieciństwa, spędzonego na farmie w Iowa, pośród bezbrzeżnych pól, pokrytych łanami złotej pszenicy. W kontekście naszej wyprawy szczególnie często powraca do mnie pewien zabawny epizod. Pewnego letniego wieczoru (mogłem mieć wtedy nie więcej niż osiem lat), przed pójściem do łóżka, nastawiłem budzik na trzecią, chcąc zobaczyć jak wygląda wschód słońca. Nigdy wcześniej nie widziałem słonecznych promieni wyłaniających się zza horyzontu i pewnie dlatego zjawisko to wydawało mi się pełne magii i niezwykłości. Mimo rozczarowania, jakie mnie wtedy spotkało (okazało się, że wschód słońca jest odwrotnością zachodu – w gruncie rzeczy nic specjalnego), wciąż nie mogę zapomnieć dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest zapach mokrej trawy – tak pachną tylko nasycone rosą, chłodne poranki. Drugą jest widok nieba, którego barwa przechodziła stopniowo od granatu, przez opalizującą miedź, aż po pełny błękit. Stałem na niewielkim wzgórzu za domem, machałem małą ręką do słońca, jakbym chciał je przywitać, moje ciało przenikał chłód wody spływającej po źdźbłach, a oczy przepełniał lazur niebieskich przestworzy.

Nie zapomnę tego do końca życia.

Tego jestem pewny.

 

***

 

Patrząc dziś w kosmiczną pustkę przyszło mi do głowy, że może gdzieś tam, daleko poza zasięgiem mojego wzroku, skrywa się Bóg. Nie jestem człowiekiem zanadto religijnym – wprawdzie moi rodzice byli praktykującymi katolikami, ale ja nie odziedziczyłem po nich przekonania, że wszystko ma jakiś cel i że ktoś wciąż nad nami czuwa. Teraz jednak coraz częściej uderza mnie myśl, że ten kosmiczny ogrom, choć zimny i bezlitosny, jest w jakiś sposób sensowny. Nie mogę zrozumieć, w jaki sposób te miliardy gwiazd mogą istnieć bez żadnego powodu, siłą czystego przypadku, powołane do życia bez żadnego przeznaczenia.

Jeszcze trudniej znieść mi myśl, że jeżeli nie ma żadnego Boga i żadnego Nieba, to człowieka można zredukować jedynie do maszyny do odczuwania bólu i cierpienia, okazjonalnie przerywanych krótkimi rozbłyskami szczęścia. Chciałbym wierzyć, że moje życie jest bardziej sensowne. Chciałbym wierzyć, że moje pojawienie się na świecie nie jest przypadkiem. Czy to wszystko – pragnienia, uczucia, plany, nadzieje – nie byłoby wręcz śmiesznie absurdalne, gdyby stanowiło tylko zasłonę, skrywającą nicość?

Kiedy jednak patrzę na gwiazdy, na kwadryliardy ton gazu, spalającego się bezcelowo, wysyłającego energię we wszystkich pasmach promieniowania w pustkę zimnego Kosmosu, przychodzi mi do głowy pytanie: skoro tak ogromne ciała niebieskie nie mają żadnego przeznaczenia, dlaczego ze mną miałoby być inaczej?

Chcę wierzyć. Bardzo chcę wierzyć, że w tym wszystkim jest jakiś porządek i że pustka, przemykająca za oknami naszego statku wypełniona jest czymś, co przekracza nasze pojmowanie. Mimo że nauka mówi tylko o materii, molekułach, elektronach i spinach, jestem pewny, że gdyby dobrze wsłuchać się we Wszechświat, moglibyśmy usłyszeć wypełniający go dźwięk, niczym odgłos pracującej klimatyzacji, tak zrośnięty z pomieszczeniem, że zupełnie niesłyszalny dla kogoś, kto wciąż je zamieszkuje. Nie wiem, czy ten dźwięk jest w stanie odbierać modlitwy – jeżeli tak, nigdy nie dał mi tego do zrozumienia – ale wystarczyłoby, że istniałby niczym piąty wymiar; sądzę, że tyle pozwalałoby już wierzyć, że wszystko ma jakiś głębszy sens.

A jeżeli się mylę? Jeżeli świat nie liczy się z żadnym „chcę”? I jeżeli nie ma żadnego Nieba?

Niedługo sam będę mógł się o tym przekonać.

 

***

 

Być może czas najwyższy powiedzieć to wprost – wyznać, co tu robimy i dlaczego się tu znaleźliśmy. To niezbędne; jeśli nie zrobię tego teraz, być może nie uczynię tego już nigdy.

Nie jesteśmy zwykłymi astronautami. Tom mówi nawet, że nie jesteśmy astronautami w ogóle. Nie zgadzam się z nim, bo w końcu żeglujemy ku gwiazdom, jesteśmy gwiezdnymi marynarzami, astris nautis. Z drugiej strony, mój ojciec, kiedy jeszcze żył, opowiadał, że na własne oczy widział startujący wahadłowiec. Mówił też, że załoga składała się wtedy z pilotów wojskowych i wybitnych naukowców. My nie jesteśmy ani wojskowymi, ani uczonymi, lecz stanowimy zbieraninę przypadkowych osób, a każdy z nas do lotu zgłosił się na ochotnika. Dlaczego zatem powierzono nam tak ważne zadanie? Odpowiedź jest prosta: nasza wyprawa to podróż w jedną stronę.

Ludzkość od zawsze chciała wylądować na innej planecie, a Mars, głównie ze względu na to, że leży najbliżej Ziemi, jest idealnym kandydatem. Niestety, jak do tej pory udało się podbić wyłącznie Księżyc, i to po wielu trudach, ofiarach, a poza tym tak dawno temu, że mało kto jeszcze o tym pamięta. Nasza technika uniemożliwia zorganizowanie wyprawy na Marsa, z której można powrócić, pozwala natomiast wysłać tam tych, którzy wrócić już nie chcą. Wylądujemy więc na Marsie, jako pierwsi ludzie będziemy chodzić po jego powierzchni, czym na zawsze przysłużymy się nauce, a potem staniemy się pierwszymi ofiarami Czerwonej Planety.

Powiedziałem wcześniej, że zgłosiliśmy się na ochotnika, ale to tylko część prawdy. Każdy z nas ma za sobą próbę samobójczą. Po powrocie do zdrowia odwiedziło nas dwóch pracowników NASA. W tamtej chwili nie wymagali niczego więcej prócz rozmowy. Przekonywali nas, że skoro chcemy umrzeć, możemy to zrobić w sposób niezawodny, jednocześnie wyrządzając wielką przysługę nauce, przyszłym pokoleniom i całej ludzkości.

Jim nie zwlekał i zgłosił się od razu, inni potrzebowali czasu do namysłu, być może jedynie po to, by odpowiedzieć sobie na pytanie czy wystarczająco dojrzeli do swej decyzji. Mnie jej podjęcie zajęło czternaście godzin. O jedenastej wieczorem oddzwoniłem i powiedziałem, że się zgadzam.

Badania, szkolenie. I oto jestem tu.

 

***

 

Czasami zastanawiam się jak wyglądało moje życie, zanim znalazłem się na pokładzie statku. Ale im częściej o tym myślę, tym bardziej odnoszę wrażenie, że wspomnienia z ostatnich dziesięciu lat życia nie należą do mnie i że zostały mi przeszczepione z mózgu innego człowieka. Liceum, wypady do kina z przyjaciółmi, niedzielne wieczory spędzone na oglądaniu futbolu, potem studia z geologii, śmierć rodziców i powolny, ale niemożliwy do uniknięcia upadek. W najlepszym razie mam wrażenie, że żadna z tych rzeczy nie mogła się przytrafić mnie, a w najgorszym – że historia mojego życia brzmi jak słaby melodramat. Odległe emocje, spłowiałe stopklatki dawno przebrzmiałych wydarzeń… Gdyby nie przemożne wrażenie, że w każdym z tych wspomnień egzystuje ja, nigdy nie uwierzyłbym we wszystko, co niczym projektor filmowy wyświetla mi moja pamięć.

Wciąż dobrze pamiętam pełne bólu poranki w tanich czynszówkach w najgorszych dzielnicach Des Moines. Cierpienie pochodziło przede wszystkim z mojego wnętrza. Nie miałem niczego ani nikogo – domu rodzinnego, bliskich, przyjaciół. Z każdym dniem traciłem nadzieję, że mogę cokolwiek zmienić. Czy rzeczywiście mogłem być wtedy tym samym człowiekiem, który teraz przemierza Wszechświat? Czy to możliwe, że ten życiowy rozbitek będzie jednym z sześciu ludzi, którzy jako pierwsi postawią stopę na obcej planecie?

Nie mogę w to uwierzyć. Kim jestem?

 

***

 

Wczorajszy dzień był jednym z najgorszych w moim dotychczasowym życiu. Jego początek nie zdradzał, że skończy się on w tak koszmarny sposób. Obudziłem się o siódmej piętnaście czasu wschodnioamerykańskiego, następnie odwiedziłem przedział kuchenny. O tej porze przy stoliku siedział jedynie Jim. Skinął głową na przywitanie. Zająłem miejsce naprzeciwko niego. Zazwyczaj jedliśmy w milczeniu, dziś jednak ani ja, ani on nie byliśmy głodni. Obaj wiedzieliśmy, że zostało nam sześć dni do lądowania i dwadzieścia dni do końca misji. Bez wątpienia nawet tak twardy człowiek, jak Jim musiał mieć jakieś uczucia związane z faktem, że zostało nam już niewiele czasu. Nikt nie może udawać, że jest mu to obojętne.

Spoglądaliśmy na siebie, nie odzywając się przez dłuższą chwilę. Nie przeszkadzała mi ta cisza, choć z drugiej strony z chęcią znalazłbym jakikolwiek temat do rozmowy. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Jima:

– Dlaczego?

W pierwszej chwili nie zrozumiałem. A kiedy pomyślałem, że zrozumiałem poczułem tak silny strach, że uznałem, iż jednak nie rozumiem:

– Co „dlaczego”?

– Dlaczego chciałeś się zabić? – Musiał zauważyć malujące się na mojej twarzy emocje, gdyż po chwili dodał: – Spokojnie, mały.

Próbując udać opanowanie, wzruszyłem od niechcenia ramionami.

– Nie wiem. Nie miałem po co żyć.

Uśmiechnął się pobłażliwie, choć jednocześnie odniosłem wrażenie, że w jego oczach pojawił się błysk współczucia.

– Nie rozumiem cię, Billy – rzekł. – Miałeś dwadzieścia trzy lata, kiedy chciałeś zakończyć życie. Co ty o nim wiedziałeś? Co mogło cię aż tak bardzo do niego zniechęcić? Rzecz jasna nie chcę mówić, że nie miałeś powodu. Zastanawiam się tylko, co aż tak musiało cię złamać.

Nie odpowiadałem.

– To może ja ci coś wyznam. – Sięgnął do kieszeni kraciastej koszuli, wyciągnął z niej małe zdjęcie i położył przede mną, przytrzymując je ręką. Z fotografii patrzyły na mnie dwie pary oczu – kobiety i dziewczynki. – To moja żona i córka. Obie zginęły w wypadku. Emily miałaby dziś trzydzieści dziewięć, a Sara jedenaście lat. Ja byłbym pewnie nadal nauczycielem, mieszkającym w swoim małym śnie na obrzeżach San Bernardino, gdzie spędziłem całe życie.

Mówił to z taką szczerą oczywistością, z taką prostolinijnością, jakby opowiadał o wyniku w biegu na sto metrów osiąganym w liceum. Popatrzyłem na niego i nagle zobaczyłem umęczonego życiem człowieka, o surowym spojrzeniu, pod którym kryło się dobre serce i złamana psychika. Patrzyłem w jego przekrwione oczy i zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie nie jest to efekt zbyt małej ilości snu i że pierwsze godziny poranka spędza we własnym łóżku, nie mogąc opanować płaczu.

Zrobiło mi się żal starego Jima.

– Teraz… – „Ty”, chciał powiedzieć, ale nie zdążył. Odwróciłem się i zobaczyłem w drzwiach Nathana. Jim sprzątnął fotografię ze stołu. Kiedy ponownie na niego spojrzałem, zauważyłem, że nie chce kontynuować rozmowy.

Wróciłem do swojej kabiny usiłując w jakikolwiek sposób wypełnić swój zwykły dzień. Był on tak podobny do pozostałych, że nie jestem w stanie powiedzieć, co rzeczywiście robiłem wczoraj, a co miesiąc wcześniej.

Pamiętam, że ocknąłem się dopiero wtedy, gdy znalazłem się w łóżku. Początkowo wydawało mi się, że zasnę szybko, ponieważ czułem się zmęczony. Splotłem palce pod głową, ale sen nie nadchodził. Nadchodziły za to pytania. W niemal zupełnej ciemności, rozpraszanej jedynie dwiema pięciowatowymi diodami umieszczonymi w rogach pokoju i światłem z korytarza, prześlizgującym się przez szczelinę pod drzwiami, mogłem myśleć o wszystkim do woli.

I myślałem. Myślałem o zapachu lasu, którego już nigdy nie poczuję – o wysokiej nucie łagodnej świeżości, nasyconej wilgocią, wypełniającą płuca. Myślałem o farmie, na której się wychowałem i przypominałem sobie swój śmiech, który w tamtych czasach był tak naturalny. Rozpamiętywałem marzenia, które wtedy miałem, swoje plany i lęki związane z przyszłością. W mojej pamięci wciąż żyły książki, które wtedy czytałem i wyobrażenie o życiu, które miało wyglądać dokładnie tak, jak w nich.

Uniosłem się na łokciu, odsłoniłem okno i spojrzałem w pustkę Wszechświata.

Poczułem, że płaczę. W słabym świetle zobaczyłem, iż w powietrzu unosi się okrągła kropla. Po niej pojawiła się kolejna. I kolejna.

Pomyślałem o pierwszej dziewczynie, w której się zakochałem. Miała na imię Amanda. Codziennie przed zaśnięciem całowałem jej zdjęcie. Chciałem spędzić z nią całe życie. Nigdy nie kochałem nikogo tak mocno, jak jej.

Łkając, wyswobodziłem się z pasów i opuściłem swój pokój. Pchany dziwnym instynktem rzuciłem się do drzwi naprzeciwko, szarpnąłem za klamkę i znalazłem się w kwaterze Jima. U niego również światło było zgaszone i przez chwilę byłem pewny, że już śpi. Po chwili usłyszałem jednak jego głos:

– Zapal.

Zrobiłem, co kazał. Widząc go odniosłem wrażenie, że czekał na mnie. Siedział na brzegu łóżka, ze zwieszoną głową. Westchnął głęboko.

– Chodź. – Wskazał miejsce obok siebie. Również i to polecenie wykonałem bez protestu. Tkwiłem tak obok niego, wstydząc się łez, a jednocześnie czując, że robię właśnie coś najbardziej oczywistego.

– Ja… – zacząłem mówić łamiącym się głosem. – Pytałeś mnie, czemu… A ja… Nie wiem…

Wciąż sprawiając wrażenie śmiertelnie zmęczonego pokiwał głową. Widziałem ten jego gest kątem oka – rozmyty widok ciężko kołyszącej się na karku głowy.

– Po prostu… Moje życie…

Objął mnie ramieniem. Nie mogłem już dłużej powstrzymać swoich emocji.

Nie potrafię dokładnie zrelacjonować tego, co się działo. Wiem jedynie, że kilka razy powtórzyłem: „nie chcę umierać”, a Jim odpowiadał „biedny dzieciaku”, aż w końcu przytulił mnie jak swojego syna. Poczciwy, stary Jim tulił mnie jak syna, a ja płakałem jak małe dziecko, które bardzo się boi.

Dziś obudziłem się w swoim łóżku. Jeszcze nigdy nie wydawałem się sobie tak obcy, jak po wczorajszym dniu.

 

***

 

– To cholerne proszki. Musieli dosypać nam coś do jedzenia, żebyśmy nie zwariowali i się nie pozabijali – powiedział dzisiaj Jim przy śniadaniu. Tak brzmiały jego pierwsze słowa, kiedy pojawiłem się w naszym przedziale jadalnym. Poczułem dziwny spokój na myśl, że Jim nie chce wracać do wczorajszych wydarzeń. Dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie tego, co powiedział. Dlatego z pewnym opóźnieniem zapytałem:

– Dlaczego tak sądzisz?

Jim przez jakiś czas przejeżdżał po karku, po różowym wybrzuszeniu – pozostałości bruzdy wisielczej.

– Zaczynamy czuć. Rozumiesz? Zaczynamy się przejmować i wątpić.

Wiedziałem o tym aż za dobrze.

– Może to dlatego, że niedługo lądujemy?

– Nie. Akurat myśl o końcu działa na mnie najbardziej pocieszająco. Po prostu… Czuję się, jakbym został wybudzony z płytkiego snu. Niby wszystko jest takie samo, a jednak bardziej wyraźne.

– To chyba dobrze – powiedziałem.

– Jesteś pewny? – Zmrużył oczy, przez co jego wzrok stał się jeszcze bardziej przenikliwy.

– Nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy przestać dostawać te prochy akurat teraz – stwierdziłem, wymigując się od odpowiedzi na pytanie Jima.

– Bo musimy zachować trzeźwy umysł, Billy. Nie możemy się gapić przez pół dnia w ścianę. Gdybyś się tak zapatrzył w trakcie robót strzałowych, niewiele by z ciebie zostało. Dopóki wszystkim steruje komputer, jesteśmy tylko zbędnym bagażem, który trzeba trochę otępić. Ale im bliżej Marsa jesteśmy, tym bardziej wymaga się od nas przytomności, refleksu i zdolności przewidywania.

Obaj milczeliśmy. Żaden z nas nie chciał dziś jeść.

– Sądzisz, że to źle? – odezwałem się.

– Nie wiem, Billy. Zapomniałem już, jak to jest, kiedy przeszkadza ci zbyt mała przestrzeń, mało urozmaicone jedzenie i ciągła obecność tych samych ludzi.

– A… – zawahałem się. – A jeżeli zaczniemy wątpić?

Jim zaczął się śmiać. Śmiał się długo i serdecznie. Ja zaś, nie rozumiejąc jego wybuchu wesołości, patrzyłem na niego i czekałem, kiedy przestanie.

– Mój Boże! – wykrztusił wreszcie. – Billy, mój Boże. Za kilka dni lądujemy. Co zmienią jakieś pieprzone wątpliwości?

Nie odpowiedziałem. Jim spoważniał, po czym ciągnął dalej:

– Nasze wątpliwości się nie liczą. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się liczyły. Potraktowano nas jak nic niewarte przedmioty.

– Cóż, wiele się chyba nie pomylono.

– To nieważne – stwierdził Jim. – Pomyśl sobie, Billy, o tych biednych ludziach, odpowiedzialnych za naszą wyprawę. Jak się muszą teraz czuć? Jak muszą wyglądać ich sumienia? Zabili do tej pory dwanaście osób, a niedługo będą musieli doliczyć sześć kolejnych. Jak po tym wszystkim nadal wierzyć w naukę i wracać do domu, żeby oglądać w telewizji ligę futbolu i bawić się z dziećmi?

– Jim, przecież my prawie byliśmy martwi.

– Co nie zmienia faktu, że nadal żyjemy i że tak naprawdę, zamiast nam pomóc, wykorzystano nas. Oni muszą o tym wiedzieć.

– Ale nauka…

– Spójrz na siebie, Billy – Jim nie pozwolił mi dokończyć. – Masz dwadzieścia cztery lata, ale wyglądasz na dziewiętnaście. Nie wiem, jakim trzeba być sukinsynem, żeby postawić na tobie krzyżyk i powiedzieć, że nic cię już nie czeka. Za każdym razem, kiedy patrzę w twoje oczy, widzę w nich życie. Widzę te wszystkie rzeczy, które mógłbyś osiągnąć, gdyby tylko ci na to pozwolić, odrobinę pomóc. Zamiast tego, czekasz teraz na… – zawiesił głos.

Milczeliśmy. Zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć. Wreszcie zdecydowałem się zadać tylko jedno pytanie:

– Jim… Dlaczego mi to mówisz?

– Nie wiem. – spuścił głowę. – Nawet jeżeli tego chcieliśmy, to nie powinno tak być. Czuję, że… Że coś jest nie w porządku. Nie, tak nie powinno być.

 

***

 

Inauguracyjny dzień na Marsie. Jim jako pierwszy człowiek w historii postawił stopę na obcej planecie. Jest podobna do kanionu Kolorado. Cisza, spokój. Czeka nas dużo pracy.

Lądowanie wyglądało jak wypadek kolejki górskiej. Mimo to dobrze znowu czuć siłę grawitacji.

 

***

 

Mars jest piękny. Wygląda jak niezmierzona, kamienna, karminowa pustynia z pasmem nagich gór na horyzoncie. Strzeliste szczyty wznoszą się na wysokość wielu kilometrów, drapiąc bladoszare niebo. Aż trudno uwierzyć, że atmosfera tej planety zupełnie pozbawiona jest tlenu i mogłaby nas zabić w zaledwie kilka sekund.

Mars w niczym nie przypomina Księżyca, którego powierzchnia wygląda jak nieprzyjazna pustynia, na której nigdy nie mogłoby się rozwinąć życie. Mars natomiast sprawia wrażenie planety opustoszałej chwilowo, domu opuszczonego tylko na chwilę. Sam nie miałbym nic przeciwko, gdybym miał pozostać tu na zawsze. Być może dlatego mam czasem ochotę zdjąć kombinezon, rozłożyć ręce i pomknąć w kierunku płaskowyżu, by z wysokości podziwiać tę martwą pustynię, pod skorupą której wciąż wydaje się pulsować tętno dawnego życia.

Udało nam się rozbić obóz w płytkim wąwozie, osłoniętym z każdej strony niemal zupełnie płaskimi ścianami granitu. Obawialiśmy się, że gwałtowne warunki atmosferyczne – nagłe burze i huraganowe wiatry – uniemożliwią nam pracę, ale przez dziesięć dni pobytu w tym miejscu co rano witała nas zupełna cisza i czyste niebo. W rym czasie pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę, o wiele więcej niż powinniśmy. Każdy z nas w jakiś dziwny sposób wierzy, że to, co robimy ma głęboki sens i że to nasza ostatnia szansa, by coś po sobie pozostawić. Ja na przykład przez ostatnie dwa dni wykonałem kilkaset fotografii w wysokiej rozdzielczości, a następnie przesłałem je na Ziemię, co zajęło mi kilka godzin, ponieważ radiowe połączenie z Houston ciągle się rwało. Nie myślałem jednak ani o zmęczeniu, ani o znużeniu; wyobrażałem sobie jedynie, że za jakiś czas choć jedno z tych zdjęć ukaże się w podręczniku do astronomii. To niewielka nagroda za to, co tu robimy, choć taka anonimowa fotografia jest o wiele wyraźniejszym śladem, niż pozostawia po sobie większość ludzi.

Jim, mimo że nie mówi tego wprost, zdaje się myśleć podobnie. Nie spodziewałem się, że w tym starszym człowieku zobaczę tyle pasji i energii do wykonywania tak prozaicznych czynności, jak pobieranie próbek gleby, a następnie badanie ich składu w analizatorze. Być może to zasługa tego, że od zawsze marzył o takiej pracy. Wczoraj podczas kolacji (która w trakcie pobytu na powierzchni planety składa się z wołowiny w puszce) stwierdził:

– Wiesz co, Billy? Kiedy byłem w twoim wieku i uczęszczałem do Berkeley, tak właśnie wyobrażałem sobie pracę naukowca.

Przygnębia mnie myśl, że stary belfer robi to, o czym marzył przez całe życie zaledwie na kilka dni przed jego końcem. On jednak w jakiś sposób zdaje się cieszyć z faktu, że w ogóle miał szansę znaleźć się tutaj. Rozumiem go.

A ja? Ja po prostu staram się zająć czymś ręce. Jeżeli moje życie ma cokolwiek znaczyć, to właśnie teraz.

 

***

 

Wydaje mi się, że pozbyłem się już wszelkich wątpliwości lub, w najgorszym razie, przestałem brać je pod uwagę i nad nimi rozmyślać. Nie zmienię już swojego losu i dobrze wiem, że dokona się on właśnie tutaj – boleśnie daleko od wszystkiego, co dla mnie znajome. Najważniejsze decyzje zapadły dużo wcześniej – teraz mogę jedynie mierzyć się z ich konsekwencjami. Czy żałuję?

Co jakiś czas pocieszam się, że wybrałem idealny moment, by umrzeć. Jestem jeszcze młody, choć jednocześnie dobrze wiem, że nieodwracalnie minęła najpiękniejsza część mojego życia. Dzieciństwo, młodość… Żaden smak nie będzie już tak intensywny jak wtedy, żadne wrażenie tak zdumiewające, żadna chwila tak wyczekiwana. Za kolejnym zakrętem nie będzie już czekać nic niezwykłego. Przeżyłem wszystko, co miałem przeżyć: chwile beztroski, radości, zabawy, przyjaźnie, miłości – te najczystsze i najbardziej naiwne. Nie mógłbym chcieć niczego więcej. Byłem szczęśliwy; choć teraz uczucie to może mi się wydawać zupełnie obce, nie zmienia to faktu, że byłem szczęśliwy.

Co czekałoby mnie, gdybym żył dalej? Wiek dojrzały, powolne zatracanie się w codzienności i trwanie siłą rozbiegu, z przyzwyczajenia. Instynkt, który kazałby mi żyć dalej, zmusiłby mnie jednocześnie do założenia rodziny, posiadania dzieci i robienia tego wszystkiego, co najczęściej nazywa się dorosłym życiem. Ale potem czekałaby mnie starość i śmierć, samotność i ból. W międzyczasie mógłbym jedynie patrzeć na tych, których życie wciąż się toczy, których egzystencja ma jakiś sens. Patrzyłbym, nienawidząc siebie i ich.

Koniec jest zawsze taki sam. O ile jednak ja odchodzę tuż po tym, gdy opada kurtyna, większość ludzi nie może się powstrzymać, by pozostać na scenie najdłużej jak się da, mimo że przedstawienie dawno skończone, a widownia opustoszała.

Z tej perspektywy pytanie powinno brzmieć: Billy, dlaczego tak długo czekałeś? Czy nie pamiętasz, kiedy po raz ostatni z radością odkrywałeś smak czekolady? Gdy był on tak intensywny, zlewając się w jedno wraz z zapachem chwili, ciepłem słońca rozlewającym się na skórze i szumem wiatru dolatującym do twoich uszu?

Billy, dlaczego tak długo?

 

***

 

Staram się nie myśleć o tym, co czeka mnie jutro. To trudne. Wiem, że dziś po raz ostatni zapadam w sen. Zdaję sobie sprawę, że będzie krótki i niespokojny. Zwłaszcza po tym, jak Nathan rozgryzł dziś swoją kapsułkę, a Tom rzucił się w rozpadlinę. Mogą. Wszyscy możemy. Nasza misja jest skończona. Szczerze mówiąc, dziwi mnie, że zrobili to dopiero dzisiaj. Umacnia mnie to tylko w przekonaniu, że przez ostatnie dni naprawdę mieli poczucie, iż pracując wśród tumanów rdzawego pyłu czynią coś wzniosłego, w obliczu czego nie mogą sobie pozwolić na pobłażanie. A dziś, kiedy jest już po wszystkim…

Jim mówi, że jeżeli pozostanę w skafandrze, to prawdopodobnie zasnę. Wdychając dwutlenek węgla nic nie poczuję. Nie wiem, czy mu wierzyć. Wciąż pamiętam krzyki z Sacrifice 2. Czyżby to był jedynie strach, nie zaś rozpaczliwa walka o każdy oddech? I czy ja będę się tak bał? Jeżeli tak, to trudno mi sobie to wyobrazić, bo na razie niewiele czuję.

Mark i Laura w ogóle się nie odzywają, podobnie jak przez ostatnie osiem miesięcy. Kilka rzuconych mimochodem uwag (w gruncie rzeczy same powierzchowności), które wygłosili w trakcie naszej znajomości każe mi pytać, czy są w ogóle ludźmi.

Każdy z nas przygotowuje się w ciszy i samotności. A ja piszę. Pomyślałem dziś, że mógłbym pisać do końca. Nie wiem wprawdzie po co, ale skoro przez ostatnie lata byłem sam, mając jedynie siebie za towarzysza, to może teraz powinienem chociaż udać, że kogoś obchodzę.

 

***

 

Tlen z cichym sykiem uleciał do marsjańskiej atmosfery. Zbiorniki automatycznie rozszczelniły się. Mam teraz tyle powietrza, ile znajduje się w mojej butli na plecach. Ile pozostało? Godzina? Pół godziny?

Laura przegryzła cyjanek. Nie wiem gdzie jest Mark. Jim powiedział, że będzie szedł przed siebie dopóki nie upadnie, do końca wyobrażając sobie, że spaceruje z żoną i córką po dnie Wielkiego Kanionu. Nigdy tam nie był; widział go jedynie na zdjęciach.

Pozostałem sam na statku. Myślę.

Na kominku w moim domu stała pozytywka – zwykła, plastikowa zabawka, kupiona najpewniej w jednym z tych sklepów, w którym wszystko sprzedawano po dziewięćdziesiąt dziewięć centów. Na czerwonym podeście stała miniaturowa baletnica. Kiedy nakręciło się mechanizm, baletnica obracała się, a ze środka wydobywały się dźwięki Sonaty Księżycowej Beethovena. Tak, właśnie, Sonaty Księżycowej, a nie Dla Elizy. Nigdy nie spotkałem pozytywki odtwarzającej Sonatę Księżycową – wszystkie grały Dla Elizy. Prócz tej jednej. Pamiętam, że obracałem pozytywkę w dłoniach, a następnie nakręcałem. Moja pamięć odtwarza dźwięk dawno zapomnianej melodii, smutnej, żałosnej, mającej coś z pożegnania. Czy to właśnie moje pożegnanie?

Jestem spokojny. Spokojny.

Mój Boże, wiem, że niedługo umrę, ale kiedy myślę o swoim życiu nie czuję zupełnie niczego. Kilka dawno minionych chwil, wyblakłe wspomnienia, których chwytam się w jakimś dziwnym geście rozpaczy. Kogo mogą one obchodzić, skoro tak naprawdę nie obchodzą nawet mnie?

Chciałbym żyć jeszcze raz, zacząć wszystko od początku. Chciałbym ponownie się urodzić i poprowadzić swój los zupełnie inaczej. Boże, proszę, daj mi jeszcze jedną szansę. Boże, błagam, zrobię wszystko, ale pozwól mi się jeszcze obudzić, jeszcze raz otworzyć oczy!

Jestem spokojny.

Nie ma nadziei, nie ma nadziei, nie ma nadziei, nie ma nadziei, nie ma nadziei.

Jest mi zimno. Czuję się zmęczony. Położę się tylko na chwilę, a później wstanę i pójdziemy do parku, dobrze Amando?

Gdzie zostawiłem twoje zdjęcie? Zdjęcie.

Nie c

 

Dop. MF-12. Por. J. Glendale. Notatki znalezione przy ciele zidentyfikowanej jako William Elliot, lat 24, członek ekspedycji Sacrifice 3. Nr sygn. A-18-Z-35.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie jestem w stanie zrozumieć bohaterów i dobrze mi z tym. Pomysł misji wydaje mi się niehumanitarny. Jak tak, do cholery, można? Ale tekst ciekawy.

Babska logika rządzi!

Granice: granice nauki, granice etyki i granice własnej wytrzymałości – taki cel przyświecał mi przy pisaniu tego tekstu :)

Aha, przypomniało mi się, że skoro na statku nie mieli grawitacji, to powinni trochę czasu poświęcać na ćwiczenia. Ale, w sumie, narrator nie musi o tym wspominać.

Babska logika rządzi!

Zastanawia mnie jedno: przechodzili badania medyczne – to jeszcze nic takiego, o badania że tak skrótowo napiszę czysto fizyczne, bynajmniej mi nie chodzi – ale wśród nch musiały być badania psychologiczne. Na co ukierunkowane? Na trwałość, siłę dążeń samobójczych? Przeczież były też szkolenia i treningi – i co, niczego w psychice tych ludzi nie odmieniły? Byli stymulowani? A już u celu, na Marsie – też stymulacja, żeby się nie rozmyślili, nie rzucili pracy w diabły? Reszta albo w porządku, moim zdaniem, albo do przyjęcia bez specjalnego kapryszenia. Poza okienkami z hartowanego szkła. Tego nie kupię. Im mniej nieciągłości w konstrukcji, tym wytrzymalsza całość. Im bardziej jednorodny materiał, też. A na dotarciu do celu na pewno wysyłającym misję zależało. Koszty…

Przeczytałem i nie żałuję. Nieważne drobne mankamenty. Tekst bardzo dojrzały i nietuzinkowy. Zrobił na mnie wrażenie na tle portalowej szarzyzny. Mam tylko wrażenie, że gdzieś już to czytałem. Pozdrowienia.

Tekst rzeczywiście sprawia wrażenie dojrzałego i powoli dąży do wyznaczonego przez autora celu. Postacie mają sensowną konstrukcję, a ich interakcje wydają skę wiarygodne, pod warunkiem, że przymknie się oko na to, że jedno z podstawowych założeń tekstu szwankuje. Rozumiem, że gdyby w kosmos wysłano ludzi kompetentnych, przeszkolonych i przygotowanych do misji, pewnie nie można by stworzyć tego opowiadania, ale mimo wszystko tego nie kupuje. Wyprawa kosmiczna to nie w kij dmuchał. Wiąże się z ogromnymi nakładami finansowymi i czasowymi, więc logicznie rzecz biorąc ludzie, którzy na taką wyprawę są wysyłani powinni być do niej przygotowani, powinni być przeszkoleni, uodpornieni na pewne czynniki psychologiczne i przede wszystkim powinni mieć co robić. Także o ile sam tekst jest dobrze skonstruowany, o tyle trudno docenić go w stu procentach, kiedy nie kupuje się podstawowego założenia.

Szanowni Czytelnicy! Jestem serdecznie wdzięczny za rzeczowe oceny tekstu, które bez wątpienia przyczynią się do poprawy mojego warsztatu. Chciałbym jednak odwołać się do nieścisłości, wskazanych przez AdamaKB oraz Vyzarta. Zgodnie z moją koncepcją i wbrew zarzutom, przeprowadzono szkolenie kosmonautów ("Badania, szkolenie. I oto tu jestem"). Szkolenia te jednak były mniej więcej tak zaawansowane, jak technologia radziecka w latach 50. Sensem tego opowiadania jest to, że ludzi traktuje się przedmiotowo, czyli, mówiąc kolokwialnie, jak mięso armatnie, zaś koszty są stosunkowo nieważne – liczy się cel. (Zwróćcie uwagę, że to trzecia wyprawa – dwie poprzednie nie powiodły się, a mimo to NASA z uporem maniaka wysyła kolejnych ludzi). Jeżeli zaś chodzi o skłonności samobójcze, sugestia, jaką podrzucam w tekście, jest następująca: "kosmonauci" są faszerowani psychotropami, których dawka zmniejsza się proporcjonalnie do odległości od Marsa. Zaś co do możliwości porzucenia przez nich pracy, nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której ziemskie szkolenie obejmowało "pranie mózgu"  lub inne sztuczki psychologiczne, które sprawiłyby, że zdepresjonowani członkowie załogi zrobiliby wszystko, co do nich należy, by mieć poczucie wykonywania czegoś ważnego albo po prostu – święty spokój. Zastanawiam się również, czy rację mają ci Czytelnicy, którzy na samobójczej misji widzieliby doskonale przećwiczonych astronautów, na których szkolenie wydano grube miliony i którzy mają dużą wartość militarną oraz propagandową w innych prestiżowych misjach kosmicznych. Niezależnie od tego, raz jeszcze dziękuję za wszystkie uwagi; choć mogę się z nimi zgadzać w mniejszym lub większym stopniu, wszystkie są dla mnie bardzo ważne.

Abstrahując nieco od opowiadania, widoki na Marsie rzeczywiście powinny być wspaniałe, biorąc pod uwagę, że najwyższy szczyt na tej planecie ma wysokość około 26 kilometrów. Pozdrawiam.

Ryszardzie, nad poziomem morza? ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo Proszę mnie nie podszczypywać, bo to nie przystoi kobiecie. Pozdrawiam kosmicznie.

Ja nie podszczypuję, tylko w kanał wpuszczam. ;-)

Babska logika rządzi!

O kanałach na Marsie już dawno zapomniano.Przepraszam autora za żarciki pod poważnym opowiadaniem.

Nowa Fantastyka