- Opowiadanie: Urikan - Skalsen

Skalsen

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Skalsen

 

 

 

 

– Bohater zagubił się w kosmosie – Jan mówił do odbiornika– z każdym dniem samotność

coraz bardziej przytłacza kosmonautę. W końcu postanawia przeciwstawić się maszynie, niestety

każda jego próba jest bezowocna. Impas jego działań skłania go ku myślom samobójczym i paranoi.

Kiedy odkrywa, że jego podróż została z góry zaplanowana postanawia wydostać się z pułapki. Jego

karkołomna próba kończy się śmiercią. Dziennik pokładowy dzień 213. Ćwiczenie 4 zostało

zakończone.

 

Wraz z ostatnimi słowami monologu, pilot wyłączył projektor. Od kilku tygodni każdy dzień

zaczynał od streszczenia opowiadania. Jeszcze w bazie orbitalnej zalecono każdemu z nich, aby w 

przypadku zdiagnozowaniu objawów depresji starał się analizować teksty pisane i zinterpretować je

w dzienniku pokładowym. Miało to na celu zachowanie iluzji kontaktu z innym człowiekiem. Pilot

nie potrafił jednoznacznie stwierdzić czy taka terapia mu pomaga, ale na pewno ułatwiała mu

przetrwanie upływu czasu w tej pustce.

Jan założył koszulkę z napisem Witamy na Ziemi. Kupił ją kiedyś w bazie od jakiegoś kolesia,

nie pamiętał dokładnie w jakich okolicznościach. Nie darzył szczególnym sentymentem Ziemi,

chciał tylko być modny. Tłuste włosy przykrył czapką Marsjańskich Wierteł i szorując po podłodze

nogawkami kombinezonu, ruszył w stronę pokoju socjalnego. Po drodze mijał zakurzone korytarze

statku. Dziwił się, że jego obecność może generować tyle brudu. W domu nie miał zbyt wielu okazji

na kontakt z efektami ubocznymi człowieczeństwa. Złożony system urządzeń socjalnych na bieżąco

wymiatał jego naskórek, włosy, tłuste plamy po jedzeniu – był przyzwyczajony do funkcjonowania w 

sterylnej przestrzeni. Tutaj zaś , od kilku tygodni uczył się jak mogło wyglądać życie człowieka w XX

wieku.

Kończąc swój spacer, stanął przed wejściem do pomieszczenia socjalnego. Pierwszego dnia

awarii spędził przed tymi drzwiami kilka godzin próbując poprawnie wpisać hasło dostępu. Nie znał

fonetycznego zapisu słowa żerdź. Do tej pory wystarczyło je wymówić, a brama się otwierała. Gdy

system socjalny zawiódł, wszystkie programy zaczęły działać wadliwie. Janowi pisanie nie

wychodziło najlepiej, korzystał z syntezatorów mowy lub autokorektorów. Nie był ziemskim artystą,

żeby musieć pisać. Wklepał hasło na niestarannie podpiętej klawiaturze. Drzwi kabiny otworzyły się

z głośnym zgrzytem, uwalniając parę ze szczelin blokad ciśnieniowych. Długie korytarze promu

kosmicznego wypełniły się ostrym dźwiękiem, niosąc echo, aż po sam koniec statku.

 

– 213 dzień misji prorok – zabrzmiał ponury męski głos systemu pokładowego – Na Ziemi

mamy dziś 24 marca, godzinę 17:24 czasu centralnego. Witamy Janie w tym nowy wspaniałym

dniu.

 

– Witam. – odparł pilot bez większego zastanowienia. – Szkoda, że zapomniałeś dodać informację o 23 dniu awarii systemu socjalnego. Kiedy zostanie naprawiona usterka?

 

– Prace trwają, próbuje wciąż nawiązać kontakt z bazą i pobrać wytyczne …

 

– To leć do pracy – Jan przerwał komunikat systemu.

 

Prom już od kliku miesięcy znajdował się zawieszony w niebycie, co zwolniało Jana z 

tradycyjnych obowiązków pilota. Nie musiał codziennie pobierać nowych danych o lokalizacji i 

nagromadzeniu obiektów w przestrzeni. O dłuższego czasu on i jego prom byli jedynymi obiektami

w bliżej nieokreślonej miejscu. Jedyną zmianą, która zaszła przez tak długi czas była awaria systemu

socjalnego. Z dnia na dzień pilot został pozbawiony wszystkich luksusów bytności na promie

kosmicznym, a dzienna rutyna została wypełniona próbami zapewnienia sobie minimum komfortu.

Została mu ostatnia czysta koszulka, cztery piwa i nieograniczona ilość substancji, która w 

sprzyjających okolicznościach była indykiem nadziewanym śliwkami lub sałatą oblaną oliwą, ale

teraz tylko papką. Tak miał wyglądać jego ostatni dzień luksusu. Potem już tylko rozwodnione coś z 

wiadra, aż nie nadleci ratunek. Jan spędził kilka dni na poszukiwaniu dopływu „masy jedzeniowej”.

Przeczołgiwał się pomiędzy setkami kabli w poszukiwaniu tej właściwej rury. Dokonując lekkich

nawierceń niechcący rozszczelnił klimatyzację, tworząc na statku atmosferę amazońskiej dżungli.

Po kilku dniach mozolnej pracy z jednego przypadkowego otworu wyciekła szara maź. Zanurzył w 

niej palec i posmakował. Jego usta wypełnił posmak chemii, pieczywa z supermarketu i keczupu.

Zamontował prowizoryczne ujście. Mógł teraz nalewać do wiadra litry owej substancji. Starał się

tylko zrozumieć skąd na jego statku wziął się tak archaiczny przedmiot jak wiadro.

Do tych przyjemności mógł dodać jedno wiercące głowę pytanie: Gdzie do kurwy nędzy

jesteśmy? Na próżno szukał odpowiedzi za pomocą systemu nawigacyjnego. Korzystając z 

podręczników i zapisów systemowych potrafił określić tylko jedno – nie znajdował się na terenie

poznanym przez człowieka. Jednym z wyjaśnień tak nagłej zmiany lokalizacji mógł być syndrom

czarnej dziury. Nie pocieszało to wcale Jana, wpadnięcie do Czarnej Dziury równa się śmierci. Nigdy

nie udało się nawiązać kontaktu z jednostkami, które dostąpiły tego wątpliwego zaszczytu. Co

więcej, teoretycznie powinien być już dawno zgnieciony.

Jan poszedł na siłownię. Tam oczyszczał swoją głowę . Zawszę miał powyżej uszu tych

cholernych patafianów, którzy korzystając z kabin Dr Thomasa Browna „osiągnęli ciała równe

bogom”. On wolał trenować tradycyjnymi metodami. Podciągnięcia, przysiady, wyciskanie. Nie

rzeźbił swojego ciała, starał się zapomnieć. Nauczył się tego podczas kursów na pilota. Nigdy nie

wylewał za kołnierz. W ośrodku treningowym zmierzył się z długotrwałą abstynencją. Zawsze kiedy

go "suszyło" ruszał na siłownię. Trenował by zapomnieć o piciu, potem zmieniał cel i tak brnął przez życie, wciąż na siłowni. Na statku podnoszenie ciężarów nabierało innej wymowy. Stawało się

modlitwą, litanią ku ekipie ratowniczej. Wmawiał sobie, że każde kolejne powtórzenie to większa

szansa na odnalezienie w tej pustce. Kończył zazwyczaj na kolanach, wymiotując, zlany potem.

Odpędzał czarne myśli, strach przed nieznanym. Liczył na to, że nawet jeśli umrze na statku, ekipa

ratunkowa na nagraniach z kamer pokładowych zobaczy największego twardziela. Hodował

nerwicę natręctw zaczynając od siłowni, kończąc na chodzeniu tylko wzdłuż zielonych kabli. Zieleń

była barwą nadziei, a tego potrzebował.

 

– Kurwa – krzyknął, zdejmując przepoconą koszulkę – ostatnia, kurwa jak teraz będę żył.

 

– Proszę nie wpadać w panikę – odezwał się zimny, kobiecy głos – niedługo przyleci ekipa

ratunkowa i będzie miał pan czyste ubrania.

 

– Co ty o tym wiesz parszywa łajzo? – odparł Jan – Zresztą czemu znowu używasz tych tanich

sztuczek? Masz jakieś pierdolone rozdwojenie jaźni czy coś? Na tym statku jesteśmy tylko my, ja –

człowiek i ty – XC system pokładowy. Używając głosu starej dewotki wcale mnie nie uspokoisz.

 

– Staram się tylko poprawić pana nastrój – znów zabrzmiał spokojny, metaliczny, męski głos –

jest pan ostatnio bardzo rozdrażniony.

 

– Nieważne – odpowiedział Jan, z trudem wstając z podłogi i ruszając do ładowni.

 

Pilot był coraz bardziej sfrustrowany. Ostatnimi dniami dręczyło go poczucie winy. Ciążyło

mu na sumieniu jego życiowe lenistwo, zawsze obieranie najłatwiejszych rozwiązań, co

zaprowadziło go ostatecznie w kosmiczną pustkę. Dokuczał mu także strach. Bał się, że zwariuje jak

Jans Skalsen, legendarny pilot oblatywacz. Nie było obecnie we flocie jego korporacji statku,

którego prototyp nie zostałby przetestowany przez Skalsena. Ta niesamowita osoba wpędzała

rzesze młodych adeptów podróży kosmicznych w kompleksy. Do czasu feralnej wyprawy do Strefy

XC, miejsca z którego odebrano nieznany logiczny sygnał. Naprzeciw szansie pierwszego kontaktu z 

pozaziemską cywilizacją wysłano właśnie Skalsena. Był idealnym kandydatem. Korporacja chciała,

aby kosmici uwierzyli, że wszyscy ludzie są tacy jak Skalsen. Lecz kosmitów nie odnaleziono, a z

pilotem utracono kontakt na 3 lata. Kiedy już pogodzono się z faktem śmierci zaginionego, stacja

badawcza korporacji odebrała sygnał zwrotny. Po klik dniach namierzono statek Skalsena. Ku

zdziwieniu świata nauki ten jeszcze żył. Jan pamiętał jak dziś relację z odnalezienia bohatera

swojego dzieciństwa. Triumfalny powrót na Ziemię, przelot poduszkowcem po Big City i konferencja

prasowa w Centrali.

– Jak się Pan czuje – zapytał Skalsena jeden z dziennikarz na konferencji prasowej, a on

odpowiedział: – Bardzo dobrze, mimo tego, że my już nie żyjemy, wszyscy jesteśmy złudzeniem

optycznym. Co było później to już wielka tajemnica. Skalsen zniknął z życia publicznego. Po prostu wyparował.

Jedni twierdzą, że zwariował, inni, że to był żart. Prawda była taka, że zanim Skalsen wydobył się

na światło dzienne dla ludzkości, przez wiele miesięcy był starannie badany przez droidy korporacji.

Ta konferencja miała być genialnie zaplanowanym produktem marketingowym, który w 

ostatecznym rozrachunku okazał się kompletnym fiaskiem. Największym w dziejach korporacji

Jana. Człowiek w praktyce wyprodukowany przez jego firmę, nie mógł po prostu zwariować w 

przestrzeni kosmicznej niczym jakaś małpa. Jan żył z przekonaniem, że coś w kosmosie zniszczyło

jego bohatera, a teraz obawiał się, że to samo może przytrafić się jemu.

 

Sen był męczący. Jana nawiedzały trudno do zrozumienia wizje. Tym razem w malignie

wywołanej stresem i znużeniem rozmawiał z tajemniczym mężczyzną.

 

– Korytarze są wyraźnie oznaczone – mówił wąsaty mężczyzna w skafandrze kosmonauty z XX

wieku – znaki na ścianach wskazują w którą stronę należy się kierować w razie niebezpieczeństwa.

Nie ma nic bardziej wartościowego od naszego życia. Nie zabieram nic ze sobą, a co najważniejsze

nigdy nie wracam do niebezpieczeństwa.

 

– Rozumiem – odparł Jan.

 

– Pojawia się dym. – mężczyzna kontynuował – Zamykamy okna, zostawiamy drzwi z kluczem

w zamku. Jeśli dym jest gęsto czołgamy się po podłodze, dlaczego?

 

– Dym unosi się ku górze– odpowiedział Jan.

 

– A teraz najważniejsze – wąsacz pokazał pilotowi rysunek – widzimy tutaj Twoją osobowość,

półkule niebieską i czerwoną. Jak dobrze widzisz są idealnie równe. Część niebieska to spokój, chęć

ustatkowania się, założenia rodziny, osoba statyczna, zaś czerwień to gniew, chęć wyładowania się,

pragnienie posiadania wielu partnerek seksualnych. U każdego człowieka, któraś strona przeważa.

My możemy ci pomóc. Niebieska strona może przeważyć, możesz poskładać swoje życie. Wystarczy,

że nam zaufasz. Podajemy Ci rękę. Chcemy wciągnąć Cię na szczyt.

 

– Ale co dokładnie mam zrobić?

 

– Zależy nam na tym – mówił mężczyzna wskazując na kulę – abyś wydostał się z czerwonej

strony i przeszedł na niebieską. Zaczął ją rozwijać, zrozumiał nasze zasady, poddał się im. To będzie

dla ciebie dobre.

 

Nie pamiętał kiedy się ocknął, sen zacierał się z rzeczywistością. Będąc dzieckiem nie

potrafił zrozumieć pojęcia snu na jawie. Była to dla niego pełna abstrakcja. Pytał ojca, jak można

spać, a zarazem chodzić, nie wiedzieć, że się śpi. Zazwyczaj słyszał odpowiedź, że przytrafia się to

niewielu, więc nie ma czym się przejmować. Koszmary o wypadnięciu przez okno, upadku ze

schodów stały się nieodłączną częścią jego dzieciństwa. Teraz gdy znajdował się w tej pustce kosmosu, sam nie był pewien czy przypadkiem wciąż nie jest dzieckiem, a ta cała udręka tylko złym

snem.

Rozmowy z komputerem pokładowym nie były najlepszym sposobem na ukojenie

narastającej paniki. Komputer wciąż uspokajał kosmonautę, co kończyło się kolejnymi wycieczkami

na siłownię. Sterydy z pochłanianej papki oraz chęć zaprzeczenia beznadziejnej sytuacji, w kilka

miesięcy uczyniły z do tej pory wychudzonego pilota umięśnionego barbarzyńce. Rutyną stało się

ciągłe powtarzanie tych samych ćwiczenie w celu zabicia niepokojących myśli, lecz im bardziej

zmieniało się ciało Jana, tym bardziej czuł pustkę związaną z samotnością. Brakowało mu kobiet.

Kiedyś w kantynie na Marsie usłyszał, że żółci mają na swoich statkach lalki, które zaspokajają

wszystkie potrzeby. Niestety jego projekt nie był dofinansowany. W magazynie zalegało kilka taśm z 

filmami. Jan postanowił jedną obejrzeć.

 

– Odpal listę interakcji – powiedział pilot do systemu pokładowego.

 

– 32 interakcje. – odparł mechaniczny głos – Która pana interesuje?

 

– Odpal plażę.

 

– Dobrze. – odparła maszyna.

 

Przed oczami Jana ukazała się szczupła blondynka, po czym przemówiła:

 

– Cześć, mam dla ciebie zatańczyć?

 

– Jakbyś mogła. – odpowiedział Jan – Byłoby miło.

 

– A do czego?

 

– Do naszej ulubionej piosenki.

 

– Do Troopera ? – odparł zdziwiony hologram.

 

– Tak.

 

W tym momencie dziewczyna zaczęła się kołysać wymachując dość gwałtownie głową. Na

jej biust opadała koszulka z wielką czaszką, odsłaniając dekolt. Jak zahipnotyzowany patrzył na jej

ciało. Był zafascynowany. Proste środki wystarczyły, aby ma krótką chwilę oderwać go od

zmartwień. Pragnął kiedyś wrócić na Ziemię, tylko nie było już go na to stać. Cały ten pomysł z 

Armią i bycie pilotem miały dać szansę, aby Jan został na Ziemi. Niestety, nie posiadał żadnych

wyjątkowych umiejętności, więc oddelegowali go na Marsa, aby zamieszkiwał pośród

niekończących się slamsów Czerwonej Planety.

Dziewczyna wciąż tańczyła. Obraz się zapętlił. Pilot pustym wzrokiem patrzył na hologram.

Blond włosy wirowały, a obraz stawał się coraz bardziej rzeczywisty. Czuł zapach tancerki. Perfumy,

których używała zdawały się częścią jego wspomnień. Ruchy były znajome. Chciał uwierzyć , że kiedyś znał tę dziewczynę. Sam już nie wiedział czy tańczy przed nim osoba, którą kochał, czy

modelka wynajęta na potrzebny taśm dla pilotów. Starał się zrozumieć sytuację, w której się

znalazł, a która wydawała mu się nierealna. Ta misja nie miała tak wyglądać. Misja Odkrywca tak

naprawdę miała niewiele wspólnego z badaniem dziewiczych zakątków wszechświata. Statek miał

lekko przekroczyć granice poznane przez ludzi, zebrać informacje i spokojnie wracać. Średnia

braków w lokalizacji wynosiła 5%, a nie 100%, niczym maczanie stóp w wodzie podczas spaceru

and morzem. A tu taka niespodzianka. Zgubić się w kosmosie. Tylko szaleńcy bez wyobraźni gubią

się w kosmosie, przynajmniej tak mówiono na szkoleniach. Te nie były zbyt wymagające. Do tak

mało rozwijającej roboty brano byle absolwentów szkół wojskowych. Sedno tego zawodu

sprowadzało się na siedzeniu w przestarzałym statku i doglądaniu czy system zbiera dane jak

należy. Pozornie obecność człowieka nie była potrzebna. Ale zawsze chodziło o ten 1% – tak zwany

czynnik ludzki. Jakaś kaleka z Marsa udowodniła, że roboty nie potrafią interpretować faktów

emocjonalnie, a więc dokładna analiza faktów przez robota i człowieka zawsze różni się o 1%.

Nieważne, że roboty już prawie same myślą. Zawsze jest szansa, że coś przeoczą. Dlatego też

Nitrogona wyszukuje ludzi o wątpliwym poziome ambicji i pakuje ich do gruchotów, rozsyłając na

wszystkich stronach świata. Jak mawiają w Bazie Alfa, będąc Pilogiem przez 20 lat żadna siła nie

zmusi Cię do myślenia. A Jan właśnie był Pilogiem, człowiekiem urodzonym poza Ziemią, który nie

należał do żadnej wielkiej Dynastii. Miał zwyczajnych rodziców, którzy nie posiadali mocy

telekinetycznych, ani nie byli nad wyraz piękni. Mimo tej zwyczajności zawsze wróżono mu lepszą

przyszłość. Mawiano: „Może ty pierwszy z miasta przestaniesz być Pilogiem i zaadoptuje Cię jakaś

dynastia”. Jednak tak się nie stało, a marzenia Jana doprowadziły go do bezkresnej pustki.

Dni mijały zadziwiająco szybko, będąc mieszanką katowania własnego ciała i poszukiwania

w wszechogarniającej ciemności punktów odniesienie, które wskazałby Janowi drogę do domu.

Wylewając pot podświadomie modlił się o wypadek, który zakończyłby jego cierpienie. Nie miał

odwagi się zabić. Wciąż tliła się w nim iskra nadziei, marzenie, że jednak wszystko skończy się

dobrze. Bał się śmierci z głodu i odwodnienia. Niczym w filmach z zamierzchłych czasów, wyobrażał

sobie, że będzie zmuszony do zjedzenia ubrania lub własnych odchodów. Nie chciał tak umierać.

Samotność go przytłaczała. Zawsze żył z jakimiś ludźmi. Na Marsie wraz podobnymi mu, ruszał na

miasto, wkładał pod powiekę Mollinium, pił wódkę, czuł się spełniony. Brakowało mu rozmów o 

dziewczynach, rajdach ścigaczami, tego bezsensownego upływu czasu. Zdał sobie sprawę, że od

wielu lat się nie rozwijał, tkwił w miejscu. Pragnął coś zmienić, ale nie był w stanie. W tej pułapce,

spędzał dnie chodząc wzdłuż korytarzy, dotykając ścian, kabli. Wyobrażał sobie, że jest mały

chłopcem i przechadza się po parku. Wyprostowaną dłonią uderza o szczeble barierki nad strumykiem. Z czasem dźwięk wykraczał poza jego wyobraźnię i stawał się prawdziwy, doskonale

słyszalny. Krążył tak godzinami.

Pewnego dnia jego rutynę przerwał silny wstrząs statku. Został wyrzucony w powietrze i 

uderzył głową w sufit kabiny, zalewając się krwią. Jego bezwładne ciało odbijało się od ścian

pojazdu, lecąc w różne strony z masą hantli i urządzeń kuchennych. Siły przyciągania zanikły na

statku, sprawiając, że Jan stał się częścią metalowej rafy przepływającej tunelami statku.

 

– Kurwa! – krzyknął Jan – Co się stało?!.

 

– Zderzyliśmy się z ciałem obcym. – odparł system.

 

– Jak to możliwe, przecież mamy system osłon? – odparł Jan próbując chwycić się ściany.

 

– System nie działa od kilku dni, musiałem go wyłączyć, aby zaoszczędzić energię.

 

– Czemu mi nic nie powiedziałeś?

 

– Mówiłem, ale pan nie słucha.

 

– Co kurwa?! Przecież cały czas tu jestem, kurwa nigdzie nie wychodziłem, to ty cały czas

milczysz.

 

– Będzie to niepotrzebna strata energii, lecz wnioskując po pana stanie uzasadniona – odparł

system, po czym na ekranach pokładowych wyświetlił się film z kamer pojazdu.

 

Przed oczami Jana ukazał się obraz z kamer. Zobaczył brodatego mężczyznę. Oglądał jego codzienne

czynności, masę ćwiczeń, leżenie, błąkanie się bez celu po statku, a co najgorsze ciągły brak reakcji

na komunikaty systemu pokładowego. Mężczyzna poruszał się chaotycznie wzdłuż korytarzy. Jan po

chwili zdał sobie sprawę, że widzi samego siebie. Nie spodziewał się, że mógł tak zarosnąć podczas

podróży. Sam ledwie siebie poznawał. Zimny głos komputera próbował wiele razy nawiązać kontakt

z Janem, lecz ten ignorował sygnał. Wydawało się, że wcale go nie słyszy.

 

– No dobra – odparł przerażony Jan – co teraz ze statkiem, zginę? To znaczy… zginiemy?

 

– Nie należy wpadać w panikę. Uszkodzenia nie zagrażają misji. Powinien pan jednak się

ogolić. Z takim zarostem zostałby pan już dawno wyrzucony z Ziemi. – odparł system.

 

Jan zaczynał rozumieć w jakim jest stanie. W lustrze ujrzał zmęczoną twarz. Patrzył na niego

zarośnięty facet z widoczną każdą żyłą na ciele. Ćwiczenia odwodniły go, sprawiając, że przybrał

aparycję pracownika kopalni na Marsie. Już nawet jego wygląd nie był w stanie ukryć jego stanu

psychicznego. Wysyłał całym swoim obliczem jednoznaczny przekaz. Jego szaleństwo było

namacalne. W pewnym momencie coś odłączyło wtyczkę od jego rozsądku, rozum uleciał w 

nieznaną, pozostawiając pustą włóczącą się bez celu skorupę. Pilot zaczął obawiać się misji

ratunkowej. Nawet przy mało już prawdopodobnym odnalezieniu, jego sytuacja stałaby się

beznadziejna. Korporacja przejrzy taśmy z lotu i stwierdzi, że zwariował. Otrzyma bilet w jedną stronę do psychiatryka, a przy jego ubezpieczeniu takie leczenie byłoby równie komfortowe, co

pobyt w kolonii karnej. Nie miał żadnych szans na spreparowanie nagrań. System prędzej by go

zabił niż pozwoliłby się uszkodzić. Dobro korporacji zawsze na pierwszym miejscu. Jedyne co mógł

zrobić to czekać na ratunek, zanim kompletnie zwariuje. Łudził się, że kierownictwo wyprawy

zrozumie jego poczynania i nie skreśli go ze społeczeństwa.

Jan przetarł zakrwawioną twarz i udał się do bloku sanitarnego. Wyciągnął z komory

golarkę. Ta jednak nie działa – pozostały mu już tylko nożyczki. Chciał ściąć brodę. Miał być to

początek powrotu na właściwe tory. Nowy lepsze rozdanie w tej bezkresnej, kosmicznej pustce.

Pozytywne myśli były jednak zbyt słabe by przebić się przez pesymizm rzeczywistości. Pilota powoli

zaczęła ogarniać panika. Po co miał ścinać brodę jeśli może resztki życia spędzić w tym statku?

Tracił wiarę w swoje działania. Przerażenie gęstniały w jego głowie. Nie miał żadnej pewności, że

spotka go ratunek, a nawet jeśli, obawiał się późniejszego odosobnienia w szpitalu

psychiatrycznym.

A co jeśli, to system specjalnie umieścił go w tym miejscu, co jeśli komputer został uszkodzony , a 

on jest wciąż okłamywany? Te pytania zaczynały drążyć głowę Jana.

Jan chwycił nożyczki, ale zamiast ściąć sobie brodę ruszył w z nimi w kierunku kokpitu.

 

– Otwórz właz centralny! – krzyknął

 

– W jakim celu Janie? – odparł system

 

– Muszę sprawdzić, czy nasze położenie nie jest przypadkiem wynikiem awarii twojego zasilania.

 

– Nie jest. – odparł komputer– Kontrolki na ścianach informują cię o moim stanie.

 

– One też mogą być zepsute.

 

– Nie są. W takim przypadku sam zawiadomiłbym cię o takiej sytuacji.

 

– A jak wszystko poszło się pierdolić i po prostu chcesz mnie zabić?

 

– Nie chcę Janie. Musisz odpocząć.

 

Cokolwiek by zrobił był skazany na porażkę. Statek wypełniony był zabezpieczeniami na

każdą sytuację, milionami małych świecących urządzeń, których zadaniem było zapobiegnięcie

jakimkolwiek próbą sabotażu.

 

– I co, będę tu tak tkwił? – zaczął mówić – Musimy się stąd ruszać. Ty jesteś robotem,

maszyną, chuj wie czym, upływ czasu nie ma dla Ciebie znaczenia, ale ja się starzeję, wariuję.

Musisz mi pomóc.

 

– Janie, bezkres kosmosu jest niezbadany, każdy błędny ruch pogorszy naszą sytuację i utrudni odszukanie nas. Musimy czekać. Kampania ma wiele systemów, które pozwalają odnaleźć zagubione statki. Wystarczy czekać, a ratunek nadejdzie.

 

– A jaki jest procent uratowanych pilotów w takich sytuacjach jak moje?. Mówię o ludziach

którzy przeżyli takie oczekiwanie, mów!

 

– Nie mogę udzielić ci odpowiedzi, to dane poufne.

 

– A co możesz?

 

– Mogę przekazać do centrali twoje zapytanie i jeśli koordynator je uzna to udzieli ci odpowiedzi

w przeciągu 24 h od otrzymania pytania.

 

– Kurwa, przecież my tkwimy w pustce, co ty bredzisz.

 

– Odpowiadam tylko na twoje pytanie Janie. Podam Ci leki uspakajające. Musisz odpocząć.

 

– Jeśli zaraz stąd nie ruszymy, to się zabiję – to mówiąc Jan chwycił nożyczki i skierował w 

stronę swojej krtani.

 

Nagle ciało pilota przeszedł silny impuls. Osunął się bezwładnie na podłogę tracąc

przytomność.

 

***

 

– Proszę się obudzić. – Jan usłyszał kobiecy głos.

 

Nieśmiało otworzył oko. Zobaczył przed sobą salę konferencyjną. Naprzeciw niego siedziała drobna

blondynka wprowadzająca notatki do pamięci przenośnej. Oprócz niej na sali znajdowało się kilka

maszyn i rząd krzeseł stojących naprzeciw pilota. Kobieta była ubrana w schludny skafander

korporacji. Jego niebieski kolor kontrastował z żółcią jej włosów. Sala była wypełniona symbolami

firmy, a na ścianach wisiały obrazy ukazujące przewodnie wartości korporacji: skuteczność,

lojalność, oddanie. Jan znajdował się w centrum tej wystawki ku czci Warszawskiego Programu

Kosmicznego.

 

– Takie wybudzenie może być nieprzyjemny uczuciem – kontynuowała kobieta – ale proszę się

nie przejmować, dyskomfort szybko minie, a dezorientacja zostanie wyparta przez pana pamięć

długotrwałą. Kandydaci różnie reagują na symulację, ale zawsze ostatecznie następuje harmonia.

 

– Ale co się dzieje, gdzie ja jestem?!- odparł przerażony Jan

 

– Widzę, że trans był jednak silniejszy niż myśleliśmy. Proszę się uspokoić, zaraz wszystko się unormuje.

Jan czuł jak gwałtownie wraca mu pamięć. Zaczynał przypominać sobie, dlaczego znajduje się w

tym pomieszczeniu. Znów poczuł lekką niestrawność po porannej jajecznicy. Przypomniał sobie

kłótnię z Ewą i stres, który mu towarzyszył przed ostatnim etapem rozmowy kwalifikacyjnej.

 

– Jezu, to był test? – zapytał konsultantkę – Kurczę, strasznie realistyczny. Czuję się trochę

zmieszany. Przepraszam za swoje zachowanie.

 

– Proszę się nie denerwować, każdy tak reaguje.

 

– A jak mi poszło? – Jan nie mógł powstrzymać ciekawości.

 

– Wyniki pozna pan za moment. – odparła kobieta – Porównujemy je z innymi kandydatami.

 

– Strasznie realistyczny ten statek. Wydawało mi się, że zgubiłem się w kosmosie.

 

– Tak, to nasza standardowa symulacja. Przesłaliśmy panu trochę naszych wizualizacji. Ta o której pan mówi była ostatnia, ale proszę się nie martwić, za chwilę nie będzie Pan już tego pamiętać, stres nie odciśnie się na Panu.

 

– Wszystko zostanie wymazane?

 

– Tak, taka jest polityka naszej firmy. Poufność to jedna podstaw naszej działalności.

 

– I to wszystko mi pani mówi?

 

– I tak za chwilę nie będzie Pan nic pamiętał. – odparła kobieta – Może pan powiedzieć jak nazywał się statek?

 

– Statek? – zapytał. Nie mógł sobie przypomnieć nazwy statku, ledwie pamiętał jego wygląd.

Czuł się jakby ktoś wymazywał jego wspomnienia – Niestety, nie pamiętam nazwy.

 

– A więc, w takim razie mogę panu już przekazać wyniki. Niestety nie zaliczył Pan ostatniej

próby, życzymy powodzenia następnym razem.

 

– Trudno. Mogę poznać przyczynę mojego niepowodzenia?

 

– Niestety, to tajemnica.

 

– Rozumiem.

 

Jan skołowany wyszedł z sali. Jego wspomnienia ogarniała czerń, bliżej nie ustalona pustka.

Czuł się bardzo samotny, niczym rozbitek na bezludnej wyspie. Przekraczając bramy budynku włożył

do ust syntetycznego papierosa. 0% nikotyny, 100% radości, głosił napis na paczce. Zaciągnął się. Po

chwili oślepiło go słońce. Znajdował się na środku pustyni. Koło niego rozpościerał się olbrzymi

budynek korporacji. Na takim terenie nie trudno zadbać o dyskrecję – pomyślał. Wszędzie tylko

czerwony marsjański piach i kopuła. Powoli wciągał truskawkowy dym, myśląc o tym, że jest dziwką.

Czuł się jakby ktoś przed chwilą wyprał mu mózg. Pozwolił na to, żeby przez kilka godzin byle jaka korporacja zawładnęła jego głową. Aby gonić za marzeniami był gotowy na wiele wyrzeczeń:

implanty, chipy, modyfikacje, ale na mieszanie w głowie się nie zgadzał.

Papieros się skończył po czym filtr wyparował spomiędzy jego palców, ale on wciąż czuł

chłód i olbrzymią pustkę. Ciarki przechodziły po jego ciele na samą myśli, co mogli mu zrobić

podczas tej rozmowy. Jego rozmyślania przerwał odgłos zbliżającego się pojazdu.

Na parking zajechał niebieski poduszkowiec. Jan zajął miejsce oznaczone na bilecie i ułożył

się do snu opierając głowę o szybę. Światło satelity solarycznej raziło go w oczy nie pozwalając

zasnąć. Przez głowę pilota przechodziło tysiące myśli. Przez moment znów poczuł się tak jakby

wciąż siedział na sali konferencyjnej. Uczucie porażki go przytłaczało. Zapomniał, że pokonuje

czerwoną pustynię wraz z innymi ludźmi w transporcie publicznym. Zaczął mówić do siebie:

 

– Trudno jak nie teraz to innym razem. Kurwa, ale zależało mi na tej pracy.

Koniec

Komentarze

Kurczaki… ;__; Popraw to, proszę.

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

A dokładniej? 

Niestety, nie doczytałem do końca. Moje umiłowanie logiki i kompozycji utworu zostało pokaleczone. Autor musi jeszcze wiele się nauczyć. Pozdrawiam.k

Jest pomysł, nienowy, ale jest. Niestety, coś – pospiech, jak sądzę – nie pozwoliło Autorowi na lepsze tego pomysłu wykorzystanie i przedstawienie. Na pełniejsze zarysowanie świata także. Szkoda, bo to materiał na dłuższe opowiadanie z bogatszą fabułą…

Proponuję autorowi stare opowiadanie Lema pt. "Test". Opowiadanie Lema też opisuje symulowany lot kosmiczny. Można wiele skorzystać. Z początku sądziłem, że autor ściągnął pomysł z wymienionego tekstu Lema, co mnie trochę wkurzyło, ale po zastanowieniu uznaję, że podobieństwo pomysłu może być przypadkowe.Pozdrawiam.

Mnie się podobało :)

Dziękuję za komentarze, postaram się popracować nad moimi ułomnościami. Na ten moment przede wszystkim zależy mi na uzyskaniu płynności i lekkości stylu (sprawia mi to trudności). Chciałbym, żeby moje teksty czytało się bez wysiłku. Opowiadania Lema nie czytałem, ale nadrobię braki. Zachęcam do konstruktywnej krytyki, chciałbym wiedzieć co robię źle. 

Oprócz "Testu" przczytaj jedno z wcześniejszych opowiadań Lema, "Młot". Ryszardowi kojarzył się "Test, mi – właśnie "Młot", podczas lektury, zanim okazało sie, że to symulacja.   Płynność i lekkość? Strzelam na ślepo: teraz albo "wysilasz się", albo przeciwnie, piszesz, "jak leci". Spróbuj odwrotnie… I nie trać ducha, nie święci garnki lepią.   Co robisz źle?  Popełniasz typowe dla początkujących błędy. A to przecinków brakuje, a to rodzaje gramatyczne nie pasują do siebie, a to zapominasz o dużej literze albo kropce… Po prostu: wszystkiego po trochu. No i na szczęście po trochu, więc to chyba skutki pospiechu przy pisaniu i tylko pobieżnego sprawdzenia tekstu po jego zamknięciu.

Co robisz źle? Np. 1. "nie potrafił jednoznacznie stwierdzić czy taka terapia mu pomaga, ale na pewno ułatwiała mu przetrwanie upływu czasu w tej pustce." W powyższym zdaniu jest za dużo słów, w tym dwa powtórzenia – mu, mu i taka, tej. Poza tym "przetrwanie upływu czasu" jest bez sensu. Zdecydowanie lepiej byłoby: Nie potrafił jednoznacznie ocenić, czy terapia mu pomaga, ale z pewnością ułatwiała przetrwanie w tej pustce. "Prom już od kliku miesięcy znajdował się zawieszony w niebycie, co zwolniało Jana z tradycyjnych obowiązków pilota. Nie musiał codziennie pobierać nowych danych o lokalizacji i nagromadzeniu obiektów w przestrzeni. O dłuższego czasu on i jego prom byli jedynymi obiektami w bliżej nieokreślonej miejscu." Pomijając już natłok literówek… 1. Prom zawieszony w niebycie? – Jakby powiedział filozof "niebyt, nie jest". 2. Nie musiał codziennie pobierać danych o lokalizacji obiektów w przestrzeni. 3. W zdaniu nr. 3 są powtórzenia: prom i obiekt, poza tym pilot, znajdujący się wewnątrz statku nie powinien być traktowany jako odrębny obiekt, bo równie dobrze możnaby napisać, że on, stół, kibel, łóżko, komputer (itd.) oraz prom byli jedynymi obiektami w bliżej nieokreślonej przestrzeni. Jest też sporo innych błędów, np. "Skończył swój spacer" – po co to "swój"? To chyba oczywiste, że to pilot spacerował, nie? Odnośnie techniki, moja rada jest następująca: Zastanów się dwa razy, czy słowo, które właśnie napisałeś jest rzeczywiście niezbędne.

W opowiadaniu Lema pt "Młot", bohaterem jest również samotny astronauta i komputer kierujący statkiem. Nie jest to natomiast symulowany, ale rzeczywisty lot. W tamtym opowiadaniu astronauta w akcie rozpaczy żąda dostarczenia młota, aby zniszczyć komputer, który nie chciał zakończyć misji.

Wszyscy się już na temat tego tekstu w jakiś sposób wypowiedzili. Wszystkie rady są od nich bardzo cenne. Ale jeszcze ja coś dorzucę. Oprócz wspomnianych błędów, popełniasz jeden szczególny. W tym tekście brakuje kilku rzeczy. Po pierwsze nie panujesz nad proporcjami tekstu. Chodzi o to – z tymi proporcjami – abyś wyważył proporcje między opisem narracyjnym, a wspomnieniami i przemyśleniami głównego bohatera. Druga rzecz to szczegółowość świata. Zalewasz czytelnika nadmiarem szczegółów, w tych momentach fabuły, dla której nie jest to potrzebne. Za dużo próbujesz upchać na siłę w tekście informacji. A tu trzeba pomału, bo można się od tego szału, nie tylko pogubić, ale co gorsza – w ogóle tekstu nie zrozumieć. I tak jest w tym przypadku. Nie panujesz też nad dialogami, są źle napisane. Przez co tekst rozlatuje się na boki. Pomysł nie jest zły. Nawet ośmielę się napisać, że mi się spodobał. Ale wykonanie, trochę boli. Szkoda. Ale ćiwicz i pisz dalej. W końcu coś Ci fajnego powinno wyjść.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Hej, niestety nie mogłam wcześniej odpisać (komp się psuje :c). Chodziło mi o to ściśnięcie wszystkiego, brak akapitów. Ale chyba naprawiłeś :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Nowa Fantastyka