- Opowiadanie: Cat Stevens - Prolog

Prolog

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Prolog

 

 

 

Kwestią, powiedzmy, przypadku była możliwość jakiejkolwiek zmiany trajektorii orbitalnej pierwszej planety od Słońca, a prognozy mądrych panów z Uniwersytetu Kalifornijskiego dawały jeden procent szansy, że kiedykolwiek do niej dojdzie. Na skutek działania pola grawitacyjnego Jowisza, eliptyczna do tej pory orbita Merkurego postanowiła przybrać nieco bardziej okrągły kształt i narobić we wszechświecie sporo zamieszania. Ktoś kiedyś zakładał, że istnieje jednoprocentowa szansa na to, że Pakistan pomaga Al Kaidzie w zbudowaniu broni nuklearnej, że tego roku Demokraci odzyskają Biały Dom, że tego dnia spadnie śnieg. Jeden procent to całkiem spora szansa, a zaimek "kiedykolwiek" nie zdaje się jej umniejszać, bo ostatecznie wszystkie wydarzenia – przeszłe i przyszłe – zdarzają się tylko "raz na kiedykolwiek". Raz na kiedykolwiek pani Basi z trzeciego piętra urodzi się córka z zespołem downa – zdaje się – szansa cholernie mała, bo czemu akurat ta obwisła trzydziestka z głupawym wyrazem twarzy miałaby doczekać się potomka z chorobą genetyczną? A jednak to się dzieje i, bogowie wiedzą dlaczego, nikogo ta perspektywa nie dziwi, lecz kiedy naukowcy prognozują jeden procent szans na globalną katastrofę, to cała ludzkość robi głęboki wydech, wyciąga nogi na leżaku i otwiera kolejną puszkę koli, tak jakby wcale nie zdawała sobie sprawy, że "tu i teraz" to również część wieczności. Merkury wcale nie musiał uderzyć w Ziemię, mógł wyskoczyć z Układu Słonecznego, zderzyć się z Wenus, ba, mógł nawet zostać zjedzony przez Słońce, ale tak się wcale nie stało. Dowolny Bóg patrzący z zaświatów, w swej nieskończonej dobroci postanowił uraczyć ludzkość łaską i okazać jej zainteresowanie właściwe jej zaletom jako gatunku. Mówiąc pokrótce, postanowił rozpierdolić nas wszystkich w drobny mak. I chwała mu za to na wieki wieków.

 

Nazywam się Piotr i mam dwadzieścia cztery lata, oglądam telewizję, piję piwo i czuję się świetnie. Od czasu kiedy jakiś tam profesor wyciągnął swoją katastroficzną teorię na światło dziennie minęło piętnaście lat, co znaczy, że mamy rok 2023. Gdyby ów światowej klasy astronom dalej żył, musiałby stanąć przed solidnym dylematem – martwić się nieuchronną zagładą planety, czy też cieszyć, że został jedynym w historii prorokiem Armageddonu, który naprawdę miał rację. Nie ma to już większego znaczenia, bo wirus HIV zwolnił go od wyboru na parę lat przed potwierdzeniem tych obaw. Można zatem zaryzykować twierdzenie, że umarł w błogiej nieświadomości najgorszego. O ile oczywiście śmierć w wyniku niefartownej penetracji doodbytniczej jest lepsza niż śmierć w wyniku kolizji międzyplanetarnej, a tutaj zapewne wiele osób chciałoby wyrazić odmienny pogląd. Ostatecznie, jedna z tych rzeczy jest odrobinę powszechniejsza; nie żebym był zwolennikiem stereotypów, ale – w moim skromnym mniemaniu – Murzyn gej umierający na aids jest obrazkiem cholernie zabawnym, a tytuł profesora przed nazwiskiem jedynie dodaje całej historii smaczków.

 

Abstrahując od losów astronoma o zmiennym szczęściu i od ambiwalencji w wyborze lepszych i gorszych rodzajów umierania, to chciałbym powiedzieć, że mam cholernego kaca, a to tragedia dużo większa niż, jakaś tam, zagłada ludzkości. Śmiem twierdzić, że ludzkość, jako taka, nie ma uczuć, nie posiada świadomości i – w szczególności – nie cierpi na bóle brzucha. Ludzkość nie zna tego uczucia, które towarzyszy półgodzinnemu wysrywaniu jelit i nie odczuwa mdłości na widok czegokolwiek co można włożyć do ust. Może nie do końca udało mi się abstrahować od gorszych rodzajów umierania. Od lepszych za to na pewno. Jak już mówiłem, nazywam się Peter, mam dwadzieścia cztery lata, oglądam telewizję, piję piwo i wmawiam sobie, że czuję się świetnie.

 

Kiedy byłem trochę młodszy, powiedzmy, o jakieś dziesięć lat, zastanawiałem się często jak wyglądałyby programy informacyjne w świecie, do którego zbliża się nieuchronna zagłada. Wyobrażałem sobie, że będzie to wyglądać trochę jak relacja na żywo z wyborów prezydenckich, albo jak livestream z umierania papieża, który zresztą pamiętam jak przez mgłę. Wszystkie media zastosowały jednak taktykę odwrotną i bardzo w takich sytuacjach odpowiednią. Mianowicie, ograniczyły się do wspomnienia, że za kilka lat zderzymy się z Merkurym i że nie istnieje żadna szansa żeby tego uniknąć. Oczywiście temat ten opanował na pewien czas główne wydania wiadomości wzbudzając ogólną konsternację, ale, co zadziwiające, nie panikę. Po pierwsze, dziesięć lat to naprawdę solidna masa czasu. Może nie dla żyjących pięć tysięcy lat sosen, ale dla populacji istot, których pola zainteresowań oscylują wokół tego jakie dragi wciągał przed śmiercią Justin Bieber i kto pierwszy odpadnie z wybranego reality show – z pewnością. Ludzie zwyczajnie przedłożyli informację na temat ssących kutasy suk i ćpających heroinę gwiazdorów nad perspektywę zostania anihilowanym w ogromnej międzyplanetarnej pożodze, co akurat na swój sposób warte jest podziwu. Takie nowoczesne carpe diem, wprawdzie nieco obrzygane, ale to nic nie zmienia w tej kwestii. Drugi powód jest taki, że mądrzy ludzie sterujący medialną hydrą z pewnością szybko przypomnieli sobie o władzy jaką dysponują i postanowili nie wzbudzać powszechnej paniki na siłe, bo takie działania nie mogły wróżyć niczego dobrego. Ostatecznie, dużo lepiej umierać w spokoju, niż w atmosferze powszechnego przerażenia. No i dużo lepiej przeżyć dziesięć lat jako redaktor wieczornych wiadomości, niż zostać rozszarpanym przez tłum. Po paru tygodniach bombardowania ludzi informacją o tym, że umrą, chyba nie można spodziewać się niczego innego. Wiadomości z tego dnia wyglądały zatem tak samo, jak wyglądały przez ostatnich kilkanaście lat, bo i wszyscy odpowiedzialni za tworzenie powszechnie znanych faktów – politycy, biznesmeni, publicyści i inne gady – rozsądnie umówili się, że na tworzoną przez siebie iluzję rzeczywistości przykleją kolejną zakłamaną, iluzoryczną łatę; że budowana przez nich wizja świata nie może, ot tak, zniknąć na skutek jakiegoś tam końca uniwersum. Zbyt dużo pracy włożono w utrzymywanie woli tłuszczy w swoich rękach przez setki lat, ażeby teraz pozwolić wybuchnąć emocjom z tak błachego powodu jak Armageddon. Uważam, że to bardzo słuszne z punktu widzenia ludzi, których zadaniem od zawsze było wzięcie w ryzy rzeczywistości i na tyle sprytne przetworzenie jej, aby mózg przeciętnego odbiorcy nie narobił w portki przy pierwszym bliższym z nią kontakcie. Chcąc nie chcąc, muszę dojść do konkluzji, że kłamstwa najgorszego rodzaju od zawsze zajmowały w naszej cywilizacji miejsce niezwykle uprzywilejowane.

 

Rządy i korporacje nie złożyły jednak broni i nie poddały się boskiej woli niczym Abraham, Hiob i paru innych brodatych postaci z czasów, których prawie nikt już nie wspomina. Nie było za to oporów przed nazwaniem projektu ratunkowego mianem "Arki", więc, jak widać, biblijne inspiracje nie poszły zupełnie w niepamięć. Projekt ruszył kilka lat temu, nie pamiętam dokładnie kiedy, ale nastąpiło to wkrótce po ogłoszeniu niemiłych kosmicznych newsów. Jako pierwszy z w miarę sprecyzowaną inicjatywą wystąpił Japończyk, niejaki Michio Kaku. A może Michio Kanu? Mniejsza z tym. Faktem jest, że od paru lat trwają ogólnoświatowe prace nad stworzeniem i przygotowaniem do startu gigantycznej stacji kosmicznej, której celem jest zapewnienie ludzkiemu gatunkowi przetrwania do czasu znalezienia nowej alternatywy dla Ziemi. Pola startowe dla poszczególnych elementów układu rozsiane są po całym świecie i , jeśli się nie mylę, jest ich czternaście. Każde z nich odpowiada za dostarczanie na orbitę wymaganych do budowy całości elementów. Najbliżej miejsca, w którym aktualnie przebywam, a mam na myśli przesiąknięty papierosowym dymem pokój wynajmowany w biednym hotelu w południowej Polsce, znajduje się Stacja Startowa Jezioro Bodeńskie.

 

Nazywam się Piotr i mam dwadzieścia cztery wiosny, oglądam telewizję, piję piwo i wciąż udaję. Aha, zapomniałem wspomnieć – jestem jednym z pięćdziesięciu tysięcy ludzi, którzy w globalnej loterii wygrali bilet wstępu na Arkę. Jednym z wybranych, którzy przeżyją koniec świata.

Koniec

Komentarze

"…mógł wyskoczyć z układu słonecznego" – wielkimi lietrami, to nazwa własn. Podobnie jak Armageddon.   "Dowolny Bóg patrzący na nas z zaświatów, w swej nieskończonej dobroci postanowił uraczyć ludzkość łaską i okazać nam zainteresowanie właściwe naszym zaletom jako gatunku. Mówiąc pokrótce, postanowił rozpierdolić nas wszystkich…" – za dużo, za dużo   Uważaj na słowo Murzyn.   "paniki na siłe" – siłę   "Ostatecznie, dużo lepiej umiera w spokoju, niż" – umiera się   "budowana przez nich wizja świata nie może, ot tak, zniknąć na skutek jakiegoś tam końca świata."   Jeśli chodzi o fabułę, daje się czytać, ale mam wątpliwości czy naprawdę skacowany młody człowiek ma siłe rozpamiętywać teorie zmian trajektorii planet i krok po kroku opisywać co i jak się działo. A to w końcu on jest tu narratorem, więc jego tok myślenia wydaje mi się dość niewiarygodny. Czyta się nieźle, ale też tekst wymaga sporego skupienia się. Pomogłyby płynności krótsze, prostsze zdania od czasu do czasu i podzial na akapity – blok tekstu zawsze gorzej obejmuje się wzrokiem i łatwiej jest się rozproszyć, zanim dojedzie się do końca fragmentu. Anyway, nie znam się za bardzo na astronomii, ale czy naprawdę wpływ Jowisz może zmienić orbitę planety tak oddalonej i zarazem tak bliskiej Slońcu jak Merkury? Wątpię…   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Już prędzej – chociaż i tak z ogromnym trudem – uwierzyłbym w wytrącanie ze stabilnej orbity Marsa.   Stacja kosmiczna dla stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi?  Przenieś akcję o chociaż pól setki lat do przodu, może wtedy nabierze to cech niewielkiego prawdopodobieństwa…   I naprawdę ani jednego panikarza, proroka dni ostatnich po takim newsie?   Skacowany bohater jest tak oklepany, że szkoda gadać.

Dzięki za obie opinie, poprawiłem niezauważone wcześniej błędy. Względem globalnej paniki – to jest kwestia do rozwinięcia w dalszym ciągu, właściwie, to jest to temat najbardziej mnie interesujący. Oczywiście nie jest to zjawisko pokazywane na szklanym ekranie, ale w tym cały dowcip, że nastroje społeczne zmienią się bardzo szybko z pewnego powodu. Względem stacji – biorę pod uwagę opinię i postanawiam przybliżyć się do granic prawdopodobieństwa. Co do kwestii wytrącenia z orbity Merkurego, to tak, istnieje taka teoria mająca znamiona prawdopodobieństwa, a całe zdarzenie jest jak najbardziej możliwe z astronomicznego punktu widzenia.

Jowisz może zdestabilizować orbitę Merkurego (albo Marsa), ale nie tak gwałtownie i znienacka. Takiej sytuacji mechanicy Układu Słonecznego nie przewidują. Przez najbliższe kilka milionów lat Merkury na pewno nie zagrozi Ziemi, no, chyba że sami go ruszymy. Możemy pić spokojnie.   Proponuję inny scenariusz. Wewnętrzny Układ Słoneczny mogłoby katastrofalnie zaburzyć jakieś masywne ciało niebieskie przylatujące z zewnątrz. Tego typu zdarzenie miało miejsce w opowiadaniu Fritza Leibera "Wiadro powietrza" ("Pail of Air"), z tym że tam nic się nie zderzyło (uff?). U Leibera Ziemia poleciała poza orbitę Plutona.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Powiem tak: na tym portalu nie można sobie zrobić gorszej antyreklamy niż tytułując własną publikację mianem "prolog". Tekst (poza faktem, że na niektóre sprawy trzeba przymknąć oko) jest ciekawy i nawet wciągający, ale ja naprawdę lubię czytać rzeczy, które są kompletne.

Pewnie będziesz miał(a) okazję przeczytać kompletny tekst za jakiś czas. Pierwszy raz miałem okazję cokolwiek tutaj opublikować i nie tyle chodziło mi o reklamę, co raczej o opinie – czy to da się czytać, czy nie ma zbyt wielu błędów różnej natury, etc. Parę osób wyraziło względne zainteresowanie tekstem, więc jak znajdę trochę czasu to stworzę ciąg dalszy i na pewno nie nazwę tego "prolog", słowo nie-harcerza.

Pewnie będziesz miał(a) okazję przeczytać kompletny tekst za jakiś czas. Pierwszy raz miałem okazję cokolwiek tutaj opublikować i nie tyle chodziło mi o reklamę, co raczej o opinie – czy to da się czytać, czy nie ma zbyt wielu błędów różnej natury, etc. Parę osób wyraziło względne zainteresowanie tekstem, więc jak znajdę trochę czasu to stworzę ciąg dalszy i na pewno nie nazwę tego "prolog", słowo nie-harcerza.

Bohater, który się upaja własną gadatliwością, jest może przyjemny w pisaniu, ale nudny i męczący w czytaniu. Poza tym: "Ludzie zwyczajnie przedłożyli informację […] nad perspektywę zostania anihilowanym" – nie są głupi ci ludzie, też bym wolała informację od zostania anihilowaną. ;-) Innymi słowy, autor troszeczkę się pogubił w swoich rozbudowanych konstrukcjach zdaniowych.

Dobrze się czytało :)

Nowa Fantastyka