- Opowiadanie: AgiSK - "St(R)aszek"

"St(R)aszek"

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

"St(R)aszek"

 

Witam:)

 

Pierwszy raz coś publikuję, więc będę wdzięczna za jakieś sugestie i uwagi co do mojej pracy.

 

 

„St(R)aszek”

 

Pierwszy raz spotkałam go dwa dni temu. Byłam sama w domu. W zasadzie to już od kilku lat czułam, że coś się w pobliżu czai. Dwa dni temu się ujawnił.

 

Od dziecka nie lubiłam siedzieć plecami w kierunku otwartych drzwi. Jeśli musiałam, zamykałam drzwi. Ale zawsze ustawiałam biurko do odrabiania lekcji tak, aby mieć widok na cały pokój. I na drzwi oczywiście. Nie spodziewałam się nigdy zobaczyć czegokolwiek, ale tak można powiedzieć czułam się bezpieczna. Nigdy rodzicom nie mówiłam w czym rzecz, bo i sama nie wiedziałam. Ale godzili się, by mój pokój był zaaranżowany po mojemu.

Zdarzało się też, że budziłam się w nocy i czułam, że coś jest nie tak, coś się czai. Trwało to latami, sporadycznie, ale trwało. Bałam się zawsze nadejścia takich nocy.

 

Tak było, aż do momentu, gdy poznałam Maćka. Dzięki niemu mój świat się „uspokoił”. Niemal zapomniałam o dziecinnym lęku. Nasze wspólne noce były tylko nasze. Nic poza nami w pokoju. Radość, powietrze, my. Taki spokój, takie bezpieczeństwo.

Gdy zamieszkaliśmy razem czułam pełnię szczęścia. I tylko cień uchwycony czasem kątem oka np. podczas zmywania czy krojenia sałatki przypominał mi o czymś o czym już prawie zapomniałam. Serce skracało czas pomiędzy swymi uderzeniami. Wtedy odwracałam głowę w tym kierunku po to, by się przekonać, że to tylko normalne pomieszczenie, nic poza tym. Czasami jakiś dziwny szelest, stuknięcie.

– U nas czy u sąsiadów? – myślałam co rusz obracając się za siebie.

Starałam się ukrywać przed mężem swoje bezpodstawne obawy. Małe przytulne mieszkanie, bezpieczna dzielnica, więc czego się bać?

– Może i by mnie nie wyśmiał, ale co by pomyślał? – zastanawiałam się wówczas.

Gdy byłam sama w mieszkaniu coraz częściej nerwowo zerkałam po kątach. Coraz gorzej się z tym czułam, aż problem się sam na krótko rozwiązał. Maciek poprztykał się ze swoim szefem i się zwolnił. Przez około miesiąc szukał nowej pracy i wtedy więcej był w domu. Moje obawy „ucichły”. Znów czułam się normalnie, było mi dobrze.

Od dłuższego czasu zdawałam sobie sprawę, że i ja powinnam więcej przebywać poza domem. Na zewnątrz zawsze było „bezpiecznie”. Znajomych nie miałam wielu. Ot jedna Marta, która pozostała mi jako wspomnienie ze studiów. Ale ona miała swoje życie. Roczne dziecko, męża, dom. Widywałyśmy się od czasu do czasu, to wszystko. Ogólnie trudno, by było mnie nazwać osobą towarzyską. Z tego też powodu nie szło mi zawodowo. Miałam kiedyś staż, z którego nie było już na początku obiecanej umowy. Kilka nie najlepszych rozmów kwalifikacyjnych. Każda kolejna uświadamiała mi i rozmówcy, że ja się nie nadaję do pracy w grupie. Myślałam więc o freelancerstwie. I chyba przy tej opcji pozostanę. Na razie tylko muszę poszukać swojego powołania. Dobrze, że Maciek jest wyrozumiały i cierpliwy.

 

Po wspomnianym miesiącu załapał fuchę magazyniera w mleczarni. I tu zaczął się mój problem. Uświadomiłam sobie jak bardzo boję się ciemności. Maciek pracował pięć dni w tygodniu, na dwie zmiany. Jedna zaczynała się o 22.00. Tak pracował jeden tydzień, na przemian chodząc w następnym tygodniu na zmianę zaczynającą się o godzinie 3.00 w nocy. Z niecierpliwością oczekiwałam tych dwóch nocy, które spędzi ze mną w domu. Gdy go nie było obok, czułam lęk i kołatanie serca.

Gasiłam światło, kładłam się do łóżka i czułam, że w naszym mieszkaniu nie jest dobrze. Wstawałam więc pośpiesznie, by zapalić nocną lampkę i wracałam do łóżka. Zawinięta szczelnie w kołdrę niczym noworodek w rożek, wszystkimi zmysłami odbierałam otaczającą mnie, pozornie przyjemną przestrzeń. I tak każdej samotnej nocy. Ciągłe rozglądanie się po sypialni. Obserwowanie fotela, zasłony i przede wszystkim drzwi. Obserwowanie zegarka i czekanie, kiedy mąż skończy pracę. Z reguły po 3-4 godzinach usypiałam już ze zmęczenia wytężeniem zmysłów. Ale i bywały noce, gdy nie udawało mi się na dobre zmrużyć oka. Dopiero, gdy Maciek wracał i kładł się do łóżka, ja zasypiałam spokojnie z nim. Bywało, że budził się przede mną, zdziwiony, że tak długo śpię. Nie ukrywał, że martwi się moim „przesypianiem życia”, pytał czy mam depresję. Mówiłam mu wówczas, że czytałam całą noc albo pisałam czy oglądałam filmy, bo nie lubię sama spać. Wolę z nim. Ta odpowiedź zaczęła w końcu wystarczać. A i ja z czasem nie kładłam się już spać w tych godzinach, co kiedyś. Przesiadywałam całą noc z książkami, mając zapalone wszystkie możliwe światła. Jakoś było. Zaczęłam wracać do normy. Rachunki za prąd trochę wzrosły, ale to nic.

Obawy jednak ciągle mnie dławiły, zaskakując w najmniej oczekiwanych momentach. Przykładowo będąc w łazience – matowa szyba w drzwiach. Aż prosiła się o to, by ją obserwować. Wyczekiwałam cieni. Po pewnym czasie namówiłam męża na wymianę drzwi tłumacząc, że są już stare i niemodne. Niechętnie, ale się zgodził. A więc jeden azyl w domu więcej – łazienka. Drzwi oczywiście wybrałam pozbawione kratki u dołu, jakie często w łazienkach pozbawionych okien bywają. Wolę mieć zagrzybioną łazienkę, niż nie móc się zrelaksować podczas kąpieli.

 

Jednak po kilku tygodniach pozornie spokojniejszych moje lęki zaczęły się stopniowo nasilać. Pomimo wszystkich zapalonych nocą świateł, pod nieobecność Maćka, pomimo odpowiedniego rozstawienia mebli, czułam jakieś dziwne „czajenie się”. Pytanie tylko: kto i na co się czai? Pewnie na mnie, tylko czy to jest ktoś czy coś. Jak to możliwe, by w pustym, miłym mieszkaniu tak się czuć? Czytałam już sporo o ludziach, którzy mają „nierówno pod sufitem” i także o takich, którzy są wyjątkowo wrażliwi i odbierają więcej bodźców niż pozostali. Czy ja zaliczam się do pierwszej, może drugiej, a może jeszcze innej grupy? I czym są wrażenia, które odbierają ci wrażliwi? Mój mąż nigdy nie wierzył w metafizykę. Ja natomiast miałam wątpliwości jak to z tym światem jest i tej nadprzyrodzonej części nie odrzucałam zupełnie. Może coś istnieje?

Bardzo nie lubiłam, gdy „straszył” mnie piekarnik. Przez niego wiele razy się już nabrałam słysząc jakieś tajemnicze puknięcie. A potem się okazywało, że to stygnący piekarnik się delikatnie odkształca. Jakoś mnie to w sumie uspokajało. Wiedziałam, że nic złego się nie dzieje i tylko wyobraźnia mnie poniosła.

Ale dwa dni temu coś się zmieniło. Wychodziłam akurat z toalety. Na dworze robiło się już szaro. Mąż akurat był w sklepie. Tylko w dużym pokoju i kuchni świeciło się światło. Gdy uchyliłam drzwi odruchowo, jak zawsze, spojrzałam w duże lustro, w którym odbija się wejście do drugiego pokoju. W odbiciu zobaczyłam parę szarych oczu czających się za uchylonymi drzwiami wewnątrz nieoświetlonego pomieszczenia. Zamarłam z przerażenia. Spojrzałam w lustro jeszcze raz, ale już nic nadzwyczajnego nie zobaczyłam. Po dłuższej chwili, przy podwyższonym ciśnieniu, podeszłam cicho do pokoju, szybko wsunęłam rękę, by włączyć lampę. Potem otworzyłam w pełni drzwi. Kanapa, stolik i kredens, wszystko jak należy. Nic więcej. Widać coś mi się uroiło. Ale nie mogłam przestać już o tym myśleć. Za każdym razem przechodząc obok lustra spoglądałam w nie. Wydawało się odbijać raczej ten normalny świat. Dopiero około drugiej w nocy, gdy Maciek był w pracy, a ja znów wychodziłam z toalety, z lękiem spojrzałam w lustro. Na wysokości ponad metr od podłogi zobaczyłam palce, które obejmują drzwi. Były szare i chude. Bez zastanowienia chwyciłam w ręce klucze, buty i płaszcz i wybiegłam na korytarz. Na klatce schodowej ubrałam buty i płaszcz, złapałam parę głębokich oddechów. I poszłam na ławkę przed blokiem, by tam spędzić resztę nocy. Czułam się tam spokojniej niż w domu. Gdy o 6.30 zobaczyłam jak Maciek wraca z pracy podeszłam się do niego przywitać.

– O, jaka ty jesteś zimna! Co robisz tak wcześnie na dworze? – zapytał.

– A jakoś tak spać już nie mogłam. Ale może położę się jeszcze trochę z tobą.

Gdy wchodziliśmy do mieszkania serce biło mi jak szalone. Zamknęłam drzwi do przerażającego pokoju i poszłam z mężem do sypialni. Czułam się taka szczęśliwa, gdy otuliła mnie kołdra. Naprawdę zmarzłam tej nocy.

Wstaliśmy w porze obiadowej. Wyszliśmy do niedalekiej restauracji.

– Wszystko dobrze kochanie? Ostatnio mam wrażenie, że nie czujesz się za dobrze. – zapytał Maciek.

– Ależ co ty mówisz! Dobrze się czuję, tylko przestawiłam się na tryb nocny, by spać z tobą. Tak mi nawet lepiej. – odpowiedziałam przekonując samą siebie.

To było wczoraj. Gdy wróciliśmy do domu zaczynało już zmierzchać. Z niecierpliwością myślałam już o tym, że jeszcze tylko dwie samotne noce mi zostały, potem Maciek będzie miał dwie noce wolne.

Poczułam ręce męża obejmujące mnie w pasie. Spojrzałam w jego ciemne oczy, poczułam gorące usta na swoich wargach. Ten wieczór mógł być taki piękny! Kochaliśmy się. Przez moment zapomniałam o swoich lękach. Byłam tylko ciałem pragnącym spełnienia. Widziałam skupioną twarz Maćka nad sobą. Wtedy spojrzałam w bok i zobaczyłam szary cień, który szybko czmychnął w kąt, gdy tylko został przyuważony.

– Co się stało? – zapytał Maciek. – Czego się przestraszyłaś?

Czar prysł, mąż ułożył się obok mnie.

– Nie wiem. Chyba coś mi się wydawało. – odpowiedziałam.

Zrozumiałam, że można odczuwać bladość swojej skóry. Musiałam wyglądać okropnie, czułam to. Ubraliśmy się i Maciek zaparzył mi herbaty na rozgrzanie. Zawsze taki troskliwy. Tak bardzo chciałam dać mu tę magiczną chwilę ekstazy przed wyjściem do pracy, ale pozwoliłam by czar prysł. Dotarło do mnie coś jeszcze – że zaczynam pragnąć być chorą psychicznie. Tak, aby niebawem ktoś powiedział mi, że to co ostatnio mi się przytrafia to błąd mojej psychiki, a nie realia. Dziwne pragnienie. Ale perspektywa przerwania lęku wydawała się kusząca.

– Maciej. Pojadę na dwa dni do rodziców. – oznajmiłam.

– Jak to, tak nagle? No oczywiście możesz jechać. A o której masz pociąg? I oni wiedzą, że przyjedziesz?

Uśmiechnęłam się.

– To tylko 40 minut jazdy. A pociągi chodzą co półtorej godziny. Zaraz się spakuję. Odprowadzisz mnie?

Odprowadził.

Rodzice ucieszyli się z mojego niespodziewanego przyjazdu. Mieszkałam na tyle blisko, że poczucie, iż mogę do nich wpaść kiedy tylko chcę, sprawiało, że odstępy pomiędzy odwiedzinami były naprawdę długie. Często zastanawiałam się czy inni też tak mają. Głównym powodem mojego wyjazdu było sprawdzić czy ten St(R)aszek, jak w myślach w czasie podróży zaczęłam nazywać nękający mnie lęk, pojawi się znów w moim rodzinnym domu. Znów, ponieważ nie mam wątpliwości, że to ten sam strach, który kładł się cieniem na moje dzieciństwo. W czasie 40-minutowej podróży pociągiem, spokojnie wszystko przemyślałam. Jeśli mój strach wróci, to będę wiedziała, że nie wiąże się on wyłącznie z moim mieszkaniem. Będzie to oznaczało, że jest we mnie lub ze mną. Jeśli we mnie, nikt inny go nie zobaczy. Będę wiedziała wówczas, że już czas na wizytę u lekarza. Jeśli jest ze mną, to ktoś inny powinien dostrzec jego obecność. Jak wtedy rozwiązać sytuację? Nie wiem. Może ksiądz, może ktoś inny. Jeśli natomiast u rodziców będzie spokojnie, oznaczać to będzie, że coś z naszym mieszkaniem jest nie tak. Wtedy pozostaje mi namówić Maćka na przeprowadzkę.

 

Z rodzicami kontakt miałam dobry. Ale to do mamy przede wszystkim chciałam się z tą sprawą zwrócić. Ona zawsze wierzyła w ponad naturalne zjawiska. To ona mi czytała książki o objawieniach i opowiadała o ciotce Geni, którą przyszedł pożegnać wujek dwa dni po swoim odejściu z ziemskiego życia. Dlatego czułam, że matka mnie zrozumie. Ojciec był zawsze bardziej zdystansowany w tych kwestiach. Ani nie zaprzeczał, ani nie potwierdzał.

Opowiedziałam mamie co się u mnie dzieje. Przyglądała mi się z powagą. Widziałam jak raz po raz zerka gdzieś wokół. Wierzy mi? Tak naprawdę nie wyraziła od razu swojej opinii. Wykazała się natomiast prawdziwą matczyną troskliwością i powiedziała, że obie noce spędzi ze mną. Możemy spać w jednym łóżku. Chciałam płakać ze szczęścia! Miała na szyi medalik. Mi również jeden podarowała. Zasnęłam błogo.

Ze snu zerwało mnie jakieś złowrogi puknięcie w podłogę. Obudziłam mamę.

– Co się stało? – spytała, a ja wyjaśniłam.

Nasłuchiwałyśmy razem przez chyba kwadrans.

– Nic nie słychać. – zapaliła jeszcze dla pewności światło. – Idziemy dalej spać. Pewnie coś ci się śniło.

Po długim jeszcze nasłuchiwaniu w końcu udało mi się zasnąć. Noc przebiegła już spokojnie. Wyspałam się tak, jak już dawno nie miałam okazji.

Rano jednak, gdy czesałam się przed lustrem, coś za mną mignęło. Odwróciłam się odruchowo, zlękniona. Niczego nie dostrzegłam. Ale zaraz udałam się do mamy. Mijając duże lustro w przedpokoju sytuacja się powtórzyła. Zobaczyłam przypadkiem odbicie wejścia do kuchni, a tam małą szarą postać. Gdy spojrzałam w to miejsce niczego nie zobaczyłam. Zapłakana niczym dziecko wtuliłam się w mamę.

– Ja to najczęściej widzę w odbiciach luster. Czy ty nic w nich nie dostrzegasz? – pytałam łkając.

Mądra mama postanowiła cały dzień mieć przy sobie lusterko. Na przykład podczas śniadania postawiła je przed sobą na stole. Tak by zawsze choć kątem oka je widzieć. Podobnie podczas przygotowywania i konsumpcji obiadu czy kolacji. Nic. W odbiciu po prostu ona i mieszkanie.

– Zwariowałam mamo, ja zwariowałam. Nie ma innego wyjaśnienia. – skuliłam się w fotelu.

 

Rano pojechałam z powrotem do Maćka. Mama poradziła mi mądrą rzecz. Abym zmieniła zupełnie otoczenie. Może mój irracjonalny lęk jest związany z moim mieszkaniem, dawnym i obecnym. Powinnam spędzić choć jedną dobę w hotelu i sprawdzić czy to pomoże.

Namówiłam Maćka na uatrakcyjnienie weekendu. Wydawał się być co najmniej zaskoczony moimi ostatnimi potrzebami nocowania poza domem. Ale nigdy nie musiałam go długo na nic namawiać. Zresztą nie wyjeżdżaliśmy daleko. Do sąsiedniego miasta, 50 km zaledwie.

Miejsce wydawało się ładne i spokojne. Wybraliśmy się do kawiarni na cappuccino i lody. Spędziliśmy upojną noc we dwoje. Trzeba przyznać, że nowe otoczenie pomaga amorom. Przyznaję, że poczułam już niemal, że lęk mnie opuścił. Aż do chwili gdy tuż po przebudzeniu, około 9 rano, gdy szłam do łazienki, dostrzegłam lichą postać na tle okna. Cofnęłam się szybko do łóżka i chwyciłam męża za ramię. St(R)aszek nadal tam stał.

– Co się stało Kochanie?– z promiennym uśmiechem powitał mnie Maciej, przeciągając się w łóżku.

– Spójrz tam.– powiedziałam niemal sylabizując i gubiąc oddech z przerażenia, gdy wskazywałam mu drżącą ręką kierunek okna. Postać ciągle tam była. Niewyraźna, ale była.

– No i o co Kochanie chodzi? Jakiś pająk czy coś? – zachichotał. – Mogłabyś mnie w inny sposób obudzić.

Klepnął mnie w tyłek. Do oczu napłynęły mi łzy. On go nie widzi. Mój dotychczasowy obrońca, jak nieraz w myślach nazywałam Maćka, już mnie nie ochrania.

Dotychczas jego obecność wystarczała, by mój lęk nie wypełzał z mroku. A może się tylko tak łudziłam? Teraz mam wrażenie, że ta szara postać się uśmiecha. Nie umiem określić czy szyderczo czy nie, ale odbieram to tak jakby znała część moich myśli. Że nic mnie już przed nią nie chroni. Obawiam, że teraz będzie już bezkarnie za mną krążyć. Zaraz, zaraz, przecież miałam coś ustalić. Czy ta postać jest czy nie. Czy jest we mnie czy obok mnie. Maciek jej nie widzi. Mama też jej nie widziała. A ja ją dostrzegam w każdym miejscu, w którym dłużej przebywam, nocuję. A może to nocowanie to też już znaczenia nie ma.

– No ej, Gwiazdeczko, co ci jest? Wyglądasz dosłownie jakbyś ducha zobaczyła.

– Bo …– zaczęłam nieśmiało.-… widzę. Tylko to chyba nie jest duch. Nazwałam go St(R)aszek, tak pieszczotliwie. – zaśmiałam się nerwowo. – Tak, by się go nie bać. Ale boję się cholernie. A on mnie nie chce opuścić.

Widziałam jak zmieniają się rysy mojego męża. Jak znika z jego twarzy czułość, a pojawia się spojrzenie człowieka, który z odrazą i politowaniem obcuje z chorym.

– Co ty w ogóle mówisz?! Nie rozumiem cię. Jaki Straszek?

– No wiesz połączenie Strach i Staszek, St(R)aszek.

– Kim on jest? Coś dziwnego wymyśliłaś. Wkręcasz mnie, prawda?

– Nie. – opuściłam głowę.

– Słuchaj, to nie jest śmieszne! Myślałem, że cię znam. Cichą, spokojną, może nieco ekscentryczną, ale nie NAWIEDZONĄ! Rozumiesz? Dlatego mnie nie bawi to co teraz mówisz. Mógłbym to uznać za żart, gdyby nie ta bladość twarzy. Zupełnie jak… wtedy. Gdy kochaliśmy się, przed twoim wyjazdem, to też ci o tego stracha chodziło? – zapytał już poważnie zdezorientowany.

Pośpiesznie się ubrałam i podałam Maćkowi jego ubrania.

– Wyjdźmy. – poprosiłam. – Nie chcę tu już przebywać.

Wyszliśmy. Długi korytarz, winda, potem kolejny korytarz ku wyjściu. Cień wlókł się za nami. W pewnej odległości, ale widziałam go. Zresztą nie musiałam się wcale oglądać, by czuć jego obecność. Tak znajomą od lat. Pokierowaliśmy się w stronę głównych drzwi. W przejściu ukłonił nam się sympatyczny recepcjonista.

– Na spacer idziemy. – powiedział Maciek jakby chcąc się tłumaczyć, po czym chwycił mnie mocno za rękę.

Zatrzymaliśmy się przy stolikach z parasolami, w pobliżu basenu.

– No to mów co ci jest.– nakazał patrząc mi prosto w oczy.

Stałam tyłem do hotelu, czułam mrowienie na plecach.

– To trwa od pewnego czasu. – zaczęłam nieśmiało. – Nie wiem czy jestem chora czy to coś innego. Gdy jestem sama ogarnia mnie lęk, nie potrafię już sama spać. Boję się wszystkiego co mnie otacza. Pojechałam do rodziców, bo chciałam podzielić się tym z mamą. Wierzyłam że ona mnie zrozumie. Ale ona też nic nie widziała i nie czuła. Ty byłeś cały czas moją ostoją. – spojrzałam na czubek swoich butów. – Dotychczas przy Tobie czułam się bezpieczna. Ale teraz pojawił się też przy tobie… Chyba już nikt i nic mnie nie chroni.

– Co ty gadasz?! Znajdziemy na to lekarza. – dłońmi wykonywał uspokajające gesty. – Na pewno takich przypadków jest więcej. Tylko dlaczego do licha się z tym kryłaś? Nie ufałaś mi?

– Bo ty nigdy nie wierzyłeś w takie sprawy. Wyśmiałbyś mnie.

– A czy teraz się śmieję? Nie! – popatrzył się chwilę na horyzont po czym znów spojrzał mi w oczy. – I może to lepiej, że nigdy w takie rzeczy nie wierzyłem, bo przynajmniej od tego nie zwariowałem.

Jego słowa były ciosem.

– Przepraszam, nie to miałem na myśli. – próbował załagodzić, gdy zobaczył mój ból w oczach. Ale ja wiedziałam, że tak myślał.

Narastał także mój wewnętrzny niepokój. Obróciłam sztywno głowę w kierunku hotelu.

– Uaaa! – wrzasnęłam i schowałam się za Maćkiem. St(R)aszek stał tuż za mną. Przez chwilę widziałam coś co prawdopodobnie było twarzą, o niezwykle niewyraźnych rysach. Szary cień, wielkie oczy. A ich wyraz ani dobry ani zły. Nie chciałam w tym uczestniczyć!

– Co się stało? – spytał Maciek zaskoczony moim nagłym przeskokiem.

– On stoi przed tobą. – odpowiedziałam skulona, po czym bez zaplanowania szarpnęłam go za rękę. – Biegnijmy.

Pociągnęłam męża za sobą. Biegłam jak oszalała w kierunku miasta. W kierunku tłumu ludzi.

 

Gdy przed sobą zobaczyłam kościół, moje nogi same tam się skierowały.

– Nic mnie nie piecze i nie odrzuca. To chyba nie jestem opętana. – myślałam.

W świątyni panował spokój. Tylko kościelny coś ustawiał przy ołtarzu. Zapytałam czy mogę rozmawiać z księdzem. Wskazał mi drogę do biura parafialnego, które akurat było czynne.

Chwilę posiedzieliśmy w poczekalni, bo pewna starsza dama musiała omówić z proboszczem to i owo w kwestii ważnych organizacji parafialnych. W końcu przyszła nasza kolej. Ukłoniliśmy się.

– Nie jesteśmy tutejszymi parafianami, ale bardzo potrzebuję rady Księdza. Otóż od dawna towarzyszy mi nieopisany lęk, ale od kilku dni przybrał on pewną postać. Pojawia się czasem w moim otoczeniu. Boję się. Nie wiem co to oznacza.

Kapłan przez chwilę wpatrywał się we mnie ręce trzymając złożone na biurku. W końcu się odezwał.

– Czy ta postać jest tu teraz z nami?

Rozejrzałam się.

– Nie. Próbowaliśmy przed nią uciec. Wyszła za nami z hotelu, w którym przebywamy.

– A pan. – zwrócił się do Maćka. – Pan też to widział?

– Nie.

– A doświadczał w jakikolwiek sposób?

– Nie. – odpowiedział bez wahania.

Kapłan wstał i położył mi dłoń na czole. Zamknął oczy.

– Nie. Ja również nic nie wyczuwam.

Podszedł do komody i z szuflady wyjął różaniec.

– Proszę go przyjąć.

– Czy to pomoże? Czy może mi Ksiądz jakoś dopomóc?

– Zróbmy tak – zaprowadźcie mnie w miejsce gdzie ostatnio to widzieliście. Poczekamy aż się pojawi. Wtedy będę mógł coś osądzić. Przekonać się czy to coś groźnego.

Ksiądz ubrał płaszcz. Do wewnętrznej kieszeni schował zawinięty w chustę krzyż i biblię.

 

Z lękiem szłam w stronę hotelu. Serce tłukło mi się w piersi. Czułam się chora. Jeśli to choroba umysłu, to już niedługo nie będę mogła sama spacerować. – myślałam zupełnie poważnie.

Doszliśmy do budynku. Wszystko wydawało się takie spokojne i takie przytulne.

– Może wejdziemy do środka? – zapytał Ksiądz.

– Oczywiście. Prosimy. – Maciek uprzejmym gestem wskazał wejście.

Recepcjonista wydawał się być zaskoczony.

– Musimy na chwilę wejść do pokoju. Nie będzie problemu, jeśli wprowadzimy gościa? – spytał mój mąż.

– Nie, oczywiście. Proszę. – radośnie pokazał w odpowiedzi wszystkie pięknie zadbane ząbki.

Z korytarza weszliśmy do szerokiej, metalicznej windy. Milczenie wszystkich mnie dobijało. Czułam się jakby winna, choć niby czemu. Gdy automatyczne drzwi się rozsunęły, widok kolejnego korytarza przyprawił mnie o dreszcz. Zupełnie bezpodstawnie. Korytarz był pusty, ale moja niechęć do wędrowania nim była ogromna. Już nie samo miejsce to wywoływało, bardziej sytuacja, to że tak brutalnie musiałam się ujawnić. To wszystko było w moim życiu takie nieproszone.

Drzwi od pokoju, próg, przejście. Czułam się jak we śnie, tym złym zdecydowanie.

– Dobrze się Pani czuje? Czy to tu jest? – pytał Kapłan.

– Dziękuję. Na razie niczego nie widzę. Proszę dać mi chwilkę. – odpowiedziałam jakimś nienaturalnie piskliwym głosem.

Rozglądałam się po pokoju. Wydawał się jakby uśpiony. Niby spokojny, ale ja wiem, że coś się w nim czai. Ostrożnym krokiem weszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Był, stał przy wejściu do kabiny prysznicowej.

– Jest tu! – z wrzaskiem wskoczyłam do pokoju.

Maciek i Ksiądz pobiegli do łazienki.

– Gdzie to widziałaś?

– Przy prysznicu. – czułam jak ciśnienie rozsadza mi żyły.

Dłuższa chwila milczenia jaka nastała wyraźnie sugerowała, że Ksiądz „bada” wskazane miejsce.

– Przykro mi. – zwrócił się wreszcie do mnie. – Nic nie widzę ani nie wyczuwam. Najwyraźniej to nie jest problem natury mistycznej. – położył mi rękę na ramieniu. – Radzę spotkać się z odpowiednim lekarzem. On powinien coś doradzić. – spojrzał na Macieja. – Jeśli chcą Państwo spotkać się z kimś dzisiaj to mogę polecić doktora Sulimowskiego. Przyjmuje przy ulicy Czerwcowej, to jest tuż przy naszym ryneczku.

– Dziękujemy za pomoc.

Ksiądz pobłogosławił jeszcze nas oraz pokój i wyszedł.

 

– No i co teraz? Ty naprawdę to widzisz? – spytał mój mąż.

– A uważasz, że udaję? Prawdopodobnie jestem chora psychicznie. Jest mi wstyd i przykro, że ciebie w to wciągam… – zaczęłam niekontrolowanie szlochać.

– Ok, wierzę ci. Nie uważam, że udajesz. Nie o to chodzi. Musimy pójść do lekarza. Wezmę tylko dokumenty i kartę bankomatową. Bo nie wiem ile taki lekarz sobie liczy.

W pośpiechu opuściliśmy pokój. Ukradkiem spojrzałam jeszcze w szparę w drzwiach do łazienki. Stał tam i mnie obserwował. Potem stał przed pokojem i patrzył jak wchodzimy do windy.

– Możemy pobiec? – zapytałam Maćka, gdy opuszczaliśmy dźwig.

Już nie pytał. Widział, że się boję i muszę uciekać. Popędziliśmy na Czerwcową.

 

Doktor Paweł Sulimowski, jak się przedstawił, akurat nie miał pacjentów, więc mógł mnie przyjąć. Miły łysiejący pan w brązowej marynarce, około pięćdziesiątki.

Dość szczegółowo przedstawiłam mu swój problem. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony, ale to pewnie dla niego rutyna spotykać się z dziwakami takimi jak ja. Najpierw zrobił ze mną ogólny wywiad, potem zrobił jakiś test obrazkowy. Następnie poprosił Maćka, by wyszedł do poczekalni. Chciał porozmawiać ze mną szczerze, także o mężu i zrobić kilka testów. Ale diagnozy ostatecznej nie postawił. Uznał, że mam halucynacje, których przyczyn na tę chwilę nie był w stanie ustalić. Na koniec wezwał jeszcze Maćka do sali.

– To skierowanie na oddział psychiatryczny. Na razie na obserwację. Na tę chwilę nie zalecam leków, jednak nie wykluczam ich później. – podał zapisaną kartkę do rąk Maćka.

Doktor uścisnął nam ręce, z wrodzoną skromnością przyjął pieniądze i pożegnał.

 

Niewiele nam zajęło opuszczenie tej miejscowości. Maciej sam odebrał nasz bagaż i uregulował płatność za hotel. Zadzwonił do szefa i poprosił o dzień wolnego. Wróciliśmy do domu po to, aby spakować najpotrzebniejsze rzeczy do szpitala.

– Pomóc ci? – pytał Maciek.

– Po prostu bądź obok jeśli możesz. Ja sama się spakuję.

Pośpiesznie wpychałam do torby bieliznę, ciuchy, kapcie, ręcznik i szczoteczkę do zębów. Nie mogłam znieść jego wzroku. No bo oczywiście towarzyszył nam. Może nie przez całą podróż, ale ostatecznie na miejsce dotarł z nami. Ręce mi się trzęsły. Jego gapienie niezmiernie mi przeszkadzało, ale nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. Bałam się naprawdę. Czego on ode mnie chce?– myślałam. Bałam się o tym mówić głośno, bo przecież mój mąż go nie widział. Jak możliwe, żebym sama to sobie wymyśliła? W końcu zdecydowałam, że muszę spojrzeć. Przełamać się po to, by się przekonać czy on jest czy nie. Czy dostrzegę w nim coś więcej poza postacią, jakąś osobowość jeśli można to tak nazwać?

Czułam, że kark mi z buntu sztywnieje i wcale nie chce unieść głowy. Zmusiłam się jednak. Wielkie, zimne, szare oczy patrzyły na mnie z niewyraźnej twarzy. Oczy nie wyrażały nic. Nic osobowego w każdym razie. Tak jakby jego celem było tylko mnie obserwować. Chyba przestałam się bać…

– Czy widzisz To teraz? – zapytał Maciek, obserwując moje znieruchomienie przy pakowaniu.

– Taaak… – odpowiedziałam wolno. – Może nauczę się z tym żyć? Zastanawiam się, może odpuścimy ten szpital? To tylko wytwór mojej wyobraźni. Dla mnie jest realny, ale nikt poza mną go nie widzi. Może nauczę się nie robić wokół tego szumu? – sama jednak wątpiłam w swoją wypowiedź.

– Mowy nie ma! Ja nie nauczę się z tym żyć. A zależy mi na tobie kochanie. – położył dłonie na moich ramionach i spojrzał w oczy.

Zgodziłam się pojechać do szpitala. Nie wiem czy bardziej dla niego czy dla siebie.

 

W szpitalu, jak to w szpitalu. Potraktowano mnie rutynowo. Znów przeprowadzono wywiad i powtórzono wcześniejsze testy. Do tego kilka nowych. Postawiono wreszcie jakąś wstępną diagnozę. Zalecono leki, które mają hamować halucynacje.

Po 8 godzinach od ich podania St(R)aszek ciągle był przy mnie.

– Przepraszam? – zaczepiłam na korytarzu doktora. – Kiedy moje leki powinny zacząć działać?

– A o której je pani podano?

– O 13.00.

– To o 15.00 powinna zacząć następować poprawa.

– A kiedy w pełni zaczną działać?

– Pewnie w ciągu trzech dni. Ale nic nie gwarantuję. Dlatego jest pani na obserwacji. Jak to się mówi – jak nie te leki, to inne. – zarechotał ubawiony swoim ciętym żartem.

– Dziękuję. – pożegnałam go nieusatysfakcjonowana.

 

Mój „towarzysz” nie opuszczał mnie już niemal. Jak nie stał obok, to za rogiem, pod ścianą bądź w odbiciu lustra. Uczyłam się go akceptować, ale nie czułam się chętna do rozmów o nim. Mój lęk, moja sprawa. Dotychczas tak to funkcjonowało, a teraz mój świat się wywrócił. Wszystkich nagle interesuje to co widzę, gdzie to jest i jak się zachowuje. Czuję się jak królik doświadczalny. Jak nie te leki, to inne. Gdyby nie świadomość, że robię to też dla Maćka, to szybko bym pewnie odpuściła i uciekła.

 

Maciek po kilku dniach mojego pobytu odbył poważną rozmowę z moim głównym lekarzem.

– Przyznam, że pana żona na razie nie wydaje się reagować na leki. Może nawet mówić, że już swojej zjawy nie widzi, ale jej zlękniony wzrok i tak zdradza wszystko.

– Co więc mamy robić doktorze? Ma pan jeszcze jakieś inne sugestie? – dopytywał mój mąż.

– Śmiem twierdzić, że choroba pańskiej żony ma podłoże organiczne. Krótko mówiąc podejrzewam…nowotwór.

– Ale jak to pan podejrzewa? To chyba można sprawdzić?

– Oczywiście! Miała już robioną tomografię głowy. Problem w tym, że nic nie wykazał.

– Nie rozumiem. Jak to „problem”? W sumie lepszą wiadomością jest nie mieć nowotworu. Prawda?

– Na zdrowy rozum tak. Ale choroba pana żony jest dość nietypowa. Nie pasuje po prostu do standardów, że tak się wyrażę.

Maciej czuł wściekłość. Ta rozmowa według niego graniczyła z absurdem. Gdybym miała nowotwór lekarze wiedzieliby co mi jest, a tak nie wiedzą jak leczyć.

Co dzień przyjeżdżał do mnie i spędzał jak najwięcej czasu dodając mi otuchy. Po rozmowie z lekarzem spędził sporo czasu szperając w internecie w poszukiwaniu podobnych przypadków. Nie znalazł nic idealnie pasującego, jednak…natrafił na pewnego „specjalistę”. Zdobył więc jego namiary i wcale mnie nie uprzedzając, następnego dnia się z nim skontaktował.

Pan Tobiasz Rychlewski, tak zwał się ten jegomość, twierdził, że może będzie nam w stanie coś doradzić. W tym celu oczywiście musiał też zobaczyć się ze mną. Maciej niewiele mi mówiąc zorganizował kilkugodzinną przepustkę ze szpitala. Byłam taka uradowana! Wyjście poza przysłowiowe kraty już od kilku dni pozostawało moim największym pragnieniem. Dlatego poczułam się lekko rozczarowana, gdy mąż oznajmił mi jaki jest cel naszego wyjścia.

 

Rychlewski przyjechał z miejscowości oddalonej o blisko czterysta kilometrów. Widać musiało mu się to opłacać. Jak bardzo, Maciej nie zamierzał mi powiedzieć. Po krótkiej wymianie uprzejmości usiedliśmy przy stoliku w ogródku urokliwej kawiarenki.

– A więc proszę pani. Czy TO jest teraz tu z nami? – zapytał przechodząc do konkretów.

– Tak. Jest. Ale nie blisko w tej chwili. Stoi przy płocie od strony ulicy. Na razie nie zmienia położenia.

– Rozumiem. – pogłaskał się po koziej bródce. – Czy ma szary kolor?

– Tak.

– Czy jest niewyraźnej postury?

– O widzę, że już mój mąż wszystko panu powiedział. – uśmiechnęłam się z nadmierną pewnością siebie.

– Nie przypominam sobie, bym opisywał jego wygląd. – oburzył się w moim kierunku mąż. – Skąd pan o tym wie?– spojrzał na pana Tobiasza.

– Najlepiej będzie jak pokażę państwu to. – położył na stole teczkę. – Śmiało, proszę otworzyć. – zwrócił się do mnie.

Wzięłam teczkę do ręki. Odsunęłam gumkę i wyjęłam kilka kartek bloku rysunkowego A4. Zbladłam.

– Jak to możliwe? – wykrztusiłam po chwili. – Pan też go widzi?

Teczka zawierała ołówkowe szkice postaci niemal identycznej jak mój St(R)aszek.

– Maria, moja serdeczna ciotka, jest autorką tych rysunków. Przez wiele lat ta postać podchodziła coraz bliżej niej. Początkowo nic nikomu nie mówiła. Ale jej lęk był tak ogromny, że musiała to jakoś z siebie wyrzucić. Przez pewien czas wyrzucała to na papier. Stąd te rysunki. Potem jej przerażenia nie dało się już ukrywać. Trafiła do psychiatryka. Nic nie stwierdzono, choć jej lęk był oczywisty. Przebywała tam kilka miesięcy, gdy niespodziewanie dostała krwotoku wewnętrznego. Nie udało jej się uratować. Miała utajony nowotwór. Żadnych konkretnych symptomów, które by zawczasu go ujawniły.

– Ale jaki to ma związek z tą postacią? – dopytywaliśmy się oboje.

– Zaraz do tego dojdziemy. – uciszył nas. – Jakoś tak się stało, że jej szkice trafiły w moje ręce. Zachowałem je na pamiątkę po ciotce. Pewnego dnia mój przyjaciel Mirek oświadczył mi, że od pewnego czasu odczuwa nienaturalny lęk. Niczego nie widzi, ale jakby wyczuwał jakąś obecność. Skojarzyłem to z przypadkiem ciotki oczywiście. Ale nie mówiłem mu tego. No bo w końcu ona miała wizje, on nie. Ale za mniej więcej pół roku i on zaczął widzieć więcej niż inni. Jakiś cień, coś się skradało po jego mieszkaniu. Najpierw nieśmiało, potem już coraz pewniej. Mirek zaczął wariować. Pokazałem mu więc prace ciotki Marii. Pamiętam jego wzrok – łzy, strach i śmiech szaleńca w jednym wyrazie. To był jego stwór. Opowiedziałem mu więc jej historię. Nie po to by go straszyć, czy doradzać. Tylko po to, by wiedział, że nie od jeden… Po kilku dniach oznajmił mi, że zrobił sobie wszystkie możliwe badania onkologiczne. Choć lekarz podszedł do sprawy sceptycznie, nie dostrzegając niczego po ogólnych wynikach, okazało się, że Mirek ma nowotwór jamy brzusznej. Choroba istniała, ale jeszcze najwyraźniej „nie zamierzała” się ujawniać.

– Czyli, że ten strach … to zwiastun? Zwiastun poważnej choroby? -zapytałam.

– Do tego zmierzam. Mirek oczywiście podjął od razu wszelkie możliwe leczenie. Okazało się skuteczne. A ten strach, ta postać zaczęła kryć się po kątach. Coraz rzadziej przebywała w zasięgu jego wzroku, aż go zupełnie opuściła.

– A co teraz się dzieje z pana przyjacielem? – wypowiedział Maciej głośno, to co ja czułam w myślach.

– Ma się dobrze. To jego numer. – podał nam kartkę z dziesięcioma cyframi. – Proszę zadzwonić choćby i teraz.

Oczywiście zadzwoniliśmy. Mirek okazał się taki jak w opisie pana Tobiasza. Ale, co dla mnie najważniejsze, opisał mi relacje z obecności swojego lęku. Były identyczne jak w moim przypadku. Zdumiewające.

– No dobrze. Pan Mirek wszystko potwierdził. – zaczął Maciek. – Ale skąd mamy mieć pewność co do pańskiej uczciwości? Mogliście się przecież z przyjacielem zmówić, byle tylko zarobić. Może jesteście uczciwi, a może żerujecie na cudzym nieszczęściu?

– Może. – odpowiedział pochylając głowę i głaszcząc się po cienkiej brodzie. – Nie wezmę od państwa pieniędzy za konsultację, jeśli nie potwierdzi się to co mówiłem. Jeśli zaś pani strach jest faktycznie zwiastunem poważnej choroby, wrócimy do zrealizowania naszej umowy.

– Zgoda. – Maciej uścisnął mu rękę w pożegnalnym geście.

 

– Co o tym myślisz? – zapytał mnie w drodze powrotnej.

– Chcę się przebadać. – odpowiedziałam zdecydowana.

– Dobrze. Postaram się jak najszybciej o badania dla ciebie.

 

Rzeczywiście postarał się jak obiecywał. Po tygodniu miałam już przeprowadzone pierwsze badania. Szybko udało się zdiagnozować, co mi dolega. Czerniak, pamiątka z którejś z plaż. Na plecach, jeszcze niewielki, a jednak bardzo groźny. Natychmiast podjęłam odpowiednie leczenie.

Z lekarzem psychiatrą też się regularnie widywałam. Chciał mieć pewność co do mnie, czy faktycznie nie nadaję się na oddział zamknięty. Za każdym razem więc szczerze opowiadałam mu o swoich aktualnych przeżyciach. Mój St(R)aszek zaczął trzymać się ode mnie dalej niż dotychczas. Częściej wykukiwał gdzieś zza futryny albo zerkał z lustrzanego odbicia, niż stawał przy mnie. Z czasem stał się już tylko cieniem gdzieś w kącie, a nawet ledwie wyczuwalną obecnością.

Po kilku miesiącach intensywnego leczenia, udało się czerniaka zwalczyć. Mój lęk też odszedł, mam nadzieję, że na zawsze. Teraz wszystko wydaje się takie proste. Mam ochotę dużo spać. Ale nie ze smutku jak śpią niektórzy, a z radości samotnych nocy. Wreszcie nie towarzyszy mi nie niepożądanego.

 

Po wszystkim wspólnie z Maćkiem poszliśmy na ostatnie spotkanie z psychiatrą.

– No proszę. – skomentował doktor moją opowieść. – Wiedziałem, że pani nie pasuje do naszego klimatu. Chociaż nigdy nie wiadomo. – uśmiechnął się z własnego dowcipu.

– Przestań pan! – mój mąż w końcu nie wytrzymał jego humoru.

– Ale tak na poważnie, to uważam droga pani, że ta historia jest zdumiewająca. Musi to być rzadki przypadek, ale na świecie może być więcej takich ludzi i ich strachów-symptomów. Myślę, z całym przekonaniem, że mogłaby to pani opisać w książce. A na pewno jest co.

– Może kiedyś to opiszę… – odpowiedziałam.

Koniec

Komentarze

Byłem, przeczytałem, spodobało mi się nawet. Fajnie opisujesz lęk, powoli obezwładniający bohaterkę i sprawnie posługujesz się przy tym doświadczeniami, które dotyczą chyba każdego – mówię tu o wyłapaniu jakiegoś niezdefiniowanego ruchu/cienia kątem oka od czasu do czasu. Ogólnie opowiadanie czytało się całkiem nieźle. Teraz kilka uwag – ogólnych tylko niestety – gdyż czytałem na tablecie i nie notowałem na bieżąco. Dobra, to jedziemy:       Nie zwracasz uwagi na powtórzenia, a wydawało mi się, że zazgrzytało mi ich trochę. Pierwszy lepszy przykład: Pierwszy raz spotkałam go dwa dni temu. Byłam sama w domu. W zasadzie to już od kilku lat czułam, że coś się w pobliżu czai. Dwa dni temu się ujawnił.

Od dziecka nie lubiłam siedzieć plecami w kierunku otwartych drzwi. Jeśli musiałam, zamykałam drzwi. Ale zawsze ustawiałam biurko do odrabiania lekcji tak, aby mieć widok na cały pokój. I na drzwi oczywiście.       Ubrań się nie ubiera! Płaszcz itp. można włożyć, można ubrać się w płaszcz, ale – do cholery  – nie można ubrać płaszcza!      Nazwy zawodów piszemy małą literą, dotyczy to również księży.       Nie rozumiem dlaczego od dzieciństwa odczuwała obecność „symptomu”, skoro wtedy była zdrowa jak ryba, prawda?       Z zainteresowaniem czytałem tekst, dopóki nie padło wyjaśnienie zagadki, które – delikatnie mówiąc – nie przemówiło do mnie. Ale to raczej kwestia gustu.       Tytuł opowiadania odstrasza potencjalnych czytelników. :( To tyle tak na szybko. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Ech, numerację wcięlo, teraz jest mniej czytelne wszystko.

Sorry, taki mamy klimat.

Zgłęb jeszcze dokładniej sekrety interpunkcji. Imiesłowy współczesne oraz uprzednie obligatoryjnie wydzielamy przecinkami. Tak samo wołacze. Zapis dialogów – nie zawsze potrzebna jest kropka po wypowiedzeniu, Tu może Tobie pomóc temat z Hyde Parku, jest przyklejony, znajdziesz na pierwszy rzut oka. Aha, powtórzenia…    Sam pomysł uważam za ciekawy. Już tyle było "klasycznych opętań", że poznać nowy (przynajmniej dla mnie) powód pojawiania się prześladującego widma to wręcz przyjemność.   Generalnie: nie masz się czego wstydzić, przeciwnie, uważam. No, nie aż do zadzierania nosa  :-), ale umiarkowanie (patrz wpis Sethraela i mój) zadowolona z debiutu możesz być. { :-) }

Dziękuję za cenne uwagi. Przydadzą mi się na pewno. Pozdrawiam:)

Przeczytałam z pewnym zainteresowaniem, bo ciekawiło mnie, jakiego pochodzenia jest owa postać prześladująca bohaterkę. Zakończenie nie rozczarowało, ale wielkiego zaskoczenia też nie było.

Lektura mogła być bardziej satysfakcjonująca, gdyby tekst był lepiej napisany, gdybym nie musiała się wciąż rozpraszać, napotykają co krok różne błędy. Mam nadzieję, że poniższa łapanka przyda się Autorce, a kolejne opowiadania będą coraz lepsze. ;-)

 

„Od dziecka nie lubiłam siedzieć plecami w kierunku otwartych drzwi. Jeśli musiałam, zamykałam drzwi. Ale zawsze ustawiałam biurko do odrabiania lekcji tak, aby mieć widok na cały pokój. I na drzwi oczywiście”. — Powtórzenia.

Proponuję: Od dziecka nie lubiłam mieć za plecami  otwartych drzwi. Jeśli tylko mogłam, zamykałam je. Zawsze ustawiałam biurko do odrabiania lekcji tak, aby mieć widok na cały pokój. I na wejście oczywiście.

 

 „…np. podczas zmywania czy krojenia sałatki…” — Uważam, że sałatki się nie kroi. Kroimy natomiast warzywa na sałatkę. Sałatkę się robi/ przyrządza.

 

„Wtedy odwracałam głowę w tym kierunku po to, by się przekonać, że to tylko normalne pomieszczenie, nic poza tym”. — Nadmiar zaimków.

Proponuję: Wtedy odwracałam głowę w tym kierunku aby się przekonać, że to tylko normalne pomieszczenie, nic więcej.

 

„U nas czy u sąsiadów? - myślałam co rusz obracając się za siebie”. — Wolałabym: U nas czy u sąsiadów? – myślałam, co rusz spoglądając / zerkając za siebie.

Czy można obrócić się przed siebie? ;-)

 

„Z tego też powodu nie szło mi zawodowo”. — Wolałabym: Z tego też powodu, nie miałam łatwo w pracy.

 

„Miałam kiedyś staż, z którego nie było już na początku obiecanej umowy”. — Wolałabym: Byłam kiedyś na stażu, ale potem nie podpisano obiecanej umowy.

 

„Kilka nie najlepszych rozmów kwalifikacyjnych”. — Wolałabym: Kilka niezbyt udanych rozmów kwalifikacyjnych.

 

„Każda kolejna uświadamiała mi i rozmówcy, że ja się nie nadaję do pracy w grupie”. — Wolałabym: Każda kolejna uświadamiała mi, że się nie nadaję do pracy w grupie.

 

„Maciek pracował pięć dni w tygodniu, na dwie zmiany. Jedna zaczynała się o 22.00. Tak pracował jeden tydzień, na przemian chodząc w następnym tygodniu na zmianę zaczynającą się o godzinie 3.00 w nocy”. — Powtórzenia. Liczby zapisujemy słownie. Uwaga dotyczy błędu występującego wielokrotnie, w całym opowiadaniu.

Proponuję: Maciek pracował pięć dni w tygodniu, na dwie zmiany. Pierwsza zaczynała się o dwudziestej drugiej i tak przez tydzień, a w następnym na drugą, od trzeciej w nocy.

 

„Wstawałam więc pośpiesznie, by zapalić nocną lampkę i wracałam do łóżka”. — Dlaczego wstawała? Nocna lampka stoi wszak przy łóżku.

 

Obserwowanie fotela, zasłony i przede wszystkim drzwi. Obserwowanie zegarka i czekanie, kiedy mąż skończy pracę”. — Wolałabym: Obserwowanie fotela, zasłony i przede wszystkim drzwi. Sprawdzanie zegarka i czekanie, kiedy mąż skończy pracę/ wróci z pracy.

 

„Ale i bywały noce, gdy nie udawało mi się na dobre zmrużyć oka”. — Wolałabym: Ale bywały i takie noce, gdy nie udawało mi się w ogóle zmrużyć oka.

 

„Przykładowo będąc w łazience – matowa szyba w drzwiach”. — Wolałabym: Na przykład: w łazience — matowa szyba w drzwiach.

 

„Drzwi oczywiście wybrałam pozbawione kratki u dołu, jakie często w łazienkach pozbawionych okien bywają”. — Wolałabym: Oczywiście wybrałam drzwi pozbawione u dołu kratki, którą z reguły montuje się, gdy łazienka nie ma okien.

 

„Tylko w dużym pokoju i kuchni świeciło się światło”. — Wolałabym: Tylko w dużym pokoju i kuchni było włączone światło. Lub: Tylko kuchnia i duży pokój były oświetlone.

„Gdy uchyliłam drzwi odruchowo, jak zawsze, spojrzałam w duże lustro, w którym odbija się wejście do drugiego pokoju. W odbiciu zobaczyłam parę szarych oczu czających się za uchylonymi drzwiami wewnątrz nieoświetlonego pomieszczenia”. — Proponuję: Gdy uchyliłam drzwi, odruchowo, jak zawsze, spojrzałam w duże lustro, w którym odbija się wejście do drugiego pokoju. Zobaczyłam w nim parę szarych oczu, patrzących na mnie z wnętrza nieoświetlonego pomieszczenia.

 

„Po dłuższej chwili, przy podwyższonym ciśnieniu…” — Nie przypuszczam, by zmierzyła sobie ciśnienie. ;-)

Proponuję: Po dłuższej chwili, z mocno bijącym sercem

 

„Potem otworzyłam w pełni drzwi”.Potem szeroko otworzyłam drzwi.

 

„Za każdym razem przechodząc obok lustra spoglądałam w nie”. — Przecież zerkała w lustro zawsze, kiedy gdy je mijała, jeszcze przed pojawieniem się oczu. Mówi o tym kilka zdań wcześniej.

 

„Bez zastanowienia chwyciłam w ręce klucze, buty i płaszcz i wybiegłam na korytarz. Na klatce schodowej ubrałam buty i płaszcz…” — Czy mogła chwycić te rzeczy inaczej niż w ręce? ;-)

W co ubrała buty i płaszcz?! Odzieży się nie ubiera! W odzież można się ubrać!

Proponuję: Bez zastanowienia chwyciłam klucze, buty i płaszcz, i wybiegłam na korytarz. Na klatce schodowej ubrałam się

 

„I poszłam na ławkę przed blokiem, by tam spędzić resztę nocy. Czułam się tam spokojniej niż w domu”. — Proponuję: I podeszłam do ławki przed blokiem. Siedząc na niej, czułam się bezpieczniej niż w domu i tu wolałam spędzić resztę nocy.

 

„Gdy o 6.30 zobaczyłam jak Maciek wraca z pracy podeszłam się do niego przywitać”. — Czy naprawdę można podejść się do kogoś? ;-)

Proponuję: Gdy o szóstej trzydzieści zobaczyłam Maćka wracającego z pracy, podeszłam do niego, by się przywitać.

 

„Tak bardzo chciałam dać mu tę magiczną chwilę ekstazy przed wyjściem do pracy…”Tak bardzo chciałam dać mu tę magiczną chwilę ekstazy, nim wyjdzie do pracy

Do pracy szedł Maciek, nie bohaterka.

 

„Jeśli mój strach wróci, to będę wiedziała, że nie wiąże się on wyłącznie z moim mieszkaniem. Będzie to oznaczało, że jest we mnie lub ze mną. Jeśli we mnie…” — Nadmiar zaimków.

 

„Ona zawsze wierzyła w ponad naturalne zjawiska”.Ona zawsze wierzyła w ponadnaturalne zjawiska.

 

„Mijając duże lustro w przedpokoju sytuacja się powtórzyła”. — Czy sytuacja mijała lustro? ;-)

Proponuję: Gdy mijałam duże lustro w przedpokoju, sytuacja się powtórzyła.

 

„Podobnie podczas przygotowywania i konsumpcji obiadu czy kolacji”. — Wolałabym: Podobnie podczas przygotowywania i jedzenia obiadu czy kolacji.

 

„Do sąsiedniego miasta, 50 km zaledwie”.Do sąsiedniego miasta, pięćdziesiąt kilometrów zaledwie.

Nie używamy skrótów.

 

„Przyznaję, że poczułam już niemal, że lęk mnie opuścił”.Przyznaję, poczułam już niemal, że lęk mnie opuścił.

 

„…dostrzegłam lichą postać na tle okna”. — Co to znaczy, że postać była licha?

 

„Co się stało Kochanie?- z promiennym uśmiechem…” — Brak spacji po pytajniku. Dlaczego kochanie jest wielka literą?

Ten błąd powtarza się także w dalszej części opowiadania.

 

 „…gdy wskazywałam mu drżącą ręką kierunek okna”. — Wolałabym: …gdy wyciągnęłam drżącą rękę w stronę okna.

 

„No i o co Kochanie chodzi?” — Wolałabym: No i o co ci chodzi, kochanie?

 

„Obawiam, że teraz będzie już bezkarnie za mną krążyć” — Pewnie miało być: Obawiam się, że teraz, już bezkarnie, będzie za mną krążyć.

 

„- Bo …- zaczęłam nieśmiało.-... widzę”. — Zbędna spacja przed pierwszym wielokropkiem, brak spacji przed pierwszym dywizem, zbędna kropka, brak spacji przed i po drugim dywizie, zbędna spacja po drugim wielokropku.

Błędy wielokrotnie występujące w całym opowiadaniu.

„W przejściu ukłonił nam się sympatyczny recepcjonista”. — Raczej: W przejściu ukłonił się nam  sympatyczny portier.

Recepcjonista urzęduje w recepcji, nie przy wyjściu z hotelu.

 

„Dotychczas przy Tobie czułam się bezpieczna”.Dotychczas przy tobie czułam się bezpieczna.

Zaimki piszemy wielka literą tylko wtedy, gdy zwracamy się do kogoś listownie.

 

„On stoi przed tobą. - odpowiedziałam skulona, po czym bez zaplanowania szarpnęłam go za rękę”. — Wolałabym: On stoi przed tobą — odpowiedziałam, kuląc się, po czym bez zastanowienia szarpnęłam go za rękę.

 

„Chwilę posiedzieliśmy w poczekalni, bo pewna starsza dama musiała omówić z proboszczem to i owo w kwestii ważnych organizacji parafialnych”. — Skąd bohaterka wie, jakie sprawy omawiała z proboszczem owa dama. ;-)

 

„…ale bardzo potrzebuję rady Księdza”. — …ale bardzo potrzebuję rady księdza.

Ten błąd powtarza się wielokrotnie w dalszej części opowiadania.

 

„Ksiądz ubrał płaszcz”.Ksiądz włożył płaszcz.

 

„Dobrze się Pani czuje? Czy to tu jest? - pytał Kapłan”.Dobrze się pani czuje? Czy to tu jest? — pytał kapłan.

Formy grzecznościowe: pani, pan, państwo, piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd powtarza się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

„Ukradkiem spojrzałam jeszcze w szparę w drzwiach do łazienki”. — Nie wydaje mi się, by drzwi miały szpary. Chyba że były zbite z niedopasowanych desek. ;-)

 

Stał tam i mnie obserwował. Potem stał przed pokojem…” — Powtórzenie.

Może: Był tam i mnie obserwował. Potem stał przed pokojem/ na korytarzu…

 

„Dość szczegółowo przedstawiłam mu swój problem. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony…” — Powtórzenie.

Może: Dość szczegółowo przedstawiłam mu swój problem. Nie wydawał się bardzo zaskoczony…

 

„Najpierw zrobił ze mną ogólny wywiad, potem zrobił jakiś test obrazkowy”. — Powtórzenie.

Może: Najpierw zrobił ze mną ogólny wywiad, potem przeprowadził jakiś test obrazkowy.

 

„Na koniec wezwał jeszcze Maćka do sali”. — Wolałabym: Na koniec poprosił jeszcze Maćka do gabinetu.

 

„…podał zapisaną kartkę do rąk Maćka. Doktor uścisnął nam ręce…” — …podał Maćkowi zapisaną kartkę. Doktor uścisnął nam ręce/ dłonie

 

„Maciej sam odebrał nasz bagaż i uregulował płatność za hotel”. — Czy Maciek mógł odebrać cudzy bagaż? Płatność, to regulowanie należności.

Proponuję: Maciej odebrał  bagaż i uregulował należność za hotel.

 

„Jak możliwe, żebym sama to sobie wymyśliła?” — Wolałabym: Jak to możliwe, żebym sama wszystko wymyśliła?

 

„Przełamać się po to, by się przekonać czy on jest czy nie”. — Proponuję: Przełamać/ przemóc się po to, by mieć pewność, czy on jest, czy nie.

 

„Miała już robioną tomografię głowy. Problem w tym, że nic nie wykazał”.Miała już robioną tomografię głowy. Problem w tym, że nic nie wykazała. Lub: Miała już robioną tomografię głowy. Problem w tym, że badanie nic nie wykazało.

 

„Co dzień przyjeżdżał do mnie i spędzał jak najwięcej czasu dodając mi otuchy. Po rozmowie z lekarzem spędził sporo czasu szperając w internecie w poszukiwaniu podobnych przypadków”. — Wolałabym: Przyjeżdżał co dzień i starał się zostawać jak najdłużej, dodając mi otuchy. Po rozmowie z lekarzem spędził sporo czasu na szperaniu w Internecie i szukaniu podobnych przypadków.

 

„…oburzył się w moim kierunku mąż”. — …oburzył się mąż.

Nie można się oburzyć w żadnym kierunku. Można się oburzyć na kogoś.

 

„…że musiała to jakoś z siebie wyrzucić. Przez pewien czas wyrzucała to na papier. Stąd te rysunki”. — Proponuję: …że musiała to jakoś z siebie wyrzucić. Przez pewien czas rysowała. Stąd te szkice.

 

„Ale za mniej więcej pół roku i on zaczął widzieć więcej niż inni”. — Wolałabym: Ale po mniej więcej pół roku i on zaczął widzieć więcej niż inni.

 

„Tylko po to, by wiedział, że nie od jeden...”  —Tylko po to, by wiedział, że nie on jeden...

 

„Częściej wykukiwał gdzieś zza futryny…” — Wolałabym: Częściej wyglądał/ spoglądał gdzieś zza futryny

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czytało

Nowa Fantastyka