- Opowiadanie: Eferelin Rand - Szukając smoka

Szukając smoka

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Szukając smoka

 

Powozem zatrzęsło, gdy koła z łoskotem przetoczyły się po dziurze.

 

Dłoń trzymająca ołówek drgnęła, niszcząc bezpowrotnie harmonię powstającego rysunku. Piękna twarz siedzącego wewnątrz mężczyzny wykrzywiła się w grymasie irytacji. Cisnął na bok szkicownik i zapatrzył się w przelatujący za oknem krajobraz.

 

Powoli opuszczali górzyste tereny, zostawiając za sobą cywilizację i wkraczali na przedpola bezlitosnych lodowych pól Północy. Roślinność z upływem każdej godziny rzedła, blaknęła, odkrywając surowe oblicze przyrody. Choć znajdowali się jeszcze daleko od celu, wydawało się, że w świat niespodziewanie wdarły się śnieg i mróz, żłobiąc w ziemi bruzdy białymi pazurami.

 

Alistair Dei’Mantis wyciągnął z kieszeni płaszcza oprawiony w skórę dziennik. W zamyśleniu pogładził palcami delikatną powierzchnię okładki. Książka zachowała się wyjątkowo dobrze, zważywszy na to, ile przeszła przez dwieście lat. Pierwotnie należała do Samuela Pilgrima, odkrywcy i podróżnika, człowieka, który jako pierwszy przemierzył Morze Lodu i sporządził jego mapy. Dziennik zawierał wiele cennych informacji, w tym wspomnienia opisujące kontakt z żyjącymi na pustkowiu plemionami.

 

Pożółkłe strony otworzyły się na czytanym wielokroć fragmencie.

 

 

 

„Icminici to lud niezwykły. Krępi, niscy, o topornych rysach, które wydają się być wyciosane z lodu. Surowa powierzchowność skrywa nie mniej twarde wnętrza, jak przystało na prawdziwych synów Północy. Gdyby nie ich pomoc, już dawno sczezłbym pośród tych przeklętych mrozów.

 

Ich zwyczaje są barbarzyńskie, w niektórych aspektach wręcz zwierzęce, lecz nie można im odmówić doskonałego przystosowania do tego okrutnego środowiska. Absurdalnie proste metody okazują się nadzwyczaj efektywne.

 

Moralność wśród Icminitów wydaje się mieć drugorzędne znaczenie. Została zepchnięta na drugi plan przez praktyczność. Przebywając wśród nich nauczyłem się, że nic nie jest nieprzydatne. Każda rzecz znajduje zastosowanie, a nawet uszkodzona pełni swoją rolę jako źródło części. W krainie, gdzie nie ma nic, marnotrawstwo jest największym grzechem.

 

Surowe zasady rządzące ich życiem wynikają z konieczności i znajdują odbicie w wierzeniach tego ludu. Icminici wierzą w legendarne stworzenia, które nazywają „smokami”. Uważają je za wcielone bóstwa. Owe stwory, wedle opowieści, są odporne na chłód i posiadają zdolność zionięcia ogniem. Są niekwestionowanymi władcami pustkowi. Jedynymi istotami, które zwyciężyły Lód.

 

Icminici wierzą, że jedyna droga, żeby uchronić duszę zmarłego przed mroźną otchłanią zaświatów, wiedzie przez paszczę smoka. Po śmierci składają mu zamarznięte ciało w ofierze. Gorący oddech roztopi zwłoki, potężne kły je rozerwą, a uwolniona w ten sposób dusza pomknie w głąb bestii do świętego ognia i już nigdy nie zazna zimna.

 

Trzy tygodnie temu jeden z myśliwych zginął, zaatakowany przez śnieżnego wilka. Nazajutrz szaman zabrał ciało i odszedł wraz z parą myśliwych na północ. Wrócili po kilkunastu dniach. Wszelkie moje pytania dotyczące wyprawy są zbywane milczeniem. Najwyraźniej lokalizacja smoczego legowiska jest pilnie strzeżonym sekretem.

 

Nie naciskałem. Moje przetrwanie zależy od dobrych stosunków z tubylcami. Wydaje mi się jednak, że…”

 

 

 

Alistair zamknął dziennik. Znał jego treść niemal na pamięć. Ta mała książeczka, znaleziona przypadkiem w Imperialnej Bibliotece Narodowej, prawdopodobnie uratowała mu życie. Dała cel.

 

 

 

Miesiące przed jej znalezieniem spędził trawiony gorączką nienawiści. Gniew na ojca i na braci wypełniał jego myśli, zajmował każdą wolną chwilę. Najgorsza była jednak bezradność. Świadomość, że nie może nic zrobić. Absolutnie nic. W tamtych chwilach gorycz bycia piątym z kolei i najmłodszym z książęcych synów wydawała się nie do zniesienia.

 

Pech sprawił, że urodził się ostatni. Los już na starcie pozbawił go przynależnej mu pozycji. Dla ojca nic nie znaczył. Plany księcia obejmowały wyłącznie trzech najstarszych następców. Alistair miał być jedynie dodatkiem. Zgodnie z utartym w Imperium zwyczajem młodsi synowie, dla których nie starczyło schedy, poświęcali się zazwyczaj sztuce lub pracy naukowej.

 

Alistair nie mógł i nie chciał się z tym pogodzić. Od najmłodszych lat zaciekle konkurował z braćmi na wszystkich polach, wydzierając pazurami każdy strzęp ojcowskiej akceptacji.

 

Zakazano mu zajmować się polityką, a sztuką gardził w każdej postaci. Pozostała mu jedynie kariera naukowa. Jak każdy arystokrata otrzymał gruntowne, wszechstronne wykształcenie, a nazwisko Dei’Mantis otwierało w Imperium niemal wszystkie drzwi. Mógł wybrać każdą szkołę i każdy kierunek.

 

Został przyrodnikiem.

 

Świat zwierząt zawsze go fascynował. Bezlitosne i nieubłagane prawa rządzące przyrodą tylko wydawały się proste. W rzeczywistości mikroświat był pełną niuansów grą pozorów, gdzie umiejętności kamuflażu, oszustwa czy przebiegłości odgrywały często większą rolę niż brutalna siła. Zupełnie jak w dworskich rozgrywkach.

 

Alistair pragnął władzy, pragnął splendoru, pragnął uwielbienia. Przede wszystkim jednak pragnął, aby go zapamiętano i miał przy tym świadomość własnej wyjątkowości. Wiedział, że jest lepszy od innych ludzi, że jest stworzony do wielkich rzeczy. Kariera uczonego nie mogła zaspokoić tych ambicji. Zbyt wiele już odkryto, a zwierzęta skatalogowano i zamknięto w grubych księgach. Białe plamy zamalowano i odarto z tajemnic, a badaczom pozostawiono ciemne, zatęchłe pokoje, gdzie z dala od wszystkich, w gąszczu bezsensownych polemik próbowali wydrzeć światu resztki sekretów.

 

W masce pokornego syna udawał, że pogodził się z decyzją ojca. Starał się jednak trzymać jak najbliżej dworu i znienawidzonych starszych braci. Obserwował i uczył się wraz nimi. Nigdy zbyt blisko, zawsze na krawędzi pola widzenia, z dala od wścibskich spojrzeń i zjadliwych języków, które mogłyby na niego donieść. Na szczęście świat pełen jest naukowców, dzięki czemu zawsze miał gotowy pretekst, aby przyłączyć się do świty odwiedzającej sąsiednie księstwa, czy nawet pałac Imperatora.

 

Alistair miał duszę drapieżnika. Wiedział, że jego szansa nadejdzie. Musiał tylko być cierpliwy i czekać na odpowiedni moment do ataku. Przyczajony i skupiony.

 

Rok temu w końcu się doczekał.

 

Podczas polowania koń jego brata spłoszył się i zrzucił jeźdźca na ziemię tak nieszczęśliwie, że ten złamał kark. W trakcie ceremonii pogrzebowej z całych sił powstrzymywał radosny uśmiech. Było oczywistym, że któryś z dwóch najmłodszych synów zajmie miejsce zmarłego. Alistair nie miał wątpliwości, że ojciec wybierze jego, a nie starszego o rok, ale do niczego nieprzydatnego Ludwiga.

 

Książę zniweczył wszystkie plany jednym gestem, kiedy po pogrzebie spotkał się z nimi i wskazał na Ludwiga. Bez wahania, bez żadnych wyjaśnień. Przekazał im swoją decyzję. Tak po prostu.

 

Młody arystokrata nie złamał się, nie na oczach ojca. Już dawno zdecydował, że nigdy nie okaże przed nim słabości, ale kiedy znalazł się w swej posiadłości, wpadł w szał. Zdemolował gabinet, a służącego, który spytał, czy wszystko w porządku, rozkazał przywiązać do słupa i batożył tak długo, aż został z niego jedynie krwawy strzęp mięsa.

 

Ten jeden, jedyny raz stracił nad sobą kontrolę.

 

Ludwig. Ta miernota. Mięczak bez krztyny ambicji. I co najgorsze – poeta. Poeta! Człowiek, o którym plotki mówiły, że w sypialni staje na wysokości zadania tylko wobec małych dzieci. Nędzna kreatura o giętkim karku i bezmyślnej krowiej mordzie.

 

To było niepojęte. Tak absurdalne, że Alistairowi chciało się wyć z rozpaczy i wściekłości. Przesiedział w zakrwawionym ubraniu całą noc, patrząc przez okno i starając się znaleźć jakiekolwiek logiczne wytłumaczenie wobec tego, co się stało.

 

Nie potrafił.

 

Kiedy ochłonął, przemyślał na spokojnie swoją sytuację. Jeszcze nie wszystko było stracone. Jedna śmierć dzieliła go od upragnionego celu. Usunięcie Ludwiga nie pozostawiłoby księciu wyboru. Musiał jednak działać ostrożnie. Tak, aby zgonu nie można w żaden sposób z nim powiązać.

 

Kolejne dni zlały się w ciąg gorączkowych przygotowań. Przy pomocy kapitana osobistej straży udało mu się skontaktować z półświatkiem przestępczym. Potrzebował specjalisty. Odpowiednia ilość złota wystarczyła, by uzyskać wszelkie informacje. Znalezienie odpowiedniego człowieka okazało się zaskakująco łatwe. Żądana cena była zapewne wygórowana, ale pieniądze nie stanowiły dla szlachcica problemu. I tak zamierzał zlikwidować zabójcę po wykonaniu roboty.

 

W końcu nadszedł wyczekiwany dzień.

 

Pod wieczór Alistair miał spotkać się z zamachowcem w jednej z zapuszczonych dzielnic miasta i przekazać resztę zapłaty. Udał się na miejsce znacznie wcześniej wraz z zaufanymi strażnikami. Otoczyli teren, żeby uniemożliwić zabójcy ucieczkę.

 

Mężczyzna stawił się na czas. Jego kroki odbijały się echem na pustej ulicy. Kroczył pewnie, nawet nie próbował się kryć. Stanowił idealny cel. Zatrzymał się kilka metrów od Alistaira i milczał. Arystokrata nie widział jego twarzy, tylko zarys sylwetki.

 

Nagle ktoś niespodziewanie narzucił mu kaptur na głowę. Zaraz potem stracił przytomność.

 

Obudził się w eleganckim gabinecie. Nic nie rozumiał, dopóki nie zobaczył siedzącego na wprost ojca. Baczne spojrzenie, w którym kryły się iskierki rozbawienia, powiedziały mu wszystko. Książę nie odzywał się, jakby przeczuwał, że nie musi nic mówić, że jego najmłodszy, niepokorny syn sam zrozumie.

 

Alistair nigdy nie czuł się tak upokorzony. Wyszedł na skończonego głupca. Dał się przejrzeć jak dziecko. Książę wyprzedził wszystkie jego ruchy i wygrał tę grę, zanim się w ogóle rozpoczęła. Czy śledził go od dawna? Czy wydali go strażnicy? To już było bez znaczenia. Zastanawiał się tylko, dlaczego jeszcze żyje.

 

„Siłą tej rodziny jest jedność” usłyszał. „Każdą skazę, która może nas podzielić trzeba usunąć. Takie były zasady mojego ojca. Teraz są to moje zasady. Zasady, dzięki którym w przyszłości ród Dei’Mantis stanie się rodem cesarskim. Ty jesteś skazą w naszej rodzinie. Nie potrafisz słuchać. Nie szanujesz zasad. Jesteś najzdolniejszym z moich synów, ale nie mogę cię do niczego wykorzystać. Zbyt dużo w tobie pychy. Jesteś jak dzikie zwierzę. Może się wydawać, że zostałeś oswojony, ale to tylko pozory. Nie można ci ufać. W każdej chwili możesz zrobić coś głupiego, nieprzewidywalnego, a lata pracy pójdą na marne.”

 

Alistair nawet nie próbował zaprzeczać. Z pozycji, w jakiej się znalazł, mógł jedynie słuchać i liczyć na łaskę.

 

„Znikniesz – zawyrokował książę. – Zupełnie znikniesz z widoku publicznego. Zostanie ogłoszone, że postanowiłeś całkiem poświęcić się nauce. Pojedziesz do stolicy i zamieszkasz w obrębie Cesarskiego Uniwersytetu. Będziesz się trzymał z dala od dworu, z dala od polityki. Tak, nie zabiję cię – odparł, widząc zaskoczone spojrzenie syna. – Choć pewnie powinienem. Szkoda jednak zmarnować twój potencjał. Jest niewielka szansa, że wyrośniesz z głupoty. I pamiętaj, następnym razem nie obudzisz się w gabinecie tatusia.”

 

Nazajutrz Alistair wyjechał.

 

Pozwolono mu zabrać ze sobą swoich ludzi, ale podróż odbyła się pod czujnym okiem książęcych żołdaków. Zbrojnego i nieufnego ramienia ojca.

 

Potem przyszły długie tygodnie, podczas których starał się jak najlepiej odgrywać narzuconą mu rolę. Zakopał się w przepastnych trzewiach biblioteki, gdzie próbował zapomnieć, zdławić duszącą go wściekłość i rozgoryczenie. Nie potrafił. Wciąż rozmyślał o zemście, z trudem skrywając przed oczami szpiegów szalejącą burzę emocji.

 

Na dziennik Pilgrima trafił przypadkiem. Zakurzoną książeczkę prawdopodobnie kiedyś odłożono na niewłaściwe miejsce i tak już została, kompletnie zapomniana i odosobniona w dziale przyrodniczym. Potraktował ją jako przerywnik, powieść historyczną, sposób na chwilowe oderwanie się od rzeczywistości. Początkowo lektura nie wzbudziła jego większego zainteresowania, dopóki nie trafił na fragment o smokach.

 

Arystokrata nie wierzył w przeznaczenie, ale dreszcz emocji, który poczuł w tamtej chwili, gdy z wypiekami na twarzy chłonął każde słowo, gdy drżącymi palcami przewracał pożółkłe strony, a rozpalona wyobraźnia podsuwała fantastyczne obrazy, był niczym dotyk losu.

 

Znalazł sposób na zaspokojenie ambicji.

 

Smoki zawładnęły jego myślami i snami. Mityczne stworzenia, zagadka przyrody – tajemnica, której przez lata nikt nie zdołał zgłębić. Alistair dostrzegł swoją szansę i postanowił ją wykorzystać. Skoro droga politycznego splendoru została przed nim zamknięta, na kartach historii musiał zapisać się w inny sposób.

 

Odkrywca. Pogromca legendy. To brzmiało dobrze.

 

Ponadto sukces mógł zmienić zdanie księcia odnośnie niepokornego syna.

 

Ze zdwojoną energią zabrał się za przygotowania. W zamku zbudowanym z opasłych woluminów gromadził informacje o Pilgrimie, Północy i zamieszkujących ją plemionach. Wzmianek o smokach było frustrująco mało, ale mozolnie, wydobywając słowo po słowie, ślęcząc po nocach nad mapami, korzystając z niechętnych wskazówek papierowych doradców, Alistair sporządził plan podróży.

 

W otoczeniu sługi i zaufanych strażników wyruszył na wyprawę swojego życia.

 

Nikt go nie żegnał, nikt nie zatrzymywał.

 

 

 

– Panie, zbliżamy się do Chłodnego Pożegnania – zachrypnięty głos dowódcy oddziału, Bachera, który na moment zrównał się z powozem, przerwał rozmyślania szlachcica.

 

W oddali majaczył ciemny zarys ostatniej przystani cywilizowanego świata.

 

 

***

 

 

 

Chłodne Pożegnanie.

 

Osada wybudowana przed stu osiemdziesięciu laty, kiedy jeszcze wierzono, że lodowe pustkowia skrywają nadające się do eksploatacji bogactwa. Miała stanowić najdalej wysunięty na północ przyczółek Imperium, a zarazem pełnić funkcję bazy wypadowej dla wszelkiego rodzaju ekspedycji. Swą wdzięczną nazwę zawdzięczała poetyckim ciągotom pierwszego gubernatora.

 

Kiedy jednak okazało się, że niegościnna Północ ma do zaoferowania nowym mieszkańcom tylko zimno i śmierć, inwestorzy wycofali się, a badacze uciekli, gdy kurek z pieniędzmi został zakręcony. Pozostali jedynie pechowcy, którzy sprowadzili z sobą cały dobytek, wiedzieni żądzą przygód lub nadzieją szybkiego zysku.

 

Z biegiem lat mieścina pod wpływem nieustającego szturmu lodowych wichrów zgarbiła się, skurczyła, zapadła w sobie, tak samo jak jej mieszkańcy, na których zimno również odcisnęło swe piętno. Zmienił się charakter osady. W ostatnim stuleciu stała się miejscem zsyłki przeróżnych mętów: bandytów, morderców oraz wszelakich desperatów i uciekinierów.

 

Starą nazwę zastąpiła nowa, nieoficjalna, ale bardziej odpowiednia.

 

Kloaka.

 

 

 

Strażnicy nawet nie starali się zatrzymywać wjeżdżających. Okutani w ciężkie futrzane płaszcze przypominali bardziej zwierzęta niż ludzi. Obrzucili powóz nieprzychylnym spojrzeniem, ale nie powiedzieli ani słowa – być może przez zbrojny orszak, a być może z powodu butelki wędrującej z rąk do rąk, miłosiernie wypełniającej czas bezsensownej warty.

 

Z marazmu wyrwało ich dopiero pytanie o drogę do gospody. Jeden ze strażników apatycznie machnął ręką w kierunku centrum miasta i burknął coś niezrozumiale. Wyraźnie chwiał się na nogach. Dyskusja z nim nie miała żadnego sensu.

 

Kloaka wydawała się na wpół wymarła. Powoli jechali główną ulicą, witani tylko przez potępieńcze wycie wichru. Ściśnięte, przysadziste budynki w milczeniu obserwowały przybyszy pustymi okiennymi oczami. Parę razy w zasięgu wzroku pojawiały się zgarbione sylwetki, które na widok nadjeżdżających natychmiast znikały w bocznych zaułkach lub za drzwiami domostw.

 

„Gorące Objęcia” znaleźli bez problemu. Budynek jako jedyny był rozświetlony, z komina buchały kłęby dymu, a ze środka dochodziły odgłosy zabawy. Zajechali na niewielki dziedziniec. Z opustoszałej stajni nie wyszedł nikt, aby zająć się końmi. Najwyraźniej nie spodziewano się gości o tej porze roku.

 

Alistair wysiadając z powozu wciągnął głęboko mroźne powietrze. Miało posmak brudu, nędzy i zapomnienia.

 

Skinął na Bachera i razem z czterema żołnierzami skierowali się do środka. Pozostali zabrali się za rozładunek bagażu.

 

Sala była pełna. Zaraz po wejściu uderzył w nich gwar rozmów, śmiechów, pijackich okrzyków, a wszystko przy wtórze tłuszczu skapującego z połci mięsa i radośnie skwierczącego w płomieniach. Na widok przybyłych wrzawa ucichła.

 

Szlachcic zignorował zupełnie posępne spojrzenia i spokojnie ruszył w stronę kontuaru.

 

– Biorę pokoje dla mnie i dla moich ludzi. Najlepsze, jakie masz – zwrócił się do oberżysty, wysuszonego mężczyzny o chytrym spojrzeniu. – Każ stajennym zająć się naszymi końmi. Jedzenie, wodę i piwo niech dziewki przyniosą do pokoi. Zostajemy na miesiąc. Wszystko jasne?

 

– Tak, panie – odparł zapytany, wpatrując się chciwie w rzucone niedbale na ladę złote monety.

 

– Nie lubimy tu takich jak ty! – rozległ się nagle czyjś bełkotliwy okrzyk. – Mówię do ciebie, paniczyku!

 

Alistair obrócił się. Nieopodal, w otoczeniu kilkunastu kompanów, siedział ogromny brodacz. Przekrwionymi oczami wyzywająco wpatrywał się w arystokratę. Pomruk aprobaty, który rozszedł się po sali, tylko go rozochocił.

 

– Gnacie, za dużo wypiłeś… – Próbował interweniować oberżysta, ale został natychmiast uciszony.

 

– Zamknij ryj, kozojebco! Teraz ja mówię! Czego tu szukasz, pięknisiu? Patrzcie na tę gładką buźkę, jak u panienki. Dupę też masz tak wygoloną? – zarechotał. – Uważaj, żeby ci jej ktoś przypadkiem nie wygrzmocił.

 

Rozległ się szczęk wysuwanych mieczy. Towarzysze brodacza również poderwali się z miejsc.

 

– Wstrzymajcie się – rozkazał szlachcic swoim strażnikom. Z niechęcią posłuchali. Bacher z dezaprobatą pokręcił głową, przeczuwając, co się zaraz wydarzy.

 

– Co jest? Strach was obleciał? I bardzo dobrze. Tu prawo nie sięga, tu nas zesłano na śmierć i zapomnienie do przedsionka lodowego piekła. Tu jest Kloaka, a Kloaką rządzimy my! – zaryczał, a wokół rozległy się pijackie okrzyki poparcia.

 

Chamstwo i prostactwo. Rozpasane, rozbuchane, szalejące w tańcu na otaczających go prymitywnych mordach. Alistair nienawidził pospólstwa, ale doskonale wiedział, jak należy sobie z nim radzić. Ciemny lud był podobny do niesfornego psa. Trzeba go trzymać krótko i za pysk, a wszelkie oznaki buntu bezlitośnie zdusić w zarodku.

 

W paru szybkich krokach zbliżył się do brodacza i, zanim ten zdążył zareagować, ujął jego twarz w dłonie i pocałował. Przez moment panowała pełna zaskoczenia cisza, potem ktoś zażartował, wywołując ogólny wybuch śmiechu. Napięcie opuściło wszystkich poza kompanami Gnata. Z konsternacją przypatrywali się swemu przywódcy, który w ogóle nie próbował wyrwać się z uścisku szlachcica. Przedłużające się sekundy pocałunku tłum wyliczał rozentuzjazmowanym skandowaniem.

 

W końcu usta mężczyzn rozeszły się. W powietrze wzbił się obłoczek pary, który zaraz zniknął. Życie uciekające z zamarzniętych płuc. Martwy brodacz osunął się na podłogę.

 

„Cholerny mag lodu” – szepnął ktoś, a fala niepokoju rozeszła się po zgromadzonych niczym zaraza. Alistair z zadowoleniem patrzył, jak gniew i chęć odwetu zostaje zastąpiona przez zabobonny lęk.

 

Wrodzona nierówność ludzi.

 

Arystokrata wierzył tylko w tę jedną zasadę rządzącą światem. Tego wieczoru znów potwierdziła swoją słuszność. Magia. Tak prostaczkowie nazywali umiejętność czerpania energii z ciała i otoczenia, a następnie przetwarzania jej do zamierzonych celów. Teoretycznie każdy mógł się jej nauczyć. Teoretycznie. W praktyce wymagało to niezłomnej woli oraz miesięcy ciężkich treningów. Poza tym do wiedzy tajemnej mieli dostęp tylko szlachetnie urodzeni. O nauczaniu tępych plebejuszy nikt nawet nie myślał. Pomysł tak absurdalny, że aż śmieszny. Jakby mogli choćby w najmniejszym stopniu pojąć tajniki Sztuki.

 

– Będą kłopoty – wyszeptał śmiertelnie blady oberżysta. – Gnat był zaufanym człowiekiem burmistrza Moroza.

 

– Jutro się tym zajmę. A teraz pokaż w końcu te pokoje.

 

Gdy wchodzili na górę, słychać było tylko żałosne skrzypnięcia schodów.

 

 

 

Burmistrz Wiktor Moroz z samego rana pojawił się w „Gorących Objęciach” w asyście dwudziestu zbrojnych, wciąż pijanych gniewem z powodu śmierci towarzysza. Na miejscu zastali strażników gotowych na ich przyjęcie. Po krótkiej wymianie zdań burmistrz podążył z kapitanem Bacherem na piętro.

 

Szlachcic siedział w swoim pokoju i popijał wino ze zdobionego kielicha. Na widok przybyłych machnięciem ręki odesłał służącego i gestem wskazał Morozowi miejsce.

 

– Zapraszam, burmistrzu. Napije się pan wina? Pochodzi ze słonecznych winnic Dalilu. Z pewnością lepsze od serwowanych tutaj sikaczy.

 

Po krótkiej chwili wahania Moroz posłuchał. Nie podobała mu się cała sytuacja, ale instynkt podpowiadał mu, że należy czekać i słuchać. Kiedy dowiedział się o śmierci Gnata, w pierwszej chwili podejrzewał, że w mieście pojawił się konkurent, który spróbuje wygryźć kawałek władzy dla siebie. Szczegółowa relacja wydarzeń poprzedniego wieczoru szybko wyprowadziła go z błędu. Pozostawało pytanie, czego szukał w Kloace tajemniczy szlachcic i w jaki sposób powinien zostać za zuchwalstwo ukarany.

 

– Coś ty za jeden?

 

– Szybko i do rzeczy. To mi się podoba. – Moroz musiał być twardy i bezwzględny, skoro udawało mu się stać na czele tutejszego bałaganu. I nie do końca głupi. Z pewnością człowiek, z którym należało się w Kloace liczyć. Alistair przed wyruszeniem w podróż dowiedział się o nim paru rzeczy. Burmistrz był z urodzenia pomniejszym szlachetką, z ambicjami zdecydowanie większymi niż kiesa i rozum, jak się później okazało. Oskarżony o sianie niepokoju oraz podburzanie przeciwko Imperatorowi, został skazany na wygnanie do Kloaki, którą ostatecznie uczynił swym królestwem. Sfrustrowany gołodupiec, łatwy do zmanipulowania. – Nazywam się Alistair Dei’Mantis. Jestem książęcym synem.

 

Pozwolił, by waga tych słów zawisła na chwilę w powietrzu.

 

– Mój człowiek nie żyje. Nie puszczę tego płazem! – Moroz zawrzał z gniewu, wyczuwając w jakim kierunku potoczy się rozmowa.

 

– Postawię sprawę jasno. Jeśli stanie mi się jakakolwiek krzywda, jeśli zostanę zaatakowany lub ucierpię w wypadku, to mój ojciec dopilnuje, żeby twoje flaki znaczyły całą drogę z tego lodowego zadupia aż do samej stolicy. A ręce rodu Dei’Mantis sięgają bardzo daleko. To samo dotyczy ataku na moich ludzi. Czy to jasne?

 

Burmistrz niechętnie przytaknął. Z nazwiskiem Dei’Mantis należało się liczyć w Imperium, a swoją lekcję już odebrał.

 

– Jestem gorącym zwolennikiem metody kija i marchewki – ciągnął niewzruszenie arystokrata. – Czas na marchewkę. Oczekuję z twojej strony pełnej współpracy. Jeśli uznam ją za satysfakcjonującą, to kto wie? Może będziesz mógł zmienić otoczenie na bardziej przyjazne. Na przykład na niewielką posiadłość nad południowym morzem. Słońce, ciepło i mnóstwo smagłych wieśniaczek z pewnością stanowią niezłą alternatywę dla dożywocia w mrozie i chłodzie.

 

– Co miałbym zrobić? – spytał Moroz, nieskutecznie próbując ukryć zainteresowanie. Zrobiłby wszystko, żeby tylko móc opuścić Kloakę. Z całego serca nienawidził zimna. Odkąd w niej zamieszkał, wydawało mu się, że nieustanny chłód, niczym robal, wpełzł mu pod skórę i wwiercił w kości. Czuł nadarzającą się okazję, a już dawno nauczył się, że okazję trzeba łapać prędko za jaja i nie puszczać, dopóki nie puszczą soki.

 

– Nic specjalnego. Przybyłem tu w celach naukowych. Będę potrzebował informacji, map lodowych pól, przewodnika, zaopatrzenia, jaszczurów oraz skorego do współpracy Icminita. Wyruszam na północ.

 

– Na północ? Przecież tam nic nie ma.

 

– Mam nadzieję, że jest. Szukam pewnego stworzenia. Smoka. Na pewno o nim słyszałeś.

 

– Smoka?

 

Moroz z trudem powstrzymał pełen niedowierzania śmiech. To nie mieściło się w głowie. Ten idiota przemierzył całe Imperium w pogoni za bajką. Słyszał oczywiście o bożkach dzikusów, ale nikt o zdrowych zmysłach nie wierzył w te opowieści. Cóż, być może szlachcic i był szaleńcem, ale szaleńcem wpływowym, dzierżącym w garści przepustkę do wolności, więc należało się z nim obchodzić bardzo ostrożnie. Na razie zagra w jego małą grę i dopilnuje, żeby wywiązał się ze składanych obietnic. A przy odrobinie szczęścia, uda mu się również pomścić śmierć Gnata.

 

Burmistrz Kloaki uśmiechnął się szeroko.

 

– Jestem do twoich usług, panie.

 

 

 

Bacher kopnięciem wyłamał drzwi do izby. W pomieszczeniu śmierdziało potem, kałem i starym alkoholem. Spod sterty zapchlonych futer rozrzuconych po łóżku rozlegało się głośne pochrapywanie.

 

– Bierzcie go – powiedział.

 

Dwóch podwładnych brutalnie obudziło Icminita. Mężczyzna był pijany w sztok. Zamiast stawiać opór, zaczął bełkotliwie podśpiewywać w nieznanym języku. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że popijawa już się skończyła.

 

Nagle głośno pierdnął, po czym głośno zarechotał.

 

– Co za śmierdziel! – Jeden ze strażników trzepnął tubylca w głowę. W efekcie powietrze wypełniły wiązanki jak najbardziej zrozumiałych już przekleństw, a sam Icminita począł wyrywać się i wierzgać niczym dzikie zwierzę.

 

Kapitan przyglądał się rozgrywającej przed nim scenie z pozornym spokojem. W rzeczywistości z trudem trzymał gniew na wodzy. Miesiące spędzone w towarzystwie Alistaira mocno nadszarpnęły jego nerwy. Nie miał jednak wyboru. Rozkazy księcia były jasne – pilnować krnąbrnego syna i o wszystkim raportować.

 

I tak oto wylądował na końcu świata, z dala od rodziny, na łasce rozpuszczonego, aroganckiego gnoja. Piękna nagroda za lata wiernej służby i ujawnienie planowanego zamachu.

 

Zazgrzytał zębami.

 

Z drugiej strony rozumiał książęce obawy. Alistair pomimo swoich wad z całą pewnością nie był głupi. W oczach szlachcica płonął ten sam ogień, który kapitan widział wiele razy na wojnie. Rozpaczliwa wola przetrwania – dziwaczny upór, który wbrew zdrowemu rozsądkowi i szansom pozwolił jego towarzyszom wrócić do domu. Z tym, że arystokratą kierowało coś innego. Coś, co wymykało się pojmowaniu Bachera. Nie miał jednak żadnych wątpliwości, że do tajemniczego celu, jakikolwiek by nie był, młody dziedzic Dei’Mantis będzie dążył za wszelką cenę, a kto stanie mu na drodze, zostanie zmiażdżony jak ziarno w młyńskim kole.

 

Rozkaz to rozkaz. Zarówno ojciec, jak i dziadek kapitana poświęcili życie w służbie Imperium, a posłuszeństwa uczyli swych potomków już od kołyski. Ostatnia misja i dostanie awans. Musiał wykazać jeszcze odrobinę cierpliwości.

 

– Kurwa, ugryzł mnie! – wrzask podwładnego przerwał rozmyślania.

 

– Przestańcie się z nim w końcu pieprzyć. Doprowadźcie tego dzikusa do porządku! – warknął i wyszedł trzaskając drzwiami.

 

 

 

Alistair przysunął bliżej nosa perfumowaną chusteczkę, ale niewiele to pomogło. Odór otaczający Icminita był nie do zniesienia. Tubylec z przeciwległego końca stołu przypatrywał się szlachcicowi mętnym wzrokiem.

 

– Jak się nazywasz? – Pytanie arystokraty zostało zbyte ponurym milczeniem.

 

Dał znak ręką i po chwili nadszedł oberżysta niosąc pełną butelkę bimbru. W oczach Icminita pojawiło się ostrożne zainteresowanie. Niczym kot, który upatrzył sobie mysz, śledził spojrzeniem flaszkę, dopóki nie wylądowała bezpośrednio przed nim.

 

– Pić mi się chce – oznajmił chropawym, spiętym głosem. Mówił z tak niewyraźnym akcentem, że ledwie dało się go zrozumieć.

 

– Nie krępuj się.

 

Więcej nie trzeba było powtarzać. Mężczyzna szybko otworzył butelkę i pociągnął długi łyk. Po chwili oderwał się od szyjki z pełnym ulgi westchnieniem. Na pooranej zmarszczkami twarzy pojawił się cień uśmiechu. Demon nałogu został na razie zaspokojony.

 

– Ixinet. Nazywają mnie Ixinet – powiedział, ukazując cały rząd popsutych zębów. – Dobre imię. W języku ojców znaczy „wytrwały” – roześmiał się niewesoło. Śmiech zaraz zmienił się w kaszel i dopiero kolejny łyk przywrócił go do porządku.

 

– Z którego jesteś szczepu?

 

– Synowie Wilków. Vissaja.

 

– Doskonale. Potrzebuję przewodnika. Zaprowadzisz mnie do nich.

 

Icminita pokręcił przecząco głową.

 

– Nie mogę. Wyrzucili mnie. Wygnali. Chuje pierdolone.

 

– Dlaczego? – spytał Alistair, choć odpowiedź była oczywista. Kolejny dzikus zniszczony przez zdobycze cywilizacji, z których nie potrafił odpowiednio korzystać. Słaby, głupi śmieć.

 

– Gnojjee – wybełkotał Ixinet. Zawartość butelki znikała w zastraszającym tempie. – Szaman powiedział, że opętały mnie demony obcych. Kazał się wynosić. Się wynosić! Stary głupiec. Mnie tu dobrze. Dobrze. Tak, dobrze. – Zwiesił głowę. Gdy już wydawało się, że zasnął, poderwał się nagle tocząc dokoła nieprzytomnym spojrzeniem. – Pusta – stwierdził żałośnie.

 

– Zaraz oberżysta przyniesie następną. A na razie musisz się skupić. – Szlachcic starał się nie okazywać irytacji, ale przychodziło mu to z trudem. W Kloace Icminitów przebywała zaledwie garstka. Sami zdegenerowani wyrzutkowie. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Moroza, tylko Ixinet nadawał się jeszcze do czegokolwiek. Bez pomocy tubylca odnalezienie klanu pośród lodowych pustkowi graniczyło z cudem. – Jeśli będzie potrzeba, odnajdziesz swój szczep? Zaprowadzisz mnie do Vissaja?

 

– Icminita zawsze trafi do domu. O ile zechce – dodał z naciskiem.

 

– Jeśli zechce, to gardło Icminita już nigdy nie będzie suche.

 

– No właśnie. Pić mi się chce – poskarżył się. – Gdzie moja butelka?

 

Po chwili na stole pojawiły się kolejne dwie flaszeczki, w których radośnie chlupotał złocisty płyn. Ixinet zgarnął je i przytulił do piersi, jak ojciec dawno nie widziane dzieci. W oczach tubylca zalśniły pijackie łzy wdzięczności.

 

– Druga, żeby ci się wieczór nie dłużył.

 

– Dziękuję, panie – zaszlochał. Rękawem wytarł zwisającego z nosa gila.

 

– Rozumiem, że mamy umowę?

 

– Tak, tak, tak. – Ścisnął mocniej nowe przyjaciółki, jakby w obawie, że jego dobroczyńca jeszcze gotów się rozmyślić.

 

– Wyruszamy pojutrze. Masz być gotowy.

 

 

***

 

 

 

Bezkres lodowych pustkowi w każdym budził respekt. Gdy z pola widzenia znikały zabudowania, człowiek stawał przed obliczem śnieżnej nieskończoności. Wściekłej i nienawistnej, gotowej zmiażdżyć każdego śmiałka, który nie okaże jej należytego szacunku.

 

Im dalej na północ, tym częściej można było się natknąć na pasma wzniesień, przeradzających się w ostre, poszarpane szczyty.

 

Wiatr nie przestawał zawodzić nawet na chwilę. Nieustające wycie męczyło ciało i przenikało ducha, odbierając po trosze życiodajne ciepło i nadzieję.

 

Grupa postaci na lodowych jaszczurach z mozołem przedzierała się przez zawieruchę. Zwierzęta te były najlepszym środkiem transportu przez pustkowia. Korzystały z nich wszystkie icminickie szczepy. Dwukrotnie większe od koni, pokryte bladoniebieską łuską stwory charakteryzowała nadzwyczajna odporność na zimno, a łagodne usposobienie czyniło z nich doskonałe wierzchowce.

 

Podczas podróży w ogóle nie rozmawiali. Zamknięci w pancerzu ze skór i wielu warstw ubrań w milczeniu podążali za swym przewodnikiem. Twarze skryły się we wnętrzu głębokich kapturów oraz za zasłoną szali, czap i postawionych wysoko kołnierzy. Podróżnicy pogrążyli się w rozmyślaniach, starając się nie dopuszczać do siebie zimna i marząc o zacierającym się już wspomnieniu ciepła.

 

Tęsknota za domem, płomień ambicji, żar alkoholu rozpalający trzewia. Każdego z nich napędzał inny rodzaj ognia.

 

Żadna z książek ani żaden z dzienników, które przeczytał, nie potrafiły oddać klimatu tego mroźnego piekła. Choć wyruszyli zaledwie przed czterema dniami, Alistair miał wrażenie, jakby podróż trwała wieczność. Za pomocą magii starał się łagodzić skutki zimna, ale nawet zaklęcia niewiele pomagały. Ixinet uprzedził, że zanim dogonią stale przemieszczający się klan, minie dziewięć lub dziesięć dni. Szlachcic nie potrafił wyjaśnić, w jaki sposób Icminita odnajduje drogę. Wiatr zacierał wszelkie ślady karawany w przeciągu kilku minut, a dokoła znajdowała się tylko jednolita, biała pustynia. Już dawno przestał śledzić wskazówki kompasu. Igła tańczyła jak szalona to w jedną, to w drugą stronę.

 

Choć robili przerwy co parę godzin, wytchnienie przynosił dopiero wieczorny postój. Osłonięci występem skalnym i cielskami jaszczurów mogli rozpalić niewielkie ognisko i skraść płomieniom odrobinę ciepła.

 

Od chwili opuszczenia osady Ixinet zachowywał względną trzeźwość. Stał się posępny i małomówny.

 

Gdy wieczorem siedzieli przy ogniu, Alistair zauważył, że tubylec wpatruje się w mrok z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Najwyraźniej myślami był gdzieś daleko. Zapewne z porzuconym klanem i zbliżającą się perspektywą ponownego spotkania.

 

Dosiadł się do niego. Manierka przeszła z ręki do ręki. W milczeniu przysłuchiwali się zawodzeniu wichru.

 

– Czego chcesz? – spytał w końcu Icminita.

 

– Opowiedz mi o smokach.

 

– To żadna tajemnica. – Ixinet wzruszył lekceważąco ramionami. – Każde dziecko zna historię Nadejścia. Nie ma w niej nic niezwykłego. Obcy poznali ją już dawno temu.

 

– Chciałbym ją usłyszeć od ciebie. Ze źródła.

 

– Chyba nie muszę ci przypominać, kto ci płaci i dba, aby nie brakowało alkoholu – dodał ostro arystokrata, gdy rozmówca zbył jego prośbę wzruszeniem ramion.

 

– Jak tam chcesz…, panie – mruknął. Wydawało się, że nie powie nic więcej, ale po chwili zaczął opowiadać. – Od najdawniejszych czasów lud Vissaja czcił swych przodków. Pamięć o minionych pokoleniach przekazywano ustnie. W pieśniach szamanów kryła się cała historia klanu. Gdy śmierć zabierała naszych braci i siostry, płakaliśmy, bo ich dusze zamarzały na wieki, nadaremno próbując nasycić nieskończony apetyt Mundabarry. Wielkiego Lodu. To były złe dni.

 

Głos Icminity z każdym wypowiedzianym słowem stawał się mocniejszy, bardziej śpiewny, jakby pobudzały go odżywające wspomnienia. Mężczyzna zapatrzył się w dal nieobecnym wzrokiem.

 

– Przybyły znikąd. Pierwszy zauważył je mały chłopiec, szczeniak ledwie odrosły od ziemi. Wbiegł z wrzaskiem między iklu, z których zaczęli wychodzić zaniepokojeni ludzie. Na końcu pojawił się szaman. Spojrzał w niebo i wtedy się pojawiły. Duchowy przywódca padł na kolana porażony potęgą nadchodzących bogów. Wyłoniły się z chmur z rykiem, od którego trzęsła się ziemia. Z rozwartych paszcz tryskały strumienie ognia. Vissaja nigdy nie widzieli niczego piękniejszego. Rozpostarte szeroko ogromne skrzydła, lśniąca srebrem łuska. Smoki majestatycznie przecięły niebo, oznajmiając światu swoje przybycie.

 

– Co stało się potem?

 

– Rozdzieliły się. Każdy poszybował w inną stronę. Jak się później okazało, świadkami Nadejścia były wszystkie icminickie klany. Porzuciliśmy dotychczasowe szlaki i wyruszyliśmy na poszukiwanie bogów. Wielu z naszych braci nigdy nie dotarło do celu. Przepadli pożarci przez zazdrosnego Mundabarrę. Synowie Wilków nie stracili wiary. Po długiej, wyczerpującej wędrówce odnaleźliśmy go. Przygarnął nas, objął opieką i oddał swoje ciepło. Wtedy zostało zawarte święte przymierze. Ciało za ducha. Od tamtej pory powierzamy smokowi zmarłych, a on zapewnia, by ich dusze nigdy więcej nie zaznały zimna.

 

– A ty? Widziałeś go? Widziałeś smoka?

 

Tubylec splunął w ognisko.

 

– Nie. Tylko szaman i garstka zaufanych myśliwych znają lokalizację jaskini. Jak się można domyślić, ja do nich nie należałem. – Uśmiechnął się krzywo. – Zresztą to wszystko pieprzone bajki. Nie potrzebuję smoka. Mam nowego boga, który grzeje mnie za życia, a nie po śmierci. – To powiedziawszy, wstał i oddalił się z manierką.

 

 

***

 

 

 

Burmistrz Moroz w zamyśleniu przypatrywał się ponurej panoramie miasta. Jego biuro mieściło się w najwyższym budynku, więc mógł do woli obserwować swoje małe królestwo. Nie było zresztą czego podziwiać. Skupisko nieciekawych, bezbarwnych domów sprawiało wyłącznie przygnębiające wrażenie.

 

Myśli mężczyzny krążyły wokół wyprawy książęcego syna. Minęło już osiem dni, odkąd wyruszyli. Wkrótce dogonią klan. Miał nadzieję, że jego posłaniec dotarł już na miejsce i przekazał wiadomość. Dwa dni przewagi nad szlachcicem powinny wystarczyć w zupełności. Wywołany ferment odpowiednio nastawi tubylców do przybyszy i przyspieszy koniec idiotycznej eskapady.

 

Moroz zamierzał dopilnować, aby arystokrata wywiązał się ze złożonej obietnicy. W tym celu musiał pokrzyżować jego plany. Nie mógł dopuścić, żeby przepadł na całe tygodnie, ścigając pośród zamieci jakieś mrzonki.

 

O nie. Czekał już wystarczająco długo. Teraz, kiedy pojawiła się szansa na powrót z wygnania, nie zamierzał jej zmarnować. Poza tym, lata spędzone w Kloace nauczyły go, że lodowy wicher jest przeraźliwie skutecznym zabójcą. Zwłaszcza wobec niedoświadczonych podróżników. Im dłużej Dei’Mantis przebywał na lodowych pustkowiach, tym większa była szansa, że stanie się ich kolejną ofiarą, a wszelkie plany burmistrza szlag trafi.

 

Wzdrygnął się i podszedł bliżej kominka. Przeklęte zimno. Nie mógł doczekać się, kiedy na zawsze pożegna to zadupie.

 

 

***

 

 

 

Gdyby nie Ixinet, z pewnością przeoczyliby skupisko iklu. Wyciosane z lodu budynki idealnie stapiały się z tłem i z odległości zaledwie kilkuset metrów nie sposób ich było odróżnić od zwykłych śnieżnych pagórków.

 

Gdy wjechali między tymczasowe zabudowania, z ich wnętrz zaczęli wychodzić członkowie klanu. Wszyscy odziani w skóry i czarnowłosi. Ciemne oczy czujnie śledziły przejazd przybyszy. Twarze tubylców nie wyrażały żadnych emocji i tylko na widok Ixineta niektóre wykrzywiały się we wzgardliwym grymasie.

 

Alistair zauważył, że większość Vissaja to kobiety, starcy i dzieci. Dorosłych mężczyzn dostrzegł niewielu. Zapytał o to swego przewodnika.

 

– Są pewnie na polowaniu – odparł. Widać było, że nie czuje się dobrze. Pod naporem niechętnych spojrzeń zgarbił się i spuścił głowę. – Co jakiś czas myśliwi wyruszają na duże polowanie, żeby uzupełnić zapasy.

 

– A szaman?

 

– Na pewno czeka na nas w iklu znajdującym się pośrodku osady. Mój widok mu się nie spodoba.

 

– Jeśli spiszesz się dobrze, już nigdy nie będziesz się musiał nim przejmować. Prowadź.

 

Siedziba szamana niczym nie różniła się od pozostałych budynków. Zatrzymali się w pewnej odległości i zsiedli z jaszczurów. Ze środka wyszedł starzec o poznaczonej głębokimi zmarszczkami twarzy. Jego długie, siwe włosy swobodnie opadały na ramiona. Na szyi miał zawieszony dziwaczny, bardzo długi kieł.

 

Przez chwilę w milczeniu przypatrywał się przybyszom. Alistair wystąpił naprzód.

 

– Będziesz tłumaczył – oświadczył Ixinetowi.

 

– Ixitieia nahaika tuoho! – warknął ostro szaman do wygnańca. Ten zaczerwienił się i wycofał. – Umiem mówić za siebie, człowieku. A już na pewno nie potrzebuję, żeby wyręczał mnie jego uwiędły język. – Ixinet, o ile to możliwe, jeszcze bardziej skurczył się w sobie.

 

– Znasz naszą mowę. Świetnie. To ułatwi sprawę. – Arystokrata dał znak swoim ludziom, którzy zaczęli wyciągać z juków podarunki. – Nazywam się Alistair Dei’Mantis. Wiele dobrego słyszałem o dumnych Synach Wilków. Przebyłem daleką drogę, żeby poznać Vissaja. Jestem badaczem. Chciałbym dowiedzieć się wielu rzeczy o twoim ludzie, potężny szamanie. Hojnie odwdzięczę się za okazaną pomoc i…

 

Starzec machnął ręką ze zniecierpliwieniem.

 

– Tyle słów i nic z nich nie wynika – mruknął. – Wy ludzie z południa strasznie dużo mówicie. Na rozmowy przyjdzie czas później. Najpierw posilimy się, napijemy i podzielimy pieśniami. Jestem Ayyanic, duchowy opiekun Vissaja – przedstawił się. – Możecie się rozbić na obrzeżach.

 

– Jak sobie życzysz, Ayyanicu. – Szlachcic musiał udawać, że są sobie równi. On, książęcy syn i ten śmierdzący dzikus. Nie miał jednak wyjścia. W kulturze icminickiej szamanom okazywano najwyższy szacunek i uchybienie temu obowiązkowi przekreśliłoby wszelkie szanse na uzyskanie pożądanych informacji.

 

 

 

Noc przeszywały dźwięki kościanych piszczałek, splatających się z obco brzmiącym, śpiewnym zawodzeniem icminickich kobiet. Pod wieczór wicher ucichł, dzięki czemu ogniska po raz pierwszy od wielu dni mogły płonąć mocno i wysoko, a ludzie mieli możliwość odpoczęcia po trudach wielodniowej podróży.

 

W panującej w osadzie atmosferze, z pozoru radosnej, dało się wyczuć napięcie. Choć tubylcy serdecznie ugościli przybyszy jedzeniem i piciem, to okazywali wyraźny dystans wobec obcych. Niewidzialna granica oddzieliła obie grupy od siebie. Vissaja bawili się we własnym gronie, a strażnicy arystokraty przypatrywali się tylko z zaciekawieniem.

 

Ixinet, wzgardzony zarówno przez dotychczasowych towarzyszy podróży, jak i przez własnych ziomków, błąkał się na granicy światła niczym duch, coraz bardziej rozżalony i pijany.

 

Przy największym ognisku, w samym centrum uwagi, siedział szaman w towarzystwie szlachcica. Alistair wielokrotnie w trakcie wieczoru próbował rozpocząć rozmowę, ale Ayyanic zbywał go półsłówkami. Wydawał się bardziej pochłonięty obserwacją dzieci hasających przy ogniskach, niż konwersacją z gościem.

 

– Piękna pieśń. O czym opowiada? – Dei’Mantis starał się brzmieć uprzejmie. W rzeczywistości pokłady dobrej woli arystokraty topniały w zastraszającym tempie.

 

– O historii naszego ludu – odparł szaman. – W mądrości przodków można znaleźć wiele odpowiedzi.

 

– A czy zawiera się w niej historia tego niezwykłego naszyjnika? – Wskazał na wiszący u szyi starca kieł. – Żadna ze znanych mi bestii nie posiada takich zębów.

 

– To talizman ofiarowany plemieniu przez boga. Symbol zawartego przed wiekami przymierza. Zresztą wydaje mi się, że jego pochodzenie jest ci dobrze znane, przybyszu.

 

– Nie rozumiem.

 

– Rozumiesz doskonale – stwierdził oschle, spoglądając rozmówcy prosto w oczy. – Nie mam czasu ani ochoty na słowne gierki. Wiem, po co przybyłeś.

 

Alistair z trudem zamaskował zaskoczenie. Nie miał pojęcia, skąd szaman dowiedział się o jego planach. W gruncie rzeczy było to bez znaczenia, o ile uda się dojść do jakiegoś porozumienia.

 

– I co w związku z tym postanowiłeś? – spytał ostrożnie.

 

– Nic. Obcy nie mają wstępu do świętego miejsca.

 

– Na pewno da się uczynić wyjątek. Sowicie cię wynagrodzę. Cały lud Vissaja na tym skorzysta.

 

Starzec roześmiał się niewesoło.

 

– Ludzie południa. Wydaje się wam, że wszystko można kupić za te wasze pieniądze. Rozejrzyj się. – Zatoczył ręką koło. – Tutaj są nic niewarte. Na pustkowiach liczy się tylko zaradność i niezłomna wola. Dwie rzeczy, których nie znajdziesz w swoim imperium. Hołubicie słabościom, pozwalacie szerzyć się zgniliźnie serc, a najlepszym tego przykładem jest nieszczęsny Ixinet.

 

– Jestem bardzo wpływowym i potężnym człowiekiem. Miej to na uwadze.

 

– To ostrzeżenie, czy groźba?

 

– Przyjacielska rada, że nie należy pochopnie przesądzać sprawy.

 

– Ach tak. – Szaman wzruszył ramionami. – Tu nie masz żadnej władzy, przybyszu. Tu rządzi jedynie mróz, a na szacunek trzeba zasłużyć. Dostęp do smoczego leża mają tylko wybrani. Tak było, jest i będzie. Możecie zostać do rana, ale potem musicie odejść.

 

Szlachcic zacisnął zęby z wściekłości. Bezczelność dzikusa przekraczała wszelkie granice. Śmiał przeganiać książęcego syna jak zapchlonego kundla.

 

Rozejrzał się wokół. Nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Wszyscy skupili się na pieśni i postaciach tańczących na tle płomieni. Zaczerpnął mocy. Jeśli nie po dobroci, to za pomocą Sztuki wyciśnie ze starca odpowiedzi. Wystarczyło tylko złapać za to chude gardło.

 

Uniesiona dłoń zamarła w ostatniej chwili.

 

Alistair uważał się za niezłego maga, ale gdy spojrzał w oczy Ayyanica, przeraził się. Dostrzegł w nich rozszalałą furię żywiołu, potęgę, która spuszczona ze smyczy, zmiażdżyłaby go niczym robaka.

 

Pobladły śmiertelnie wstał i przeprosił na moment szamana. Ten skinął przyzwalająco głową, jakby nic przed momentem się nie wydarzyło.

 

 

 

Całe zajście ukradkiem zaobserwował kapitan Bacher. Odprowadził wzrokiem arystokratę, który skierował się w stronę, gdzie rozbili obozowisko. Ewidentnie rozmowy nie potoczyły się po myśli szlachcica.

 

W przeciwieństwie do pozostałych strażników, cały czas starał się zachować czujność i nie dał się zwieść luźniejszej atmosferze. Miał nadzieję, że młody dziedzic nie wpadnie na żaden szalony pomysł i jak na mężczyznę przystało, z godnością przełknie porażkę.

 

W głębi ducha cieszył się z nadchodzącego fiaska misji. Pustkowia okazały się o wiele gorsze, niż przypuszczał. Tęsknił do żony i dzieci, a perspektywa odmrożenia sobie tyłka w ogóle mu się nie podobała.

 

– Hej, kapitanie, napije się pan? – Szturchnięcie w bok przerwało rozmyślania. – Dobra gorzałka. Nieźle grzeje.

 

– W sumie, czemu by nie? – Pociągnął długi łyk przy wtórze aprobujących okrzyków.

 

 

 

Szaman nieoczekiwanie okazał się potężnym czarownikiem, a do tego upartym i nieskorym do współpracy ścierwem. To cholernie komplikowało sprawę. Alistair nie zamierzał jednak rezygnować. Porażki były dla słabeuszy. Jeśli czegoś nie udawało się osiągnąć, oznaczało to tylko, że stosowało się niewłaściwie środki.

 

Sprawdził, czy nikt go nie obserwuje i zaczął przetrząsać bagaże. Po paru minutach gorączkowych poszukiwań wyciągnął niewielkie pudełko. W środku znajdowały się dwie fiolki z przeźroczystym płynem.

 

Lixutelium, zwane potocznie Pogromcą Magów. Bardzo rzadka, bardzo droga i bardzo skuteczna trucizna. Od czasu zabójstwa piętnastego Imperatora przez zamachowca maga stanowiąca, na mocy dekretu jego następcy, obowiązkowe wyposażenie wszystkich arystokratów z najwyższego kręgu władzy. Działała błyskawicznie i wchłaniała się nawet przez skórę. Otumaniała przeciwnika w stopniu całkowicie uniemożliwiającym posługiwanie się jakąkolwiek formą Sztuki.

 

Omal nie upuścił drogocennego pudełka, gdy usłyszał zza pleców chrząknięcie.

 

– Co tam robisz? – wybełkotał Ixinet. Z trudem trzymał się na nogach.

 

– Nie twoja sprawa. Zejdź mi z drogi! – warknął szlachcic, odpychając pijanego mężczyznę. Tubylec upadł na lód. Próbował krzyknąć coś za odchodzącym, ale z jego ust wydobyły się jedynie płaczliwe pojękiwania.

 

 

 

– Ostatni raz proszę, żebyś przemyślał moją propozycję. Chcę go tylko zobaczyć i zbadać.

 

– To byłoby świętokradztwo. Bogowie są niepojęci, znajdują się ponad nami. Jak śmiesz przypuszczać, że mógłbyś objąć ich swoim marnym rozumem?

 

– Przecież to tylko… – Alistair ugryzł się w język, zanim powiedział „zwierzęta”. Nie zamierzał wdawać się ze starcem w teologiczne dysputy. – Nie bądź głupcem! Narażasz swój lud – ostrzegł.

 

– To ty jesteś głupcem, przybyszu. –Ayyanic również wpadł w złość. – Nawet słynna cierpliwość i gościnność Vissaja ma swoje granice. Jeszcze słowo i zostaniecie natychmiast przegnani w ciemną noc. Nie pomogą ci w żaden sposób mizerne umiejętności, które posiadasz – dodał z pogardą.

 

– Sam tego chciałeś! – Wyjął z kieszeni fiolkę i chlusnął cieczą prosto w rozmówcę.

 

Na twarzy szamana odmalowała się wściekłość, a potem zaskoczenie i niedowierzanie, gdy poczuł się odcięty od mocy. Świat stracił ostrość, a myśli jasność. Z wrzaskiem rzucił się na szlachcica. W dłoni błysnął kościany nóż.

 

– Oiakkaderra! – krzyknął.

 

Alistair odruchowo uchylił się, dzięki czemu uniknął rozpłatania gardła. Atak starca był zupełnie niespodziewany. Po takiej dawce trucizny powinien zostać całkiem unieszkodliwiony. Nie docenił sił drzemiących w duchowym opiekunie Vissaja.

 

Kolejny cios trafił. Ostrze rozcięło policzek na całej długości.

 

– Moja twarz! Moja twaaaarz! – zawył potępieńczo Dei’Mantis, a dokoła rozpętało się piekło.

 

Czar wieczoru prysnął.

 

Przez moment panowała pełnej konsternacji cisza wywołana pierwszym krzykiem, a potem wszyscy chwycili za broń.

 

Bacher widział całe zajście i gdy szaman po raz trzeci uniósł nóż, był już na nogach i pędził w kierunku walczących. Ayyanic nie zdążył dokończyć dzieła. Lixutelium zaczęło w końcu działać. Sekundę później starzec znalazł się na ziemi, przygwożdżony żelaznym uchwytem kapitana.

 

– Nie! Nie zabijaj go! – wychrypiał Alistair. Bacher wzdrygnął się widząc obłęd w jego oczach. – Potrzebuję go. A resztę wyrżnąć! – wrzasnął.

 

Krzyk kobiet, płacz dzieci, rozkwitłe posoką kwiaty na lodzie, a pośrodku tego przerażone, pijane agresją demony. Garstka icminickich mężczyzn stawiła twardy opór w beznadziejnej walce, ale musiała ulec wobec lepiej uzbrojonych i wyszkolonych przeciwników.

 

Starcy zginęli rozsiekani na strzępy, część kobiet również, a reszta została zagoniona wraz z dziećmi w jedno miejsce. Dopiero wtedy szaleństwo opadło, a oprawcy stojąc w oparach krwi, nad ciałami tubylców i własnych towarzyszy, uświadomili sobie, co uczynili.

 

– Przestań – wyszeptał szaman. – Dość.

 

– Przestać? Mam przestać? – Niegdyś piękna twarz arystokraty teraz wydawała się groteskową, wykrzywioną obłędem maską. – Ty to sprowadziłeś i tylko ty możesz to powstrzymać. Los Vissaja spoczywa w twoich rękach, starcze.

 

W oczach Ayyanica odbiła się desperacja, gdy z całych sił próbował użyć mocy. Bezskutecznie.

 

– Bądź przeklęty, demonie!

 

– Mogę żyć z twoją klątwą. A teraz podejmuj decyzję albo każę zaraz uciąć łeb któremuś z dzieciaków. Może to ci pomoże w myśleniu.

 

– Panie, to niegodne – ośmielił się wtrącić Bacher. Nie mógł uwierzyć, do czego doszło. A wszystkiemu winien był pierdolony książęcy synalek. Nie wiedział, czym Alistair oblał szamana, ale nie miał wątpliwości, że to sprowokowało bezsensowną rzeź.

 

– Nie wtrącaj się! Jak śmiesz mi przerywać?! Decyduj – oznajmił lodowatym tonem.

 

– Przysięgnij. Przysięgnij, że oszczędzisz ocalałych.

 

– Zapomniałeś poprosić. Nie tak się zwraca do pana.

 

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu starzec uciekł spojrzeniem w bok.

 

– Proszę, oszczędź mój lud, panie, a zdradzę ci drogę do smoczego leża. Proszę – powiedział z rezygnacją, mając nadzieję, że chociaż kupił niedobitkom Vissaja bezbolesną śmierć.

 

– Przysięgam, że nie uczynię im krzywdy –skłamał gładko szlachcic. – A teraz mów.

 

– Trzeba jechać daleko na północ, zapuścić się głęboko na pustkowia. Po około dziesięciu dniach znajdziecie się u podnóży gór. Idąc wzdłuż pasma w kierunku zachodnim natraficie na samotną skałę ozdobioną z jednej strony wizerunkami wilków. Podążając w kierunku wskazanym przez pyski natraficie na ścieżkę wiodącą w górę. Jest ona zupełnie niewidoczna, dopóki nie podejdzie się bardzo blisko. Prowadzi na szeroką skalną półkę. Tam znajduje się wejście do pieczary.

 

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?

 

– Przyrzekam na duchy przodków, że w tej jaskini spotkasz naszego boga.

 

– W porządku. Wierzę ci.

 

– Zdradzę ci jeszcze jeden sekret, demonie. Yummunu drakka iedra.

 

– Co to znaczy?

 

– Dowiesz się w swoim czasie.

 

– Szkoda, że ty go nie doczekasz – odparł Alistair i poderżnął szamanowi gardło.

 

Spojrzał na Bachera.

 

– Zabijcie resztę – rozkazał.

 

– Panie, nie mogę tego zrobić. To byłoby morderstwo.

 

– Przejdźmy się – zaproponował po chwili milczenia.

 

– Pilnujcie więźniów! – polecił kapitan podkomendnym, po czym ruszył za szlachcicem.

 

Gdy odeszli poza zasięg wzroku i blask ognisk, zatrzymali się.

 

– Po raz drugi kwestionujesz moje rozkazy. Co to ma znaczyć?

 

– Wybacz, panie, moją śmiałość, ale wszystko posunęło się zbyt daleko. – Bacher starał się ostrożnie dobierać słowa. Jeszcze nigdy nie widział książęcego syna w takim stanie. W oczach mężczyzny płonęła gorączka szaleństwa, która nadal nie opadła. – Wasz ojciec by tego nie pochwalił. Nie działajmy pochopnie.

 

– Mój ojciec. Tak… Gdyby nie on, w ogóle by nas tu nie było. Komu służysz, kapitanie? Mnie, czy ojcu?

 

Pozornie błahe, choć w rzeczywistości śmiertelnie niebezpieczne pytanie.

 

– Oczywiście, że tobie, panie. Tobie i Imperium.

 

– Wykonaj więc rozkaz.

 

– Nie mogę tego zrobić.

 

– Nie możesz, czy nie chcesz? Chyba nie muszę ci przypominać, że jesteś jedynie mieczem, który dzierżą moje dłonie. Miecz nie myśli, tylko uderza.

 

– Nie zamorduję niewinnych kobiet i dzieci – oznajmił twardo, kładąc ostrzegawczo dłoń na rękojeści.

 

– Dosłownie włos dzieli cię od zdrady, kapitanie. – Arystokrata zniżył głos do złowróżbnego szeptu. Przypominał sprężonego do skoku węża.

 

– Jesteśmy sami pośrodku niczego, panie. W krainie zapomnianej przez bogów. Wicher w mgnieniu oka zaciera ślady, a po paru godzinach ciała na wieki znikają pod pokrywą śniegu. – Nie chciał walczyć, ale nie zamierzał też poświęcać życia dla zaspokojenia zachcianek krwiożerczego szaleńca. Wydawało się, że rana, która oszpeciła twarz Dei’Mantisa, wydobyła jednocześnie mroczną stronę jego natury.

 

Alistair rozejrzał się dokoła, jakby nie od razu zrozumiał sens wypowiedzianych słów. Złapał się za głowę i przymknął oczy.

 

– Masz rację. Nie wiem, co we mnie wstąpiło – odparł po chwili. – Wybacz, że zwątpiłem w twoją lojalność, kapitanie – dodał, kładąc dłoń na ramieniu rozmówcy.

 

Bacher odetchnął z ulgą słysząc pojednawczy ton. Instynkt podpowiadał mu, żeby nadal zachować czujność, ale nie bardzo wiedział, jak powinien zareagować. Wpojona przez lata dyscyplina i posłuszeństwo stały się jego zgubą.

 

Nagle stwierdził, że nie czuje ręki. Całą lewą stronę ciała ogarnął paraliżujący chłód. Gdy zdał sobie sprawę z własnej naiwności, próbował wyrwać się ostatkiem sił, ale wtedy za gardło złapała go druga dłoń, dosłownie zamrażając mu oddech w piersi. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, był triumfalny uśmiech arystokraty.

 

 

 

Poszło dwóch, wrócił tylko jeden.

 

Strażnicy popatrzyli po sobie niepewnie. Wciąż znajdowali się pod wpływem wybuchowej mieszanki alkoholu i adrenaliny. Śmierć dowódcy tylko wzmogła ich niepokój.

 

– Bacher nie żyje. Zdradził – oznajmił Alistair krótko. – Ty. Jak się nazywasz? – Wskazał najbliżej stojącego mężczyznę.

 

– Kroszak, panie.

 

– Zajmiesz jego miejsce. Od teraz ty dowodzisz oddziałem.

 

– Tak jest!

 

– Doskonale. – Rozkazuję ci zabić wszystkich ocalałych Vissaja.

 

– Eee… panie? – Strażnik nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

 

– Kolejny niekompetentny głupiec. Dawać tu jakiegoś dzieciaka.

 

Kroszak natychmiast przyprowadził kilkuletniego chłopczyka. Arystokrata poderżnął mu gardło. Małe ciałko osunęło się na ziemię.

 

– I już. Proste, prawda? Chyba nie muszę się powtarzać.

 

– Nie, panie – odpowiedział pobladły strażnik. Pozostali z posępnymi minami przypatrywali się całemu zdarzeniu.

 

– Ruszamy na północ. Zbierzcie tyle zapasów, ile zdołacie. Nie możemy zostawić żadnych świadków. Większość plemiennych myśliwych jest na polowaniu. Kiedy wrócą, po nas nie może zostać żaden ślad ani też żadna gęba zdolna wygadać, w którą stronę odjechaliśmy. Zrozumiano?

 

Pokiwali potakująco głowami.

 

– Rano wszyscy mają być martwi. Do tego czasu możecie zrobić z nimi, co chcecie. Tu nie ma praw. Nikt się o niczym nigdy nie dowie. Zabawcie się przed drogą. Czeka nas długa i trudna wędrówka. Macie wolną rękę.

 

To powiedziawszy, odszedł. Przez długi czas nikt się nie ruszał, każdy walczył w myślach z głęboko skrywanymi żądzami, a perspektywa braku jakiejkolwiek odpowiedzialności sprawiała, że była to walka z góry skazana na niepowodzenie.

 

Pierwszy przełamał się Kroszak. Reszta szybko poszła za przykładem dowódcy.

 

Nadszedł czas harców i krzyków.

 

 

 

Ixinet obudził się z potwornym bólem głowy. Iklu wypełniał odór alkoholu i rzygowin.

 

Wyszedł na zewnątrz i wciągnął głęboko mroźne, orzeźwiające powietrze. Trochę pomogło, chociaż nadal czuł straszną suchość w gardle, a organizm zdecydowanie domagał się kolejnej dawki bimbru. Przetarł zaspane oczy.

 

Dopiero po chwili dotarła do niego nienaturalna cisza panująca w obozowisku. Z oddali dobiegały wprawdzie przekleństwa strażników, jednak brakowało odgłosów codziennej krzątaniny. Wioska wydawała się opustoszała. Nigdzie nie dostrzegł żadnego ze swoich ziomków.

 

Zajrzał do sąsiedniego iklu. Pusto. W kolejnym również.

 

Wzmagające się z każdą sekundą podejrzenie, że stało się coś strasznego, przedarło się przez mgłę otaczającą umysł po nocnym pijaństwie. Nogi same go poniosły, zaczął biec. Pędem minął rzędy budynków i wypadł na plac, gdzie poprzedniego dnia odbywała się zabawa.

 

Z ust mężczyzny wydobył się przeraźliwy wrzask.

 

Znaleźli go, gdy na czworakach chodził pomiędzy zwłokami, mamrocząc pod nosem.

 

–‒ Wszyscy nie żyją. Nie żyją. Nie żyją. Nie żyją – powtarzał niczym żałobną modlitwę, dotykając zamarzniętych na kamień ciał. Wszyscy martwi i lodowaci, jak wygasłe przez noc paleniska.

 

Czas przestał istnieć. Nie wiedział, czy minęły minuty, czy może godziny, odkąd został uwięziony w koszmarze. Pełzł po lodzie od trupa do trupa, nie zważając na drętwiejące powoli kończyny. Tracił czucie, ale zupełnie go to nie obchodziło. Każdy zasługiwał na pożegnanie.

 

W pewnym momencie chwyciły go czyjeś dłonie i poderwały w górę.

 

– Oszalał – głos dobiegł jakby z oddali. – Co mamy z nim zrobić?

 

Dwa szybkie uderzenia przywróciły światu ostrość. Ixinet odruchowo skrzywił się na widok arystokraty, który przez noc zmienił się nie do poznania. Twarz miał przewiązaną szalem, częściowo pokrytą zaschniętą krwią. Skóra mężczyzny przybrała niezdrowy, nienaturalnie blady odcień. W oczach czaiła się ledwie powstrzymywana furia.

 

– Może się jeszcze przydać. Prawda, dzikusie?

 

Przytaknął automatycznie. To sen. To tylko sen, tłumaczył sobie. Nie mogło być inaczej. W przeciwnym wypadku byłby odpowiedzialny za śmierć całego klanu jako ten, który sprowadził na niego zagładę – desperackim wysiłkiem odsunął te myśli.

 

– Yummunu drakka iedra.

 

Tubylec gwałtownie ożywił się.

 

– Co takiego?

 

– Yummunu drakka iedra. To ostatnie słowa waszego szamana. Co oznaczają?

 

Ixinet w odpowiedzi wybuchnął histerycznym, obłąkańczym, ale też pełnym ulgi śmiechem. Teraz był już pewien, że śni.

 

Bez oporu, nie zważając na szturchnięcia i popchnięcia, dał się poprowadzić, czekając spokojnie, aż sen dobiegnie końca.

 

 

***

 

 

 

Zabrali ze sobą poległych towarzyszy, których ciała pogrzebali ostatecznie pod śniegiem po całym dniu podróży. Dopilnowali, żeby w osadzie nie został po nich żaden ślad. Alistair był pewien, że wicher zatrze bezpowrotnie wszelkie ślady, uniemożliwiając ewentualny pościg.

 

Jak bardzo się mylił, przekonali się rankiem siódmego dnia.

 

Gdy wstali, pośrodku obozowiska znaleźli okaleczoną głowę Ixineta. Mężczyźnie wyłupiono oczy i wycięto język. Reszta ciała zniknęła.

 

Strażnik, któremu przypadła nocna warta, zarzekał się, że nie zasnął nawet na chwilę, ale nikt mu nie uwierzył. Ostrzeżenie było brutalnie jasne.

 

Możemy was zabić w każdej chwili.

 

Ziarno niepokoju zostało zasiane.

 

– Icminickie diabły. – Kroszak splunął. – Co teraz zrobimy, panie? Mają nas jak na dłoni.

 

– Podwoimy straże. To dzikusy, nie potrafią walczyć. Boją się bezpośredniej konfrontacji, inaczej już dawno by nas zaatakowali. Jeśli zachowamy odpowiednie środki ostrożności, nic nam nie będzie.

 

– Nie rozumiem, dlaczego nas nie wyrżnęli w nocy, kiedy mieli szansę.

 

– Szybka śmierć jest wybawieniem. Podejrzewam, że chcą się najpierw z nami trochę pobawić. Głupcy. Niewykorzystana okazja się na nich zemści – powiedział szlachcic, podnosząc na wysokość twarzy głowę tubylca. Jamy oczodołów przypominały parę ust rozwartych w niemym krzyku.

 

Ixinet przez ostatnie dni był jedynie ciężarem. Nie odzywał się, nie reagował na zaczepki, nawet posilał się apatycznie, niemal z przymusem. Dobrze, że zabili jego, a nie kogoś wartościowego.

 

Żałosny szaleniec w końcu wyrwał się z koszmaru.

 

 

 

Przez dwa kolejne dni poruszali się wolniej, starając się wypatrzeć w nieustającej zamieci sylwetki prześladowców. Napięcie udzieliło się wszystkim. Rozmowy ograniczono do minimum. Potępieńcze wycie wichru, uniemożliwiało zresztą jakiekolwiek dyskusje.

 

Atak nie następował.

 

Nic tylko śnieg, mróz i pustka.

 

Na pustkowiach traciło się poczucie czasu. Monotonia potrafiła skutecznie zabić czujność. Nastroje w grupie stawały się coraz bardziej posępne. Pozorny spokój przypominał ciszę przed burzą. Nerwowość wkradła się w gesty i słowa, niczym natręt, którego nie sposób się pozbyć.

 

Z kolei lodowe jaszczury, z właściwą sobie obojętnością, niewrażliwe na lęki targające jeźdźcami, z każdym krokiem flegmatycznie parły prosto na północ.

 

Alistair bezskutecznie próbował dostrzec na horyzoncie pasmo górskie. Zgodnie ze słowami szamana powinni najdalej w ciągu doby dotrzeć do jego podnóży. Miał nadzieję, że tam uda się doprowadzić do konfrontacji z prześladowcami. Chociaż od dłuższego czasu nie pojawiły się żadne oznaki ich bytności, nie ulegało wątpliwości, że czają się gdzieś w śnieżnej zawierusze, tuż poza zasięgiem wzroku.

 

 

 

Zniknęli. Wartownicy zniknęli.

 

Dwóch mężczyzn dosłownie wyparowało. Nie odnaleźli żadnych śladów walki. Wyglądało to tak, jakby zaginieni po prostu wstali i odeszli.

 

– To czary – szepnął któryś ze strażników.

 

– Przeklęci, jesteśmy przeklęci – dodał inny.

 

Pozostali odpowiedzieli posępnym milczeniem, zerkając spode łba na szlachcica.

 

 

 

Kłamał. Cholerny staruch kłamał.

 

To było jedyne wyjaśnienie. Trzynastego dnia podróży nadal nie dotarli do gór. Stracili za to kolejnych towarzyszy. Następne ofiary nienasyconych pustkowi.

 

Pozostała ich zaledwie garstka – ośmiu zmęczonych, zniechęconych i coraz bardziej wściekłych żołdaków.

 

Alistair udawał, że nie widzi wymownych spojrzeń ani opieszale wykonywanych poleceń. Bunt wisiał w powietrzu.

 

W nocy książęcego syna obudziły gorączkowe szepty. Spod półprzymkniętych powiek zauważył, że strażnicy naradzają się. Kłócili się o coś. Gdy jeden, chyba Kroszak, wskazał go palcem, poczuł lodowaty dreszcz na plecach, a rana na twarzy zaczęła swędzieć. Udał, że nadal śpi.

 

Ostatecznie po kilkunastu minutach rozeszli się. Dwóch pozostało na straży.

 

Dei’Mantis zrozumiał, że ma najwyżej jeszcze jeden dzień, zanim od planów przejdą do czynów. Nie zamierzał tyle czekać.

 

 

 

– Uciekł! Skurwiel uciekł! – wrzasnął z niedowierzaniem Kroszak. – Zajebię skurwysyna!

 

Gdy wstali nad ranem, po arystokracie nie było już śladu. Zabrał sporą część zapasów i dwa jaszczury. Zostawił za to parę trupów, zastygłych z wyrazem bezgranicznego zaskoczenia na twarzy.

 

Ruszyli w pogoń, równie bezsensowną co nieprzemyślaną. Podążali na ślepo, mniej więcej w tym samym kierunku, co dotychczas, gdyż wszelkie tropy już dawno zakrył śnieg.

 

Wraz z nadejściem nocy zatrzymali się. Sfrustrowani i rozgoryczeni. Jedno nieopatrzne słowo sprowokowało bójkę. Błysnęła stal, trysnęła krew.

 

Nawet nie zauważyli, gdy z ciemności wychynęły zakapturzone bestie. Icminiccy myśliwi. Cierpliwi i bezlitośni, niczym sama śmierć.

 

Zabijali w ciszy, beznamiętnie.

 

– Xantu nadara – oznajmił przywódca, gdy ciała najeźdźców powoli stygły na lodzie.

 

Dokonało się.

 

 

 

Dnie i noce zlały się w jeden nierozróżnialny ciąg.

 

Alistair miał wrażenie, że minęły wieki od jego ucieczki. Jedynym wyznacznikiem czasu były stale malejące zapasy.

 

Doskonale zdawał sobie sprawę z bezsensu dalszej podróży, ale nic innego mu nie pozostało.

 

Lewo, prawo, lewo, prawo. Kiwał się w kolebiącym rytmie jaszczurzych kroków. Drugie ze zwierząt padło jakiś czas wcześniej. Tydzień? Miesiąc? Milenium?

 

Zdarzało się, że zasypiał w siodle. Potem, gdy się budził, a dokoła wciąż rozciągał się bezkres mroźnej otchłani, potrzebował długiej chwili, zanim przypominał sobie, gdzie się znajduje i po co.

 

Czy nadal jechał na północ? Nie wiedział.

 

Samotny pielgrzym, błąkający się po nieskończonym żołądku Mundabarry – Wielkiego Lodu.

 

 

 

Zignorował ciemny kształt na horyzoncie, uznając go za kolejne przywidzenie. Dopiero, gdy przysłonił większość nieboskłonu, a teren zaczął się podnosić, zdał sobie sprawę, że to nie ułuda.

 

Przed szlachcicem wznosiły się ciemne i groźne sylwetki gór, których wierzchołki skrywała warstwa burzowych chmur.

 

Coś na kształt iskierki nadziei odżyło w sercu mężczyzny. Skierował jaszczura na zachód.

 

Przez kolejne dni jechał wzdłuż pasma uważnie wypatrując opisanej przez szamana skały. W miarę upływu czasu początkowa euforia opadła. Alistair zdał sobie sprawę, że szanse na odnalezienie celu są właściwie znikome. Wiele dni błąkał się po pustkowiach na granicy utraty zmysłów. Nawet nie mógł mieć pewności, czy trafił we właściwe góry.

 

 

 

Zapasy skończyły się.

 

Zabił wycieńczonego jaszczura i napakował plecak surowym mięsem. Dalej ruszył o własnych siłach.

 

Brnął przez śniegi w beznadziejnie wolnym tempie, a każdy krok kosztował go masę drogocennej energii. Miał coraz większą ochotę położyć się w zaspie i na wieczność przedłużyć słodkie odrętwienie.

 

Szedł jednak dalej przed siebie i wtedy, wbrew wszelkiej logice i rozsądkowi, szczęście uśmiechnęło się do niego.

 

Samotna skała wystająca z ziemi, niczym kieł jakiegoś olbrzyma.

 

– Niemożliwe… – wyszeptał popękanymi wargami. Wilki, dziesiątki wilczych łbów szczerzyło się do niego wyrytymi w kamieniu kłami. Wskazywały jeden kierunek.

 

 

 

Okazało się, że ścieżka, choć świetnie ukryta, znajdowała się całkiem niedaleko wilczego głazu.

 

Alistair dysząc ciężko, mozolnie wspinał się w górę. Teraz, gdy znajdował się tak blisko celu, ogarnęła go straszna niecierpliwość. Wściekał się, że musi iść, tak wolno, ale nie zamierzał też głupio ryzykować pośliźnięcia na zdradliwym lodzie.

 

Po paru godzinach wyczerpującej wspinaczki dotarł na szeroką skalną półkę. Wejście do jaskini było doskonale widoczne.

 

– Udało mi się. Udało mi się! – krzyknął triumfalnie, a echo tego krzyku poniosło się daleko nad pustkowiami.

 

Wszedł do środka. Wewnątrz udało mu się rozpalić niewielką pochodnię. Płomień wydobył z ciemności pokryte malowidłami ściany skalnego korytarza. Pod nogami walały się resztki przynoszonych przez pokolenia darów i rzeczy należących do zmarłych.

 

Ruszył ostrożnie w głąb pieczary. Nie wiedział, czego może się spodziewać. Żadna z uzyskanych informacji nic nie mówiła o charakterze smoków. Musiał jednak zakładać, że może mieć do czynienia z groźnym drapieżnikiem.

 

Po chwili korytarz wyraźnie poszerzył się, jednocześnie ostro skręcając. Gdy szlachcic wyszedł zza zakrętu, znalazł się w rozległej jaskini. Dokoła panowała absolutna cisza. Uniósł wyżej pochodnię.

 

Zaczęło się w okolicy brzucha, a następnie niepowstrzymaną falą pomknęło w górę, niemal rozsadzając klatkę piersiową, aż w końcu znalazło ujście.

 

Alistair wybuchnął śmiechem. Rozpaczliwym, niekontrolowanym, histerycznym śmiechem. Śmiał się i śmiał. Nie mógł przestać. Musiał się śmiać, inaczej by oszalał. W jednej chwili straciłby rozum i zmienił w bełkoczące zwierzę.

 

Yummunu drakka iedra.

 

Ostatnie słowa umierającego. W końcu zrozumiał ich znaczenie.

 

Bóg jest martwy.

 

Tak jak i jego marzenia.

 

 

 

Powoli zszedł po wykutych w skale stopniach. Ogromne zwłoki bestii lśniły metalicznym blaskiem w świetle pochodni. Wokół leżały dziesiątki zamarzniętych, nienaruszonych ciał.

 

Arystokrata nigdy nie widział czegoś podobnego. Stwór wyglądał przerażająco i dziwnie. Wydawał się być cały pokryty pancerzem, miejscami zgniecionym i uszkodzonym. Gdy przyjrzał się z bliska smokowi, zrozumiał.

 

Obszedł go dokoła. Z boku znalazł wyrwę w pancerzu. Wszedł do środka. Znalazł się w królestwie tajemnic, które już na zawsze miały zostać nierozwiązane. Gdy dotarł do wnętrza czaszki, poczuł się bardzo zmęczony.

 

Zepchnął szkielet z fotela i zajął jego miejsce. Kości rozsypały się po kokpicie. Alistair zwinął się w kłębek, zamknął oczy i po chwili zasnął.

 

 

 

 

Tomasz Zawada

Jasionka, dnia 25.02.2011 r.

 

 

Koniec

Komentarze

Od dawna nie zamieszczałem dłuższego tekstu, ale mam nadzieję, że lektura powyższego okaże się przyjemna.   Pozdrawiam.

Uważam, że nieco przedobrzyłeś z dysproporcją między informacjami szamana, dotyczącymi długości drogi do celu a rzeczywistą odległością, ale to specjalnie nie przeszkadza.   Studium szaleństwa, wyrosłego z niespełnionych ambicji. Warto było czytać.

 …nie puszczać, dopóki nie puszczą soki. - to drugie tego typu powtórzenie, więc zacząłem kopiować w komentarz, pierwszego nie jestem już w stanie odnaleźć, ale było. Mówił z tak niewyraźnym akcentem, że ledwie dało się go zrozumieć. – obawiam się, że można mówić niewyraźnie lub z akcentem (mocnym, lekkim). Niewyraźny akcent jakoś mi nie pasuje, ale może się czepiam. Osłonięci występem skalnym i cielskami jaszczurów mogli rozpalić niewielkie ognisko i skraść płomieniom odrobinę ciepła. – jak rozumiem podróżnicy ciągneli ze soba drewno specjalnie do tych ognisk? Gdyby nie Ixinet, z pewnością przeoczyliby skupisko iklu. Wyciosane z lodu budynki idealnie stapiały się z tłem i z odległości zaledwie kilkuset metrów nie sposób ich było odróżnić od zwykłych śnieżnych pagórków. - A nie "je" – w sensie budynki?  Poza tym wcześniej przewodnik mówił, że klan cały czas się przemieszcza, jak więc ma sie to do stałych zabudowań? Noc przeszywały dźwięki kościanych piszczałek, splatających się z obco brzmiącym, śpiewnym zawodzeniem icminickich kobiet. Pod wieczór wicher ucichł, dzięki czemu ogniska po raz pierwszy od wielu dni mogły płonąć mocno i wysoko, a ludzie mieli możliwość odpoczęcia po trudach wielodniowej podróży. – ponowne pytanie, skad miejscowi mieli drewno na palenie ognisk? – Przyrzekam na duchy przodków, że w tej jaskini spotkasz naszego boga.

– W porządku. Wierzę ci. - Sztuczne. Przez długi czas nikt się nie ruszał, każdy walczył w myślach z głęboko skrywanymi żądzami, a perspektywa braku jakiejkolwiek odpowiedzialności sprawiała, że była to walka z góry skazana na niepowodzenie. -  Świetne! W pewnym momencie chwyciły go czyjeś dłonie i poderwały w górę.gdyby poderwałyby w dól, warto byłoby wspominac o kierunku. Potem, gdy się budził, a dokoła wciąż rozciągał się bezkres mroźnej otchłani, potrzebował długiej chwili, – wychodze z założenia, że chwila to krótki odcinek czasu (zgodnie ze słownikiem PWN) więc razi mnie takie zestawienie. mozolnie wspinał się w górę.można wspinać się nie w górę?   Wybacz powyższe czepialstwo. Świetne, wciągające opowiadanie. Nie wiem kiedy czas zleciał, o dwóch kieliszkach wina nie mówiąc… Przeczytałem z przyjemnością. Pozdrawiam.

 

Sorry, taki mamy klimat.

Dzięki za opinie.   @AdamKB – weź jednak pod uwagę, że od pewnego momentu zaczęli po prostu błądzić.   @Sethrael: Iklu są zabudowaniami odpowiadającymi igloo, więc cięzko mówić o tym, że są to stałe zabudowania. Wzorowałem się na praktykach Eskimosów. Icminici nie palą drewnem, bo drewna w tych rejonach nie ma, poza sprowadzanym. Zamiast tego można używać mchów, porostów, tłuszczu zwierzęcego i odchodów. Jeśli chodzi o podrywanie w górę, tudzież wspinanie się w górę – to oczywiście masz rację, znamiona masła maslanego.   Pozdrawiam.

:-)  Czyżby sethrael czytał z mniejszym zaangażowaniem emocjonalnym, skoro zauważył potknięcia?   :-)  

Nie należy się spieszyć ze wstawianiem komentarza.   (…) weź jednak pod uwagę, że od pewnego momentu zaczęli po prostu błądzić.   To jakim cudem Alistair jednak trafił na skałę? Zbyt mało prawdopodobne, moim zdaniem. Prawie życzeniowe. Skróciłbym czas błądzenia po lodowych pustkowiach, pozwoliłbym Alistairowi wspomóc się jakąś magią, cokolwiek dla uprawdopodobnienia.

Niech bogowie mają w opiece księstwo, jeśli to był najbardziej inteligentny z synów władcy. Mam trochę zastrzeżeń do logiki tekstu. Czym palili po drodze do plemienia? Na czym bazował ten ekosystem, w sensie: na co polowali myśliwi i czym ich zwierzyna się odżywiała? Myślałam, że alkohol na mrozie jest baaardzo szkodliwy. A przy okazji; jak śmierdzi stary alkohol? Jeśli naukowiec bez zastrzeżeń wierzy w to, co jakiemuś badaczowi opowiedzieli przedstawiciele dzikich plemion, to raczej jest kiepskim naukowcem.

Babska logika rządzi!

Czytałem kiedyś ten tekst na łamach "Qfanta" i pamiętam, że mi się podobał. Choć jakieś tam zastrzeżenia miałem, ale wypadło mi z głowy jakie:).   Pozdrawiam   P.S. Rzeczywiście ostatnio sypiesz szortami, a powyższe opowiadanie jest chyba najdłuższe, jakie wyszło spod Twojego pióra.

Mastiff

@Finkla: 1. Radzili sobie tak samo, jak wyprawy w naszym świecie w podobne rejony przed wygodną erą technologiczną. Jeśli ciekawi Cię ekosystem to odsyłam do fachowych pozycji dotyczących funkcjonowania osad Inuickich i przetrwania w tak ekstremalnych warunkach. 2. I co z tego, że alkohol na mrozie jest szkodliwy? Jakoś nigdy nikogo to przed piciem nie powstrzymywało. 3. Alistair nie oparł się tylko na jednym dzienniku: "W zamku zbudowanym z opasłych woluminów gromadził informacje o Pilgrimie, Północy i zamieszkujących ją plemionach. Wzmianek o smokach było frustrująco mało, ale mozolnie, wydobywając słowo po słowie, ślęcząc po nocach nad mapami, korzystając z niechętnych wskazówek papierowych doradców, Alistair sporządził plan podróży."   @ Bohdan – bo resztę dłuższych i nowszych tekstów szykuję na papier ;)   Dzięki za opinie.   Pozdrawiam.

Mroczne i wciągające. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Inuici żyją blisko wody i wszystko sprowadza się do planktonu. W Twoim opowiadaniu morza nie widać.

Babska logika rządzi!

Bardzo wciągający i porządnie napisany tekst, gratuluję ;) Klimatyczny; legendy wydają się żywe, a ludzie są z krwi i kości.

Dziękuję za komentarz. Miło mi, że opowiadanie Ci się podobało.   Pozdrawiam.

Brrr, jak to dobrze, że mamy właśnie lato. Bardzo niezłe opowiadanie. Podoba mi się. Zastanawia mnie, czy nie można wielce rozmnożonych w tekście pustkowi, choć częściowo, zastąpić połaciami, przestrzeniami, płaszczyznami, obszarami czy pokrywami śnieżnymi lub lodowymi, rzecz jasna? Jestem przekonana, że na północy żyją smoki. Czasem latają, ziejąc ogniem. Ludzie wtedy mówią, że pojawia się Aurora borealis.

 

…i zapatrzył się w przelatujący za oknem krajobraz. – Myślę, że trudno zapatrzyć się w coś, co przelatuje. Poza tym powóz nie jedzie tak szybko, by krajobraz przelatywał.

Może: …i zapatrzył się w przesuwający się za oknem krajobraz.

 

…wydaje się mieć drugorzędne znaczenie. Została zepchnięta na drugi plan… – …wydaje się mieć drugorzędne znaczenie. Została zepchnięta na dalszy plan

 

Ze zdwojoną energią zabrał się za przygotowania. – Wolałabym: Ze zdwojoną energią zabrał się do przygotowań.

 

Swą wdzięczną nazwę zawdzięczała poetyckim ciągotom pierwszego gubernatora. – Może: Swą uroczą nazwę zawdzięczała poetyckim ciągotom pierwszego gubernatora.

 

…sprowadzili z sobą cały dobytek, wiedzieni żądzą przygód… – Wydaje mi się, że poprawnie jest: …sprowadzili z sobą cały dobytek, wiedzeni żądzą przygód

 

Nie podobała mu się cała sytuacja, ale instynkt podpowiadał mu, że należy czekać i słuchać”. –– Nie podobała mu się cała sytuacja, ale instynkt podpowiadał, że należy czekać i słuchać.  

 

Czuł nadarzającą się okazję, a już dawno nauczył się... – Czuł nadarzającą się okazję, a już dawno pojął/zrozumiał

 

Spod sterty zapchlonych futer rozrzuconych po łóżku rozlegało się głośne pochrapywanie.Spod sterty zapchlonych futer rozrzuconych na łóżku rozlegało się głośne pochrapywanie.

 

W Kloace Icminitów przebywała zaledwie garstka. – Wolałabym: W Kloace przebywała zaledwie garstka Icminitów.

 

Od tamtej pory powierzamy smokowi zmarłych, a on zapewnia, by ich dusze nigdy więcej nie zaznały zimna. – Ja napisałabym: Od tamtej pory powierzamy smokowi zmarłych, a on sprawia, że ich dusze nigdy więcej nie zaznają zimna.

 

Gdy wjechali między tymczasowe zabudowania, z ich wnętrz zaczęli wychodzić członkowie klanu. – Tu się troszkę zgubiłam. Czy członkowie klanu wychodzili z wnętrz tych co wjechali, czy z wnętrz tymczasowych zabudowań? ;-)  

 

Dei’Mantis starał się brzmieć uprzejmie. – Myślę że: Dei’Mantis starał się, by jego głos brzmiał uprzejmie.

 

Hołubicie słabościom, pozwalacie szerzyć się zgniliźnie serc… – Nie można hołubić czemuś, można hołubić coś.

Może: Hołubicie słabości, pozwalacie szerzyć się zgniliźnie serc… Lub: Sprzyjacie/hołdujecie słabościom, pozwalacie szerzyć się zgniliźnie serc

 

Od czasu zabójstwa piętnastego Imperatora przez zamachowca maga stanowiąca, na mocy dekretu jego następcy, obowiązkowe wyposażenie wszystkich arystokratów z najwyższego kręgu władzy. – Z zdania zrozumiałam, że miało miejsce zabójstwo przez zamachowca. I jeszcze, że następca zamachowca wydał dekret. Pewnie źle zrozumiałam. ;-)

 

Omal nie upuścił drogocennego pudełka, gdy usłyszał zza pleców chrząknięcie.Omal nie upuścił drogocennego pudełka, gdy za plecami usłyszał chrząknięcie.

 

Kolejny cios trafił. – Ja napisałabym: Kolejny cios był celny.

 

Przez moment panowała pełnej konsternacji cisza wywołana pierwszym krzykiem, a potem wszyscy chwycili za broń.Przez moment panowała pełna konsternacji cisza wywołana pierwszym krzykiem, a potem wszyscy chwycili za broń.

 

Krzyk kobiet, płacz dzieci, rozkwitłe posoką kwiaty na lodzie… – Ja napisałabym: Krzyk kobiet, płacz dzieci, kwiaty posoki rozkwitłe na lodzie

 

…mając nadzieję, że chociaż kupił niedobitkom Vissaja bezbolesną śmierć. – …mając nadzieję, że chociaż niedobitkom Vissaja kupił bezbolesną śmierć.

 

Po około dziesięciu dniach znajdziecie się u podnóży gór.Po około dziesięciu dniach znajdziecie się u podnóża gór. Góry, nawet duże, mają jedno podnóże. ;-)

 

W oczach mężczyzny płonęła gorączka szaleństwa, która nadal nie opadła.W oczach mężczyzny płonęła gorączka szaleństwa, które jeszcze nie opadło.

 

Przez dwa kolejne dni poruszali się wolniej, starając się wypatrzeć w nieustającej zamieci sylwetki prześladowców. – Może: Przez dwa kolejne dni poruszali się wolniej, próbując wypatrzeć w nieustającej zamieci sylwetki prześladowców.

 

…w ciągu doby dotrzeć do jego podnóży. – …w ciągu doby dotrzeć do jego podnóża.

 

Drugie ze zwierząt padło jakiś czas wcześniej. – Zdanie sugeruje, że wcześniej padło pierwsze zwierzę.

 

Wiele dni błąkał się po pustkowiach na granicy utraty zmysłów. – Czy pustkowia znajdowały się na granicy zmysłów?

Może: Wiele dni, będąc na granicy utraty zmysłów, błąkał się po pustkowiach.

 

Szedł jednak dalej przed siebie – Z reguły idzie się przed siebie. Ludzie z rzadka chodzą na wstecznym. ;-)  

 

Gdy przyjrzał się z bliska smokowi, zrozumiał.Gdy przyjrzał się smokowi z bliska, zrozumiał. Lub: Gdy z bliska przyjrzał się smokowi, zrozumiał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Regulatorzy, za nieocenioną pomoc. Tyle razy czytałem ten tekst pod kątem błędów, a i tak nadal wiele rzeczy umknęło. :) Wiele jeszcze trzeba popracować nad stylem.   Pozdrawiam.

Cieszę się, że mogłam pomóc. Czasem, kiedy zmienię czcionkę, tekst który już znam, widzę zupełnie inaczej. Niektóre błędy wypełzaja wtedy same. Same proszą by je dostrzec i coś z nimi zrobić. ;-) Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy pomysł ze zmianą czcionki, muszę tego spróbować przy kolejnym tekście. :)

Kilka razy zabierałam się za ten tekst, ale jak już w końcu zaczęłam na dobre, przeczytałam za jednym zamachem.  Dobre, wciągające opowiadanie. Chciałabym, żeby tego typu tekstów było tu więcej.

  …Przeczytałem z umiarkowanym zainteresowaniem. Podzielam wiele wątpliwości Finkli. Pozdrawiam.

Dziękuję za opinie.   Pozdrawiam.

Bardzo dobry tekst. Długi, jak na standardy tego portalu, więc musiałem łyknąć go na kilka sesji, ze względu na występujący u mnie ostatnio brak czasu. Nie zniechęciłem się jednak i przeczytałem do końca, co świadczy o tym, że tekst się obronił. Początek jest bardzo zachęcający, zakończenie ciekawe i nieprzewidywalne, ale tekst traci trochę impetu gdzieś pośrodku. Jedyna rzecz, która tak naprawdę mnie tu gryzła to magia. Nie samo zjawisko, jako takie, tylko fakt, że uderzasz nią czytelnika bez żadnej zapowiedzi. Wiesz, po przeczytaniu pierwszej partii wyrobiłem już sobie jakieś zdanie i jakieś pojęcie o wykreowanym przez ciebie świecie, który opisujesz konkretnie i obrazowo. A tu nagle bach – magia. Bach – główny bohater jest magiem. Równie dobrze narrator mógłby stwierdzić w połowie tekstu "o, wiecie co, tak właściwie to w tym świecie jest magia i właściwie to jest bardzo powszechna i jest modna wśród arystokratów, zapomniałem powiedzieć wcześniej, sorry". Jest to tylko moje zdanie, ale jeśli coś jest powszechne, czy raczej autor chce, by czytelnik odbierał to jako powszechne w jego świecie, powinno się chyba wpleść ten element odpowiednio w opowieść, a nie trzepnąć nim czytelnika bez zapowiedzi. Ot, trochę narzekania z mojej strony, żeby nie było.

Usuń, proszę zbędne odstępy i otaguj.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podobało mi się i to mimo bardzo szybkiej reminescencji ze statkiem i Thorgalem. Podzielam też część wątpliwości Finkli – ten północny ludek je śnieg? Czy też wszyscy na tych jaszczurach najpierw jeżdżą, a potem je jedzą? :) Ale sama opowieść o ambicji, frustracji i żądzy akceptacji pchająca do bezwzględności i okrucieństw – dobra.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję za opinie. Cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu. Co do wątpliwości, zauważę tylko, że tematem tekstu nie jest fauna i flora lodowych pustkowi. Gdyby była, bez problemu mógłbym wyjaśnić, co Icminici jedzą, gdzie to znajdują, jak na to polują – przyroda na Ziemi pokazuje, że życie zawsze znajdzie sposób i istnieje nawet w najbardziej niedostępnych rejonach planety. Nawiasem mówiąc, jakoś nikt nie zastanawia się, co jedzą np. orki w Mordorze (chyba kamienie i popiół :)

 

Pozdrawiam.

Orki w Mordorze żrą magiczną nienawiść z ketchupem i frytkami. Chodzi o to, że odmalowujesz totalne pustkowie, na którym nie ma prawa nic żyć – a jednak ktoś żyje, pędząc koczowniczy tryb życia. Więc jak? W jaki sposób? W ten sposób czytelnik jedzie w dygresję, tracąc skupienie na głównym wątku. Nie mówię o szczegółowym opisie, mówię o czymkolwiek, co uspokoi czytającego i ten popłynie dalej z głównym wątkiem.

Podobne zamieszanie jest z czasem podróży szlachcica – nic w tekście nie sugeruje, że zabłądzili lub zmienili kierunek marszu.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka