- Opowiadanie: AQQ - Dla dobra Marry

Dla dobra Marry

Z hasłem, które wylosowałam nie byłam w stanie zrobić zbyt wiele. Będzie zatem lekko, prosto, a może nawet troszkę śmieszno. Zapraszam więc na nowe przygody maga, którego imię nie ma nic wspólnego z chemią gospodarczą.  ;p

Jeśli ktoś chciałby wyłapać pewne smaczki z tego tekstu, to może sobie zaglądnąć do mojego opowiadania na Fantastyczne Gody – “Dla dobra kraju”, choć wydaje mi się, że i bez tego można się obejść.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dla dobra Marry

 

Prolog

 

Małżeństwo Marry i Armira zostało zaaranżowane dla dobra ich królestw i ku obustronnej korzyści. Choć panna młoda nie grzeszyła urodą, a szczerze mówiąc, była dość paskudna, w związku z czym pan młody miał uzasadnione opory przed jej poślubieniem, to w końcu, ku zdziwieniu poddanych, stworzyli całkiem udany związek. Marra jednak chciała za wszelką cenę zrobić coś, co jeszcze bardziej zbliżyłoby do niej Armira.

 

– Witaj, Pani. – Nadworny mag Wizyr pochylił się w służalczym ukłonie. – Wzywałaś mnie? – zapytał niepewnie, odwracając wzrok i udając nagłe zainteresowanie zdobiącymi ściany komnaty arrasami.

– Co za idiotyczne pytanie! Skoro tu jesteś, to chyba zrozumiałe, że cię wzywałam! – rzuciła wściekle księżniczka Marra. – Chyba że wpadłeś zapytać, jak przebiega zalecona przez ciebie kuracja i zobaczyć jej efekty.

– Pani, wiesz, że ja… – mamrotał pod nosem Wizyr, kuląc się w sobie. Wiedział, że Marra jest wściekła, a kiedy była wściekła, potrafiła być nieobliczalna.

– Efekty, jak widzisz, są marne. Nie, właściwie, to żadnych efektów nie ma! – wrzasnęła znów księżniczka i długą macką poprawiła diadem, który zsunął się jej na czoło w chwili wzburzenia.

– Pani, nie dawałem gwarancji, że poprawa będzie widoczna natychmiast…

– Kuracja trwa już miesiąc, a ja nadal mam macki zamiast rąk! – warknęła Marra i ostentacyjnie podsunęła kończynę pod nos maga. – Te twoje kąpiele są do niczego! Zmiana wyglądu miała być niespodzianką dla mojego męża. Książę Armir wróci z wyprawy wojennej lada dzień, a wtedy…

– A wtedy, jak zwykle podam mu te magiczne ziółka…

– Nie przerywaj mi! – Marra pacnęła Wizyra ze złością w ucho, aż mu szpiczasta czapka spadła. – Daję ci trzy dni. Trzy dni na to, by moje ręce wyglądały normalnie, skóra była gładka i lśniąca, oczy błyszczące, włosy jedwabiste tak, że gdy Armir mnie ujrzy, nie będzie potrzebował tych twoich magicznych ziółek, aby spełniać swoje małżeńskie obowiązki w sypialni. Muszę być dla niego atrakcyjna i musi mnie pragnąć bez żadnych wspomagaczy. Rozumiemy się?! – syknęła i językiem odsunęła z czoła trzy z pięciu włosów, rosnących na jej głowie.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, Pani – zapewnił Wizyr, zginając się wpół i zamiatając brodą marmurową posadzkę.

– Nie wątpię – odparła Marra. – W przeciwnym razie każę naostrzyć jakiś zgrabny pal i z przyjemnością popatrzę, jak będą cię na niego nadziewać. – Na twarzy księżniczki pojawił się paskudny, złośliwy uśmiech. – Możesz odejść.

– Eee… tak… tak… trzy dni… Zapewniam, że będziecie zadowoleni, Pani…

 

Dzień pierwszy

 

Nadworny mag Wizyr jeszcze raz skrupulatnie przeanalizował skomplikowaną recepturę. Wydawało mu się, że nie popełnił błędu ani w doborze składników, ani w kolejności ich dodawania. Sam proces przygotowywania kąpieli, po których księżniczka Marra powinna wreszcie wyglądać jak normalna kobieta z rękami zamiast macek, również wydawał się zgodny z zapiskami zawartymi w magicznej księdze.

Dokładnie sprawdził posiadane składniki i uznał, że zioła i proszki być może rzeczywiście były nieco zwietrzałe.

Zajrzał też do cebrzyka z mlekiem, które dostarczono mu rano, spróbował go, ale na pierwszy rzut oka wyglądało i smakowało normalnie. Jednak Wizyr był człowiekiem dociekliwym, a dodatkowo szło tutaj przecież o jego życie, więc bardziej niż swoim zmysłom postanowił zaufać pewnemu przedmiotowi.

To, czego szukał, znajdowało się na samym dnie skrzyni, w której Wizyr trzymał wszystkie swoje drogocenne skarby. Sięgnął więc pod szatę i wydobył zawieszony na szyi klucz, z którym nigdy się nie rozstawał, a który otwierał drogę do krainy magii.

Artefakt wykonany był ze szkła. Miał kształt rurki, której jeden koniec był znacznie zwężony i znajdowały się na nim dziwne oznaczenia, natomiast w drugim, szerszym, umieszczona była niewielka tabliczka pokryta runami, które potrafił odczytać tylko ktoś, kto posiadł wiedzę tajemną.

Wizyr, z największą ostrożnością, podniósł ów magiczny przedmiot i z nabożną czcią i wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, a następnie delikatnie umieścił go w cebrzyku z mlekiem. Artefakt zamiast pójść na dno zanurzył się do połowy swojej długości i zatrzymał się w miejscu. Wtedy dopiero mag sięgnął do rękawa i wydobył z niego swoją różdżkę, po czym dotknął nią szkła i wymamrotał pod nosem odpowiednie zaklęcie. Po chwili runy na jednym z poziomów rozświetliły się jasnym blaskiem.

– Oszustwo! – krzyknął Wizyr wzburzony, gdy tylko dokonał odczytu. – Mleko jest rozrzedzone i dlatego kuracja nie przynosi efektów! Kto… Kto śmiał to zrobić?!

Nie zastanawiając się dłużej, wybiegł z komnaty i przebierając szybko swoimi krótkimi, chudymi nogami wybiegł na zamkowy dziedziniec. Przez chwilę stał i rozglądał się wokół zdezorientowany. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, żeby zaglądać do królewskiej stajni czy obory i z tego też powodu nie bardzo wiedział, gdzie mogłaby się znajdować. Zagadnął więc przechodzącą dziewkę służebną i ruszył we wskazanym przez nią kierunku. Już po chwili smród łajna bijący zza ogromnych drewnianych wrót, utwierdził maga w przekonaniu, że trafił we właściwie miejsce. Wizyr nabrał głęboko powietrza i wszedł do środka.

Pośród skubiących spokojnie siano zwierząt siedziała starowinka w białym fartuchu i chustce na głowie. Doiła piękną, dorodną klacz, podśpiewując sobie cicho.

– To wyście są nadworną dojarką? – zapytał Wizyr, starając się, żeby jego głos brzmiał władczo.

– Ani chybi, myśmy są – odparła dumnie starucha. – A kto pyta?

– Nadworny mag Wizyr. A co to, nie wiecie? – zdziwił się.

– A niby skąd? Ja jeno ciurkiem te jednorożce doję od rana do wieczora. Nie ciekawam, kto się po dworze pęta – stwierdziła dojarka i wróciła do swojej roboty. – Powiadacie, żeście czarodziej?

– Nie czarodziej, kobieto, ale mag. Nadworny mag księcia Armira – sprostował urażony Wizyr. Nie cierpiał, kiedy tak go nazywano, gdyż czarodziejstwo uważał za zwykłe kuglarstwo, natomiast magia była tylko dla wybranych. – A wyście są oszustką! Lactus z wodą mieszacie!

– Nijakich kaktusów nie mieszam! – zaprotestowała starowinka. – A w ogóle, to mówcie po ludzku, jeśli łaska, mości czarnodzieju.

– Oszukujecie! Dolewacie wody do mleka! Spotka was zasłużona kara.

– A po co miałabym to robić? – zdziwiła się kobiecina. – Mnie tam od kwarty nie płacą, ino za dzień roboty.

– Skoro wy nie macie w tym interesu, to może łaskawie wytłumaczycie, jak to się dzieje, że w mleku, które doicie, jest mało… mleka. Hę? – Wizyr wycelował koślawy paluch w cebrzyk, do którego spływało mleko.

– Nie wiem, o co wam chodzi, mości czarodzieju… magodzieju… czy jak was tam zwą. Przecież jest dobre – stwierdziła dojarka, oblizując białą strużkę ściekającą po jej spracowanej ręce. – Popróbujcie sami – powiedziała, przysuwając dłoń do ust maga.

– Zabierajcie te łapy! – zaprotestował Wizyr, krzywiąc się z obrzydzeniem na myśl o lizaniu dojarki po rękach. – Weźcie teraz pusty, czysty cebrzyk i zacznijcie doić od nowa. Do pełna. Ja popatrzę. 

Kobieta wzruszyła ramionami, wzięła pusty cebrzyk, pogłaskała klaczkę po tęczowej grzywie i zabrała się do roboty.

– To mleko zabieram – powiedział Wizyr, kiedy kobieta skończyła.

– A co to sami będziecie dźwigać? Toż to pieroństwo ciężkie jak sto diabłów. Postawię jak zwykle pod murem na dziedzińcu i jakiś pachołek wam do komnat zaniesie.

– O nie. Muszę wszystkiego osobiście dopilnować – powiedział stanowczo mag i podniósł cebrzyk z wysiłkiem. – Poprzednio przynosili mi pachołkowie i nic dobrego z tego nie wynikło. Pewnie oni je wypijali, a dla niepoznaki dolewali wody.

Ruszył powoli przez dziedziniec, potykając się od czasu do czasu o rozsznurowane rzemienie sandałów. Kątem oka zerknął w stronę, gdzie dwóch osiłków, z podziwu godną starannością, ostrzyło długi, gruby pal. Widok ten sprawił, że naraz cebrzyk stał się jakby lżejszy, przez co Wizyr zdecydowanie przyśpieszył kroku.

 

 

Dzień drugi

 

W czasie, kiedy mleko kisło, Wizyr zabrał się za przygotowywanie pozostałych składników. Pocił się więc, ucierając na proszek kości zmarłej niedawno dziewicy, którą osobiście odkopał na cmentarzu, nie dowierzając miejscowemu grabarzowi. Przypuszczał, że ten, w pijanym zwidzie, mógł pomylić groby i dostarczył mu poprzednio kości lichwiarza zmarłego w niejasnych okolicznościach. To nawet mogłoby tłumaczyć ciągłą obecność macek u księżniczki, gdyż z racji swojego fachu, denat powszechnie zwany był Pijawką.

Mag udał się również osobiście do zamkowego ogrodu po świeże zioła, a następnie przy pomocy procy, której celność i siłę wzmocnił specjalnym zaklęciem, ustrzelił kozipyrtka i wyrwał mu serce, dokładnie według wskazań zawartych w księdze.

Potem długo i staranie mieszał, podgrzewał i łączył poszczególne składniki, a na samym końcu dodał je wszystkie do mleka.

Kiedy zapadał już zmierzch, Wizyr zabrał się osobiście za przygotowanie kąpieli, przegoniwszy uprzednio z komnaty dziewki łaziebne. Biegał więc kilkukrotnie do studni na dziedzińcu, by zaczerpnąć wody, a jednocześnie sam nie mogąc zaczerpnąć tchu, obawiał się, czy aby jego słabe serce wytrzyma ten morderczy wysiłek. Ostatecznie uznał, że mając do wyboru śmierć z wyczerpania i powolne konanie na palu, wolałby jednak to pierwsze. Szczęśliwie jednak udało mu się przygotować wszystko na czas i kiedy zjawiła się księżniczka Marra, wlewał właśnie nową miksturę do napełnionej wodą wielkiej książęcej wanny.

– Wszystko gotowe, Pani – wysapał. – Gwarantuję wam, że teraz uda się osiągnąć zamierzony efekt.

– Trzymam cię za słowo, magu, bo jak nie, to… – Tu Marra uniosła mackę i wykonała ruch przypominający wkręcanie.

– Zapewniam was, Pani, że nie będzie potrzeby, aby marnować tak piękny kawał drewna – skłonił się Wizyr i pozostając wciąż w ukłonie, wycofał się z komnaty.

 

Dzień trzeci

 

Zapewnienia zapewnieniami, ale tej nocy Wizyr nie zmrużył oka. Przewracał się z boku na bok na twardym łóżku, widząc oczyma wyobraźni Marrę, która swoimi długimi mackami wyprawiała z nim najokrutniejsze rzeczy. Czuł już prawie, jak pal na który go nabijają, rozrywa mu wnętrzności. Widział, jak ptaszyska rozdziobują na strzępy resztki jego ciała…

 

Kiedy pierwsze promienie słońca zalały komnatę, mag wiedział, że oto nadeszła chwila prawdy. Leżał skulony, bojąc się nawet wychylić nos spod wilczej skóry i obawiając się, czy wraz ze świtem da się zauważyć u księżniczki pierwsze efekty przemiany.

Krzyki, które nagle rozległy się w pałacowym korytarzu i głośne walenie do drzwi, sprawiły, że serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi.

– Udało się! Udało! Nasza księżniczka jest wyleczona! Zbierajcie się, magu, Pani was wzywa!

 

Biorąc pod uwagę to, jak Marra wyglądała wcześniej, Wizyr musiał przyznać, że przemiana była spektakularna. Nie, księżniczka nie zmieniła się w piękność, ale patrzenie na nią teraz, nie sprawiało przynajmniej bólu. Skórę miała gładką, przybyło jej kilka włosów na głowie, a co najważniejsze w miejscach, z których wcześniej wyrastały macki, teraz pojawiły się normalne ręce, a każda dłoń miała po pięć palców. Marra promieniała, a uśmiech na jej twarzy sprawił, że wydawała się ładniejsza. Mag odetchnął z ulgą.

– Wdzięcznam ci niezmiernie, Wizyrze, i nie omieszkam wynagrodzić cię solennie – zaszczebiotała radośnie księżniczka. – Żałuję tylko, że od razu się nie udało, bo miałabym więcej czasu, by przyzwyczaić się do nowego wyglądu, a tu donoszą mi już posłańcy, że pan małżonek do grodu się zbliża i lada chwila się zjawi. Ależ się zdziwi! – Zaklaskała w dłonie i jeszcze raz przyjrzała im się z zachwytem.

 

Kiedy pod wieczór orszak księcia Armira dotarł wreszcie do zamku, Marra wybiegła na dziedziniec, by powitać męża. Jakież jednak było jej zaskoczenie, kiedy miast zachwytów i pochwał dla urody książę zapytał wzburzony:

– Gdzie twoje macki, żono?!

Na twarzy Armira malował się wyraz zawodu i rozpaczy.

 

Epilog

 

Korzystając z chłodu wieczora, nadworny mag Wizyr udał się na spacer, by do końca ochłonąć z emocji, które towarzyszyły mu w ciągu ostatnich dni. Przechadzając się pod zamkowym murem, zauważył kilka cebrzyków mleka przygotowanych, by pachołkowie zabrali je do zamku. Zatrzymał się i przez chwilę im się przyglądał, gdy nagle usłyszał dobiegające ze szczytu muru głosy strażników:

– Założę się, że dzisiaj nie trafisz.

– Zawsze trafiam!

Po chwili strumień żółtawej cieczy idealnie spłynął do cebrzyka.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Pamiętam Dla dobra kraju i stwierdzam, że ten tekst jest zabawniejszy. I bardziej fantastyczny.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wiedziałem, że to te leniwe obszczymury nabroiły! :D Dobrze, że instrument maga był sprawny i się nadał. Ciekawe, co to było, tak swoją drogą…? :D

 

AQQ!

Opowiadanko skrojone na miarę. Wspaniale oprawione hasełko – główne założenie konkursu w punkt!

Bardzo podoba mi się to, co dzieje się w Twoim pisaniu ostatnio. Język pozbawiony kombinacji, a klimatyczny przy tym, obrazowy, tworzący piękne przedstawienie i rzetelnie opowiadający historię.

A historia, aż szkoda, że krótka, wciągająca, zabawna. I właśnie wspaniale to przymrużone oczko oddaje język, bawi i budzi sympatię do bohaterów.

Ja jestem szczerze zachwycony, mimo że fabuła jest nieskomplikowana, bo przy takim kroju nie mam czelności prosić o nic więcej. Jest doskonale! :)

Biegnę między póły!!!

 

 

Śniąca – to miło, jak ktoś pamięta starsze opowiadania. Cieszę się, że uważasz ten tekst za zabawniejszy i bardziej fantastyczny. Dzięki. :)

 

Majku – 

Ciekawe, co to było, tak swoją drogą…? :D

Oczywiście magiczny artefakt. :P

Ja generalnie piszę proste teksty prostym językiem. Być może dlatego łatwiej trafiają do czytelnika, ale bez efektu WOW! Dlatego cieszę się, że mogłam Cię zachwycić, nawet przy użyciu tak skromnych środków. Chyba zaczynam coraz bardziej lubić tych bohaterów i pewnie wykorzystam ich jeszcze niejeden raz.

Dzięki serdeczne za komentarz i nie zagub się między półami. ;D

Było więcej, ale gdzieś mi zżarło komentarz, a ja straciłam wątek :( 

 

Gdzieś mi się w oczy rzuciła jakaś literówka, ale w życiu jej teraz nie znajdę. 

Fajnie pokazałaś, że nie tylko kobiecie, ale i facetowi nie dogodzisz. I hasło ciekawie wykorzystane :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

AQQ – bardzo fajny tekst i świetna realizacja hasła. Bardzo mi się podoba. Za język, za humor, za pomysł i za wykonanie. Naprawdę dobrze się czytało i ja też przychylam się do opinii, że Twoje pisanie zmierza w dobrym kierunku. 

W pełni zasłużony kliczek i powodzenia w konkursie :)

Śniąca – postaram się wytropić literówkę zanim Reg to zrobi. 

A co do dogadzania, to masz absolutną rację. Zawsze coś będzie nie tak. ;)

 

Katiu – Dzięki, dzięki. :D Fajnie, że się spodobało. Chyba rzeczywiście takie lekkie teksty wychodzą mi najlepiej, tym bardziej dziwi wyróżnienie przy tym obskurnym. A mój kierunek? Chyba jeszcze go nie obrałam. Dziękuję za komentarz i kliczka!

Podobało mi się :) Zabawne kolejne pointy, ładnie napisane. Mam tylko jedną wątpliwość/pytanie: czy skoro Marra jest najwyraźniej żoną panującego księcia, to nie powinna być jednak tytułowana księżną? Przeczytałam gody i tym bardziej mi się tak zdaje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Cieszę się, Drakaino, że spodobało Ci się, to lekko głupkowate opowiadanie. :D

Przyznam, że mam problem z tymi wszystkimi królewnami, księżniczkami, itp.

Jeśli założymy, że król, ojciec Marry wciąż żyje (w fantastycznych godach żył), to chyba rzeczywiście ona jest księżną. Oki, poprawię.

Dzięki za komentarz. :)

W sumie jest i księżniczką, i księżną, jeśli jej tatuś nadal żyje :/

A lekkie i przyjemne opowiadanko (zwłaszcza że macki działają na mnie jak gaz rozweselający od czasu grania z Zew Cthulhu) było świetną odtrutką na pisanie własnego do mechów…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Poprawiłam już na księżnę, chociaż księżniczka brzmi bardziej… frywolnie i bardziej pasuje do tekstu. Jeszcze nad tym pomyślę i ewentualnie jutro znów poprawię.

No, tak, macki generalnie są fajne, śmieszne i wielofunkcyjne. ;D

Za mechy nawet się nie zabieram, wracam do poważnego tekstu na słuchowisko.

Wiesz, w sumie mnie się też ta księżniczka bardziej podoba, a pytanie wynikło raczej z zawodowego skrzywienia. Zostaw księżniczkę, do fantasy lepiej pasuje ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No i poprawione jeszcze raz. :)

Rety, rety… no genialne. Jak przeczytałem TEN fragment i hasło się rozjaśniło, zaśmiałem się, sam nie wiem, z czego. Słówko dostałaś trudne, a opowiadanie napisałaś płynnie, łatwo i przyjemnie się czyta, cały czas z uśmiechem, a zakończenie jest wisienką na torcie. Żadnych negatywnych uwag nie mam.

To chyba były najlepiej spędzone dwie-trzy minuty tego dnia.

A ludzie mówią, i mówią tak krocie, że nie to mchy są, ale że paprocie

Kordylianie, bardzo się cieszę, że udało mi się wywołać uśmiech na Twojej twarzy i mam nadzieję, że reszta dnia będzie równie przyjemna. Dziękuję za komentarz. :)

No po prostu świetne! Bardzo zabawne, a przy tym ciekawe, intrygujące i dobrze napisane. Fabuła dobrze skonstruowana, spójna i pełna. Przyznam, że spodziewałem się, że książę okaże się amatorem macek, ale nie tej drugiej puenty, a tym bardziej nie przyszło mi do głowy, że będą dwie. :)

 

podniósł ów magiczny przedmiot i nabożną czcią

Tu zabrakło literki “z”, może to ta literówka, której szukasz.

 

– Zabierajcie te łapy! – zaprotestował Wizyr, krzywiąc się z obrzydzeniem na myśl o lizaniu dojarki po rękach.

Traktuj to, co teraz napiszę tylko jako bardzo luźną sugestię – pomyślałem, że fajnie byłoby tu zaznaczyć, że np. ta ręka była spocona, brudna i porośnięta długimi czarnymi włosami. ;) Albo coś innego w tym stylu, żeby zadziałać na zmysły.

 

To nawet mogłoby tłumaczyć ciągłą obecność macek u księżniczki, gdyż z racji swojego fachu, denat powszechnie zwany był Pijawką.

heart

 

Biegnę do Biblioteki!

 

Edit: tak się składa, że pamiętam też “Dla dobra kraju”, choć czytałem już dość dawno, więc myślę, że i nawiązania załapałem.

 

Edit edit: księżniczka w tego typu opowieści brzmi zdecydowanie lepiej niż księżna, nawet jeśli to określenie nie jest 100% odpowiednie z historycznego punktu widzenia.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo – dzięki za wyłapanie literówki. Zrobiła mi się teraz fajna liczba znaków. :D

Co do tych nieszczęsnych rąk dojarki, to właściwie od nich wziął się cały pomysł. Taki temat wypłynął w komentarzach mojego opka na Legendę. Tu raczej nie będę nic zmieniać, bo już same ręce kojarzą nie niezbyt miło.

Cieszę się, że wyłapałeś podwójną puentę. Ta pierwsza będzie czytelna dla tych, którzy czytali “Dla dobra kraju” i wiedzą, co Marra wyprawiała tymi mackami, a ta druga jest już dla wszystkich.

A tak w ogóle, to fajnie, że ci się podobało. Dzięki za komentarz i Bibliotekę. :D

Ostatnie zdanie XD

Generalnie miła, lekka lektura. Podoba mi się luz w narracji, gawędziarska maniera i sprawna akcja. I macki. Toż to znacznie fajniejsza kończyna, niż taka ręka! Armir ma rację!

Wykorzystanie hasła z pewnością wystarczające, choć zachwytów ze strony Counta nie będzie – element zaklęcia/magiczny artefakt to dość oklepany motyw. Fabularnie – poprawnie, choć również bez szaleństw. Po prostu solidny, humorystyczny tekst fantasy.

Warsztat w porządku, tylko stawiasz strasznie dużo przecinków. Spokojnie ;)

Za radochę z czytania stawiam stempel jakości.

 

Tyle ode mnie, na koniec trochę tych przecinków…

Chyba że wpadłeś zapytać, jak przebiega[-,] zalecona przez ciebie[-,] kuracja i zobaczyć jej efekty.

Sam proces przygotowywania kąpieli, po których księżniczka Marra powinna wreszcie wyglądać[-,] jak normalna kobieta z rękami zamiast macek

Miał kształt rurki, której jeden koniec był znacznie zwężony i znajdowały się na nim dziwne oznaczenia, natomiast w drugim, szerszym[+,] umieszczona była niewielka tabliczka[-,] pokryta runami, które potrafił odczytać tylko ktoś, kto posiadł wiedzę tajemną.

Nad tym zdaniem trochę bym tak czy inaczej przysiadł. Jest dość siermiężne.

Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, żeby zaglądać do królewskiej stajni[-,] czy obory i z tego też powodu nie bardzo wiedział, gdzie mogłaby się znajdować.

Już po chwili smród łajna bijący zza ogromnych drewnianych wrót[-,] utwierdził maga w przekonaniu, że trafił we właściwie miejsce.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Literówka

Dolewacie wody to mleka!

Dobry pomysł, czyta się przyjemnie :)

Councie, cieszę się, że cel został osiągnięty, było miło, lekko i z humorem. O to właśnie chodziło.

Fajnie, że doceniłeś macki i miałeś radochę z czytania. :)

Wiem, że nie błysnęłam jeśli chodzi o wykorzystanie hasła, ale cieszę się, że w ogóle coś wymyśliłam.

Przecinki… no tak, dość hojnie obdarzam nimi moje teksty. Dziękuję i wyłapanie i postaram się szybko poprawić.

No i jeszcze dzięki za stempelek jakości i pchnięcie do Biblioteki. :)

Dzięki, Tom. :)

Zaraz poprawię.

Fajne :)

To fajnie, że fajne. :) 

Dzięki, Anet.

.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Jeszcze trzy znaki i miałabyś strita… ;-)

Bardzo sympatyczne. Wesołe fantasy, takie, jakie lubię. Bo te pompatyczne, epickie walki ze ZUEM… Nudą duszą.

Pamiętam godowy tekst, ale bez takich szczegółów jak zastosowanie macek w sypialni książęcej.

Ładnie wybrnęłaś z trudnego słowa.

stwierdziła dojarka, oblizując białą stróżkę ściekającą po jej spracowanej ręce.

Oj, wstydź się.

Babska logika rządzi!

No fajnie, że udało mi się napisać wesołe fantasy. :D

Jak zobaczyłam swoje hasło, to już miałam rzucić to w cholerę. Myślałam i myślałam, aż w końcu przypomniała mi się dyskusja, z komci na Legendę, o lizaniu dłoni dojarki. Tej od kumysu. A potem poszło już gładko i nie mogło być poważnie.

A Marra, to tymi mackami wyprawiała takie rzeczy, że biedny Armir się załamał, jak zobaczył, że ich nie ma. ;p

Dzięki za wizytę i komcia. :)

Bardziej chodzi o to, że “stróżka” to:

1. daw. «kobieta stróż»

2. daw. «żona dozorcy domu»

wg internetowego PWNu.

 

Tobie chodziło o “strużkę”.

A ludzie mówią, i mówią tak krocie, że nie to mchy są, ale że paprocie

Tak, Kordylian ma rację. Bardzo głupi błąd. Na portalu jeszcze często myli się “żądzę” z “rządzę”.

A dobry offtop nie jest zły, a bywa dobry, bo inspirujący. ;-)

Babska logika rządzi!

O, Matko! Ale obciach. :(

Zawsze tego pilnuję, ale tym razem…

Dzięki!

Miałam takie przeczucie, że skoro o kąpiel chodzi, sprawa zasadzi się na jakości mleka, ale też coś mi mówiło, że to nie żadne złośliwe skrzaty szczały do niego.

Nie całkiem w moim guście, ale czytało się całkiem nieźle, a i przydzielone słowo zostało należycie wykorzystane.

 

ku zdzi­wie­niu pod­da­nych, udało im się stwo­rzyć dość udany zwią­zek. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Na­dwor­ny mag Wizyr skło­nił się w słu­żal­czym ukło­nie. –> Skłonić się znaczy też ukłonić się.

Proponuję: Na­dwor­ny mag Wizyr zgiął się/ pochylił się w słu­żal­czym ukło­nie. Lub: Na­dwor­ny mag Wizyr skło­nił się słu­żal­czo.

 

na swoim twar­dym łóżku, wi­dząc oczy­ma wy­obraź­ni Marrę, która swo­imi dłu­gi­mi mac­ka­mi… –> Czy te zaimki są potrzebne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

ale też coś mi mówiło, że to nie żadne złośliwe skrzaty szczały do niego.

Zastanawiałam się przez chwilę, czy przypadkiem wściekłe zombie nie powinny do niego naszczać? :D

Dzięki, Reg, za łapankę. Poprawię wszystko wieczorkiem.

Cieszę się, że przynajmniej czytało się dobrze, mimo iż gust masz odmienny. :)

 

Przeczytałam :) Właściwy komentarz po zakończeniu konkursu.

Dzięki, Iluzjo. Czekam na pokonkursowy komentarz. :)

Lekkie i przyjemne. Uśmiechnęło.

Spodobał mi się motyw maga, robiącego wszystko samemu i dojenie jednorożców :-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Cieszę się, Dogs, że uśmiechnęło.

Zastanawiam się, czy z mleka jednorożców można robić kumys? ;)

Lody!!!

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Lody w barwach tęczy…

Albo sernik. Albo jedno i drugie i kumys do popicia XD

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

I ptasie mleczko. XD

A na zakończenie tęczowy paw :P

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

xDDDD

Myślałam, że “rzygać tęczą” znaczy coś mniej dosłownego… ;-)

Babska logika rządzi!

Dobre, fajne, na swój sposób pomysłowe. Przeczytałem jednym tchem. Generalnie bardzo mi się podoba cała sytuacja i wniosek końcowy :)

Podsumowując: ładny koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cieszę się bardzo, NWM, że si się spodobało. Idę teraz obejrzeć te fajerwerki. ;)

Zgrabność pala dobrze wpływa na magów najwyraźniej. Ale najbardziej podobało mi się dojenie jednorożców. Niezwykle mleczne sztuki. One mieszkały w tej stajni, czy przychodziły dobrowolnie gdzieś z daleka?

Oko, jednorożce mieszkały w stajni, były dojone w stajni, a przez resztę dnia pyrgały sobie po zielonych pastwiskach i skubały tęczę. :)

Dzięki za odwiedziny i komentarz.

Zabawne :) Wyobrażam sobie, jak wyglądałoby to po angielsku – Marriage of Marra and Armir… – i śmieję się jeszcze bardziej. Chociaż przydałoby się jakieś wyjaśnienie, skąd u księcia takie upodobanie do macek. Bo normalny mężczyzna raczej przyjąłby podobną zmianę z wdzięcznością :P

Dostrzegam też krnąbrne przecinki – raz przypuszczają inwazję, na przykład tu:

 

Choć panna młoda nie grzeszyła urodą, a szczerze mówiąc, była dość paskudna, w związku z czym pan młody miał uzasadnione opory przed jej poślubieniem, to w końcu, ku zdziwieniu poddanych, stworzyli dość udany związek.

 

a innym razem gdzieś znikają, skubane, jak tutaj.

 

Nadworny mag Wizyr. A co to, nie wiecie? – zdziwił się.

 

Chyba, że bym się mylił, to wtedy nie miałbym racji :)

Precz z sygnaturkami.

IMO, przecinki w pierwszym przykładzie zachowują się grzecznie i stoją na miejscach.

Babska logika rządzi!

Kosmito, dzięki za odwiedziny i bardzo się cieszę, że opko cię rozbawiło. Znaczy się – spełniło swoje zadanie. :)

Co zaś się tyczy wyjaśnień, to to, jaką rolę odegrały macki w życiu Armira zrozumieją ci, którzy czytali moje opowiadanie na Fantastyczne gody, a żeby wszyscy byli zadowoleni, to jest i druga puenta.

Co do przecinków, to w nie nie umiem, panie, za cholerę nie umiem, ale skoro Finkla twierdzi, że pierwszy przykład jest okej, to poprawię tylko drugi. Dzięki. :)

Ale “dość” się w nim powtarza. ;-p

Babska logika rządzi!

A było tak pięknie…

Kurde, głupio wyszło – nie miałem na myśli, że w pierwszym przykładzie jest stricte coś nie tak, pod względem interpunkcyjnym jak najbardziej w porządku, tylko jest ich po prostu strasznie dużo :/ W tym i w kilku następnych zdaniach tak to wygląda. Inwazja prawidłowo użytych przecinków też może trochę przeszkadzać.

Precz z sygnaturkami.

BARDZO dobre!

Idealne opowiadanie na upały. Do tego leżaczek i Malibu z ml… Wróć! Kto wie, co oni w tej mleczarni robią? Z tzw. “faktów autentycznych” – w latach 80-tych w sąsiedniej mleczarni, idąc w ślady Kleopatry, panie z obsługi kąpały się w kadzi z mlekiem. Wpadły, bo nie goliły owłosienia i filtry się zatykały.

Ale wracając – czyta się! I to pomijając fakt, że to fantasy!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm." - Arnubis

Kurdelebele, strasznie się cieszę, Staruchu, że Ci się spodobało i orzeźwiło. :D

No piękna historia z tymi mleczarkami. Mnie jeszcze żywo stoją w pamięci obrazy niedepilowanych damskich nóg w białych rajstopach, widywanych często na ulicach. Wcale się nie dziwię, że coś takiego mogło zapychać filtry. XD

Dzięki za wizytę i cieplutkie słowa. :)

No i doczekaliśmy się sequela “Dla dobra kraju”. Słusznie przewidywałem, że Armir w końcu doceni macki…

Przyjemna lektura, choć niszczy jeden z mitów mojego dzieciństwa. Zawsze myślałem, że do mleka to szczają krasnale ;)

Kurczę, bardzo mi przykro, że zniszczyłam ten mit o krasnalach. Czy gdyby to wściekłe zombi szczały, trauma byłaby mniejsza? A macek po prosu nie można nie doceniać.

Dzięki za odwiedziny. :)

Coboldzie, szczyny strażników nie wykluczają skrzacich. ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, jesteś dla skrzatów mojego dzieciństwa tym, czym dzieci z Piotrusia Pana dla Dzwoneczka.

Czy jakoś tak…

Jeśli zapewnię Cię, Coboldzie, że to skrzaty stały na warcie, to będzie okej? ;)

Już dobrze, dobrze…

Niech one lepiej nocami grzywy jednorożcom plączą.

yes

Nowa Fantastyka