- Opowiadanie: master-of-orion - Nadzorca

Nadzorca

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nadzorca

 

Numer jedenaście przygryza kłykcie i nerwowo bębni o blat. Klawisze wciska z niechęcią, jak gdyby oblepiała je ohydna maź.

Numer dziewięć wbija wzrok w ekrany. Prawie wcale nie mruga i od ponad godziny nawet nie drgnęła.

Numer cztery masuje wiotki członek, usiłując doprowadzić się do jeszcze jednego orgazmu. Nie przestaje łkać.

Numer osiemnaście porusza bezgłośnie ustami, skulony w kącie celi.

Tak, celi. Przynajmniej ja tak to widzę, że obiekty znajdują się w celach. Zastanawiam się, jak oni w swojej wewnętrznej narracji nazywają te przestrzenie ograniczone grafitowymi ścianami z dziwnego tworzywa, które daje się ugniatać jak gąbka, ale ziębi skórę jak metal. Jak określają tych dwadzieścia metrów sześciennych niewoli. Dyżurka? Sterownia? Może dumnie – centrum dowodzenia? A może bardziej neutralnie – sala albo pokój?

Ja swoją przestrzeń nazywam po prostu celą.

Każdą celę wyposażono w same najpotrzebniejsze rzeczy. Parę mebli: biurko z klawiaturą, niewygodne krzesło, mierna imitacja łóżka. Najwyraźniej Tamci wyobrażają sobie ludzkie łóżko jako sztywną deskę przykrytą czymś w rodzaju białego worka na śmieci. Do tego dozownik z wodą – niepokojąco podobny do poidełka dla gryzoni – i drugi z papką żywnościową. Obudziłem się w tej nieprzyjemnej pościeli, mokry od potu, co najmniej czterdzieści razy i jak dotąd nie wypadły mi zęby, dziąsła mi nie krwawią ani nie łapią mnie skurcze, więc widocznie karmią nas nieźle. Nie zdziwiłbym się, gdyby papka stanowiła idealną mieszankę mikro– i makroelementów niezbędnych dla zdrowia istoty ludzkiej. Nic, tylko opakować w kolorową folię i sprzedawać jako karmę dla Homo sapiens.

Nie zapomniałem o czymś? Ach, tak, oczywiście. Nad biurkiem wiszą jeszcze ekrany. Znienawidzone i błogosławione, dające w podobnych proporcjach rozpacz i wytchnienie od szarości ścian. Człowiek nieraz chciałby je rozbić – a czasem i próbuje, zawsze bezskutecznie – by potem, po kilku nieokreślonych minuto-kwadranso-godzinach dziękować Tamtym, że w swojej niezmierzonej dobroci umieścili je w celi.

A więc budzę się po raz czterdziesty pierwszy… mniej więcej. Ciężko nie stracić rachuby, a jeszcze trudniej zgadnąć, ile czasu minęło od zaśnięcia i czy człowiek w ogóle spał. Może tylko zamknąłem na chwilę oczy? Sam nie wiem, mój zegar biologiczny z pewnością rozstroił się kompletnie, trybiki zgrzytają i zacinają się, czuję to w piersi jako nieregularne pulsowanie. Znowu boli mnie głowa i kołacze mi serce. Kanał Discovery nauczył mnie wielu nieprzydatnych rzeczy – jak się robi smyczki, czym żywią się rekiny wielorybie i co się stanie, jeśli zamontujemy silniki rakietowe w fordzie mustangu – ale dzięki niemu wiem, że ludzie żyjący w izolacji oraz bez dostępu do zegarów i światła słonecznego kompletnie tracą poczucie czasu. Sypiają krótko i często, przez co sporo przeszacowują, ile czasu upłynęło. A więc załóżmy ostrożnie, że minęły trzy tygodnie. W sam raz, by wykształcić sobie nawyk.

To się chyba zgadza, bo mam już swój poranny rytuał.

Na początek parę łyków z dozownika. Potem płuczę twarz, woda spływa do kratki. Jest czysta i świeża. Trzeba być wdzięcznym za małe rzeczy. Przypomina mi się mój przyjaciel z dzieciństwa, długowłosa świnka morska imieniem Tupecik. Czasem przez tydzień nie zmieniałem wody w poidełku, więc mój pupil musiał pić wstrętną, zielonkawą ciecz.

Najwyraźniej Tamci potrafią zadbać o swoich podopiecznych lepiej niż pięcioletnie dziecko. To dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności przedwczesnej śmierci Tupecika.

Teraz trzeba się załatwić. Próbuję, chociaż za bardzo mi się nie chce. Pęcherz mam prawie pusty – czyli pewnie krótko spałem, niestety – więc z lenistwa sikam do kratki pod dozownikiem wody. Dostajemy też zamykane pojemniki na nieczystości. Są z białego tworzywa i przypominają kartonowe pudełka na pizzę. Po załatwieniu sprawy należy taki basen zamknąć i wsunąć w otwór w ścianie, a wtedy z otworu po przeciwnej stronie wysunie się kolejny, czysty. Tego akurat nie dowiedziałem się z Discovery, tylko z nadrukowanej na ścianie instrukcji, która sprawia wrażenie, jakby ktoś przetłumaczył ją na dwadzieścia siedem języków za pomocą Google Translate. Jeśli istnieje jakiś bóg, to wie, ile razy czytałem te koślawe polecenia, żeby zająć umysł… czymkolwiek.

Myję ręce. Bez mydła, bo o tym nie pomyśleli. Czas na śniadanie. Apetyt straciłem dawno temu, ale trochę mnie ssie, więc niech będzie. Przytrzymuję przycisk, a dozownik wyciska z siebie trochę szarozielonej pasty. Karma prawie nie ma smaku, jest jak zmielona tektura z dodatkiem zieleniny. Warzywne nuty kojarzą mi się z selerowo-brokułowym smoothie, które robiła moja narzeczona. Wyczuwam też posmak preparatu białkowego. Ale ze mnie koneser. Tyle że jem rękami, bo niby jak inaczej?

Na koniec znów myję dłonie i przepłukuję usta. Świetnie, poranny rytuał zakończony. Teraz muszę tylko znów znaleźć sobie zajęcie na kolejnych kilkanaście godzin. Do wyboru jest: fantazjowanie o innym miejscu, recytowanie na wpół zapomnianych wierszy, masturbacja, śpiew, ćwiczenia fizyczne. No i oczywiście praca przy biurku, przed tymi przeklętymi ekranami. Kilka przebudzeń temu obiecałem sobie, że już nie tknę klawiatury, ale perspektywa wielogodzinnej mordęgi czuwania wisi nade mną groźnie, a czas rozciąga się szybciej niż daje radę upływać. Jest go coraz więcej i więcej.

Niech tam. Poddaję się. I tak nic nie ma znaczenia. Nie tutaj.

Odpalam interfejs – jego działanie objaśniał inny zestaw poleceń, tym razem na ścianie przy biurku. Mam obserwować dwadzieścia cztery obiekty, dwa tuziny ludzi takich jak ja, ale pełniących inną funkcję. Ludzi, których zmieniono w bogów i niewolników w jednej osobie.

A kim ja jestem? Szpiclem? Nadzorcą? Strażnikiem? Czy mnie też ktoś obserwuje?

Przełączam się między kamerami.

Numer jeden śpi.

Numer dwa załatwia się do pudełka.

Numer trzy robi pompki.

Numer cztery stoi pośrodku celi i podryguje rytmicznie… Tańczy? Ćwiczy? Przeżywa załamanie nerwowe? Nic mnie już nie zdziwi.

Numer pięć stuka w klawisze z ponurym zacięciem dziecka przycupniętego z lupą nad mrowiskiem. Jemu najwyraźniej podoba się władza, którą Tamci na siłę wcisnęli obiektom do rąk. Od początku podejrzewałem go o psychopatię. Nawet nie chcę wiedzieć, co on tam robi.

Dalej, dalej, dalej.

Numer osiem, numer dziewięć…

O cholera! Nie ma dziewiątki! Numer dziewięć uciekła, a ja to przespałem!

Jak jej się to udało? Obracam kamerę. Ściana na prawo od dozowników jest częściowo obdarta z szarego tworzywa, pod którym kryło się coś, co wygląda na szyb wentylacyjny. Na podłodze, wśród strzępów pianki, leży pogięte pudełko na nieczystości i wyłamana pokrywa otworu, który wciąga zużyte pojemniki jak magnetowid kasety VHS. To od tego miejsca Dziewiątka musiała zacząć zdzieranie tworzywa. Chyba podważyła jego krawędź pudełkiem.

Spoglądam przez ramię na ten sam otwór we własnej celi.

Patrzę na niego przez chwilę.

Wstaję, podchodzę i sprawdzam palcem. Klapka chowa się gładko, odsłaniając płaski, ciemny tunel. Pod przeciwległą ścianą leży nieużywany pojemnik na odchody.

Myślę bardzo długo.

To dziwne, bo przecież powinienem natychmiast rzucić się do ucieczki, prawda? A jednak perspektywa opuszczenia celi wydaje mi się absolutnie nierealna. Zresztą, nawet gdybym się wydostał, to co dalej? Dziewiątka widziała tylko jedną dwudziestą czwartą tego, co ja. Jeśli wierzyć kamerom, to coś, w czym się znajdujemy – czymkolwiek jest – ma monstrualne rozmiary. Przechodzą mnie ciarki. Oglądam się na ekrany, jak gdyby szukając w nich pociechy…

…i moją uwagę przykuwa migająca ikona, której jeszcze nie widziałem. Wzdycham i odchodzę od otworu. Nie ucieknie. Klikam nową ikonę.

Ekran z oznaczeniem „9(!)” pokazuje Dziewiątkę przeciskającą się na czworakach przewodem wentylacyjnym. Kamera sunie tyłem, pokazując kobietę od przodu – spoconą twarz oblepioną rudymi włosami, zacięte spojrzenie, pokaleczone dłonie, policzki ubrudzone nie wiadomo czym.

Kamera. Coś mi tu nie pasuje. Na czym dokładnie jest umieszczona? Na dronie? Gdyby tak było, Dziewiątka raczej by go zauważyła, chyba że jest naprawdę maleńki. W sumie, dla Tamtych dron wielkości muszki octówki to pewnie pestka. A może to, co widzę, wcale nie jest widokiem z kamery, tylko wizualizacją, CGI zmajstrowanym na potrzeby ludzkich organów wzroku? Może Tamci wykrywają jej obecność innymi metodami, sensorami o jakich nam się nie śniło.

Albo może, tylko może… Dziewiątka wcale nie uciekła. Może umarła – albo Tamci trochę jej w tym pomogli. A potem sfingowali ucieczkę. Po co? Żeby sprawdzić, czy i ja rzucę się do ucieczki? No jasne, przecież ucieczka szybem wentylacyjnym na kilometr zalatuje fikcją. Ale czy Tamci są biegli w filmowych kliszach? Z pewnością musieli obserwować nas dość długo, skoro rozumieją naszą technologię komputerową, naszą fizjologię i nasze języki, skoro najwyraźniej domyślają się, co uznamy za znajome i intuicyjne. Ale czy choć trochę rozumieją nas samych? Naszą psychikę?

Może właśnie o to tutaj chodzi. Może to jeden wielki eksperyment psychologiczny.

Strumień moich paranoidalnych myśli zmienia się w rwącą rzekę, a tymczasem na ekranie Dziewiątka bez wahania mija kolejne rozwidlenia. Prawo, prawo i znowu prawo. Chyba stosuje najprostszą strategię, jaką można zastosować w labiryncie – ciągle trzyma się jednej ze ścian. Sztuczka nie sprawdza się w każdym labiryncie, ale i tak jej kibicuję. Niezależnie od tego, czy to naprawdę ona.

Oglądam thriller, który może, choć nie musi, być prawdą.

Główna bohaterka o imieniu Dziewiątka, twarda babka koło czterdziestki, brnie naprzód. Jest prawie jak Ripley, tyle że ruda. Zaraz nakopie złym ufokom do dupy. Jeszcze raz skręca w prawo…

I spada. Załamuje się pod nią sufitowa kratka wentylacyjna, a kamera daje nura w ślad za Dziewiątką. Zamieram, gdy dociera do mnie, gdzie się znalazła.

W rozległej hali panuje gęsty, cynobrowy półmrok. Pomiędzy dwoma rzędami ogrodzonych kratami zagród biegnie szeroki korytarz, na środek którego spadła Dziewiątka. Kobieta leży na metalowej posadzce pokrytej moczem, krwią i innymi wydzielinami. Nie porusza się. Za kratami poruszają się za to chude, brudne, podrapane sylwetki. Ludzie-widma. Wolno otrząsają się z marazmu i podczołgują się do krat. Niedowierzają własnym oczom, tak samo jak ja. Wyciągają kościste ręce i próbują jej dosięgnąć, choćby musnąć ją połamanymi paznokciami. Dziewiątka nadal leży bez czucia, a unosząca się przed jej twarzą kamera opada wolno na podłogę. Część kadru zasłania nieokreślony zlepek brunatnoczerwonej materii organicznej.

Nagle dostrzegam nadciągający manipulator. Po kratownicy krzyżujących się na suficie prowadnic sunie w kierunku Dziewiątki metalowa piasta najeżona robotycznymi ramionami. Wiem, że w plątaninie mechanicznych macek znajdują się chwytaki, strzykawki, ostrza i wiele innych narzędzi, dobroczynnych i strasznych. Ludzie-widma też musieli go zobaczyć albo usłyszeć, bo zrywają się jak oparzeni, wciskają się jeden pod drugiego, kryją się w panice w kątach niezadaszonych zagród. Kiedy widzę ich reakcję, ten pierwotny lęk, z jakim traktują manipulator, przypomina mi się Szpon z „Toy Story” i nabożna cześć, jaką zabawki darzyły łapę automatu. To porównanie byłoby śmieszne, gdyby nie było przerażające. Bo Szpon naprawdę „decyduje, kto odchodzi, a kto zostaje”.

Każdy z dwudziestu czterech Szponów z dwudziestu czterech oddzielnych piekieł.

Do czyjego trafiła Dziewiątka? Na pewno nie do swojego, bo ktoś musi sterować Szponem – chyba że Tamci postanowili ukarać ją za ucieczkę odrobiną bolesnej ironii.

Wciąż zezując na obraz z kamery „9(!)”, na drugim ekranie gorączkowo przełączam się między obiektami. Ten nadal śpi, tamten siedzi i nic nie robi, ta sika, ten znowu się masturbuje…

O nie. Numer pięć. Tylko nie numer pięć.

Facet siedzi z nosem przy samym ekranie. Jest wyraźnie podekscytowany. Cholerny psychopata. Podczas gdy pozostali przeżywali kryzys egzystencjonalny albo ostre załamanie nerwowe, ten praktycznie od początku świetnie się bawił.

Przełączam się na kamery z piekła numer pięć. Niestety, miałem rację, jest u niego. Widzę z kąta hali, jak manipulator unosi nieprzytomną kobietę i przesuwa jej kołyszące się bezwładnie ciało raz nad jedną zagrodę, raz nad drugą, jak gdyby numer pięć nie mógł się zdecydować. Aż za dobrze wiem, że faktycznie ma z czego wybierać. Każdą z zagród zmienił w osobny eksperyment. W poligon doświadczalny pełen nieszczęśników wytresowanych jak szczury Skinnera za pomocą bolesnych kar i sporadycznych nagród. Ma zagrodę gwałcicieli, zagrodę kanibali i zagrodę „rozrywaczy na strzępy w ciągu piętnastu sekund, bo potem razi ich prądem”.

W głowie mi się nie mieści, czemu Tamci jeszcze nie usunęli go ze stanowiska. Po co mam obserwować obiekty i składać na ich temat coś w rodzaju raportów, skoro Tamci nic sobie z tego nie robią? W swoim interfejsie mam długą listę słów kluczowych, które przypisuję poszczególnym numerom. Piątkę nazwałem „złym”, „okrutnym”, „nieodpowiednim”, a z braku laku nawet „brzydkim” i „nieapetycznym”; określiłem go chyba każdym dostępnym na liście przymiotnikiem o pejoratywnym wydźwięku, ale absolutnie nic z tego nie wynikło. Właśnie ta frustracja kazała mi dać sobie spokój z ekranami.

Może moje zadanie nie polega wcale na kontrolowaniu i nadzorze. Może wcale nie jestem tak ważny, jak chciałbym myśleć. Może po prostu Tamci w ten sposób badają, jak oceniamy decyzje swoich pobratymców?

Tymczasem Dziewiątka odzyskuje przytomność i zaczyna się szamotać. Numer pięć przekrzywia głowę i uśmiecha się. Uśmiecha! Nie widziałem tego wyrazu twarzy od tygodni. Szpon przesuwa się w przeciwległy kąt hali, a ja czuję ścisk w żołądku. Kobieta wisi teraz nad rurą wlotową utylizatora, trzymana przez szczypce manipulatora. Tamci najwyraźniej nie darzą ciał zmarłych szczególnym respektem, bo według instrukcji wszelką materię organiczną, w tym zwłoki, należy umieszczać tam w celu przerobienia na pastę żywnościową.

Przełączam się na bliższą kamerę. Ostrza utylizatora – o którym trudno mi w tej chwili myśleć inaczej niż o maszynce do mięsa – rozkręcają się. Numer pięć jest zachwycony. Ma ją na widelcu. Najdobitniej, jak tylko się dało, pokazał jej już na dzień dobry, że w piekle numer pięć to on jest niepodzielnym władcą życia i śmierci. Teraz będzie musiała mu się podporządkować.

Albo i nie.

Dziewiątka – mam ochotę krzyknąć – co ty robisz? Przestań się szarpać, głupia! Nie wyrywaj się, wszędzie, tylko nie tu. Ale ona rozumie. Patrzy na ostrza, potem na zagrody i znów na ostrza. Ona już podjęła decyzję, a psychopata przy klawiaturze tego nie dostrzegł.

Dziewiątka zapiera się nogami o jedno z mechanicznych ramion, a potem, zdzierając sobie skórę i mięso z barku, rzuca się w jamę utylizatora.

Zamieram.

Numer pięć uderza pięścią w blat biurka. Nienawidzi, kiedy coś idzie nie po jego myśli.

Zamykam oczy. W ciemności pod powiekami wciąż widzę, jak maszyna mieli jej ciało.

To się nie stało naprawdę. Oczywiście. Przecież jeszcze przed chwilą kwestionowałem prawdziwość obrazów z kamer. Czy widziałem to na własne oczy? Jasne, że nie. Oglądałem film i dałem się wciągnąć. Efekty specjalne, CGI, dym i lustra.

…prawda?

Identyczny dylemat musieli też pewnie mieć moi podopieczni, obiekty. Oni też pewnie niedowierzali, że te istoty w zagrodach to naprawdę ludzie, a nie wirtualne imitacje w niezwykle realistycznej symulacji. Mimo to z początku mało który korzystał ze swojej władzy. Nie dotykali kontroli temperatury ani składu mieszanki powietrznej, światła włączali i gasili tak regularnie, jak tylko potrafili, a manipulatora używali wyłącznie do rozdawania żywności. Ale jedzenia było mało, a stłoczeni ludzie robili się agresywni. Trzeba było użyć Szpona do rozdzielenia walczących, do powstrzymania kogoś od gwałtu, do przesiedlenia winowajców do zagrody dla niepokornych. Trzeba było trochę przegłodzić niegrzecznych, żeby dla tych grzecznych wystarczyło pożywienia. Trzeba było amputować dotkniętą zgorzelą kończynę i kauteryzować ranę. I w ten sposób każdy stopniowo wchodził w wyznaczoną mu rolę.

Zastanawiam się, czy obecnie tym mocniej wierzą w prawdziwość swoich podopiecznych, czy też przeciwnie – z każdym przebudzeniem coraz trudniej im dostrzec w nich ludzi.

Tymczasem numer pięć przesuwa manipulator po hali, raz tu, raz tam. Panika rozchodzi się wśród ludzi-widm jak fale na wodzie. Nie chcę już patrzeć na niego, ani na jego przygnębiającą domenę. Przełączam ekran na numer dwadzieścia dwa, który śpi snem sprawiedliwego. Tak jakby niebo nigdy nie zmieniło koloru, jakby z chmur nie chlusnął kwas, a my nie straciliśmy przytomności, by obudzić się w metalowym, wielopoziomowym piekle.

Też bym tak chciał. Niestety, wątpliwości nie dają mi spokoju. Mój umysł uczepił się hipotezy o kłamliwości ekranów i niezmordowanie tworzy kolejne scenariusze, kolejne wersje rzeczywistości.

Muszę odpowiedzieć sobie na pytanie: co jest bardziej prawdopodobne?

Że Dziewiątka przechytrzyła Tamtych, dostrzegając lukę w zabezpieczeniach, którą przeoczyli przedstawiciele bardziej zaawansowanej technicznie cywilizacji?

Że Tamci zaprojektowali cele i przewody wentylacyjne w taki sposób, aby łatwo było uciec, a potem wpaść do któregoś z piekieł?

Że dwadzieścia cztery piekła w ogóle nie istnieją, ponumerowani ludzie grają w okrutną symulację, a ucieczka Dziewiątki została sfingowana przez Tamtych?

Czy że wszystko, co w ostatnich tygodniach zobaczyłem na ekranach, było kłamstwem i ani obiekty, ani mieszkańcy piekieł nie istnieją, a ja jako jedyny siedzę w szarej izolatce i odchodzę od zmysłów?

Bardzo powoli wstaję od biurka; ciało ledwo mnie słucha. Na sztywnych, jakby nie swoich nogach podchodzę do otworu na zużyte pojemniki.

Naciskam klapkę. Zaglądam w ciemny tunel. Puszczam klapkę.

Siadam na łóżku i wbijam wzrok w otwór.

Patrzę na niego bardzo, bardzo długo.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podobało;) Fajnie napisane, barwnie, wciągająco – ale skoro była publikacja, to chyba nie ma co sie rozwodzić nad warsztatem :P Dzięki za to paręnaście minut przyjemnej lektury:) Pozdrawiam

Livarel, dzięki za opinię, miło, że Ci się podobało :)

Gratuluję publikacji. Mi też się bardzo spodobało. Udało Ci się świetnie wykreować atmosferę mroku, strachu, niepewności, tajemnicy… Przypomniał mi się “Cube”​, chociaż Twoje opowiadanie jest oczywiście o czymś innym.

Napisane płynnie, plastycznie, nie zauważyłam żadnych usterek. Dziękuję za bardzo dobrą lekturę. Przeczytałam z przyjemnością. Klikam :)

Katia72, dzięki! Skojarzenie z “Cube” chyba faktycznie jest trafione. Cóż, czasem człowiek pisze i pisze, męczy się nie wiadomo jak długi, a i tak wychodzi z tego gniot, a kiedy indziej kilka puzzli w głowie dopasuje się do siebie i opowiadanie praktycznie samo się napisze :D “Nadzorca” był jeden z tych przypadków, za co dziękuję siłom rządzącym wszechświatem ;)

Atmosfera psycho grozy jest, bezsprzecznie. Właściwie nie mam uwag, oczywiście można sobie podyskutować, jak ludzie zachowywali by się w takiej sytuacji, czy Twoje pomysły i wizje brzmią realnie, ale kto to może tak naprawdę wiedzieć?

Trochę przyczepię się do typa numer pięć, który wyraźnie ma większe pole manewru, ma rzeczywisty wpływ na innych, czego nie można powiedzieć o pozostałych. Dlaczego on i tylko on? Lubię we wszystkim logiczne powiązania, tu nie widzę ich zbyt wyraźnie, ale opowiadanie jest z tych mocno sugestywnych.

Pozdrawiam.

Dzięki, Darcon. Hmm co konkretnie zasugerowało Ci, że że obiekt numer pięć ma większe pole do manewru? Tzn. pewnie czegoś nie wyjaśniłem albo wprowadziłem czytelnika w błąd, ale mam wrażenie, że napisałem, że każdy z nich ma do dyspozycji halę, szpon i parę ustawień (światła, mieszanka powietrzna itp). Typ nr 5 po prostu ma mniejsze opory przed wykorzystaniem pełnego potencjału tych narzędzi – sensie, że normalny człowiek, widząc zachowanie podopiecznych, które mu się nie podoba, dla postrachu pomacha groźnie szponem, a psychopata się nie będzie szczypał i oderwie winowajcy (albo “winowajcy”) ręce.

Ja zrozumiałem jeszcze inaczej – że jeden z nich ma szpon, inny zawiaduje światłem, inny tlenem itd. Skoro wszyscy obsługują wszystko to czy nie wchodzą sobie trochę w drogę?

Opowiadanko wciąga, czyta się w napięciu. Przez chwilę myślałem, że może dziewiątka uczepi się tego szpona i nie spadnie :)

 

Teraz, gdy napisałeś wyjaśnienie, rzeczywiście widzę w tekście taką informację. Teoretycznie wszystko jest jasne, ale Rogas też widział to trochę inaczej. Czytelnik wie tyle o świecie, ile napiszesz. Dlatego zrobię małą analizę, pokazując opowiadanie od strony czytelnika.

Na początku dowiadujemy się, że jest ileś cel i część z “więźniów”, ma dostęp do komputera. Później pojawia się “nieszczęsny” monolog bohatera. Nieszczęsny dlatego, że wybija czytelnika z rytmu, co tak naprawdę się dzieje w Twoim świecie, bo przez kawał tekstu nie dowiadujemy nic więcej, oprócz problemów i zachowań głównego bohatera i tego, co robi w celi. Czyli co wiemy? To, co w pierwszym zdaniu tego akapitu.

Dalej jest informacja o dwudziestu czterech celach i zadaniu bohatera – obserwacja reszty osób w celach. Czy jest info, że ma on dostęp do jakieś hali i szponu, czy też manipulatora? W ogóle do czegokolwiek, oprócz obserwacji? Nie. Owszem, jest mgliste zdanie o bogach i niewolnikach, które na tym etapie niewiele mówi. Z innych więźniów tylko piątka siedzi przy kompie, a inni robią coś innego. Czy mają dostęp do komputerów, niekoniecznie. Ktoś tam ma, to wynika z pierwszych zdań opowiadania.

Później mamy “walkę” dziewiątki z piątką za pomocą szpona. Zauważam, że słowo “szpon” pojawia się bezpośrednio tylko w przypadku piątki, a nasza wiedza o dostępie i możliwościach innych jest taka, jak wyżej. Dopiero pod koniec tekstu pojawia się fragment:

Identyczny dylemat musieli też pewnie mieć moi podopieczni, obiekty. Oni też pewnie niedowierzali, że te istoty w zagrodach to naprawdę ludzie, a nie wirtualne imitacje w niezwykle realistycznej symulacji. Mimo to z początku mało który korzystał ze swojej władzy. Nie dotykali kontroli temperatury ani składu mieszanki powietrznej, światła włączali i gasili tak regularnie, jak tylko potrafili, a manipulatora używali wyłącznie do rozdawania żywności. Ale jedzenia było mało, a stłoczeni ludzie robili się agresywni. Trzeba było użyć Szpona do rozdzielenia walczących, do powstrzymania kogoś od gwałtu, do przesiedlenia winowajców do zagrody dla niepokornych. Trzeba było trochę przegłodzić niegrzecznych, żeby dla tych grzecznych wystarczyło pożywienia. Trzeba było amputować dotkniętą zgorzelą kończynę i kauteryzować ranę. I w ten sposób każdy stopniowo wchodził w wyznaczoną mu rolę.

To jest zdecydowanie za późno, poza tym, widzę, że reszta ma dostęp do manipulatora i ustawień. Czy to jest to samo, co śmiercionośny szpon? Przy szponie pojawia się ogóle określenie “trzeba było”, które powtarzasz trzykrotnie. :) Ale czy to jednoznacznie mówi “wszyscy mogą”?

I tak, na końcu można to sobie wszystko poukładać tak, jak wyjaśniłeś w komentarzu, ale przyznaję, że początkowe informacje są na tyle niepełne, iż nie załapałem tego podczas pierwszego czytania. Nie mam oczywiście o to pretensji, ale pomyślałem, że spojrzenie od mojej strony pozwoli Ci ujrzeć opko z innej perspektywy.

Pozdrawiam.

 

RogasDarcon, dzięki Wam z całkiem innej perspektywy spojrzałem na tekst i na swój sposób przekazywania informacji czytelnikowi. Chyba już nie pierwszy raz rzeczy dla mnie oczywiste są całkiem nieoczywiste dla odbiorcy. Muszę to przetrawić i wyciągnąć wnioski :) Dzięki za wnikliwą analizę, Darcon!

Tamci najwyraźniej nie darzą ciał zmarłych szczególnym respektem, bo według instrukcji wszelką materię organiczną, w tym zwłoki, należy umieszczać tam w celu przerobienia na pastę żywnościową.

Czy to jest ta sama papka którą bohater je na początku?

I czy oni mają tam na bieżąco uzupełnianych ludzi-widma?

 

I, czepiając się, to nie jestem pewna czy po tygodniu woda w poidełku dostanie glonów, zresztą, świnka chyba wypiłaby ją wcześniej.

 

Bardzo ok ;) 

Fajny, klimatyczny tekst. Świetnie tworzysz atmosferę zaduchu, kontroli i paranoi. Końcówka sugestywna na plus, ale tak samo mam pytania o numer pięć, co poprzednicy. Osobiście przyjąłem interpretację Rogasa :)

Podsumowując: fajnie klimatyczny koncert fajerwerków, zasługujący na klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Spodobało mi się. Przeczytałam tekst wczoraj, a dzisiaj rano dalej pamiętałam, o czym był – a wierz mi, to wcale nie jest oczywiste ;-)

Niejasności co do systemu zarządzania współwięźniami nie przeszkadzały mi jakoś szczególnie, bo skupiłam się na zapętleniach w umyśle głównego bohatera. Gdyby to była dłuższa forma z naciskiem na akcję, to faktycznie potrzebowałabym więcej wyjaśnień, bo wyszło mi, że wszyscy kontrolują wszystkich, a to chyba niewykonalne…

Wybranietz, na pewno tę samą papkę jedzą stłoczeni w piekłach ludzie-widma. Główny bohater chyba woli się nie zastanawiać, czy dostaje inny produkt, czy może tę samą “zieloną pożywkę”. A paskudna woda z poidełka jest oparta na faktach, więc nie wiem, może po prostu brat słabo czyścił ten pojemniczek :)

 

NoWhereManBardzoGrubaLola, dzięki za opinię i za klika! Cieszę się, że klimat paranoi jest wyczuwalny, bo oczywiście taki był zamysł. A z tą mnogością możliwych interpretacji to mi zabiliście ćwieka… Nikt ze znajomych nie dał znać, że to nie jest oczywiste – pewnie każdy rozumiał tekst po swojemu i był pewien, że o to właśnie chodziło :)

Fajnie operujesz nastrojem. Spodobało mi się. Oczywiście ja z tych, co to zawsze dopominają się więcej informacji. Kim właściwie są Tamci?

Sytuację bohatera zrozumiałam tak: znajduje się w celi, ma do dyspozycji biurko z monitorami. Może na nich wyświetlać 24 swoich “podwładnych”. Każde z nich znajduje się w identycznej celi. Może “rządzić” ilomaś ludźmi, modyfikując niektóre wielkości fizyczne i manipulując szponem. Organizatorzy tak ustawiają grę, że nie ma dobrych władców. Bohater ma obowiązek pisać raporty o swoich “podwładnych”.

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki za komentarz i za decydującego klika ;) Twoja interpretacja pokrywa się z oficjalną tj. moją wersją, tak to właśnie zaplanowałem… z jedną drobną różnicą. Jednak żeby to wyjaśnić, muszę najpierw zaspokoić Twoją ciekawość odnośnie Tamtych, bo tak się składa, że tło fabularne mam trochę wyraźniej zarysowane, niż widać to w tekście (może kiedyś pokuszę się o rozwinięcie).

Otóż Tamci są kosmitami, którzy obserwowali nas od jakiegoś czasu. Galaktyczni przyrodnicy, badacze biosfer. Nie chcieli się wtrącać, ale gdy naszą planetę nawiedziła niespodziewana, acz zaczerpnięta z powieści Grega Egana katastrofa (wybuch supernowej, który doprowadził do zniszczenia warstwy ozonowej, zjonizowania atmosfery i generalnie skreślenia Ziemi z listy planet nadających się do zamieszkania), postanowili uratować nasz gatunek. Nie dlatego, że nas lubią, tylko dla samej bioróżnorodności we wszechświecie.

Wyobraź sobie, że idziesz obok niewielkiego stawu i widzisz, jak do wody wlewają się toksyczne odpady. Wiesz, że w stawie mieszkają traszki – nie są zbyt rozgarnięte ani piękne, ale za to rzadkie, żyją tylko w tym jednym stawie. Więc bierzesz dwa wiaderka i łapiesz kilkadziesiąt stworzonek. Wiesz, że bez wody nie przeżyją, więc wlewasz trochę czystej wody. Pływają sobie w wiaderkach, tłoczą się, włażą jedna na drugą. To znaczy, że się boją czy po prostu tak się zachowują? Trudno stwierdzić, to tylko głupie traszki. Przypomina Ci się, że są wodno-lądowe i obawiasz się, że kiedy się zmęczą, to utoną. Wrzucasz im kilka kamieni, żeby mogły na nich odpoczywać. Okej, traszki uratowane.

Kiedy niesiesz wiaderka, kamienie przesuwają się, zgniatając kilka traszek. Wzruszasz ramionami, trudno, i tak wszystkich nie uratujesz, a to w końcu tylko głupie traszki. Wrzucasz im trochę larw ze sklepu wędkarskiego i je zostawiasz. Musisz zająć się kilkunastoma innymi gatunkami, które – powiedzmy sobie szczerze – trochę bardziej Cię interesują.

Wracasz do traszek, a te ciągle są jakieś pobudzone, włażą sobie nawzajem na głowy, rozglądają się oczkami jak paciorki. Czego one jeszcze chcą? Nie masz czasu zastanawiać się cały dzień nad emocjonalnymi potrzebami płazów, więc wpadasz na pewien pomysł. Kto lepiej wie, czego potrzeba traszkom, niż same traszki? Wybierasz dwadzieścia cztery osobniki, żeby to one opiekowały się pobratymcami (w tym momencie sypie się moja metafora ;D), a potem stwierdzasz, że skoro już tak długo zawracałaś sobie nimi głowę, równie dobrze możesz się czegoś dowiedzieć o ich psychologii. Wybierasz jednego „nadzorcę” (albo i więcej – nie wiadomo, ilu ich jest), żeby oceniał postępowanie decydentów. Za pomocą garści tagów, rzecz jasna, bo to tylko głupie traszki. A potem, zadowolona z siebie, zostawiasz wiaderka w garażu. Wrócisz rano.

I tak to mniej więcej widzę. Więc to nie jest tak, że „organizatorzy tak ustawiają grę, że nie ma dobrych władców”, tylko po prostu nie za bardzo rozumieją ludzi, nie umieją się wczuć w ich sytuację i w sumie chodzi im raczej o to, żeby gatunek nie zniknął, niż o samopoczucie złapanych obiektów. Może więcej uwagi poświęcają wielorybom.

Co do ucieczki Dziewiątki – Tamci zaprojektowali cele i przewody wentylacyjne w taki sposób, żeby po (prędzej czy później nieuniknionej) ucieczce wpaść z powrotem do „terrarium”.

 

Dzięki.

No, to stawia Tamtych w całkiem innym świetle. Ale skąd traszki mogłyby o tym wiedzieć?

Ale jednak raporty od badanych mogliby czytać i odsunąć psychopatę, zanim popsuje swoją działkę uratowanego gatunku.

Babska logika rządzi!

Znowu boli mnie głowa i kołacze mi się serce.

 

Strumień moich paranoidalnych myśli zmienia się w rwącą rzekę

Dodanie w tym miejscu określenia burzy mi cały nastrój. Wiadomo, że myśli są paranoidalne, nie potrzeba opisywać oczywistości.

 

Że Dziewiątka przechytrzyła Tamtych, dostrzegająclukę w zabezpieczeniach

 

Wstrząsające opowiadanie. A to dlatego, że widzę w nim niejako lustrzane odbicie ludzkiego gatunku. Przyszła mi do głowy i bardzo mi się spodobała interpretacja, jakoby to ludzie byli Tamtymi. Gdyby pochylić się nad metodologią badań uznawanych za złoty standard we współcześnie prowadzonych doświadczeniach naukowych, rzuciłoby się w oczy, że tak “my” jak i “tamci” działalibyśmy z grubsza tak samo. Jestem w stanie wyobrazić sobie – i to bez problemu – że gdyby ludzkość natknęła się kiedykolwiek na obcy gatunek bardziej zaawansowany w rozwoju niż bakterie czy Protista, najpewniej także zaczęłaby prowadzić na nich badania, dając sobie do tego prawo tylko dlatego, że nie dałoby się z nim porozumieć i obcy nie potrafiłby się skutecznie bronić.

Widzę tutaj mocne przesłanie. Doświadczenie, które dla badacza jest zwykłą igraszką, dla badanego może okazać się koszmarem, co gorsza, wcale nie intencjonalnie. Bardzo dobre opowiadanie.

Strasznie dobry tekst. Opowieść o traszkach należy koniecznie dać do przedmowy. Obojętność obcych ujęta w ten przyrodniczy sposób jest przerażająca i przemawia do mojej wyobraźni. 

Uwielbiam dystopie, więc będę czekał na kolejne dania od tego szefa kuchni.

Rzuca mi się w oczy inspiracja eksperymentem Milgrama i Stanfordzkim.

Nie mam jeszcze takiej wprawy w komentowaniu, ale powiem, że bardzo mi się podobało!

Po przeczytaniu tego opowiadania poczułem się natchniony do napisania czegoś własnego i odkryłem w sobie gatunek SF.

Piszę teraz opowiadanie na konkurs.

Życzę szczęścia i dalszych sukcesów!

MrBrightside, dzięki, poprawiłem potknięcia. Masz rację, tak jak większość SF, tak i “Nadzorca” stanowi lustro, w którym przegląda się ludzkość… My też byśmy tak pewnie postąpili z traszkopodobnymi kosmitami. A gdyby, nie daj Boże, przypominali karaluchy…

 

Wisielec, rzeczywiście, znam oba eksperymenty i miałem je z tyłu głowy podczas pisania :)

 

Rgruz, ha, dla twórcy nie ma chyba nic lepszego niż zostać czyjąś inspiracją :) Dzięki, życzę wytrwałości i mnóstwa ciekawych pomysłów!

Oczywiste było dla mnie, że jakieś obce istoty przeprowadzają osobliwy eksperyment z udziałem ludzi, jednak nie były dla mnie jasne motywy, które owymi istotami powodowały. Przypadek z traszkami, opisany w komentarzu, rzecz wyjaśnił.

 

papka sta­no­wi­ła ide­al­ną mie­szan­kę mikro– i ma­kro­ele­men­tów… –> …papka sta­no­wi­ła ide­al­ną mie­szan­kę mikro- i ma­kro­ele­men­tów

W tego typu konstrukcjach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Ostrza uty­li­za­to­ra – o któ­rym cięż­ko mi w tej chwi­li my­śleć… –> Ostrza uty­li­za­to­ra – o któ­rym trudno mi w tej chwi­li my­śleć

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, reg, już poprawiam :)

Nowa Fantastyka