- Opowiadanie: gary_joiner - Meloman

Meloman

Machnąłem dzisiaj na szybko i półprzytomno, więc błędów będzie jeszcze więcej, niż zazwyczaj.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Meloman

Edward miał wszystko. Od najmłodszych lat.

Nie tylko to, czego potrzebował, czy to, czego chciał, ale nawet wszystko, co potrafił sobie wymarzyć. Prawdopodobnie, mógłby mieć i to, czego nie potrafił sobie wymarzyć, gdyby tylko przyszło mu do głowy opłacić utalentowanych kreatywnie ludzi, gotowych wyobrażać pożądane rzeczy za niego.

Przez pierwsze ćwierćwiecze życia bardzo go to bawiło. Później, kiedy zdobył już standardowo nieprzyzwoity zakres doświadczeń, właściwy dla młodego multibilionera, wywodzącego się z rodziny o kilkusetletnich tradycjach w byciu obrzydliwie bogatą, posiadanie wszystkiego stało się brzemieniem.

Edwardowi nie wypadało marudzić. Wiedział doskonale, że narzekanie na pękający w szwach rodowy skarbiec nie należy do zachowań będących w dobrym tonie. Nie, kiedy połowa ludności świata żre trociny i sypia w lepiankach z gówna, a druga połowa tylko czeka na pretekst, żeby zebrać się razem, uformować motłoch, nadziać twój łeb na zaostrzony kij i przywłaszczyć sobie twoją fortunę.

Większość przyjaciół i krewniaków Edwarda przeżywało podobne zniechęcenie, wynikające z przynależności do ścisłej czołówki elity. Jak żyć, skoro wszystkie cele i marzenia można osiągnąć od ręki? Wystarczyło oświadczyć czego się chce na głos, a pojawiał się jeden z setki asystentów gotów zdobyć dla ciebie prawdziwą miłość, załatwić główną rolę w filmie czy zorganizować instruktora błyskawicznego kursu języka Klingońskiego.

Rothschild, równolatek i kolega ze szkolnej ławy Edwarda, w dniu trzydziestych urodzin rzucił wszystko w diabły i zaszył się w Amazońskiej Puszczy, w samych gaciach.

Simba Saud kolekcjonował wspomnienia ze stosunków z żonami przywódców państw. Płacił im, bądź ich szacownym małżonkom wyłącznie gotówką, transportowaną po świecie wojskowymi samolotami, zazwyczaj zarezerwowanymi do transportu ciężkiego sprzętu.

Edward znalazł ukojenie w muzyce. Nie w samej harmonii dźwięków, bo ta, choć przyjemna dla ucha, nie była w stanie wypełnić dziury w odlanym z platyny sercu. Nie w tworzeniu, bo choć odebrał klasyczne wykształcenie, grał na trzech instrumentach i całkiem czysto śpiewał, nie bawił go ani akt kreacji, ani nie kusiła sława.

Ból istnienia zagłuszył przypadkowo odkrytym aspektem melomanii.

Zaczęło się od Dawno temu w Shaolin Wu-Tang Clanu. Jedyny egzemplarz hiphopowego albumu za dwa miliony dolarów kupił Martin Shkreli, dupkowaty biedaczek, któremu wydawało się, że skoro cwaniactwem wyrobił kilkadziesiąt czy tam kilkaset marnych baniek, to jest grubą szychą. Edward odkupił płytę za dwadzieścia milionów, dorzucił kolejne dziesięć napiwku, a potem pociągnął za kilka długich, mocnych i strategicznie podwiązanych sznurków, żeby zapakować Shkrelego za kraty.

Odwiedził Martina w więzieniu i połamał płytę na jego oczach, nawet jej wcześniej nie przesłuchując.

Połknął bakcyla. Odkupił jedyną oryginalną płytę To będzie dzień/Pomimo wszystkich niebezpieczeństw the Quarrymen od Paula McCartneya i odsyłał mu ją w kawałkach. Od prowincjonalnego milionera z Teksasu odkupił pierwszą kopię The Beatles, należącą oryginalnie do Ringo Starra, po czym zaprosił poprzedniego właściciela albumu na strzelanie do rzutek, z płytą w charakterze rzutki.

Rozszerzył zainteresowanie na instrumenty. Łamał, palił, topił, miażdżył, rozpuszczał i rozrywał stradivariusy, fendery i steinwaye. Kiedy po dogadaniu się z bankierami Szwajcarii i przejęciu sześćsetletnich organów będących ozdobą bazyliki w Valere, własnoręcznie porąbał przerośnięte piszczałki na tycie kawałki, miał najpotężniejszą erekcję w życiu.

Po kilku latach muzycznych ekscesów, Edwardowi wydawało się, że będzie musiał porzucić hobby ze względu na coraz bardziej ewidentne braki godnych uwagi instrumentów. Sama myśl, wpędziła go w rozpacz tak silną, że spędził tydzień w łóżku, za towarzyszy niedoli mając telewizję, pizzę, burbon i pomniejsze gwiazdeczki filmowe.

Siódmego dnia rozpaczy doznał olśnienia. Gdzieś między filmem dokumentalnym, a wyjątkowo wymuszonym orgazmem. Wybiegł z sypialni i nie wrócił do niej, aż nie opracował szczegółowego planu działania, kosztorysu i przybliżonego harmonogramu prac.

Familia nie miała nic przeciwko. Pomysł Edwarda nie należał do najtańszych, ale też i jego rodzina nie należała do najbiedniejszych. Nie był zbyt mądry, ale rodowa etykieta, wypracowana przez stulecia sporów, sprzeczek i konfliktów, zabraniała arbitralnych ocen sensowności i powagi przedsięwzięć podejmowanych przez krewniaków.

Większość rodziny wydawała się zadowolona, że może ekspediować Edwarda w kosmiczną pustkę.

Kupił kilka firm z Doliny Krzemowej, zainwestował w kilkanaście korporacji, przekupił kilkuset urzędników i zbudował jednoosobowy statek kosmiczny, zdolny do osiągania prędkości większych, od czegokolwiek co do tej pory wyszło z jakiegokolwiek laboratorium, warsztatu czy hali produkcyjnej. Pojazd przypominał metalową trumnę przyczepioną do silnika wielkości przekarmionego planktonem wieloryba.

Edward nie potrzebował luksusów. Całą podróż do i z, włączając start i lądowanie, miał odbyć w stanie hibernacji, zatopiony w chłodziwie, dublującym jako system antyprzeciążeniowy.

Wystartował pięknego, sierpniowego poranka. Spał dwadzieścia lat i pokonał sto trzydzieści jednostek astronomicznych. Kiedy się obudził, automatyka statku owinęłą go już w kombinezon próżniowy i głośnym odliczeniem informowała o postępach w rozhermetyzowaniu kabiny.

Nafaszerowany środkami pobudzającymi astronauta-bilioner przedryfował dziesięć metrów przez pustkę kosmosu, po czym uczepił się drugiego obiektu.

Voyager 2 wyglądał zupełnie jak na filmach. Ani jednej rysy, ani jednej dziurki po mikrometeorycie.

Mężczyzna zerwał Złotą Płytę z korpusu sondy, pozbył się pokrywy i wpatrzył w metalowy dysk, pokryty pierścieniami rowków.

Odgłosy Ziemi. Najdroższa, potencjalnie najcenniejsza składanka po tej stronie galaktyki.

Edward podziurawił płytę poręcznym palnikiem plazmowym, jej marne szczątki cisnął w stronę, mniej więcej, Słońca, po czym, szczęśliwy jak nigdy dotąd, wyruszył w drogę powrotną.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem i jestem zadowolony.

Powiem tylko, że w takiej sytuacji, poszedłbym w ślady Rotschilda – poczułem niedosyt przy opisach losu kolegów Edwarda; wiem, mam gust, jak czytelnik brukowca ; D

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Uff, cóż za ulga po Legendach.

Ale skąd w tobie, Gary, taki pęd do destrukcji? Wu-Tang Clan sam zniszczyłbym, na dodatek z całym hip-hopem, ale Beatlesów? I co dalej z Edwardem – zniszczył już wszystko, czyli czas na depresję i próby samobójcze? Okrutny jesteś!

Zdaje się, że Jarre wydał w jednym egzemplarzu “Music For Supermarkets”. Coś nie wspominasz.

Byczków aż tak dużo nie ma. Jedna literówka i niepotrzebne wielkie litery.

Jako odskocznia – w sam raz!

Miejsce na Twoją reklamę!

Zawsze został mu Voyager 1.

Ciekawa historia z “Muzyką dla Supermarketów”, nie słyszałem/czytałem jej wcześniej. Faktycznie pasowałaby tu jak ulał, ale mnożenie anegdotek dodatkowo rozciągnęłoby szorta, a ten i tak już jakiś taki spasiony.

 

@edit

Drobne poprawki.

na emeryturze

Scena finałowa mnie powaliła :) Bardzo fajnie się czytało, dzięki!

Bosze… na koniec się spłakałem ze śmiechu. yes

Fajne, miła odskocznia po legendach :)

Dobre.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Super tekst, z naprawdę kapitalnym zakończeniem. Gest bohatera był naprawdę, totalnie chamski :P

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Potwierdzam. 

Pierwyj szort. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

To ja dam klika brakującego (chyba jednak brakuje jeszcze jednego). Opowiadanie, jak to u Gary’ego, oparte na pomyśle. Zazwyczaj to są dobre i przewrotne pomysły. Może i proste, ale trafne, podszyte gorzką ironią i często zaskakujące.

To do czego bym sie przyczepił, to swoista maniera autora. Podobnie jak “Barbarzyństwo” czy “Milion i sto szesnaście śmierci” także “Meloman”​ jest opisem wydarzeń. Gary nie bawi się w dialogi, zmiany perspektywy, zmiany narratora czy sposobu narracji itd. Opowieść się zaczyna i potem jedzie do przodu na jednym wdechu, aż do finału z wymyśloną puentą.

Mówiąc inaczej. Jest opis. jest relacja kolejnych działań bohatera. Zazwyczaj się to naprawdę dobrze czyta: zdania płyną, humor bawi, groza straszy, ale jednak to dosyć monotonna formuła i czekam na jakąś odmianę, coś korzystającego z większego wachlarzu umiejętności warsztatowych (a wiem, że autor takowe posiada) i szerszej gamy środków, jakimi dysponuje proza.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

To do czego bym sie przyczepił, to swoista maniera autora. Podobnie jak “Barbarzyństwo” czy “Milion i sto szesnaście śmierci” także “Meloman” jest opisem wydarzeń. Gary nie bawi się w dialogi, zmiany perspektywy, zmiany narratora czy sposobu narracji itd. Opowieść się zaczyna i potem jedzie do przodu na jednym wdechu, aż do finału z wymyśloną puentą.

Przyjmuję tę krytykę w całej rozciągłości, ale uważam że takie opisy wydarzeń są najtrafniejszym i najsensowniejszym sposobem opowiadania krótkich historyjek z puentą. Raz, że nie zdążę się zmęczyć w trakcie pisania, a dwa, że oszczędzam czas czytelnika i nie dręczę go rozwodnioną treścią i rozepchaną formą. Mógłbym pewnie rozpisać ten sam pomysł na 50k znaków, ale nikomu by się to raczej nie przysłużyło (a mnie to już na pewno nie).

na emeryturze

Sympatyczny tekst. Zaiste, Edward prawdziwym melomanem jest. Wszak pojechać po wymarzoną płytkę na drugi koniec świat to takie banalne… Uśmiechnęło.

Babska logika rządzi!

Jaka nostalgiczna nuta, Gary. :)

Kilka całkiem ładnych metafor i serce odlane z platyny, prawie jak romantyk. :) Podobało się, choć puenty, ni groma, nie widzę.

Pozdrawiam.

Ładne, fajne i z humorem. Motyw z hobby Edwarda najlepszy i zapadający w pamięć w tym koncercie fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jak na machnięte na szybko i pół­przy­tom­no, wyszło całkiem nieźle, a i uśmiech wywołało. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka