- Opowiadanie: Caern - Husaria

Husaria

"Husaria" w całości to dość niewymiarowy tekst – za długi na opowiadanie a za krótki na powieść. Może minipowieść? W każdym razie wklejam wstęp i z niecierpliwością czekam na opinie. Na starej stronie funkcjonowało w siedmiu częściach ale może jednak lepiej będzie się czytało w całości? Póki co wklejam w całości. Jeśli okaże się za długie to coś z tym zrobimy.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Husaria

I.

Popołudniowe słońce skąpało swym gorącym światłem cały jarmark. Stragany z rękodziełem świeciły pustkami, ponieważ wszyscy zgromadzili się w zagajniku, gdzie odbywał się pojedynek. Plac turniejowy otoczony był tłumem gapiów. Wszyscy w skupieniu obserwowali każdy ruch przeciwników, którzy w tej chwili krążyli wokół siebie z uniesionymi szablami. Pierwszy z nich był krótko obciętym brunetem o mocno opalonej twarzy. Jego przeciwnik był nieco szczuplejszy. Długie i ciemne włosy w nieładzie opadały na ramiona. Nosili białe koszule, wysokie buty z ostrogami i luźne bryczesy na wschodnią modłę. Obaj byli wysocy, sprężyście zbudowani i spoceni, jakby ktoś wylał na nich beczkę wody. Zmęczenie dawało o sobie znać. Oddychali ciężko, a broń ciążyła w dłoniach. Po chwili rzucili się na siebie i wznowili wymianę. Tłum wiwatował. Skandowano imiona walczących, a zgromadzeni w drewnianej loży sędziowie, z uwagą przyglądali się pojedynkowi. Ich bogato zdobione komtusze musiały w tej temperaturze nieźle dawać się we znaki. Ale zarówno oni, jak i umęczeni lipcowym upałem gapie zapomnieli o cierpieniach, suchości i kurzu. Wszyscy czekali na wynik pojedynku.

Szable zamigotały w słońcu, wydając metaliczny jęk przy każdym zetknięciu. Szermierze zwarli się na moment, wymienili kilka zaciętych spojrzeń. Brunet wyrwał się ze zwarcia, zamachnął lewą ręką na odlew, wszedł w obrót i wyprowadził zdradziecki sztych. Jego przeciwnik sparował i odpowiedział szerokim cięciem. Nastąpiła kolejna, błyskawiczna wymiana. Wreszcie jeden z ciosów osiągnął swój cel. Długowłosy chwycił się za brzuch, postąpił kilka niepewnych kroków w tył i ciężko opadł na kolano. Tłum wydał zatrwożony jęk na widok czerwieni sączącej się przez materiał koszuli. Brunet podszedł bliżej, przystawił ostrze szabli do gardła przeciwnika i zamarł w oczekiwaniu. Ranny mężczyzna upuścił szablę na ziemię. Podniosła się wrzawa i wiwaty. Dziesiątki szabel uniosły się ponad głowami, w górę poleciały futrzane czapki, kapelusze z piórami, a nawet metalowy szyszak. Rozległy się wystrzały z bandoletów. Wszyscy skandowali imię zwycięzcy.

– Bohun! Bohun! Bohun!

Jeden z jurorów, sędziwy starzec z białą jak mleko brodą wstał i uniósł ciężką buławę.

– Ogłasza się zwycięzcą Adama Bohuna! – Znowu okrzyk radości. – Niniejszym przechodzi on do jutrzejszych finałów.

Szermierz zwany Bohunem szarmancko pokłonił się w stronę podwyższenia sędziowskiego, a potem w stronę gawiedzi. Schodził z pola odprowadzany krzykiem wiwatujących ludzi. Gdy dotarł do barierki podbiegł do niego starszy, posiwiały mężczyzna w ciemnych okularach. Odebrał od Bohuna szablę i podał mu bukłak z wodą. Obaj z trudem przeciskali się przez ciasny kordon gapiów. Każdy chciał uścisnąć dłoń zwycięzcy lub poklepać go po ramieniu. Mimo zmęczenia Adam czuł się bardzo dobrze. Rozpierała go radość i duma. Dziękował wszystkim serdecznie, a dziewczynom słał zalotne uśmiechy i pocałunki.

Po chwili obaj znaleźli się w namiocie. Klepisko wyścielone było słomą, a w narożnikach zalegały kufry i futra. Pod głównym wspornikiem namiotu, na drewnianym stojaku prezentowała się kunsztownie ozdobiona zbroja towarzysza pancernego. Bohun podszedł do niej, oparł się o mosiężny naramiennik wyklepany na kształt lwiego pyska. Spojrzał na swego pomocnika.

– I co Alfred? – Zapytał. – Nie było tak strasznie, co?

– Mój panie – odparł. – Statystycznie rzecz ujmując, pański przeciwnik wygrał o wiele więcej walk w ciągu tego roku niż pan kiedykolwiek wcześniej. Stąd moje obawy o zdrowie panicza.

– No tak – powiedział Adam. – Ale Julian nigdy wcześniej nie walczył ze mną, a ja ostatnio bardzo dużo trenowałem.

– Nie mogę odmówić paniczowi racji – rzekł Alfred znad otwartego kufra, – jednak cieszę się, że mamy to już za sobą. Niech się panicz przebierze. Rozumiem, że o kąpieli nie mam mowy?

– Żartujesz? – Spytał z uśmiechem Adam zdejmując portki i przepoconą koszulę. – Nie po to tu przyjechałem.

– Jak zwykle – mruknął Alfred. – A co jeśli znów trafi się paniczowi białogłowa?

– Nie twoja sprawa.

Gdy sługa wyjął z kufra czystą koszulę i skórzaną kamizelę, poła namiotu rozchyliła się. Do środka wmaszerowało dwóch mężczyzn w garniturach i lustrzanych okularach. Za nimi stało kilku uzbrojonych po zęby żołnierzy. Bohun wyraźnie się skrzywił. Pokiwał głową z niedowierzaniem i założył ręce na karku.

– Kapitan Adam Rogowiecki, kryptonim „Bohun”? – Zapytał jeden z tajniaków.

– Jako żywo, waćpanie. Czym zasłużyłem sobie na wizytę tak zacnych gości?

– Proszę dezaktywować droida.

– Się robi – odparł Adam. – Alfred, koniec programu.

Alfred położył się na sianie, ułożył ręce wzdłuż korpusu i wyłączył.

– Dowództwo wzywa pański zespół – oznajmił drugi tajniak. – Wasze przepustki zostały uchylone, macie stawić się na Okęciu o dwudziestej drugiej zero zero.

Tajniak postąpił naprzód i wręczył Rogowieckiemu zamkniętą kopertę oznaczoną czerwonymi pieczątkami MON i kodem paskowym sieci MSW. Adam przyłożył kciuk do czytnika. List piknął dwa razy i zaświecił zieloną diodą na znak aprobaty. Wewnątrz znajdowały się rozkazy mówiące o natychmiastowym stawieniu się drużyny „Apatryda” w porcie kosmicznym Okęcie i zameldowaniu na statku macierzystym. Rozkazy podpisane były przez samego Prezydenta RP Czesława Handke – Lipowskiego a cała sprawa oznaczona najwyższym priorytetem.

– Nieźle – mruknął Adam. – Oczywiście stawię się.

– Mamy rozkaz eskortować pana do Olsztyna, skąd zostanie pan przetransportowany do Warszawy.

– Jasne. Zostawcie mnie samego na chwilę. Niech się chociaż pozbieram.

Tajniacy wyszli. Adam usiadł na krześle, wziął kilka głębokich oddechów i rozejrzał się po namiocie. Zatrzymał wzrok na swojej zbroi.

– Kurwa ich mać. Nie mogli w poniedziałek przyjechać?

Wstał, podszedł do kufra i wyciągnął zeń oliwkową koszulę, krawat i marynarkę munduru.

– Alfred, aktywacja.

Robot wstał, otrzepał się i spojrzał na Bohuna.

– Rozumiem – zgadł, – że nie weźmie panicz udziału w finale turnieju?

– Zawsze twierdziłem, że masz o wiele sprawniejszy procesor niż chciałbyś się przyznać.

– Kojarzenie faktów jest cechą zarezerwowaną nie tylko dla przedstawicieli rodzaju ludzkiego.

– Rzekłbym nawet – uśmiechnął się Adam, – że niektórzy mają do tej cechy dostęp odcięty. Ale fakt faktem, że przyjdzie nam się znowu pożegnać na dłużej.

– Rozumiem. Oczywiście jak zwykle zajmę się wszystkim.

– Nie wątpię. A teraz zacznij nas pakować.

 

***

 

Pokój rozbrzmiewał namiętnymi westchnięciami i nastrojową muzyką. Czarnowłosa kobieta klęczała zaciskając dłonie na poręczy łóżka. Mężczyzna, trzymając ją za pośladki coraz szybciej poruszał biodrami i ciężko sapał. Widział jak jej plecy błyszczą kroplami potu w świetle porannego słońca. Napierał coraz mocniej, wodził rękami po jej ciele, ciesząc się miękkością skóry, waniliowym aromatem perfum zmieszanym z silną wonią spoconych ciał. Nagle odsunął się i przewrócił kochankę na plecy. Ta z uśmiechem przyciągnęła go bliżej, zarzuciła mu nogi na ramiona okalając stopami szyję. Mężczyzna zbliżył się i ponownie w nią wszedł, czując jak podniecenie sięga zenitu. Dziewczyna jęczała coraz głośniej, zagryzając wargi i zaciskając powieki.

– Tak! – Krzyknęła. – Pieprz mnie, pieprz mnie mocniej!

Mężczyzna skrzywił się, lecz nie przerywał. Dziewczyna szeroko otworzyła oczy, złapała go za włosy i przysunęła do siebie. Przygryzła małżowinę ucha i zaczęła szeptać sprośne wersety, które ewidentnie nie podobały się mężczyźnie. Jednak ten, bliski finału, nie chciał przerywać. Dziewczyna mówiła coraz głośniej, aż wreszcie znowu krzyknęła.

– Rżnij, gnoju, rżnij szybciej!

Mężczyzna zacisnął szczęki i odsunął się.

– Robert, a ty dokąd? – Szepnęła dziewczyna. Wyciągnęła ręce by przytrzymać kochanka, lecz ten osunął je ze złością.

– Program stop – powiedział. Dziewczyna znieruchomiała i spoczęła na łóżku. Wyglądała na dwadzieścia lat, a ciało miała idealne jak z Piety Michała Anioła. Oliwkowa skóra i kreolska uroda. Piersi pełne i jędrne, lecz nie za duże. Wcięcie w talii rysowało cudowny łuk, który prowadził w dół, do perfekcyjnie wyrzeźbionych ud, naprężonych łydek i zmysłowych stóp. Na nogach marszczyły się czarne pończochy z kwiatowymi dodatkami. Całości piękna dopełniało ponętne łono, którego nie zaburzał nawet najkrótszy włos.

– Usiądź – polecił Robert. Posłuchała. – Pokaż panel kontrolny.

Lewe oko dziewczyny rozbłysło niebieskim światłem i przed jej anielską twarzą pojawił się pulsujący ekran. Robert, mrucząc pod nosem przekleństwa, wybierał kolejne opcje. Ekran reagował na dotknięcie efektem kamienia wrzuconego w wodę. Kolejne tabele z danymi pojawiały się i znikały w miarę jak Robert zagłębiał się w system.

– Jest – mruknął. – Komunikacja werbalna, proszę bardzo. Zestaw prokreacyjny, aktualizacje.

Pojawiła się lista nazw i dat. Najnowsza z pozycji, datowana była na siódmego lipca dwa tysiące sto dziesięć. Robert wybrał ją kliknięciem. Dziewczyna swoim ciepłym głosem zaczęła recytować.

– Z najnowszych badań rynku androidów prokreacyjnych wynika, iż osiemdziesiąt siedem procent mężczyzn wzmaga swoje podniecenie oraz satysfakcję seksualną dzięki werbalnej aprobacie ze strony kobiety. Dlatego proponujemy najnowszy zestaw odpowiedzi głosowych, które stworzyliśmy zgodnie z potrzebami większości użytkowników. Zapoznaj się z naszym…

– No żesz kurr… – zaklął. – Ja nie jestem „większość”. Automatyczne aktualizacje, wyłącz. Wy, łą, cz. Cholerny system, mądrzejszy od człowieka.

– Regina – powiedział głośniej. Czarnowłosa dziewczyna zareagowała mrugnięciem. Ekran z panelem kontrolnym na ułamek sekundy zniknął. – Nowa pozycja do operacji systemowych. Nigdy, powtarzam, nigdy nie włączaj automatycznych aktualizacji. W przypadku implementacji od producenta, odrzuć każdą aktualizację lub dołóż do listy „oczekuj na autoryzację”. Zapisz.

– Pozycja numer trzydzieści dwa – odpowiedziała ciepłym głosem – zapisana.

– Zamknij panel. – Ekran zgasł natychmiast. Regina zamrugała i lekko potrząsnęła głową, jakby przebudziła się ze snu.

– Kochany, wróć do mnie – powiedziała.

Robert uwielbiał Reginę. Kupił ją rok temu za niemałe pieniądze, ale już wtedy wiedział, że jeżeli pozna i pokocha prawdziwą kobietę, to będzie się musiała bardzo postarać, aby zastąpić mu jego sztuczną partnerkę. Spojrzał na androida, który łasił się teraz do niego i z prośbą w oczach całował nagi tors mężczyzny. Usta Reginy wędrowały coraz niżej, by wreszcie dojść między silne uda. Nagle rozległ się miękki ton komunikatora. Robert spojrzał w dół na swoją zwiotczałego penisa. Pokręcił głową z niesmakiem.

– Przeklęty system – mruknął. Podciągnął Reginę do góry, złożył na jej ustach ciepły pocałunek.

– Koniec programu – szepnął. Dziewczyna uśmiechnęła się, oddała pocałunek i wstała. Zaczęła zbierać z podłogi bieliznę i powoli się ubierać. Robert podszedł do stołu, chwycił czip i włożył go w szczelinę za uchem. Przed oczami pojawiły się różnego rodzaju komunikaty, w tym informacja o połączeniu z bazy.

– Słucham – powiedział.

– Cześć Regan, tu Adam.

– Ale sobie wybrałeś porę. Co jest?

– Dowództwo wzywa, przepustki szlag trafił. Port Okęcie, czas dwudziesta druga zero zero.

– Wiedziałem, że tak będzie. – odparł Robert.

– Słuchaj…

– Obiecuję ci Adam – wciął się Regan, – to ostatni raz.

Robert rozłączył się. Wyglądał na zdenerwowanego.

– Czyli jednak wyjeżdżasz? – Zapytała Regina.

– Tak.

– Dlatego się nie rozpakowałeś. Spodziewałeś się, że zostaniesz wezwany.

– Zgadza się – odparł. Na jego ustach wykwitł tajemniczy uśmiech. Uważnie przyglądał się Reginie, pochłaniał wzrokiem jej ciało.

– A co ze mną?

– To co zawsze – odparł Robert podchodząc do dziewczyny. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Poczuł, że napięcie wróciło równie nagle, jak zniknęło. – Przygotuj swój kontener. Ale zanim cię spakujemy – mówił, delikatnie popychając Reginę w stronę łóżka, – skończymy to, co zaczęliśmy.

 

***

 

 Ulica była opuszczona i zawalona gruzem. Tu i ówdzie dymiły spalone wraki samochodów. Fasady domów trzymały się jeszcze w pionie, lecz widać było, że najmniejszy wstrząs może spowodować zawalenie. Przez środek ulicy przebiegała prowizoryczna barykada zbudowana z połamanych mebli, rozszarpanego eksplozją tramwaju i bezkształtnych brył żelbetonu. W bramie kamienicy stał ziejący ogniem wrak czołgu, którego odstrzelona rakietą wieżyczka spoczywała obok zerwanych gąsienic. Tuż za nią kucał opancerzony żołnierz i nerwowo się rozglądał. Prawą ręką przytrzymywał karabin szturmowy, lewą nerwowo pukał w hełm, szepcząc do komunikatora.

– This is Charlie Kilo One One. Alfa team where are you? Over?

Nikt nie odpowiedział.

– Alfa team, somebody please respond.

Znowu cisza.

– This is Charlie Kilo One One, I am located in sector seven, position eight six point five zero. Over. Tango Zulu One six, respond. Nightcrawler, this is Jack, where the hell are you?

Złowrogą ciszę pobojowiska przerwał chrobot poruszonych kamieni. Jack poprawił ułożenie karabinu i wyjrzał ponad wieżyczkę. Zza barykady w luźnej formacji wyszło pięciu żołnierzy w czarnych mundurach. Wszyscy byli lekko pochyleni. Uzbrojeni w pistolety maszynowe kryli się nawzajem, obserwując całą okolicę. Dotarli do leja po wybuchu, zatrzymali się przy resztkach muru. Jeden z nich stanął bokiem do płonącego czołgu, nie opuszczając broni ani na chwilę. Lewą ręką zaczął gestykulować, wskazując tym samym pozycje bojowe swoim podkomendnym. Pozostali żołnierze rozproszyli się we wskazanych kierunkach. Jack wiedział, że jest w beznadziejnej sytuacji, lecz jeśli miał wyjść z tego żywy, musiał zaatakować, zanim przeciwnicy ustawią się na dogodnych pozycjach. Poprawił ułożenie kolby i oddał pierwszą salwę w stronę dowódcy. Karabin szturmowy plunął ogniem, rozdzierając ciszę metalicznym stukotem zamka. Dowódca trafiony dwoma pociskami padł bez ducha, lecz w tym samym momencie rozpętało się piekło. Kule cięły powietrze jak szukające ofiary osy. Jack padł na ziemię, przetoczył pod mur, uniósł oddając kolejną salwę i zaczął zawracać w podwórze, osłaniając się ogniem. Wrogi oddział nie pozostawał dłużny. Żołnierze w wyćwiczony sposób przeskakiwali z pozycji na pozycję, zagęszczając pole ostrzału śmiercionośnym strumieniem ołowiu. Nagle Jack zobaczył czerwoną mgłę przed oczami i osunął się na kolana. Zanim zdążył zobaczyć co się dzieje, jeden z czarnych przeskoczył nad lufą czołgu i wymierzył. Prawa ręka Jacka odmówiła posłuszeństwa, na szczęście drugą zdążył wyszarpnąć pistolet z kabury i resztką sił oddać kilka celnych strzałów. Niedoszły zabójca dostał w czoło, lecz kula ześlizgnęła się po hełmie. Dwie następne uderzyły w korpus, lecz ładunek kumulacyjny pancerza przejął energię pocisków. Ostatnia kula weszła w szczelinę między płytami pancerza. Żołnierz krzyknął i padł.

Jack już miał zamiar rzucić się do ucieczki, gdy wokół rozległ się kobiecy głos.

– Jacek! Jacek, do cholery jasnej, słyszysz co mówię?

– Chwila, moment. – Przed klęczącym Jackiem błysnął wielki fosforyzujący napis „pause”.

Jacek otworzył oczy i rozejrzał się. Ciężko mu było zorientować się w sytuacji, ponieważ widział podwójnie. Nadal obserwował płonącą bryłę czołgu i przewieszonego przez lufę martwego napastnika, a jednocześnie widział wnętrze pokoju, w którym siedział na kanapie. Tuż obok, z wystającym zza ucha kablem siedział jego dwunastoletni syn Paweł. Chłopiec otworzył oczy.

– Mamo, no! – Skrzywił się. – Miałaś pozwolić nam pograć dłużej.

– Wiem Pawełku – powiedziała kobieta. Siedziała przy stole w salonie i zacięcie stukała w klawiaturę. – Ale jest telefon do tatusia. Coś ważnego. No, ojciec, słyszysz mnie?

– Tak słońce, słyszę.

Jacek odwrócił się do Pawła.

– A ty gdzie byłeś jak cię wywoływałem?

– Tato, nie mogłem się odezwać, bo mnie akurat przygwoździli przy moście. Musiałem leżeć cicho i udawać martwego. A reszta oddziału chyba wpadła gdzieś w pułapkę. Mitsuo pisał na czacie, że go już odstrzelili.

– No dobrze. Graj dalej, ja się wyloguję, zobaczę co to za telefon.

– To z dowództwa – powiedziała kobieta.

Jacek wymruczał przekleństwo pod nosem, a Paweł wyraźnie się skrzywił.

– Czy to znaczy, że wyjeżdżasz, tato?

– Nie wiem, zaraz się dowiem.

Jacek zamknął oczy, wywołał panel sterowania i wybrał „save game” a potem „log out”. Wypiął zza ucha kabel i poszedł do salonu.

– Aniu, widziałaś gdzieś mój czip?

– Tu jest – odparła Anna. Podając drobną płytkę mężowi, złapała go za dłoń i przytrzymała. Patrzyła mu przy tym głęboko w oczy.

– Nie tak miało być – szepnęła.

– Aniu, nie wiem co oni chcą.

– Ale ja wiem – odparła ze smutkiem.

Jacek wsunął komunikator w slot z uchem i połączył się.

– Sawicz, słucham.

– Mówi Adam. Pakuj się Jack, o dziesiątej wieczorem na Okęciu. Przepustki odwołane.

– Szlag by to, Bohun. Mieli zostawić nas w spokoju.

Ania pokiwała głową z dezaprobatą. Jacek przytrzymał jej dłoń.

– Nic nie poradzę – tłumaczył Adam. – Jakaś nagła sytuacja.

– Cholera, obiecali nam te kilka dni. Sam Lutosławski zarzekał się…

– Dostaliśmy rozkaz – wciął się Bohun, – od samego prezydenta. Bez dyskusji Jack. Dwudziesta Druga, Okęcie.

Połączenie urwało się. Jacek ciężko oklapł na krześle. Patrzył przepraszająco na Annę.

– Mówi się trudno – powiedziała pojednawczo. – Nie tym razem to innym.

– Aniu, następnym razem każę im się wypchać.

Ania odpowiedziała uśmiechem, w którym kryło się coś smutnego.

– Wiem Jacek, wiem. Pomogę ci w pakowaniu.

W przejściu do salonu stał Paweł. Minę miał bardzo niewyraźną.

– Chodź tu, chłopaku – powiedział Jacek.

– Tato, to nie w porządku.

– Wiem, ale taka moja praca. Sam wiesz jak jest w wojsku. Tak samo jak w grze. Masz rozkazy i nie ma mowy, wykonać musisz. Zwłaszcza w specjalnych jednostkach.

– Tato, ale to nie gra.

– Tym gorzej. Ale powiem ci coś. Zrobimy tak. Napisz list do generała Lutosławskiego, że jak następnym razem zrobi coś takiego to mu się włamiesz do priva i wszystkie bazy danych zamienisz na hentaie. Co ty na to?

Paweł uśmiechnął się lekko.

– Brzmi nieźle.

 

***

 

W hangarze panowało poruszenie. Pomiędzy smukłymi sylwetkami myśliwców wielozadaniowych „Łoś” krążyły ciężkie dwunożne łaziki, przenosząc dodatkowe baki paliwa, rakiety i kasetony z amunicją. Cała hala wypełniona była chrobotem maszyn, gwizdem serwomotorów i dudnieniem stalowych odnóży. Stefan stał na platformie przyklejonej do ściany hangaru i obserwował przesuwający się pod sufitem dźwig. Na stalowych linach uczepiony był kadłub jednego z myśliwców. Mechanicy i droidy czekali kilkanaście metrów niżej obok rozmontowanego statku.

– Dobrze – nadał przez komunikator Stefan, – teraz ostrożnie, trzy stopnie na lewo i pięć procent siły naprzód. Lolek, szykujcie się do montażu – polecił. Za jego plecami rozległy się kroki. Ktoś wbiegł po metalowych schodach i zawołał:

– Szefie, szefie!

– Co jest?

– Wołam szefa, cholera i wołam a pan nic. Telefon do szefa, na utajnionej.

Stefan wywołał panel sterowania. Przed oczami ukazały mu się różne opcje. Zawiesił połączenie z linią produkcyjną i otworzył kanał utajniony.

– Inżynier Łazicki – przedstawił się Stefan, – słucham.

– Cześć – zaskrzeczał komunikator, – tu Robert.

– Cześć Kronowski. Co się dzieje?

– Słuchaj, mam nagłe wezwanie na Husarię, dzisiaj wieczorem jestem na Okęciu. No i wiesz, sprawa ta, co zawsze.

– Oj Robert, Robert. Jakby się ktoś dowiedział…

– Wiem stary co by było, ale daj spokój, opłaci ci się jak zwykle. To jak, pomożesz?

– Ale wiesz, Kronowski, to się robi coraz trudniejsze. Rozumiesz, procedury, kontrole. A dzisiaj wszyscy dostali jakiegoś pierdolca, stawiają flotę na głowie. Nie będzie łatwo.

– Stefan, przestać pieprzyć, powiedz ile.

– Dwadzieścia patoli.

Komunikator zamilkł na chwilę.

– Ty stara żyło, niech ci będzie. Ale nie wyobrażaj sobie, że możesz mnie wkręcać.

– Jasne, jasne. Przygotuj ją jak zwykle i zostaw razem ze swoim bagażem. Jak cię odprawią puść mi sygnał, będę wiedział, żeby przejąć paczkę.

Połączenie wygasło. Stefan spojrzał w dół na droidy uwijające się ze spawarkami przy myśliwcu.

– Doczekasz ty się kiedyś – mruknął do siebie. – Ja zresztą też.

– Szefie, pobudka! Zasnął pan?

– No jestem, jestem, co za problem? Kadłub zespawany?

– Tak szefie.

– No to czego się, kurwa, gapisz? Wysyłać tego do testów i dawać mi tu następny złom!

 

***

 

Słońce skryło się za horyzontem już przynajmniej godzinę wcześniej, lecz na płycie lotniska było jasno jak w dzień. Rozmieszczone co kilkanaście metrów reflektory oświetlały pasy startowe, trasy wytyczone dla personelu naziemnego, stanowiska łazików, droidów, ciągników i diabli wiedzą czego jeszcze. Jasność płynęła też ze świateł lądowników holujących większe jednostki oraz myśliwców kołujących w stronę punktów startowych. Górująca nad wszystkim szklano metalowa fasada budynku odbijała światła rozległego lądowiska. Startujące korwety i wahadłowce w lustrzanej powierzchni okien wyglądały jak świetliste miecze w rękach aniołów. Huk silników odrzutowych i zapach spalanego paliwa niosły się na wiele kilometrów.

Przy wejściu do terminala stały dwa kroczące battledroidy w obstawie kilkunastu opancerzonych żołnierzy, a na krawężniku zaparkował wóz. Drzwi od strony kierowcy uchylone były szeroko, a z zewnątrz dochodziły głosy włączonego radia. Adam stał oparty plecami o karoserię. Bez pośpiechu ćmił papierosa i przyglądał się swoim wypolerowanym na błysk butom. Miał na sobie precyzyjnie odprasowany oliwkowy mundur. Ostatni guzik koszuli trzymał jednak rozpięty, a krawat mocno poluzowany. Na marynarce dało się zobaczyć rząd kolorowych baretek. Adam spojrzał w górę i zobaczył światła lądującego wozu. Pojazd błyszczał srebrną, kanciastą karoserią, a ostro zakończony statecznik wymalowany był trupimi czaszkami.

– Regan, wreszcie – powiedział do siebie i rzucił pod nogi niedopałek papierosa.

Wóz płynnie osiadł na krawężniku obok Adama, z gracją złożył skrzydła i puścił kłąb śmierdzącej pary, zanim wygasł silnik. Drzwi uchyliły się z lekkim westchnieniem i ze środka wygramolił się Robert.

– Witam pana porucznika – przywitał się Adam wyciągając rękę.

– Cześć Bohun – odparł Robert. – Kto już jest?

– Jesteśmy pierwsi. Młody i Jack w drodze, mam nadzieję, że Wilku też.

– Daj fajkę.

Zapalili obaj.

– Jak twoja piękna? – Zapytał Adam.

– Oj bracie, wszystko super, mówię ci. Miałem tylko mały problem kilka tygodni temu.

– Pogryzła cię za mocno?

– Nie, jakiś narąbany palant przyczepił się do niej na imprezie i trochę ją pokiereszował. Nic poważnego, ale skończyła w serwisie.

– Co z gościem?

– Skułem gnoja, a co miałem zrobić?

– No tak – przytaknął Adam.

– Teraz już super. Mówię ci, dziewczyna jest warta każdych pieniędzy.

Adam odpowiedział uśmiechem.

– Śmiej się, śmiej – powiedział Robert. – Ale jak już będziesz miał dosyć jazdy na ręcznym to daj znać, pożyczę ci ją.

Drzwi od terminala uchyliły się. Na podejście wyszedł umundurowany pułkownik w asyście dwóch opancerzonych plutonowych. Szpakowaty mężczyzna dziarskim krokiem podszedł do wozów. Adam i Robert stanęli na baczność i zasalutowali.

– Spocznij – powiedział pułkownik, odpowiadając na salut. – Bohun, Regan – przywitał się ściskając dłonie. – Gdzie reszta?

– Są w drodze, pułkowniku Tomala – zameldował Adam.

Nad wejściem do terminala pojawiła się niebieska opancerzona awionetka z oznaczeniami ŻW. Ostrożnie osiadła na betonowej płycie przed zaparkowanymi wozami. Czarno odziani wojskowi wysiedli bocznymi drzwiami. Naramienniki oznaczone były białymi paskami żandarmerii. Tuż za nimi wysiadł młodszy mężczyzna w oliwkowym mundurze a po chwili strażnicy wyprowadzili z wnętrza awionetki zakutego w kajdanki oficera. Młodszy żołnierz podszedł do krawężnika.

– Pułkowniku Tomala – zasalutował, – melduje się starszy sierżant Krzysztof Nowak. Przywiozłem porucznika Andrzeja Wilczyńskiego.

– Coś znowu narozrabiał? – Zapytał Bohun.

– A nic takiego – odpowiedział szeroko uśmiechnięty Wilku. – Mała bójka z oficerem floty.

– Nie taka mała – wtrącił Tomala. – Facet wylądował w szpitalu.

Pułkownik pokręcił z dezaprobatą głową. Strażnicy rozkuli Wilczyńskiego i podprowadzili przed surowe oblicze zwierzchnika.

– Wilku, to ostatni raz kiedy wstawiam się za ciebie. Żandarmeria niechętnie wydaje mi takich jak ty, zrozumiano?

– Tak jest panie pułkowniku – odparł niedoszły więzień.

– Czy wiemy, co się dzieje? – Zapytał Regan.

– Nie. Wszystkiego dowiemy się na pokładzie Husarii.

– Musi być coś poważnego – zauważył Wilku. – Widziałem, że mobilizowana jest cała flota.

– Cała nie – zaprzeczył Tomala. – Ale jej duża część. Nie pytajcie, o co chodzi, bo sam nie wiem.

Żołnierze pogrążyli się w rozmowie. Zastanawiali się, co tak poważnego się wydarzyło, że MON postawił na głowie całe Okęcie i przyległe garnizony. Grupa pod dowództwem Adama o kryptonimie „Apatryda” była wzywana na służbę w różnych okolicznościach. Nie mieściła się ona, co prawda w oficjalnym łańcuchu dowodzenia, jednak ich akcje kierowane były przez generała Antoniego Lustosławskiego, który kierował stodwudziestąpierwszą brygadą powietrzno – desantową. Tym razem chodziło o jakąś większą akcję, ponieważ Młody zdążył zobaczyć informację w telewizji, że w okolicy stacji orbitalnej Theodore Roosevelt gromadziły się jednostki bojowe NATO. A skoro wezwana została drużyna Adama, to znaczyło, że w sprawę musieli być zamieszani apatrydzi. Prawdopodobnie byli to terroryści należący do którejś z socjalistyczno – anarchistycznych grup, które dla wielu były gorsze od islamskich ekstremistów.

Rozmowa skupiła się na domysłach, a kiedy wyczerpały się możliwe opcje, w tym nawiązanie kontaktu z cywilizacją pozaziemską, temat zszedł na wspominki. W międzyczasie przed terminalem zatrzymała się ciężarówka, z której wysiadł umundurowany Jacek.

– Porucznik Jacek Sawicz melduje się na rozkaz.

– No dobrze – odparł pułkownik. – Skoro już jesteśmy wszyscy to w drogę. Bagaże odprawione?

Wszyscy potwierdzili.

– No to pakować się, wahadłowiec już czeka.

 

***

 

Adam przypięty był do fotela skomplikowanym systemem pasów. Jak zwykle na pokładzie wahadłowca było mu bardzo niewygodnie. Podobno niektórzy umieli się do tego przyzwyczaić, lecz on, po wielu odbytych lotach nie potrafił. Brak grawitacji i wciskająca w oparcie siła powodowała, że czuł się jak na posłaniu z potłuczonego szkła. Całe ciało go uwierało, swędziało i mrowiło. Nawet najnowocześniejszy skafander, zbudowany z elastycznych włókien transwęglowych i wyścielony miękkimi polimerami wydawał mu się gorszy niż metalowa zbroja nałożona na ciężką, wełnianą szubę. Żeby pogorszyć sprawę, wnętrze komory pasażerskiej kojarzyło mu się ze szpitalem, z oddziałem intensywnej terapii a nie z supernowoczesnym, kosztującym miliardy euro pojazdem kosmicznym. Zdecydowanie wolał, żeby wnętrze, w którym się znajdował wyglądało jak te z muzealnych promów, które najeżone były tajemniczą aparaturą, tysiącami migających przycisków i pokręteł, oplątane kablami i całym systemem rur. Dzisiejsze wahadłowce to już zupełnie coś innego. Wszystko było uporządkowane i skryte pod mlecznobiałym plastikiem, którego kształty projektowali najlepsi designerzy. Ich broń, mundury oraz bagaż podręczny kryły szafki i wnęki godne klasy VIP na oceanicznych liniowcach. Jedyną rozrywką podczas dwugodzinnego lotu były cztery małe okienka. Dzięki nim Adam mógł obserwować oddalającą się kulę ziemską, która nie wydawała się już tak samotna jak na filmach science – fiction z XX wieku. Ziemia nie była otoczona pokracznymi satelitami z rozłożonymi panelami słonecznymi. Wokół niej orbitowało kilkanaście stacji wyglądających jak małe dzieła postmodernistycznej sztuki. Lustrzane powierzchnie, przetykane pasami białej stali otaczały poszczególne moduły, które nie wyglądały jak kanciaste beczki, lecz płynnie łączyły się z korpusami stacji, tworząc jedną całość. Wokół nich orbitowało mnóstwo aparatury badawczej, bez ustanku krążyły wahadłowce oraz setki maszyn, które nigdy nie dotknęły powierzchni planety Ziemia. Wielkie krążowniki dostojnie sunęły od stacji do stacji lub zagłębiały się w czarną otchłań kosmosu. Tu i ówdzie, w wyniku zetknięcia materii ze swoją anty – bliźniaczką, błyskało oślepiające światło niczym flesze aparatów fotograficznych. Zaraz po rozbłysku następowała feeria kolorowych kształtów, matematycznie idealnych fraktali zbudowanych z kwantów ciemnej materii. To efekt Hawkinga, uczonego, który potrafił teoretycznie przedstawić efekty wykorzystania napędu zderzającego elektrony i pozytony.

Pozostali członkowie drużyny byli przypięci do foteli tak samo jak Bohun. Regan czytał wyświetlający się przed nim portal Gazety Wyborczej, Jack słuchał muzyki płynącej z mini odtwarzacza umieszczonego za uchem. Młody gapił się przed siebie a Wilku jak zwykle spał. Pułkownik Tomala znajdował się w kokpicie, razem z pilotem.

– Słuchajcie tego – odezwał się Regan.

Wszyscy zwrócili uwagę na Roberta.

– Dzisiaj o szesnastej trzydzieści czasu środkowoeuropejskiego nieznani sprawcy wdarli się do gmachu Ministerstwa Obrony Narodowej i grożąc bronią palną sterroryzowali zespół ministerialny odbywający naradę. Uzbrojeni napastnicy zażądali wycofania wojsk polskich ze stacjonujących w kilku układach gwiezdnych stref zmilitaryzowanych. Szczególnie podkreślali konieczność likwidacji baz rakietowych na marsjańskim Deuteronilus Mensae i Acidalia Planitia. Centrum Warszawy zostało wyłączone z ruchu. Wstęp dla osób cywilnych został wzbroniony, choć policja nie może poradzić sobie z tłumem, który zalał ulicę Klonową.

Jacek gwizdnął pod nosem, nawet Wilczyński rozbudził się i zainteresował sprawą.

– Co jeszcze piszą? – Spytał Jack.

– O protestach. W związku z obradującym w Polsce Sztabem Generalnym NATO przed gmachem MON zebrały się tłumy. Policja szacuje około dziesięciu tysięcy protestujących. Na wiadomość o terrorystach, którzy opanowali budynek zebrani zaczęli wiwatować i skandować hasła antyglobalistyczne. Bla bla bla… I dalej. Do stolicy napływają antyglobaliści z całej Europy. Główna siedziba Paktu w Brukseli oraz siedziba dowództwa wojskowego w Mons również zostały otoczone tysiącami protestujących. Dziennikarze spodziewają się akcji organizacji antyglobalistycznych, partii zielonych oraz anarchistów na całym globie. Warszawskie siły porządkowe zostały postawione w stan najwyższej gotowości. W tej chwili trwają starania o odblokowanie Belwederu, w którym obradują prezydenci państw wschodnio i środkowoeuropejskich w ramach Porozumienia Wschodniego.

– Myślicie – zapytał Młody, – że to dlatego nas wezwali?

– Raczej nie – odparł Adam. – Rozkazy dostałem dzisiaj rano zanim to się wydarzyło.

– A może oni już wcześniej wiedzieli o tym zamachu? – Drążył Młody.

– Krzysiek – westchnął Robert, – daj spokój swoim teoriom spiskowym. Jeśli wiedzieli to, po co mieliby dopuścić do ataku?

– Teorii miałbym ze dwieście.

– Dobra, dobra – uciął Jack. – Napisali jak to się skończyło?

– Nie – rzekł Robert. – Sytuacja podobno jest pod kontrolą, budynek MON otoczony, trwają negocjacje z terrorystami.

– A co za jedni?

– Na razie nie przyznali się skąd są.

– Robimy zakłady? – Rzucił z uśmiechem Młody.

Adam spojrzał na Krzyśka z niesmakiem, ale reszta wymieniła zaintrygowane spojrzenia. Na twarzach wykwitły uśmiechy.

– Dawaj – powiedział Wilku, prezentując kilka chromowanych zębów. – Jaka stawka?

– Panowie – zganił Bohun, – trochę godności.

– Daj spokój, chłopaku – zaprotestował Jacek. – Będzie zabawnie. Stawiam dwie stówy na Czerwony Październik.

– Eee, lipa – mruknął Robert. – Ci już od dwóch lat siedzą cicho. Poza tym Ajatollah Hatal już dawno gryzie ziemię. Bez niego nic nie zrobią. Dobra, ja daję trzysta na Al-Kaidę.

– No – zastanowił się Wilku – to możliwe. Skoro żądania dotyczyły obiektów nie tyle polskich, co natowskich to, czemu nie? Ale jedno mi nie gra. Dlaczego nie zażądali wycofania wojsk z Księżyca? Jest tam kilka ładnych meczetów, które NATO obecnie okupuje. Na Marsie nic takiego nie ma.

– Głupi jesteś – rzucił Młody. – Przecież wiadomo, że te silosy wycelowane są w strefy saudyjskie na biegunach Księżyca. O to chodzi. O wodę, panowie, o wodę. Czyli o wielką kasę.

– Krzysztof – rzekł Bohun do Młodego. – Mówiłem, dajże spokój. Skąd ty możesz wiedzieć, w co główni stratedzy paktu wycelowali swoje rakiety, co?

– Młody może mieć rację – przyznał Wilku. – Ale mnie muzułmanie i tak mi nie pasują. Przyjmuję trzysta i stawiam na komuchy.

– Konkretnie proszę – ponaglił Młody, – konkretnie.

– No dobrze. Niech będzie Jedna Rosja. Czterysta.

Żołnierze pokiwali z uznaniem.

– No to żeś pojechał – przyznał Jacek. – Młody, a ty?

– Ja daję pięćset na Specjalną IRA. I mówię wam, to oni. Wystarczy pomyśleć. Dwa tygodnie temu w Brukseli podpisali akt o nienaruszalności granic europejskich na Ziemi i w Układzie Słonecznym. Wszelkie terytoria zostały zamrożone do odwołania, nie będzie już kupczenia ziemią. Tym samym nie ma mowy przez najbliższą dekadę o odblokowaniu rokowań w Londynie. A kto się najbardziej upierał żeby traktat podpisać? Warszawa i Londyn. Warszawa, bo nie chce, żeby Hindusi przejęli złoża na Ganimedesie a Londyn, bo nie chce puścić swoich planetoid w Pasie Kuipera. A na Ziemi oczywiście Ulsteru.

– To dlaczego nie uderzyli w Anglii?

– Bo tam by się ich najszybciej spodziewali. A Irlandczyków w Warszawie nie podejrzewa się od razu o terroryzm. Nie tak jak na Wyspach.

– Ładny wywód – powiedział Wilku. – To co, zakład stoi, tak? Pięć stów.

– Jasne – potwierdził Młody. – Bohun, a ty? Na kogo stawiasz?

– Ja na nikogo, bo nie podobają mi się takie żarciki.

– Panie kapitanie – powiedział Robert. – Wyluzuje pan trochę. No dawaj, na kogo stawiasz?

Żołnierze jeszcze przez chwilę namawiali Adama, aż ten wreszcie powiedział:

– Niech wam będzie. Na pewno nie postawię na IRA, bo to bzdura. Żadnego interesu w Polsce nie mają, na Ziemi czy gdzie indziej. A traktat podpisali nie w Brukseli a w Lizbonie, moi znawcy aktualnej sytuacji politycznej. Prawda jest taka, że ten papier nie został podpisany dla zamrożenia handlu ziemią, bo na to żaden rząd sobie nie pozwoli, to dla nich największy biznes. Mogą to czasowo wstrzymać, ale tylko w konkretnym celu. Chodzi im o zatrzymanie kupczenia obywatelstwem. Tak panowie, co tacy zdziwieni? A kto teraz ma przewagę w euro parlamencie? Konserwatyści i nacjonaliści. A tym już od kilkudziesięciu lat stoi kołkiem w gardle dekret o uwolnieniu obywatelstwa z monopolu państwowego. To jest najbardziej dochodowy biznes ostatnich trzydziestu lat. A z tej puli najmniej wpada do państwowych kuferków, bo większość biorą agencje pośrednictwa i korporacje, które stworzyły swoje enklawy na planetach poza Obłokiem Oorta. Traktat jest tylko pierwszym krokiem na drodze do ponownego upaństwowienia obywatelstwa. Proszę, macie pasztet. A Czerwony Październik? Al – Kaida? A kto to jest? To jakieś relikty przeszłości, o których można w podręcznikach przeczytać. I co oni wywalczą? Zerwanie Porozumienia Wielkich Religii? Na to sobie nikt przez najbliższe pięćset lat nie pozwoli. Mało było dwóch milionów zabitych w wojnie? Bomb nuklearnych na Księżycu i Marsie? Nie, panowie, nikt do tego nie wróci.

Wszyscy słuchali w milczeniu. Młody jakby lekko się zaczerwienił, a Jack zgodnie kiwał głową.

– Jedna Rosja. A co to jest Rosja? Czy to przypadkiem nie ten kraj, którym od setek lat rządzą oligarchowie, nie ważne, spod jakiego sztandaru? Czy to przypadkiem nie to… ehem… imperium, które wszystkim groziło potęgą swoich rakiet a jak przyszło, co, do czego to dali sobie wklepać jakiejś koalicji państewek postkomunistycznych? I co? I kilku zapalonych komunistów chciałoby znowu czerwonej flagi z sierpem i młotem, a nie zdają sobie sprawy, że jakakolwiek zmiana nastąpi tylko wtedy, gdy oligarchowie się na to zgodzą. Nie panowie, to też nie Ruscy. Ani muzułmanie, ani Chińczycy ani nawet kosmici.

– Kto w takim razie? – Zapytał Robert.

– Wiecie, kto, panowie. Wiecie dokładnie, ale nie chcecie się przyznać, bo to znaczy, ze znowu będziemy ryzykować swoimi dupami i zabijać ludzi. Jeszcze raz powtórzę, zabijać ludzi. Ty Młody jeszcze nie wiesz, co to znaczy. To dopiero twoja trzecia misja z nami i módl się, żeby ta również nie okazała się bojowa.

– Masz na myśli Anarchy Society? – Zapytał Jacek.

– Nie. Rozbiliśmy tą organizację dwa lata temu. Ale jedno wiem na pewno. Jeżeli sytuacja wydaje się nie mieć logicznego wytłumaczenia, wygląda jak z dupy wzięta i leje się dużo krwi to z pewnością będą to apatrydzi. Na mur beton. I doskonale zdajecie sobie z tego sprawę. W końcu, do kurwy nędzy, jesteście specjalistami, tak?

Wszyscy milczeli.

– Skoro, więc trzeba to ja stawiam tysiąc na swoją opcję. Nie na konkretną organizację, a przynajmniej nie na żadną, którą znamy. To będzie coś nowego. Kilku starych aktorów plus rzesza nowych zapaleńców. Połowa zwerbowana na Małej Gliese. To, co? Zakład stoi?

Żołnierze zgodzili się. Pułkownik Tomala, słysząc rozmowę w interkomie, ze zrezygnowaniem pokiwał głową. Siedzący obok pilot spojrzał na oficera i wyłączył kanał ogólny.

– A pan, panie pułkowniku? – Zapytał pilot. – Na kogo by pan postawił?

– A myślisz, że, po jaką cholerę wzywają nas na Husarię?

Reszta lotu przebiegła w atmosferze grobowego milczenia. Po niecałej godzinie wahadłowiec wyraźnie zwolnił. Komunikator przerwał ciszę skrzekliwym głosem.

– Drużyna „Apatryda” zbliżamy się do celu. Czas do lądowania piętnaście minut.

Adam pochylił się w stronę okien, by zobaczyć coś więcej niż tylko czarną pustkę. Z prawej strony wahadłowca rysowała się sylwetka stacji bojowej Theodor Roosevelt. Jej korpus był prostą, wielościenną bryłą, z której sterczało kilka opasłych ramion. Do każdego z nich zakotwiczone były wielkie okręty bojowe. Spośród kolosów wyróżniało się pięć. Amerykański USS „Missisipi”, który kształtem przypominał dwudziestowieczny lotniskowiec. Francuski pancernik „Richelieu”. Jego dwa moduły mieszkalne miały kształt podłużnych walców ułożonych obok siebie, przez co całość wyglądała trochę jak pękata dubeltówka. Obok niego orbitował japoński pancernik „Yamaguchi”, który pełnił funkcję okrętu flagowego cesarskich sił kosmicznych. W pewnej odległości od stacji znajdował się indyjski niszczyciel rakietowy „Mahatma”. Jego masywny korpus najeżony był wieloma obrotowymi wieżycami a dziób wyglądał jak potężny liniowiec oceaniczny. Ostatnia z największych jednostek to ORP „Husaria”. Duma polskich sił zbrojnych, jeden z najnowocześniejszych niszczycieli w siłach NATO, nowiutka, bo ledwie piętnastoletnia konstrukcja amerykańsko – polsko – japońskiego armatora. „Husaria” była pierwszym przedstawicielem swojej klasy, zaprojektowanej w Gdańskim Instytucie Planowania Kosmicznego przy współpracy chyba wszystkich uczelni i instytucji naukowych z całej Polski. Nowa seria typu „Pomorze” posiadała jeszcze dwie inne jednostki. Niszczyciele „Józef Piłsudski” i „Armia Krajowa”. Jednak żaden z nich nie mógł równać się z „Husarią”.

– Pięć minut – poinformował pilot.

Wahadłowiec zbliżał się do burty niszczyciela. Jego masywny korpus był w przeciwieństwie do starszych jednostek zintegrowany, dlatego prócz części napędowej nie dało się odróżnić gdzie znajdowały się moduły mieszkalne, gdzie bojowe, a gdzie ładownie. Całość była prosta, z wyglądu aerodynamiczna, harmonijna. W żadnej części nie sterczały wieżyczki, ramiona, skrzydła czy anteny radiolokacyjne. Wszystkie systemy zbudowane były tak, aby stworzyć idealnie prostą powierzchnię, łatwą w obserwacji, obronie przeciwrakietowej i płynną w manewrowaniu. Tuż przy skraju zewnętrznego deku znajdowało się kilka rzędów okien. Przez kadłub na skos przebiegały biało czerwone pasy, które na wysokości pierwszego deku odbijały w prawo, prowadziły wzdłuż korpusu aż do mostka admiralskiego, który jako jedyny wyróżniał się z całej bryły. Mostek stanowił jedno dodatkowe piętro w wysokiej na niemal sto metrów konstrukcji. Na pozbawionym okien czubku kadłuba odmalowany był biało czerwony, zgeometryzowany husarz, trzymający pod pachą kopię. Rycerz na plecach miał oczywiście legendarne husarskie skrzydła, którego pióra zostały groźnie zaostrzone i odchylone do góry. Obok logotypu błyszczał wielki, biały napis ORP „Husaria”. Adam mimowolnie uśmiechnął się. Lubił ten widok. Kojarzył mu się ze zgiełkiem bitewnym, ciężarem zbroi, potem ściekającym z powiek do oczu i twardą rękojeścią szabli w dłoni.

Statek dosłownie rósł w oczach. Im bardziej wahadłowiec zbliżał się do niszczyciela tym lepiej dało się odczuć jego potęgę. W burcie, poniżej namalowanego husarza, otworzyła się pokrywa hangaru.

– Jedna minuta do lądowania – oznajmił pilot.

– Panowie – powiedział Tomala. – Jesteśmy w domu.

 

***

 

Drzwi do kabiny otworzyły się z cichym sykiem sprężonego powietrza. Do środka wmaszerował starszy oficer.

– Baczność – zaordynował Tomala. Drużyna „Apatryda” stanęła na baczność.

– Spocznij – powiedział generał.

Generał brygady Antoni Lutosławski, zwierzchnik drużyny Bohuna, miał blisko siedemdziesiąt lat, lecz nadal przebywał w czynnej służbie. Na swoje lata nie wyglądał. Zwykle dawano mu góra pięćdziesiąt pięć lat. Prezentował wyprostowaną i sportową sylwetkę, znany był z silnego uścisku dłoni, tyle samo czasu poświęcał na prace sztabowe, co na trening fizyczny. Oczywiście bez odpowiednich kuracji wysokoproteinowych oraz, nie ma, co kryć, zabiegów chemicznych oddziałujących na poziomie komórkowym aż tak dobrej formy utrzymać by się nie dało. Polska armia nie żałowała pieniędzy na kosztowne kuracje dla swoich asów.

– Podejrzewam, że niecierpliwicie się dowiedzieć, dlaczego unieważniłem wasze przepustki i w nagłym trybie ściągnąłem na „Husarię”.

– Panie generale – zagadnął Bohun, – umieramy z ciekawości.

– Przy okazji, panie generale – wtrącił się Jack – mam dla pana list od mojego syna.

Lutosławski uśmiechnął się spoglądając na żołnierzy.

– O sprawach prywatnych porozmawiamy potem. Teraz konkrety. Powód, dla którego zebrałem was nazywa się Marek Halicz alias „Cichy”. Został złapany tydzień temu przez agentów Cesarstwa Japońskiego.

Generał zrobił efektowną pauzę. Żołnierze wymienili spojrzenia.

– Widzę, że zdobyłem waszą uwagę. To dobrze, ponieważ Japończycy odstawili już więźnia, którym teraz zajmiecie się wy.

Bohun uśmiechnął się lekko.

– Panie generale, – spytał – czy ma to coś wspólnego z tym, co się teraz dzieje w Warszawie?

– Nie jesteśmy w stanie bezpośrednio połączyć schwytania Cichego z wydarzeniami na Ziemi, ale wykluczyć tego się nie da.

– Dlaczego w takim razie zostaliśmy wezwani? – Odezwał się Jacek. – Czy to nie prokuratura powinna przejąć gościa? Albo kontrwywiad?

– W tym właśnie rzecz. Oczywiście jedni i drudzy mają już swoich ludzi na „Husarii”, ale Cichy z nikim nie chce rozmawiać.

– Jak to? – Zdziwił się Młody.

– Więzień stwierdził, że będzie rozmawiał tylko z wami a konkretnie z kapitanem Rogowieckim.

Generał spojrzał na Bohuna, który był równie zaskoczony, co reszta oddziału.

– Ze mną? – Zdziwił się.  

– Dokładnie. Panowie z kontrwywiadu już ostrzyli sobie na ciebie zęby, jak zwykle węsząc spisek, ale powstrzymałem ich zapędy. Dokładnie im objaśniłem gdzie i w jakich okolicznościach miałeś okazję poznać Cichego.

– Poznać to za dużo powiedziane.

– Tym bardziej moim obowiązkiem było pogonić garnitury zanim dostaliby od ciebie w ryj. Zresztą to jest teraz nie ważne. Nos mi podpowiada, że Cichy jest zamieszany w tą awanturę z MONem, a nie zdziwiłbym się gdyby te wielkie manifestacje też były jego sprawką. Za dużo tu przypadków. Musimy koniecznie dowiedzieć się, o co chodzi.

– W jakich okolicznościach złapano Cichego? – Zapytał kapitan Rogowiecki.

– Podczas próby zniszczenia japońskich instalacji wojskowych w pasie planetoid. Według raportu Japończyków wahadłowiec Cichego doznał uszkodzenia. Prawdopodobnie nastąpiła kolizja z jakimś obiektem odłamkowym, na tyle poważna, że komputer pokładowy postanowił wezwać pomoc. Gdyby nie to, facet pewnie nie dałby się złapać. Dokładne informacje już macie w swoich strefach.

– No dobrze – powiedział Bohun. Głęboko wciągnął powietrze i przetarł twarz. – Co dalej?

– Za chwilę udamy się na małą pogawędkę z twoim kumplem terrorystą. Jakieś pytania?

– Panie generale – powiedział Adam. Jego twarz wyrażała głębokie skupienie. – Nie zdziwi się pan, jeżeli powiem, że nie podoba mi się to. Mój zespół tropił Cichego i jemu podobnych przez ostatnie dwanaście lat. I nigdy dotąd żaden z tych ludzi nie dał się złapać przez coś tak idiotycznego jak kolizja z meteorem. To zbyt proste. Anarchy Society, najgroźniejszy twór Cichego, rozbiliśmy dopiero po pięciu latach śledztwa. Straciłem trzech ludzi, w powietrze wyleciało kilka obiektów wojskowych, zginęły setki ludzi z personelu technicznego, sam nie policzę ilu z jednostek antyterrorystycznych. Urządziliśmy wielką obławę, złapaliśmy lub zlikwidowaliśmy wszystkich członków organizacji. I nawet wtedy Cichemu udało się uciec.

– Do czego zmierzasz?

– Zmierzam do tego, że ten facet nie daje się tak po prostu złapać.

– Dlatego właśnie to ty będziesz z nim rozmawiał.

Lutosławski podszedł do kapitana. Minę miał zaciętą.

– Adam, we łbie tego faceta siedzą informacje, które muszę mieć. Jeśli my ich nie wyciągniemy, zrobią to Amerykanie. Oni też bardzo nie lubią Cichego i na pewno chcieliby zadać mu kilka pytań. Halicz trafił do nas tylko, dlatego, że Japończykom nie w smak metody Jankesów. Ale jeśli szybko nie zadziałamy to koledzy raz dwa zlepią w Brukseli rezolucję, żeby Cichego oddać pod opiekę Wuja Sama. Rozumiemy się?

– Tak jest.

 

***

 

Wzdłuż Alei Ujazdowskich przelewał się barwny tłum. Mimo zbliżającej się północy ulica rozjaśniona była setkami pochodni, latarek, reflektorów i sztucznych ogni. Skandujący antyglobalistyczne hasła manifestanci wypełniali całą szerokość i długość ulicy. Wszyscy starali się dostać na ulicę Klonową, gdzie mieścił się gmach MON. Tysiące manifestantów wykrzykiwały swoje hasła po polsku, angielsku, chińsku i rosyjsku. Krzykom towarzyszyły chaotycznie wygrywane nuty bębnów, werbli, trąbek i gwizdków. Czasem ponad ogólnie panujący hałas wybijał się głos przemawiających działaczy anarchistycznych. Nad ich głowami powiewały różnokolorowe transparenty. Te mniej agresywne głosiły hasła typu „Precz z NATO”, „Precz z UE”, „Armia do pługa”, „Precz z wojną”, „Kosmos bez broni”. Te o mniej wysublimowanej treści takie jak „Jebać system”, „Wojsko do dupy, prezydent do ciupy” były powodem awantur z oddziałami prewencji. Z okazji do zaprezentowania swoich jedynie słusznych haseł skorzystali też inni ideolodzy. Byli tam, więc komuniści, apatrydzi, przebrana w renesansowe ciuchy grupa monarchistów, równie kolorowy tłum gejów i lesbijek, a nawet kilkuset miłośników UFO. Ci ostatni wyróżniali się tylko strojem, bo po ostrej bijatyce z ultrakatolicką bojówką postanowili się nie wychylać. Godzinę wcześniej przed Belwederem znalazł się też wyposażony w pały i butelki oddział neonazistów. Ich pojawienie się spowodowało pewnego rodzaju konsternację. Tysiące zgromadzonych punków, heavy metalowców i rastamanów z niedowierzaniem obserwowało jak kilkadziesiąt łysych głów wymachiwało bronią, grożąc, że zrobią wreszcie porządek z brudasami.  Rzeczone brudasy, w imię swych pacyfistycznych poglądów, już miały dokonać masakry, kiedy jakiś trzeźwo myślący działacz Młodzieży Wszechpolskiej wynegocjował zawieszenie broni. Kilku skinheadów nie uznało rozejmu. Co się z nimi stało, tego nie wie nikt.

Marek przeciskał się właśnie przez bandę śpiewających religijne pieśni krisznowców. Od samego rana z trudem znosił rozochocony tłum, czekając na umówiony sygnał. Na wszelki wypadek, aby zbytnio nie rzucać się w oczy, raz na godzinę zmieniał lokację. Teraz, chwilę po północy miał już naprawdę dość. Noc była ciepła, lecz on musiał nosić długi, zapięty wysoko pod szyję płaszcz. Ukryty beryl CX kaliber siedem sześćdziesiąt dwa zapewne spowodowałby serię niewygodnych pytań. Nawet, jeżeli była to wersja lekka, krótkolufowa ze składaną kolbą. Dodatkowe magazynki i granaty irytująco uwierały a pancerz kuloodporny grzał jak zimowe futro. Mimo zaszytego w materii pancerza systemu chłodzenia, skórzany płaszcz skutecznie utrudniał wymianę ciepła z otoczeniem.

– Hej bracie! Podpiszesz się pod petycją o rozbrojeniu? – Marek powoli się odwrócił. W pierwszej chwili chciał skląć młodego krisznowca, lecz trzymając się zasady niezwracania na siebie uwagi krzywo się uśmiechnął i burknął, że nie podpisze. Krisznowiec chciał dalej nalegać, ale Marek posłał mu bardzo nieprzyjemne spojrzenie. Chwilę później usłyszał sygnał. Przed oczami pojawił się komunikat o połączeniu z linii utajnionej.

–  Wilga, tu Poseł. Jesteśmy.

Marek spojrzał w górę i zobaczył światła zniżającej lot czarnej limuzyny. Tuż obok niego pojawiło się kilkunastu opancerzonych antyterrorystów, którzy zaczęli brutalnie rozganiać tłum, by zrobić miejsce do lądowania. Limuzyna miękko osiadła na asfalcie, otworzyły się drzwi. Marek przecisnął się przez tłum, a gdy dotarł do kordonu otaczającego plac, błysnął przepustką. Uzbrojony policjant przepuścił Marka, który szybko wsiadł do limuzyny, starając się by kształt karabinu szturmowego nie odznaczał się zbytnio. Maszyna powoli wzniosła się w górę. Marek usiadł plecami do kierowcy i spojrzał na obecnych w limuzynie mężczyzn. Było ich czterech. Jeden ubrany był w elegancki garnitur, a pozostali dopinali lekkie pancerze bojowe i składali broń automatyczną.

– Dlaczego to trwało tak długo? – Zapytał Marek rozpinając swój płaszcz.

Odpowiedział ten w garniturze. Był to starszy mężczyzna o siwych włosach z głębokimi zakolami.

– Dopiero teraz dostaliśmy sygnał do działania. Nie marudź proszę.

– Panie pośle, ja nie marudzę. Każda godzina dłużej w tłumie zwiększała możliwość wykrycia.

Nazwany Posłem mężczyzna tajemniczo się uśmiechnął.

– Nie było żadnego ryzyka – odparł.

– Też mi – żachnął się Marek, ale nie drążył. Zajął się dopięciem pancerza i złożeniem broni. Tymczasem Poseł skupił się na rozmowie.

– Minister Andrucki z tej strony. Proszę o zgodę na lądowanie. Wymóg tajności, dostęp do lądowiska beta. Trzy limuzyny marki mercedes, Ministerstwo Obrony Narodowej. Potwierdzam. Tak, weryfikacja C pięć X R siedem. Przyjąłem. Czas półtorej minuty.

Uzbrojeni mężczyźni przyglądali się Posłowi. Ten zakończył połączenie i powiedział:

– Wchodzicie za chwilę. Tamci niczego się nie spodziewają. Macie około dziesięciu minut na unieszkodliwienie systemu ostrzegania i monitoringu. Jeśli wam się nie uda, całą akcję szlag trafi.

– Tutaj też nie ma ryzyka – powiedział Marek.

 

***

 

Kapitan Senthil Praghakar w pośpiechu opuszczał budynek Ambasady Indii. W towarzystwie kilku podoficerów dobiegł do płotu okalającego wewnętrzny pierścień bezpieczeństwa, przesunął dłonią po czytniku i otworzył bramkę. Dopinając mundur zastawiał się, o co chodzi. Powiedziano mu tylko, że jakieś szychy z polskiego rządu w trybie awaryjnym poprosiły o zgodę na lądowanie. Gdy znalazł się na płycie lądowiska, trzy czarne limuzyny zniżały lot. Syk lądowników przebił się ponad hałas dochodzący z ulicy Gagarina. Senthil ustawił swoich podkomendnych w szyku reprezentacyjnym, a sam podszedł do środkowej maszyny. Boczne drzwi uniosły się w górę. Senthil przyjął postawę zasadniczą i już miał zasalutować, gdy poczuł trzy silne uderzenia w klatkę piersiową i bezwładnie padł na beton. Z maszyny wysypały się mroczne sylwetki. Kapitan Praghakar jak przez mgłę zarejestrował stęknięcia tłumionej broni automatycznej. Wytężył całą siłę woli by sięgnąć do kabury, lecz nie czuł ani rąk ani reszty ciała. Chciał wywołać kanał alarmowy, lecz jego sygnały były skutecznie zagłuszane. Przeraził się, gdy zobaczył ciemną plamę szybko rosnącą przy jego piersi. Resztką sił odwrócił głowę na bok po to tylko, by zobaczyć wycelowaną w siebie lufę. Trafienia w głowę nie poczuł.

 

***

 

Marek przyklejony do drzewa obserwował w podczerwieni tylne wejście do ambasady. W okularze swojego hełmu widział transmisję z personalnych kamer każdego uczestnika akcji. Trzech uzbrojonych ludzi dobiegało do drzwi. Pozostali kryli się w idealnie wyćwiczonej kombinacji, zapewniającej w razie potrzeby pokrycie ogniem całego terenu wokół nich. Gdy ciemne sylwetki zniknęły we wnętrzu, do Marka dotarł komunikat.

– Wilga, tu Jonasz. Korytarz zabezpieczony, terminal aktywny.

– Podłączać się do systemu – szepnął Marek. – Grupa Srebro zabezpieczyć przedpole, reszta do środka. Grupa Złoto pomieszczenia wzdłuż korytarza, Grupa Kamień klatka schodowa.

Kilkunastu doskonale ukrytych napastników zaczęło płynnie zmieniać pozycje. Pochyleni, z wycelowaną bronią, wykonywali rozkazy z wystudiowaną precyzją. Ani na chwilę nie stracili z oczu choćby ułamka przestrzeni wokół nich. Momentalnie wychwycili wychodzącego z krzaków oficera, który niczego nieświadom zapinał rozporek. Jeden z karabinów stęknął od niechcenia a oficer padł bez ducha.

Gdy straż tylna znalazła się w budynku, pomieszczenia wzdłuż korytarza oraz klatka schodowa były już zabezpieczone.

– Meldować – polecił Marek.

– Wilga, tu Rambo. Klatka czysta, pierwsze piętro w ruchu. Siedem celów, trzy wojskowe.

– Wilga, tu Gerber. Parter czysty, personel sześć. Zlikwidowani.

– Jonasz?

– Jeszcze chwilę – odparł mężczyzna. Stał przy otwartym panelu w ścianie, do którego podłączył kabel z nadgarstka. – Mam – zakomunikował. – System złamany, mam pełną kontrolę.

– Wyłączaj światła, w monitoring puszczaj nagrania. Szum w kanały alarmowe. Grupy Złoto, Kamień i Drewno pierwsze piętro – polecił Marek. – Pamiętajcie o celach wyznaczonych do pojmania. Resztę zlikwidować.

Ułamek sekundy później w całym budynku Ambasady Republiki Indyjskiej zgasły światła a dostęp do sieci został zerwany. Nikt jednak nie zwrócił na ten fakt uwagi. Chaos panujący na sąsiednich ulicach skutecznie odwracał uwagę od czegokolwiek, choćby nawet doszło do tak upragnionego w erze kosmicznej lądowania obcych.

 

***

 

Idealnie gładkie ściany pomieszczenia równomiernie rozpraszały światło płynące z czterech punktowych lamp. Dawało to efekt tajemniczego półmroku, gdyż lampki nie świeciły zbyt mocno. Dobrze widać było jedynie stojący na środku pokoju stół i trzy krzesła. Poza tym wewnątrz nie znajdowało się nic. Ciężko było rozróżnić choćby drzwi, ponieważ chromowane ściany podzielone były na jednakowe, pionowe panele. Nagle jeden z nich lekko się cofnął i gładko usunął na bok. Do środka wmaszerował Bohun. Podszedł do stołu i zasiadł na jednym z krzeseł. Dłuższą chwilę trwał w milczeniu. Kolejny panel, tym razem naprzeciwko żołnierza dostojnie usunął się w bok. Z mroku wyłoniła się sylwetka. Był to średniego wzrostu mężczyzna, ubrany w ciemnozielone bojówki i sweter koloru khaki. Dwóch rosłych komandosów prowadziło więźnia przed sobą. Doprowadzili go do stołu, po czym wycofali się i zniknęli w przejściu. Drzwi się zamknęły.

Wprowadzony do pokoju mężczyzna rozglądał się, jakby w ogóle nie zauważał Adama. Był lekko zgarbiony, dłonie skrępowane miał kajdankami. Jego ruchy były nagłe, jakby nieskoordynowane. Co chwilę marszczył nos, głośno wciągając powietrze. Czasem głośno przełykał i mlaskał energicznie poruszając ustami. Na czoło opadał mu niepokorny kosmyk włosów, które wyglądały na przetłuszczone lub mokre. Bohun zauważył, że mężczyzna miał za uchem przyklejony tampon, przez który sączyła się czerwień. Więzień uchwycił spojrzenie Adama.

– No tak – mruknął Cichy. – Twoi kumple Japole dość brutalnie pozbawili mnie wszelkich środków komunikacji. Czy to przypadkiem nie jest zabronione tak traktować jeńców? – Cichy usiadł przy stole, skrępowanymi dłońmi odgarnął z czoła kosmyk włosów i przyjrzał się Bohunowi. Ten obserwował każdy ruch, choć nie spodziewał się ataku. Wiedział, że Cichy chciał rozmawiać.

– Mogło coś mi się stać, wiesz? – Zagadnął. – Mogli uszkodzić mój mózg. I jak wtedy bym zeznawał?

– A będziesz? – Spytał spokojnie Bohun, choć wewnątrz buzowała w nim ochota by złapać terrorystę za szmaty i wpasować go w ścianę.

– Będę co? – Odparł Cichy. Mlasnął dwa razy, przełknął jakby właśnie coś zjadł. – Zeznawał?

– Tak. Będziesz zeznawał?

– Oczywiście – rzekł szeroko się uśmiechając. – Ale w zasadzie nie bardzo mam o czym. Przecież wszystko, co zrobiłem już dawno zostało udowodnione. Nawet teraz, no nie? Złapali mnie na gorącym uczynku. Majstrowałem przy ładunkach wybuchowych. Chciałem wysadzić japońskie silosy, zabić wielu ludzi. – Cichy syknął przeciągle. – No, no, no. Szykuje się niezły wyrok.

Bohun zdawał sobie sprawę, że terrorysta kpi, ale nie interweniował. Musiał przyjąć rozgrywkę, jeśli czegokolwiek miał się dowiedzieć.

– Może i tak – powiedział kapitan Rogowiecki. – Ale podobno sam chciałeś ze mną rozmawiać. Przejdźmy więc do rzeczy.

– Jaki to służbowy ton, jaki to oficjalny pan kapitan. Fiu fiu. A ja tak po przyjacielsku chciałem porozmawiać ze starym znajomym.

– O czym?

Cichy wykonał kilka dziwnych ruchów, jakby coś uwierało go w plecy. Pochylił się nad stołem i zagadnął.

– Szanuję cię, wiesz? Nie dlatego, że umiesz się bić czy strzelać. To żadna filozofia. Ale ty, jako jedyny z twojej drużyny wierzysz w to co robisz.

– A skąd niby miałbyś to wiedzieć?

– Ha! Skąd? Gdybym nie potrafił oceniać ludzi to nigdy nie zrobiłbym tyle, co zrobiłem.

Adam bacznie obserwował rozmówcę. Wiedział, że miał w tej chwili rację, lecz ciągle zastanawiał się, do czego ma to wszystko prowadzić.

– Co cię łączy z napaścią na Ministerstwo Obrony Narodowej? – Wypalił kapitan.

– Co mnie łączy? – Zdziwił się Cichy. Minę zrobił jak oskarżone o zbicie szyby dziecko. – A co mnie może łączyć? Przecież byłem tutaj, o proszę – skwitował pokazując kajdanki na rękach.

Adam poczuł jak ciśnienie skacze mu niebezpiecznie wysoko. Nie wiedział, dlaczego, ale był niemalże stuprocentowo pewien, że Cichy maczał palce w ataku na MON.

– Halicz, skończ pieprzyć – powiedział Bohun, który powoli tracił cierpliwość, – tylko mów, o co ci chodzi.

– Ho ho – zaśmiał się Cichy. – Po nazwisku do mnie? Zapomniałeś, że ja nie uznaję żadnych takich? Jestem apatrydą, bezpaństwowcem. Odrzucam wszelkie oznaki państwowej przynależności, z nazwiskiem włącznie.

– Co za bzdura – odparł Adam. – Nazwisko określa twoją rodzinę, nie twoje obywatelstwo.

– Więc jednak pogadamy o pryncypiach – mruknął wyraźnie zadowolony Cichy. – Ma pan kapitan rację. Ale moja rodzina pochodzi z Polski, dlatego ją też odrzucam, bo nie chcę być w żaden sposób kojarzony z tym czy innym krajem. Ani narodem. Wszystkie te pojęcia kosztowały ludzkość miliony istnień, były podstawą dla nienawiści, zbrodni, wykrzywienia ludzkich wartości. I dlatego je odrzucam.

– Zbrodni takich jak twoje – nerwowo skomentował kapitan.

– Nie takich. Zabijałem tylko przedstawicieli aparatu państwowego albo wojskowego, które uważam za zło. A skoro coś jest dla mnie złe, staram się to zlikwidować.

– Może i tak. Ale przy okazji twoje akcje kosztowały życie w sumie około sześciu tysięcy cywili. I co ty na to?

– To nie moja wina. Gdyby którykolwiek z rządów posłuchał mnie, zgodził się na moje propozycje…

– Żądania – wtrącił Bohun.

– Propozycje. To nie byłoby żadnych ofiar. Ale jak sam wiesz nie można z nimi negocjować, jeśli nie występuje się z pozycji siły. Niech pan kapitan zauważy, że ci ludzie, którzy żądzą obywatelami państw tak naprawdę nie posunęli się w rozwoju emocjonalnym dalej niż małpy. Nadal obowiązuje system, w którym liczy się naprężanie muskułów, ilość skatowanych konkurentów i wyruchanych bab. Dokładnie to samo, co goryle. Zabiliby sąsiada za źle zaparkowany wóz. Dlatego odrzucam ludzkość w takim kształcie, w jakim jest teraz.

– Co ty mi tu za bzdury opowiadasz? A co się dzieje na Małej Gliese? Mało tam rozbojów i morderstw? Mało katowania słabszych?

– Owszem, panuje tam anarchia. Ale o to właśnie chodziło. To pierwszy w historii ludzkości ustrój społeczny oparty w całości na anarchii, połączonej z nowoczesną technologią i systemem hierarchii naturalnej. Jest on zupełnie sprawiedliwy, a każdy, kto się na tej planecie osiedla doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co go czeka. Podejmuje decyzję na własne ryzyko. I tak samo jak na Ziemi może mu stać się od drugiego człowieka krzywda. Jest tylko jedna różnica. Oni tam nie zasłaniają się jakimiś prawami, nie ma hipokryzji. Wszystko jest proste i uczciwe. Dlatego coraz więcej ludzi staje się dobrowolnie apatrydami i emigruje na Małą Gliese.

– Dość tego – warknął Adam zrywając się z krzesła. Dopadł do Cichego, chwycił za sweter i pociągnął do góry. – Mów, co wiesz o grupie z MON. Szybko!

W odpowiedzi Cichy tylko zaśmiał się skrzekliwie. Wbił palce w rękę oficera, zacisnął mocno, aż do krwi. Adam rzucił Cichym w stronę ściany, przedramieniem docisnął gardło. Przyduszony więzień zacharczał, lecz uśmiech nie znikał z jego twarzy.

– Odpowiadaj!

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się i do środka wpadło czterech uzbrojonych żołnierzy. Odciągnęli Bohuna i szybko wyprowadzili. W pokoju kontrolnym czekała reszta drużyny „Apatryda” w towarzystwie pułkownika Tomali i generała Lutosławskiego. Żołnierze puścili Bohuna. Adam rozejrzał się po zaskoczonych twarzach swojego oddziału i zmiękł, gdy natknął się na karcące spojrzenie przełożonego.

– Przepraszam panie generale – powiedział spokojnie. – Ten facet zawsze wyprowadzał mnie z równowagi. A teraz szczególnie. Miałem nadzieję, że mamy go z głowy a tu proszę. Niech pan wybaczy.

– Spokojnie panie kapitanie. Nic się nie stało. Wrócimy do przesłuchania jutro popołudniu.

Adam zwrócił się w stronę podwieszonych na ścianie monitorów. Każdy z nich wyświetlał obraz pokoju przesłuchań z innej kamery. Oficer zobaczył jak Cichy siada przy stole i poprawia pognieciony sweter. Więzień cały czas się uśmiechał.

– On coś knuje – szepnął Bohun.

 

***

 

– Tu program pierwszy Polskiego Radia – oznajmił lektor. – Jest godzina dwunasta w południe czasu polskiego. Jedenasty lipca dwa tysiące sto dziesiątego roku.

Z głośnika popłynął Mazurek Dąbrowskiego. Dźwięki nadawane przez radio wypełniały cały pokój, lecz Bohun nie zwracał na nie uwagi. Stał przy oknie swojej kajuty i wpatrywał się w przestrzeń. W oddali widział poświatę generowaną przez stację orbitalną Theodore Roosevelt oraz kilka leniwie sunących w przestrzeni statków. Flotylla okrętów NATO przerzedzała się. Japoński pancernik „Yamaguchi” po dostarczeniu Polakom więźnia powoli ustawiał się w pozycję wyjściową do skoku. Towarzyszyło mu kilka mniejszych korwet rakietowych i stawiaczy min. Tuż obok jednostki amerykańskie nadal starały się udawać, że ich nie ma. Wiadomo jednak, że tylko czekały, aż będą mogły zamknąć w swoim stalowym brzuchu Cichego. Kilkanaście innych okrętów cumowało do stacji orbitalnej w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. A ta nie zapowiadała szybkiego i łatwego rozwiązania.

Bohun włączył ekran i obejrzał relację z wydarzeń w kraju. Ministerstwo Obrony Narodowej nadal opanowane było przez terrorystów z nieznanego ugrupowania, a negocjacje utknęły w martwym punkcie. Adam wiedział, że napastnicy, kimkolwiek byli, mieli góra dziesięć, dwanaście godzin, zanim siły specjalne rozpoczną akcję. Tymczasem kolejne państwa zaczęły domagać się wyjaśnień na temat rozruchów w Warszawie i sytuacji w MON. Członkowie obradującego w Polsce NATO oraz Porozumienia Wschodniego poczuli się nie całkiem bezpiecznie, skoro zaczęli zwiększać swoją ochronę oraz odmawiać prasie uczestnictwa w zdarzeniach. Ambasada Republiki Indyjskiej wydała histeryczną notę o konieczności natychmiastowego opanowania sytuacji, która w jej uznaniu zagrażała żywym interesom Hindusów. Zwołane pod Warszawą obrady NATO zostały mocno oprotestowane w Delhi, lecz mimo to prezydent RP postawił na swoim i doprowadził do spotkania. Nie przejmując się indyjskim powarkiwaniem zwołał też naradę Porozumienia Wschodniego, sugerując jakieś zupełnie nowe uchwały i postanowienia. Wielu komentatorów uważało, że zrobił to specjalnie na złość Hindusom.

Kapitan Adam Rogowiecki wyłączył program i znowu zapatrzył się w dal. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk serii z broni maszynowej.

 

***

 

Jacek siedział przy biurku. Ponad blatem wyświetlał się ekran, na którym rysowała się uśmiechnięta twarz jego syna Pawła. Z włączonego radia rozbrzmiewał polski hymn.

– No i normalnie mówię ci, tato – ekscytował się chłopak, – podeszliśmy do magazynów szerokim łukiem a tamci nawet się nie połapali. Próbowali się przegrupować, wzywać posiłki. Jedna kompania wyprowadziła kontruderzenie, ale byli na straconych pozycjach. Nie mieli szans.

– No to super – ucieszył się Jacek. – To ile mamy teraz punktów?

– W klasyfikacji ogólnej drużyna uzbierała dwieście tysięcy a to daje nam…

– …udział w pierwszej lidze – dokończył Jack. – Rewelacja. No Paweł, jestem z ciebie dumny.

– Tylko Mitsuo zebrał heada. Będzie musiał robić nową postać. Ale w ogóle to…

– Cicho – przerwał Jacek.

– Co jest?

– Zdawało mi się, że coś słyszałem. Nie mów nic przez chwilę.

Jacek wyłączył radio, w którym lektor podawał akurat stan wód na Odrze i Nysie Łużyckiej. Wsłuchał się w ciszę pokoju, lecz niczego nie wyłapał. Wokół rozbrzmiewał jedynie stłumiony szum silników orbitalnych i lekkie buczenie z głośników. Nagle kajuta zatrząsnęła się, a wibracji towarzyszył stłumiony gruchot eksplozji. Jacek zerwał się na równe nogi, dopadł do ściany, z której wysunęła się półka. Żołnierz zdjął z wieszaka kamizelkę kuloodporną, z kasetonu obok wyjął pistolet glock czterdzieści cztery i kilka magazynków.

– Tato! – Zaniepokoił się Paweł. – Co się dzieje?

– Nic synu – powiedział Jacek dopinając pancerz na korpusie. Gdy zatrzasnął w rękojeści pistoletu magazynek statkiem wstrząsnęła kolejna eksplozja. Tym razem dużo silniejsza. Zewsząd zawyły syreny alarmowe, rozbłysły czerwone światła.

– Paweł, muszę lecieć! – Krzyknął Jacek i przerwał połączenie. Z oddali doszły go dźwięki wymiany ognia, kiedy drzwi do kajuty usunęły się na bok. Jacek odskoczył na bok i wycelował pistolet. W przejściu stanął uzbrojony w pistolet maszynowy Adam.

– Jesteś cały? – Zapytał.

– Tak – odparł Jacek. – Co się dzieje?

– Pojęcia nie mam. Idziemy.

Żołnierze ostrożnie wyszli na szeroki korytarz. Na zewnątrz kajuty panował spokój, mimo iż z oddali nadal dochodziły odgłosy strzelaniny, a sygnał alarmowy wył bez wytchnienia. Bohun ruszył przodem, Jack tuż za nim. Obaj poruszali się wzdłuż ścian wymalowanych w biało niebieskie pasy. Wszystkie drzwi były zamknięte. Doszli do skrzyżowania, przez które przebiegała drabina. Z boku znajdowały się też windy. Już mieli z jednej skorzystać, gdy niespodziewanie zaległa cisza.

– Wyłączyli alarm – zauważył Jack.

– Tak, tylko kto? – Zastanowił się Bohun. – Próbowałeś się z kimś połączyć?

– Tak. Wszystkie kanały są zablokowane.

Z korytarza obok dobiegł odgłos pracujących serwomotorów i ciężkiego stąpania. Żołnierze wymienili spojrzenia i odruchowo cofnęli. Na zakręcie stanął jeden z battledroidów typu husarz, model „Puławski”. W lekko pochylonej pozycji wmaszerował na środek skrzyżowania. Zza pleców groźnie sterczały stalowe pióra, których rozwinięcie oznaczało przejście na tryb bojowy. Broń główną droida stanowił karabin maszynowy PKT jedenaście milimetrów oraz działo bezodrzutowe SPG dwadzieścia dwa. W tej chwili jedno i drugie wyglądało na uzbrojone. I chwilę temu używane.

– Adam – mruknął Jacek.

Droid powoli przestawiając kończyny ustawił się przodem do żołnierzy. Schowana między masywnymi ramionami głowa przypominała XVII – wieczny husarski hełm z charakterystycznym daszkiem i prętem utrzymującym nosal. Przednie kamery zogniskowały ostrość na cofających się ludziach.

– Proszę natychmiast złożyć broń – zakomunikował uprzejmy głos robota – oraz poddać się mojej eskorcie.

– Na czyj rozkaz? – Krzyknął kapitan Rogowiecki.

– Proszę nie zadawać pytań. Proszę wykonać polecenie. Powtarzam…

– Jack – szepnął Bohun, gdy robot recytował swoje polecenia, – daję serią w łeb, a ty otwieraj pokój obok.

– Jasne.

– …nie wykonacie polecenia w pięć sekund – kontynuował robot, – otworzę ogień. Jeden, dwa…

– Pięć! – Krzyknął Bohun naciskając spust. Pistolet plunął ogniem. Wyczulone sensory husarza zarejestrowały zmianę poziomu stresu u żołnierza. Robot zdążył schować głowę za płytą pancerza, o który rozbiła się seria. Adam przykucnął i znowu strzelił, podczas gdy Jacek doskoczył do drzwi. Przyłożył palec do panelu kontrolnego, lecz nic się nie stało. Zdenerwowany, powtórzył to samo, lecz panel znowu odpowiedział czerwonym błyskiem i sygnałem odmowy dostępu. Ręczne wystukanie kodu nic nie pomogło.

– Adam, system zablokowany! – Wrzasnął Jacek. Bohun wystrzelił ostatnie naboje, rzucił się w bok i przetoczył pod ścianę. Jacek przejął inicjatywę i zaczął strzelać z pistoletu, ale pojedyncze strzały glocka nie stanowiły dla husarza zagrożenia. Robot wysunął lufę ka emu i odbezpieczył. Broń warknęła zasiewając korytarz kulami. W ogniu odłamków, iskier i szrapneli żołnierze odskoczyli, zmieniając pozycję starali się uniknąć trafienia, lecz wiedzieli, że sytuacja jest beznadziejna. Pierwsza kula szarpnęła prawym ramieniem Bohuna, zdzierając pancerz. Następna łupnęła Jacka prosto w korpus. Żołnierz upadł wyjąc z bólu. Trzecia kula trafiła w lewą łydkę, powodując fontannę krwi. Lufa ka emu dymiła jak rura wydechowa. Husarz uniósł rękę, wycelował i wypalił z działka SPG. Rozległ się huk eksplozji, korytarz zatrząsnął się i zasnuł chmurą dymu. Fala uderzeniowa zmiotła Adama w głąb korytarza, a Jacka przywaliła stertą blachy z paneli naściennych. Robot ruszył do przodu obserwując korytarz w podczerwieni. Po wybuchu temperatura powietrza w korytarzu była bardzo wysoka i chwilowo stępiła jego czujność. Wiedział o tym Adam, który mimo pękającej z bólu głowy i zalanych krwią oczu, podkradł się do husarza i z przyłożenia wypalił cały magazynek w głowę. Robot szamotał się chwilę, lecz rozszarpana pociskami głowa nie była w stanie kierować resztą konstrukcji. Husarz wreszcie stanął i znieruchomiał. Dla pewności Bohun otworzył panel kontrolny poniżej głowy i pozrywał wszystkie kable.

 

***

 

Głównodowodzący ORP „Husaria” admirał Krzysztof Bieńkowski nerwowo zaciskał szczęki. Obserwował jak jego podwładni bezsilnie starają się otworzyć drzwi, które zatrzasnęły się kilka minut temu, odcinając ich od reszty statku. Pomieszczenie stanowiące mostek było dużą, owalną salą z symulowanymi oknami po jednej stronie. Jego centralną częścią był okrągły stół z pleksiglasową płytą holograficzną. Zwykle płyta wyświetlała trójwymiarową mapę przestrzeni wokół statku, w dowolnej skali i o zasięgu do pięciu parseków. Teraz jednak pozostawała ciemna i niewzruszona. Podobnie jak rozmieszczone wokół stołu nawigacyjnego stanowiska oficerów, techników i nawigatorów.

– No i co? – Zniecierpliwił się admirał.

– Nic – odparł jeden z techników, który od kilku minut starał się otworzyć drzwi za pomocą różnych kombinacji szyfrów. Gdy te zawiodły, otworzył panel kontrolny przy drzwiach i starał się wywołać zwarcie, które zwolniłoby blokadę. Nic takiego się nie wydarzyło. Zrezygnowany technik przetarł spocone czoło. – Nic panie admirale.

Bieńkowski wyglądał jakby za chwilę miał eksplodować. Jego zwykle blada, poorana głębokimi zmarszczkami twarz nabrała teraz kolorów i lekko się wydęła.

– Co tu się do kurwy nędzy dzieje? – Warknął admirał. Oficerowie wymienili nerwowe spojrzenia, lecz nikt nie odważył się skomentować.

Zaczęło się kwadrans temu, kiedy padło zasilanie na mostku. Wyłączyły się wszystkie systemy sterowania i nawigacji, a przy okazji światło i klimatyzacja. Na szczęście zapasowe zasilanie zareagowało natychmiast. Lecz to był dopiero początek. Gdy uruchomiły się bladoniebieskie światła zasilania awaryjnego statkiem wstrząsnęła eksplozja. Chwilę później następna, dużo silniejsza, wymieszana z odgłosem strzałów broni maszynowej. Żeby sprawę pogorszyć nie funkcjonowała żadna komunikacja. Zebrany na mostku pion dowodzenia został odizolowany od reszty. I kompletnie zdezorientowany.

– Komandorze Matusiak – powiedział admirał. Wysoki, dobrze zbudowany oficer stanął przed dowódcą. – Proszę spróbować wydostać się na zewnątrz przez wentylację.

– Ale panie admirale – odparł komandor. – Tam przecież panuje ekstremalnie niska temperatura. Przynajmniej minus osiemdziesiąt. A przy wyłączonym systemie głównym może być jeszcze mniej.

– Proszę nie dyskutować tylko znaleźć sposób.

– Panie admirale – chciał zaoponować Matusiak, lecz dźwięk usuwanych drzwi odwrócił uwagę wszystkich. Po otwarciu przejścia zebrani na mostku zobaczyli wycelowaną lufę ka emu. Nim ktokolwiek zdążył zareagować broń wypluła serię. Plecy dwóch techników zamieniły się w krwawą miazgę, a kule wbiły się w podłogę. Do środka wmaszerował opancerzony husarz model „Sobieski”. Ciężka, zwalista sylwetka droida zaprojektowanego do przełamywania linii wroga zamarła na ułamek sekundy. Lufa karabinu jeszcze dymiła, kiedy robot omiótł kolejną serią całe pomieszczenie. Ci, którzy zdążyli paść na ziemię ocalili skórę. Reszta została rozszarpana pociskami kalibru dwanaście dwadzieścia sześć. Nim echo wystrzałów wybrzmiało z korytarza wmaszerowały do środka kolejne dwa husarze, tym razem lżejszej wersji „Puławski”. Zza ich pleców rozległo się polecenie.

– Dość! – Oznajmił męski głos. – Wstrzymać ogień. Potrzebuję ich żywcem. – Roboty rozstąpiły się. Na mostek wszedł Marek Halicz. Człowiek, który nie uznawał swojego nazwiska, jedynie alias, z którego znany był na świecie. Za jego plecami stanęła zgrabna, ciemnowłosa kobieta.

– Regina – zwrócił się do kobiety Cichy. – Załączaj system. Panie i panowie, przejmuję dowodzenie.

Apatryda był wyraźnie zadowolony.

 

***

 

Bohun klęczał nad rannym Jackiem, który zaciskał z bólu zęby. Był blady jak ściana, ale spojrzenie miał przytomne.

– Trzymaj się – powiedział Adam. Ze spodni Jacka wyjął pasek i mocno zacisnął wokół rany.

 – Słuchaj – mówił dalej. – Masz połamane żebra i silnie krwawisz. Nie mogę cię stąd zabrać, bo jeśli masz przebite płuco to będzie tragedia. Idę znaleźć pomoc i dowiedzieć się, co się dzieje. Rozumiesz mnie?

Jacek kiwnął głową na znak, że rozumie.

– Dobra. Trzymaj. – Bohun podał Jackowi pistolet i dwa granaty. – I nie daj się zabić.

Jacek zdobył się na uśmiech. Rogowiecki wstał, poprawił paski z magazynkami, uniósł pe em i ruszył. Po chwili znalazł się za zakrętem. Szedł powoli, dokładnie obserwując korytarz, który prowadził do dwuskrzydłowych drzwi windy towarowej. Nie opuścił broni ani na chwilę. Kiedy doszedł do windy wstrzymał oddech i wsłuchał się w odgłosy dochodzące z szybu. Gdzieś z daleka niosły się głębokim echem odgłosy walki. Stukot ka emów przetykany był seriami karabinów szturmowych Beryl. Pokład zawibrował, gdy coś znowu wybuchło. Adam przypomniał sobie plan statku i stwierdził, że bitwa musi toczyć się gdzieś w okolicy hangaru dla myśliwców. Natychmiast odbił w boczną odnogę korytarza, szybszym krokiem dotarł do innego skrzyżowania i złapał za drabinę. Minął cztery poziomy, aż dotarł do ciężkiej, stalowej klapy. Zawiesił pe em na plecach i kucnął. Zawór puścił bez problemu i Bohun znalazł się w tunelu tranzytowym między ładowniami. Wyglądał on bardziej jak stara elektrociepłownia, nie miał w sobie nic z nowoczesnego designu korytarzy sekcji mieszkalnej. Był wysoki na przynajmniej pięć metrów i szeroki jak cztery ciężarówki. Przez środek przebiegały dwa rzędy torów, a pod sufitem bez końca ciągnęły się kable i rury.

Rogowiecki opierając się o ścianę ruszył w kierunku narastających odgłosów walki. Echo wystrzałów niosło się coraz głośniej. Adam przeszedł na drugą stronę tunelu, gdy zobaczył przed sobą zakręt. Jego uszu dobiegły szybkie kroki. Było to ciężkie, metaliczne stąpanie, któremu wtórował syk hydrauliki. Zza zakrętu wybiegł Husarz. Jego korpus płonął i dymił w najlepsze, robot obijał się o ściany jak oszalały nosorożec, a z uszkodzonych głośników brzmiały dziwne, poszarpane dźwięki.

Bohun szybko zorientował się w sytuacji, zauważył pod ścianą rozciągnięty ciężki łańcuch. Chwycił go i pobiegł. Robot miotał się dalej. Nie zwrócił uwagi na Bohuna, który wybiegł mu na spotkanie, przebiegł w poprzek tunelu ciągnąc za sobą łańcuch i zahaczył go o wystający ze ściany hak. Husarz potknął się i ze świstem serwomotorów grzmotnął o beton. Adam wskoczył mu na plecy, przyłożył lufę do jednostki napędowej i opalił krótką serię. Droid znieruchomiał.

– No, blaszaki – powiedział Adam, odwieszając pe em. – Teraz to sobie inaczej zatańczymy. – Żołnierz kilkoma sprawnymi ruchami odblokował płyty pancerza z prawego ramienia droida i wymontował ka em. Puszkę amunicyjną przywiązał do szelek na plecach. Broń ważyła przynajmniej dwadzieścia kilo, ale Adam był zdecydowany wyrównać swoje szanse w razie kolejnego spotkania. Wstał z ciężkim westchnieniem i ruszył w kierunku, z którego przybiegł robot. Tunel prowadził wprost do hangaru myśliwców wielozadaniowych „Łoś”. Wielkie, stalowe drzwi musiały zostać wyrwane potężną eksplozją, ponieważ ich smętne resztki zwisały z zawiasów. Wewnątrz panował chaos. Cztery ciężkie Husarze stały w centrum i ostrzeliwały przeciwległą ścianę hali. Z kilkunastu znajdujących się wewnątrz myśliwców, dwa oklapły na ziemię, jakby ktoś podciął im wsporniki, dwa kolejne poszarpane były wybuchami, a cztery płonęły. Dokoła świstały kule. Huk potęgowały tąpnięcia przemieszczających się robotów i wystrzały działek bezodrzutowych. Adam ostrożnie zbliżał się do wejścia, zastanawiając się, co zrobić. Nagle usłyszał narastający syk, zobaczył zbliżającą się z głębi hangaru rakietę, która ciągnęła za sobą smużkę dymu. Bohun przywarł do ziemi akurat, gdy rakieta sięgnęła husarza. Eksplozja ogłuszyła żołnierza, lecz ten szybko poderwał się na równe nogi i odbezpieczył ka em. Jeden z robotów zauważył nadchodzące z tyłu zagrożenie, lecz było już za późno. Adam zaparł się o ścianę i nacisnął guzik. Karabin z prędkością trzystu strzałów na minutę zasypał roboty niszczycielskim gradem wzbogaconego tytanu. Kule bezlitośnie orały pancerze, podcinały odnóża, szarpały elektroniczne wnętrzności. Jeden z robotów zdążył odpalić działko spg, ale chybił. Pocisk wbił się w ścianę hangaru i eksplodował. Adam odwrócił głowę chroniąc oczy przed odłamkami i zniknął w chmurze szarego pyłu, ale strzelać nie przestał. Odsunął się od ściany i postępując naprzód omiatał serią przedpole hangaru. Czuł jak broń parzyła ręce, a skacząca niczym dziecięcy bączek puszka amunicyjna boleśnie obijała plecy. Oczy piekły od kurzu, a ramiona z trudem wytrzymywały ciężar szarpiącej się broni. Wreszcie karabin zaczął rytmicznie tłuc zamkiem nie mając nic do wyplucia. Adam puścił guzik i z pewnym obrzydzeniem odrzucił broń. Przysiadł pod ścianą, odwiązał pustą puszkę i zdjął z pleców pe em. Czekał. Po kilku minutach względnej ciszy w zawiesinie szarego dymu pojawiły się ostrożnie idące postacie. Adam oklapł ze zmęczenia. Uśmiechnął się rozpoznając głos jednego z ludzi.

– Ty się zawsze musisz tak guzdrać? – Zapytał Regan opuszczając Beryla.

– Też się cieszę, że jesteście cali – odparł Adam.

– Kronowski – powiedział do Regana pułkownik Tomala. – Wracaj na pozycje i zorganizuj opiekę medyczną. Wilku, Młody. Łapcie Bohuna i do hangaru z nim. Gdzie Jack?

– Dek piąty, moduł mieszkalny. Jest ciężko ranny – odparł Adam.

– You two – polecił Tomala przechodząc na angielski. – Deck five, accommodation module. One of ours is there, heavily wounded.

Dwóch marines pobiegło w głąb korytarza.

 

***

 

– Panie admirale – powiedział Cichy. – Jestem człowiekiem, który lubi od razu przechodzić do konkretów. W pana przypadku nie będzie inaczej.

Admirał Bieńkowski stał ze związanymi nadgarstkami. Cichy siedział okrakiem na fotelu. Pod ścianą mostka klęczało ośmiu skrępowanych oficerów. Większy model Husarza stał z wycelowaną w jeńców bronią. Tymczasem Regina, podłączona do stanowiska kontrolnego, przeszukiwała kolejne rejestry. Na ekranie wyświetlonym powyżej szklanej klawiatury migały kolejne panele, przełączały się opcje i zatwierdzały polecenia. Regina przeszukiwała chmurę danych statku, zabezpieczonych skomplikowanym systemem kodów i poziomów dostępu. Serwery polskiego MON, rozproszone po całej kuli ziemskiej nie stanowiły jednak żadnego wyzwania, dla robota, który został zaprogramowany do łamania nawet najbardziej inteligentnych algorytmów. Jednak najważniejszej dla Cichego informacji Regina znaleźć nie mogła.

– Wydam panu moje polecenie tylko raz – kontynuował spokojnie Cichy, – a potem przejdę, do, że tak powiem, działań wymuszających.

Bieńkowski trwał niewzruszony. Wbijał swoje zimne, cybernetyczne oczy w terrorystę. Był żołnierzem wychowanym w duchu patriotycznym, któremu kooperacja z wrogiem kojarzyła się z ohydną zdradą.

Cichy wstał, rozejrzał się nerwowo mlaskając. Podszedł do admirała i spojrzał mu prosto w oczy. – Panie admirale – powiedział. – Potrzebuję algorytmów sterowania do mainframe’u polskiego arsenału nuklearnego. Proszę nie zmyślać, wiem, że je pan zna. Proszę mi je podać. Pełne wzory, ni mniej, ni więcej. Jeżeli mi je pan poda, obędzie się bez problemów.

– Ty skurwielu – warknął Bieńkowski. – Nie ma mowy o żadnym algorytmie. Zresztą nawet gdybym ci je podał, to i tak na niewiele ci się zdadzą, bo nie znam haseł wejściowych.

– Niech pana już takie szczegóły nie interesują. Poda mi pan te wzory?

Bieńkowski zacisnął szczeki. Cichy wpatrywał się w żołnierza, poruszając żuchwą na boki. Cmoknął kilka razy, przeczesał tłuste włosy i zwrócił się do Reginy.

– Kochanie, po kolei.

Regina przytaknęła i wysłała sygnał do Husarza pilnującego jeńców. Rozległ się huk. Trzy kule przeorały korpus jednego z oficerów, ochlapując krwią i wnętrznościami pozostałych. Tamci zaczęli panicznie wrzeszczeć, jedni kląć, drudzy błagać o litość. Cichy krytycznie spojrzał na zabryzganą ścianę, stęknął z obrzydzeniem i spojrzał na admirała.

– No i? – Zapytał. Żołnierz poczerwieniał, wyraźnie drżał, ale nie odezwał się. – Następny – polecił Cichy. Regina znowu wysłała impuls. Husarz obrócił się o kilka stopni i ponownie wypalił. Bieńkowski obejrzał się w bok i zadrżał na widok rozszarpanego pociskami ciała. Ci z oficerów, którzy pozostali przy życiu próbowali w panice odsunąć się od parujących jeszcze zwłok, lecz zatrzymał ich drugi robot.

– Panie admirale! – Rozpaczliwie wrzasnął komandor Matusiak. – Niech pan mu poda te pieprzone wzory!

Apatryda z aprobatą kiwną głową.

– Ma facet rację – stwierdził. – To jak będzie?

Bieńkowski stracił nieco ze swojej pewności, ale nie powiedział nic. Cichy westchnął i kiwnął na Reginę. Rozległy się kolejne wystrzały. Jeńcy starali się uniknąć trafienia, dlatego jeden z nich skończył z urwaną ręką, a drugi z olbrzymią dziurą w brzuchu. Wycie rannych świdrowało uszy admirała. Żołnierz czuł jak robi mu się słabo, przed oczami pojawiły się ciemne plamy. Strach powoli ogarniał go całego. Ale nadal trwał. Cichy pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Słuchaj no człowieku – rzekł. – Czy to nie przypadkiem twoi podopieczni? Znaczy się, że jesteś za nich odpowiedzialny czy jakoś tak? Nie? To może inaczej. To obywatele twojego kraju. Polacy, kurwa ich mać, tak? Nie powinno się zrobić wszystkiego, żeby ich ocalić?

 Cichy obszedł admirała dookoła. Wyjął z rękawa krótki metalowy pręt i zdzielił nim Bieńkowskiego w kolano. Oficer jęknął i padł. Poczuł, że zbiera mu się na wymioty. Chwilę później treść żołądka z obleśnym chlupotem opuściła właściwe sobie miejsce. Admirał jednak podniósł się. Z ust ściekały mu nitki śliny, po brodzie spływały wymiociny.

– Słyszysz, co do ciebie mówię? – Ryknął z całej siły Cichy. – Podaj mi algorytmy!

Bieńkowski drgnął, spodziewając się uderzenia.

– Regina! – Wrzasnął wściekły apatryda. – Rozwal wszystkich!

Kobieta wysłała sygnał. Husarz cofnął się dwa kroki, szczęknął zamkiem i przeorał serią ka emu pozostałych oficerów. Gdy opadły ostatnie łuski na mostku zaległa cisza. Terrorysta dopadł admirała i zaczął na oślep okładać go prętem. Bił po głowie, w brzuch, po rękach. Bieńkowski starał się zasłaniać, ale to tylko pogarszało sprawę. Zaczął krzyczeć z bólu dopiero, gdy pęknięta kość przedramienia przebiła się przez mięśnie i rękaw munduru. Cichy nie przestawał. Kopał z całej siły. Ciężkie wojskowe buty łamały żebra, wybijały zęby, miażdżyły palce. Bieńkowski wył i broczył krwią, próbował coś powiedzieć. Cichy zauważył to i zatrzymał się z uniesionym prętem.

– Co tam jęczysz? – Zapytał złośliwie.

– Po… fiem. – Mruknął admirał.

– Co? Nie słyszę.

– Pof…wiem f…sory.

Cichy z zaskoczoną miną wyprostował się i uniósł zakrwawiony pręt.

– No patrzcie. A mogłem tak od razu.

 

***

 

– Nie wiemy, co się dokładnie dzieje – oznajmił pułkownik Tomala. – Z tego, co udało się nam dowiedzieć, to ktoś przejął kontrolę nad systemem „Husarii” i na chwilę go wyłączył. Opanował wszystkie roboty na statku i polecił obezwładnić załogę. Część się nie dała i stąd cała strzelanina. Nie ma żadnego kontaktu z mostkiem ani z innymi częściami statku. Nie wiemy, co się dzieje na zewnątrz, jesteśmy kompletnie odcięci.

– Jak to możliwe? – Zdziwił się Adam. Obaj stali za grubą szybą, odgradzającą ich od sali operacyjnej, na której trwał zabieg. Lekarz, mając do pomocy tylko starszego sierżanta Krzysztofa Nowaka, pseudonim „Młody” starał się wyjąć kule i odłamki z ciała porucznika Jacka Sawicza. Ponieważ większość systemów automatycznych nie działało, nie było mowy o zastosowaniu precyzyjnych wysięgników z laserowymi skalpelami. Chirurg pierwszy raz w życiu ucieszył się, że na studiach nie przegapił nudnych wykładów z medycyny tradycyjnej, opartej na ostrych i inwazyjnych narzędziach.

– Diabli wiedzą. Jeden ze strażników, którego znaleźliśmy przy celi Cichego zdążył powiedzieć, że widział jakąś kobietę, która majstrowała przy zabezpieczeniach celi.

– Kobietę? Umundurowaną?

– Nie. W cywilu.

– Cholera jasna – mruknął Bohun. – Ktoś z załogi?

– Nie wiem – rzekł Tomala. – Wolałbym, żeby nie.

– A Cichy?

Pułkownik spojrzał tylko na Bohuna, a ten w lot pojął, że jeniec zbiegł. Z sali zabiegowej wyszedł chirurg z Młodym.

– I co z nim? – Zapytał Tomala.

– Nic poważnego. Dwa pęknięte żebra bez zagrożenia dla płuc. Musi na siebie uważać, nie może zbytnio się gimnastykować. Wstrzyknąłem plazmę z nanobotami, więc kości powinny być całe do wieczora. Za chwilę też powinien się obudzić.

Pułkownik i Bohun odetchnęli z ulgą.

– Mnie zastanawia jeszcze jedno – stwierdził Młody wycierając ręce z krwi. – Jakim cudem udało im się przejąć kontrolę nad Husarzami? Żeby je kontrolować nie wystarczy opanować komputer statku. Konieczna jest jeszcze weryfikacja wyznaczonego oficera.

– Kolejna wtyka? – Zasugerował Bohun.

– Być może – mruknął pułkownik. – Kojarzycie, kto był na „Husarii” za to odpowiedzialny?

– Nie pamiętam – zaprzeczył Młody. – Zwykle to utajniona informacja. Zna ją tylko korpus oficerski, kilku techników z obsługi Husarzy.

– Dobrze – powiedział Bohun. – Co dalej?

Pytanie padło ponownie, gdy wszyscy zasiedli w przestronnej sali szpitalnej. To właśnie z niej Tomala i sklecona naprędce drużyna odgryzała się napierającym husarzom. Pomieszczenie było zdemolowane, ściany podziurawione kulami, a jedna z nich kompletnie zawalona. Łóżka dla chorych w większości nadawały się tylko do muzeum abstrakcji, ale na kilku nadal można było siedzieć. Tomala rozstawił warty w kluczowych dla obrony segmentu szpitalnego miejscach, a resztę zgromadził na naradę. Na sali rozsiedli się członkowie grupy „Apatryda”, dwóch sierżantów piechoty, dwóch kaprali marines, którzy jako jedyni ocaleli z amerykańskiej wizytacji wojskowej i technik z obsługi hangaru.

– Wydaje mi się – zaczął Tomala, – że powinniśmy dostać się na mostek. W końcu to Bieńkowski jest tutaj dowódcą, tak?

– To się zgadza – przytaknął Regan.

– Ale czy tam przypadkiem nie trafimy na Cichego? – Zapytał Bohun.

– A przy okazji na całą kompanię Husarzy – uzupełnił Młody.

– To możliwe – odparł pułkownik. – Ale chyba nie mamy innego wyjścia. Jeżeli mamy odzyskać kontrolę nad statkiem, to tylko na mostku. A jak się Cichy napatoczy, to się zobaczy.

Bohun uśmiechnął się tajemniczo.

– Pan kapitan chciał skomentować? – Zagadnął Tomala.

– W zasadzie to nie. Ale cokolwiek by się tutaj nie działo to z pewnością jest uszyte przez Cichego. I cokolwiek on nie wymyślił, to najszybciej znajdziemy go właśnie tam, skąd można dokonać największych zniszczeń.

– Czyli na mostku – skwitował Regan.

– Jaki mamy plan?

– Może zanim przypuścimy szturm na mostek – zaproponował Młody, – zorientujmy się lepiej w sytuacji, co?

– Niby jak?

– Na mostek można się dostać lukiem awaryjnym – odezwał się Mirek, technik, który zawieruszył się z bronią do hangaru akurat, kiedy Tomala organizował obronę.

– Mów dalej – zachęcił pułkownik.

– Jest takie przejście prowadzące na główną salę mostka. Ma ono jeden istotny minus. Właz umieszczony jest w pancerzu statku i prowadzi w otwartą przestrzeń. Ale jest w całości ręczny w obsłudze, niepodłączony do żadnego systemu elektronicznego.

– Pięknie – skwitował sierżant Melechowicz. – Czy ktokolwiek tutaj jest w ogóle szkolony w chodzeniu w przestrzeni? Czy ktoś tutaj potrafi obsługiwać skafander?

Żołnierze z „Apatrydy” wymienili uśmiechy.

– Spokojnie, kilku się znajdzie – powiedział Bohun. – To jest jakiś sposób, przynajmniej na mały rekonesans. Gdzie najbliżej znajdziemy skafandry?

– Z tego, co kojarzę – rzekł Mirek – to kilka było nad hangarem, w mniejszej ładowni.

– Dobrze. Panie pułkowniku to, co? Jest decyzja?

– Zastanawiam się. Koncepcja sama w sobie nie jest zła, ale jest jeszcze kilka innych problemów. Po pierwsze to wysłanie ludzi osłabia obronę tutaj, a mamy wielu rannych, którzy nie mogą zostać bez opieki. Cholera wie, co tak naprawdę te roboty robią z tymi, którzy się poddają. Nie opuszczałbym tej lokacji, ponieważ jest łatwa w obronie. Przynajmniej na razie.

– Racja – mruknął sierżant Kijowski, drugi z żołnierzy piechoty.

– Następna sprawa to kwestia kontaktu. Powinniśmy spróbować przekazać wiadomość o tym, co się dzieje dalej. Przynajmniej na Roosvelta, a najlepiej do Polski.

– Oż ty w mordę – jęknął Młody, klepiąc się w czoło. – Właśnie pokojarzyłem, co się dzieje w Warszawie. Ale pasztet. Pewnie o to chodzi z terrorystami w MON. Przecież teraz nawet, jeśli przekażemy tam wiadomość to oni nie są w stanie wydać żadnej decyzji.

– Bzdura – zaprzeczył Kijowski. – Jest przecież Sztab Generalny.

– Który aktualnie przebywa w Podborsku na zlocie miłośników NATO – wyjaśnił Młody.

– A prezydent?

– Już lepiej, ale też chwilowo odizolowany, bo w Belwederze na kawie z prezydentami Porozumienia Wschodniego.

– No to kiszka – powiedział Melechowicz. – Zanim ktokolwiek wyda jakąś wiążącą decyzję minie ruski rok.

– Pewnie o to Cichemu chodziło – skwitował Bohun. – Jesteście mi winni po tysiąc złotych – dodał z uśmiechem. – Tak czy siak w tej sytuacji cokolwiek by sobie nie wymyślił, ma mnóstwo czasu na realizację planu, zanim ktoś z zewnątrz zareaguje.

– A co ze statkami w okolicy? Przecież orbitują tu Amerykanie, Francuzi, Japończycy.

– To właściwie jedyna szansa. Oczywiście oni i tak niewiele mogą zrobić, bo przecież zbrojny wypad na pokład statku innej bandery to wtargnięcie na terytorium obcego państwa, no nie? Chyba, że trafi się ktoś myślący, dyskretny, albo krewki. No, ale i tak powinniśmy spróbować. Przynajmniej będą w stanie poinformować Ziemię.

– Tylko jak?

– Może przez pokład rakietowy? – Zasugerował Mirek.

 

***

 

Żołnierze zebrani pod dowództwem pułkownika Tomali byli już przygotowani do działania. Wcześniej uzupełnili wyposażenie, zrobili przegląd broni i amunicji. Podzielili się na trzy grupy. Bohun i Regan ruszali do mniejszej ładowni w poszukiwaniu skafandrów kosmicznych. Po ich znalezieniu mieli przedostać się na zewnątrz i odnaleźć właz, prowadzący na mostek. Zadaniem dla Młodego, Wilka i obolałego Jacka było przedostać się na pokład rakietowy. Znajdowała się tam niezależna od systemu głównego stacja radarowa, dzięki której mieli nadzieję nawiązać połączenie ze stacją orbitalną Theodore Roosvelt. Spodziewając się uzbrojonej straży, zabrali ze sobą odpowiednią ilość uzbrojenia, zdolnego zniszczyć Husarza. Ostatnia, największa grupa z Tomalą na czele przygotowała się do przejęcia kontroli nad hangarem „Łosi”. Jako, że godzinę po naradzie drogę do modułu szpitalnego odnalazło jeszcze kilkunastu członków załogi, w tym jeden z pilotów, pułkownik postanowił przypuścić atak na hangar i wysłać jednego z „Łosi” na USS „Mississippi”. Plan wyglądał realistycznie, wszyscy przyjęli go chętnie. Nikt nie chciał czekać z założonymi rękami na rozwój sytuacji.

 

***

 

Regina wystukiwała na klawiaturze kody podane przez admirała. Cichy krążył wokół niej jak lew w klatce, wyłamując palce i nerwowo mlaskając.

– Długo jeszcze? – Zapytał zniecierpliwiony.

– Te kody – odparła spokojnie – są bardzo skomplikowane. Sporo w nich zmiennych, które muszę właściwie wyznaczyć.

– Tak, tak. Rozumiem. Ale czy długo ci jeszcze to zajmie?

– Wejście do systemu około pięciu minut. Postawienie systemu w stan gotowości jakieś dwadzieścia. Potem uruchomienie zależy od ciebie. Potrzebujesz haseł wejściowych.

– Spokojnie. Będę je miał, ale muszę mieć pewność. Odpalenie haseł spowoduje uruchomienie całego systemu na terytorium kraju, a to zwróci na nas uwagę. Musimy z tym poczekać.

– Oczywiście – powiedziała Regina, nie odwracając wzroku od ekranu.

Minęły ciągnące się w nieskończoność minuty. Cichy wyglądał na coraz bardziej zdenerwowanego.

– Dlaczego jesteś taki niespokojny? – Zapytała Regina.

– Wiesz, czeka nas wielka przygoda. Naprawdę wielka. Akcji na taką skalę jeszcze w życiu nie przeprowadziłem. Właściwie – uśmiechnął się – czegoś takiego nikt jeszcze nie zrobił. Dlatego ciekaw jestem jak ta opowieść się skończy.

Regina nie wnikała dalej. Zmieniła temat.

– Ten człowiek – powiedziała wskazując Bieńkowskiego – potrzebuje pomocy medycznej. Jego obrażenia są poważne, silnie krwawi.

– I co z tego?

– Jeżeli nie udzielisz mu pomocy, umrze w przeciągu dwóch, może trzech godzin.

– A ty skąd wiesz? Odkąd to roboty prokreacyjne znają się na medycynie?

– Od kiedy znają się też na łamaniu super adaptywnych kodów.

– Ot masz, wyszczekana. No kurwa, co za czasy. Android z ciętym językiem. Czy tak samo odcinałaś się Kronowskiemu jak cię posuwał?

– Czynności seksualne były wynikiem realizacji mojego programu. Czyli w pewnym sensie, biorąc temat ludzką miarą, realizacją moich potrzeb. Nic ci do tego. Zanim tajny protokół skierował mnie do twojej celi nie miałam pojęcia o swoich umiejętnościach i roli w realizacji twojego planu.

– Rzeczywiście pyskata. A te czynności seksualne – Cichy położył ręce na ramionach androida. – Możesz też z innymi je czynić?

– Tak – odparła. – Ale nie chcę.

 

***

 

Bohun stanął z wycelowanym berylem naprzeciw drzwi do ładowni. Broń była odbezpieczona a podczepiony pod lufę granatnik załadowany.

– Gotów? – Zapytał Regan. Żołnierz stał przy wybebeszonym panelu kontrolnym. Poinstruowany wcześniej przez Mirka, trzymał w dłoniach dwa cienkie druty, którymi chciał doprowadzić do zwarcia.

– Dawaj – odparł Adam spinając mięśnie. Robert zetknął końcówki kabli. Przeskoczyła iskra i drzwi ruszyły. Gdy skrzydła rozsunęły się na ledwie kilkanaście centymetrów, Bohun rozpoznał sylwetkę Husarza. Robot ustawiał się przodem do wejścia, kiedy Adam odpalił granatnik i rzucił się na bok. Pocisk ze świstem wleciał do środka i wbił się w korpus droida. Wybuch rozrzucił wokoło ostre jak żyletki fragmenty pancerza. Ze środka buchnął ogień. Zaraz też rozległ się warkot karabinu maszynowego. Oślepiony i okulawiony droid strzelał, w co popadło. Regan podniósł się z podłogi, wycelował swoim granatnikiem i wypalił. Jedno z odnóży robota zniknęło w kuli ognia, po czym złamało się i cała, ciężka sylwetka złożyła się jak scyzoryk. Maszyna nie zdążyła zrobić nic więcej, ponieważ zanim rozwiał się dym eksplozji, Bohun wskoczył na jej korpus i wywalił cały magazynek w jednostkę centralną.

Żołnierze ostrożnie weszli do środka. Podobnie jak hangar, ładownia również nosiła znamiona walki. Podłoga usiana była ciałami załogi i żołnierzy piechoty. W kącie obok leżały jeszcze dwa zniszczone roboty, z których ktoś wymontował ka emy. Pomiędzy zwłokami leżało mnóstwo sprzętu. Od czystych, wyprasowanych mundurów, przez racje żywnościowe i środki czystości, aż po kasetony z amunicją i części elektroniczne. Stojące wcześniej w równych rządkach skrzynie, teraz leżały w nieładzie, podziurawione kulami, połamane i nadpalone.

Powoli przestępując nad ciałami, Bohun i Regan przeszli do następnego pomieszczenia. W szafach osłoniętych szkłem umieszczone były skafandry. Kilka z nich uszkodzonych było pociskami, które przeszły przez drzwi i ściany, ale znaleźli dwa w pełni funkcjonujące. Szybko zabrali się do przebierania.

– Którędy wydostaniemy się na zewnątrz? – Zapytał Robert.

– Przez ładownię. Gdzieś tam jest przejście dla personelu technicznego.

Żołnierze mieli utrudnione zadanie, ponieważ musieli wcisnąć się w skafandry mając na sobie pancerze i ładownice. Ale nie zdecydowali się na uszczuplenie uzbrojenia. Niebiesko białe skafandry były dość wygodne, ale trochę ciasne. Składały się z polimerowych segmentów, których konstrukcja wzmocniona była trans tytanowym szkieletem, dlatego mogły również służyć za pancerz. Były w stanie wytrzymać uderzenia obiektów dryfujących w przestrzeni – odłamków meteorytów, mniejszych śmieci przemysłowych. Najbardziej opancerzone były plecaki, które stanowiły rezerwę skompresowanego powietrza i tylko ta część skafandra była faktycznie ciężka. Buty uzbrojone były w silne elektromagnesy, dzięki którym całość przywierała do zewnętrznej pokrywy statku. Hełmy umieszczone na specjalnych prowadnicach, pozwalały normalnie poruszać głową.

Bohun sprawdził działanie interkomu. Na statku nadal panowała cisza radiowa, ale łączność między skafandrami nawiązał. Po chwili obaj z bronią w ręku znajdowali się w śluzie dekompresyjnej.

– Ziu? – Usłyszał w hełmie Robert.

– Jedziemy – odparł. Adam opuścił wystający ze ściany joystick i nacisnął guzik. W komorze zaświeciło się czerwone światło i drzwi prowadzące w przestrzeń kosmiczną ociężale rozsunęły się. Żołnierze poczuli ciąg, wysysający powietrze na zewnątrz lecz byli już zabezpieczeni elektromagnesami. Ciężko stąpając ruszyli przed siebie. Słyszeli w głośnikach tylko rytmiczne oddechy i syk konwerterów powietrza. Gdy znaleźli się na zewnątrz natychmiast poczuli natarczywą lekkość. Adamowi zakręciło się w głowie. Przezornie zatrzymał się na moment i uspokoił oddech. Jak do tej pory zdarzyło mu się tylko osiem razy wychodzić w otwartą przestrzeń, z czego trzy na szkoleniach. Nie lubił tego, podobnie jak lotu wahadłowcem. Brak grawitacji zawsze powodował u niego słabość i otępienie. Miał wielką nadzieję, że Cichy nie wpadł na pomysł umieszczenia strażników na zewnątrz. Bohun czuł, że nie miałby w tych warunkach żadnych szans. Był sztywny i ociężały jak mucha w smole. Czujność miał stępioną a czas reakcji podobny do ślimaka. Uniósł jednak karabin i ostrożnie ustawił się prostopadle do burty statku. Dla uspokojenia Bohun spojrzał w stronę księżyca. Jego ciemna strona, tuż poniżej bieguna, opleciona była srebrzystymi nitkami światła. Ludzkie osiedla, stacje badawcze i Przestrzeń wokół srebrnego globu wyglądała jakby na czarną, aksamitną materię wysypać miliony maleńkich diamentów. Błyszczące w oddali gwiazdy mrugały do Adama, dodając mu otuchy.

– Wszystko dobrze? – Zapytał Regan.

– Będę żył – odparł Bohun. – Idźmy.

Ruszyli. Spinając mięśnie nóg, z trudem odrywali stopy od podłoża, każdy pojedynczy krok kosztował sporo wysiłku. Droga na samą górę miała zająć im około dwudziestu pięciu minut, potem drugie tyle od krawędzi statku do włazu. Pod warunkiem, że nic po drodze się nie wydarzy.

– Nie cierpię tego – przerwał ciszę Regan.

– Czego? – Zainteresował się Bohun.

– Tego. Łażenia w przestrzeni i ryzykowania dupy.

– A ty, co narzekasz? Przejście do „Apatrydy” było dobrowolne, nikt nas nie zmuszał.

– Wiem o tym – narzekał dalej Regan. – Ale musiałem mieć chyba zaćmę na mózgu. Co mnie kurwa podkusiło?

– Robert, o co ci chodzi?

– O nic. Po prostu mam tego dosyć. Ciągle w biegu, ciągle na rozkaz, nie wiadomo, kiedy wyślą cię w pizdu, żeby gonić za jakimiś wariatami i ryzykować kulkę w łeb. Pieniądze marne i nawet kurwa mać z przepustki skorzystać nie można, bo zaraz cię wzywają. Czy ty wiesz, że ja ostatni raz miałem pięć dni wolnego dwa lata temu?

– Wiem. Ja też. I co z tego?

– Jak to, co z tego? Nie mów mi, że to cię też nie wnerwia.

– Owszem. Trochę tak. Ale to niczego nie zmienia. Nie jestem kucharzem ani urzędnikiem tylko żołnierzem. I wiem, z czym to się wiąże. A ty widzę zaczynasz zapominać.

– Służbista.

– Nie służbista, tylko wiem, na czym polega moja praca.

– Tak. Pewnie. Obowiązek wobec państwa i narodu – cynicznie skwitował Regan.

– Robert, opanuj się. Nie zmuszaj mnie, żebym przywołał cię do porządku.

– Ach, no tak. Pan kapitan ma władzę nad panem porucznikiem, więc pan porucznik ma się zamknąć i wykonywać rozkazy.

– Dokładnie tak.

– Pierdol się.

– Poruczniku Kronowski! – Zdenerwował się Bohun. – Proszę się opanować, bo zgłoszę pana do raportu i wlepię karną służbę.

– Tak jest – odwarknął Regan i więcej nic nie powiedział.

Adam obserwował towarzysza dłuższą chwilę. Nie wiedział dokładnie, co miały znaczyć narzekania porucznika. Znał go od lat i zdawał sobie sprawę z faktu, że nie jest on łatwym człowiekiem. Zdarzało mu się marudzić, wykonywać rozkazy z ociąganiem. Ale nigdy nie zawiódł się na nim. Zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia życia, jego własnego bądź kogokolwiek z drużyny. W krytycznych sytuacjach Robert spinał się maksymalnie i perfekcyjnie wykonywał swoje zadania. Lecz teraz w narzekaniu porucznika Bohun wyczuł coś więcej. Była to ledwo zauważalna nuta zwątpienia, która u żołnierza jednostki specjalnej mogła kosztować życie. Adam poczuł się bardzo niepewnie.

 

***

 

– Kody wprowadzone – oznajmiła Regina. – System obsługi broni nuklearnej rozpoczął proces uruchamiania. Do momentu weryfikacji hasłami wejściowymi mamy około dwudziestu pięciu minut.

Cichy spojrzał na ekran z zadowoleniem.

– Odpalaj silniki. Ruszamy statek.

Cichy przysunął sobie fotel drugiego z ocalałych stanowisk kontrolnych. Uruchomił panel nawigacyjny, z nadgarstka wyciągnął kabel i podłączył się do komputera statku. Zaczął po kolei uruchamiać systemy, konieczne do podróży w przestrzeni. Półmrok, jaki ogarniał wcześniej pomieszczenie, rozwiał się w mgnieniu oka. Wszystkie urządzenia, oczywiście te, które przetrwały strzelaninę, rozświetliły się bladozieloną poświatą.

– Jakie koordynaty? – Zapytała Regina.

– Właśnie wpisuję. Zbliżamy się do Ziemi, wchodzimy na orbitę i ustawiamy nad terytorium Polski.

– Oczywiście. Jaka moc?

– Dziesięć procent. Nie chcę nikogo niepokoić pośpiechem. Krąży tu kilka dużych jednostek. Na pewno zaniepokoiło ich zerwanie komunikacji z „Husarią”. Tym zresztą zaraz się zajmiemy, ale na wszelki wypadek uruchom systemy obronne.

Po kilku minutach statek był już gotowy do lotu.

– Regina – polecił Cichy. – Wysłałem ci treść komunikatu, jaki przekażesz do orbitujących w okolicy okrętów i na Roosvelta. Będzie to komunikat głosowy. Przeanalizuj głos pana admirała. Nie sądzę, żeby był w stanie samemu go odczytać.

– Raczej nie – zgodziła się. – On umiera.

– Cóż za strata – powiedział Cichy udając troskę. – Wykonaj polecenia.

Regina skupiła się na modulacji głosu oraz na przygotowaniu komunikatu. Cichy podniósł się z fotela. Z ukrytej w spodniach kieszonki wyjął maleńki czip i wsunął w slot za uchem. Przed oczami ukazało się menu. Po wybraniu sekwencji komend i potwierdzeniu haseł nawiązał połączenie. Odczekał chwilę, wreszcie w uszach rozległ się skrzeczący głos. Połączenie było dość słabe, zaszumione i przesterowane. Ale głos był zrozumiały.

– Tu Policjant. Odbiór

– Tu Cichy – odparł apatryda. – Jaka u was sytuacja? Odbiór.

– Wszystko zgodnie z planem. Tłum z godziny na godzinę coraz większy, szum w eterze gigantyczny, hałas na ulicy taki, że samą „Husarią” byś wylądował i nikt by nie usłyszał. My sobie tu grzecznie siedzimy, trzymamy pod kluczem całe ministerstwo. Na razie jest spokój. Raz już próbowali wchodzić do budynku, ale pogoniliśmy towarzystwo. Odbiór.

– Dobrze. Co z hasłami? Odbiór.

– Było kilku chojraków, co nie chciało współpracować, ale poradziliśmy sobie. Dwóch generałów zeszło, ale panowie politykierzy już nie byli tak twardzi. Hasła znamy. Odbiór.

– Wysyłajcie. Odczekajcie jeszcze z pół godziny, zróbcie trochę szumu. Powtórzcie żądania albo coś. A potem znikajcie, zanim przypuszczą właściwy szturm na ministerstwo. Odbiór.

– Wszystko jasne. Będziemy czekać w umówionym punkcie. Bez odbioru.

Łączność wygasła. Cichy spojrzał na ciała, a potem na Reginę.

– Ruszaj tą krypę według moich koordynatów. I zrób coś z tymi trupami. Strasznie śmierdzą.

 

***

 

Bohun kucnął przy krawędzi statku i przełożył nogę na prostopadłą do burty powierzchnię górnej powłoki „Husarii”. Przechylił się nieco do przodu i dostawił drugą nogę. Powoli się wyprostował i spojrzał w dół. Regan ciągle jeszcze wspinał się po burcie, ale był już blisko. Kiedy zbliżył się do krawędzi, Bohun wyciągnął rękę. Regan załapał dłoń towarzysza i wyłączył elektromagnesy. Jego ciało podryfowało do góry, lecz nie daleko, ponieważ Adam pociągnął go do siebie i Robert stanął obok. Włączył pole magnetyczne. Pomaszerowali dalej, w stronę widocznego włazu. Nagle korpus „Husarii” lekko drgnął.

– Eksplozja? – Zgadywał Regan.

Bohun zaprzeczył. Rozejrzał się i spostrzegł blade światło na rufie statku.

– Spójrz – powiedział. – Silniki się włączyły.

– Kurwa, niedobrze – przestraszył się Regan. – Będzie chciał wykonać skok?

– Nie sądzę. Żadna kontrola nie puści go bez nawiązania komunikacji. A na pewno zorientowali się, że coś jest nie halo. Przynajmniej Amerykanie. Przecież mieli swoich na „Husarii”. Nie. Pewnie chcą tylko przestawić łajbę.

– Obyś miał rację. Nic z tego nie rozumiem.

– Im szybciej tam dotrzemy – pospieszył Adam, – tym szybciej czegoś się dowiemy.

 

***

 

Młody leżał przyklejony do metalowej podłogi na galeryjce otaczającej halę pokładu rakietowego. Hala była wąska i podłużna. Tuż pod żołnierzami z drużyny „Apatryda” znajdowały się wyloty komór odprowadzających gazy rakietowe. Co trzy komory znajdowało się stanowisko obsługi działa, czyli przestronna wnęka, w której mieścił się system ładowania pocisków i zapas amunicji. Każde działo kalibru dwieście piętnaście milimetrów obstawione było przez jednego husarza. A to znaczyło, że było ich tutaj ponad dwadzieścia, nie licząc tych, które patrolowały halę.

– Przejebane – szepnął Wilku. Młody uruchomił opcje analizy. W oczach wyświetliły mu się całe kolumny informacji o temperaturze pomieszczenia, odległościach między ścianami, lokalizację przejść, wentylacji oraz ilość patrolujących robotów i ich uzbrojenie.

– Gdzie jest wejście? – Zapytał Jacek, który kucał ukryty za metalowym filarem.

– Tam – odparł Młody i wskazał palcem. Drzwi prowadzące do stacji radarowej znajdowały się w przeciwległej ścianie, kilkadziesiąt metrów od żołnierzy. Przy wejściu mijały się akurat dwa husarze model „Sobieski”.

– Rzeczywiście. Przejebane – potwierdził Jack.

– I co robimy? – Zapytał Wilku.

Młody odczołgał się za filar i usiadł naprzeciw Jacka. Wilku nadal obserwował halę.

– Nie wiem, co robić – powiedział zrezygnowany Młody. – Przecież nie przypuścimy szturmu na tyle droidów. A innego wejścia nie ma.

Wilku chciał coś powiedzieć, lecz Jacek uciszył go.

– Słuchajcie – powiedział. – Ktoś nawiązał łączność radiową.

Wilku i Młody wsłuchali się w komunikatory, które od dłuższego już czasu pozostawały głuche. Teraz zaczęły trzeszczeć, lecz po chwili szum zniknął a w jego miejsce rozbrzmiał głos.

– Tu admirał Krzysztof Bieńkowski, głównodowodzący ORP „Husaria”. Informuję, iż sytuacja na statku opanowana. Po usunięciu poważnej usterki technicznej, przejęliśmy kontrolę nad wszystkimi systemami. W chwili obecnej przemieszczamy okręt na pozycję wyjściową, oczekujemy na przybycie wsparcia technicznego z Ziemi. Ze względów bezpieczeństwa proszę o nie przekraczanie przestrzeni buforowej statku.

Komunikat powtórzył się w języku angielskim.

– Nadają na kanale ogólnym – stwierdził Jacek.

– Ewidentna ściema – żachnął się Młody. – To przecież nie była usterka techniczna.

– Tak, ale ci na zewnątrz tego nie wiedzą. Statkom orbitującym wokół takie tłumaczenie wystarczy – podsumował Jacek w momencie, gdy w eter poszedł komunikat w języku chińskim. – Tylko, do czego oni cholera zmierzają? I po co ustawiają statek na pozycję wyjściową?

– Pozycja wyjściowa to jaka? – Spytał Wilku.

– Mniej więcej ponad Warszawą, na wysokiej orbicie.

– A przestrzeń buforowa?

– To ustalona odległość od statku, której nie można przekraczać bez zgody admiralicji. Zwykle to przestrzeń o promieniu mniej więcej stu kilometrów. Zależy od tonażu statku.

– No a jeśli ktoś ją przekroczy?

– To już naprawdę różnie. Według ustaleń ONZ można wystosować ostre noty dyplomatyczne, zagrozić użyciem broni. Same straszaki. Ale w tej sytuacji wszyscy będą się spodziewali, że Bieńkowski może nawet ostrzelać intruza.

– Czemu tak myślisz?

– Bo normalnie się nie mówi o przekraczaniu strefy buforowej. Jest to dla wszystkich oczywiste, takie niepisane kosmiczne prawo. Ale jeśli już ktoś zwraca na to uwagę, to znaczy, że sprawa jest poważna i można spodziewać się najgorszego.

– Ale to przecież nie Bieńkowski nadał komunikat, no nie? – Zauważył Młody.

– Racja. Podejrzewam, że Cichy w ten sposób chce zapewnić sobie spokój. Mało prawdopodobne, żeby ktoś teraz się zbliżył do „Husarii”. Nie przy takiej sile ognia.

– No dobra, panowie. Dość tego – naciskał Wilku. – Co dalej?

Żołnierze wymienili spojrzenia, lecz żaden nie znał odpowiedzi.

 

***

 

Po przejściu przez wąski tunel, Bohun i Regan znaleźli się w sypialni admiralskiej. Było to duże i gustownie umeblowane pomieszczenie. Bohun cichutko podszedł do framugi, lekko opuścił karabin i wsłuchał się w dźwięki dochodzące z mostka. Ze środka doszły go dźwięki stąpającego droida i pomruk pracujących komputerów. Płynnym ruchem stanął po drugiej stronie tak, żeby mieć widok przez uchylone drzwi. Nie widział za dużo, ale to, czego chciał miał jak na dłoni. Cichy stał przy uruchomionym stanowisku kontrolnym. Na ekranie wyświetlała się mapa przestrzeni wokół „Husarii”, na której widoczne były orbitujące w okolicy okręty oraz stacja kosmiczna Theodore Roosevelt. Adam poczuł, że serce zaczęło szybciej pompować krew. Miał idealną okazję, żeby rozwiązać problem. Zacisnął dłoń na rękojeści karabinu i uniósł broń. Spojrzał na stojącego pod przeciwległą ścianą Regana, serią gestów wytłumaczył mu, co chce zrobić a przy okazji rozkazał porucznikowi przygotować się do otwarcia ognia zaporowego. Robert trochę niepewnie potwierdził i uniósł broń. Niczego nie świadomy apatryda wydawał polecenia siedzącej plecami do Bohuna kobiecie. Adam miał dziwne przeczucie, że już ją kiedyś widział, lecz nie zastanawiał się nad tym. Przycisnął kolbę karabinu do policzka i delikatnie odbezpieczył.

– Adam – powiedział Robert. Bohuna zmroziło. Odwrócił głowę w stronę podwładnego, chcąc nakazać mu ciszę i zamarł widząc wycelowaną w siebie lufę beryla.

– Robert – szepnął. – Co ty wyprawiasz?

– Rzuć broń – nakazał Kronowski. – Nie zrobisz tego.

– Czyś ty oszalał? – Odparł gniewnie Rogowiecki. – To jedyna okazja.

Robert był zdenerwowany, wyraźnie bił się z myślami.

– Robert, co się dzieje? – Zapytał Bohun niczego jeszcze nie rozumiejąc.

– Wybacz przyjacielu. To nie twoja wina.

Regan wziął głęboki wdech i krzyknął:

– Cichy!

Adam spojrzał nerwowo za drzwi, zobaczył terrorystę, który energicznym krokiem ruszył w stronę drzwi. Tuż przed nim stanęło ociężałe cielsko droida. Bohun w mig zrozumiał. Rzucił się naprzód otwierając ogień w stronę Regana, jednak ten spodziewał się takiej reakcji i odskoczył.

– Poddaj się! – Krzyknął Regan, kucając za fotelem. Drzwi do sypialni wypadły z hukiem. Adam skoczył w stronę włazu, ale seria z ka emu ostudziła jego zapał. Przyległ do podłogi za biurkiem i zobaczył, że husarz staje na środku pokoju i odbezpiecza działko spg.

– Stać! – Polecił Cichy. – Wstrzymać ogień. Regan, przemów koledze do rozsądku.

– Adam, poddaj się – ponaglił porucznik. – Nie musisz tutaj zginąć.

– Ma facet rację – potwierdził Cichy. – Panie kapitanie, niech pan wyjdzie z podniesionymi rękami a daję słowo, nic się panu nie stanie.

Adam nerwowo się rozglądał, ale powoli ogarniało go poczucie zrezygnowania. Był w beznadziejnym położeniu. W zamkniętym pomieszczeniu nie miał najmniejszych szans. Wystarczyłby jeden pocisk spg i byłoby po nim. Wizja poddania się wydała mu się obrzydliwa zwłaszcza, że został zdradzony przez jednego z własnych ludzi. Ale rozsądek wziął górę.

– Wychodzę – oznajmił. Wstał z karabinem uniesionym do góry. W pierś wycelowanych miał kilka luf. Regan ostrożnie podszedł do kapitana i odebrał mu broń.

– Odwróć się – rozkazał. Twarz Adama nie wyrażała niczego. Nie można było stwierdzić czy jest spokojny, wściekły czy zrozpaczony. Kronowski związał mu ręce plastikowym paskiem i poprowadził w stronę mostka. Tam posadził byłego już dowódcę na fotelu, a sam stanął w sporej odległości. Cichy z uśmiechem podszedł do oficera.

– Dobra robota – pochwalił Regana. – Teraz i wcześniej też. Ta twoja panna nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że będzie mi tak pomocna.

– Brałeś w tym udział od początku? – Zadziwił się Adam.

– Zaskoczony? – Odparł Regan. – Mówiłem ci, że mam już dość tego wszystkiego. Że to ostatni raz.

– Ty skurwielu. Od jak dawna to planowałeś?

– Cichy skontaktował się ze mną w zeszłym roku. Trochę czasu zajęło zaplanowanie akcji, ale opłaciło się.

– Czyli pieniądze. No jasne.

– A co innego? Mam walczyć za ojczyznę? Zginąć na jakimś zadupiu, żeby się naszym politykierom lepiej żyło? O nie. Nie ma mowy.

– Ta panna to twoja Regina, prawda? Od dawna podejrzewałem, że przemycasz ją na „Husarię”.

– Wcześniej pomagało mi to znieść cały ten pierdolnik. Ale okazało się, że może ona mieć kluczowe znaczenie w naszym planie.

– O tak – wtrącił się Cichy. – Jej pomoc była nieoceniona.

– Ale to przecież zwykły android prokreacyjny. W czym ona mogła tu pomóc?

– A jednak ciekawość cię zżera, co? – Cichy wyglądał na zadowolonego z siebie. – Widzisz, to akurat zaproponował twój przyjaciel. Ha, właściwie to były przyjaciel, no nie? Zasymulowaliśmy mały incydent, który spowodował, że Regina wylądowała w serwisie. A tam już czekał mój człowiek, który odpowiednio pannę przeprogramował. Sprytne, co?

Adam nie skomentował.

– No dobrze. Skoro pan kapitan już tu jest, to będzie on świadkiem kulminacji naszego spektaklu. Będzie niezła zabawa, więc niech pan się skupi i nie przeszkadza. Ostrzegam, że pomimo całego szacunku, jakim pana darzę, będę strzelał, jeśli pan czegoś spróbuje. Rozumiemy się?

– Robert – odezwał się Bohun. – Niech cię szlag. Jak mogłeś?

– Adam. Nie miej mi za złe. To, co robimy naprawdę nie mam sensu.

– I co dalej? Zakładając, że wyjdziemy z tego żywi, co zrobisz?

– Mam przygotowaną bardzo miłą metę na Ziemi. Będzie mi się wygodnie i bezpiecznie żyło. A ty, jeśli nie chcesz skończyć źle, lepiej nic nie kombinuj. Nie miałbym ochoty wpakować ci kulki.

– Skurwysyn.

– Nie marudź. Poza tym nie ja jeden dałem się przekupić.

– Co? O czym ty mówisz?

– Tak ciężko w to uwierzyć? Adam, nie oszukuj się.

– Kto jeszcze?

– Dość tego – przerwał Cichy. – Pan kapitan usłyszał już i tak za wiele. Regina!

– Jestem.

– Zwróć uwagę na te myśliwce – powiedział wskazując na ekran. – Coś za bardzo się zbliżają.

– Właśnie próbują się z nami połączyć. To efki czterdzieści pięć z USS „Mississippi”. Domagają się zgody na lądowanie i wyjaśnienia sytuacji.

– Ja im kurwa wyjaśnię – zdenerwował się Cichy. Usiadł przy stanowisku kontrolnym i wywołał panel obrony rakietowej. Kolejno uzbrajał baterie ogniowe, jedną po drugiej. – Regina. Bierz te fiutki na cel. Wszystkich rozwalić!

Cichy zerwał się z fotela. Podszedł do kobiety i pochylił się nad jej monitorem.

– Co z aktywacją broni nuklearnej?

– Do stanu pełnej gotowości pozostało półtorej minuty.

– Doskonale – ucieszył się apatryda. Wyprostował się i uruchomił komunikator.

– Wilga, odbiór – powiedział. Po chwili usłyszał odpowiedź.

– Cichy, tu Wilga. Odbiór.

– Jaka sytuacja? Odbiór.

– Cisza i spokój. Wszyscy skupili się na ministerstwie, na nas nikt nie zwrócił uwagi. Mamy pełną kontrolę nad ambasadą i dostęp do hinduskiego systemu. Większość zlikwidowana, trzymamy pod kluczem najważniejszych. Odbiór.

– Świetnie. Wilga, odpalaj rakiety według planu. Odbiór.

– Słyszę cię. Który cel? Odbiór.

– Baza w Podborsku. Odbiór.

– Zaczynam procedurę. Bez odbioru.

Adam siedział przerażony nie wierząc w to, co słyszał. Starał się nie pokazywać targających nim emocji, ale nie było to całkiem możliwe.

– Spokojnie bracie. – Powiedział Regan. Był również bardzo spięty. – Niedługo będzie po wszystkim.

 

***

 

 Pokład rakietowy rozświetlił się na czerwono. Dziesiątki mrugających lamp wysunęło się z sufitu i rozpoczęło swój pokaz, któremu wtórowało wycie syren. Młody zaklął szkaradnie.

– Odpalają rakiety! – Krzyknął.

Wilku i Jacek wymienili przestraszone spojrzenia.

– Spadamy! – Ryknął Wilku.

– Nie możemy – zaprotestował Jacek. – Mamy zadanie do wykonania.

– Tutaj nie przeżyjemy! Udusimy się od gazów wylotowych, a jak nie, to usmaży nas temperatura.

– Spójrzcie! – Zawołał Młody.

Pozostali spojrzeli na halę poniżej. Wszystkie droidy kierowały się w stronę wyjścia.

– To nasza szansa! Zbieramy się!

Młody nie czekając na resztę zerwał się na nogi i podbiegł do drabiny. Przelazł na drugą stronę barierki i nie korzystając ze stopni, zjechał na dół. Zobaczył, że pokrywy komór rakietowych powoli usuwają się. Odskoczył pod przeciwległą ścianę. Droidy opuściły już halę, nie zwracając na żołnierzy uwagi. Młody spojrzał na górę i zamarł. Zobaczył jak Wilku pchnął Jackiem na betonowy filar. Osłabiony Jack uderzył głową o metalowy panel i osunął się na ziemię. Wilku podniósł z ziemi beryla i wycelował w nieprzytomnego Jacka.

– Stój! – Wrzasnął Młody. – Co robisz?

Porucznik Wilczyński nie odpowiedział, tylko odwrócił się i otworzył ogień. Seria rozłupała ścianę ponad głową Młodego. Ten rzucił się naprzód i ukrył we wnęce kryjącej jedno z wielkich dział. Wychylił się na moment i posłał do góry serię. Kule z trzaskiem rozbiły się o metalową galeryjkę. Wilczyński przetoczył się na bok i cofnął pod ścianę. Młody właśnie na to liczył. Wyszedł z wnęki i odpalił granatnik. Pocisk pomknął w górę, przeleciał ponad barierką i eksplodował po zderzeniu ze ścianą. Nie czekając aż opadnie kurz doskoczył do drabiny i zaczął się wspinać. Gdy wskoczył na galerię, Wilku zwijał się z bólu, trzymał za głowę i jęczał. Młody podbiegł do Jacka. Żołnierz leżał nieprzytomny, lecz nic mu się nie stało. Filar osłonił go przed wybuchem. Młody odłożył karabin i zaczął siłować się z bezwładnym porucznikiem Sawiczem. Nawet nie zauważył kiedy dostał kopniaka w plecy i poleciał do przodu. Udało mu się jednak obrócić i utrzymać równowagę. Wilku nie tracił czasu. Natarł na sierżanta Nowaka, ten jednak sprytnie wywinął się i wyprowadził serię ciosów na głowę. Wilku był dobry. Parował bez trudu, zbijając kolejne uderzenia. Młody nie rezygnował. Po kilku prostych i sierpowych, wyprowadził dwa kopnięcia, żeby zwiększyć dystans. Za trzecim razem Wilku złapał go za nogę i podciął kopnięciem. Młody padł, boleśnie obijając się o metalową podłogę, ale nie stracił rezonu. Kopnął przeciwnika w piszczel, na co ten zareagował wrzaskiem. To wystarczyło Młodemu, żeby odbić się od ziemi i skoczyć na równe nogi. Uniknął zamaszystego ciosu skierowanego w twarz, odwinął się prostując rękę i uderzył Wilka prosto w nos. Krew buchnęła jak z pojemnika na czerwoną farbę. Oszołomiony żołnierz ustawił wysoką gardę i nie zauważył kopnięcia w brzuch. Wilku zgiął się w pół, tracąc dech. Młody wykonał miażdżące kopnięcie z obrotu. Wilczyński dostał ciężką podeszwą w policzek. Świat zawirował a twarz eksplodowała potężnym bólem. Było po walce.

Wyjące syreny przypomniały Młodemu o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Pokrywy komór były już w pełni otwarte. Jedna z rakiet mogła w każdej chwili odpalić. Albo kilka na raz. Sierżant Nowak podniósł z ziemi beryla i wycelował w klęczącego porucznika. Ich spojrzenia spotkały się. Umazana we krwi twarz Wilka spuchła jak balon.

– No dawaj – drażnił Wilku. – Strzelaj.

– Nie mam czasu na zabawę. Kto cię kupił? Halicz?

– Niby czemu miałbym ci odpowiedzieć?

– Po pierwsze dlatego, że celuję ci prosto w łeb. A po drugie bo do kurwy nędzy myślałem, że jesteśmy kumplami!

– Zostały nam chwile. Cichy za moment odpali rakiety i będzie po nas. Co to za różnica?

– Jest różnica! Ja nie mam zamiaru tu skończyć.

– Nie możesz nic zrobić.

– Odpowiadaj! Kto cię najął? – Młody doskoczył do Wilka i kopnął go w pierś. Wilczyński poleciał do tyłu, zaniósł się kaszlem, starał się łapać oddech. Ciężki wojskowy bucior przygwoździł go do ziemi. Wilku spojrzał prosto w wylot lufy beryla. – Mów!

– Cichy – wycharczał. – Cichy mnie najął.

– Ty fiucie. Jaka była twoja rola?

– Miałem uniemożliwić wejście na pokład „Husarii” pułkownika Borowca.

Młody szybko skojarzył fakty. Alarm nie ucichł ani na chwilę.

– On był kontrolerem husarzy, prawda? Nie musisz odpowiadać. Już pamiętam. To jego obtłukłeś w dzień wylotu i dlatego żandarmeria cię przywlekła. Wycisnąłeś z niego hasła, prawda? Taka była twoja rola.

Wilku przytaknął.

– I co teraz ze mną zrobisz? Przecież mnie stąd nie wyniesiesz.

– Nie mam zamiaru – powiedział i nacisnął spust. Mózg porucznika Wilczyńskiego rozprysnął się na podłodze.

Młody nie zastanawiał się czy dobrze zrobił. Ocena sytuacji wskazywała, że tak. Nie mógłby zabrać ze sobą Jacka i Wilka. A nie mógł też zostawić za sobą zdrajcy, który mógł im jeszcze zaszkodzić. Tak to sobie tłumaczył. Ale mimo tego racjonalnego wywodu czuł w żołądku dziwną sensację.

Nagły ryk wyrwał go z zamyślenia. Obejrzał się i zobaczył ogień buchający z jednej z komór. Cała hala zatrząsła się, nagły skok temperatury przyprawił sierżanta o zawrót głowy.

– O kurwa – mruknął. – o kurwa, o kurwa.

Memłając w ustach przekleństwa doskoczył do Jacka, zarzucił go sobie na plecy i z ogromnym trudem przeszedł przez barierkę. Z nadludzkim wysiłkiem jedną ręką utrzymywał nieprzytomnego, a drugą chwytał kolejne stopnie drabiny. Gazy wylotowe powoli docierały do żołnierzy. Młody opuścił na oczy okulary i włączył podczerwień. Starał się nie oddychać za mocno, leczy przy takim wysiłku było to bardzo trudne. Kłęby dymu owionęły ich, kiedy Młody był już prawie na samym dole. Walcząc z zawrotami głowy, stanął wreszcie na podłodze. Puścił się biegiem przez szerokość hali licząc, że dobiegnie do drzwi stacji radarowej. Wewnątrz panował już ukrop nie do zniesienia, a przecież odpaliła dopiero jedna rakieta. Kolejny, tym razem zwielokrotniony ryk eksplodował z siłą pędzącego pociągu. Hałas był tak wielki, że Młody upuścił Jacka i padł na ziemię zwijając się z bólu. Zawył, nie słysząc własnego głosu. Trzy z komór plunęły skłębionymi grzybami pary. Młody podczołgał się do drzwi. Resztką sił podniósł się na czworaka i złapał klamkę. Podciągnął się wyżej, sięgnął panelu kontrolnego i nacisnął przycisk. Było tak gorąco, że zewnętrzna powłoka pancerza Młodego nagrzała się jak patelnia na gazie. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, a spieczona twarz piekła jak polana kwasem. Młody z trudem wczołgał się do przedpokoju. Drzwi powoli wracały na miejsce, lecz zanim całkiem się zamknęły, zobaczył Jacka. Żołnierz klęczał trzymając się za głowę. Miał szeroko otwarte usta i napięte mięśnie szyi. Wył, lecz nikt go nie słyszał. Skóra pokryła się bąblami, a z oczu lała się krew. Trwało to ułamek sekundy, zanim zniknął w płomieniach.

Wokół Młodego zapadła cisza i ciemność. Żołnierz nie czuł bólu, choć miał ochotę wydłubać sobie oczy.

 

***

 

– Trzy trafione – zameldowała Regina. – Reszta myśliwców wycofuje się. USS „Mississippi” ustawia się na pozycję bojową. Indyjski niszczyciel „Mahatma” ustawia się na naszej flance. „Yamaguchi” z drugiej.

– Dobrze – odparł Cichy. – Włącz telewizję.

– Masz geniusz strategiczny – skomentował Bohun.

– Spokojnie. Zanim cokolwiek zrobią będą nas straszyć, żądać i ponaglać. A my zdążymy obejrzeć wiadomości. Niedługo będą mieli ciekawy materiał.

Cichy rozsiadł się wygodnie na fotelu, podczas gdy wielkie ekrany naścienne błysnęły kolorowymi obrazami. Telewizja publiczna transmitowała akurat towarzyski mecz piłki nożnej między Polską a Niemcami.

– Ofiary znowu dostaną w dupę – zaśmiał się apatryda.

– Robert – zagadnął Bohun. – Wytłumacz mi. Jak ty możesz brnąć w tą historię?

– Odczep się.

– Przecież Cichy to wariat. W dodatku niebezpieczny.

– Nie masz pojęcia o czym mówisz. Gdybyś wiedział tyle co ja, z pewnością nie nazwał byś go wariatem. Są gorsi od niego.

– Ciekawe kto?

– Nie uwierzyłbyś.

– No spróbuj.

– Bądź cicho i spójrz na ekran.

Transmisja z meczu została przerwana, a na ekranie błyszczały kolorowe pasy planszy kontrolnej.

– Co się dzieje? – Zapytał Bohun.

Zanim ktokolwiek odpowiedział, wszyscy poczuli wstrząs eksplozji. Cichy wyprostował się i spojrzał na Reginę.

– Kontra od naszych sąsiadów?

– Nie – zaprzeczyła Regina. – Na statku nadal trwają walki. Zorganizowana grupa żołnierzy przypuściła szturm na hangar „Łosi”. Trwają ciężkie walki.

Cichy zaniepokoił się.

– Wyślij wszystkie roboty w to miejsce. Nie mogą zniszczyć myśliwców.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Wszyscy jak zahipnotyzowani wpatrywali się w monotonnie migający ekran. Raz na jakiś czas dochodziło ich echo odległego wybuchu. Nagle małe światełko zaświeciło na jednym ze stanowisk. Regina podeszła i wywołała panel.

– System sygnalizuje aktywność militarną nad Polską.

Kobieta wywołała informacje szczegółowe.

– Z okolicy Kercza na Krymie zostały odpalone rakiety balistyczne z głowicami nuklearnymi.

– Co? – Zdziwił się Adam.

– Najwyższa pora – stwierdził Cichy. – Przygotuj „Husarię” do kontrataku.

– Oszalałeś? – Krzyknął Bohun. – Czy ty sobie zdajesz sprawę z tego co robisz?

– Wbrew temu jak wyglądam, zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Zawsze i wszędzie. Zresztą nie tylko mi to jest na rękę, ale twoim zwierzchnikom również.

– Kompletnie ci odbiło.

Cichy zaniósł się śmiechem.

– Dobrze powiedział twój kumpel, ze nie dałbyś wiary, gdybyśmy ci wszystko powiedzieli. Ale to nie ma znaczenia. Ważne, że wszystko idzie zgodnie z planem. Regina, wpisz koordynaty. Cel na hinduskie bazy wojskowe na Krymie. Odpalaj po cztery rakiety w trzech seriach. Chcę mieć pewność.

Bohun pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Wyście wszyscy oszaleli. Przecież doprowadzicie do wojny. Wojny atomowej! Zginą miliony ludzi!

– O to właśnie chodzi – spokojnie odparł Cichy. – Już ci wcześniej powiedziałem, co ja sądzę o ludzkości. Zgodnie z moimi przekonaniami, będzie to jak najbardziej słuszne, jeżeli zredukuję jej wielkość.

– Ty naprawdę jesteś szalony. Do czego to ma prowadzić?

– Cóż. Jeśli będzie ci dane dożyć, to sam zrozumiesz. Wystarczy oglądać telewizję. Myślę, że już jutro twój prezydent udzieli ci odpowiedzi na to pytanie.

– To ma być twój cel? Czyjeś polityczne interesy? Taki z ciebie idealista.

– Jak najbardziej. Jeśli dojdzie do wojny, moja planeta odetchnie z ulgą. Mała Gliese, nawet bez bogatych złóż naturalnych, zawsze była solą w oku ziemskich rządów.

– Bzdura. Co to ich miałoby obchodzić?

 – Chodzi o ludzką, ohydną naturę. Ci, którzy rządzą, nie mogą znieść, że gdzieś na świecie jest miejsce, w którym ludzie ich władzy nie uznają i odcinają się od wszelkich praw, jakie nasza super cywilizacja ustanowiła.

– I w ten sposób chcesz zapewnić swoim spokój, tak? Zabijając miliony ludzi.

– A co mnie te miliony obchodzą? Mam płakać nad liczbami? Czy mam się nauczyć na pamięć ich imion? Interesują mnie tylko ci, z którymi coś mnie łączy. A ci w zdecydowanej większości mieszkają na Małej Gliese.

 – Kody wprowadzone – oznajmiła Regina.

– Robert, do jasnej cholery, nie pozwól na to. Przecież tam jest twoja rodzina!

– Adam, nie próbuj. Nic nie zdziałasz.

– Nie możecie tego zrobić. To szaleństwo!

Bohun zerwał się z krzesła i rzucił na Roberta, jednak Cichy był szybszy. Złapał Adama za ręce i energicznie pociągnął w dół. Gdy żołnierz już leżał, Cichy z zamachu trzasnął go pięścią w twarz. Chciał kontynuować, lecz powstrzymał go Robert.

– Wystarczy.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, żaden nie chciał ustąpić. Wreszcie apatryda uśmiechnął się lekko.

– Odpalaj – polecił Cichy. Regina zwolniła blokady.

Na mostku zapaliły się czerwone światła oznajmiające odpalenie pocisków nuklearnych. Przez cały pokład przeszedł jakby dreszcz, kiedy komory z rakietami wysunęły się z korpusu „Husarii”. Największy z ekranów, do tej pory martwy, zaświecił nagle, ukazując podgląd na sterczące ponad pokładem wyrzutnie. Każda z nich odpaliła po jednej rakiecie, które ciągnąc za sobą strużkę białego dymu pomknęły w kierunku Ziemi.

– Nie, proszę nie – szepnął Adam.

Wyrzutnie odpaliły kolejną serię a potem trzecią.

 

***

 

Komandor Browning pochylał się nad trójwymiarową projekcją okolicy. Modele statków przemieszczały się wokół nieruchomego, lecz niezwykle groźnego okrętu polskiego, który chwilę temu pogwałcił wszelkie możliwe konwencje międzynarodowe odpalając pociski nuklearne w kierunku Półwyspu Krymskiego, znajdującego się w jurysdykcji dalekowschodnich korporacji oraz Wspólnoty Muzułmańskiej. Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką sytuacją. Brał już udział w kilku lokalnych konfliktach, dowodził akcjami bojowymi. Ale to co działo się teraz przekraczało jego możliwości. W napięciu wysłuchiwał relacji swoich podkomendnych.

Sytuacja była bardziej niż dramatyczna. Okazało się, że akcja „Husarii” była odpowiedzią na wcześniejszy atak indyjski na polską bazę wojskową, w której obradował Sztab Generalny NATO. Hindusi odpalili w sumie siedem rakiet, z których cztery zostały zniszczone zanim osiągnęły cel. Niestety jedna z nich zdetonowała ładunek w powietrzu, powodując ogromne zniszczenia w sąsiedztwie Mławy. Nikt jeszcze nie wie ilu zginęło ludzi. Zdjęcia satelitarne pokazały jednak, że pole rażenia miało średnicę ponad dwadzieścia kilometrów. Musiały zginąć tysiące ludzi. Lecz to był dopiero początek, ponieważ dwie z odpalonych rakiet uderzyły w bazę, równając ją z ziemią. Kilkanaście okolicznych wsi i miasteczek wyparowało w ułamku sekundy. Było za wcześnie, żeby oszacować starty w ludziach. Browning czuł, jak żołądek podjeżdża mu pod gardło a serce tłucze się jak szalone. Jego oficerowie wysłuchując relacji byli bladzi, jeden usiadł, inny z przerażenia ogryzał paznokcie. Na mostku zapadła cisza. Ponad szum pracujących maszyn wybijał się tylko głos kapitana Mulligana, który relacjonował przebieg zdarzeń.

W przeciągu najbliższych pięciu minut mieli dowiedzieć się, czy polskie rakiety dokonały zemsty, czy też krymski system obrony zdoła je przechwycić. Komandor musiał szybko podjąć decyzję. Wcześniejsze zniszczenie kilku amerykańskich myśliwców było wydarzeniem, którego Browning nigdy by się nie spodziewał. Znał admirała Bieńkowskiego i choć uważał, że to człowiek niegodny zaufania, to jego zmysł strategiczny mógł być jedynie podziwiany. Dziwił się więc, że Polak zdecydował się na tak nierozważny krok. Browning czuł pod skórą, że na „Husarii” działo się coś niedobrego. Coś, co mogło spowodować przypadkowe odpalenie rakiet w kierunku jego myśliwców. Ale to co stało się kilka minut temu przyćmiło wszystko, co do tej pory widział. Oto znajdował się w centrum wydarzeń, które w efekcie mogły doprowadzić do konfliktu nuklearnego, jakiego ludzkość dotąd nie znała. Wydawać by się mogło, że wybuchła w połowie XXI wieku wojna była czymś strasznym. Lecz wtedy nikt nie pozwolił sobie, aby choćby jeden wystrzał padł na Ziemi.

Browning przeklinał w duchu swoją słabość, lecz nadal nie mógł się zdecydować. Chwilę temu kapitan Mulligan zameldował, że hinduski „Mahatma” uruchomił swój system broni nuklearnej i ustawił się w pozycji flankującej do okrętu polskiego. Z tego względu należało podjąć szybkie kroki, ponieważ było więcej niż pewne, że Hindusi otworzą ogień w kierunku „Husarii”. Browning nie wiedział co zrobić. Z jednej strony Polacy jako pierwsi zaatakowali Amerykanów, z drugiej to jednak Hindusi uderzyli w Polskę, zabijając nie tylko tysiące cywili, ale przy tym całe dowództwo NATO, w tym jego rodaków. Jakby tego wszystkiego było mało, komandor musiał rozgryźć niejasne działanie japońskiego „Yamaguchi”, który również ustawił się na flance „Husarii”, ale systemów zaczepnych nie uruchomił. Jedno było pewne. Nawet przy ogromnej sile ognia „Mahatmy” i „Yamaguchi”, polski niszczyciel będzie ciężkim orzechem do zgryzienia.

– What does the Pentagon say? – Zapytał Browning.

W odpowiedzi dowiedział się, że prezydent Everest nakazała czekać na rozwój sytuacji. W przypadku zawiązania walki nie interweniować, odpowiedzieć ogniem tylko w przypadku bezpośredniego ataku na statek. Komandor zaklął. Politycy związali mu ręce. Na szczęście w razie czego mógł wymówić się faktem zniszczenia amerykańskich myśliwców.

Wreszcie, po chwili milczenia komandor rozkazał zbliżyć się do „Husarii” wziąć ją na cel. Oficerowie dość niepewnie przystąpili do wypełniania poleceń, kiedy na mostek wpadł posłaniec. Starszy sierżant Jones należał do zespołu radiolokacyjnego. Zameldował się komandorowi i poinformował, że właśnie odebrał dziwną wiadomość. Dziwną, ponieważ nadaną z „Husarii” za pomocą serii sygnałów kontrolnych, które ułożyły się w komunikat w alfabecie Morse’a.

– What does it say? – Zapytał Browning. Jones podał mu kartkę.

– To USS „Mississippi” from ORP „Husaria” – przeczytał komandor. – This is sergeant Krzysztof Nowak. Do not, I repeat, do not take any military actions against our ship. The message you received previously was a fake, prepared by a terrorist that is in control of our ship. Most of the crew is in custody, the commander is probably dead. We are taking actions to regain control over the ship. If it is possible, send a unit to aid our actions. Warning. All the battledroids are under terrorist’s control. I will try to disable the rocket defense. Over and out.

– What shall we do? – Zapytał barczysty major Felton.

– Prepare a striking unit. – Komandor usiadł przy swoim panelu kontrolnym i zaczął wydawać polecenia. Nawiązał kontakt z hinduskim niszczycielem rakietowym, który szykował się do natarcia. Przekazał im wszystko co wiedział, prosząc by nie posuwali się dalej. Jednak admirał Shekar nie chciał słuchać o żadnej zwłoce. Był zdecydowany, poza tym związany rozkazami z Delhi. Browning wiedział doskonale co będzie dalej. Zastanawiał się tylko jak postąpić ma jego załoga.

 

***

 

Alarm zawył równocześnie z wyświetleniem obrazu na głównym monitorze. Indyjskie rakiety zbliżały się z zawrotną prędkością. Tuż za nimi podążały w formacji bojowej myśliwce su x dwieście. Mostek zatrząsł się, kiedy pierwsza z rakiet ugodziła „Husarię”. Druga eksplodowała w okolicy modułu napędowego, dwie kolejne wbiły się blisko ładowni. Adam spadł z krzesła, Robert z trudem utrzymał równowagę. Cichy przytrzymał się terminalu, lecz zarył twarzą w klawiaturę. Podniósł się i krzyknął.

– Regina! Kontra, szybko! Odpalaj baterie burtowe. Wszystkie systemy pełna gotowość!

Chwilę później rozległ się groźny pomruk baterii. Pociski eksplodowały w przestrzeni odstraszając myśliwce. W ślad za nimi pomknęły rakiety i serie z działek maszynowych. Tymczasem „Mahatma” starał się wymanewrować polski okręt i zajść go od tyłu.

– Zwrot przez sterburtę! – Krzyknął apatryda. – Ogień z wyrzutni rufowych w hinduski niszczyciel. Regina, szykuj nasz statek! Husarze opuścić mostek i oczyścić drogę do lądowiska.

Hinduskie myśliwce nie zrezygnowały. Miały ułatwione zadanie, ponieważ „Husaria” pozbawiona była osłony własnych maszyn. Jednak jej system obronny był bardzo efektywny. Z formacji bojowej liczącej dziesięć myśliwców, cztery zostały już zniszczone, a dwa wycofały się z powodu uszkodzeń. Admirał Shekar nie chciał oddać pola i wysłał dwa kolejne klucze, które lawirując w deszczu rakiet i pocisków, dotarły do celu i otworzyły ogień. Nagle, ni stąd ni zowąd „Husaria” dostała ciężki ostrzał od bakburty. To japoński „Yamaguchi” otworzył ogień z baterii rufowych. Skupiony na hinduskim natarciu, Cichy przeoczył sygnał o zbliżającym się zagrożeniu z drugiej strony. Japończycy nie uruchomili dotąd automatycznych systemów rakietowych, dlatego nie wywołali pełnego alarmu swoim zbliżeniem. Ostrzał z dział wielkokalibrowych mógł być prowadzony bez pełnej automatyki, dlatego czujniki „Husarii” niczego nie wykryły. Cichy zaklął, ale niewiele mógł zrobić, prócz rozpoczęcia ostrzału japońskiego pancernika, który uzbrajał własne rakiety. Obrona przeciwrakietowa polskiego statku potrzebowała kilku minut, aby przestawić część wyrzutni na drugą stronę. Były to cenne minuty, które mogły skończyć się tragicznie. „Husaria” ostrzeliwana z obu stron odgryzała się z całych sił, nie ułatwiając zadania napastnikom. Kilka rakiet celnie ugodziło „Mahatmę” w jednostkę napędową, co spowodowało, że okręt na chwilę znieruchomiał. Ale jego działa i rakiety nadal kąsały, a myśliwce krążyły wokół, tu i ówdzie kłując stalowy pancerz „Husarii”.

Regina zameldowała, że statek ewakuacyjny jest gotowy. Doniesienia o walce w hangarze ustały, sytuacja prawdopodobnie została opanowana.

– Opuszczamy mostek – polecił Cichy. – Panie kapitanie, było mi bardzo miło, ale czas się pożegnać. Regan, wiesz co masz robić.

Porucznik Kronowski przytaknął. Cichy i Regina opuścili mostek i właśnie w tym momencie Bohun zerwał się z krzesła. Kronowski dał się zaskoczyć. Bohun uderzył czołem w twarz Regana, który poleciał do tyłu, brocząc krwią. Rogowiecki wyprowadził dwa celne kopniaki, które powaliły przeciwnika. Doskoczył i przygniótł go kolanem. Z niemałym wysiłkiem wyszarpnął przytroczony do uda porucznika nóż i rozciął więzy. Chwycił karabin i z całej siły zdzielił kolbą Regana. Ten padł nieprzytomny.

Statek zatrząsł się znowu. Światła na mostku nerwowo zamrugały. Kapitan Rogowiecki dopadł do stanowiska kontrolnego i spojrzał na ekran. Do walki włączyły się polskie myśliwce. Trwała zacięta gonitwa w przestrzeni między „Husarią” a „Mahatmą”. Zwinne „Łosie” lawirowały między hinduskimi su, rażąc je seriami z broni maszynowej. Bohun skojarzył fakty i nawiązał połączenie z hangarem.

– Pułkowniku Tomala, odbiór.

– Tu Tomala – odpowiedział głos w słuchawce. – Bohun, to ty?

– Tak. Jaka sytuacja?

– Przejęliśmy kontrolę nad hangarem. Dostaliśmy małe wsparcie ze strony jankesów. Wysłałem myśliwce do osłony statku. Co u ciebie?

– Mostek czysty. Cichy w towarzystwie kobiety androida i trzech husarzy zbliża się do ciebie. Bądź gotów, ja ruszam za nim.

– Co z Bieńkowskim?

– Nie żyje.

Pułkownik zaklął.

– Dobra, szykujemy się.

Adam już miał opuścić mostek, gdy spojrzał na ekran wyświetlający program telewizji publicznej. Spikerka podawała właśnie najnowsze wiadomości.

– Chaos i panika – powiedziała. – Tak nasi reporterzy określają sytuację w Polsce. Większe miasta w kraju ogarnęły zamieszki. Jednostki policji wsparte gwardią cywilną i wojskiem próbują zaprowadzić porządek. W odpowiedzi na zniszczenie baz wojskowych na Krymie, Wspólnota Muzułmańska zmobilizowała swoje siły w Okręgu Kaliningradzkim. Grupy uderzeniowe koncentrują się na granicy polskiej. Doszło już do wymiany ognia. Tymczasem otrzymujemy sprzeczne komunikaty z Europy i z Rosji. Część polityków próbuje uspokajać, zapewniać, że do wojny nie dojdzie, inni ogłaszają koniec polityki ugodowej i rozwiązanie sytuacji raz na zawsze. W swoim orędziu prezydent USA Nancy Everest oznajmiła, iż Stany Zjednoczone nie podejmą żadnej akcji zbrojnej, dopóki liderzy Europy środkowo – wschodniej oraz Indii nie przedstawią swoich stanowisk. Zapytana o paraliż w NATO oznajmiła, że winni tej bezprecedensowej napaści zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Niejasne stanowisko państw Wspólnoty Muzułmańskiej postawiły w stan gotowości wszystkie siły ONZ i NATO na Bliskim Wchodzie. Ale brak zintegrowanego systemu dowodzenia Paktu uniemożliwia podjęcie jakichkolwiek wiążących decyzji. Wszyscy czekają na orędzie prezydenta RP Czesława Handke – Lipowskiego, który razem z innymi prezydentami państw Europy środkowej nadal przebywa w Belwederze.

Adam poczuł się słabo. Obrazy dymiących miast, zamieszek w Warszawie i Trójmieście oraz wstrząsające zdjęcia ze wsi zniszczonych atakiem nuklearnych spowodowały, że Rogowiecki na chwilę zapomniał co miał zrobić.

 

***

 

Drzwi do hangaru stały otworem, a wewnątrz ustawionych było kilka husarzy. Zachowując ostrożność Cichy posłał najpierw roboty. Trzy droidy wmaszerowały do środka i natychmiast znalazły się pod ostrzałem broni maszynowej. Husarze, nad którymi przejął kontrolę pułkownik Tomala otworzyły ogień. W hangarze zaroiło się od kul. Pociski ze świstem cięły powietrze. Regina nie zdążyła się ukryć. Kule przeorały jej ciało zasypując korytarz polimerowymi odłamkami szkieletu, a płyny systemowe ochlapały framugę. Cichy biegł już w głąb korytarza, dzięki czemu uniknął śmierci. W drodze przeładował pistolet. Nie był pewien dokąd uciekać, na razie ważne było oddalić się od hangaru. Usłyszał za sobą głosy nadbiegających żołnierzy. Przestraszył się nie na żarty, ale biegł dalej. Dotarł do tunelu transportowego. Po kilkudziesięciu metrach sprintu zamarł i skrył się we wnęce. Drogę zastąpił mu Bohun.

– Halicz! – Krzyknął kapitan. – Dosyć tego. Poddaj się w tej chwili, bo nie będę się cackał.

Cichy wyskoczył z załomu i strzelił. Kule wbiły się w beton, a Bohun odpowiedział serią. Apatryda stracił równowagę, kiedy jeden z pocisków urwał mu nogę poniżej kolana. Posypały się metalowe kręgi syntetycznych mięśni. Bohun zrobił kilka kroków w bok trzymając Cichego na muszce. Ten próbował dosięgnąć pistolet, ale Adam nie pozwolił na to. Krótka serią strzaskał dłoń terrorysty. Tym razem polała się krew, a ranny wrzasnął z bólu. Żołnierz podszedł do leżącego.

– Nie ruszaj się, bo strzelam – ostrzegł.

Cichy mlasnął dwa razy i usiadł pod ścianą. Spojrzał na Rogowieckiego.

– No to teraz pan kapitan jest górą. I co dalej?

– Dalej poczekamy na wsparcie. Skujemy cię i wpakujemy do najciemniejszego więzienia, jakie tylko znajdziemy.

Cichy zaśmiał się, poprawił tłuste włosy, rozmazując krew na twarzy.

– Biedny pan kapitan. Nic jeszcze nie rozumie. Jeżeli mnie nie zabijesz to ja nie trafię do żadnego więzienia. Przynajmniej nie oficjalnie.

– Proszę, dalej cierpisz na przerost formy nad treścią.

– Nie, mój miły. To ty masz złudzenia. Pomyśl przez chwilę. Komu tak naprawdę byłaby na rękę ta akcja? Ha? Jak sądzisz? Mi? Owszem, w pewnym sensie, tak jak ci to wcześniej tłumaczyłem.

– Zamilcz.

– Nie mój miły. Pora na fakty. Chodziło mi przede wszystkim o kasę. Wielką furę kasy, którą chciałem zainwestować we własną działalność. A kogo stać na moje usługi, no? Kto skorzysta na tym pierdolniku? Tak tak, mój miły. Widzę, że  zaczynasz rozumieć. To dobrze, bo przecież pracujemy dla tych samych ludzi. No nie? Twój prezydent nie będzie zadowolony, jeżeli stanie mi się krzywda. Czyli jego największej życiowej inwestycji.

– Zgłupiałeś.

– Oj panie kapitanie, naiwny panie kapitanie. Spotkamy się kiedyś na neutralnym gruncie i porozmawiamy o tym co się dzisiaj wydarzyło. A teraz, jeśli pan pozwoli, udam się w swoją stronę. Nie mam ochoty odgrywać tej szopki z aresztowaniem i procesem. Oszczędźmy trochę kasy podatników.

– Nie ruszaj się.

Terrorysta nie reagował. Podpierając się ściany, starał się podnieść.

– Nie ruszaj się mówię.

Cichy z trudem podniósł się. Nagle wyszarpnął z rękawa krótki metalowy pręt i zaatakował. Uderzył w karabin Bohuna i poprawił lewym sierpowym. Adam był przygotowany. Bez trudu odbił cios, obrócił się i wypalił. Trzy kule przeleciały przez korpus apatrydy i zaryły w ścianę. Cichy padł bez ducha.

 

***

 

Na Wiejskiej panowała cisza. Kilka ekip telewizyjnych próbowało prowadzić transmisję, lecz widok wojskowych patroli i stacjonujących czołgów pozbawił ich rezonu. Dziennikarzy oddzielał kordon wojskowych barier oraz cztery baterie rakiet przeciwlotniczych wokół których krążyło kilka opancerzonych husarzy. Prowizoryczna baza rozstawiona wzdłuż Pięknej wydała właśnie pozwolenie na lądowanie. Przed gmachem sejmu RP wylądowała czarna limuzyna. Kapitan Rogowiecki i sierżant Nowak wysiedli i skierowali się do wejścia. Eskortowani przez oficerów kontrwywiadu, dotarli pod salę przesłuchań. Kartka przyczepiona do framugi głosiła: „Obrady komisji sejmowej numer dwa jeden jeden zero siedemnaście w sprawie napaści zbrojnej na okręt ORP „Husaria”. W głębi korytarza reporterzy próbowali robić zdjęcia, jednak strażnicy skutecznie im to uniemożliwiali.

Młody stanął w korytarzu i starał się poprawić mundur. Bohun usiadł na ławce pod ścianą i wpatrzył się w telewizor. Migające obrazy pokazywały trwające w przestrzeni kosmicznej walki oraz polskie kolumny pancerne zbliżające się do wschodniej granicy z Ukrainą. Bohun oglądał amerykańskie jednostki lądujące na Ganimedesie, który do tej pory wolny był od jakichkolwiek wojsk. Komentatorzy zaznaczali, że co prawda nikt jeszcze nikomu wojny nie wypowiedział, ale wszystko wskazuje na to, że dziś lub jutro sytuacja wreszcie się wyjaśni. Było to ważne, ponieważ systemy broni nuklearnych na Ziemi i w całej zasiedlonej przez ludzi przestrzeni czekały tylko na sygnał. Wiele miało zależeć od orędzia polskiego prezydenta, który za parę minut miał wystąpić przed kamerami.

– Dość już mam tego – stwierdził Młody. W jego głosie zabrzmiało głębokie zmęczenie.

– Czego?

– Tych idiotycznych przesłuchań. Ile można? – Zżymał się Młody. – Wpierw sąd wojskowy, potem prokuratura, kontrwywiad i teraz jeszcze to. Kurwa mać, Adam, po jaką cholerę ci przeklęci politykierzy biorą się za przesłuchania? Od kiedy to sejm ma działać jak sąd, co?

– Od dawna, bracie, naprawdę od dawna. Ale niezmiennie jest to jedna wielka szopka.

– Bez sensu.

Na korytarzu nadal panowała cisza. Relacje z telewizji brzmiały coraz groźniej. Międzynarodowe agencje podały, ze godzinę temu polskie, czeskie i węgierskie siły desantowe otoczyły hinduskie kopalnie krzemianów na Kallisto. Bohunowi nie chciało już się tego słuchać.

– Adam – zagadnął Młody. – Muszę coś ci powiedzieć.

– Mów.

– Na statku, kiedy poszliśmy we trzech na poziom rakietowy…

– Wiem Krzysiek. Wiem. Chodzi ci o Wilka, tak? Domyśliłem się.

– Tak, ale nie do końca o to. Widzisz, jak już było po nim, znaczy po Wilku…

Młody usiadł obok Adama, oparł łokcie na kolanach i głęboko westchnął.

– Chodzi o to, że jak zaczęli odpalać rakiety ja się bardzo przestraszyłem. A Jacek był nieprzytomny i go niosłem. Ale potem już było tak gorąco, że nie dałem rady. Upadłem, a Jacka upuściłem. I wiesz, wtedy go zostawiłem. Nawet nie pomyślałem, żeby go wciągnąć ze sobą. Tłumaczę sobie, ze nie dałbym rady nas obu, było za gorąco, można się było udusić…

– Miałeś jasno postawione rozkazy. Jesteś żołnierzem, więc musiałeś je wykonać. Dzięki tobie Amerykanie wysłali wsparcie na „Husarię” i Tomala zajął hangar. Gdyby nie to, Cichy pewnie by uciekł.

– Tak, rozumiem. Ale ja go widziałem. Bohun, ja patrzyłem na Jacka jak się smażył.

– Dość. Weź się w garść. Nie zrobiłeś nic złego.

– Ale…

– Cicho. Posłuchaj tego.

Na ekranie pojawiła się umartwiona twarz prezydenta RP. W trójwymiarowym tle powiewały flagi Polski i Unii Europejskiej.

– Rodacy – powiedział Handke – Lipowski. – Zwracam się do was dzisiaj w trosce o bezpieczną przyszłość naszego kraju. Wydarzenia ostatnich trzech dni zaskoczyły nas wszystkich. Podstępny atak dawnego partnera ugodził nas w samo serce. Wiemy już dziś, że w centralnej części naszego kraju zginęło ponad sto tysięcy ludzi. Nie mam słów by wyrazić swój smutek wobec tych z nas, którzy stracili członków swych rodzin. Słowa współczucia spływają do nas z całego świata. Chwilę temu odbyłem rozmowę z panią prezydent Stanów Zjednoczonych Nancy Everest, która wyraziła swój smutek, oraz pełne wsparcie dla naszych akcji. Wszystkie kraje Unii Europejskiej jednomyślnie potępiły brutalne postępowanie Indii i uznały słuszność naszej akcji odwetowej. Ale nie czas teraz na łzy. Musimy zareagować. Nasi najbliżsi sojusznicy są zgodni, że przyszła pora aby skończyć z indyjską obłudą i zapędami imperialistycznymi. W obliczu unieruchomienia naszej zbrojnej ostoi, jaką był Pakt Północnoatlantycki, wespół z prezydentami Czech, Słowacji, Węgier, Litwy i Łotwy oraz Białorusi i Ukrainy postanowiliśmy powołać wspólny blok militarny, który będzie odpowiedzią na zbrojną agresję Indii. Kwadrans temu nasze ministerstwo spraw zagranicznych wysłało informację do ambasady Indii o wypowiedzeniu jej wojny przez Porozumienie Wschodnie. Czekają nas trudne chwile, lecz musimy działać, aby nie popełnić błędów, które w przeszłości kosztowały nas dziesiątki lat niewoli. W tej właśnie chwili do wszystkich obywateli Porozumienia została wysłana szczegółowa informacja na temat zachowania w stanie wojny. Proszę was o solidarność w tych trudnych chwilach, a przede wszystkim o zachowanie spokoju. Ministerstwo przestrzeni kosmicznej wstrzymuje do odwołania wszystkie loty cywilne. W miastach wprowadza się stan wojenny, ze względu na realne zagrożenie atakiem nuklearnym. Ponadto…

– No ładnie – skomentował Młody. – Czyli jednak wojna. Ciekawe kto na tym zarobi?

– Właśnie – mruknął Adam.

Drzwi do sali przesłuchań otworzyły się.

– Kapitan Adam Rogowiecki. Prosimy.

 

***

 

Bohun był już całą sprawą bardzo zmęczony. Przesłuchanie ciągnęło się w nieskończoność, posłowie co chwilę się kłócili, zrywali obrady, przepraszali się i znowu wracali do zadawania pytań. Co i rusz zarzucali sobie brak kompetencji, stronniczość, skupienie na partykularnych interesach partii i diabli wiedzą na czym jeszcze. W zasadzie na wszystkim tylko nie na meritum sprawy. Potem znowu któryś obrażał drugiego i tak w kółko. Zupełnie jak dzieci w piaskownicy. Szkoda tylko, pomyślał Bohun, że za pieniądze podatników i w czasie, w którym powinni skupić się na sprawach naprawdę istotnych. Ale Rogowiecki mając wyuczone poczucie obowiązku i wojskowej karności nie skarżył się. Odpowiadał rzeczowo i cierpliwie, nawet jeżeli pytania powtarzały się kilkakrotnie i nie miały nic wspólnego z tematem. Czekał tylko aż któryś z partii prawicowej zarzuci mu gejostwo co oczywiście dyskwalifikowałoby Adama jako wiarygodnego żołnierza. W zasadzie dopiero pod sam koniec zrobiło się trochę ciekawiej, kiedy opowiedział o sugestiach Cichego na temat roli prezydenta RP w zaplanowaniu spisku mającego na celu wywołanie wojny. Najgorsze było to, że po wysłuchaniu orędzia do narodu, Bohun zaczął się zastanawiać. W głowie mu się to nie mieściło, ale nie mógł teraz wykluczyć, że przynajmniej częściowo miało to sens. W końcu kiedy indziej Lipowski miałby okazję popędzić kota Hindusom, których wiadomo było nie od dziś, szczerze nie cierpiał? W jakich innych okolicznościach, jeśli nie w świetle ewidentnego zagrożenia mógłby skrzyknąć Porozumienie, ogłosić je paktem wojskowym i zagrać tam bezdyskusyjnie pierwsze skrzypce? Nie, to za dużo. To było uszyte zbyt grubymi nićmi. Najwyraźniej też nie tylko Bohun miał problem z uwierzeniem w tą cześć historii. Minister Andrucki, który wcześniej wydawał się mocno znudzony, nagle zaczął zadawać pytania i mocno wnikać. Adam zauważył, że jest to człowiek bardzo wpływowy, o którego względy zabiegali członkowie komisji zarówno lewicowi jak i prawicowi.

Minister przestrzeni kosmicznej Radosław Andrucki odezwał się po raz pierwszy od czterech godzin. Milczał odkąd rozpoczęło się przesłuchanie kapitana Rogowieckiego, ponieważ miał nieodmienne wrażenie straty czasu. Całe to przedstawienie było według niego niepotrzebne, podobnie jak każda inna komisja sejmowa. Ale wziął w niej udział, ponieważ sprawa dotyczyła również jego resortu i w razie jakiś ciekawych zeznań wolał usłyszeć to sam, niż przypadkiem dowiedzieć się z telewizji. Teraz jednak bardzo się zaniepokoił tym, co mówił żołnierz.

– Mam więc rozumieć – powiedział Andrucki, – że rozmowa odbyła się w momencie, kiedy miał pan Halicza na muszce i groził mu śmiercią?

– Tak. Chciałbym tylko zwrócić uwagę, iż określenie „grozić mu śmiercią” jest nieadekwatne do sytuacji. Ostrzegłem tylko jeńca, że będę strzelał, jeżeli ten natychmiast się nie podda.

– Rozumiem – przytaknął Andrucki. Minister miał wrażenie, że Rogowiecki jest jedyną na tej sali istotą myślącą, z która można się normalnie porozumieć. – Nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. Zmierzam jednak do konkretu. Czy przyzna mi pan, że jeniec mógł w tamtej sytuacji zmyślić taką wersję wydarzeń, żeby zyskać na czasie?

– W normalnych okolicznościach przyznałbym panu rację. Jednak w tym wypadku nie mogę.

– Proszę wyjaśnić.

– Pamiętam dokładnie przebieg zdarzeń i każde słowo jakie padło w trakcie mojej rozmowy z Haliczem. Dokładnie kojarzę, że taka sugestia po raz pierwszy nie pojawiła się pod groźbą zagrożenia życia, lecz w momencie kiedy byłem jego jeńcem. Co zresztą już kilkakrotnie cytowałem. Po drugie. Moja drużyna rozpracowywała Halicza i jego Anarchy Society przez kilka lat. Zdążyłem przez ten czas poznać go, choć spotkaliśmy się tylko dwa razy. I jestem przekonany, że nie był on człowiekiem, który w takiej sytuacji zmyśla. Wręcz odwrotnie. Jego psychika miała charakter kompulsywny. I mimo ewidentnie wysoko rozwiniętych zdolności dalekosiężnego planowania, w kwestiach emocjonalnych był on bardzo bezpośredni. Potocznie można by rzec, że był to człowiek szczery.

– To skandal! – Wrzasnął poseł Żelicha, członek Partii Narodu Polskiego. – Jak pan może wyrażać się pozytywnie o zbrodniarzu? Przecież…

Poseł zamilkł pod karcącym spojrzeniem Andruckiego.

– Niech pan kontynuuje – zachęcił minister. Bohun miał wrażenie, że rozmówca był nie tyle zaaferowany, co wręcz zdenerwowany.

– Dziękuję. Chciałbym zwrócić panu posłowi Żelisze uwagę, że nie wartościowałem swojej wypowiedzi. Nie miała ona ani pozytywnego ani negatywnego wydźwięku. Wracając do sprawy. Nie wydaje mi się, aby Cichy zmyślał. Cokolwiek powiedział, był przekonany o słuszności swoich osądów.

– Przeglądam pana dossier – wtrącił minister – i widzę, że prócz wielu innych zdolności, jest pan również psychopatologiem.

– Charakter pracy mojego oddziału wymagał dogłębnego poznania ludzkiej psychiki.

– A jednak przeoczył pan znamiona zdrady wśród swoich.

Bohun lekko drgnął. Andrucki nacisnął bolące miejsce.

– Panie ministrze. Byłem szkolony do tropienia psychopatów i terrorystów, a nie łasych na pieniądze zdrajców.

Minister pokiwał głową. Minę miał marsową.

– Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem pańskich dokonań w dziedzinie walki z terroryzmem, konkretnie z bezpaństwowcami. Proszę nie zaprzeczać, naprawdę jest tutaj co pochwalić.

Andrucki zawiesił głos i ciężko westchnął. Milczał przez chwilę.

– Szkoda, że mam przyjemność poznać pana w takich okolicznościach.

– Dziękuję.

Andrucki rozparł się na fotelu i głęboko zastanowił. Wreszcie poprosił o przerwę w obradach. Miała być to pierwsza od początku przesłuchania przerwa, której przyczyną nie była awantura między posłami. Komisja rozeszła się, a minister przestrzeni kosmicznej zniknął w kuluarach. Bohun wstał, żeby rozprostować kości i ruszył do zakątka w którym nieoficjalnie można było palić. Z przyjemnością zaciągał się papierosem, kiedy podeszło do niego dwóch oficerów kontrwywiadu.

– Panie kapitanie – powiedział jeden z nich. – Pozwoli pan z nami na chwilę.

Była to prośba z kategorii tych, którym się nie odmawiało. Bohun przedłużał chwilę odpowiedzi tylko po to, by jeszcze ze dwa razy wciągnąć dym papierosa. Wreszcie poszli. Kapitan zdziwił się, gdy oficerowie zaprowadzili go do windy i zjechali do schronu przeciwatomowego. Po przebyciu długiego betonowego tunelu, weszli do pokoju w którym czekał minister Andrucki.

– Panie kapitanie, niech pan usiądzie.

Rogowiecki nie spodziewał się tajnych układów z politykami. Odsunął krzesło i usiadł.

– Rozumie pan w jakiej znajdujemy się sytuacji? – Zapytał minister.

– Co ma pan na myśli?

– Polska jest w stanie wojny z bardzo groźnym przeciwnikiem. Rozumie pan, że w tej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na żadne, absolutnie żadne niepokoje wewnątrz własnych szeregów?

– Oczywiście – odparł dość niepewnie Bohun.

– To dobrze – powiedział Andrucki, który wyglądał na przygnębionego. Spojrzał ponad głową kapitana i kiwnął na oficerów kontrwywiadu. Bohun usłyszał za sobą szczęk odbezpieczanej broni.

 

***

 

Alfredowi cała historia bardzo się nie podobała. Porządek, jaki utrzymywał w domu kapitana Rogowieckiego legł w gruzach. Oficerowie kontrwywiadu przetrząsali każdy kąt nie dbając o ułożenie rozrzuconych przedmiotów. Większość ubrań wylądowała na podłodze, podobnie jak książki i prywatne zapiski. Android posłusznie udostępniał oficerom kolejne pomieszczenia, w których chcieli dokonać rewizji. Z tego co wyczytał w sądowym nakazie szukali dowodów zdrady w sprawie o napaść na statek macierzysty kapitana. Alfred nie do końca rozumiał w czym rzecz, ale nadal nie podobało mu się zachowanie ludzi.

– Panowie – powiedział jeden z oficerów. – Słuchajcie tego.

Agenci zebrali się w pokoju i wpatrzyli w ekran. Alfred podążył w ślad za nimi. Mógł tylko bezsilnie obserwować jak wojskowi bez krzty szacunku traktowali rzeczy jego panicza. Dopiero po chwili zorientował się, że telewizja podawała informacje związane z właścicielem Alfreda.

– Kapitan Adam Rogowiecki znany pod pseudonimem „Bohun”, zasłużony w wielu akcjach przeciw terroryzmowi bezpaństwowców, został zabity podczas próby ucieczki z gmachu sejmu RP. Oficjalne źródła podają, że zagroził on bronią ministrowi Andruckiemu, który prowadził przesłuchanie sejmowej komisji śledczej w sprawie zbrojnej napaści na okręt ORP „Husaria”. Według świadków minister zaproponował podejrzewanemu o zdradę Rogowieckiemu łagodny wymiar kary w zamian za pełne zeznania. Oficer postanowił wziąć ministra jako zakładnika, lecz gdy się to nie udało, chciał zbiec. Znajdujący się na miejscu wojskowi otworzyli ogień do zbiega. Rogowiecki zmarł w drodze do szpitala.

– Skurwiel – zaklął jeden z oficerów. – Dobrze mu tak.

Po wysłuchaniu informacji oficerowie wrócili do przeszukania. Alfred został na miejscu i tępo wpatrywał się w ekran. Jego system zawiesił się i nie był w stanie zresetować.

 

Koniec.

Koniec

Komentarze

"i wznowili wymianę" ciosów. Plus przecinek tu i tam. Jedyne, czego mógłbym się czepić, gdybym chciał - ale chcieć się tutaj czegoś czepiać to byłoby nie w porządku.
Dobre SF. W pierwszej chwili zaskoczenie, byłem przygotowany na jakieś sarmackie klimaty... a tu zaskoczenie, na plus:) Czekam na dalszą część.
A myśliwce wielozadaniowe "Łoś" rządzą!!!!!:D:D:D

Nightcrawler, this is Jack, where to hell are you? - wyłapałem jeden błąd. Powinno być "the hell".

Poza tym jest bardzo dobrze. Zręcznie napisane. Ciekawe pomysły, które już po tym pierwszym fragmencie sugerują, że ten świat niedalekiej przyszłości został starannie przemyślany - to duży plus.

Jedyny minus - czuję niedosyt. Czekam na kolejną część ;)

Bardzo dobre. Po prostu. I styl i pomysł. Skróciłabym wstęp.

"przyłożył kolbę do policzka" - niech tego na przyszłość nie robi. Przynajmniej jeśli zależy mu na zębach.
 "Jack padł na ziemię(...), uniósł oddając kolejną salwę" - A to go było kilku? Salwa to jednoczesny wystrzał z wielu sztuk broni.
"lecz ładunek kumulacyjny pancerza przejął energię pocisków" - Pancerz może mieć raczej ładunek reaktywny, ale nie jestem pewien, czy takowy miałby zastosowanie w przypadku pancerzy żołnierzy piechoty. Ładunki kumulacyjne stosowane są w pociskach przeciwpancernych.
Żart z Windowsem mogłeś sobie darować :P.
I uważaj z słowem "droid", Lucas zastrzegł go sobie i teoretycznie nie może on być używany w produktach komercyjnych bez zgody Lucasfilm. To tak nawiasem, gdybyś kiedyś coś wydawał :D.
W sumie, pomimo tego, że tyle narzekałem, to spodobało mi się. Jest nieco błędów, miejscami widać, że brak ci jeszcze nieco wprawy w pisaniu, ale perspektywy wydają się dobre. Jutro wezmę się za kolejne odcinki.

 

Minęło mnóstwo czasu odkąd opowiadanie trafiło na starą stronę i szczerze przyznam, zapomniałem o nim. Dopiero dziś zajrzałem na profil i mnie olśniło. No to niech sobie ten tekst funkcjonuje, mam nadzieję, że się spodoba smiley

Nowa Fantastyka
Patronujemy