- Opowiadanie: Jastek Telica - Pospolity paradoks

Pospolity paradoks

Prezentowana wersja jest odmienna od publikowanej w Silmarisie.

Przede wszystkim dłuższa, choć pojawiają się także usunięte stamtąd dowcipy. Co prawda tych aż tak bardzo nie żałowałem, poczuciem humoru nie grzeszę, za to historii doktor Joli było mi brak zasadniczo.

Rozumiem oczywiście potrzeby redakcyjne i przymus przycięcia jakże obszernej objętości do wymogów pisma, które musi wyznaczać granice, widzę też systematyczność, bo właściwie cały wątek przestał istnieć.

Ale żałowałem jak diabli!

Żeby wytłumaczyć czemu, rozpocznę od tego, jak mi się Paradoks pisał. Powstało osiem kartek formatu A4, a ponieważ praca na takich płachtach diabelnie niewygodna, więc złożonych na pół, co daje dwa razy więcej, choć wielkości A5, zmajstrowanych ręcznie i dwustronnie, ale czasem nieczytelnych, bo ja dzióbię jak kura pazurem, z nieposklejanymi wątkami, co przy literalnym przepisaniu dałoby mi ze dwadzieścia cztery strony typowo normalizowane w edytorze komputerowym. Ale oczywiście takiemu wpisywaniu towarzyszy pierwsza redakcja. Czyli wyszło jakieś trzydzieści siedem stron. Już jakoś ułożonych, przynajmniej na osi czasu, ale z dziurami.

Brakowało mi po prostu tego, czym jest opowiadanie, a mianowicie przekazu o ludzkim dramacie. Nie zapewnił mi go Włodek, zresztą on pojawił się później. Potrzebowałem kogoś innego. Czemu nie kobieta – spytałem siebie.

I wtedy ona się zgłosiła.

- Nie dasz rady – tak jej powiedziałem.

- Bo jestem kobietą? – zarzuciła mi.

- Będziesz płakać – ostrzegłem.

Ale uparła się, że udźwignie.

A później rzeczywiście gorzko płakała, kiedy złożyłem na jej barki to całe bezlitosne brzemię dwóch rajów – osobistego i zewnętrznego, stających się niedostępnymi ludzkiej codzienności, zaś jej Jasiek szukał mnie, by dać mi w ryja.

Wniosek taki, że wycięcie wątku Joli przyjąłem nielekko. To jakby nogi się pozbawić. Chodzić się da, protezę doprawiając, jednak to nie to samo. Dlatego publikowana tu jest wersja taka, która dla mnie pozostaje pełna. I z odmiennym zakończeniem, bo jednakże lubię happy endy.

Czytać.

A samemu używać, jak już zostaję do nich zmuszony.

Więcej opowiadać o tym opowiadaniu, a prędzej mikropowieści, nie trzeba.

Życzę przyjemnej lektury, na pewno nie okaże się krótka.

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pospolity paradoks

Niewątpliwie było to największe odkrycie w dziejach potomstwa Adama i Ewy.

Ze wszech miar przełomowe.

A zarazem wynalazek.

Ślepia ludzkości olśniły nieznane dotąd perspektywy, a objawiły się tak nieodkryte lądy, że bardziej nieznane po prostu niemożliwe.

Do dokonania tego, nie bójmy się przesadzić z entuzjazmem, boskiego dzieła, potrzebna była wiedza, zapał, nietanie laboratoria i warsztaty oraz diabelska wprost intuicja, rzecz prawie niespotykana wśród specjalistów pracujących nad rewolucyjnymi projektami, charakteryzująca za to wszelkiej maści domorosłych majsterkowiczów, którzy nie znają pojęcia niemożliwe. Słowem stał się prawdziwy cud.

Choć nie obyło się, rzecz jasna, bez nieodzownych przyborów wszelkich dużych i małych odkrywców i wynalazców, to znaczy gumki i kłębka drutu. Każdy rozumie, że bez nich nie ma jak.

Ale po porządku.

Prekursorskie rozwiązania zwykle zaprzeczają ustalonej sekwencji zdarzeń tudzież rutynie uprawianej przez ziewających cyników, co stracili wiarę w niepowtarzalne cuda. Tu zaczęło się od pewnego dziwaka, który cierpiąc na nadmiar czasu, a nie ulegając zgubnym nałogom, które wypełniłyby mu bardziej pożytecznie dzień niż hobbystyczne grzebanie na pograniczu fizyki i matematyki, rozpisał ekscentryczne równanie. Wywracające uznane prawidła do góry nogami. Posiadał nawet niejakie przygotowanie, ale założenie jakie przedstawił, dawało się określić jako co najmniej fantastyczne.

Biegał z tym, gdzie się dało. Dziarski staruszek. Podejmowano go herbatą i melisą, podsuwano krzesło, by cierpliwości nie nadwerężać, wszak apopleksja czyha na zapaleńca. Każdemu zdawał się nazbyt pobudzony, kiedy z żarem w oczach i drżącym z przejęcia głosem wyjaśniał nowatorskie znaczenie nieprawdopodobnej spekulacji. Czuł, że nie wzbudza zaufania. Lecz nie poddawał się łatwo. Zbywano go niby grzecznie.

Co nie uchroniło go od pokątnie wyszeptywanego miana pajaca. Ot dziadunio wariatunio, któremu naukowa sława się zamarzyła przed nieodległym zgłębieniem niebytu.

Śmichom chichom nie było końca.

Choć z drugiej strony jego postulat został stosownie udokumentowany i rozpisany bardzo skomplikowanymi wzorami, których w zasadzie nie dało się obalić. Rzetelna robota. Ale wnioski wiodły wprost do absurdu. Nikt się nie spodziewał, że kiedykolwiek ktokolwiek zweryfikuje tak zwariowaną teorię. Szaleńcy mogą skrobać, co im się żywnie podoba, praktyczne zastosowanie ich wymysłów należy do innego ciągu przyczynowo-skutkowego. Bardzo mocno związanego z finansowaniem. Co już nie romantyka, ani tym bardziej taniocha. Czyli, mówiąc bez ogródek, powstała ciekawostka dla plotkarskiego pisemka lub bzdura po wielekroć odradzająca jak mara w sieci, gdzie nic ostatecznie nie ginie. A powinno, chociażby dlatego, że upiory przynależą do porządku magicznego, nie naukowego.

Aż niespodziewanie pewien nieopierzony dzieciak, między jedną gierką a drugą, na jakimś zapomnianym przez Boga, inaczej naukowym portalu, obok piętnastu królów Polski sprzed Mieszka, natknął się również na powtarzaną co jakiś czas ową dziwaczną bzdurkę, by ot tak z głupia frant wystąpić o bajoński grant w celu doświadczalnej weryfikacji owego humbuga.

Nie miał pojęcia o systemie, że w nim wszystko ustalone raz na zawsze, mysz się nie przeciśnie, nawet dla niej za wąskie ucho igielne tego towarzystwa wzajemnej adoracji, a ideowcy zdechną z głodu, bo obowiązują regulowane zasady partnerstwa, że jak ty mnie podrapiesz po plecach, to ja tobie krzesełko przysunę, drugiemu wyrywając spod zadka, a mówiąc bardziej przyziemnie: wystąpię o odznaczenie i dotację. Przecież trzeba sobie pomagać. Każdy zrozumie, że to żaden nepotyzm, a po prostu wsparcie najlepszych. Nasi zawsze tacy. No nie?

On nikogo nie drapał, chyba, że sam siebie po jajcach, kiedy obżerając się pizzą, mordował kolejnego apokaliptycznego wroga dybiącego na dobrostan ludzkości. Taki społecznik.

A jednak przyznano mu subwencję.

Weryfikator albo nie dospał, albo oszalał. Kto tam zresztą wie. Postanowienia urzędnicze trudniejsze w interpretacji niż poezje Słowackiego mistycznego.

Fart początkującego.

Miał z czym wybrać się do firmy, która nie obawiając się ryzyka finansowego z powodu zewnętrznego przychodu funduszy, a widząc szansę na jakiś zysk, co nie zdarzało się jej często, dodała mu paru zwyczajowo zbijających bąki techników do przeprowadzenia stosownego i odpowiednio nietaniego eksperymentu. Postanowiono wykorzystać każdy grosik. Druga okazja wiadomo, że się nie trafi. Urzędnicze sito zostanie zacementowane. Na amen! Zmontowany w taki sposób zespół bawił się cudnie, wspólnie klecąc migoczące cudactwo, plamiąc przy tym co się dało keczupem i piwskiem. Oczywiście, jak to w takich przypadkach bywa pozbyto się połowy zbytecznych zabezpieczeń, by maszyneria działała sprawniej, za to nie obyło się bez taśmy klejącej, sznurka, gumki i drutu. To nieodzowne materiały zawsze używane w kraju, w którym owo przedsiębiorstwo miało jak dotąd jedyną siedzibę. Dodatki zwykle zdumiewająco trwałe. Ale to inna sprawa. W każdym razie powstało urządzenie oplecione kabelkami, błyskające diodami i wytwarzające niskie, nieprzyjemne dźwięki, od których motylki chodziły po jelitach. Tak eufemistycznie ujmując. Na pewno przemieniające dostarczaną energię. Nie obeszło się rzecz jasna bez porażenia i przypieczenia, skoro zabezpieczenia działały na słowo honoru, a bardziej na prowizorkę. Chwalebne rany konstruktorów. Godne orderów. Ale, cud prawdziwy, bo ogólnie mechanizm zadziałał. W taki sposób, że wytworzył dziurę, pochłaniającą na amen wrzucony w nią przedmiot. Absolutnie praktyczny wynalazek. Można by w ten sposób pozbyć się plagi dręczącej ludzkość czyli śmieci wytwarzanych przez każdy dział produkcji, od pinezek poczynając, na literackich wydumkach kończąc. Dotąd kosmos zdawał się za mały, by te odpadki pomieścić. Tyle że wymagana energia do sprokurowania dziury okazała się wprost astronomiczna. Znaczy złoto tańsze. Już zyskowniej byłoby te wszystkie zużytki wywozić frachtowcami do Afryki na przemiał do Pigmejów.

W zasadzie tak byle jak wykombinowane piekielne ustrojstwo nie powinno funkcjonować. Zaprzeczało prawom ludzkim i boskim. O naukowych nie wspominając, te lekceważyło dokumentnie, wzgardliwie pomrukując jak zadowolony kotek drapany za uszkiem.

Ale działało, pewnie z przekory, by zrobić respektowanym, szacownym zasadom na złość.

A dziura, mimo że gargantuicznie kosztowna, fascynowała. Badano ją. Wysyłano na przykład prosty samochodzik sterowany radiem z najtańszą kamerką umocowaną praktyczną taśmą i nieodzownym spinaczem. Przez dziewięć sekund zabawka transmitowała nieostry obraz, po czym przestawała.

Po drugiej stronie nie znajdowała się niezbędna dziura, dzięki której mogłaby wrócić, by wyjawić coś więcej.

Za to był inny świat.

Metodą prób i błędów opracowano procedurę. Granty sypały się jak brudy z odwróconego kubła, ale i firma sama z siebie też skwapliwie inwestowała. Prezesostwo czuło pismo nosem. Strzegąc przy tym pilnie dotychczasowych odkryć. Czyli wzrosło zatrudnienie w ochronie, a personel naukowy i techniczny musiał zrzec się prywatności w pracy, oddając komórki na przechowanie i udostępniając skrzynki mailowe. Konkurenci protestowali, wskazując na barbarzyńskie praktyki łamania praw wszelakich, lejąc krokodyle łzy nad nieszczęśnikami, wyzyskiwanymi w niecywilizowany sposób.

Cóż za wzruszająca troska w bezdusznym świecie firm żyłujących pracowników na gównianych umowach o dzieło.

Więc altruistyczna akcja spaliła na panewce.

Oczywiście rywale, kiedy zawiodły metody proceduralne, bynajmniej się nie poddali. A mając poparcie swych wielkich, zamożnych, wręcz mocarstwowych państw, sami usiłowali na własnym podwórku stworzyć porównywalne zespoły badawcze, które dorównałyby osiągnięciom tego z zaściankowego, dziwacznego i zawsze jakoś nietypowego kraiku.

Wszelkie wysiłki spełzły na niczym.

Bądźmy uczciwi, nie dlatego, że nie dokładano starań lub szczędzono środków, po prostu te ośrodki z ustabilizowanych imperiów zachowywały się racjonalnie, zgodnie z pracowicie wytworzonym, sprawdzonym, metodycznym procesem, na jaki składali się fachowcy w swoich dziedzinach, sprawni technicy oraz menedżerowie pilnujący postępu prac. Błysk i bezlik systemów zabezpieczających. Słowem opisane zadania, rzetelna kontrola, klarowna procedura, regularne sprawozdania i konferencje, gdzie pito tylko kawę czarną jak smoła, przegryzając z rzadka dietetycznymi krakersami.

Żadnej improwizacji.

Stąd klęska.

Stwarzanie korytarzy zaprzeczało rozsądkowi. Tylko ten, kto radził sobie z łączeniem sprzeczności mógł coś takiego z powodzeniem przeprowadzić.

Czyli jakiś zespół z kraju paradoksów, gdzie mówiąc wprost, wybornie zadomowiła się prowizorka. A ktokolwiek z nią zaczynał, ten się kończył.

Rzecz jasna każdy wiedział, że trafiono na żyłę złota. Która stała się przy tym absolutnie pewna, odkąd opracowano procedurę powrotną. Nie okazała się ona zbyt skomplikowana. W miejscu lądowania w innym wymiarze dość długo utrzymywał się ślad zużytkowanej energii. Nic nie ginie ostatecznie. Niewczesne majaki. Wystarczało dość proste urządzenie, by wytworzyć dziurę o koniecznym potencjale. Sondy zaczęły być odzyskiwane. Żadna z wcześniej zaginionych nie została zniszczona. Tkwiły tam, gdzie trafiły, gdy energia im się wyczerpała.

W tym nowym świecie.

Nieprzyjaznym. W zasadzie to nic tam nie było. Choć oczywiście posłano misję badawczą. Wtedy okazało się, że dziura posiada ograniczenia pod względem rozmiarów, ciężaru oraz gęstości. Przedostający się obiekt nie mógł mieć większej średnicy niż sto dziewięćdziesiąt jeden centymetrów i ważyć więcej niż tysiąc sto kilogramów. Badacze w skafandrach musieli zatem kucać w skonstruowanej sferze. Dość pociesznie wyglądali. Było ich dwóch. Lecz mimo niestosowności sytuacji przeszli do historii.

– Poznajemy obce światy, by odkryć jacy jesteśmy, a później samych siebie odmienić na pożytek całej ludzkości – górnolotnie perorował pierwszy.

Z natury metodyk, więc przed lustrem przygotowywał się długo i starannie, pracowicie wykrzywiając gębę, by wyćwiczyć stosowne miny, a na dyktafon nagrywał przemowę, by dopasować tembr głosu.

Drugi poszedł na żywioł. Istny szałaput.

– Czołem, Ziemianie! – dowcipnie skierował przesłanie do odbiorców.

Przeszedł do historii jako typowy, niereformowalny jajcuś, ale to później, wcześniej obydwaj znikli, bo dziewięć sekund minęło.

Trochę się po tym innym świecie pokręcili, po czym wrócili z próbkami.

Oczywiście zmieniło się wszystko.

Choć nie natura samych ludzi. Bo mimo, iż trafiali do całkiem nowego wymiaru, to sami w głębi swej istoty pozostali takimi, jakimi byli dotąd.

Od początku do końca.

Rzecz jasna nie każdy świat zaraz stanął otworem, a tylko ten, do którego prowadził stosowny korytarz. Ale podobny tunel zespół badawczy znalazł w wyniku ignorancji jednego z techników, który zmagając się z kacem, pomylił przyciski. Po czym poszło. Ilość odkrywanych dziur rosła w postępie geometrycznym. W rezultacie akcje przedsiębiorstwa się pięły. Niebotycznie. Odnotowywano wzrastającą ilość przypadków nerwowych załamań z towarzyszeniem nagłych zasłabnięć akcjonariuszy. Jeden taki bardzo ascetyczny ateista, choć przy tym tradycyjny, bo we flanelowej koszuli w kratę, z brodą plecioną w wikińskie ogonki, co nawet nie tyle stanowiło przybrany przezeń wizerunek czciciela Odyna, co było jego stuprocentową tożsamością, w wegańskiej restauracji wręcz posikał się podczas posiłku.

A nawet tego nie poczuł.

Mocz leciał mu na fikuśne skarpetki w sandałkach, kiedy z trudem przełykając sojową latte i skubiąc zdrowy pasztet z grochu oraz cukinii, na który ostatni grosz wydał, obracając na palcu obrączkę z napisem ŻYWIĄ Y BRONIĄ, patrzył na notowania giełdowe wyświetlane na mikroskopijnym monitorku zdezelowanego telefonu, który, jak to pospolity badziew, rzadko miewał ochotę współpracować, szeptał przy tym:

– Chrystusie Zbawicielu, to kuźwa, najbardziej popierdolony cud. Nie wierzę!

A później ściskając ten swój zużyty aparacik, w tym przypadku klucz do wrót raju, bojąc się, że ktoś mu to szczęście ukradnie, równocześnie płakał i śmiał histerycznie. Umierając ze strachu, że jak to zwykle bywa z przedstawicielami tego kraju czy to postępowymi, czy tradycyjnymi, czy wreszcie dwoma w jednym, że co się ledwie polepszy, to zaraz koniecznie w dwójnasób popieprzy.

A on w jednej chwili został multimilionerem. Szczęściarz, choć podobno pieniądze nikogo takim nie czynią.

Czuł, że złapał Pana Boga za nogi.

Raj!

Zasoby świata stanęły przed nim otworem.

I z tych wszystkich zachwycających dziwów mógł wreszcie do woli czerpać pełnymi garściami.

Zamorzony pan świata.

 

* * *

 

Włodzimierz najbardziej lubił nocne zmiany, kiedy do samego rana tłukł ściągnięte z netu seriale, i to było właściwe określenie jego uczuć żywionych wobec wykonywanej pracy. Wychodzący wieczorem pracownicy żegnali go grzecznym „do widzenia” albo z wielkim zaangażowaniem stukali esemesy do kumpli od przewracania kręgli, światu pośledniejszemu nie racząc skinąć nawet głową, obrazując w ten sposób własny stosunek do reprezentującego go ciecia.

Byli kimś.

On nikim.

Nie przejmował się tym wcale, byle mógł oglądać kolejne odcinki z laptopa. W zasadzie niczego więcej nie pożądał od życia, ani nie oczekiwał, a już najmniej prestiżu i szacunku. Sypiać przecież nie mógł. Sny gryzły. Więc czuwając, czasem miał wrażenie, że urządził się, jak u Pana Boga za piecem. Nigdy nie miał specjalnie wysokich wymagań. Nażył się tak w niekrótkim życiu, że nie potrzebował sytuowania się jako „ktoś” w ramach społeczeństwa.

Gówno go ono obchodziło.

Do uszu wkładał dyskretne słuchaweczki i siedząc w dyżurce, udawał, że spogląda na wychodzących, bo ekran tak ustawiał, że w zasadzie nie dawało się poznać, by obchodziło go cokolwiek innego. Znał się na robieniu wrażenia służbisty.

Basia zmywała. Zawsze lała za dużo wody, a później się piekliła, jak jej ktoś łaził po mokrym, co musiało się zdarzyć, bo przez ten potop podłoga prędko nie wysychała. Rzecz jasna z dąsami nie zdradzała się przed pracownikami, woląc im nie podpadać, ale do Włodka zanosiła żale, żądając zrozumienia. Kiedyś jej tłumaczył popełniany błąd. Nic nie zmieniła. Niereformowalna. Później potakiwał, udając zainteresowanie, z tymi słuchawkami w uszach, chłonąc równocześnie serialowe perypetie. Uwielbiał śledzić pospolite życie. Trochę zeza od tego dostawał, bo równocześnie musiał i na nią patrzeć. Ale choć Basia była niczego, posiadając wiele z tego, na czym miło oko zawiesić, to była z niej młódka, więc do niej nie startował. Nie jemu już chodzić w koperczaki do smarkatych, nawet jeśli taka małolatka dobiegała już pod trzecią dychę. Włodek miał już za sobą sześć, plus niejaki narzut. Na szczęście szpiegowanie cudzego fikcyjnego życia wystarczało mu za rzeczywiste własne.

Siedział tak w dyżurce, oglądał nasty odcinek nie pierwszego sezonu, dobrze się bawił i właściwie tym się zadowalał, kiedy taka jedna paniusia, która nigdy do niego ani z „dzień dobry”, ani z „do widzenia”, z dupą powyżej nosa, trzeba przyznać, że taką co na niej piwko można postawić bez strachu, że spadnie, wlazła wprost na basine zmywanie. I tam się zachwiała, a co trzymała w rękach, to puściła.

Włodek westchnął. Musiał zareagować. Wyjął słuchawki, odepchnął laptopa.

– Pomogę pani – zamruczał.

– Nie trzeba – prychnęła.

Dziwne, usłyszała stróża.

Ale on już wylazł. Kindersztuba! Basia krzywiła się, ściskając mopa i patrząc na te wszystkie kartki zaściełające podłogę, którą będzie musiała zmyć ponownie, z tej tylko przyczyny, że jakaś niewyżyta mróweczka zasiedziała się do późna, a pracę do domu zabierała. Szlag by ją trafił, gorliwość gorsza od faszyzmu.

Włodek podniósł jedną kartkę, lala natychmiast mu ją wyrwała. Ale nim to uczyniła, zdążył zerknąć, by przeczytać nagłówek: „TOP SECRET”. Grubą czcionką, czerwoną jak krew i wołami zamiast liter. Takich materiałów nie było wolno wynosić poza tajną pakamerę przy archiwum, a już na pewno nie z budynku.

Ale co mu do tego.

Spojrzał jednak na lalunię.

Chrząknął.

Była tak zdenerwowana, jakby przyłapana na jakiejś zbrodni.

– Chyba nie wolno – sapnął.

Nie wczuła się w innego człowieka, więc całkiem go nie zrozumiała. Albo opacznie. Znaczy po swojemu. Czyli w stu procentach błędnie.

Wprawdzie Włodek tyrał w ochronie, ale nie na takie przewały przymykał oko. W swoim czasie przecież robił w służbach, olewając procedury z takim zuchwalstwem, że nawet przełożeni się wzdragali. Tak gorliwie walczył z faszyzmem, z nieopisanym oddaniem podlizując się ówczesnej władzy, że nie marzył o przejściu późniejszej demokratycznej weryfikacji. To się jej nawet nie poddał. Etat diabli wzięli. W rezultacie zostały mu już tylko jakieś chałtury. Machał na wszystko ręką jako człowiek niewymagający. Trudno, wprawdzie takie wysługiwanie się burżujom, to istna zdrada ideałów, ale one przeminęły wraz z latami młodymi. Dlatego teraz panience dawał do zrozumienia, oko mrużąc. I gdyby ta dziunia dała mu na pół litra, to by ją w rękę pocałował, a tajną dokumentację pomógł zanieść do auta. I schować tak, by nikt nie znalazł.

A znał się na tym, jak rzadko kto.

Fachman!

Ona jednak zachowała się całkiem nieracjonalnie.

Spanikowała.

Amatorka.

Po wydarciu kartki stróżowi, biec chciała, on wciąż z dołu patrzył, podnóżek nie człowiek, a jednak odruchowo złapał za to, co miał pod ręką. Jej łydkę. Podskoczyła, jakby co najmniej za zadek. Obrażalska. Tylko but mu został. Ściągnął go wraz ze skarpetką. Ona syknęła, mimo wszystko gotowa dać drapaka. Nóg jednak nie mogła stawiać solidnie, bo nie znajdowały się na tym samym poziomie. Nie to jednak najwięcej jej zaszkodziło, a basine rozlewisko. Szczególnie zdradliwe dla zbiega na bosaka. Amatorka poślizgnęła się i wyłożyła jak długa.

Basia jęknęła.

Paniusia milczała i nie wstawała.

– O Boziulku, zabiła się, piekielnica! – sapnęła sprzątaczka.

Starawemu cerberowi prawie serce stanęło. Przypadł do leżącej. Oddychała na szczęście. „A to wpadłem” – myślał z rozpaczą. „Wypieprzą na zbity pysk. Zawsze ten pech! Pieprzona dziwka!”.

– Wzywaj pogotowie! – zażądała Basia.

Tego tylko brakowało. Najlepiej w zalewie utopić, okręciwszy łańcuchem. Zniknie na zawsze. Ale na wieki wieków przepadłe stare, dobre metody. Więc kogoś rzeczywiście musiał poinformować. Sięgnął po służbowy telefon, by sprowadzić jakiegoś pracownika. Długo czekał. Brak odzewu. Ale nie ustawał w wysiłkach. Wreszcie się udało.

– Czego? – usłyszał jakiś gderliwy głos.

– Zdarzył się wypadek.

– Kto mówi? – wręcz dychawica po drugiej stronie.

– Stróż.

– Jaki?

– Od pilnowania ludzi.

– Że co? Anioł?

– Bynajmniej, dozorca.

– Aha.

Chwilę panowała cisza. Taka, że nożem można ją kroić.

– Czekać, zaraz będę!

Włodek zastanawiał się, kogo to udało mu się zawiadomić. Ścierpł, kiedy zobaczył postać wyłaniającą się z windy. Samego głównego. Nie tego wielkoluda, co ludzi straszył posturą, ale naczelnego, zrzędliwego starucha, który nikogo nie lubił, bo największą miłością pałał do butelki. Wyglądał na złego, a był to taki typ, który to, co kochał musiał trzymać blisko, stale używając, w jego wypadku jako niedużą, niegrubą flaszkę, zawsze na piersi. Właśnie pociągnął z niej dla kurażu.

– Co się tu dzieje? – zazgrzytał zębiskami jak wilk.

Przerażona Basia niemal zemdlała, po czym zaczęła nieskładnie mamrotać.

Wpadła w trajkoczący stupor.

Szef syknął. Wężowi gorzej by wyszło.

Sprzątaczka zamilkła.

Do akcji przystąpił Włodek, który najpierw pokazał palcem leżącą niebogę, po czym podał przerwaną kartkę.

Szef rzucił okiem na świstek.

– Wynosiła to?

Ochroniarz skinął głową.

– Skosiłeś ją?

– Ano tak wyszło – sapnął niepocieszony Włodek, zezując w nadziei, że jakoś się wyplącze z tej całej kałabani.

Naczelny podniósł kilka innych papierków.

– No, szlag, szpieg! – mruknął. – Judasz!

Z początku dozorca myślał, że to o nim mowa, ale prędko się połapał, że jednak nie.

– Żmija, co ją sam sobie wyhodowałem na mym łonie – ciągnął prezes. – Taka pinda najpierw cię zdradzi, ale na tym nie poprzestanie, bo sumienia jej brak. Albo zwykłego wstydu. Jeszcze postanowi cię wycyckać, bo zawsze jej mało. Trucizną ugryzie w serce. Czegoś jej brakowało? Podwyżki dostawała pierwsza i najwyższe. Do roboty ją przyjmowałem, jako oddaną powiernicę. Kurwa spod latarni wierniejsza. Pomyliłem się jak zawsze – zaśmiał się gorzko, po czym sięgnął do piersi, by wydobyć niezawodną, oddaną w potrzebie samarytankę i zdrowo z niej golnąć. – A teraz łajzą zajmą się tacy, z którymi nie warto się bratać.

Włodek zastanawiał się, jakby szefowi zniknąć z oczu. Ten spojrzał na stróża.

– Zuch! – poklepał go po ramieniu.

Później wszczęło się prawdziwe zamieszanie, ale ochroniarz nie brał w nim udziału godnego odnotowania. Złożył lakoniczne zeznania. Za to dokumentnie zabrano się za lalę. Prześwietlono ją jak flesz ażurową bieliznę. Do goła. Uczynili to służbiści z nowej bezpieki. Tradycyjnie pozbawieni poczucia humoru, na dodatek burżuazyjni faszyści.

Następnego dnia wezwano Włodka na samą górę. Był tam ten olbrzymi wice i kilka innych szych. Dotąd wyniosłych, teraz bardzo ugrzecznionych, ściskających cieciowską grabę i w ogóle nadużywających ozdobników w postaci monstrualnej ilości pochlebnych przymiotników. Patrzących z podziwem w oczy. Rewanżowali się.

Psy!

Były bezpieczniak miał to gdzieś.

Ale musiał słuchać i wyszczerzać dziury w zębach.

Prezes na boczku ciągnął z piersiówki i coś mamrotał. Później wygłosił pochwalną orację. Półgębkiem. Ale po niej wyjątkowo wyraźnie złożył propozycję.

Co odebrała mowę Włodkowi.

Naczelny podał mu szklankę. Stróż wychylił. Lekko się wstrząsnął, ale prędko otrząsnął. Nabrał ducha po secie czystej.

A na pewno zaczął jaśniej myśleć.

Proponowano mu dwudziestokrotną podwyżkę i objęcie funkcji zwierzchnika ochrony. Firma potrzebowała kompetentnych pracowników.

– Byłem w służbach – wymamrotał Włodek, który wolał obecnych poinformować o dawnych sprawkach.

I tak by się dowiedzieli.

– Wszystko wiemy.

Trzymali go, bo był tani.

Żyłowali na kim mogli, choćby zdradzając młodzieńcze ideały.

Dziady!

W sumie tacy sami jak on.

A to ziomki!

– Nie przeszedłem weryfikacji, a tu same tajemnice. Państwowe też.

– Nie ma dla nas znaczenia, z kim pan wtedy walczył. Potrzebujemy kogoś zaufanego i lojalnego. Nie pogardzimy starą kadrą, bo, jak widać, na ambitnych młodych nie ma co liczyć. Za wiele żądają od życia. Pan dowiódł wierności.

Stróż się zaśmiał.

Umiał zadowolić się niechcianymi odrzutami.

– Zgoda – się zgodził, brudzia pijąc i ogólnie się bratając.

Dostał własny gabinet z ogromnym monitorem, na którym wyświetlano mu obraz z kamer całego budynku. Wszystkich mógł szpiegować do woli.

W sumie jakby serial.

Ale wolał te, które oglądał na własnym laptopie, co wciąż uskuteczniał. Kochał sensowne fabuły. I po nocach przez to nadal nie sypiał, bo do takiego trybu życia przywykł przez długie, jednostajne lata. Czy takie złe? Z historią. Ale się dostosowywał. Niech tam! I jedno zrozumiał, że ludzi ma inwigilować, i nie dość, że wolno, to wręcz trzeba. Dał to do zrozumienia swoim podkomendnym, werbując przynajmniej drugie tyle nowych, samych starych speców wypranych z sumienia, do pomocy wciągnął także sprzątaczki, bo one widziały nawet więcej niż ochrona. Sam też przykładał się do roboty, niejednokrotnie nawiedzając tych funkcyjnych siedzących w dyżurkach, którzy z wychodzącymi pracownikami firmy mieli najwięcej do czynienia. Wymagał od nich przeprowadzania kontroli osobistej, a dbał, by nikt mu się nie pobratał, a przeciwnie dawał popalić nadzorowanemu personelowi. Jak któregokolwiek na fraternizacji złapał, to z miejsca wypieprzał na zbity pysk. A już najbardziej dawał popalić bumelantom, pochrapującym na służbie. Stał się dla nich prawdziwym koszmarem. A to dlatego, że wreszcie odkrył prawdę o tym fachu, choć trochę na podstawie własnego doświadczenia. Płazem uchodzi wiele, ale do jednego trzeba się wdrożyć przed wszystkim innym, w nocy życie się śledzi, a nie pokrzepia sprawiedliwym snem!

 

* * *

 

Nie tylko ogólna informacja, ale coraz więcej szczegółów o dokonanym przełomowym odkryciu przedostawało się do opinii publicznej. Której żądzy wiedzy w związku z tym nie można było zignorować. Negatywnie nastawieni reprezentanci mediów mogliby napsuć krwi. Tudzież przyprawić o apopleksję. Za to zwerbowani nieba przychylić. I zrobić ze zmizerowanego amatora sojowej latte gwiazdę godną ośmiorniczek marynowanych w stugwiazdkowym szampanie czy zupy z płetwy rekina podawanej w oryginalnej miśnieńskiej porcelanie wypalanej za króla Sasa. Przynajmniej wizerunkowo, bo wiadomo, że żołądek przywykły do mielonego z buraczkami, nie wydoli luksusom. To trzeba sybaryckie zbytki miarkować prostaczkom dla ich własnego dobra. Ale obraz na papierze lub monitorze przyjmie wszystko. Zdając sobie z tego sprawę, w firmie starano się wypracować odpowiednią strategię. Padło wiele mądrych propozycji, formułowanych przez młodych, bardzo elokwentnych i pewnych siebie pracowników. Prężących torsy lub błyszczących lakierem paznokci. Albo na odwrót. Każdy chciał wziąć na swe barki to zadanie. Ale jak co do czego doszło, sprawy potoczyły się własnym torem.

Standard.

W zasadzie, by to przewidzieć, nie trzeba było nikogo specjalnie inteligentnego. Wystarczyłby przeciętniak średnio kumaty. Ale taki się nie znalazł, musieli komplikować, bo tu byli sami geniusze, zinstytucjonalizowane czarty a nowatorskie jeden nad drugiego.

Kłócili się, błyszcząc torsami i prężąc pazury aż do przybycia zapowiadanej ekipy.

Po czym zapanowała tradycyjna panika.

W wyniku czego gości oprowadzała doktor Jolanta z nikim nie sfraternizowana. Bardzo efektowna brunetka w gustownych okularach a cerze białej jak dziewicza kartka papieru. Paradoksalnie kontrastowa niczym bielutka reklamówka w smole. Ale delikatnie umalowana. Wyglądająca niezwykle młodzieńczo i naturalnie.

Cud po prostu.

Kamera, podkreślając jej zjawiskowość, pokochała ją na zabój.

Kamerzysta też. Reporter ją wielbił, choć jako gej chyba nie powinien. W każdym razie zaczarowała go niby Morgana Artura. Ot, też się napalił. Kiedy ona flirtowała oczywiście ze wszystkimi. Ale najbardziej z widownią w jej kierunku posyłając dyskretne uśmiechy. Z miejsca stała się obiektem westchnień młodych i starych. Szczególnie jak zmysłowo okulary poprawiała. Wydawała się taką mądrą przewodniczką, w której czułych rękach każdy laik bezpieczny. Tak przekonywano na głos. Nieco ciszej zwracano uwagę na powalającą harmonię jej sinusoidalnych krągłości. Na forach społecznościowych gremialnie wyznawano jej miłość. Każdemu zdawała się przychylna. Lecz mało kto miał okazję osobiście z nią zagadać. Kamerzysta owszem.

– Chcesz mój telefon? – zagaił, kiedy zrozumiał, że czas płynie, a nic się nie dzieje, zaś okazja przelatuje koło nosa, bo inni też się kręcą, łącznie z reporterem, który jakoś pociesznie nogami przebiera. Na podobieństwo barana nim rogami pobodzie.

– Jesteś wprost fantastycznie hojny. Widzę, że masz bajerancką maszynkę. Ja staroć przedpotopową. Co to za model?

– Myślałem o wymianie numerów – wyjaśnił wyraźnie spłoszony operator, pukając w olbrzymi ekran najnowocześniejszego wypasionego smartfona, kochanego prawdziwie.

– Oczywiście – zaśmiała się perliście, wybawiając go z konfuzji. – Ale później, kochany, po wszystkim.

Bardzo znaczące zdało się dla niego, że tak do niego się zwróciła, „kochany”. Wzięła go przy tym za łokieć i uśmiechnęła się bardzo specjalnie, widać, że minką zarezerwowaną dla najbliżej spoufalonych. Filmował ją wytrwale, to wiedział. Stale jej używała. Zatem później kręcił z najwyższym oddaniem. Doprawdy, nigdy wcześniej tak nie przykładał się do operatorskiej niewdzięcznej orki, gdzie to inni mieli błyszczeć. Całkiem nie pojmował dlaczego nie on sam. A jeszcze później czekał z nadzieją i wypisanym starannie na karteczce numerem telefonu, pociesznie przebierając nogami niby napalony szczeniaczek. Na nie pierwszej lepszej karteczce, lecz pachnącej, bo w tym pisaniu wszystko musiało być doskonałe. Jednak ona nie przychodziła. Zły los oderwał zjawiskową panią naukowiec do bardziej prozaicznych zajęć, które nic nie miały wspólnego ze sprawami wielkimi i niezwykłymi. Słowem uczuciami kamerzysty.

Zaś sama doktor Jola odkryła ze zdumieniem, że bycie celebrytką to nie pustota i imitacja prawdziwego życia. Że to absolutnie coś odmiennego.

Niecodziennego.

Przyjemność.

Odbierała hołdy, co było słodkie. A hejt (bo któż go nie zaznał, chyba, że ktoś taki, jak nikt) świadczy o tym, że zostało się kimś, więc to w zasadzie hołd składany z samych kolan. Z głębi zawistnej, przyziemnej, jakże wymiotnie przeciętnej natury.

Improwizowała skutecznie, sama dziwiąc się sobie, skąd w niej taki talent.

A objawił się od razu wielkim wybuchem.

Ot tak, z niczego.

Z wielkim oddaniem weszła w świat dla siebie nowy, gwiazd jaśniejących na ciemnym firmamencie, porzucając dotychczasową drogę naukowej kariery. Choć przecież nie do końca. Lecz nowe powołanie kusiło bardziej. Bez fałszywie brzmiącego eufemizmu, biorąc ją sobie niczym despotyczne przeznaczenie.

 

* * *

 

Doktor Jola natychmiast po przyjściu do pracy została wezwana do samego szefa.

Wiceprezes urzędował na prawie najwyższym piętrze i w zasadzie nie był naczelnym, co jego zastępcą, ale głównego praktycznie nie widywano. Pięknej pani naukowiec zdarzyło się raptem raz i to przypadkiem, kiedy akurat późno z roboty wychodziła, targając kilka książek, których nie przeniesiono na nośniki cyfrowe, jako zramolałe przeżytki. Natknęła się na szefa w windzie, kiedy ten z piersiówki pociągał i mruczał pod nosem niewybrednie. Zdał jej się wtedy zapijaczonym dziadygą i pospolitym gburem. A tego, że to sam godny szacunku prezes, dowiedziała się po pewnym czasie, kiedy zobaczyła fotografię w gablotce. Choć okazywał się prawie nie do poznania, bo jakiś niezgorzkniały.

Wice był postawnym mężczyzną i przy kości, ale z barami szerokimi, więc jego całkiem poważny brzuch jakoś ginął przy zwalistej sylwetce. Taki dobroduszny wujaszek. Ale kiedy oczy wbijał, to zdawało się, że jednak ojczym dzieciobójca.

Powstał. Wskazał fotel naprzeciwko.

A później stukał palcami o szklany blat, czubami ciężkich buciorów kopiąc lustrzaną podłogę.

– No, to jak się pani u nas pracuje, pani Jolu?

Młoda naukowiec ścierpła.

„Czym się naraziłam?” – spytała samą siebie.

„No, niczym” – odrzekła skrupulatna natura. „Przykładam się jak prymuska, czego oczywiście nikt nie dostrzeże. Rzetelność nie w cenie”.

Choć nie. Owszem, zwróciła na siebie uwagę. Ostatnio biorąc na siebie oprowadzanie ekipy telewizyjnej, kiedy reszta zespołu klasycznie spanikowała. Nie pozostawała w nieświadomości, że niejeden miał ochotę błysnąć w blasku fleszy, by wreszcie zostać odkrytym. To byli młodzi, ambitni ludzie, pewni siebie i przebojowi. Ale wierzyli w rutynę. A czasem trzeba dać się ponieść i improwizować, na bok spychając wszelkie plany. Żadnemu nie spodobało się odstawienie na bocznicę. Z pewnością knuli, choć w twarze uśmiechali. Jednak za plecami… Nie raz czuła ich spojrzenia, a kpinki słyszała. Mściwi i podstępni.

Śmiała się z ich samobójczej nienawiści.

Dotąd.

A przecież w gruncie rzeczy wypadła dobrze, przy okazji ratując wizerunek firmy.

Zatem w fotelu się wyprostowała.

Niewinna godność. Nie da się poniżyć, ni zastraszyć.

Znała własną wartość.

– A dziękuję, realizuję zawodowe aspiracje.

Wice się kręcił.

– To miło słyszeć. Ale mam taką sprawę, pani doktor, a ona związana z przydzielonymi pani obowiązkami.

Uniosła brwi.

– Nie podołałam czemuś?

– Wręcz przeciwnie! – wykrzyknął szef. – Jesteśmy pani przedsiębiorczością niezwykle usatysfakcjonowani. Nie spodziewaliśmy się eksplozji takiego talentu. Pani nas zaskoczyła, a nawet, że tak powiem, uszczęśliwiła.

– Naprawdę? – zamrugała kokieteryjnie.

Wice westchnął. Znalazł się pod wrażeniem.

– Pani Jolu, pani jest kobietą.

Ona nieco przechyliła głowę, jakby z niejakim niedowierzaniem.

– Może to być? – przygryzła wargi.

– I to diabelnie ponętną! – z zapałem wykrzyknął szef. Poniewczasie się zreflektował. – Ale, nie daj Boże, proszę nie brać tego za jakieś koperczaki.

– Ach tak – bąknęła.

– No, nie chcę, żeby wzięła pani moje niedorzeczne prysiudy za przejaw molestowania. My jesteśmy postępowi.

– Nie wzięłabym, oczywiście. Choć nie miałabym nic przeciwko temu – zsunęła okulary i poprawiła włosy. Teraz wyglądała po prostu anielsko.

Wice klasnął w dłonie.

– To niech pani bierze, jak chce, wedle woli. Widzę, że wszelkie peany wobec pani przypadku to, jakby tu powiedzieć, przesadna skromność. Ponieważ nie ma pani nic przeciwko przyrodzonej mężczyznom rycerskości wobec płci pięknej, więc na pewno będzie się nam łatwiej konwersować, kiedy tradycyjnie wyrwę się z jakimś cieplejszym komplemencikiem. Ale oczywiście nie chciałbym, żeby wzięła pani taki karesik za objaw seksizmu. My tu jesteśmy zdecydowanie przeciw. Neutralność płciowa. Kompetencja. Na co dzień próbujemy na płeć piękną zasadniczo nie zwracać uwagi. I bynajmniej.

Oczywiście najbardziej ujął ją tą ostatnią frazą. Więc pod wrażeniem tylko wybąkała:

– Cieszę się.

– Stwierdzam obiektywny fakt. Ale przejdźmy do rzeczy, pani robi wrażenie. Wszystkie znaki na ziemi i niebie to potwierdzają. Na portalach wrze. Stąd jesteśmy ciekawi, czy nie zgodziłaby się pani zmienić kierunku swego zatrudnienia u nas?

– Na jaki?

– No wiemy, że jest pani pracownikiem w dziale badawczym. Cenimy sobie pani zaangażowanie i pomysły. I nie mamy żadnych zastrzeżeń. Chcę, by zostało to jasno wyrażone.

– Panie prezesie, przemawia pan, wyjątkowo nie owijając w bawełnę.

– No to bez ogródek – zatarł ręce. – Chcemy by przemyślała pani zmianę dotychczasowej formy angażu.

A to ją nabrał. Prędzej spodziewała się awansu niż degradacji.

– Na umowę o dzieło? – wykrzywiła usta.

– Uchowaj Boże! – parsknął szef. – Boję się, że bardziej niż etat. Wie pani, że nie brak nam kompetentnych pracowników. Ale na stanowiskach technicznych i badawczych. Zorientowaliśmy się, że nie mamy nikogo do kontaktów z mediami. A to w dzisiejszych czasach fundament.

– Ależ nie posiadam odpowiedniego przygotowania.

– Za to naturalny talent! – zawołał szef. – Może stąd dostrzega pani to, czego inni nie widzą. Bardzo panią proszę o przemyślenie zostania naszym przedstawicielem w kontaktach z mediami.

Patrzył błagalnie.

I na dokładkę składał ręce.

Ale panią doktor targały nieliche wątpliwości.

– Ale czy ja sobie poradzę?

– Okręci ich sobie pani wokół najmniejszego palca. Jesteśmy o tym przekonani. Umie pani doskonale się dostosować.

– Jak kameleon? – syknęła.

– Bardziej Zelig – zaśmiał się szef. – Ma pani coś przeciwko takiemu porównaniu?

– Bynajmniej!

– Dostrzegam holistyczny talent, poparty zdolnością do diabelnej improwizacji. Oczywiście pani zarobki pójdą w górę. Pięciokrotnie?

Doktor Jolanta zachichotała. Trochę histerycznie.

– Pan nie żartuje?

Wice podniósł dwie otwarte dłonie. Łapska wielkie jak bochny chleba. Nosorożcowi kark by skręcił.

– Pani Jolu, premie też dojdą. Nasza firma rozwija się prężnie, jakby tu powiedzieć: wprost z piekielną dynamiką. Co rodzi nieliche zagrożenia. Już przedsięwzięliśmy niejakie środki zaradcze.

– Trudniej wejść do budynku – mruknęła pani naukowiec. – Grzebią mi w torebce za każdym razem i podejrzliwie dukają tytuły książek, jakie mi wtedy z rąk lecą. Analfabeci!

– Owszem, kłopocik – wice się skrzywił. – Towarzystwo starych tajniaków rozzuchwaliło się ponad miarę. Dawna władza im się śni. Wszechobecna inwigilacja. Bezpieczniackie ryje. Z takimi kiedyś brałem się za bary. Dzisiaj przyszło brudzia pić. Pakt z diabłem. Co za pieskie czasy! Rano nawet mnie wzięli na rewizję osobistą. Szefa! – machnął ręką. – Trudno. Lepsza w tym wypadku nadmierna gorliwość, niż w czambuł opitalane obowiązki. Pani o tym nie słyszała, bo takich nowin nie rozpowszechniamy, ale krążą już wokół nas różne sępy. Konkurenci sami z siebie nie potrafią wpaść na pomysł stworzenia machiny, próbują ukraść. Nieuki. Wiemy, jakiej kurze podkradamy złote jajca. Zabezpieczyliśmy się – zachichotał. – Ale do rzeczy. Przemyśli pani naszą propozycję?

– Oczywiście – potwierdziła doktor Jolanta. – Jednakże w zespole nie spotka się to z powszechną akceptacją. Prestiż. Sława. Zarobki. Wielu widziałoby się na takim miejscu.

– Są ambitni – przyznał wice – ale dobrze dobrani. Jak widać zbyt starannie, to wybitni fachowcy, ale w jednej dziedzinie. Rutyniarze ze szczątkową wyobraźnią. Choć nie rekrutowaliśmy fantastów. My pełzamy po ziemi. Co skutkuje tym, że nie rozpoznają oczywistości dostrzegalnych dla dziecka.

– To niby ja?

– Och, przenigdy nie chciałbym pani urazić! Proszę mi wierzyć – szef zapewniał żarliwie, kładąc na piersi dłoń godną kata.

Zaśmiała się.

– A wracając do rzeczy – ciągnął – z takim wyzwaniem sobie nie poradzą. Rozumie, pani, równocześnie genialni i durnie.

A ona sobie pomyślała, że przez to łatwiejsi do kierowania, bo ambitni i ślepi.

– Będą mi podkładać kłody – wyraziła wątpliwości.

– O to proszę się nie martwić – zamruczał szef, wzruszając potężnymi barami, podkreślającymi jego przytłaczającą posturę. – Akurat to wezmę na siebie. Znam się na praktyce zarządzania. Jestem zimny drań, całkowicie odporny na wszelkie szarmy. Oni sami już nic nie pomyślą. Z naczelnym doszliśmy do wniosku, że przereklamowana ta cała inicjatywa. Dla nich nastała pora słuchania – zacisnął ogromne pięści, a zębami błysnął jak Herod oprawca niewiniątek.

Rzutka dziewczyna roześmiała się.

– To się już nic nie boję. Mogę odpowiedzieć jutro?

– Choćby pojutrze.

Doktor Jola, rozumiejąc, że to koniec, powstała. Wice obiegł biurko, swoim wielkim grabskiem chwycił jej drobną dłoń i bardzo nienowocześnie a przy tym szarmancko ucałował. Przestarzałe nawyki nie dawały się łatwo wyplenić. Ciążył ten tradycyjny garb, nie pozwalający śmiało patrzeć w nowoczesną przyszłość.

– Jest pani naszym skarbem – zapewnił gorąco.

Śliczna pani naukowiec zaśmiała się z tej dwornej ceremonialności i lekko zagryzła wargi, patrząc z ukosa. I powieki na chwilę opuściła, przez co długie, czarne rzęsy przykryły lazurowe oczy.

Oto niebo, zakryte, a kuszące.

Po oczarowanym szefie ciarki przeszły.

 

* * *

 

Piękna Jola nie umiała niczego odłożyć na później. Zawsze natychmiast musiała do imentu rozkminić zawalidrogę.

Obecna ją przerosła.

Wprawdzie nie rwała włosów z głowy, ale ciarki ją przechodziły, drżała i pot ściekał z czoła na zblakłe policzki. A dopiero napoczęła portale społecznościowe.

Jęknęła.

– Nie dam rady.

– Co tam, kochanie?

Za jej plecami ustawił się Jasiek i zaglądał przez ramię. Masował ramiona.

Westchnęła, rozluźniając się nieco.

– Patrzysz, co o tobie piszą? – on ciągnął. – Nigdy nawet konta nie chciałaś.

– Góra oczekuje, że będę odpowiadała za wizerunek. O Boże, nie zadowolę wszystkich. Dopiero teraz to ogarniam.

– Wszystkich? Dziadom nie dogodzisz!

– Nie dołuj mnie.

– A musisz zaprzysięgać te pacta conventa?

– Niby nie.

– To w czym problem? Każ im spadać na drzewo.

Zawsze miał prostą odpowiedź na wszystko. Bardziej jak lakoniczny mistyk niż przegadany humanista.

– Zarobki pięć razy w górę, wiesz?

Zatkało go.

– Nie wierzę.

– A jednak. Marzenia spełnimy. Wszystkie!

– Rozumiem. Ale rozważ to.

– By po rozkminie tradycyjnie stchórzyć? Ty mówisz, że trzeba brać byka za rogi.

– Miałem na myśli te obszary, na jakich się znasz.

– Rutyna cuchnie łatwizną. Naprawdę trudno nauczyć się czegoś nowego. Tak też gadałeś.

– A ty mnie niby słuchasz?

– Zawsze – na chwilę zerknęła na niego, a później znowu na ekran. – O Boże!

Cokolwiek znajdowała, to utwierdzało ją w przekonaniu, że na całej linii polegnie. Dopiero teraz ogarniała cały ten obszar zainteresowań, o którego istnieniu nie miała pojęcia. I dotąd nie potrzebowała wcale. Gdzie indziej się spełniała, czując się przy tym całkiem usatysfakcjonowaną.

– Nie mam pomysłów. Żadnych! Walę głową w mur. Od czego by tu zacząć?

– Znam cię, to się zmieni. Eksplodujesz.

– Jak superowa, by przestać istnieć?

– Widziałbym to jako jaśnienie.

– Myślisz? Kiedy mam totalną pustkę w łepetynie. Czarną dziurę.

– Podobno osobliwość nie tyle jest pusta, co nic jej nie opuszcza?

– Nie pocieszaj mnie w taki sposób. Z tym mi jeszcze gorzej, takam bezpłodna?

Spojrzał czujnie. Drażliwy temat.

Ale umiał z niego zejść.

– Dlatego teraz daj temu spokój.

– Bo do łóżka chcesz mnie zaciągnąć? Tylko jedno ci w głowie. Satyr! Kiedy ja naprawdę mam ból głowy.

– To ją rozmasuję.

– Gdybyś tylko się tym zadowolił. Zaraz przejdziesz do czegoś zupełnie w innym miejscu i nie przestaniesz, choćbym protestowała.

– Kiedy ty wtedy tak odmawiasz, że wprost zachęcasz.

– Zbereźnik!

Zaśmiał się. Prawda. Ale chyba tylko eunuch nie grzeszył przy niej myślą i czynem.

– Kochana, nic na ten uwiąd w tej chwili nie poradzisz.

– Uwiąd, powiadasz? – spojrzała z ukosa.

– Tak mi się tylko wypsnęło.

– Aha. A już miałam nadzieję, że mnie zrozumiesz, bo borykasz się z podobnym problemem.

Spiekł raka.

– Uchowaj, Boże! – zakrzyknął. – Udowodnię w każdej chwili.

– Wierzę – parsknęła.

Nawet nie poczerwieniał.

Zepsuty kusiciel!

– Idzie o to, że skupiasz się na trudnościach, nie na zabieraniu się do nich od podszewki.

– Tak, ty lubisz dobieranie się do podszewki.

Westchnął.

– Daruj to sobie dzisiaj.

– Nie zrezygnuję tylko dlatego, że trudno.

– To nic nie da. Potykasz się z niemożliwością. Przerabiałaś to nie raz. Zamęczysz się. Jutro głowa ci spuchnie jak balon, co sprawi, że staniesz się nieefektywna. Zawalisz sprawy, którym zwykle łatwo byś podołała, bo tę bierzesz uporem.

– A ty chcesz, żebym miała łatwo?

– Przecież z miłości.

– Bo tobie wciąż jedno w głowie.

Pokręcił głową.

– Odstresujesz się. Nie bądź taka zasadnicza.

Westchnęła.

– Nienasycony Romeo. Bałamutnik!

– Dziwisz się?

Pokręciła głową. Została doceniona w swej kobiecości.

– Niech ci będzie. Może coś się z tego urodzi.

Nie pociągnął prowokującego tematu. Lepiej by warg nie zagryzała od powstrzymywanego szlochu. Za to zaraz zagarnął ją na ochocze ręce i tanecznym krokiem poniósł do sypialni, po drodze dobierając się do tego, co i tak mało zakryte ażurem.

Okazało się, że natychmiast coś szybko zaczęło w niej dojrzewać, kiedy po wstępie zachciała więcej.

 

* * *

 

Na polu naukowym w firmie działo się wiele. Młode, nowatorskie umysły nie ustawały w produkcji pomysłów. Stare je racjonalizowały. A kiedy po opracowaniu odpowiedniej metody, łatwiej zmieniano pole, zaczęto na gwałt odkrywać nowe korytarze.

Odległe światy okazały się fascynujące.

I zwykle niegościnne.

Pierwszy przez długi czas uchodził za najbardziej przyjazny. Ciążenie gniotło, zapierało dech i miażdżyło kręgosłup, takie podwójne w porównaniu do ziemskiego, ale ostatecznie można było je znieść, skoro w innych obczyznach po prostu tłamsiło na miazgę. Niekiedy te wymiary okazywały się rozpalone do takich temperatur, że metal się topił albo traktowane opadem deszczu z kwasu siarkowego, jeśli nie czymś bardziej apokaliptycznym. Próby badania otoczenia zwykle kończyły się fiaskiem, sondy przepadały jedna po drugiej. Wszędzie same piekła! A korytarze uwidaczniały rozliczne ograniczenia. Bynajmniej nie dawało się nimi przesłać wszystkiego. Przenosiły obiekty co najwyżej do dwóch i pół tony, o średnicy nie większej niż trzy metry. I to były te o największej przepustowości, bo zwykle mieściły się w granicach dwóch metrów i wagomiarze tysiąca czterystu kilogramów. Coś, ale równocześnie za mało, by żywić nadzieję na jakąkolwiek opłacalną działalność komercyjną.

Niedościgłe marzenie w tym kraju, by wreszcie idee przyniosły wymierny zysk.

Choć rynek pamiątek z obcych światów prosperował. No i granty od państwowych instytucji się lały. Prawdziwym potopem.

Bo, co by nie mówić, te dziury to był jednakowoż cud.

Każdy chciał jakoś bujać po nich własnym sumptem zmajstrowaną arką.

Albo przynajmniej znaleźć wygodną koję w cudzej.

 

* * *

 

Badanie światów okazało się bezpieczne. Standardowo odbywało się w taki sposób, że w sferze wyruszało dwóch eksploratorów. Mechanizm konstruowano z lekkich materiałów i dla zredukowania ciężaru ażurowy. Umieszczano w środku na krzesełkach podróżników, bo na pochyłości ustać nie mogli. Kręcąc się, powodowali szkody. Procedurę szlag trafiał i należało wszczynać ją od nowa. Co było mozolne, niewygodne i nudne. Każdy od tego cierpł.

Na niby rutynową wyprawę wyruszyło jak zawsze dwóch. W standardowych skafandrach, bo poza podwyższonym ciążeniem nie miało spotkać ich nic nadzwyczajnego. Na pewno nie życie. Przekonywano się, że w całym kosmosie, jeśli nie kosmosach, było go mniej niż w pierwszym z brzegu nieodkurzonym kącie zapyziałej chatynki, gdzie truchełka muszek rozsypywały się w proch i pył. Obczyzny porażały martwotą.

I w jednym z tych nieżywych wymiarów wśród opadów metanowej ulewy znaleźli się dwaj podróżnicy. Nielekko mieli, bo maltretowało ich ponad dwukrotnie ciążenie i choć skafandry nie były ciężkie, to jakby każdemu na plecy zarzucono worek kartofli, a na przód siatę buraków. Badali jednak dzielnie. Ślizgając się w międzyczasie, bo choć życia brakowało, to utrudnień bynajmniej, tych dostawało w bród.

I stało się tak, że jednemu eksploatatorowi na tej ślizgawicy metanowej noga się powinęła, a kiedy się powinęła, to wtedy poleciał na łeb na szyję. Niezguła. Rozrywająca przy okazji cenny skafander.

W sumie śmierć pewna na obcym globie, o ile to był glob, bo poznać się nie dało. Może w tym innym świecie wszystko było na przykład płaskie. Uciskane ciążeniem gęby badaczy na pewno.

W takich warunkach drugi z podróżników wykazał się wprost niebywałą bystrością umysłu, głębią w zasadzie, ale wcześniej zimną krwią.

Nie opuścił ofermy, co sama sobie wykuła swój nędzny los, ani nie upadł na duchu, mruknął jakieś: aha!, i wyciągnął zza pazuchy taśmę klejącą i zwój drutu. Wiadomo, że w takich katastrofach to przybory pierwszej potrzeby. Stąd akurat miał je na podorędziu. Jak on tę śmiercionośną dziurę w powłoce zalepił, tego później nie potrafili dojść zaproszeni do studia goście, będący za pan brat ze sztuką przetrwania i nie bez przyczyny uchodzący za speców od „zrób to sam”. Ale jemu się udało, a to był przecież dość przeciętnie utalentowany manualnie gość i w sumie żaden majster klepka.

Ale samo zatkanie dziury to jeszcze nic. Musiał podjąć decyzję, co dalej. Najprościej byłoby zostawić poszkodowanego i czym prędzej machnąć się po pomoc. Liczyć, że biedak cudem przeżyje. To byłoby jakoś rozważne, przy podwójnym ciążeniu dźwiganie dodatkowego balastu stawało się nie do pomyślenia.

Widać nie pomyślał, bo nie umiał się zdobyć, by postąpić podobnie roztropnie.

W rezultacie zachował się odwrotnie.

Czyli dzielnie.

A przecież pod tym względem to jednak był dość typowy gostek. Gdzie mu tam do poświęcenia się za innych? Efektownego, acz zgubnego bohaterstwa? Wszelcy instruktorzy służb i strażacy od nagłych wypadków, którzy wypowiadali się w tej kwestii, rozumowali, że w sytuacji stresu człowiek nie zachowuje się racjonalnie. Bo on wiedział, że ryzykuje także własnym życiem, a w ogień nigdy pierwszy by nie skoczył. Przecież parzy.

Nie podejrzewał siebie o samarytańskie odruchy.

Archetypiczne nawyki, niekontrolowane, wpojone kodem kulturowym, zrobiły swoje.

No i musiał podać leki. Niby nic specjalnego. Bo miał na wszelki wypadek zestaw pierwszej pomocy, przytwierdzony plastrem samoprzylepnym do ramienia. W strzykawkach, które należało celnie wbić. Tyle, że przeszkolenie jakie odbył, a w zasadzie pobieżny instruktaż, całkiem go do tego nie predestynowało. Nie mówiąc już o tym, ze igłami się brzydził. Nie mogło mu się udać. Nie takiemu prostaczkowi, przysypiającemu na kursie ratowniczym.

A jednak!

Rozkminił!

Lekarze w głowę zachodzili, jak tego dokonał. Trafić można było tylko jednym kompletem, na dodatek nie wbijanym byle gdzie.

Trudniej niż szóstkę w totka.

Najgorsza jednak przeprawa czekała nie odwagę i umiejętności tegoż ratownika, co po prostu jego fizyczność. Skoro postanowił nie zostawiać kumpla, to musiał go dociągnąć do środka transportu.

Płozy zmajstrował.

Wynalazca!

I jakimś cudem ze wszystkim podołał.

Taki średniak między swymi!

Zaproszeni atleci, strongmani i ciężarowcy głowili się, jak mu się to udało. Bo to nie był jakiś krótki zryw, a półgodzinny mozół.

Który ten niewyróżniający się przeciętniak ogarnął. A to był chłop ze wszech miar standardowy. Na dodatek janusz z sumiastymi, płowymi wąsiskami. Wyraźnie przy tym zaciągający. I przaśny wzorcowo. Kmiotek w zasadzie.

No cud.

Z takim felerem, że nie bardzo wiadomo, jakby go tu atrakcyjnie zaprezentować publice, bo na domiar wszystkiego cebulą zionący, degustowaną tak dla zdrowotności.

Ale firma zyskała głośnego bohatera. Którym można konkurencję w oczy kłuć. Bo z drugiej strony wizerunkowo taki jak każdy, a nawet mniej, za to tożsamości wybitnej.

Po prostu po jednym niezwykłym odkryciu, dziur, trafiono na kolejną perłę – antybohaterskiego bohatera. Niektórzy znajdują herosa nawet w odpadach przeznaczonych do przetworzenia.

Farciarze!

Opowiedzenie o tym wydarzeniu przypadło oczywiście doktor Joli. A ona dała z siebie wszystko, by z tego przaśnego kmiotka wykrzesać cokolwiek ponad sztampę.

A nie było łatwo.

On zawsze nie w pięć ni w dziesięć wypalał z jakimś „aha”. Nic zabawnego.

W czasie konferencji prasowej stała obok i rozdzielała głosy. Przygotowała się. Zaplanowała suspens. Cliffhangery i zwroty akcji. Naturalnie jej to przychodziło. Rutyna – fundament sukcesu. Bo nie historia grunt, a sposób jej przedstawienia. Narracja rządzi! Zebrała sztab specjalistów, do którego weszli atleci, lekarze i agenci specjalni. Oraz osobowości medialne. Wynoszono bohaterstwo bohatera pod niebiosa. A on, wśród tych jaśniejących gwiazd, jak to przaśny janusz, poczerwieniał niby burak. Dobrze, ze choć milczał.

Poza tym niedwuznacznie zerkał na panią doktor. Oczyma wprost pożerał.

„A jemu co?” – ona pytała samą siebie wyraźnie spłoszona. „Gapi się jak sroka w gnat!”. Wcale przecież nie widziała siebie jako jakiegoś schaboszczaka w zapyziałym barze, którego bywalcy za szczyt luksusu brali golonkę w piwie.

Ale zerknęła do portali. A tam toczyły się bardzo ożywione dyskusje na temat tego, czy oni mają się ku sobie. Bo on patrzy na nią cały czerwony od uderzeń krwi z czułego serca, a ona co chwilę rozamorowaną zasłonę oczu opuszcza.

Metafory powalały.

A kotary powiek opadały z przyczyn czysto profesjonalnych, czyli dlatego, że musiała być na czasie, by monitorować przebieg konferencji. Znaczy by działo się ciekawie i w wyniku tego wzmacniał się wizerunek firmy. Za pomocą łączy, które czujnie nadzorowała, komenderowała wszystkim. A tu proszę, podejrzewano ją o romansowanie z bohaterem.

Typowym przeciętniakiem. Przaśnym januszem!

Paździerzem!

Żenada!

Ale jeśli widzowie wymagają, to trzeba koniecznie wychodzić im naprzeciw. Albo spadnie się z piedestału, kiedy tylko przestanie się dogadzać ich niewyrafinowanym gustom.

W tym również antybohaterskim.

„Czy oni tego po mnie oczekują?” – spytała siebie spanikowana. „Że niby ja z takim?”. Strasznie jej się robiło od takich myśli. I nawet nie dlatego, że miała swego Jaśka, który po początkowym nie najlepszym wrażeniu chłopka roztropka, okazał się miłością jej tak uporządkowanego, że z perspektywy, wręcz nijakiego życia. Nie podobało się jej głównie dlatego, że sama została kimś. Ważnym i jaśniejącym, kiedy ten cebulak tkwił w przeraźliwym przeciętniactwie. Naprawdę nie było w nim nic nadzwyczajnego, poza tym jednym, że dokonał jakimś cudem czegoś fenomenalnego. Co wprawdzie wyrasta ponad standard, ale do niczego nie upoważnia. Bo jak się urodziło pospolitym, niewyróżniającym średniakiem, to się nim pozostaje po wieki wieków. To nie bajka, a życie. W bajce dzielny szewczyk po heroicznym czynie żeni się z połową królestwa, a piękna królewna wzdycha do niego, małmazji sobie odmawiając. W prawdziwym życiu też wzdycha, że mogłaby dostać się odrażającemu prostakowi, jak nie przymierzając pulpecik w sosiku w przydworcowym barze szybkiej obsługi.

I co z tym doktor Jola miała począć?

Przecież nie ciągnąć.

A jednak uśmiechała się do ćwoka. Byle coś z twarzą zrobić, bo bała się, że jak nic nie zrobi, to się po prostu porzyga w tych niestrawnych okolicznościach.

Choć po prawdzie to zdawała sobie sprawę, że ten janusz przez okazane bohaterstwo wyrasta ponad średniactwo, i jest właśnie bardzo niestandardowy.

Pal diabli czy jako bohater, czy wręcz przeciwnie, jego zaprzeczenie. Na pewno oryginał!

Problem w tym, że to wciąż nie był jej typ.

A ona nie była z tych ptaków, co kalają własne gniazdo. Przeciwnie, bez oporów przyjęła format tego, które ją wydało.

 

* * *

 

I tak firma odkrywała nowe, niespotykane światy, umożliwiając zwykłym zjadaczom chleba konsumowanie ekstremalnych doznań. Co stało się standardem. Spożywanym regularnie w sobotę po tygodniu orki w zrutynizowanej robocie.

Póki nie zdarzyło się coś absolutnie niespodziewanego.

Rodem z całkiem innej bajki.

Klasycznej. Ślicznej.

Czyli cudownej.

Przeważnie podróżnicy nudzili się setnie i mordowali ponad miarę w nieprzyjaznych wymiarach, gdzie gęste obłoki zasłaniały to, co wyżej, a w glebę wgniatało przytłaczające ciążenie. Nie było w tych światach nic poruszającego serce. Zwykle eksploratorzy dyszeli ciężko i wlekli się jak robaki.

Lub żuczki te od gównianych kulek.

Publika miała ubaw, patrząc na ślamazarne podrygi badaczy, popijając piwko i wymieniając zdawkowe, kąśliwe uwagi, że już sprawniejsze muchy w smole.

Na oczach wszystkich nadzieja na odkrycie w kosmosie miejsca przyjaznego ludziom, umierała przed wszystkim innym. Odkryte wymiary okazały się martwe.

I przestawało to kogokolwiek ruszać.

Przywykano.

Do czasu, kiedy właśnie natrafiono na taki świat, który z miejsca każdego oczarował.

– To raj – szepnął pierwszy operator zwiadowczego autka sterowanego radiem, który zobaczył dziewiczy widoczek, chłonąc niebo tak niebieskie, jakby ułożone wprost z lapis lazuli i zieleń tak soczystą, że sam by ją żarł jak krowa. Tak lekko zrobiło mu się na sercu, jakby narodził się na nowo. Opuściły go w jednej chwili wszystkie gorzkie doświadczenia.

Póki patrzył.

Ale przejście do tego nowego świata okazało się wyjątkowo niedogodne, bo o wybitnie małym wagomiarze. Ograniczone do trzystu kilogramów i średnicy metra dwudziestu. Ta obczyzna utrudniała dostanie do siebie. Czy kogoś to dziwiło? Nie. Wiadomo. Droga do piekła brukowana, dokąd indziej ścieżka wyboista. Posłano oczywiście sondy, zgodnie z przyjętą procedurą. Mechanizmy, jeśli nie ustawiono ich czasu powrotu na mniej niż trzy godziny, po prostu zostawały na miejscu. Co do jednego. Choć żaden po późniejszym przebadaniu nie wykazywał nawet minimalnej usterki. A jednak nie działały. Nie odkryto szkodliwego promieniowania, panujące ciśnienie odpowiadało ziemskiemu, zawartość tlenu była o kilka procent wyższa. Ni śladu szkodliwych gazów czy żrących deszczy, żadnych morderczych mikrobów. Jednak w sumie nie dziwiono się, że z tego raju nic nie chciało odejść, a wolało zostać. Nawet maszyny. Badacze między sobą mruczeli, że nawet im podoba się w tej krainie wiecznej szczęśliwości.

Sami też bardzo chcieli się do niej dostać.

I nie wracać. Bo do czego? Pospolitości?

Lecz procedura została dokładnie opisana. Przestrzegano jej skrupulatnie. Choćby nie wiadomo, jakby się niecierpliwili, nie mogli niczego przyspieszyć. Aż złość ich brała, a zazdrość żarła, kiedy wysyłano zwierzęta. Chcieliby się z nimi zamienić. Oczywiście wszelkim tym doświadczalnym stworzeniom nie działo się nic złego. Tyle, że nawet wytresowane owczarki, nie odstępujące od przewodników na krok, nie chciały porzucać tamtej krainy. Chwilę kręciły się w pobliżu mechanizmu, którym się przedostały przez dziurę, po czym odchodziły. Nigdy nie wracały. Nawet nie oglądały się za siebie. Najwierniejsze psy nie reagowały na nagrane żarliwe nawoływania właścicieli. Nic do nich nie docierało. Głuchły. I nie trzeba było na to trzech godzin jak w przypadku maszyn. To co żywe okazywało się wrażliwsze na cuda odkrytego edenu.

Dla każdego stało się jasne, że trzeba wreszcie posłać ludzi. Ludzie się zmogą, jak im zaświecić górą mamony w oczy. Chętnych liczono na pęczki, każdy operator, technik, inżynier i fizyk widział siebie jako członka pierwszej załogi. Po coś tyrał, pozyskując kumpli w czasie nudnego zbijania kręgli. Nie można jednak było w tej kwestii zastosować codziennego nepotyzmu. Z trudem dobrano dwóch szczęściarzy, losując ich uprzednio z grona najbardziej zasłużonych, a przy tym sławnych celebrytów i naukowców. Piar rządzi światem. Wybrańcy musieli kucnąć w maszynerii i przytulić się do siebie, bo w sferze stało się cokolwiek za ciasno. Nie opuściliby jej jednak za nic. Dla pechowców, którym nie udało się zostać członkami tejże ekipy ich udręka stanowiła niejaką pociechę, bo owe dzieci fortuny wyglądały przynajmniej pociesznie. Ale wybrańcy tryskali entuzjazmem, bo czego się nie robi dla miana zdobywcy obcego świata? Powrotu do raju? Przecież wszystko. Nie tylko godność byli zdecydowani poświęcić.

Sprawdzono, co trzeba. Badacze niecierpliwili się, a podczas finałowego odliczania próbowali nie kręcić. Filmowano ich przecież w celu uwiecznienia wiekopomnego wydarzenia. Musieli prezentować się godnie. Nawet nie w tym rzecz, że dla innych. Dla wagi odkrycia. Przeczuwanego spełnienia wszystkich snów. Zmogli się, choć każdy wiedział, że w ciasnocie co najmniej cierpli. Ale minął czas tej tortury, kiedy padło zero.

Aparatura zaburczała nisko i nawet dziwnie przyjaźnie.

Jak mruczący kotek.

Po czym pojaśniało gwałtownie.

Zewsząd.

Tak ogniście, aż oczy należało zmrużyć, jak od słońca.

Maszyna ucichła.

Poza tym nie stało się nic.

Międzyświatowi odkrywcy, jak cierpli przytuleni do siebie i spoceni przed skończeniem odliczania, tak cierpli i po nim, tkwiąc w ciasnej sferze i stale się wiercąc, jakby robaki ich gryzły tu i tam, a ówdzie najbardziej.

– Co do diabła! – parsknął jakiś technik.

Nigdy wcześniej coś takiego się nie przydarzyło. Maszyneria zawsze działała perfekcyjnie.

– Pewno któryś się poruszył, łamaga – zaburczał drugi zawistny pechowiec.

Ale choćby taki eksplorator się ruszał i tak, nie miałoby to żadnego wpływu na działanie mechanizmu. Badacze nie mogli po prostu znaleźć się poza wyznaczonymi marginesami. Siatka ich ograniczała.

– Nie gadać tu głupot! – prychnął kierownik. – Sprawdzić, czy nic się nie zacięło.

Personel szukał awarii. Bardzo cierpliwie, zgodnie z procedurą dwukrotnie upewniając się, czy wszystko gra. Nic nie wykryto.

Podróżnicy tymczasem ćwiczyli przysiady, by formę zachować. Kamery stale ich uwieczniały. Niby dla potomności. Z uwagi na tę wiekopomną chwilę nie mogli wyjść na pospolitych trefnisiów. Przed uzbrojonym okiem unieśmiertelniającej aparatury raczej sprawdza się tradycyjny umiar konserwatyzmu niż nowoczesna ekspresja postępowości.

Po ponownym odfajkowaniu wszystkich procedur nastąpiło drugie finałowe odliczanie. Obydwaj wybrańcy ponownie się do siebie przytulili, niecierpliwiąc się jeszcze bardziej. A nie byli byle kim, więc brała ich całkiem zrozumiała złość. Nie przywykli do bycia traktowanymi jak pospólstwo. Profesor udzielał się w wielu wiodących ośrodkach, drugi marka sama w sobie, vloger, dziennikarz i pisarz w jednym był autorytetem od wszystkiego. Jego słowo mogło wstrząsnąć światem w posadach, posiłkując się głupstwami, zyskał niebagatelne znaczenie.

Po wznowionym odliczeniu doszło do tego, do czego doszło.

Znaczy niczego.

Wyjąwszy trudny do zniesienia ognisty błysk, który wywoływał drżenie i przenikał nawet nie tyle do serca, co duszę przewiercał.

Na skroś.

Ponad to nie nastąpiło nic więcej.

Tuzy nie czekały.

– Jaja sobie robicie? – warknął zły profesor.

– Już ja was tak obsmaruję, że gębami zaczniecie srać, jajcusie pieprzeni! – zapienił się autorytet omnibusowy.

Obydwaj wściekli celebryci z trudem wygrzebywali się z wnętrza ciasnej sfery. Tak ścierpli, że ledwie mogli ustać. A źli byli jak diabli. Doktor Jola musiała stawać na rzęsach, by ich jakoś udobruchać. Naprawdę przyszło jej dać z siebie wiele. Niepodrabiany anioł, więc jakoś zasypała tę wtopę. Z jednym zjadła lunch, a z drugim kolację przy świecach. Pierwszemu pozwalała się całować w rączkach, a następnemu umożliwiła kładzenie łapsk na kolanach. Ahała i ochała w odpowiedzi na słowotwórcze erupcje obydwu znakomitości.

Jak na cheruba bez skazy przystało, zmogła się.

Kiedy ona trudziła się nad podtrzymaniem wizerunku firmy, ekipa techniczna wszystko sprawdziła.

Dwukrotnie.

Punkt po punkcie, odhaczając co trzeba.

Naprawdę. W tym celu wydrukowano nawet regulamin, choć zwykle cyfrówka wystarczała. Tradycyjnie, gdy nie wiadomo co, wraca się do korzeni, a pogardzany ołówek okazuje się szczytem innowacyjności.

Nigdzie nie wykryto usterki.

Maszyneria działała. Z błyskiem, o ile można by tak rzec. W standardowych martwych wymiarach nie szwankowała.

Wyjąwszy ten jeden cudowny świat, kiedy połączenie zaczynało zewsząd błyszczeć.

Naigrawając się.

Później po wielokrotnych próbach okazało się, że do rajskiej krainy wciąż bez przeszkód mogą trafiać sondy i pracować swoje standardowe trzy godziny, zanim odmówią posłuszeństwa. Albo zwierzęta, by wyrywać się na wolność i pławić w niebiańskiej szczęśliwości.

Ale oczywiście nie ludzie.

Sieć rozpaliła się od wszelkich potencjalnych wyjaśnień zagadki.

Nawet setnej części najbardziej skrupulatny obserwator humanoidalnej społeczności nie zdołałby nijak ogarnąć, na to trzeba byłoby być po prostu Bogiem Wszechmogącym.

 

* * *

 

Jasiek stał za Jolką zapadniętą w głębokim fotelu.

Pożerał wzrokiem tego aniołka o ciele kusicielki.

Żona nogi położyła na podnóżku, machinalnie machała stopą, by nie ścierpła, co łatwo się przytrafiało podczas takich niewdzięcznych obowiązków. Laptop położyła na kolanach. Czasem wzdychała ciężko. Ale ogólnie wydawała się bardzo skupiona. A nawet usatysfakcjonowana.

A temu dziwowi jej mąż jednak się dziwił.

– Myślałem, że te wszystkie społecznościowe bzdury akurat ciebie nie dotyczą? Masz doktorat – położył dłonie na jej ramionach.

Ona nimi wzruszyła. Ale wyczuł, że się spina, a na pewno zobaczył, że jej palce kurczowo zaciskają się na komputerku.

Bardzo poważnie traktowała obecne zadanie.

Ale oczywiście udała co innego.

– W moim fachu to przecież ważne źródło informacji, o ile nie podstawowe – wyjaśniła.

– Ktoś mi połowicę podmienił? – zaśmiał się nieco sztucznie. – Wydawało mi się, że związałem się z dziewczyną od atomów?

Spojrzała z ukosa.

– Jeśli podmienił, to chyba w jakimś celu? – zauważyła.

– Na pewno złowrogim – zgodził się.

– Czyli by szkodzić?

– To logiczny wniosek – przystał.

Rozsiadła się wygodniej, przerzucając jedną piekielnie zgrabną nogę przez rant.

– A więc mój kochany, zamiast kłapać jęzorem, jak to humanista, najpierw użyj pomyślunku. Miła odmiana.

– Czyli?

– Jeśli ktoś chce szkodzić podstępem, to na pewno nie przyzna się do tego wprost. To oczywiste.

– Znaczy wniosek taki, że nie mogę polegać na twoim słowie?

Wzruszyła ramionami.

– Kiedyś było stać cię na więcej.

– Rozczarowana?

– Czasem nawet taki stan nam się zdarzał. Choć rzadko. Żyły wypruwałeś by mnie zadziwić.

– A więc to ty, bo o takich sprawach wiesz. No i znowu siebie przypominasz.

Westchnęła.

– Rzecz w tym, by się rozwijać – znowu zerknęła w monitor.

Daremne próby męża. Nie umiał oderwać jej od obecnych bzdur.

– A do czego tym się rozwijasz, jeśli wolno spytać?

Odsunęła laptop. Ale sama też od tego swego jedynego, przesiadając się na kanapę i znajdując się poza zasięgiem jego rąk. Spojrzała. Równie badawczo jak kiedyś na swoją pracę.

Kiedy problemy rozwiązywała trudne i niewdzięczne, bo banalne do urzygu.

– Kochany – pokiwała głową, lekko gryząc usta – wiesz przecież, że w firmie spadł na mnie obowiązek zajmowania się polityką informacyjną. Tłumaczyłam ci. Tu nie można sobie odpuścić ni na jotę. Muszę być na bieżąco.

– Z portalami społecznościowymi niby? Żartujesz?

– A czy to nie sprawy bieżące?

– Kiedyś z takiej bieżączki się śmiałaś.

– Inne życie.

– A nasze marzenia? Zapomniałaś?

– Tyram na ich realizację jak wół.

– Odsuwasz na święte nigdy.

– Przeciwnie wznoszę stabilny fundament. To zawsze nieefektowne – stukała palcami.

Zniecierpliwiona.

I patrzyła w bok. Nie na niego.

Tracił ją.

– Zmieniłaś się. Makijaż. Szkła kontaktowe. Nawet ubierasz się inaczej.

– To zacząłeś zwracać uwagę na podobne duperele? Od kiedy, serce moje?

– To aż się rzuca w oczy.

– Przesadzam?

Każde kolejne słowo generowało coraz silniejszy antagonizm. Nie umiał go załagodzić. Sam zapadał się w to bagno coraz bardziej przypominające sztampową kłótnię małżeńską.

– Nie w tym rzecz, to całkiem nowy styl. Taki, taki…

Słów mu brakło.

Paradoks. Humaniście.

Uniosła brwi.

– To mam o siebie nie dbać?

Zacisnęła usta.

– Nie w tym rzecz – tłumaczył pospiesznie. – Zawsze byłaś gustowna, ale teraz jak włożysz bluzkę, to rozepniesz guziki aż do dekoltu.

Zaniosła się śmiechem.

– Zazdrośnik.

– Nie śmiej się. Nie ja jeden patrzę.

Lekko pokręciła głowę.

– No nie. Szefowie takich zarzutów mi nie stawiają. Szanują mnie i doceniają za kompetencje. Grzeczni, po rączkach całują, pytają o zdanie, nie nadużywają władzy. Nie każą skakać na jednej nodze. Zero protekcji. A ty masz mnie za puszczalską – uznała. – Pięknie, nie ma co.

– Wyolbrzymiasz.

– Ty chyba siebie nie słuchasz?

– Wiem, co mówiłem.

– Podsumowując, mniej więcej to, że według ciebie zachowuję się jak lafirynda.

– Odwracasz kota ogonem.

– Myślałam, że właśnie ty mnie zrozumiesz. Zawsze wychodziłeś poza sztampę. Tym mnie podbiłeś.

– Kochanie, martwię się o ciebie, bo nie dawałaś się kiedyś tak łatwo zaszufladkować, a dzisiaj twe reakcje stały się przewidywalne. Chociażby teraz. Unikasz rozmowy, zamiast argumentów erystyczna sztuczka ze zmianą tematu. Wolisz się okopywać. Nie jestem twoim wrogiem.

– Okopywać? – wycedziła. – A co to za militarny slang? Raczej powinieneś mnie wesprzeć w nowej dla mnie sytuacji. Wiesz jak wymagającej. A ty się ode mnie odwracasz przy pomocy wojennej nowomowy.

– Typowe! – warknął. – Nie widzisz? Po prostu tak manewrujesz, by wyszło, że niby ja jestem wszystkiemu winien. Nie dyskutujesz. Przerzucasz sloganami.

Aż klasnęła w dłonie.

– No ładnie! Najpierw nazywasz mnie zdzirą, po czym nudziarą. Coś jeszcze dołożysz do tej wyliczanki?

– Nic takiego nie powiedziałem.

Powstała. Założyła ręce na piersiach.

– To o co ci chodzi? Ale jasno bez tej całej ekwilibrystyki słowotwórczej, ja prosta dziewczyna od spraw podstawowych.

– Nie rób tego.

– Niby czego, kochany?

Rozłożył ręce.

– Nie wiesz?

– Jak zawsze – syknęła.

– Jak zawsze? – powtórzył za nią – Od kiedy stałem się tak przewidywalny?

– Kochanie – westchnęła – jeśli nie chcesz gadać wokół tematu, sam przejdź do rzeczy.

Przeszedł.

– Rozchodzimy się.

Aż ją zatkało.

– Chcesz rozwodu? – wydusiła z trudem.

– Ależ nie! – zawołał, aż ściany zadrżały. – Cóż za niewczesna konkluzja. Chcę, żeby było jak dawniej.

– Fizyka nie wierzy w powroty do przeszłości. To pole do popisu dla humanistycznych spekulacji.

– Tu nie chodzi o wiarę. Ty jesteś od nauki.

– Nie łap mnie za słówka. Chcesz czas zatrzymać. A wiesz, że to piekło? Sam mi tłumaczyłeś z cyrografem Fausta. Paradoksem, że w jego wypadku chwila nie może trwać.

– W żadnym. Ludzie nie mogą pozostawać z bezruchu.

– No tak, wykładałeś mi, że takie szczęście nam niedostępne. On stał za przykład. My nie elfy. Pamiętam.

– Nie cytuj. Mów od siebie, proszę.

– I co jeszcze? Kapcie podać?

– Jolka, przestań! – jęknął. – Nie jestem twoim wrogiem.

– I mam w to uwierzyć? Sam mówisz, że jestem od nauki, nie od wiary – wypomniała mu niekonsekwencję.

Oklapł.

Inteligentna piekielnica.

Górowała nad nim.

– My się naprawdę nie rozumiemy – stwierdziła.

Zasapał.

Pobladł.

– Skoro tak sprawę stawiasz, to może rzeczywiście nie ciągnijmy tego na siłę.

Odwrócił się.

Położyła dłoń na jego ramieniu.

– No nie złość się. Jakiś seksik na zgodę? – ugryzła go w ucho.

Krew szybciej w nim zakrążyła.

Po to, by przekonał się, że go rozgrywa. Pewnie na zimno, bo bardzo konsekwentnie.

Prychnął.

– No wiesz. Najpierw mówisz takie rzeczy, a teraz łóżko?

Bardzo się oburzał. A ona patrzyła na niego całkiem z góry. Nie mówiąc już nic. Była panią znającą zasadę działania praw fizycznych. Bardzo rzadko zmiennych. W zasadzie wcale, choć teoria przewidywała, że prawdopodobieństwo doprowadzi kiedyś do odstępstwa.

Póki co nie zdołało.

Królowała sztampa.

A ona wiedziała, jak wybranek działa.

Prosty mechanizm.

Zatem kiedy się pozbyła góry, to nie czekała długo, by pomógł jej z dołem. Była dziewczyną od praw podstawowych, a one układały się właśnie tak.

Ale seksik, choć godzien uwiecznienia, niczego nie naprawił.

A może nawet sprawy konsekwentnie popchnął dalej, potęgując usterkę.

Rankiem zgodnie ustalili, że tymczasowa separacja nie zaszkodzi. Lepiej nie kłuć się pretensjami. Nie doprowadzać logicznym rozumowaniem do pogłębiania konfliktu. Albo bogatym w przymiotniki słownictwem sączyć jad. Bo wtedy jasno się okaże, że jedyne co spaja ich związek, to obopólna nienawiść sprowadzona do planowania kolejnych prztyczków serwowanych partnerowi. Czyli już lepiej w samotności przypomnieć sobie co ich rzeczywiście połączyło, stwarzając kawałek raju na ziemi. Kiedy głowy wywietrzeją, może sprawy się ułożą. To rozsądne, zalecane przez specjalistów i zdrowia oszczędzające.

Oczywiście takie fabuły nigdy się nie układają, kiedy podchodzić do nich zdroworozsądkowo i zimno. Zupełnie czym innym trzeba się kierować. Żarliwością.

Pod dwóch tygodniach tymczasowego zawieszenia, jeszcze zgodniej postanowili, że w zasadzie to wolą stabilność. Mogą żyć osobno. Więc uznali za słuszne sformalizować ten nowy etap.

Pozew o rozwód złożyli wspólnie.

Który orzeczony został szybko, bez zbędnej straty czasu, ni prób łatania dziur. Tu już zabrakło wiary, która wbrew rozsądkowi nakazywałaby ciągnąć to dalej, dla jakiegoś nieargumentowalnego większego dobra później. Człowiek jak atom, można go rozbić, a później już nie połączyć. Co jednak wytwarza moc energii.

Więc po wszystkim spodziewali się jakiegoś ekscytującego wybuchu, kiedy po podpisaniu podsuniętych cyrografów udali się na ostatnią wspólną kolację.

Chyba jedno i drugie widziało finał w łóżku.

I żadne w zasadzie nie miało nic przeciwko temu. Zawsze się dogadywali. Lakoniczny gaduła i ideowa pragmatyczka. Bardzo nietypowy związek, a jednak spełniony. Dwie dopasowane połówki. Tworzące niezwykłą całość. I tak w duchu siebie pytali, że kto wie, co z czegoś takiego się urodzi? Może nowa nadzieja? Z fuzji też energia powstaje. Podobno mierzona wielkościami astronomicznymi.

Jednak w trakcie rozmowy on sięgnął po komórkę. Bynajmniej nie przez lekceważenie. Machinalnie, dostał wiadomość, a przy niej zawsze dotąd czytał. Nie była kimś obcym, by się specjalnie napinać. Pozostał sobą.

A ludzkie szczęście pożąda zmian.

Patrzyła wtedy na niego, a w uszach bębniła jej pulsującą krew. To serce biło jak młot. Cała jej postawa wyrażała nadzieję i pragnienie. Przez co stała się olśniewająco piękna.

Diabelnie ponętny anioł.

Gdyby wtedy na nią spojrzał.

Ale czytał właśnie.

A lekturę przecież najlepiej uprawiać w odosobnieniu. Jej pożytki największe dla samotnego.

Nie przerwała mu. Pozwoliła mu zachować się jak zawsze.

Dla niej ta chwila wtedy minęła.

Później poszła do łazienki.

Kiedy stawiała kroki, kołysząc się, piękna niczym porywająca sinusoida, aż nim szarpnęło. Tak go wzięło, że już stolik odsuwał, by za nią pobiec, chwycić w objęcia i zrobić coś wbrew zasadom. Bo niech ten cały porządek ustalonych praw piekło pochłonie!

Kieliszek przewrócił. Więc go postawił, przywracając zakłócony ład.

Była już za daleko, drzwi uchylała od damskiej toalety.

Nie uchodziło wdzierać się do nie swojej przestrzeni. Przecież należy zawsze pozostawiać swobodę.

Później siedział we własnoręcznie skonstruowanym niewidzialnym więzieniu.

I jego chwila przepadła.

Nic nie trwa wiecznie.

Czekając na taksówkę, jednak się miziali.

Trochę na przekór temu wszystkiemu dotąd, co układało się w natrętny porządek.

Tak to z fuzją przeprowadzaną rozważnie i planowo. Zimną. Niby już o krok od sukcesu, a jednak zawsze jakiś niezbędny element utknie gdzieś po drodze. Stąd wszystkie nadzieje z wprowadzeniem w życie tegoż cudownego rozwiązania tradycyjnie płonne.

I im już czegoś zabrakło. Jakiś drobny, choć ważny detal, który zawsze działał, nie zagrał. Taki przypadek, kiedy prosty mechanizm zawodzi. W sumie nic zaskakującego.

Pojechali w dwie strony.

Oczywiście i nowocześnie zostali najlepszymi przyjaciółmi na świecie.

Werbalizowali to.

– To moja opoka. We wszystkim mogę się na nim oprzeć – ona tak odpowiadała koleżankom, kiedy pytały co z nim.

– Znamy się jak łyse konie – on tłumaczył kumplom, kiedy przy piwie podczas strącania kręgli temat wypływał. – Mogę do niej walić jak w dym. Nie zawiedzie.

Ktoś by powiedział: gra przed obcymi.

Nic bardziej mylnego.

W rzeczywistości dzwonili do siebie dość regularnie. Z początku naprawdę często. Po dwa razy dziennie. Trzeba było jakoś czas wypełnić. Stare nawyki brały górę. Ale po miesiącu przynajmniej ze dwa razy w tygodniu. Zaś później taka częstotliwość się utrzymywała. Stała reguła nowej formy ich związku – najserdeczniejszych przyjaciół na świecie. Z przekąsem opowiadali sobie nawzajem o własnych sukcesach.

Ale słuchali z przejęciem.

Oczywiście nie mogło zabraknąć tematów wspólnych znajomych, ich upadków i wzlotów. Z czasem więcej plotkowali, bawiąc się nieźle takimi rozmowami. Dawali sobie rady. Takie ogólne. I co by nie mówić: banalne. Jednak zawsze dowcipne. Bo w sumie, czemu nie? Większość rozmów polega na werbalnej ekwilibrystyce.

Linoskoczków ceni się w każdej epoce. To nie bez powodu najbardziej podziwiani artyści.

Ale kiedy naprawdę potrzebowali wsparcia, bo świat się walił, a dusza wyła jak porzucony pies, to przyjaciół szukali sobie jakoś mniej najlepszych.

 

* * *

 

Zaproszony gość wyglądał tak, jakby co najmniej od kilku dni nie spał. A nie spał dlatego, że pił, po czym odbył nagłą i elementarną kurację odwykową. W wyniku czego też nie mógł spać, bo męczył się w dwójnasób. A cała ta mordęga na rzecz występu telewizyjnego. Piekielne wyrzeczenia w imię trywialnego zrobienia wrażenia. Biły z niego siódme poty, choć równocześnie pozostawał blady jak stumilionowe pokłady kredy, powstałe z życia, które dawno przeminęło.

Dinozaur.

Ostaniec.

Co kamera podkreślała.

Dziennikarka chrząknęła. Próby makijażystek usiłujących swymi niebagatelnymi umiejętnościami i tonami środków kosmetycznych ukryć stan zaproszonego eksperta spełzły na niczym. Zbyt zniszczona twarz. Na niej wszystko widoczne na pierwszy rzut oka. Oblicze starego nałogowca zdradzało piekielną drogę, jaką przeszedł w życiu, a której jeszcze nie skończył.

Ale prowadząca program gwiazda wizji była dzielna.

– Zapowiadany dzisiejszy gość jest wybitnym matematykiem. Autorytetem w swojej dziedzinie. Autorem bardzo wielu dysertacji, które, ośmielę się zauważyć, dla takiego laika jak ja, są napisane trudniejszym językiem niż egipskie hieroglify. Dziedzina nauki, jaką uprawia nasz gość nosi tak skomplikowaną nazwę, że boję się przy jej wymienianiu popełnić jakiś kardynalny, że aż żenujący błąd. Zatem pozwolą państwo, że jemu samemu oddam głos. Z pewnością sam siebie przedstawi najkompetentniej.

Naprawdę pani była dzielna, a poza tym fachowa. Tak mówiła o zaproszonym profesorku, jakby zapowiadała naprawdę kogoś ważnego, gwiazdę znaną i lubianą.

Jajogłowy chrząknął.

Został porażony.

– Postaram się nie nudzić ścisłością. To nie wykład. A dzisiaj jestem tu w zasadzie jako fizyk – sprostował. – Bo tym też się zajmuję – wzruszył ramionami.

– Sami państwo słyszeliście – z entuzjazmem zawołała dziennikarka. – Ale przechodząc do rzeczy, czyli otwieranych tajemniczych korytarzy do innych światów, a przy tym tego najmniej przewidywalnego, mam na myśli ten, do którego ludzie nie potrafią się przenieść za pomocą swojej cudownej aparatury, mówi się, że sformułował pan bardzo ciekawe wyjaśnienie. Regułę dotyczącą interesującego nas zjawiska. Pozwoli pan, że zapytam: dlaczego właśnie przejścia działają? To fenomen, zaprzeczający dotychczas uznawanym zasadom. Panują w tej kwestii różnorakie opinie. Nie omylę się, jeśli nazwę je sporem?

– Prędzej go zaognię, niż zaleczę – zamruczał naukowiec.

I zamilkł.

Zdetonował widzów. Prowadzącą też.

Ale ją tylko na chwilę. Porażała dzielnością, choć nie znała się na rzeczy. Więc może dlatego.

– To na pewno będzie fascynująca historia – ponownie zawołała z entuzjazmem. Bardzo zaraźliwym, przynajmniej wobec społecznie ukształtowanych widzów. Naśladowali jej emocje, dostosowując się jak Zeligi.

– Oczywiście, tym bardziej jeśli dojdzie do rękoczynów – z przekąsem zauważył gość. – W środowisku moje opinie nie cieszą się specjalnym uznaniem.

– Och, chyba nie jest tak źle?

– I w gruncie rzeczy mniej barwnie – przyznał rozmówca. – Obawiam się, że tradycyjnie zostanę sklasyfikowany jako skończony dureń i nikt mi ręki nie poda. Ale to oni są skończonymi durniami, a jako durnie mają ogromne wyobrażenie, co do własnej godności, co z kolei wyraża się podkreślaniem własnego niebywałego znaczenia i osiągnięć. Oni chcą, by to co raz wykuli na blachę, obowiązywało po wieki wieków. A zasadą chwili nie jest trwanie, lecz zmienność. Bo nauka to nie dogmaty, a nieustanne ich kwestionowanie. Zaś wszystko stąd, że jakakolwiek zmiana po prostu zagraża ich ugruntowanej pozycji. I w tym rzecz, reszta to gołosłowie.

– No nie, trudno uwierzyć.

– Pani sądzi, że to anioły, bo z tytułami naukowymi?

– A czy takie świadectwa o czymś nie świadczą?

Gość zachichotał strasznie.

– O tak, ogryzkami rzucać nie będą, kredę i gąbki mając pod ręką w wystarczającej ilości. Oni nie w ciemię bici. To ludzie praktyczni. Wykorzystają, co im w ręce trafi. Chyba, że buty któregoś uwierają. Zdarza się. Wśród uczonych, jak nigdzie, sprawdza się pewna znana zasada, że głupi wie wszystko a priori, nie potrzebuje dowodów, mądry miewa wątpliwości. Bo nauka opiera się tylko na jednej zasadzie: odrzuca popularność, na rzecz czegoś tak niepoprawnego politycznie jak dowód. Oni jednak uznają mnie za durnia i to przegłosują. Zapewniam, że w tym gronie pogłowie durniów też znacząco przekracza połowę populacji.

– Ależ wydaje mi się, że liczebność głupich w dzisiejszych czasach zmalała. Powszechna edukacja. Cyfrowe nośniki ogólnie dostępne. Szerokie pasma. Postęp.

– O nie, proszę samej to rozważyć, to stale cztery piąte. Może wśród naukowców trochę mniej. Trzy czwarte. Przez to, że już pojawia się jakieś sito, a ono ze swej natury zawsze zatrzyma część tumanów. By barierę ominąć, głową trzeba ruszyć. Nie każdy zdoła. Lecz mam wrażenie, że równocześnie powstaje taki cedzak kulturowy, by z drugiej strony napływ otwartogłowych ograniczyć. Głupota mocno się trzyma. Że tak powiem, łaskawa pani, beton to udokumentowana stała wszechświata.

– To fascynujące! – zaśmiała się dziennikarka. – Ale dziwne. I oddalające nas od głównego tematu, zatem, panie profesorze, proszę niech nam wyjaśnić, co pan właściwie odkrył? Przystępnie, wiem, że to dość skomplikowane prawo.

– Raczej teoria, a słuszniej by mówić, że postulat. Oczywiście opisuję go różnymi wzorami. W końcu kieruję go do ludzi nauki. Oni jak mogą komplikować i nudzić, to nigdy sobie tego nie odmówią. Taki kod tego środowiska. Plus podkreślanie własnej kompetencji, gdy reszta nie pojmuje o czym mowa.

Dziennikarka sapnęła.

– Za to widzowie płoną z ciekawości.

– No cóż, piekła nikomu nie życzę. Wręcz przeciwnie. Doskonałości. Wspomniany postulat odnosi się do ewolucji wszechświata. Jestem zdania, że nie tylko kosmos zmienia się, zwiększając tempo ekspansji, ale również prawa go dotyczące. Wie pani, mówi się, że zasady to właściwie tylko prawdopodobieństwo. I nie ja to wymyśliłem. Są to tak zwane wyjątki od reguły.

– Które regułę potwierdzają – błyskotliwie wtrąciła prowadząca.

– Śmiem wątpić, prędzej obalają. Mówią za to o procesach, które zaszły. Stawiam tezę, że dzięki takim ostańcom działają korytarze do innych światów. Proszę zauważyć, że my wciąż nie wiemy, dokąd trafiają sondy, czy na inne planety w naszym wszechświecie, czy do całkiem innych wymiarów.

– Sondy są niewielkie, stąd ograniczenia eksploracyjne i badawcze, co konotuje niepewność związaną z pobieraniem danych. Ale panuje opinia, że to się wkrótce zmieni. Technologia nam się rozbuchała. Choć przyznam, że to niełatwe zagadnienia. A już szczególnie pańska zasada.

– Jakby to pani wytłumaczyć… Rozumie pani co to wyjątki w naszym pięknym języku?

– Trzeba je wykuć na blachę.

– Otóż to – mruknął zaproszony gość. – Tyle, że to pozostałości po dawnych procesach językowych. Mówią nam trochę o historii naszej rodzimej mowy. Ale da się je wytłumaczyć, choć oczywiście prościej uznać za wyjątki, bo to mniejszy wydatek umysłowy. Jesteśmy z natury leniwi.

– Ale czy można stosować ludzkie kryteria do niezmiennych praw fizyki?

– I w tym mój postulat. Proszę zauważyć, że używamy form, o których mamy pojęcie cokolwiek znikome jak: do siego roku. Co to jest: do siego? Wie pani, bo ja nie. Ale że to forma okrzepła, więc się nią posługuję. A dawniej coś znaczyła. Nie powinniśmy za łatwo zapominać o przeszłości, bo stara.

– Czyli chce pan powiedzieć, że opisana przez pana prawidłowość jest zaszłością po pradawnych zasadach?

– Wiemy, że machina tworząca korytarze do innych światów działa. Pojęcia za to czemu.

– I co pani myśli, pani Jolanto – wiceprezes wyciszył fonię odtwarzanego programu, zostawiając wizję. Zabawnie wyglądali rozmówcy, kiedy stroili miny, a nie rozpoznawało się treści ich wypowiedzi. Nieme błazny. – Znajduje pani w tym coś na rzeczy?

Pani doktor patrzyła na ekran. Coś jej po głowie chodziło. Daleko od tematu.

– Teoretyzowanie – określiła. – Środowisko zje go żywcem.

– Bo to kupa wkuwających blacharzy? Dołożył tej dziennikarce.

– Na pewno ma rację, że durnie się obrażą.

Wice się zaśmiał.

– Wielu z tytułami już określiło go mianem świra.

– Nie obroni się. Przepity, arogancki, niewyspany, fatalny wizerunek. To dzisiaj najbardziej naukowe kryteria – zauważyła doktor Jolanta. Stała się specjalistką w dziedzinie uchodzenia za autorytet medialny. Niewątpliwie sama była jednym z najjaśniejszych.

– No tak. Ale ja pytam o pani zdanie w kwestii jego postulatu.

Wzruszyła ramionami.

– Jakie to ma znaczenie? Tak czy siak urządzenie działa.

Szef wydął usta.

– Wadliwie.

Piękna pani naukowiec prychnęła.

– Zaledwie w jednym wypadku.

– Który niszczy regułę.

Stukała palcami i założyła nogę na nogę.

– W jaki sposób, panie prezesie? Że ludzi do jednego świata nie przenosi? Tylko do jednego i tylko ludzi.

– Akurat tego najbardziej pożądanego. Kogo obchodzą tamte nudne pozostałe?

– Naukowców?

– Chleba z tego nie będzie.

– Nasi specjaliści w końcu uporają się z tą zagadką.

– Może są za bardzo wyspecjalizowani?

– I sądzi pan, że pomoże ktoś z zewnątrz?

– Jesteśmy w desperacji.

Westchnęła.

– Szefie, cokolwiek się dzieje, nie ma nic wspólnego z żadnymi ludzkimi regułami. Naszego gatunku nie było podczas zainicjowania kosmosu. Takie podejście jest nieracjonalne i nienaukowe. Język to nie fizyka. Nie żeni się niedopasowanych osobników. To sprzeczność. A ten to kto? – wskazała na ekran.

– Pani go nie zna?

– Niby czemu?

– No wie pani, środowiskowo. Też naukowiec.

Doktor Jolanta zmarszczyła brwi.

– Jakby tak, ale…

– To Bogumił Boruta – wice się uśmiechnął.

Piękna pani doktor też.

– Urocze.

– I pani podobnie uważa? Od razu rozbawiło mnie jego nazwisko.

Ale pani doktor nie uważała, by jednak było jakieś specjalnie śmieszne. To tak jakby się śmiać z Nowaka albo Dolnego. Chyba, że tacy dwaj spotkają się, powiedzmy jako studenci, w wieloznacznej sytuacji:

– Nowak – przedstawia się pierwszy. – Z parteru, ze starego akademika.

– Dolny – mówi drugi. – Z nowego. Ale z dziesiątego piętra.

Wtedy komicznie. Przez kontekst. Który w tym konkretnym przypadku tworzy nieprzystawalność nazwiska ze zdarzeniem. Detal zawsze bawi najbardziej.

Ale naczelny jakoś tego nie ogarniał.

Za to zdziwił się, kiedy doktor Jola klepnęła się z rozmachem w czoło.

– O Boże, to on! – zawołała.

– Kto?

– Kochałam się w nim w czasie studiów. A w zasadzie to w jego pracach. Były absolutnie genialne, zaskakujące, oryginalne. Jakby to rzec, to taki matematyczny mistyk. Łączył niekompatybilne dziedziny. Fenomen! – westchnęła. – Na zdjęciach z tamtego czasu jednak prezentował się korzystniej.

Akurat to wiceprezesa nie powaliło na kolana.

– Pytanie, czy może nam pomóc?

– Brak mi podstaw, by odpowiedzieć bez sprawdzenia.

– Właśnie. Jednak obawiam się, że konsultowanie z nim czegokolwiek to strata czasu.

Ale doktor Jola chyba myślała inaczej, a na pewno oddychała bardzo pospiesznie.

– Co zawadzi spróbować?

– Już zmienia pani zdanie?

– Jestem kobietą, nie krową.

Rozbawiła go. Świetnie się przy niej czuł. Ale musiał ostrzec.

– Syzyfowy trud.

– A jeśli nie?

– A weźmie to pani na siebie?

– Z ochotą!

Naczelny przypatrzył się.

– Oj, czy aby na pewno ta studencka miłość nie przetrwała do dziś?

– Och nie. Z niego po prostu ciekawy przypadek.

Szef pokręcił głową.

– Wygląda na pijaka.

– Prezesie, to prawdziwy człowiek nauki. Proszę mi uwierzyć, im mniej załgany, tym bardziej wariat.

– Wierzę, wierzę – zamruczał wice. – Za to z pani kobieta na sto procent.

– Mam nadzieję – ona się zaśmiała.

– O sto osiemdziesiąt stopni zmieniła pani zdanie wobec tego Boruty, kiedy rozpoznała w nim dawnego znajomka. Skusił panią. Widzi mi się, że upadek panią pociąga.

– Ależ przeciwnie, oryginalność.

– Niech będzie, że zakazany owoc – szef sięgnął do patery i podał podwładnej idealnie soczyste jabłko.

 

* * *

 

Profesor był zużyty.

Choć niespecjalnie stary. Półwieczny. Jednak w kontraście do zjawiskowo słodkiej doktor Jolanty zdawał się zgrzybiałym piernikiem.

Bo na twarzy tego naukowca swój ślad zostawiły nieprzespane noce i gorycz zawiedzionych nadziei. A także rozliczne nałogi.

Przecież upadał nie raz.

Przeszedł piekło tam i z powrotem, a o raju zapomniał ostatecznie. Prawie wrak, nad grobem stojący, a mimo to wciąż z płonącymi oczyma.

Trudno uwierzyć, że od zdrowia.

Prędzej przez gorączkę.

Tak czy siak one wciąż czegoś chciały, pożądając bardzo ogniście.

Czasem.

Bo jednak nic z tego, co zdołał dotąd odkryć i poznać, nie zdołało ich zadowolić.

Zatem zamgliła wódka.

W każdym razie kobieta była tak efektowna, że nawet na zużytym profesorze robiła wrażenie. Ale on wiedział, że u niej nie ma czego szukać taki złachmaniony mizerak.

A mimo to się uśmiechała.

I bynajmniej nie zdawkowo.

Przy tym szczerze.

Lub doskonale udawała, skubiąc ciastko.

– A wie pan, panie profesorze, że się w panu kochałam? – zmrużyła oczy.

– We mnie? Głowę dam, że się nie znamy.

– Pan sądzi, że to konieczne?

Zamyślił się.

– Tak – odpowiedział.

W głos się roześmiała.

Nieludzko piękna.

– A w panu, w panu. Choć za sprawą książek.

– Aha, chodzi o tamte bzdety.

– Odjechałam, kiedy pierwszy raz usłyszałam pańskie nazwisko.

– To byłem taki sławny?

– Interesujący. To zestawienie.

– Aha, bawiło panią, że diabeł?

– Nie gniewa się pan na taką uwagę, mam nadzieję?

Wzruszył ramionami.

– Niby czemu? Nie pani pierwsza się uśmiecha, kiedy zostaję przedstawiony z nazwiska. Daremne tłumaczenie, że wizerunek może nie odpowiadać tożsamości.

– Aha. Jednak chodzi mi o coś więcej. Imię także.

Oczy mu rozbłysły.

A w ręce aż klasnął.

– Doskonale! – pochwalił – Mało kto zwraca na podobne detale. Ludzie są niedokształceni. I chyba za rzadko używają głowy do myślenia.

– A do czego?

– By mury rozwalać. Ma pani nietypowe talenta, co rzadkie. Rzekłbym, że więcej niźli podstawowe kompetencje kulturowe. Zdumiewająca subtelność w naszych czasach. Dlatego nie wiem, czy będą z pani ludzie.

– A kto inny?

– Prędzej anioły.

– Chyba z piekła rodem.

Obydwoje się wspólnie zaśmiali, patrząc po sobie z błyszczącymi oczyma. Ot, odnaleźli się. Bez mała połówki.

– Na to byłoby pani żal.

– Bo rozumiem co to paradoks?

– Wolę określenie oksymoron – wyjaśnił profesor. – Pani mnie nie zawiedzie? Nie muszę pani wykładać podstaw?

Jakaś nadzieja pobrzmiewała w jego głosie.

Uśmiechnęła się.

– Choćby pańskie imię złączone z nazwiskiem – odpowiedziała.

Ale równocześnie z podarowanym profesorowi ujmującym uśmiechem w niej samej skurczyło się serce, bo przypomniała sobie, dzięki komu zdobyła aż tak rozległe kompetencje dotyczące kodów kulturowych. Choć z gruncie rzeczy tylko niejednowymiarowe.

Teraz nagle zaczęło jej go brakować.

Przez to jej uśmiech stał się taki, co go opisać się nie da.

Absolutu, co zstąpił na ziemski padół.

Więc profesorem Bogumiłem po prostu wstrząsnął.

„Istna diablica” – pomyślał.

Ale ona raczej wyglądała w tej chwili jak anioł z poranionymi skrzydłami, który został zmuszony do chodzenia po ziemi, składającej się z prochu i odłamków ostrych jak potłuczone szkło.

– Jak do tego doszło, jeśli wolno zapytać? – doktor Jolanta poprawiła niesforny kosmyk, po czym zwróciła się do starego naukowca, byle nie wspominać tego, co stracone, bo w rozwoju hamujące.

– Dość zwyczajna sprawa. Nazwisko typowo po ojcu. Imię matka mi nadała. Była nad miarę wierząca.

Pani doktor oczy się zapaliły.

– I chyba cechowała się oryginalnym poczuciem humoru?

– Niedościgłym. Starała się w tym naśladować Pana Boga. Uważała, że on stale się śmieje.

– Doprawdy?

– Pani mniema inaczej? Proszę przypatrzeć się temu światu. Niby co innego miałby robić, oglądając nasze doczesne dokonania? Potopem zalać? Już raz próbował i bez skutku. To co dostajemy w ręce zwykle obracamy w co innego niż złoto.

Zachwycała się coraz bardziej.

– Pan mnie zdumiewa, panie profesorze. Gdybym pana kiedyś znała od tej strony, niewątpliwie zakochałabym się na zabój w człowieku, nie w naukowcu.

– No i pożałowałaby pani tego gorzko.

– Czemu? Nawet na zdjęciach wyglądał pan co najmniej interesująco, a na pewno niebanalnie.

– Pamięć płata figle.

– Bynajmniej! – zaprotestowała gorąco.

Tylko wzruszył ramionami.

– To było inne życie.

– Chyba lepsze, prawda?

– Tak naprawdę to udawane.

– I prawda je zabiła?

– Po części.

– To co jeszcze?

– Pospolitość.

Z tym mogła łatwo się zgodzić. Też nie przepadała za zwyczajnością, więc zaśmiała się z głębi ducha, wiedząc, że należą do tego samego gatunku.

– Pan wciąż pozostaje nieprzeciętnie niepospolitym człowiekiem. Może nawet bardziej oryginalnym niż kiedykolwiek w przeszłości.

Ogromnie zatęsknił za czymś mocniejszym. Wręcz zaczęło go ssać.

Aż się spocił.

– Pan źle się czuje? – przestraszyła się i przysiadła bliżej, a tak pochyliła, że aż musiał zajrzeć w jej dekolt.

Niejeden dałby się za takie bliskie spotkanie pokroić.

On zakaszlał.

Po czym się roześmiał.

– Pani ze mną flirtuje?

– Nie śmiałabym – zapewniła, ale przy tym błysnęła zębami.

Pokręcił głową.

– Po co to pani?

Poprawiła włosy.

– Czyż nie jestem kobietą?

– Świetnie. Czyż nie jestem wrakiem? Szkoda zachodu.

– Jakby trochę pana odświeżyć…

– I jaka samarytanka tego się podejmie?

Zawzięcie kręciła kosmykiem włosów.

– Założę się, że nie trzeba byłoby długo szukać, by znalazła się jakaś chętna.

– By próchno konserwować? Wódką najlepiej. Pani doktor, czego pani ode mnie chce? Tak konkretnie, już bez pochlebstw.

– Konsultacji nad projektem! – wypaliła.

Popatrzył nad nią znad szklanki z jakąś słabą lurą, która w żaden sposób nie odnosiła się do przejmującego go ssania z głębi doskonale pustego wnętrza.

– Czemu ja? – stęknął. – Nie jestem inżynierem.

– Inżynierów nam nie brak – prychnęła lekceważąco. Ale zaraz się opanowała. – Błąd musi polegać na założeniach. Pan słyszał oczywiście o tym cudownym świecie?

– Nie żyję w jakiejś głuszy, niestety.

Jego głos brzmiał tak przekonująco, jakby rzeczywiście żałował. Aż się wstrząsnęła.

Ale zaraz przeszła do rzeczy.

Konkretna.

Lepiła ludzi, jak figurki z gliny.

Kreatorka.

– To miejsce jedyne w swoim rodzaju. Musimy znaleźć sposób, by móc posłać w nie eksploratorów.

– Wydajecie się bardzo zdeterminowani.

– Ale miotamy się od ściany do ściany. Badaliśmy wszystko, proszę mi wierzyć. Próbowaliśmy posyłać najbardziej zróżnicowane egzemplarze, białych, czarnych i żółtych. Zielonookich i albinosów. Kolosów i kurdupli. Szukaliśmy oryginalnych genetycznie osobników. Wszystko na nic. Błąkamy się jak dzieci we mgle.

Zaśmiał się.

– I ja mam was wyprowadzić?

– Co wadzi spróbować?

– Wątpię, bym nadawał się na przewodnika. Prędzej wywiodę na gorsze manowce.

– Proszę pozwolić, by inni to ocenili. Pan się przedwcześnie poddaje.

– Kochana pani Jolu, pani się myli. Nie wie pani kim jestem.

– Bogumił Boruta. Nowe imię genialności.

Śmiał się.

– Jako dziecko być może.

– Czytałam pańskie prace.

– W tym te z ostatnich dwudziestu lat?

– Także. Studia skończyłam przed trzema.

– Wszystkie wyprodukowane po pijaku. Po co wam wśród bajecznej techniki i młodych, sprawnych asystentów taki zużyty, zramolały przeżytek?

– Panie profesorze – załapała go za ręce. – Panie profesorze!

Zabrał dłonie.

– Pani nic o mnie nie wie, prawda?

– Ależ wszystko.

– Książki to zasłona dymna. Sztuczki magika. Trywialny wytwór zalęknionego umysłu poszukującego ratunku w porządku.

– A to źle?

Przez chwilę oczy mu błyszczały. Ale zgasły.

– Ładu nie ma.

– Pan tak naprawdę uważa?

– Kiedy ukończyłem studia w wieku lat osiemnastu, z miejsca obroniłem doktorat.

– Aha, jak to geniusz – zauważyła. – Też tak chciałam, ale zabrało mi to dwa kolejne lata. Zapatrzyłam się w pana, ale ja jestem raczej przeciętna.

Tym razem nie podjął gry. Kontynuował poważnie,

– Nauka była sensowna. Harmonijna. Piękna. Uznałem, że nie przez przypadek. Za wiele ładu w świecie. Postanowiłem, że odnajdę ten największy, do którego prowadzą badania, ale nie mogą go odkryć.

– To fascynujące.

– Dlatego zostałem księdzem.

Usta otworzyła.

– Pan? – bąknęła. – Naukowiec?

– Po sześciu latach. Fizykę i matematykę zrobiłem szybciej. Teologii i praw kościelnych nie pozwolono przed terminem.

Wzruszyła ramionami.

– Strata czasu.

Profesor uśmiechnął się do wspomnień.

– Wręcz przeciwnie. Szanuję Kościół za to. Tradycja. To nawet mądre. Uczy pokory. A to, co oczekiwane, rodzi się, kiedy pora.

– A ona przychodzi kiedy?

Nie zawiódł.

– Gdy nastaje na nią czas.

Zaśmiała się. Spotykało ją bardzo oryginalne urzeczenie.

– Ale już nie jest pan księdzem?

– Bo popełniłem podstawowy błąd.

– Zgrzeszył pan?

– Nie ma ludzi niewinnych. Dlatego trwania w wiecznym szczęściu zostaliśmy pozbawieni, by wciąż naprawiać elementarne niedoskonałości. Lecz póki co upadek nadal jest immanentną cechą ludzkiej natury. Zrodziliśmy się do grzechu.

– A nie prędzej do odpokutowywania zań?

– A wielu pani takich widzi? Jeśli przypadkiem nie upadamy, to tylko dlatego, że akurat nie spotykają nas trudności. Przy pierwszej próbie taplamy się w haniebnym występku. Świństwo naturalnie nam przychodzi. Bezpowrotnie utraciliśmy niewinność. Bez liku przykładów, chociażby w postaci takiego żałosnego gorszyciela jak ja. I grzechy coraz banalniejsze, bo oczywiście towarzyszy im jawna głupota.

– Niby jaka?

– W moim przypadku trywialna. Powinienem zostać mnichem.

Aż klasnęła w dłonie.

– Jeszcze bardziej zamknąć się na świat? Cóż za strata.

– Prędzej zysk. Pani wie, że pewnych rzeczy nie należy badać dogłębnie, by nie stracić do nich serca?

– Kolejny paradoks?

– Pani doktor, ja ten świat poznałem od podszewki. Zostałem duchownym, szukając transcendentnego absolutu, jako ksiądz wiarę w jego istnienie straciłem, odkrywając czym jest człowiecza materia. To niby ma być akt stworzenia na boskie podobieństwo? Żart! Zanadto zbliżyłem się do poznania natury przewodników i ich owczarni. Choć oczywiście mógłbym kochać ludzkość i bym ją kochał. Niech Bóg mi wybaczy, oby z daleka. A teraz jako wrak w nic nie wierzący, na nic nie mający nadziei, popijam po prostu, bo wspólników w innych występkach nie znajduję. Takie próchno słusznie nikogo nie pociąga.

– Pan siebie nie docenia. Pan nie powinien. Pan wciąż wiele może z dać światu.

– Nie przekonam pani, prawda? Choćbym swoją rację po wielekroć udowodnił na tysiąc sposobów?

Pokręciła głową.

– Nigdy!

Zakaszlał.

– Młodość.

– Pan wciąż pisze wybitne książki – gorąco zapewniła doktor Jolanta.

– Nie skleci pani z tych odpadków nic godnego uwagi, to śmieci – machnął ręką. – Jestem jak inni – stwierdził. – Widzi pani, to co u drugich bawi mnie pocieszną niekompatybilnością, we mnie samym wydaje się absolutnie poważne i logiczne.

– Panu wolno, pan nadzwyczajny!

– A czy zna pani kogokolwiek, kto nie widzi siebie we własnych oczach jako niepowtarzalnego i nadzwyczajnego? To drudzy są sztampowi i pospolici.

– Prawda. Dziwimy się tym, którzy w nas tej nadzwyczajności nie dostrzegają.

– Fenomenalni głupcy, czyż nie? – zaśmiał się profesor – My wiemy, że wobec nas nie wolno stosować tej samej miary, jaką przykładamy wobec innych – oświadczył, patrząc na rozmówczynię odrobinę kpiąco. – Wiadomo, że tacy jak my zasługują na więcej.

– Proszę mi wybaczyć takie stwierdzenie, ale wychodzi na to, że mając się za nadzwyczajnych, jesteśmy do urzygu pospolici, więc to, co pan opowiada, to paradoks w najczystszej formie.

Uśmiechnął się.

– Gratuluję. Ma pani otwarty umysł. Nie da sobie pani rady w tym świecie.

– Owszem, dam. Życie polega na łączeniu sprzeczności.

Po podobnym oświadczeniu zaczął klaskać. Pokonany został własną bronią.

– Proszę samej w to uwierzyć, będzie pani szczęśliwa – mruknął.

Wtedy zrozumiała, że go ma.

A wręcz, że miała cały czas. Przyszła jego pora. Z nią nie sposób się zmagać.

Zatrzymała czas.

Straciła godzinę na puste gadanie.

Którego by się nie wyrzekła.

– Zgadza się pan – zrozumiała.

– Pani bardzo uparta – wzruszył ramionami. – To kiedy ma się odbyć ta konsultacja?

– Nasz zespół gotowy w każdej chwili.

– Teoretycy?

Rozłożyła ręce.

– Dostanie pan, kogo zechce. A skoro życzy pan sobie inżynierów…

– Właściwie to warto byłoby zobaczyć jak ten proces wygląda. Ciekaw jestem. To możliwe dla przybysza z zewnątrz? Chyba macie jakieś procedury zabezpieczające?

– Stale różni chcą wykraść nam ten wynalazek.

– A nie przechodzi pani na myśl, że ja mogę być jakimś podesłanym szpiegiem?

Zmrużyła oczy, ale patrzyła tak, jak dziecko na cukierek.

– Pan agentem? Fascynujące.

Zaśmiał się ochryple.

– Niech już pani daruje te sztuczki, podpisałem cyrograf. Obejrzę ten proces?

– Drobnostka – wzruszyła ramionami.

– Może być już za tydzień?

Ponownie chwyciła go za ręce.

– Diabła należy łapać za ogon, skoro ucieka przed kropidłem. Panie profesorze, tak długo nie będziemy zwlekać, inaczej pokusy wrócą z większą mocą.

– Postaram się być w formie – westchnął, wstydząc się przed nią własnego upadku. Nie chciał zawieść jej oczekiwań.

– Zadbam o to – postanowiła zuchowato. – Biorę pana we własne ręce. Odnowię ducha, posilę ciało, kusego przepędzę precz. Będzie pan jak nowo narodzony. Proszę mi wierzyć.

– Tego się lękam. To już było.

– Nie słucham sprzeciwów!

– Pani Jolu, a czy ja śmiałbym opierać się podobnemu aniołowi?

 

* * *

 

Profesor po trzech dniach pod matczyną kuratelą doktor Jolanty przedstawiał się schludniej.

Wypucowany łazarz.

Został oprowadzony po firmie. Uścisnął ręce prezesom, w tym również temu najważniejszemu, który zamruczał coś pod nosem i sobie poszedł, po drodze pociągając z piersiówki. Gość długo za nim patrzył, z zazdrością. Ale sam pozostał z kierownikami w auli firmowej, gdzie zgromadził się także personel badawczy i techniczny. Wygłosił do tegoż zgromadzenia okolicznościowe przemówienie.

Do urzygu nudne.

Standardowe.

Na którym ziewali, bo dalibóg, nic nie rozumieli.

Pod kuratelą doktor Joli stracił pazur. Drapieżca na aksamitnej smyczy.

Po tych wszystkim torturach wreszcie trafił tam, gdzie powinien. Najsekretniejszego miejsca z najbardziej tajnych, obsługiwanego przez kapłanów obecnych czasów naukowego kultu. Przyglądał się maszynerii, wcale nie imponującej. Ażurowa sfera.

Nijaka.

Od razu wszystko odsłonięte, więc gdzie tu tajemnica?

Typowe rozczarowanie.

– Proszę wyłożyć mi przystępnie, działanie tego urządzenia. Chciałbym wiedzieć w jaki sposób ona zaprzecza przyjętemu porządkowi rzeczy.

Kierownik wszystkich specjalistów osobiście objaśniał, co włącza, żeby dostarczyć energię, która wytwarza pole, w rezultacie prokurując powstanie korytarza.

Profesor słuchał.

– Dobrze – zachrypiał. – Opisał mi pan jak kapral szeregowcowi, jak kolbę, koniecznie z orzecha włoskiego, bo tak w regulaminie, jak ją trzymać, mierzyć i kiedy za spust pociągnąć. Mnie bardziej chodziło o to, co za siły powodują, że karabin wypala.

Fachowiec uśmiechnął się z wyższością.

– Proch – palnął.

– Ale to urządzenie nie działa na nieco mniej archaicznych zasadach, jak mniemam?

Specjalista zamrugał.

– Nie rozumiem – burknął.

Profesor westchnął.

– Kolejny z pogłowia durniów, co niepowtarzalny wyjątek wykuwa na sformatowaną blachę – podsumował.

Kierownik spiekł raka. Doktor Jolanta prędko go oddaliła.

– To trochę potrwa – tłumaczyła, ciągnąc konsultanta za rękaw i usadzając w wygodnym fotelu, przymilając się i ogólnie kusząc.

Dał się udobruchać.

– Zaplanowaliśmy trzy sesje – wczuła się w rolę przylepnej trajkotki. – Na początek najbardziej typowa. Jak pan znajduje naszą machinę piekielną?

Była sferycznego kształtu, w środku dość wygodnie mieściło się dwóch badaczy w skafandrach. Urządzenie migało. Huczało. Pobierało energię. Technik odliczał. Przy zerze natychmiast otworzyła się dziwna dziura, w którą mechanizm wniknął. Za sprawą jego kamer ujrzeli inny świat. Przez dziewięć sekund, po czym wszystko znikło.

Tylko na nieprzywykłym gościu zrobiło to jakieś wrażenie. Przełknął gulę.

– Zanik wizji?

– Standardowy. Transmisja zawsze trwa dziewięć sekund. Nie wiemy dlaczego, choć odnotowaliśmy wahnięcia, ale krótkie. Człowiek bez aparatury ich nie dostrzeże. A może po prostu zegarki popsute. Czasem stają.

– Aha. Czyli tak się to zwykle odbywa?

– Typowo. Nudnie – potwierdziła doktor Jolanta. – Jak wrażenia? Miał pan dość przejętą minę.

– Obce światy. Cud – westchnął trzeźwy alkoholik. – Ale mniej więcej tego oczekiwałem po opisach. Proszę jednak nie myśleć, że nie doceniam osiągnięcia.

– Jednak kierownikowi zmył pan głowę.

– To dureń, pani Jolu. Nie rozumie, jak działa urządzenie, którego używa.

Wzruszyła ramionami.

– Konstruktor też tego nie ogarnia.

– A właśnie, co z nim?

– Pewnie w coś gra na wyższym piętrze, opychając się pizzą. Ma wszystko, czego potrzebuje. Dla nas nie znajduje czasu.

– Aha.

Wypili kawę. Mocną jak siekiera, by profesora nie opuściła forma. Opisano mu ewolucję projektu. Wyprawy odbywały się regularnie. Czysta rutyna. Skonstruowano dość wygodną maszynerię, która badaczom zapewniała jakie takie warunki, ale ze względu na ograniczenia, oczywiście nie komfortowe. Margines korytarza nie pozwalał na posyłanie dowolnej wielkości urządzeń.

– I tak łatwo poszło?

– Prostota okazała się oczywiście najbardziej skomplikowana.

– Jak to?

– Sferę musieliśmy ogołocić ze wszelkiego zbędnego balastu, ale systemy ochronne zachować. Dodaliśmy siatkę, by eksplorator niczym poza nią nie wystawał, zakłócając działanie mechanizmu.

– Zmyślny trick.

– Aha. Przede wszystkim trywialny, panie profesorze. Dziecko by wpadło. Co prawda nam nie udało się tak od razu. My tu zbyt wyspecjalizowani.

– A wróci pani do głównego tematu?

– Wedle życzenia.

I opowiedziała jak badano po kolei i rzetelnie obce światy, zwożąc przy okazji mnóstwo próbek, część przeznaczając na użytek bujnie rozwijającego się rynku pamiątek. Na razie inne zastosowania komercyjne nie wypalały. Ale nie tracono nadziei, że zostanie popchnięte choćby wytwarzanie leków lub zrewolucjonizowany proces produkcji procesorów. Póki co obce światy mało życzliwie traktowały ludzką eksplorację. Ot, codzienna orka.

Badacze wrócili. Zdali sprawozdanie. Zostali gruntownie przebadani. Kasłali na życzenie i pokazywali języki. Standard. Ale skrupulatny.

Zwolniono ich wreszcie.

– To teraz czas na nasz raj – zaśmiała się doktor Jola.

Nieco nerwowo.

Reszta obecnych zaczęła wzdychać.

Przygotowano kolejną sferę. Znacznie mniejszą.

– Jaki krasnoludek zmieści się w środku? – zagadnął profesor.

Doktor Jola poprawiła niesforny kosmyk.

– Wszystko w swoim czasie. Najpierw pokażemy, kiedy aparatura działa.

– Jakoś nie dostrzegam entuzjazmu?

– Doświadczenie, panie profesorze. Praktyka.

– Czyli straciliście nadzieję?

Piękna pani doktor wzruszyła ramionami.

– Niedługo sam się pan o wszystkim przekona. Po co gadać po próżnicy?

Po rutynowych zabiegach nastąpiło odliczanie, po czym machina zaszumiała. Nieco ciszej niż jej poprzedniczka, bo była mniejsza, ale za to głębiej, prawie uwodząco. Po czym pokazała obraz innego świata.

Kiedy zaproszony konsultant go zobaczył, westchnął.

Jakby na nowo się narodził.

Uprzedzony oczywiście został mniej więcej o tym, czego się spodziewać. Nieobce mu były doniesienia medialne i dobiegające zewsząd zachwyty. Tego uniwersum nie dało się nie pokochać.

Tyle, że dla ludzi pozostawało dziewicze.

– I co, raj, nieprawdaż? – z przekąsem zagadnęła doktor Jolanta.

Trochę sobie kpiła z zaproszonego gościa. A profesor wyglądał na wyraźnie poruszonego.

Co innego czytać relacje, a zobaczyć naprawdę.

Otarł pot.

Obraz obczyzny znikł.

Marzył, by go ponownie zobaczyć. Nie rozumiał jak dalej można żyć zwyczajnie, skoro raz widziało się taki cud.

– Jak zawsze obraz utrzymuje się dziewięć sekund? – wychrypiał.

– Z lekkim naddatkiem. Już o tym wspominałam, panie profesorze. Tu występują dodatkowe fluktuacje, nie przekraczające jednakże pięciu milisekund. Nie wiemy od czego zależą, na pewno nie od wymiarów posyłanych obiektów, ani ich składu, ni tego, czy zawartość żywa czy martwa. W sumie nic nie wiemy.

– Widzę, że naprawdę przebadaliście wszystko?

– Geny, chromosomy, procent pierwiastków, minerały. Każde, choćby najbardziej wymyślne draństwo.

– Jesteście dokładni.

Wzruszyła ramionami. Zniechęcona.

– Pocieszamy się drugorzędnymi sukcesami. Taplamy się w danych. Świnie miałyby radochę, nam pozostaje kociokwik.

Wypili więcej kawy, podtrzymując gasnącą rozmowę, obgadali inżynierów i badaczy. Nieźle się sobą bawili, a po dwóch godzinach urządzenie wróciło. Jakby takie samo.

– Obejrzyjmy.

Zwiad wykonał dron, teraz wyświetlający ujęcia raju. Wodospady i mokradła, tak błękitne niebo, że porażające, zieleń tak soczystą, że nawet mięsożerca się na nią kusił. Świat tak doskonale piękny, że wprost nieludzki.

Ale z mieszkańcami.

– Zwierzęta? – zadumał się profesor.

Widział je na filmie.

– Owszem.

– Czy to aby nie lwy?

– Sądząc po wyglądzie, jak najbardziej.

– Ale one leżą pośród stada antylop.

– Dzicz.

– Antylopy nie uciekają.

– Aha, o to panu chodzi – uśmiechnęła się doktor Jola. – Ciekawe dyskusje toczą się w gronie naszych specjalistów od biologii. Też zwrócili na to uwagę.

Bębniła paznokciami o stół. Zniecierpliwiona. Profesor się spocił.

– Czemu drapieżniki takie spokojne? To jakieś chore osobniki?

– Nie wyglądają na takie. Wydają się wręcz szczęśliwe. Niekiedy wstają, przechadzają się dostojnie. Królowie świata. Czasem ryczą, aż serce zamiera. Panują przypuszczenia, że polują tylko nocą.

– Nocą – zamyślił się profesor. – Sprawdziliście to?

– Co prawda zawsze trafiamy za dnia.

– W innych światach też?

– Tylko w tym. On we wszystkim jedyny.

– I z żadnym człowiekiem się nie udało – zadumał się zaproszony konsultant. – Znamienne.

Doktor Jola zastrzygła uszami, bo padła na pewno ważna uwaga. Ale nie pojmowała dlaczego. Wzruszyła ramionami i wróciła do przerwanych objaśnień.

– Tak. Tylko aparatura i zwierzęta. Z tym, że po paru godzinach urządzenia przestają działać.

– Czemu?

– Może nie chcą – zauważył przybyły wiceprezes.

Po chwili ściskał dłoń profesora. Drugi raz tego dnia. Wylewny nie do opisania.

– Jak to? – spytał konsultant.

– Po prostu nieruchomieją. Nie wiemy z jakiego powodu. Ale udaje nam się je zawrócić, kiedy nowy mechanizm uruchamia ten przybyły wcześniej, a już nie działający. Bo on po ponownym włączeniu po prostu zaczyna pracować, jakby nigdy nic. Ze zwierzętami gorzej. One chcą tam zostać. Jakoś zawsze udaje im się uwolnić z klatek, po czym odchodzą.

– I żadne nie wraca z tamtego uniwersum?

– No, dokonaliśmy tego – z niejakim zmieszaniem przyznała przybyła persona. – Skonstruowaliśmy takie zabezpieczenia, że żaden pies czy małpa zdołały ich obejść. W końcu jesteśmy ludźmi, stoimy na szczycie piramidy intelektualnej, więc okazaliśmy się sprytniejsi. Ale nie jesteśmy z tego specjalnie dumni.

– Bo?

– Po powrocie co do jednego zagłodziły się na śmierć.

– Nie wierzę.

– Wszystkie, panie profesorze. Wyglądając na bardzo szczęśliwe. Choć z wyraźnymi objawami braku chęci do życia. A nam serca się krajały.

– Musiały się czymś zarazić, jakie stworzenie…

– Przebadaliśmy zwłoki – przerwał szef. – Nie wykryliśmy żadnych chorób. Badawcze osobniki po prostu padły. Na nic. W ich organizmach nie znaleźliśmy niczego zabójczego. Niech pan uwierzy, sprawdzaliśmy bardzo rzetelnie.

– Dziwne, a atmosfera?

– Panie profesorze, zdrowie najczystsze. Jak weźmie się jeden haust tamtego powietrza sprowadzonego przez aparaturę, to człowiek staje się szczęśliwszy. Ale wielu próbek nie ściągamy. Ten świat posiada znaczące i nietypowe ograniczenia. Prawdę mówiąc, mniej chętnie wyprawiamy się do niego. On nas lekceważy i frustruje. Zwierząt nie posyłamy już wcale.

– Czemu?

– Panie profesorze, może rakarz zdołałby patrzeć jak takie stworzenie umiera, prosty człowiek nie. Nawet twardzielom serca się krajały.

– Pomimo tylu specjalistów w zasadzie nie wiecie nic?

– Trafione bez pudła. Próbujemy już z kimkolwiek. Może błąd tkwi właśnie w specjalistach. A może brak nam bardzo szczególnego? Galopujemy od Sasa do Lasa.

– Więc stąd ja? Ostatni dziwak. Jesteście zdesperowani – gość się zadumał.

– Sam pan widzi. Dziewiczy raj, do którego ludziom wrota zawarte.

Profesor jakby się ocknął.

Przystąpiono do kolejnej próby. Z człowiekiem.

Ten zachowywał się cokolwiek niedbale. Skafandra nie dopiął, procedurę olał. Bębnił palcami po ażurowej sferze, kurcząc się w środku. Ziewał.

Obsłudze minęła poprzednia skrupulatność. Postępowała wręcz nonszalancko.

– Tylko jeden? – zaciekawił się profesor, patrząc na eksploratora.

Wiceprezes zagryzł wargi.

– Po co dwóch narażać na niewygody? W tej sferze nawet jeden musi się kulić.

Rzeczywiście nie było po co. Po odliczaniu coś zabłysło. Tak ogólnie w powietrzu. Jakby cięcie ogniem.

I nic się nie zmieniło.

Jak po wielekroć przed.

Lecz zaproszony gość poczuł, że coś się w nim porusza. Niezrozumiała nadzieja, jaką stracił przed dekadami i o której odzyskaniu zapomniał. Jakby nowe życie wlewało się w jego zmurszałe ciało.

– Mój Boże, niepodobna – szepnął.

– A jednak – zamruczał wice. – I tak zawsze. Prawda, że to rozczarowujące?

– Mój Boże, mój Boże – powtarzał wstrząśnięty profesor.

Pani doktor i szef popatrzyli po sobie.

Pierwsza ich myśl była taka, że konsultant tańczący tuż przy otchłani szaleństwa, zrobił śmiały krok naprzód, ale minęła im, kiedy ten wstał. Właściwie to się zerwał.

Zmienił się. Już nie przypominał wyplutego łachmaniarza. Rysy mu się wprawdzie wyostrzyły, ale przybierając wyraz wręcz czcigodny. Oczy gorzały.

Czymś nowym.

Życiem.

– Nic tu po mnie – oznajmił niecierpliwie.

To ich zdziwił.

– Jak to?

– Wszystko jasne. Powołani zostaliśmy do tego, by naprawić to, co zepsuliśmy u zarania, a nie by przystawać w drodze. Chwila nie może trwać. Dlatego do tego świata nie wyślecie nigdy żadnego człowieka. Ponadto to niepotrzebne. Przy tym na obecnym etapie, jaki osiągnęła ludzkość, po prostu niemożliwe. To wam mówię ja, partacz inżynieryjny, fachman od paradoksów. Zaprzecza zasadom.

– Jakim? Według pana od zapoczątkowania wszechświata nie ma stałych. Zmieniają się.

Uśmiechnął się.

– Tym przedwiecznym.

– A niby czemu?

– Musielibyście znaleźć kogoś… – profesor zmarszczył brwi i długo szukał odpowiedniego określenia. Oczy mu zabłysły ogniście, kiedy na nie natrafił – niewinnego – dopowiedział.

Wiceprezes chrząknął. Czuł się tak, jakby toczył dysputę z szaleńcem.

– Może jaśniej, panie profesorze?– słodko poprosiła doktor Jola.

Czarowała po swojemu.

Pokręcił głową.

– To nie jest trudna zagadka, naprawdę. Posiadacie niezbędne wskazówki, by łatwo rozwiązać tę łamigłówkę. Te fragmenty, wierzcie mi, połączą się w całość. Aż dziwne, że nikt dotąd nie rozwikłał tej szarady, ale wiele tłumaczą zasadnicze braki w edukacji ogólnej i niskie kompetencje kulturowe. A to podstawowy kod, bez którego się nie porozumiemy. Choć może nie. Nie trzeba koniecznie daleko szukać. Wróćcie do podstaw. Czytajcie uważnie od nowa. Bo cierpicie na nadmiar specjalistów. Za bardzo skupiamy się na tym, co oni nam tłumaczą z wysokości swych nieprzystających do rzeczywistości katedr o nas samych. A to my życie sobie układamy z tej prostej racji, że później będziemy musieli brać się z nim za bary. Więc trzeba by jakiegoś laika. Nieświadome dziecko niemalże – zaśmiał się.

– Panie profesorze, proszę…

Spojrzał na nich litościwie.

– Dobrze. Ale wstyd mówić, taki elementarz. Jednak trochę ułatwię wam zadanie. Zajrzyjcie do najpopularniejszej opowieści. Rozwiązanie na początku. Ale to i tak nic nie da, bo obejście tej zasady po prostu niemożliwe. W takiej sytuacji ja wam zwyczajnie po nic.

– Komu innemu pan to sprzeda? Jak sami panu wszystko daliśmy na tacy? – wice zacisnął pięści.

Zwykle wzbudzał lęk.

A profesor się zaśmiał.

– Na tym nikt nie może skorzystać. Ani tacy jak wy, ani tacy jak ja. Trzeba zapomnieć o dotychczasowych pożytkach, a szukać całkiem niespodziewanych.

I zabrał się, jak stał.

Doktor Jolanta dopadła go w drzwiach.

– Co pan wyprawia? Zostawia nas pan teraz? Mnie też?

Profesor popatrzył z powagą.

– Nie bierz ze mnie przykładu. Ucz się. Widzisz, tyle lat straconych. Porzuciłem to, co było dla mnie najważniejsze. Radzę odnajdź to, co było takie dla ciebie.

Zagryzała usta, jakby nagle zebrało jej się na płacz. Ona też straciła prawdziwy skarb.

Dla pozłotka, bo błyszczało.

Uścisnął jej rękę.

– Pilno mi, moje dziecko – oznajmił.

Brakło jej tchu, tak powstrzymywała żałosne łkanie. Ale zwalczyła w sobie niewczesny żal.

– Aż tak? Dokąd? – spytała.

Zaśmiał się

– Do jedynego miejsca, gdzie trzeba, kiedy wszystko jasne.

– Czyli?

– Do kościoła.

Szeroko otworzyła oczy. W gruncie rzeczy od niewiary.

– Niby po co?

– Modlić się.

– Myślałam, że stracił pan wiarę?

– Po tym, czego tu przed chwilą doznałem, wychodzi na to, że jednak odzyskałem.

 

* * *

 

Kiedy Bogumił Boruta usiadł w ławce, już miał wilgotne oczy. Zaś kiedy ukląkł, by się pojednać ze Stwórcą, całkiem pełne łez.

To był płacz ożywionego łazarza.

Ale żarliwie się modląc, zrozumiał, że okłamał tamtą biedną, zagubioną nieszczęśnicę, kiedy jej ogłosił, iż odzyskał wiarę.

To było kłamstwo.

Ale grzech mniejszy, bo nieświadome.

A najłatwiej byłoby je nazwać uproszczeniem. Prawdą zrozumiałą dla kogoś takiego jak ona.

Pojmie, że to taki synonim.

Bo wiara polega na tym, że się wierzy. A on nadal nie wierzył. Znalazł dowód. W rezultacie nie wierzył, bo wiedział.

A to jednak co innego.

– Dobry Boże – rzekł, kończąc modlitwę. – Wybacz, jeśli źle rozumiem Twoje oczekiwania wobec mnie. A na pewno rozumiem źle, jak to od urodzenia i przez późniejsze występki niepoprawny grzesznik. Lecz znam siebie. Drugi raz tego samego błędu nie popełnię. Tym razem poszukam Ciebie w zamknięciu.

 

* * *

 

Wśród zespołu badawczego po niezrozumiałej rejteradzie niecodziennego konsultanta zapanowało pandemonium, co się zowie.

W sumie banalnie łatwe do przewidzenia.

– Czy ktoś mi do diabła wyjaśni, o co w tym wszystkim chodzi? – w tym całym zamieszaniu zabrzmiał głos samego prezesa. Naprawdę tego naczelnego z najwyższego pietra, które opuszczał rzadko, zstępując na pospolity padół.

Pan i władca pojawił się niespodziewanie. Nie przygotowali się odpowiednio na jego przybycie. W ogólnym rozgardiaszu dopiero teraz go dostrzeżono. Wice podbiegł do alfy i omegi firmy niezwykle żwawo.

– Jolka, do mnie, na jednej nodze – od razu wezwał w pośpiechu panią doktor, machając na nią ręką. – Mów! – nakazał protekcjonalnie i niegrzecznie, kiedy ona podeszła.

Spojrzała z ukosa.

– Niby co?

– Jak to rozumieć!

Wzruszyła ramionami.

– A skąd mam wiedzieć?

– Wydawało mi się, że jak wszystkich okręciłaś go sobie wokół palca?

Aż się żachnęła. Za kogo ją brał?

Karygodny brak szacunku.

Ale się opanowała.

– Jak widać nie – wycedziła.

Naczelny ich nie słuchał. Gulnął z piersiówki. Zadumał się głębiej.

Pustka.

– A może to jednak szpieg?

Doktor Jolanta pokręciła głową, wice przystanął obok.

– Wszystko sprawdziliśmy. Śledziliśmy, przejrzeliśmy korespondencję i wpływy na konto bankowe, to najrzetelniejszy konfesjonał. I tak z pięć razy. Żadnych podejrzanych tropów. Noworodek ma więcej za uszami.

– To nas nie naciął? – dopytywał się prezes.

– Wychodzi na to, że nie. Choć i tak kark bym mu skręcił.

– Czyli zostawił nas z zagadką. Za głupich nas ma. Jak myślicie, o jaką opowieść mogło mu chodzić? – zamruczał szef.

Niby niegłośno, a wszyscy usłyszeli.

Wice mruknął:

– Wariat zwariował.

Ale reszta chciała się przypodobać panu.

– Opowieść wigilijna? – ktoś zaproponował.

– Staroć przebrzmiała – zaoponował jego sąsiad.

– To może Władca Pierścieni? On aktualniejszy i chyba na czele rankingu? – podjął kolejny.

– I oglądamy Śródziemie? – dopowiedział następny.

– Raczej kraj nieśmiertelnych za morzem – podsumował jeszcze jeden. Oczytany!

Prezes prawie się zatchnął.

– Bzdury! – zasyczał, daremnie potrząsając próżnym naczyniem. – To w gruncie rzeczy prosty człowiek. Nieskomplikowany mechanizm. Takich na pęczki. Zejdźcie na niziny z tych wież z kości słoniowej.

– To może konstytucja? Sedno demokracji.

– Że co?

Młody naukowiec, który wypalił z takim pomysłem, po podobnym pytaniu głównego szefa, zaczerwienił się.

– No nie mówię, że zaraz nasza, bo kto na zapyziałe zadupie zwraca uwagę, ale choćby taka amerykańska. Ugruntowana. To już coś. Nawet filmy przygodowe o niej kręcą.

Kilku, którzy w cudzych oczach szukali dowartościowania, zaraz mu przytaknęło.

Padły i inne propozycje.

– Może Pięćdziesiąt twarzy Greya?

– Albo jakiś romans wampiryczny? Każdy z miejsca okazuje się przebojem rynkowym. Choć nie u nas. Niestety, w naszym grajdołku wąsate januszostwo, zamiast nowoczesnych zakochanych w krwiopijcach wyobcowanych nastolatek, dręczonych przez tyranię przaśnego gminu, pospolicie gustuje w zaściankowych sielankach.

– Ale gadał o elementarzu – ktoś zauważył.

– To musi być zatem Falskiego.

– A dlaczego?

– Bo każdy zaraz z tym Falskim wyjeżdża. To jaki inny miałby mieć na myśli, skoro rzecz idzie o podstawy, ha?

Część zebranych milczała, ale przebojowi durnie, jak zawsze wyleźli na czoło.

Prezes wzniósł oczy do nieba, choć po drodze napotkał sufit. Tego dnia wybitnie niski.

– Boże, i to ma być elita intelektualna? Stumanieliście od tych specjalizacji. Poszukajcie bliżej!

– Jolka – tymczasem wice błagalnie zwrócił się do pani doktor. – Ty masz głowę na karku, a tego Borutę poznałaś na wylot. Nie zdradził się z czymś szczególnym?

Z litością spojrzała na zwierzchnika.

Wzruszyła ramionami.

– Że przez kilka lat był księdzem.

– Wiem! – na te słowa wrzasnął prezes. Tłum zamilkł. – To Pismo Święte!

Niedowierzanie.

Później skonsternowany głos.

– Ale jest ich wiele.

– Czerpanie ze wszystkich kultur bardzo ubogaca.

– Czyli czyje? Zdaje się, że obecnie Koran najpopularniejszy?

– A nie Gita?

– Biblia, opanujcie się! Moglibyście się wreszcie pobratać z własnym dziedzictwem, zwykle do tego wszystko się odnosi! – prezes opadł na fotel. – Niech ktoś przyniesie egzemplarz z naszej biblioteki.

Szczycili się w firmie posiadaniem takowej. Stało tam mnóstwo opasłych woluminów, które nie kurzyły się tylko dlatego, że sprzątaczki wykazywały się zawodową skrupulatnością. Bo większość ewentualnych czytelników wolała jednak nośniki cyfrowe, po których mogła smyrgać pazurkami.

By zagłębiać się w komiksy.

Zapanowała cicha konsternacja.

– Chyba nie mamy na stanie – mruknął wice.

– Toż to kanon – naczelny powstał, po czym potoczył surowym wzrokiem po zgromadzeniu.

Obecni spuszczali łby. To były same światłe umysły gardzące zawstydzającymi przaśnymi przesądami ciemnogrodu.

– Zaraz kupić! – warknął prezes. – Na jednej nodze.

Zerwało się kilku gorliwców. Tak to bywa, przy szefach nawet najbystrzejsi tracą rozum. Próbując ich zadowolić, żarliwi podwładni ruszają, czym mogą, na nogach zwykle poprzestając. O głowach szczęśliwie zapominają, inaczej próbowaliby dla ukontentowania panów mury zwalać. Mądry przełożony umie ten zapał obrócić we wspólne dobro. Trzymając w ryzach. Głupi go podsyci, ciesząc się władzą, a później niesprawiedliwie narzeka na powszechne zbaranienie.

Naczelny miał dość tych tępaków. Choć sam ich wychował. Oni chcieli tylko jak zawsze dogodzić zmiennym gustom szefa. Od tego najbystrzejszy skretynieje.

Doktor Jola póki co sobą została, mając za wiele do czynienia z pewnym Jaśkiem, teraz usiadła przy opuszczonym stanowisku jakiegoś młodego programisty, bardziej bystrego od reszty, co wyrażało się tym, że jako pierwszy znalazł się pode drzwiami.

– W sieci chyba znajdziemy, co trzeba – oznajmiła.

– No, jedna przynajmniej kumata – mruknął naczelny i spoczął z ulgą. – Coś bym łyknął na wzmocnienie po tych wszystkich przeżyciach.

– Gentelman Jack? – zaproponował wice.

– W takiej sytuacji, kochany, lepiej tradycyjnie chlapnąć czystą – odparł główny, uśmiechając się błogo.

Tymczasem cały dziarski zespół zabrał się za przeszukiwanie nowych dla siebie treści. I dla tych młodych, prężnych, elokwentnych, odnoszących sukcesy zdobywców światów Biblia okazała się wyjątkowo niewdzięcznym materiałem. Ogrom tekstu podanego starodawnym językiem. Nie przepadali za stylizacją. Choćby po obróbce hermeneutycznej. Ni poznawaniem zamierzchłych nudziarstw. Nie można tak nowocześnie i o współczesnych traumach postępowego progressive managera? Cierpiętnicze jęki, jakby żywcem wyszarpane z czyśćca, dobiegły ze wszystkich stron.

Doktor Jolanta zaś patrzyła na ekran. Dzięki mężowi w swoim czasie liznęła nieco ogólnej edukacji. On był humanistą. Sam się w swych wieloznacznych naukach gubił, ale podstawy wpajał z przyzwyczajenia. Wiedziona intuicją, która szeptała jej do ucha, gdzie szukać, prędko znalazła stosowny ustęp.

Na oko, bo nie potrafiła przyjąć go do wiadomości.

Prezes stanął za jej plecami.

– Zdaje się, że pani coś ma. Bez pudła rozpoznaję takie rzeczy.

– Trudno uwierzyć – szepnęła pani doktor.

– To łyknij, kochana – szef wcisnął jej szklaneczkę z czystą. – Idealny środek na pobratanie z wiarą. A ty musisz, należąc do nacji rozumnych, a nie pogłowia baranów – potoczył wzrokiem po zgromadzonych.

A oni łby spuszczali. Na nic się zdało, że zawsze starali się panu dogodzić. Gardził nimi, choć właśnie tacy byli mu potrzebni – równocześnie głupi i bystrzy.

To on ich stworzył. Dla swej wygody.

I na swoje podobieństwo.

Wyćwiczył odpowiednio te pieski. Służyły z oddaniem.

A teraz żądał od nich całkiem nowych sztuczek, bo optyka mu się odmieniła.

Jola siorbnęła nieco.

Oczy jej się natychmiast załzawiły.

Po czym zaczęła się podnosić.

– Siedź – mruknął naczelny, po czym przysunął sobie monitor, by czytać o wygnaniu i cherubie z ognistym mieczem stojącym na straży bram, by wiarołomcy nigdy nie zdołali powrócić. – Raj utracony – szepnął.

– Ale to… religia. Wiara, nie nauka. Jak my mamy to zbadać? – doktor Jola otarła łzy, ale szklankę dziarsko wychyliła do dna.

Prezes spojrzał na nią z niejakim uznaniem. A na puste naczynie z obrzydzeniem.

– Jakieś bzdury! – sapnął wice.

Jego zwierzchnik dał mu znak. Skwapliwy waligóra ponownie napełnił opróżnioną szklankę.

Za ich plecami zgromadził się rozemocjonowany tłumek.

– No, nie.

– Wymysły!

– Fanatyczne obskuranctwo!

Też byli ludźmi wiary, choć wierzyli przede wszystkim w naukę i w to, że człowiek może, co zechce. Szczególnie wtedy, gdy potrzeba zadowolić wymagającego pana, który zawsze dotąd dawał do zrozumienia, że coś z natury wstecznego i nienowoczesnego dawno powinno wyginąć jak dinozaury.

Tyle, że tendencja się tymczasem zmieniła. Jak to na kole, raz na górze, raz na dole.

I żyje.

Więc samemu też trzeba się dostosować, by przetrwać.

Pan popijał, czekając na ratunek ze strony cudzych pomysłów.

 

* * *

 

Do opinii publicznej przeniknęło co nieco z tych wydarzeń.

W głównym obiegu tradycyjnie i z przekąsem dokopano religianckiej ciemnocie. Ledwie dyszała po tym, biedulka.

Na forach społecznościowych używano sobie zdecydowanie dosadniej, a zwroty „mroki średniowiecza” i „zabobony” w wyszukiwarkach dawały tysiące aktualnych odniesień, w bardzo nowatorskich związkach frazeologicznych.

Oczywiście żadnych dowodów nie zaakceptowano, za bardzo kłóciły się z wyznawanym światopoglądem. Postępowej kołtunerii. Co może zdawać się sprzeczne z natury, ale w gruncie rzeczy stanowi idealne dopełnienie. Znak czasów.

A niektórzy znawcy twierdzili, że całe te korytarze to jedno wielkie oszustwo, które zaraz potknie się o własne nogi.

Co nie zmieniło faktu, że równocześnie ruszyły poszukiwania.

Tego niewinnego.

Choć nazywano to oczywiście inaczej.

Projektem badawczym, na który sypały się granty. Wydawane ze złością, nikogo nie potrafiące ucieszyć.

Nigdy w dziejach ludzkości nie szukano z równą determinacją.

A przy z mniejszą wiarą i nadzieją.

Tym bardziej miłość nikomu w tych działaniach nie przyświecała. Acz w tym wypadku bez niej niczego nie można było osiągnąć.

Taki pospolity paradoks.

 

* * *

 

Oczywiście na naukowe próby środki lały się nieustannie. Na zmarnotrawienie.

Bez widocznych rezultatów. Więc z pewną nieśmiałością przystąpiono do sposobów religijnych. Posłano adwentystę, a po nim baptystę. To znaczy nie posłano, umieszczono w sferze. Urządzenie zamruczało.

Przyszła kolej na innych. Świadek nie okazał się świętszy od luteranina, nawet nieszczęsny orzeczony debil, który muchy nie skrzywdził, nie przeszedł weryfikacji.

Z nikim się nie udawało, satanistę, bo taki też się znalazł, prąd poraził. Zwiódł weryfikatorów, żartów mu się zachciało. Ktoś po drugiej stronie okazał się widać obdarzony mniejszym poczuciem humoru. Wyznawca lucyferianizmu wystąpił o odszkodowanie za straty. Fizyczne. I moralne nawet. Czci jego uchybiono. Ale ponieważ niejedno się tymczasem zmieniło, zasądzono go na grzywnę.

Sięgnięto nawet po księdza. Sławnego. Cytowanego. Przemawiającego z Parnasu nowoczesnej doskonałości. Autorytet prawdziwy. Telewizyjny.

Maszyna zaskrzyła, prychnęła, zakręciła się jak bączek. Pofrunął obłudnik na glebę.

W czasach galopującej poprawności w żaden sposób nie wolno było odmówić udziału mniej popularnym w tym kraju religiom.

I muzułmaninowi się powiodło.

Znikł.

– O nieba! – ktoś zamruczał.

Wielu po proste westchnęło:

– Jezu Chryste!

Większość biła się z myślami, że trzeba będzie zerwać z dotychczasowym wyznaniem ateistycznym, a zacząć na bosaka bić pokłony, mamrocząc coś w niezrozumiałym języku.

Ale chwilę tylko gryzły ich obawy. Czarnobrody prawowierny wrócił po kilku sekundach. Wypytywany, wybąkał, że nic nie widział, nie słyszał, nie czuł. Za to z głupią miną trzymał coś w zaciśniętej pięści. Kiedy ją uchylił, posypały się rodzynki. Policzono je sumiennie, siedemdziesiąt dwie.

Zbadano. Wszystkie zdrowe i dorodne, choć dziwnie to brzmi, bo jednak wyciśnięte i suche. Wyjątkowo smaczne, co sprawdzono. A poza tym zwykłe.

Jakiś imam wystąpił o wydanie ich wiernym, skrobiąc odpowiednią fatwę i grożąc dżihadem. Święte rodzynki nie mogły należeć do giaurów. Pozostali jego współwyznawcy przezornie milczeli, mając wrażenie, że ktoś tu ich robi nie tyle w jajo, co w rodzynkę. Co chyba gorsze, bo ona mniejsza.

W ten sposób chyba ostatni pomysł spalił na panewce.

 

* * *

 

Włodek zamknął laptopa. Bardzo porządny sobie sprawił, z ogromniastym ekranem. Co prawda filmy mógłby wyświetlać na wielgachnym monitorze stacjonarnego komputera, ale nie przywykł. Lata zrobiły swoje, mógł tylko używać do tego celu podręcznego komputera. Odwykł też od sypiania po nocach, a ta dopiero się zaczynała.

– Czyli obchód – postanowił. Skoro sam spać nie mógł po nocach, to innym też nie dawał.

Za pazuchę schował piersiówkę i poszedł.

– Najpierw dyżurka – popędził siebie.

Należało sprawdzić młodego, czy przypadkiem nie przysypia.

Wartownik siedział jak kołek.

Włodek zaczął się podkradać. Niedaleko zdołał, tamten natychmiast przyuważył.

– Czołem, szefie.

– Dobrze – mruknął Włodek – Bałem się, ze kimasz. Nie lubię tego.

– Słyszałem – porozumiewawczy uśmiech. Ale nie przesadny. Od razu spodobał się staremu.

Włodek pociągnął z piersiówki.

– Ciebie nie częstuję – wyjaśnił. – Nie dlatego, że procenty. O nie. Jeszcze zaśniesz, a śpiochów wywalam na zbity pysk.

– Obiło mi się o uszy.

– Będzie z ciebie pociecha. Jak radzisz sobie z sennością? Mogę coś zasugerować. Lata praktyki. Nawet jak się spiję, to spać nie zdołam.

– Czytam.

– Nietypowe. Ja preferuję seriale.

– Książki też niczego.

– Mówisz? Może coś w trym jest, bo widzisz, obejrzałem chyba co lepsze produkcje – skarżył się Włodek. – Czyli takie, co mają rozbudowane wątki obyczajowe. Kiedyś ich nie ceniłem, ale dziś muszę uwierzyć z relacje interpersonalne. Inaczej nijak, najlepsza zagadka kryminalna mnie zniechęca. Prawdopodobieństwo, mówię ci, podstawa.

– Rozumiem dobrze.

– To czytasz?

– A taki sajans fajans.

– To chyba mało wiarygodne?

– Jak kiedy. Czasem postawy społeczne zdają się prawdopodobne, a gadżety? Niby w życiu jak w kryminałach?

– Prawda – zgodził się zwierzchnik. – To nie odrywam.

„Młody się wyrobi” – ocenił, maszerując dalej. Tak dotarł na poziom badawczy, gdzie natknął się na Basię. Tak naburmuszoną, że się cofnął, ale ona go przyuważyła tymczasem. Nadęła się bardziej. Jako figura nie lada mógłby ją zbyć, ale wobec dziewczyn bywał tradycyjnie szarmancki. Stare nawyki. Machnął do niej ręką.

Podbiegła natychmiast.

– Powiedz jej coś! – zażądała.

– Komu?

– Tej piekielnicy. Siedzi, sprzątać nie daje, a ja zaufana, to jako nieliczna mogę wchodzić do pomieszczenia z maszyną transportową. Rzadko która certyfikat dostała. Dzisiaj moja kolej. A ta przeszkadza. A czy ja nie mam życia?

– Ktoś został?

– Ano, paskudna lalunia.

– Sprawdzę – obiecał.

Wsunął się do środka. Od razu zobaczył wzmiankowaną mróweczkę, przy jej biurku lampka zapalona, gdzie indzie pogaszone, zgodnie z wymogami przeciwpożarowymi i oszczędnościowymi. Bo o energię trzeba dbać, by nadmiernym zużyciem świata nie zepsuć.

Włodek chrząknął.

Żeński pracuś nie zareagował.

Podszedł.

Chrząknął ponownie.

Podniosła głowę.

„Paskudna? Ładna jak cholera” – osądził.

– Czym mogę służyć?

„I grzeczna” – westchnął stary ochroniarz. Takie uświadamiały najboleśniej przegrane życie.

– To raczej ja pani.

– Dziękuję. Nic mi nie potrzeba.

„Szkoda. Do diabła, szkoda” – ocenił Włodek, po czym odruchowo sięgnął za pazuchę, by wydobyć piersiówkę. Łyknął.

Patrzyła bacznie.

Poniewczasie się zreflektował.

– Pani chciałaby partycypować? – wyciągnął pocieszycielkę.

Pomachała głową.

– Nie boi się pan?

– A czego, to ja od nadzoru.

– Zawsze znajdzie się ktoś wyżej.

– A szefunio. Sam pije.

– To innym nie da.

Machnął ręką.

– A obowiązki? – zaciekawiła się.

– Nie ucierpią.

– Zaraz przymknie pan oko.

– Bardzo bym chciał. Ale to starożytne dzieje. Nie zasnę po tym. Nocami czuwam.

– Współczuję.

– Ot, przywykłem.

– Bezsenność da się leczyć.

– Tabletkami?

– Chociażby.

– Niestety – mruknął. – Uczulenie na prochy. Ja jestem stare próchno, łaskawa pani, sypię się.

– Pech.

– Bywa. Nie każdy dopasuje się do nowoczesności. To co panią dzisiaj zatrzymało?

– Pilna robótka.

– Do domu nie tęskno?

Pokazała pustą dłoń, ale ze zblakłym śladem na serdecznym palcu.

– Pozostała mi tylko praca.

Westchnął.

– Żałuję – powiedział całkiem szczerze.

– Bywa. Tradycyjny podział ról przepadł. Kobiety także realizują ambicje zawodowe.

– Żałuję. A pani dzisiaj czym podsyca aspiracje? Czyżby tym? – wskazał na ażurową maszynerię.

– Od pewnego czasu nie. Ja od wizerunku, by publika za nami przepadła.

– Trzymam za słowo, najlepiej od razu – zaśmiał się Włodek.

Zawtórowała mu, nawet klawiaturę odsunęła.

– Ciekawa robota? – spytał.

– Taka sobie. A pańska?

– Nadzór.

– W torebkach grzebiecie.

– Moi dali się we znaki?

– Są bardzo dociekliwi.

– W stosunku do pani już nie będą. Jak który się ośmieli, nogi z przysłowiowej dupy pourywam. Dosłownie! Ma pani moje słowo.

– Dzięki. Życie mi pan ratuje. Czym mogę się odwdzięczyć?

Machnął ręką.

– Drobnostka. Mądrym ludziom nie należy głowy zawracać.

– Ależ proszę. Orientuje się pan, co tu robimy?

– Tyle o ile. Przyznam, że bardziej zajmują mnie fabuły, postawy ludzkie, to zdaje mi się ciekawsze. Zakresu odkryć nie pojmuję. Podobno coś tam nie idzie?

– Ślamazarnie. Trafiliśmy na coś w rodzaju raju, ale nie możemy do niego wejść.

– Bo człowiek został wygnany na poniewierkę, a na straży postawiono anioła z ognistym mieczem.

– No proszę, to coś pan słyszał.

– Dawne dzieje. Wie pani, ja po służbach. Wtedy przykładano wagę do poznania wroga, to liznąłem tego i owego.

– Czy nie zostaliście pokonani?

– Ano. Wróg bez dywizji, a mocniejszy. Podstępem nas wzięli. My walczyliśmy nauką, oni oparli się na tysiącleciach doświadczenia. Za ciency się okazaliśmy. Już się nie odkuję.

– Nie marzy pan o rewanżu?

– Niby jakim?

– Niech pan siada – doktor wskazała na maszynerię.

– Przecież wam nie idzie?

– Boi się pan?

– Na stare lata zapadłem na nieustraszoność. Niech się boi ten, kto ma coś do stracenia – usadowił się w środku. – I co dalej?

– Weźmie pan udział w cudzie. Sprawnej maszynerii, która odmawia posłuszeństwa.

– Do dzieła!

Uwinęła się szybko. Musiał się skulić.

– Kark chce mi pani skręcić?

– Toż się pan nie boi?

– Kresu, a nie sposobu dochodzenia do niego.

– Odrobina gimnastyki – zamruczała.

– Nie na stare kości – parsknął.

Ale ona już swoje skończyła.

– Gotowe!

– A teraz finałowe odliczanie?

– A po co?

Wcisnęła przełącznik.

Urządzenie zamruczało.

Wprawdzie wiedział, że się nie uda, słyszał o tych wszystkich wpadkach, ale mimo to nabrał powietrza.

A ona jęknęła:

– O Matko Boska!

 

* * *

 

– Matko Boska Częstochowska! Królowo Jerozolimska! – sapnął Włodek.

Dopiero później pozwolił sobie na oddech.

Nie dało się go określić.

Orzeźwienie?

Bynajmniej, tu takie słowo nic nie znaczyło. Słowa były puste, tu istniała tylko prawda, ożywiająca całą przyrodę.

Lew zaryczał.

Ciarki przeszły, choć nie wzywał na łowy, a jeśli na nie, to na całkiem inne.

Ponownie nabrał tchu.

– Matko…

 

* * *

 

– … Boska – westchnęła doktor Jola.

Znowu zabłysło.

Ochroniarz oglądał otoczenie.

– Co, co się stało?

– Minęło dziewięć sekund – poinformowała go pani naukowiec. – Wrócił pan.

– Naprawdę tam trafiłem? To nie sen?

– Podobno pan nie śpi w nocy.

– Tam był dzień.

– Zawsze jest.

Z trudem nabierał powietrza. Nieorzeźwiającego, nie wywołującego ekscytacji, wprost nijakiego.

Nie chciał go, by o poprzednim nie zapomnieć.

– Wróć mnie tam – poprosił.

– Muszę zadzwonić…

– Zastrzelę cię.

Żartował sobie.

– Proszę – dodał.

Machnęła ręką. Ponownie wszczęła procedurę.

Zabłysło.

 

* * *

 

Włodek patrzył smutno. Stary, złamany, nikomu niepotrzebny dziad.

– Czemu tu jestem?

Doktor Jola wzruszyła ramionami.

– Nie udało się.

– Ale wcześniej…

– Nie umiem tego wyjaśnić.

– Chyba niewiele tu rozumiecie.

Roześmiała się.

– Nic – przyznała. – To chyba naprawdę niebo.

Zastanowił się.

– Wierzę.

– A ja muszę zadzwonić.

– Nie obejdzie się bez zamieszania?

– Przygotuj się na pandemonium.

Ochroniarz podszedł do drzwi.

– Nie uciekaj. I tak cię znajdą – ostrzegła.

– To wiem – wzruszył ramionami. – Powiem Basi, by sobie poszła, sprzątania nie będzie.

– Nie dzisiaj.

– Niech nie czeka na próżno, ona ma jakieś życie.

– Troszczysz się o ludzi. Miłe.

– Sam nie wiem, skąd to zaczyna mi się brać. Dotąd nigdy nie dbałem o drugich.

 

* * *

 

Później Włodek długo zastanawiał się dlaczego tak to wszystko spokojnie zniósł.

Do niczego nie doszedł.

Ale nierozwiązana zagadka nie gniewała wcale.

Oczywiście nie szło o tamten nieopisywalny świat, ale następującą po cudzie ludzką przedsiębiorczość.

Oj wzięli się za niego. Przerażający specjaliści chorujący na brak poczucia humoru. Przebadali mu mózg, serce, wątrobę i grzybicę stóp. Dociekliwi psychoanalitycy rozpatrywali każdą myśl. Niewiele zdołał im pomóc, w zasadzie nie miał żadnych refleksji. Ale starał się, nie wiedzieć dlaczego nabrał cech społecznych.

Poza tym leciał z nóg. Potwornie chciało mu się spać.

No i serdecznie współczuł doktor Joli. Zbladła biedulka. Za nią też się wzięli. Przechodziła podobne maglowanie, a widać, że znosiła je gorzej. Bardzo chciałby jej pomóc, choćby wziąć na siebie jej cierpienie.

Patrzeć na żadne nie umiał.

 

* * *

 

Brak możliwości zastukania do furty.

Dzwonek.

To nie wiadomo co robić. Wahał się chwilę, ale później śmiało przystąpił do rzeczy.

Braciszek.

Powiedział, czego potrzebuje, a poza tym kim jest. Niczego nie ukrywał, więc zdradził całą przeszłość. Na twarzy słuchającego szok.

– Proszę zaczekać.

Więc trwał.

Na stoliku leżały pisma religijne. Przejrzał je. Nawet z ciekawością.

A wtedy wszedł on.

Stary. Szlachetna twarz. Nobliwy. Choć w zasadzie lepiej rzec: patriarchalny.

– Pan do mnie? – zaczął.

Włodek wyciągnął rękę.

Tamten się zawahał. W oczach odraza.

„Nie poda” – zrozumiał gość. Dziwnie małe zrobiło to na nim wrażenie.

Ale się pomylił.

– Włodek, esbek – tamten uścisnął dłoń.

– To ja – potwierdził stary ochroniarz.

– Stosowne imię.

– Raczej uważam, że dostałem je przypadkiem, ale idealnie wpisuje się w stylistykę. Pan nie domyśla się, z czym przychodzę?

– Dowiem się.

– Światowe sprawy. Myślałem, że już z panem się konsultowali.

– Nikomu nie powiem tego, do czego sam by nie doszedł.

Włodek się uśmiechnął.

– Byłem tam – oświadczył.

Profesor zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał. Ale po chwili chyba pojął, bo z wrażenia oblizał spieczone usta.

– Nie wierzę – szepnął.

– A ja owszem – odparł Włodek.

– I jak tam jest?

Ochroniarz się zastanowił.

– Prawdziwie. Poza tym słów za mało. Chcę tam wrócić.

– A co, nie udaje się?

Zatem Włodek opisał własne doświadczenie, bardzo chętnie odpowiadając na wszystkie pytania. Niczego nie ukrywając, nawet tajemnic, do jakich został zobowiązany, po prostu zapomniał jak używać kłamstw.

– Nie uda się – po wszystkim oświadczył profesor.

– Mniej więcej tego oczekiwałem.

– Ale wie pan, że później można tam trafić, ale po liftingu doczesnej skorupy – dotknął ramienia ochroniarza.

– To czemu mi się udało?

– Paradoks czyż nie? Bo kto mniej godny? Ale On ma nieskończone poczucie humoru i chyba po prostu lubi synów marnotrawnych. Co pan zamierza?

– A pan?

– Zostanę, gdzie jestem – profesor wskazał na kratę za sobą. – Dobrze mi tu.

– A ja czuję potrzebę, by coś zrobić. Dość ukrywania się. Wie pan, przestałem nawet seriale oglądać.

– To ważne?

– Podstawowe. I po nocach sypiam. Bardzo dziwnie mi z tym.

– Zmiany, i widać, że wszystkie cudowne.

 

* * *

 

Jolka miała jak najgorszy czas w pracy.

Nic jej nie cieszyło. W portale nie umiała zaglądać, do naukowej roboty jej nie chcieli. Nie miała też do niej serca.

Postęp żaden, stary ochroniarz odszedł, uścisnąwszy znacząco jej rękę.

– Proszę się trzymać – uśmiechał się. Na starość życie zaczynał od nowa.

Dostała urlop.

W domu już po godzinie czuła, że zwariuje.

Zadzwoniła do byłego.

– Co u ciebie?

– W porządku.

– Spotkamy się?

– Jutro. Dzisiaj z przyjaciółmi zaległy wieczór wódeczkowy.

– To baw się dobrze.

– Coś brzmisz nieszczególnie.

– Wydaje ci się. Do jutra.

Odkładając słuchawkę, ocierała łzy.

 

* * *

 

Dzwonek do drzwi.

Nie chciała nikogo.

– Idź sobie – zamruczała.

Stukanie.

– Nie ma mnie – szepnęła.

Szczęk. Ale stonowany.

– Kto to? – zerwała się.

– A jednak jesteś – jego głos. – Nie bój się, to tylko ja. Zamka nie wymieniłaś.

Wyszła na jego powitanie. Głowę opuszczała.

Ale go nie zwiodła.

– Płaczesz, komu dać w ryja?

– Nikomu. Mam katar – zaciskała zęby. – A co z twoim wieczorem?

– Coś mnie tknęło, by plany zmienić. Przeczucie takie.

– Przepraszam.

– Trzymasz się?

Zamachała głową, ale kiedy ją przytulił, tylko mocniej się rozryczała.

Trzymał ją i gładził po plecach. Coś mruczał. Bardzo przejmująco. Ni słowa nie rozbierzesz. Serce grzał. Ale ona dała z siebie więcej, wołami trzeba byłoby ją od niego odrywać.

– Chyba się zgubiłam.

– Chcesz kompas?

Podniosła wzrok. Lazur w jej oczach był tak nieziemski, że aż nierzeczywisty.

Poza tym płonął.

– Ty mi wystarczysz.

Koniec

Komentarze

No cóż, IMO okrojona wersja była lepsza. Ta jest niemiłosiernie przegadana.

Nie wydaje mi się, że wątek życia prywatnego Joli cokolwiek wnosi do fabuły.

No i trochę robisz z naukowców idiotów. Od wspomnienia o drapieżnikach wśród antylop wszystko powinno być jasne, a tu wszyscy ciemni jak tabaka w rogu.

Nieco misjonarski ten utwór wyszedł.

Babska logika rządzi!

Finkla

 

Nie była pełna.

 

Wątek Joli wnosi wiele przez zestawienie kilku lokacji, dodaje kolejne znaczenie raju. To elementy nawzajem siebie uzupełniające.

 

Klasyczne opowiadanie to zaskoczenie na końcu. Tu i tak udać się nie mogło. Musiałoby zostać inaczej napisane i ograniczone w zasadzie to piętnastu stron. Albo i mniej.

Wyolbrzymienie i absurd bywają pomocne. W takich wojennych powieściach jak Most na rzecze Kwai albo Cienka czerwona linia mocno stawia się na realizm. Ale Paragraf 22 opowiada o czymś więcej posługując się przerysowaniem i groteską. Scheisskopf nie jest realistyczny, to ograniczenie człowieka do funkcji, potwornie przy tym skarykaturyzowanej, Milo dokonuje zabiegów czysto fantastycznych budując swoje ekonomiczne imperium. Bawełna w czekoladzie w żadnej mierze zaistnieć nie mogła. Przysięga na sztandar przy wydawaniu obiadu i kamizelek ratunkowych to celowa hiperbola. I to ogromna.

Niby czyni wojnę nierealistycznym widowiskiem.

A jednak ukazuje ją od straszniejszej strony. Dlatego mimo tych nierzeczywistości wolę Paragraf 22.

Groteska, absurd i przerysowanie to bardzo użyteczne zabiegi.

 

Utwór pisał się sam, nie stawiałem mu ograniczeń. Motyw religijny pojawił się naturalnie, nienaturalnie byłoby rezygnować z tego aspektu i narzucanej przezeń wykładni.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

OMG, to jeszcze nie była pełna wersja?

Z książek, które wymieniasz, czytałam tylko “Paragraf 22” i bardzo mi się podobał, bo pokazywał absurd wojny.

Babska logika rządzi!

Finkla

 

OMG, to jeszcze nie była pełna wersja?

Z mojej strony to była odpowiedź na twoją pierwszą kwestie dotyczącą wersji okrojonej. Po prostu nie powtarzałem pytania. Czyli ta wersja jest pełna. W sumie nie wyobrażam sobie, co mógłbym dołożyć.

 

Heller ukazywał absurd wojny posługując się absurdem, groteską i gargantuicznymi parabolami, a cechy bohaterów upraszczał i sprowadzał do dziwactw. Realizmu brak, mnóstwo opowiastek: o chmurze Clevingera, Wielkim Wodzu i Majorze Majorze. Wielu bohaterów to durnie, sytuacje sprowadzone do nawijania o pomidorze albo ochów w czasie odprawy, przegadanie notoryczne, jak Yossariana z księdzem na początku. Unikanie głównego tematu, kupa dygresji. Taka forma, by nie gadać wprost.

W filmie na przykład widoczna u Tarantino. Szukanie dalekich połączeń, które całość stanowią po zebraniu tych odległych cząstek.

 

Paradoks nie jest opowiastką z puentą. Redukując wątki do klasycznej i okrojonej struktury opowiadania, tracę to, co znajduje się pomiędzy.

Historyjka z puentą potrzebowałaby jednej czwarty objętości. A nawet mniej.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Awans dozorcy, z grubsza przedstawieni szefowie, rozmowa szefa z doktor Jolą, rozmowa doktor Joli z Jaśkiem… Przeczytałam niemal jedną trzecią opowiadania i tak po prawdzie nic mnie szczególnie nie zainteresowało.

Jastku, przekonaj mnie, że Pospolity paradoks warto doczytać do końca.

 

kiedy z tru­dem prze­ły­ka­jąc so­jo­wą lattę… –> …kiedy z tru­dem prze­ły­ka­jąc so­jo­wą latte

 

i sie­dząc na dy­żur­ce… –> …i sie­dząc w dy­żur­ce

 

Ścierpł, kiedy zo­ba­czył po­stać wy­ła­nia­ją­cą z windy. –> Ścierpł, kiedy zo­ba­czył po­stać wy­ła­nia­ją­cą się z windy.

 

Ale mu­siał słu­chać i szcze­rzyć dziu­ra­mi w zę­bach. –> Ale mu­siał słu­chać i wyszczerzać dziu­ry w zę­bach.

 

Trzy­ma­li go, by był tani. –> Trzy­ma­li go, bo był tani.

 

To trze­ba sy­ba­ry­ty­stycz­ne zbyt­ki miar­ko­wać… –> To trze­ba sy­ba­ry­ckie zbyt­ki miar­ko­wać

 

Wy­da­wa­ła się taka mądrą prze­wod­nicz­ką… –> Literówka.

 

Lep­sza w tym wy­pad­ku nad­mier­na gor­li­wość, niż w czam­buł opi­ta­la­ne obo­wiąz­ki. –> W czambuł można potępić, ale, jako że to frazeologizm, nie można w czambuł opitalać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Dzięki za korektę.

Ale jeśli chodzi o w czambuł opitalane obowiązki, to wolę zostawić jak jest. A to z tej przyczyny, że podoba mi się odmiana czambułów, które kiedyś paliły, gwałciły i mordowały, na skuteczniejszą metodę w obecnych czasach, kiedy mogą bumelować, osiągając to samo. Dopasowuję frazeologizm do dzisiejszej epoki.

 

Nie posiadam daru przekonywania. Przekonując, zwykle osiągam skutki odwrotne do zamierzonych, dlatego przekonując Cię, w stu procentach bym zniechęcił. A skoro do Paradoksu zniechęcać nie umiem, by w rezultacie zachęcić, to wolę pozostawić sobie promil niepewności, że sama z siebie doczytasz do końca.

 

Pozdrowienia.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Rozumiem, Jastku, Twoją chęć pozostania przy podobających Ci się czambułach, ale mam nadzieję, że wiesz także, iż wyrażenie potępić w czambuł, jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

Frazeologizmy, że powtórzę za Witoldem Doroszewskim, są „ustabilizowanym w danym języku związkiem wyrazowym”.

 

Niczego nie obiecuję, ale jeśli znajdę czas, być może wrócę do Pospolitego paradoksu, bo nie lubię zostawiać niedokończonych opowiadań. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Cenię sobie związki wyrazowe, ale język ma to do siebie, że się zmienia. To żywy twór, nieporządny. Porządek, sama wiesz, na cmentarzu.

Tu pytanie takie, czy nowa forma ma sens.

Sądzę, że profesor Doroszewski dopuściłby pewną dowolność w opowiadaniu fantastycznym.

Ale może się mylę.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Jastku, to Twoje opowiadanie i jest dla mnie oczywiste, że będzie napisane takimi słowami, jakie Ty uznasz za najwłaściwsze, aby opowiadanie prezentowało się jak najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Ja wiem, że opitalanie i czambuł to inna parafia. Ale w Paradoksie żenię treści nieprzystające, stąd zestawienia na pierwszy rzut oka gryzące się, bardzo mi pasowały.

Nie łamię związków frazeologicznych dla udziwnienia, ale wtedy, kiedy w nowym zestawieniu coś mi dodają.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

OK. Może kiedy uda mi się dokończyć opowiadanie, pojmę więcej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka