- Opowiadanie: Cornelius - Bez

Bez

Historia ociekająca seksem i brutalnością. Wyłącznie na odpowiedzialność czytających. Autor nie zwraca czasu straconego na przeczytanie. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bez

Katowice − miasto o masochistycznym uroku, którego genius loci został przekłuty szpilką konkretu. Powietrze tu ciężkie od sadzy, a jedynym wyzwaniem jest praca. Stanisław Klejnocki czegoś takiego potrzebował. Dość miał przeintelektualizowanych rozmów o niczym. Coś się w nim wypaliło. Kiedy? Chyba wówczas, gdy szedł długim korytarzem oddziału Pathologie und Therapie der Psychischen Krankheiten wiedeńskiej kliniki z charakterystycznym dla młodego lekarza przekonaniem o swojej wszechwiedzy. Prowadzona na badania pacjentka wyrwała się nagle ku niemu. Znał ją. Wszyscy ją znali. Ojciec Hedviki Jelinek miał gorzelnię na Morawach. „Musisz wracać do Krakowa, spiesz się, ojciec chce się z tobą pożegnać” − mówiła po niemiecku, kalecząc słowa na czeskich zmiękczeniach. Gdyby jej posłuchał… Trzy dni później otrzymał telegram. Nagły i rozległy zawał wywabił ojca z tego świata.

Przyjechał do Polski i bardziej z przekory niż przekonania wybrał Katowice. „Co chcesz tam robić? Przecież nie rozumiesz nawet ich godki” − tłumaczyła ciotka. Lecz Stanisław wiedział, że Katowice to bodaj jedyne miasto, w którym trwałość i racjonalność dominują nad pustosłowiem. Przyzwyczai się do rdzawych wyziewów fabryk i do błękitu nieba przechodzącego w brudną szarość. Polubi turkot wyładowanych węglem wozów i niezrozumiałe pokrzykiwania gazeciarza. Znajdzie sens w wyciu syren oznaczających koniec zmiany i wyznaczających rzeczywisty rytm dnia.

 

Stanisław Klejnocki przystanął, zastanowiając się, z której strony ominąć kałużę. Kremowy tramwaj − banka, jak na niego mówią − telepał się na torach. Spoza brudnych szyb patrzyły twarze ludzi spieszących na szychtę, po kolejną porcję zmęczenia.

Szedłby dalej, gdyby nie dźwięki dochodzące z otwartego okna kamienicy. Rhapsody in blue. Muzyka pasowała do tego miejsca. Młoteczki uderzające o struny fortepianu wydobywały ukryte w melodii miarowe dudnienia i łomot parowych maszyn. Ten utwór powstał w pociągu. Klejnocki wychwytywał wplecione w melodię pośpiech, rytm i ten ostry, niedający się powtórzyć nerw. „Szkoda, że nie z płyty” − przeszło mu przez głowę. Początkowe glissando na klarnecie za każdym razem zabierało go w inny wymiar.

Rozejrzał się jeszcze. Ciemnoszara fabryka o dwunastu kominach jak co dnia wycinała w brudnym horyzoncie modernistyczną falbanę. Zrobił eksperyment. Przymknął oczy i w tej samej chwili kominy zmieniły się w wielkie brunatne łzy, spływające z szarego nieba wprost na steraną trudem ziemię.

Usunął się na chodnik. Umorusany sadzą chłopiec ciągnął po nierównym bruku drewniany wózek. Podrygiwały śmiesznie poduszki w poziomkowych powłoczkach i postukiwało pokrzywione żelastwo. Na poduszce tkwiła dynia. Widok trochę surrealistyczny, a trochę beznadziejny, jak teraźniejszość i przyszłość. Chłopczyk szedł skulony, nie mogąc przyzwyczaić się do przeciwnego wiatru. Mógł mieć dziesięć lat, wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że życie wcale nie jest sprawiedliwe. Przeciwny wiatr już nigdy go nie odstąpi.

“Jeszcze tylko jedna przecznica i będę w swojej kamienicy” – pomyślał Klejnocki. Odgłosy miasta mieszały się z kuchennymi zapachami, a dziecięce pokrzykiwanie z gderliwym klachaniem gospodyń. Lubił tę stronę ulicy. Nisko usytuowane okna zachęcały do podglądania mieszkańców. Jego wzrok przyciągnął wylegujący się na parapecie kot. Leniwy pers z arystokratyczną nonszalancją ignorował przechodniów. Obok niego leżała gazeta. „Niewiarygodne morderstwo” – wielkimi literami krzyczał tytuł, dalszy tekst wydrapały kocie pazurki .

Minął róg Parku Kościuszki i z przyzwyczajenia spojrzał na słup ogłoszeniowy. Nic ciekawego. Widowisko w Teatrze Wyspiańskiego z okazji dwudziestej rocznicy odzyskania niepodległości. Przedarty przez wiatr afisz zachęcał do wizyty w kinie. Uśmiechnięci Tońko i Szczepko tłumaczyli, że ich film „Będzie lepiej” ubawi wszystkich do łez. Z kolei mag i hipnotyzer z Lubeki obiecywał uczestnikom „przejściowe stany uwagi i wyjście poza kres świadomości”. Stanisław spojrzał na datę. Piętnastego października trzydziestego ósmego. No tak, już od tygodnia nieaktualne.

− Mógłbyś wybierać inną drogę. Jakoś odechciało mi się z tobą spotykać. − Miła blondynka w wyzywającym makijażu szarpała za wycięcie dekoltu, powiększając przestrzeń odsłaniającą biust.

W jej głosie nie wyczuł złości, uśmiechnął się. Przedwczoraj poszedł z nią do łóżka. Miała na imię Dorota i chyba chciała potraktować go jak wyjątkowego klienta. Wiła się i wierzgała. Jej ręce masowały jego ciało. „Rżnij mnie, chcę być tylko twoja. Chcę cię poczuć głęboko” − krzyczała. Wtedy nie wytrzymał. Sytuacja była tak debilna, że parsknął śmiechem. Dalsza zabawa nie miała już sensu. Wyrzuciła go z mieszkania.

Na szczęście nie była pamiętliwa. W tym fachu nie można się obrażać zbyt łatwo. Poszperał w kieszeni i dał jej pięciozłotówkę.

− Kup sobie śniadanie i wracaj do domu. Zaziębisz się.

Zmrużyła oczy. W myślach rozdzieliła pieniądze na papierosy i tanie kosmetyki. Śniadanie nie zobaczy z tego ani grosza. Chleb ze smalcem zje u któregoś ze swoich znajomych w byle putyce.

− Powinnam ci to włożyć, wiesz gdzie… ale jakby policzyć tę kasę od ciebie, okazałoby się, że i tak jesteś moim najlepszym klientem. − Skrzywiła się. − Idź już. Masz gości.

 

Przed wejściem do kamienicy czekało dwóch policjantów. Wyglądali jak Flip i Flap. Żywy dowód na przyciąganie się przeciwieństw. Pstryknięciem równocześnie wyrzucili niedopalone papierosy i wyciągnęli ręce w powitalnym geście.

− Podobno w niekonkretnym świecie szuka pan konkretów − zagadnął grubszy z funkcjonariuszy.

Musieli rozmawiać ze stojącą nieopodal dostarczycielką taniej miłości. Może bywali jej klientami, w końcu policjant i lekkich obyczajów panna, to jedna ferajna.

Klejnocki zaprosił ich do mieszkania.

Bez zaciekawienia omietli wzrokiem rzeźbione secesyjne meble i zajmującą całą ścianę biblioteczkę. Na dłużej ich wzrok przyciągnęła karafka z czerwoną jak krew nalewką z wiśni. Niższy i szczuplejszy bez pytania sięgnął po kawałek rozkruszonej wedlowskiej czekolady.

„Albo głodny, albo ma problem z zapanowaniem nad odruchami” − pomyślał Klejnocki. − „Raczej to drugie” − doszedł do wniosku, widząc obgryzione paznokcie.

Policjantom nie spieszyło się z konkretami. Pytali o jego doświadczenie w leczeniu chorób psychicznych, o pobyt w Wiedniu. I chłonęli przytulność wnętrza, jakże innego od surowych policyjnych biur.

− Tak naprawdę, to o tym chcieliśmy porozmawiać. − Szczuplejszy z policjantów rozłożył na koronkowym obrusie kilka zdjęć.

Przedstawiały miejsce zbrodni. Okrutnej zbrodni. Poprzewracane krzesła, rozbite lustro toaletki, a na obszernym łóżku ciała kobiety i mężczyzny naznaczone brunatnymi plamami. Kobieta w jasnej koszuli, na klęczkach, jak przy modlitwie, z poderżniętym gardłem. Mężczyzna z wielką czarną plamą na piersi, przypominającą zabitego kruka. Kolejne fotografie przybliżały ogrom tragedii. Ściana nad szczytem łóżka była zakrwawiona, a na listwach podłogowych pozostały mazy, które na zdjęciach wyglądały jak roztarte brudną szmatą błoto.

− Chyba brakuje jakiejś fotografii – powiedział Stanisław.

Policjanci popatrzyli po sobie.

− Niestety… lub stety – powiedział ten grubszy − żadnego.

− A dziecko? Przecież… − Klejnocki zakreślał palcem widoczne na fotografii fragmenty dziecięcej odzieży. Czyste, nietknięte złem, jakby wykrojone z demonicznej scenerii sukienki w małych rozmiarach, filigranowe buciki i wózek dla lalek. Zamordowane małżeństwo miało córkę.

− Jest jeszcze to… − Szczuplejszy z policjantów podał mu kartkę z protokołem sekcji zwłok.

Przebiegł wzrokiem. „…kał uformował się… na prawej łydce rozmazany palcem ślad krwi… głębokość rany dwadzieścia centymetrów… Uszkodzenie prawej komory serca…

Powszednim naszym chlebem jest karmienie śmierci. Pierwej nimej się otworzą do wieczności bramy, przez trudy życia, płacząc się wciskamy. Wypłynął z pamięci skrawek zapomnianego dawno wiersza. Namacalność śmierci raziła okrucieństwem, zdającym się tonąć w bezsensie zła. 

Policjant, którego Klejnocki ochrzcił mianem Flapa, dorzucał szczegóły, których nie dało się odczytać z przyniesionych materiałów.

Weningerowie należeli do lepszego towarzystwa, mieli dwa sklepy kolonialne, handlowali też tytoniem i należał do nich skład drzewny przy Mikołajskiej. Nic dziwnego, że stać ich było na całe piętro w eleganckiej kamienicy. Rano, jak zwykle, przyszła kucharka. To ona znalazła ciała. A w kącie mieszkania, dygocącą, z podkurczonymi nóżkami dziewczynkę. Ich córkę Mathildę.

− Zabiła swoich rodziców? − Stanisław zadał najbardziej oczywiste pytanie.

− Wszystko na to wskazuje. Dowodów jest cała masa.

− To do czego jestem potrzebny? − Klejnocki przesunął dłonie po koronkowym obrusie.

− Bo ona nie pasuje do tej ohydnej zbrodni. Dziewięć lat, toż to dziecko. I po co miałaby zabijać. Wzorowa uczennica z pensji fraulein Steiert może zapaść na depresję, może dostać napadu histerii, może nawet we śnie wyrecytować po angielsku… − policjant zamilkł i niepewnie zaczął − die leiden… no jak to szło, leiden des Werther?

− Jeśli po angielsku, to raczej the sorrows of young Werther – dokończył Stanisław.

− O właśnie. Ktoś taki nie weźmie noża i nie zaciuka swoich die liebe Vater und Mutter. Mathilde nie potrafiłaby nawet ukroić chleba. − Policjant uniósł ręce i parodiował niezdarnie krojenie. Równocześnie przewiercał swymi oczami lekarza, szukając potwierdzenia dla własnych przypuszczeń.

− I gdzie ten konkret, który chcieliście mi zaproponować?

− Morderca. Kto nim jest? Na nasz policyjny nos, Mathilde nie mogła tego zrobić.

Szczuplejszy z policjantów przestał obgryzać paznokcie i wyjaśnił:

− Jakby to była ona, wtedy dwa plus dwa dawałoby dowolną liczbę. Ten chaotyczny i niewytłumaczalny świat musi mieć jakieś granice. Nie wszystko jest możliwe

− O ile wiem − Klejnocki próbował ustalić swoje miejsce w tej szczególnej układance − do tej pory pomagał wam profesor Janusz Strużyna. Jest medycznym doradcą tutejszej policji. Nie chcę mu wchodzić w paradę ani zmieniać ustalonych policyjnych zasad.

− Nie ma tu żadnych zasad. Trafiliśmy do pana doktora z polecenia.

Klejnocki uniósł ze zdziwienia brwi.

− Według naszej informatorki, Strużyna nic tu nie poradzi… − zaczął ten grubszy.

− …on jest tak samo słaby w rozwiązywaniu problemów, jak w… no tego… − zawiesił głos szczuplejszy.

− …jak w łóżku. Przynajmniej tak twierdzi nasz informator. A nie mamy powodu, by mu nie wierzyć − dokończył grubszy z policjantów.

 

Długo po tym jak funkcjonariusze odeszli, Stanisław Klejnocki próbował dojść do porządku ze swoimi zmysłami. Lubił tajemnice, a tu było coś więcej niż gazetowa łamigłówka. Najprościej było przyjąć, że w napadzie szału dziewczynka morduje swoich rodziców. Wykorzystywana seksualnie, ofiarowana sekcie, gwałcona przez ojca − taka przeszłość wiele by tłumaczyła. W tym przypadku brakowało jednak takiego punktu zaczepienia. Klejnockiego intrygowały sytuacje, gdy mechanizmy rządzące ludzkim zachowaniem wyłamywały się spod znanych zasad. Wiedział, że ujęte w ramy kindersztuby serca potrafią wybuchnąć ogniem tyleż potężnym, co niszczycielskim. Dochodzi wówczas do dramatów, tylko pozornie wyglądających na próbę oczyszczenia, a w rzeczywistości będących pułapką zamykającą człowieka w otchłani demonicznej porażki, z którą już nigdy sobie nie poradzi. Tutaj ten bieg myśli nie znajdywał potwierdzenia.

Zamiast odespać szpitalny dyżur, obłożył się książkami. Jedne dotyczyły umysłowości dziewięcioletnich dziewczynek, inne opisywały przestępstwa popełniane w tym wieku. Czytał o dziecięcych kradzieżach, wnikał w samobójstwa i okaleczenia. Dłuższą chwilę poświęcił artykułowi o sugestii pohipnotycznej. Autor wyśmiewał teorię mówiącą o możliwości anonimowego narzucania swoich myśli osobom uczestniczącym w pokazie hipnozy. Zawsze pozostaje jakiś ślad, znak szczególny, czasem zmanipulowane nazwisko. Bo skoro jest rzucony w przestrzeń umysłu cień, musi być też zauważalny, przypisany do tego cienia podmiot. Jeśli czegoś takiego nie ma, nie doszło ani do sugestii telepatycznej, ani zwyczajnej. 

Pod wieczór Stanisław Klejnocki miał niejasne przekonanie, że policyjny nos Flipa i Flapa nie mylił ich. Mathilda nie mogła zabić swoich rodziców. W takim razie kto? Ktoś ze znajomych? Sami rodzice? A może szukający zemsty wspólnik w interesach? Bezsprzecznie trzeba rozmówić się z paroma osobami. Jako pierwszą wybrał fraulein Steiert, dyrektorkę pensji dla bogatych panienek. 

Odwiedził ją już z samego rana.

Steiert przyjęła go w swoim gabinecie. Jasnym, do przesady czystym, utrzymanym w modernistycznym stylu. Na jednej ze ścian wisiały dyplomy i wyrazy uznania. Trochę inaczej wyobrażał sobie to wnętrze. Brakowało mu różowych zasłonek, kwiatów w doniczkach, zdjęć w fikuśnych oprawach, porcelanowych figurek i bezwartościowych pamiątek.

− Niepotrzebnie się pan trudził. − Fraulein siedziała w fotelu za biurkiem, na widok gościa uniosła się nieznacznie. Niemłoda, z wysoko upiętymi włosami, które niegdyś kruczoczarne, teraz przyprószone siwizną, nadawały jej powagi i dowodziły życiowej mądrości.

Spojrzał na biurko. Kałamarz, strugaczka, zapas ołówków. Wszystko miało tu swoje dokładnie wyznaczone miejsce. Dyrektorka bez trudu wygrałaby każdy konkurs na praktyczne rozplanowanie powierzchni biurowej.

− Mathilda to zdolna dziewczynka i naprawdę świetnie ułożona − zaakcentowała słowo „świetnie”.

− Mam uwierzyć, że prowadzi pani pensję dla pyzatych aniołków, gdzie dziewczynki w granatowo-białych sukieneczkach są grzecznymi lalkami bez charakteru? Czyżby? To żywe osoby, ciekawe świata i przekonane o swojej wartości. A mnie interesuje, jak zachowywała się Mathilde w dniu, w którym rzekomo popełniła morderstwo.

− Nie popełniła. − Fraulein energicznie uderzyła ołówkiem o blat biurka. − Znam się na psychologii dziewcząt lepiej niż wszystkie wydziały psychologii na wszystkich uniwersytetach świata. Nawet jeśli dowody na nią wskazują, to tym gorzej dla dowodów. Jeśli wszystkie boki kwadratu są równe, nie wynika z tego, że każda figura o równych bokach jest kwadratem. Wie pan, o co mi chodzi, prawda?

Nie był pewien.

− No to jaka była wówczas Mathilda? Jaka była w t-y-m dniu? − zapytał, bez nadziei otrzymania interesującej odpowiedzi.

− Nie była. − Zaciśnięte usta dyrektorki zdradzały emocje. Jak prawdziwie dobry pedagog nie chciała mówić o złych cechach oddanych jej pod opiekę dziewczynek. − Nie było jej wtedy w szkole.

− Aniołek opuścił zajęcia?

− Moja pensja wychowuje. Tworzymy elitę, a tworzywo mamy – przyznać muszę – wyjątkowo dobre.

− To z kim wtedy była? Gdzie poszła?

− Takie rzeczy mogę mówić rodzicom, nawet w sądzie zastanawiałabym się, na ile mogłabym być szczera.

 − Z kim wtedy była? Gdzie poszła? − Stanisław Klejnocki pchnął lekko serwetkę na do bólu przewidywalnym biurku panny Steiert.

Przez jej twarz przebiegł grymas niezadowolenia.

− Niech pan już idzie. I tak nic więcej nie powiem. − Machinalnie poprawiła poruszoną serwetkę i popatrzyła dłużej w oczy Klejnockiego. Najwyraźniej znalazła tam to, czego szukała, bo bardziej opanowanym głosem dodała:

− Gdyby pan nie mógł znaleźć wyjścia, odprowadzi pana jedna z naszych uczennic.

Podniosła słuchawkę telefonu i poprosiła o przyjście Gizelę Surowiecką.

Dziewczynka pojawiła się bardzo szybko, jak gdyby czekała tylko na wezwanie dyrektorki.

Szli długimi korytarzami, a przez wielkie i czyste okna przenikały raźne promyki październikowego słońca.

− Chcesz mi coś powiedzieć, prawda?

− Nn-o tak.

Stanisław Klejnocki miał nadzieję, że Gizela wreszcie wyjawi straszne rzeczy, które działy się w domu Mathildy. Przemoc, bicie, kłótnie. Czarne msze, wywoływanie duchów lub ofiary z dziewic. Opowie o sińcach i zwierzeniach tak czarnych, że zna je jedynie najlepsza przyjaciółka. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło.

− To gdzie wtedy była?

Gisela lekko pociągnęła go za rękaw, żeby zwolnił.

− To jest wielka tajemnica. Nawet księdzu na spowiedzi tego nie powiedziałam. − Jej warga lekko drżała.

− Poszłyście na sabat czarownic? Może założyłyście się, która krwawiej rozprawi się z rodzicami, a Mathilda przegrała zakład?

− Tu chodzi o naszą wielką tajemnicę.

− Swe największe tajemnice dziewięcioletnie dziewczynki zapisują w pamiętnikach, żeby parę lat później mieć się z czego śmiać.

− Proszę nie żartować. Byłyśmy na występach tego znanego maga z Lubeki. Hipnotyzera. „Władcy świadomości”, jak się przedstawił.

Przeszło mu przez myśl, że jednak go nie zaskoczyła. Wielka tajemnica skrywała mizerną treść. Pod wpływem hipnozy nie można wyjść poza granice moralności i przyzwoitości. Poza granice oddzielające dobro od zła.

Gizela z niedowierzaniem popatrzyła na jego obojętną twarz i pobiegła z powrotem korytarzem, on zaś wyszedł wprost w niezdrową październikową aurę tu i ówdzie poprzetykaną złotymi promieniami słońca.

Chciał zostać sam. Poskładać myśli. Miał świadomość, że w tym, czego się dowiedział, znajdowała się ważna część rozwiązania. Nie był tylko pewien: wyczytał je w książce, a może usłyszał od aż nadto kostycznej panny Steiert, robiącej wrażenie, jakby w dzieciństwie zasznurowano ją w gorset i do tej pory nie poluźniono ani o milimetr.

 

Zegar na wieży kościoła wskazywał jedenastą. Powinien się pospieszyć, jeśli chce zdążyć na przesłuchanie tej małej.

W pokoju przesłuchań był już profesor Janusz Strużyna. Szczupły, siwy i bezwzględny.

− Opowiadaj, opowiadaj, co robili ci rodzice. No jazda. Sąsiadki wszystko słyszały. Powiedziały nam, jak płakałaś, ryczałaś nawet. Zwierzałaś się przecież koleżankom, one opowiadają teraz twoje historie. − Strużyna mówił chropowatym głosem. Już dawno przekroczył granicę, za którą rozpoczyna się pranie mózgu. Brutalnie wmawiał dziewczynce epizody, które nigdy się nie zdarzyły.

Mathilda milczała. Długie ciemne włosy opadały w nieładzie, przydałby się im szampon i sporo wody. Miała duże migdałowe oczy i rysy tak delikatne, że mogłyby wzbudzić zazdrość samych aniołów. Z pewnością w chwili, gdy Bóg obdarowywał ludzi urodą, stała w pierwszym rzędzie. Szkoda tylko, że pominięto ją przy rozdzielaniu szczęśliwego życia.

W drżącej małej rączce trzymała zielone listki nieznanej rośliny. Zmięte i zmacerowane były ostatnią pamiątką wolności.

Strużyna nie ustawał w bezczelnym indagowaniu. Niemal krzyczał.

− I co? Dowiedziałaś się, dowiedziałaś, że jesteś dzieckiem adoptowanym i postanowiłaś zamordować swoich przybranych rodziców?! Źle ci u nich było?! A opowiesz, jak tatuś się do ciebie dobierał i nie wytrzymałaś, tylko pobiegłaś do kuchni po nóż?

Przenikliwe profesorskie ślepka przewiercały dziewczynkę na wylot. Na bladej cerze nie zadrgał ani jeden mięsień aż do momentu, gdy Strużyna wspomniał o adopcji. Ta informacja z pewnością zaskoczyła Mathyldę. Dziwne, że profesor tego nie zauważył. 

Jeden z policjantów podszedł do Klejnockiego i wyszeptał do ucha:

− Niechże pan coś zrobi i przerwie to badanie. Dziewczynka niczego nie powie, on ją zamęczy.

− Czy mogę… − Klejnocki zaczął nieśmiało.

− Proszę nie przeszkadzać! − Profesorowi nabrzmiały zawiasy przy szczęce. − Zaraz będziemy mieli przyznanie się do winy. Proszę patrzeć i się uczyć. − Nie był w stanie pozbyć się nawyku wszechwiedzącej wyższości. Z miną sutenera oczekującego zysków coraz głośniej powtarzał wciąż te same, jednobrzmiące pytania.

− Sześćdziesiąt lat… − zaczął Stanisław Klejnocki.

− Mój wiek nie ma tu nic do rzeczy! − Strużyna odwrócił się ku człowiekowi, który ośmielał się przerywać badanie i posłał mu kąśliwe spojrzenie. − Jeśli już, to świadczy wyłącznie o wiedzy i profesjonalizmie.

− Sześćdziesiąt lat temu − jeszcze raz zaczął Klejnocki − sławny profesor Jean Martin Charcot udowodnił, że ten rodzaj przesłuchań nie przyniesie pożądanych efektów. Żaden sąd go nie uzna. − Starał się mówić spokojnie, aż za spokojnie, jak na trwający spektakl, w którym ordynarna siła mierzyła się z wystraszoną nieśmiałością.

Wytrzymał wzrok profesora i dodał pewnym głosem:

− Udowodnię przed każdym sądem, że zeznania zostały narzucone. Wmuszone, i wmówione. Obiecuję, że po pana teoriach naukowych nie pozostanie nawet ślad rzetelności. Na ćwiczeniach będą przerabiane ze studentami, jako przykład braku kompetencji.

W profesorskich oczach zaiskrzyły harpuny wrogości. Skondensowana nienawiść wypełniła całe pomieszczenie. Policjanci popatrzyli po sobie niepewnie. Choć chwilę wcześniej niedbale podpierali ścianę, teraz byli w pozycji na baczność. Ich dłonie z przyzwyczajenia powędrowały w okolice zapiętych u pasa kabur.

− Zz-niszsz-czczę cię − powiedział Strużyna, przedłużając szeleszczące głoski. − Nie pomoże ci nawet stryj z lwowskiego uniwersytetu.

− Obiecuję, że jeśli nie przestanie pan krzyczeć na to biedne dziecko, pana prace naukowe wywlokę na światło dzienne. I… − Klejnocki uśmiechnął się pojednawczo − …i będziesz skończony.

Profesor wybiegł na korytarz trzaskając drzwiami. Policjanci popatrzyli po sobie i odetchnęli z ulgą. Buzujące w pokoju ładunki elektryczne rozładowały się.

− I co teraz? − spytał jeden z funkcjonariuszy.

− Wygląda to na objawy mieszczące się gdzieś pomiędzy katatonią a katalepsją. Dziewczynkę trzeba leczyć. To pewne i niezależne od ostatecznego wyniku śledztwa.

− Tutaj są jej rysunki. − Policjant podał pojedyncze, zmięte i poplamione kartki. Jakieś gałązki, listki. − Malowała w pierwszych godzinach po aresztowaniu. Teraz zwyczajnie nie ma z nią kontaktu. Odcięła się od otoczenia − dodał smutnym głosem.

Klejnocki pokiwał głową. Czytał opinię lekarza więziennego, tego który pierwszy badał Mathildę. Jeszcze raz spojrzał na rysunki, potem na poczynione obserwacje. Wiedza medyczna z bezsilnością pochylała się nad przypadkiem dziewczynki. Mathilda miała trudności z przełykaniem płynnych pokarmów, do tego sztywniały jej kończyny. I to najgorsze, czyli pogrążenie w całkowitym milczeniu.

− Ojciec Bazyli prosił o spotkanie.

Stanisław podniósł głowę znad kartek.

− Ojciec Bazyli – powtórzył funkcjonariusz − franciszkanin z Panewnik. Duchowny, który odwiedza naszych „podopiecznych”.

− Aach. Oczywiście.

 

Wychodząc z budynku policji Stanisław Klejnocki po raz kolejny doznał wrażenia, że ma wszystkie części układanki, a równocześnie denerwowała go świadomość, że coś przeoczył, czegoś nie zauważył. Jakiejś podpowiedzi nie wziął pod uwagę.

 

Neoromańska bryła klasztoru w Panewnikach odcinała się od szarego nieba czerwienią cegieł. Zdobne ryzality i mnogość gzymsów zapraszały do przejścia w sferę duchowych doznań i ku całkiem odmiennej, bo pozaludzkiej mądrości. Klejnockiemu przyszło na myśl, że może właśnie czegoś takiego potrzebuje.

Ojciec Bazyli przytruchtał w ten charakterystyczny sposób, który cechuje mężczyzn zmuszonych do chodzenia w sukienkach. Było w nim coś z Charlesa Darwina, a coś z pustelników przedstawianych na malowidłach.

− Nie wiem, na ile panu pomogę, lecz chciałbym… bardzo. Czuję więcej niż szczególną wdzięczność… − na chwilę zamilkł. Tuż obok przemknęli młodzi braciszkowie. − …wdzięczność, za odsunięcie profesora Strużyny od indagowania tego dziecka.

− Cała przyjemność po mojej stronie. − Klejnocki odpowiedział z uśmiechem. − Profesor jest bardzo pewny swojej wiedzy i metod.

Podmuch chłodnego wiatru przyniósł z sobą zapach obiadu. W oddali słychać było stukanie rondli, talerzy i garnków.

− Przekonanie o posiadanej wiedzy nigdy nie idzie w parze z prawdziwą mądrością − sentencjonalnie podsumował duchowny. − Jest parę rzeczy, na które chciałbym panu, właśnie panu, zwrócić uwagę.

Czas na ławeczce w wirydarzu płynął leniwie. Gałązkami kasztanowca kołysał delikatny wiatr i nawet październikowemu chłodowi zabrakło przenikliwości.

Ojciec Bazyli uchwycił się sznura, którym był przepasany i zyskując ulotne wrażenie pewności, zaczął tłumaczyć, że początkowo myślał o opętaniu dziewczynki przez złe moce. Seans hipnotyczny wyłącza naturalną obronę ego. Ten dziwaczny mag, szaman, czy jakkolwiek go nazwać, mógł współpracować ze złymi duchami.

Pogłaskał wiszący na szyi krzyżyk.

− Myliłem się − dodał. − To nie było opętanie. Pokropiłem dziewczynkę święconą wodą, posypałem poświęconą solą… − Zamilkł, oczekując reakcji Klejnockiego.

− I nic się nie wydarzyło, prawda? − Żadnych krzyków, wyzwisk, żadnego mówienia w aramejskim, hebrajskim, nawet nie po rosyjsku. Pluć siarką też nie zaczęła − powiedział lekko zirytowany.

− Proszę się nie śmiać – zaoponował duchowny.

Od strony klasztornych zabudowań dochodził jednostajny śpiew. Gregoriańskie In justitia tua libera me brzmiało wyzywająco, ale też uspakajało, pozwalając myślom na łagodne szybowanie poza tu i teraz.

− Cały czas mam wrażenie, że wytłumaczenie jest proste. Układanka ma jedynie dwie części − powiedział Klejnocki bardziej do siebie niż siedzącego naprzeciw duchownego.

− Te gałązki, listki… – głos ojca Bazylego brzmiał tak, jakby właśnie uświadomił sobie jakąś ważną prawdę. – Jest jakiś powód, że nie chce się ich pozbyć. Są istotne, gdyż mogą oczyścić ją od podejrzeń. Trzyma je i traktuje jak wyzwalającą prawdę. Proszę nie zapominać, że Mathilda jest mądrą dziewczynką. Wiem, że wszyscy zaczęli ją traktować jak dziecko z niedorozwojem, lecz niech pan nie popełnia tego błędu. Ach i jeszcze raz dziękuję, że odsunął pan Strużynę. Nigdy tego panu nie zapomnę.

Palce duchownego zacisnęły się na krzyżyku.

 

Do tej pory Stanisław Klejnocki był przekonany, że jest intelektualnie sprawny, a łamigłówka składająca się z dwóch części jest dobra wyłącznie dla trzylatków. Mylił się. Z nadzieją, że wskazówką może być roślina, którą Mathilda z taką siłą trzymała w dłoniach, poprosił policjantów o jej dostarczenie.

Eksponat przyniesiono już po godzinie. Ułożył go na biurku, wyprostował połamaną gałązkę, a powierzchnię liścia wygładził kantem dłoni. Zmięte i zniszczone wyglądały równie beznadziejnie, jak sprawa, którą się zajął. Jeszcze niedawno zielone, teraz pozbawione życia i przyszłości. Paradoks trwania i umierania.

Bez wątpienia cierpienie zmienia ludzi, szybciej się sypią.

Następny dzień przeznaczył na wizytę w Instytucie Historii Naturalnej. Zjawił się tam z samego rana. W tekturowej teczce niósł zmacerowane resztki rośliny.

Instytut był zamknięty dla zwiedzających, szczęśliwie ktoś z policji zadzwonił wcześniej i przy wejściu czekał na Stanisława Klejnowskiego strażnik. Potężne chłopisko. Z prymitywnie dorobionym kikutem prawej nogi wyglądał jak pirat.

− Moskal, który mi to zrobił nie przeżył − objaśnił, uderzając dłonią w protezę. Kuśtykając, poprowadził gościa labiryntem korytarzy, od czasu do czasu narzekając na liczne pojedyncze schodki i wąskie przejścia.

Wewnątrz Instytutu panował półmrok. Świeciła co druga żarówka, rzucając przytłumione światło na stojące pod ścianami skrzynie i gabloty. Strażnik otworzył ciężkie drzwi i znaleźli się w części niedostępnej dla zwiedzających. Długi korytarz założony był kontenerami i paczkami.

− Pół miliona eksponatów leży w tych skrzyniach − oznajmił z wyrzutem, jakby to on miał je odkurzać. − Tutaj są owady. − Latarka omiotła stos pudeł. − Nikt jeszcze nie zdołał ich skatalogować. A ponad nimi pająki. Kilkanaście tysięcy rodzajów.

Zapewne marzył o funkcji przewodnika.

− Niech pan nie zalicza, broń Panie Boże, pająków do owadów, za takie coś przerobiliby tutaj pana na kolejny eksponat. − A tam, tam właśnie − snop światła z latarki zatrzymał się na drzwiach − pani doktor Wasiliew czeka już na pana.

Klejnocki lekko zastukał, ale nie słysząc „proszę”, przekroczył próg botanicznego królestwa.

− Nie uważało się na lekcji przyrody i teraz mamy problem z identyfikacją roślin – usłyszał kąśliwy młody głos z lekkim wschodnim zaśpiewem.

Przy dębowym biurku siedziała dziewczyna w skromnej garsonce. Ktoś taki powinien sprzedawać rurki z kremem w cukierni przy ulicy Mariackiej. Wkręcony do maszyny arkusik zapisany był do połowy.

− Chodzi o tę roślinkę. − Klejnocki delikatnie rozłożył bibułę. Liście i zmięta łodyżka wyglądały dużo gorzej niż wczorajszego wieczora. Za moment zostaną z tego okruchy, nie większe niż herbaciane piórka.

− Będziemy mieli problem − powiedziała Wasiliew, patrząc na przyniesiony okaz.

Przysunęła mikroskop i cienkimi szczypczykami ujęła jeden z większych fragmentów rośliny.

− Taak. Rzadki, bardzo rzadki okaz. − Sięgnęła po wielką i starą książkę.

Klejnocki był przekonany, że zaraz zajrzy do środka i zacznie czytać łacińskie opisy. Tymczasem kobieta położyła na książce łokieć i podparła głowę. Spojrzała na Klejnockiego, a w jej oczach zaiskrzyły ogniki wesołości, jakże nie na miejscu w tym uczonym miejscu.

− Nie wiem, dlaczego pan się trudził z tym tu… − obrzuciła niechętnym wzrokiem przyniesiony egzemplarz − …przeciętnie zdolny uczeń gimnazjum powiedziałby, że mamy do czynienia z bzem czarnym. I dla czegoś takiego szef kazał mi przyjść dzisiaj o godzinę wcześniej do pracy − westchnęła.

− Czy ta roślina ma jakieś specjalne znaczenie? Może magiczne? − spytał Stanisław, nie mogąc pozbyć się przeczucia, że z każdą sekundą robi z siebie większego idiotę.

− Magiczne mogą być wyłącznie nalewki z czarnego bzu. Jeśli wypije się ich za dużo. Być może odczytana od tyłu łacińska nazwa tej rośliny potrafi otwierać tajemnicze przejścia i komunikować się z zaświatami, chociaż wątpię.

− Samotne siedzenie w takim ciemnym miejscu musi wyostrzać humor. Zgryźliwa była pani już wcześniej, czy dopiero tutaj. − Klejnocki zatoczył głową okrąg, dając do zrozumienia, że ma na myśli cały Instytut.

− Po prostu nie spotkałam się jeszcze z tak prostym pytaniem. Bez czarny jest na tyle charakterystyczny, że każdy potrafi go zidentyfikować. Bo to tak, jakby nie móc odróżnić rozcapierzonych liści klonu od dębu. − Zmrużyła oczy i dodała: − Chociaż może rzeczywiście zdarzają się ludzie, którzy mają problem nawet z tym.

− Bez czarny. I tyle? Nic więcej nie można o tym powiedzieć?

Pani botanik nabrała powietrza i wyrecytowała:

− Kwitnie w czerwcu i lipcu. Rzymianie w czasach Pliniusza sokiem z bzu farbowali włosy. Dla Słowian i Germanów, posiadanie w obejściu bzu było wręcz koniecznością. Roślina ta bowiem miała zwalczać uroki.

Im dłużej mówiła, Klejnocki zaczynał zdawać sobie sprawę, że popełnił błąd przychodząc tutaj. Z drugiej jednak strony nie mógł pozbyć się uczucia, że znajduje się bardzo blisko rozwiązania paradoksalnej zagadki. Niemal wyświetliła mu się przed oczami ukryta prawda. Nie potrafił jej jednak uchwycić. Pomyślał jeszcze, że powinien tu wrócić. Może ta Wasiliew dałaby się zaprosić na kawę. Z obawy, że wyjdzie na jeszcze większego kretyna wolał nie proponować spotkania.

Z obrazem nie dającej się zapomnieć czupurnej doktor Wasiliew pod powiekami, opuścił gmach Instytutu. Powietrze było przesycone fabrycznymi wyziewami i ciężkie od trapiących go myśli. Przeszedł na drugą stronę drogi. Skręcił w Mickiewicza, potem w Stawową. Wtem zdał sobie sprawę, że ktoś za nim idzie. “Może by tak rozejrzeć się za taksówką” – pomyślał. Było jednak za późno.

Mocna ręka uchwyciła kołnierz jego płaszcza i z całą mocą wciągnęła na puste o tej porze podwórko starej kamienicy. W powietrzu unosił się zapach gotowanych ziemniaków, a twarze trzech mężczyzn kipiały pragnieniem bójki. Byli zawzięci i szukali sposobności do wyładowania agresji. Twarde dłonie zacisnęli w pięści, uśmiechnęli się złośliwie. Dentysta od dawna nie był im potrzebny. W sumie dałoby się naliczyć pięć zębów, ale i tak żaden nie nadawał się już do leczenia.

Największy z nich, rudzielec o wyglądzie „hajera” strzałowego, stanął naprzeciw Klejnockiego. Coś „godoł”. Niechlujnie wypowiadane słowa, zniekształcone brakami w uzębieniu, całkowicie gubiły swą treść. Nie dało się go zrozumieć. Klejnocki domyślił się tylko, że jest winien jakiejś sercowej porażki jednego z młodzieńców. „W Katowicach, w październiku zimno jest na dworze, w takim mieście i miesiącu, miłość udać się nie może” − w głowie Stanisława zabrzmiała nieznana melodia. Pomyślał, że to idiotyczne. Zamiast bon motów potrzebna była strategia walki lub trasa ucieczki. Chociaż właściwie po co? Dwóch osiłków ryglowało wyjście na ulicę, a stojący naprzeciw rudzielec marzył tylko o wypróbowaniu swojej siły. Tak wygląda sytuacja bez wyjścia. 

Rudzielec dyszał nienawiścią. Nieuniknione zlało się ze swoim semantycznym znaczeniem. Wyprowadzony z odległości pięćdziesięciu centymetrów cios niemal oderwał głowę Stanisławowi Klejnockiemu. W ustach poczuł żółć zmieszaną z krwią, a rozlegający się w głowie huk nie pozwalał usłyszeć wypowiadanych coraz szybciej słów. Funfle rozkręcali się. Widok krwi dodawał im odwagi, strzelały kostki w zaciskanych pięściach. Słabość przeciwnika podniecała do walki. Coraz głośniejsze były wyzwiska i lista przewin, za które należał się „wpierdol”. Rudy ponownie odgiął ramię do tyłu. Wielka i brudna pięść ponownie zawisła w powietrzu, jeszcze moment i spadnie, by z mocą kafara zdemolować Klejnockiemu twarz.

Zamroczony pierwszym ciosem Klejnocki postąpił pół kroku do tyłu, oparł się o mur kamienicy i kierowany atawistycznym lękiem kopnął rudzielca z całej siły w żołądek. Tamten zgiął się i w tym samym momencie kolano Klejnockiego poderwało się w górę. Głośny chrobot łamanego nosa niczym gong obwieścił przerwę w walce. Rudy, łapiąc powietrze, uklęknął i zaczął wymiotować. Kumple podskoczyli do niego, a słysząc jak rzęzi, wyciągnęli noże. Prawda o Mathildzie miała już nigdy nie wyjść na jaw. Podwórko niepokojąco zakołysało się. Klejnocki był otumaniony. Wiedział, że nie wykrzesze już z siebie sił do dalszej walki. Oparł się o kamienicę i z opuszczonymi rękoma czekał na dalszy rozwój wypadków. Jak przez mgłę widział wymianę spojrzeń między kumplami rudego. Coś było nie tak. Chwilę później doszły do niego dźwięki policyjnych syren. Któryś z mieszkańców wezwał policję. Przybyli funkcjonariusze zastali na podwórku jedynie Klejnockiego.

Elegancki płaszcz z bielskiej wełny ociekał błotem, lejąca się ciurkiem z rozbitego nosa krew zostawiała na nim brunatne plamy. Językiem sprawdził, skąd bierze się trudny do wytrzymania ból dziąseł. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno tkwiły górne jedynki, język natrafiał na pustkę.

− Dej mu jaki taszyntuch − usłyszał słowa któregoś z policjantów.

Z trudem podniósł wzrok. Wziął białą chusteczkę i przyłożył do twarzy. Widział jak czerwieniała.

− Gymba jako tomata. − Niewiadomego pochodzenia recenzja nie ukrywała prawdy.

− Czy coś się stało? − najgłupsze pytanie, jakie tylko mógł wówczas usłyszeć, zadał któryś ze znanych mu już policjantów. Flip i Flap próbowali go podnieść i podtrzymać. Wolno, krok za krokiem szli w kierunku samochodu. Dziwne, że po uderzeniu w głowę zaczynają boleć także nogi. Uginały się pod nim, jakby ważył trzy razy więcej. 

Po kwadransie znalazł się we własnym mieszkaniu. Opuchnięty, zmaltretowany, a co najgorsze, wcale nie był pewien, wygrał tę potyczkę, czy przegrał. Flip i Flap czuli się tym razem swobodnie. Mokrym ręcznikiem umyli mu twarz, dali do ssania lód. I zamiast udać się na posterunek, usiedli przy stole i rozlali do kieliszków likier.

Najchętniej by ich wyprosił. Nie miał jednak siły. Przytulony do poduszki wysłuchiwał policyjnych opowieści.

Ten rudy, co go uderzył, miał na imię Eryk. Dawny absztyfikant Doroty. Może nawet i teraz miał w związku z nią jakieś plany. Lecz nic z tego. Dziewczyna podobno zastukała do drzwi klasztoru. Ta wiadomość otrzeźwiła Klejnockiego.

− Taaak, postanowiła zostać zakonnicą – powtórzył policjant, jakby wyczuwając wzmożone napięcie uwagi obolałego gospodarza. − Wymyśliła sobie, że w ten sposób będzie bliżej Mathildy.

Potem znowu zaczęli mówić o swojej pracy. Zwolna policyjne głosy oddalały się. Zasypiał.

 

Słońce przedzierało się przez poranne październikowe mgły, rozpraszając się na wiszących przy lampie kryształkach. Tęczowe plamki, poruszały się za sprawą niewyczuwalnych ruchów powietrza, podpowiadając kolejny krok w wyjaśnieniu tragedii w domu Weiningerów. Została do zweryfikowania tylko jedna hipoteza. Ta, którą na samym początku odrzucił. Nie wierzył, że hipnotyczny trans mógł stworzyć szczelinę, przez którą wniknęło zło.

Spróbował wstać. Nic z tego. Przewrócić z boku na bok też nie bardzo. Wystarczyło, że nieznacznie uniósł głowę, a tępy ból przeszywał mózg. W uchu coś gwizdało. Kark wydawał się dziwnie sztywny. Najbardziej ruchomą częścią jego głowy był język, który wbrew intencjom właściciela nieustannie badał miejsca, gdzie jeszcze wczoraj lśniły białe jedynki.

Czuł się nieświeży, śmierdzący i kompletnie wymęczony. Nie takiego konkretu poszukiwał, namacalność cierpienia nie była jego marzeniem.

Skupił myśli na sprawie Mathildy. Będzie miał teraz więcej czasu. 

Posiłki przynosiła mu sąsiadka. Co to było za jedzenie? Kleiki, kaszki, płatki owsiane. Pojawiła się nawet „smażonka” jak mówią tutaj na jajecznicę. No i „kołoczki”. Do tego wyciągi ziołowe z kory dębu, podobno świetne na obolałe dziąsła. Szkoda tylko, że po czymś takim nie odrosną zęby. Czuł się jak niemowlak. Nawet gorzej. Bał się uśmiechnąć. Mimo, że opuchlizna częściowo zeszła, bez górnych jedynek był bez szans w podbojach sercowych, a trzeba przyznać, że kąśliwa doktor Wasiliew nawiedzała go we snach, a i za dnia przychodziła na myśl.

 

W poniedziałkowy poranek dwudziestego czwartego października trzydziestego ósmego roku Stanisław Klejnocki, owinięty szalem po sam nos, po raz drugi w tym miesiącu wszedł na zamknięty oddział Śląskiego Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku. Z każdym krokiem zanurzał się w świecie chorych, z ich odmienną logiką i pozarozumowymi racjami. Wartość rachunku zdań i piękno sylogizmu były tu mocno zdewaluowane. I jeszcze ten ból szaleństwa, biorący się nie z tego, że jest się niezrozumiałym, lecz że rozumie się więcej i czuje inaczej.

− Robię to tylko dla pana wuja − dyrektor Zakładu sprawiał wrażenie, jakby przed samym sobą usprawiedliwiał zgodę na wpuszczenie Klejnockiego. − Z doktorem Pankowskim znamy się od lat. No i przekonało mnie, że może pan pomóc Mathildzie. Cóż więcej mogę zrobić, aniżeli ponieść ryzyko eksperymentu.

Twarz dyrektora ścisnął skurcz tak delikatny, jak bieg nartnika po lustrze kałuży. Było wiadomo, że nie chciał zadrażnień z przełożonymi, utraciłby posadę, gdyby wyszło na jaw, że pozwala na badanie poza procedurą.

 

Dziewczynka siedziała na tapicerowanym krześle. Milcząca, odległa, odseparowana od świata barierą obojętności. Stojący obok pielęgniarz poruszał bezgłośnie ustami. „Modli się” – takie było pierwsze skojarzenie. Wystarczyło jednak podejść bliżej, by usłyszeć fragment wiersza, brzmiącego jak słowa zaklęcia: …trzymamy ognistą dobę teraźniejszości w żyłach i prawdy dochodzić musimy latami. I ciągle nie wiadomo czy będzie nam dany ów błękit z rdzenia mroku.

 − Czy uda się ją zahipnotyzować? − ciekawość dyrektora brała górę nad stertą obaw.

− Mathildo, przecież ty już śpisz − rzekł Klejnocki, dotknąwszy lekko jej czoła końcami palców. Bez wahadełka, bez długiego wpatrywania się i słowotoku sugestii.

Zaledwie wypowiedział te słowa, powieki dziewczynki opuściły się z lekkim drżeniem i było widać, jak zapada w hipnotyczny sen.

− Proszę cię, Mathildo, przypomnij sobie dzień, kiedy uciekłaś ze szkoły na widowisko z magiem z Lubeki. Pamiętasz. Opowiedz mi.

Dziewczynka zaczęła drżeć. Drobne dłonie zacisnęła w piąstki, a w kąciku ust pojawiła się ślina.

− Jesteś bezpieczna. Czujesz ciepło i błogi spokój − ciągnął hipnotyzer.

Wtuliła się w krzesło, przyciskając główkę do oparcia, twardego i może przez to wydającego się czymś pewnym i trwałym.

− Opowiedz nam o widowisku, tak jakbyś opowiadała oglądany w kinie film.

Klejnocki nie szczędził uspokajających słów. W hipnotycznym transie zabierał Mathildę na przechadzkę po znanych jej miejscach. Po parkach i domach zdrojowych w Baden-Baden, gdzie bywała z rodzicami.

W końcu zaczęła mówić.

− Pporrwał mój umysł. Nnie porwał. Wszedł wprost do mózgu. Dysponował mną.

− Zły duch − cicho podpowiedział dyrektor.

− Nnie. Obcy człowiek.

− Mag? − spytał Klejnocki.

− Nie. Mag był daleko. On stał obok. Booli, bardzo booli.

− Co boli? − dopytywał Klejnocki.

Drzwi do pomieszczenia uchyliły się ostrożnie i pojawiła się w nich wystraszona twarz pielęgniarki.

− Idzie tu profesor Strużyna. Nie wiem, kto mógł mu powiedzieć. − Jej głos wyraźnie drżał.

− Co boli? − z naciskiem powtórzył Klejnocki.

− On demoluje moje myśli.

− Znasz go?

Pielęgniarz odwrócił głowę w kierunku okna. …przed kropką istnienia wszystko czystym było snem. Tylko luminalem ciała, kpiną opuszczonego rozumu. Było tym, czego objąć źrenica oka niezdolna. Było tym, co… już, już nieważne.

− Znam. Jest obok. Bez, bez, bez… − Znów zaczęła drżeć.

Z korytarza dochodził podniesiony głos profesora Strużyny, przekrzykującego siostry, które próbowały go zatrzymać. Z każdą sekundą nasilał się odgłos ciężkich kroków i drobny tupot kobiecych lekkich sandałów.

Klejnocki, wciąż tym samym, spokojnym tonem zaczął wyprowadzać dziewczynkę z transu. Nie zważając na zbliżające się odgłosy, zasugerował spacer po górach i jasność myśli. Na koniec poprosił, żeby Mathilde oczyściła swój umysł ze wszystkiego co obce, przykre, co zewnętrzne i nieswoje. Takiego właśnie użył sformułowania „nieswoje”.

− To niedozwolone. Ja już zrobię z tym porządek − całkiem blisko grzmiał Strużyna.

Pielęgniarz przesunął się w stronę drzwi i znieruchomiał na szeroko rozstawionych nogach. Nabrał powietrza i czekał. Sekundę później drzwi otworzyły się z całą mocą. Już westernowi kowboje wchodzą delikatniej. Wszyscy usłyszeli głuchy odgłos drzwi odbijających się od pleców pielęgniarza, które poddając się trzeciemu prawu Newtona uderzyły w agresywnego profesora.

− Auuu − okrzyk bólu i złości zmieszał się z dźwiękiem rozbijanych okularowych szkieł.

− Zniszczę was. Was obu − bardziej bełkotał niż krzyczał. − Pan już tu nie pracuje. − Skrzywionym przez gościec palcem wskazywał na dyrektora szpitala.

Stojąca najbliżej siostra podała mu złożoną na cztery części ligninę, pokazując, żeby przycisnął ją sobie do skrwawionego nosa.

− Na użytek sądu to ja zamierzałem przeprowadzić hipnozę. Jestem profesorem. A pan kim? Ustosunkowanym gówniarzem. Ale ja też mam swoje znajo… − Resztka słów uwięzła w garści ligniny, którą przykładał do twarzy, tamując coraz bardziej intensywny wypływ krwi.

Pielęgniarz podniósł z podłogi połamane okulary i podał Strużynie. Jednego szkła brakowało, drugie tylko cudem trzymało się w ramce.

− Niech się pan nie denerwuje.

W oczach profesora zaiskrzyły ogniki wzbierającej furii. Odgiął rękę do tyłu.

„Zaraz rzuci okularami” – przeszło przez głowę pielęgniarzowi. Profesor przypominał krnąbrne dziecko, które rzucaniem zabawek manifestuje złość.

Strużyna chwycił je jednak zbyt mocno. Na palcu wskazującym wykwitła kropla krwi. Rozbite szkło od okularów przecięło skórę.

Każda chwila w tym pomieszczeniu, które miało być tryumfem uczelnianej wiedzy i władzy zmieniała się w upadek.

Strużyna nie dawał za wygraną. Jedną dłonią przytrzymywał ligninę, drugą, skaleczoną przez szkło z okularów, unosił w karzącym geście. Idealna ilustracja dla witkiewiczowskich „622 upadków Bunga”.

− I tak to ja przeprowadzę hipnozę − chrypiał nieznośnie. − I to ja wyniki zaprezentuję w sądzie. A ciebie… − śmiesznie przebierał nogami, próbując tupnąć − ciebie oskarżę, żeś zmienił wspomnienia tej morderczyni.

Mówił coraz mniej wyraźnie. 

− Profesorze Strużyna − ostrzej niż jeszcze przed chwilą odezwał się Klejnocki. − Żaden sąd nie uwzględni dowodu pochodzącego z hipnozy. Najwięksi psychiatrzy tego świata już dawno zdyskwalifikowali sądową prawdziwość hipnotycznych zwierzeń. Naprawdę.

− Cccccoooo − wewnątrz profesora zagulgotało coś nieprzyjemnie.

Siostra zakonna nie bez odrazy wyjęła mu z dłoni czerwony strzęp ligniny i podała drugi, większy. Wymotała też zaplątane w lewej dłoni okulary i kawałkiem gazy opatrzyła skaleczenie.

− A panu nic się nie stało. − Zakonnica z troską popatrzyła na pielęgniarza, który prężył plecy i wykonywał wężowe ruchy, rozmasowując je po uderzeniu drzwiami.

Mężczyzna milcząco zaprzeczył. Żaden wiersz ani modlitwa nie przechodziły mu już przez usta. Patrzył zaciekawiony. W młodości trenował boks, ale potyczka dwóch psychiatrów przewyższała najlepsze bokserskie starcia. 

Wszyscy czekali na dalszy rozwój wypadków. Odpowiedzialność karna była równie realna jak utrata pracy przez dyrektora.

Nie zwracano uwagi na Mathildę. Tymczasem dziewczynka jako jedyna wyglądała na spokojną. Lecz wciąż nieobecną duchem. Jej oczy zdawały się przyobleczone welonem, oddzielającym świadomość od otaczającego świata.

Strużyna zacharczał. Szykował się do kolejnej tyrady.

− To wszystko się panu śni. − Klejnocki zahuśtał swoim kieszonkowym zegarkiem tuż przed oczami profesora. − Upadł pan na schodach. Teraz proszę wyjść do parku i usiąść na ławce. Jak poczujesz chłód drewnianego oparcia zapomnisz o wszystkim i wtedy się obudzisz.

Strużyna z ostrożnością lunatyka skierował się do wyjścia.

− I co dalej? − jako pierwszy odezwał się pielęgniarz.

− Opinia Strużyny będzie pozytywna. Mathilda zostanie zapewne zamknięta tutaj, w Rybniku, na jakiś czas. Jej majątek z powodzeniem zabezpieczy pobyt. Swą tajemnicę zapewne weźmie do grobu.

 

Niespełna rok później wybuchała wojna. Klejnocki został zmobilizowany i jako lekarz wojskowy brał udział w kampanii wrześniowej.

Do Polski powrócił w czterdziestym ósmym. Jego luksusowe katowickie mieszkanie należało teraz do pracownika Urzędu Bezpieczeństwa.

Klejnocki zastukał do własnych drzwi. Brudnych, odrapanych, zapuszczonych jak cała klatka schodowa, z odorem moczu i śladami niekończących się libacji. Jakże niepodobna do tej sprzed wojny. Odczekał dwie minuty, już miał odejść, gdy pojawił się nowy właściciel. Powiało zapachem potu, starego alkoholu i tanich papierosów. Klejnocki przedstawił się. Nabiegłe krwią oczy nowego właściciela, w połowie nieprzytomne z niewyspania, w połowie podkrążone znieruchomiały.

− Kogo tu, kurwa Józuś, przyniosło? − Zza framugi salonu wyjrzała kobieta. Żeńska kopia obecnego gospodarza. Zaspana, rozczochrana, odziana w pasek do pończoch i z gołymi stopami wsuniętymi w za duże pionierki.

− Wynocha, nie ma cię już! Wynocha! − krzyknął Józuś. − Hyp-yp − odbiło mu się.

Klejnocki zdał sobie sprawę, że musi swe życie zaczynać od nowa. Oczywiście nie w szpitalu. Dokumenty lekarza Armii Andersa działały jak wilczy bilet. Najął się do pracy przy porządkowaniu księgozbioru Biblioteki Śląskiej.

− Panie Stanisławie − kierowniczka działu czasopism uśmiechnęła się − mam prośbę. Proszę pomóc nam skatalogować czasopisma psychologiczne. Pan może zrobić to najlepiej.

− Najlepiej? − z wahaniem spytał Klejnocki.

− Nic się nie stanie, jeśli się pan zaczyta. − A ciszej i już bez uśmiechu dodała: − Kiedyś pana wiedza może okazać się przydatna.

Klejnocki nie przewidywał, że właśnie praca w Bibliotece przypomni mu o Mathildzie i naprowadzi na nowy ślad.

Pracował od ósmej rano, przenosząc ciężkie pudła z piwnic do pomieszczeń na drugim piętrze. Najdłużej trwało układanie gazet na półkach. Za każdym razem znajdywał ciekawy artykuł. Czytając, przenosił się w odległy świat psychiatrii i chorób mózgu. Ten najważniejszy artykuł jednak, o mało co, a by przeoczył.

Akurat układał pochodzące z trzydziestego ósmego roku „Revue de Médicine psychosomatique”, kiedy niechcący kopnął w nogę od szafy. Coś zaszeleściło, zapiszczało i wyskoczył szczur. Chudy, szary i z wyszczerzonymi ząbkami. Zwinięte w rulon Revue poleciało w stronę zwierzęcia. Szczur wypadł drzwiami, wzbudzając głośne kobiece okrzyki.

Przy podnoszeniu rozsypanej gazety, Klejnocki zwrócił uwagę na jeden z artykułów. Zaczął czytać.

Erich Hyczka pisał o możliwości wtargnięcia cudzych myśli do umysłu osób obserwujących seans hipnotyczny. Samo uczestnictwo w takich zabawach zwiększa podatność na sugestię i ułatwia telepatyczną psychomanipulację. Autor twierdził nawet, że potrafi udowodnić swe twierdzenie. Jednak zamiast dowodu, Hyczka przesłał list. Według niego wystarczy wybrać przypadkową osobę i zasugerować jej zdarzenie tak nieprawdopodobne, by rozpisały się o tym gazety. Wówczas ma się pewność, że telepatyczna sugestia wtargnęła do cudzego umysłu i dokonała tam przemeblowania. 

Gdy Klejnocki skończył czytać, zdawało mu się, że nieznajoma dłoń przebiegła po ukrytej w jego mózgu klawiaturze, dobywając dźwięki, które wreszcie ułożyły się w zgodną melodię. Pokruszone fragmenty informacji dopasowały się do siebie, tak jak zniszczone kawałki mozaiki dają właściwy obraz, bo nagle ktoś powiedział, co mozaika w istocie przedstawia.

Postanowił odnaleźć Hyczkę. Napisać do niego. Bardzo chciał, żeby autor artykułu przeżył wojnę. W zasobach bibliotecznych znalazł jeszcze parę jego artykułów. Głównie w czasopismach okultystycznych.

 

Po dwóch miesiącach pod drzwiami wynajmowanej kawalerki znalazł list. Nie wiedział, kto go tam włożył. Papier listowy pachniał metafizyką. Woń kadzidłowca mieszała się z olejkiem sosnowym. Starannym pismem nieznana dłoń napisała, że Hyczka przebywa w Rybniku. Jest pacjentem Śląskiego Zakładu Psychiatrycznego.

Klejnocki natychmiast poszedł do kadr. Urlop nie tylko mu się należał, był koniecznością wynikającą z rozwoju spraw.

Zapukał do biura kierownika personalnego, lecz gdy tylko wszedł, wiedział, że nie będzie łatwo.

− Za krótko pracuje. Nie dostanie urlopu. Nie należy mu się − zaskrzypiał starczy głos, w którym niechęć mieszała się z obojętnością. Szef kadr wyglądał jak nauczyciel z ubiegłego wieku. Szary i zakurzony.

Klejnocki zaczął tłumaczyć. Że musi złożyć wizytę w szpitalu, że to dla niego ważne. Chce skonsultować z Hyczką opinię psychologiczną.

− Hyczka? − Kadrowy z wyższością podniósł głowę i wysunął podbródek. − Hyczkę to może odwiedzić przed budynkiem biblioteki.

Stanisław Klejnocki był już pewien, że kadrowy przesunął się na skali normalności z zakresu slightly crazy w obszar almost stupid.

− Hyczka to inaczej czarny bez − wyjaśnił skrzypiący głos. − Za nieboszczki Austrii uczyłem przyrody w gimnazjum w Gorlicach, to wiem. − Jeszcze wyżej uniósł głowę, odginając ją lekko do tyłu. Tak samo musiał prezentować się Achilles nad ciałem pokonanego Hektora.

Zawile plotą się ludzkie losy. Emerytowany przyrodnik zostaje kadrowym w nowej Polsce, przyjeżdża z Gorlic do Katowic i udziela odpowiedzi na pytanie, które od dziesięciu lat pozostawało nierozwiązane. Bezsensowna przypadkowość spotkań okazuje się misternym planem wykoncypowanym przez Kosmos.

Stary nauczyciel nie ustawał w epatowaniu swoją zakurzoną wiedzą.

− …mówi się, że jeśliby dorosły spalił szczapę bzu oderwaną od reszty rośliny, ryzykowałby poważnymi kłopotami. Ściągnąłby do domu diabła. Zgodnie z ludowymi wierzeniami, dzieci trzyma się daleko od bzu. Może się bowiem okazać, że nie jest to wcale drzewo, lecz czarownica, która kryje się pod postacią tej rośliny.

Im dłużej mówił, tym stawało się bardziej oczywiste, że jednak udzieli urlopu. 

 

Zakład psychiatryczny w Rybniku powitał Klejnockiego smutkiem deszczowego poranka. Ścieżka do szpitalnych pawilonów biegła pomiędzy drzewami. Połamane konary, wyrwy w ziemi i odłupane kawałki kory przypominały nieodległą wojnę. Niemcy zamienili psychiatryk w bastion obrony. W piekle nacierających wojsk radzieckich spokojnie patrzyli jak pacjenci umierają z głodu. A gdy Niemcy już odeszli, wtedy sołdaccy gieroje urządzili tu sobie strzelaninę. Czterdziestu chorych zginęło w swoich salach i łóżkach.

Idąc nierównym chodnikiem, Klejnocki nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś go obserwuje. Jakaś blada twarz mignęła za firanką, by zaraz pojawić się w nowym miejscu.

Dzięki starym znajomościom bez większych trudności wszedł na oddział.

Idąc długim korytarzem, zdał sobie sprawę, że odwykł już od przeraźliwych krzyków, które tak często dobywały się z sal psychicznie chorych pacjentów. To nie były zwyczajne okrzyki, bardziej przeraźliwy jazgot, przypominający pisk kota, któremu dzieje się jakaś straszna krzywda.

W sali na końcu korytarza leżał Hyczka.

− Schizofrenia paranoidalna – wyszeptała pielęgniarka. − Bardzo trudny stan. Nawet elektrowstrząsy nie pomagają.

Przy jego łóżku siedziała… Mathilde. Nie dotykała chorego, nie trzymała za rękę, jak zwykle czynią to ludzie podczas odwiedzin. Lecz wpatrywała się w siwego i pomarszczonego mężczyznę, który płakał. Z pustych oczu leciały łzy, a ciałem raz po raz wstrząsał dreszcz. Mathilde tak intensywnie patrzyła na Hyczkę swoimi wielkimi oczyma, że niemal wwiercała się nimi do wnętrza mózgu. Skupiony wzrok zdawał się dotykać mózgowych zwojów i kłuć najbardziej wrażliwe jego części.

− Nie ma krewnych, nikt go nie odwiedza − tłumaczyła pielęgniarka.

− Ale przecież… − Klejnocki ręką wskazał na krzesło ustawione przy wezgłowiu łóżka.

− Jest sam jak palec − odpowiedziała pielęgniarka. − Nikogo. Żadnych znajomych.

Podeszła i odstawiła krzesło. Było puste.

Klejnocki poczuł, jak nagle zwilgotniała koszula przylepia się mu do pleców. Z trudem nabrał powietrza, szpitalna sala zawirowała, aż musiał uchwycić się ramy łóżka. Chłód metalu przyniósł krótkotrwałą ulgę.

− Wie siostra, wydawało mi się, że widziałem Mathildę. Była tutaj kiedyś pacjentką…

Siostra popatrzyła na niego.

− Mathilde umarła na początku wojny. Niemcy powszechnie stosowali eutanazję. Biedne dziecko. Była jedną z ich ofiar.

− Jest pani pewna? Mathilde nie żyje?

Pokiwała głową z bezsprzeczną pewnością i skierowała się do wyjścia. Miała ładną pupę.

Klejnockie został sam na sam z Hyczką. Chory drżał jeszcze. Napięta skóra i grymas człowieka śmiertelnie przestraszonego były czymś więcej, niż oznaką psychicznej choroby.

Czyżby on także widział Mathildę? Czyżby dziewczynka nawiedzała siwego mężczyznę, przypominając mu o zbrodni, którą przed laty w niej zaindukował? Niemożliwe. Klejnocki nie dawał temu wiary. Powietrze robiło się coraz cięższe. Zrobił krok w kierunku drzwi. Pod stopami poczuł nierówność. Spojrzał. To nie mogło być to, co myślał. Nadepnął na zmiętą gałązkę czarnego bzu. Tę samą, którą widział kiedyś w dłoniach Mathildy.

 

Z Rybnika wyjechał jeszcze tego samego dnia. Źle się tu czuł. Zbyt dużo toksycznej energii przenikało teren szpitala. Niezawinione śmierci nigdy nie są ostateczne, odejścia nie są całkowite. A ciała astralne zatrzymują się na granicy zaświatów, przytrzymywane siłą niezałatwionych spraw i niewyjaśnionych przewin.

 

Od czasu wizyty w Rybniku Klejnocki z coraz większym dystansem patrzył na osiągnięcia medycyny. Nie czytał już psychologicznych czasopism. Wolał artykuły o życiu codziennym. Po trzech tygodniach dowiedział się o śmierci Hyczki. Ze szpitala przysłano mu nawet zdjęcia sali, w której leżał chory. Spojrzał. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, a w okolicy serca poczuł skurcz. Martwy Hyczka leżał na skrwawionej pościeli z wielką, przypominającą kruka, plamą na piersi. Ściana nad szpitalnym łóżkiem była zakrwawiona. Jakże bardzo przypominało to obraz widziany już kiedyś na fotografiach przyniesionych przez Flipa i Flapa ze sceną masakry rodziców Mathildy.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajne opowiadanie. Podoba mi się wrażliwość.

wywalił bym kota co wydrapuje w gazecie. Jest fajny tajemniczy klimat, szkoda była go takim ciosem w twarz (zaraz się zetknie z tymi zdarzeniami) niszczyć. Daj się nacieszyć niepewnością.

przyprószone patyną siwizny (fraulein Steiert) trochę oklepana fraza, zwłaszcza na tle bardzo dobrej całości.

Niestety nie mam teraz czasu by doczytać do końca. Ale do 1/3 jest świetnie.

Koncepcja ciekawa, chociaż niektóre elementy dość popularne. Opowieść snuje się powoli. Wolałabym nieco szybciej, ale to raczej nie wada.

Strużyna jest durny, aż dziw, że zdobył tytuł profesora.

Ile lat ma ta dziewczynka? Najpierw filigranowe buciki, potem, że 12, a lekarz czyta o psychice dziewięciolatek.

Z wykonaniem coś słabo. Wiele rzeczy mi zgrzytało.

Mógł mieć dziesięć lat, wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że życie wcale nie jest sprawiedliwe. Przeciwny wiatr już nigdy go nie odstąpi.

Jeszcze tylko jedna przecznica i będzie w swojej kamienicy.

Kto będzie, chłopczyk czy bohater?

„Rżnij mnie, chce być tylko twoja. Chce cię poczuć głęboko”

Literówki.

− O właśnie. Ktoś taki nie weźmie noża i nie zaciuka swoich die liebe fater und mutter.

Napisałabym rzeczowniki dużymi literami – tak to robią Niemcy.

Ich dłonie z przyzwyczajenia powędrowały w okolice zapiętej u pasa kabury.

Jedną kaburę mieli do spółki?

Babska logika rządzi!

Dziękuję Dalekopatrzący. Dziękuję za trud brnięcia w tak długi tekst i za uwagi.

Fraulein Steiert już nie ma patyny we włosach – bardzo słuszne spostrzeżenie. Zdanie z kotem również wyrzuciłem – tu także masz rację. 

Jedyne, czego się obawiam, to że zaczniesz czytać pozostałe 2/3. Ale co tam, przywykłem porażki brać na klatę.

Jeszcze raz dzięki!

Finklo, dziękuję!

Bezsprzecznie masz rację. Słabość wykonania, dłużyzny i liczne potknięcia zauważa się najlepiej cudzymi oczami. Dlatego bardzo dziękuję za uwagi. Zdaję też sobie sprawę, że słabości jest znacznie więcej, lecz Ciebie znużył tekst w okolicach połowy. Rozumiem. 

Skoro piszesz, że zastosowałabyś niemiecki zapis rzeczowników, skrzętnie się zastosuję. 

Oczywiście, że bardzo dziękuję za komentarz.

Nie no, przeczytałam całość. Mam wrażenie, że potem styl się poprawia, a i tekst robi się ciekawszy. Z drugiej strony – nie chciało mi się wypisywać podobnych błędów. Sam szukaj, lepiej zapamiętasz, żeby ich unikać w przyszłości. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. Oczywiście, że przed zamieszczeniem tutaj tekstu szukałem potknięć. Lecz jest jakaś tajemnicza zasada, jakieś prawo portalu lub aksjomat, zgodnie z którym większość uchybień widać dopiero po zawieszeniu tekstu w internecie.

Nieustannie dziękuję.

Tak, jest taka zasada. Chyba czytałam o niej w “Prawach Murphy’ego”. ;-)

Babska logika rządzi!

Całkiem zajmujące opowiadanie, czytało się naprawdę nieźle, a mam wrażenie, że byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie rozpraszały mnie usterki.

Spodobało mi się, że umieściłeś tę historię w końcu lat trzydziestych ubiegłego wieku – wtedy,  zdaje mi się, wspomniane seanse i pokazy „magów” były szalenie popularne. Przypadły mi także do gustu nieśpieszne tempo całej historii i nieźle wykreowany zagadkowy klimat.

 

Le­ni­wy Pers z ary­sto­kra­tycz­ną non­sza­lan­cją igno­ro­wał prze­chod­niów. –> Le­ni­wy pers z ary­sto­kra­tycz­ną non­sza­lan­cją igno­ro­wał prze­chod­niów.

 

Miła blon­dyn­ka w wy­zy­wa­ją­cym ma­ki­ja­żu szar­pa­ła za wcię­cie de­kol­tu… –> …szar­pa­ła wycię­cie de­kol­tu

 

i nie za­ciu­ka swo­ich die liebe fater und mut­ter. –> …nie za­ciu­ka swo­ich die liebe Vater und Mut­ter.

 

Jedne do­ty­czy­ły umy­sło­wo­ści dzie­wię­cio­let­nich dziew­czy­nek, inne opi­sy­wa­ły prze­stęp­stwa po­peł­nia­ne w tym wieku. –> Dlaczego dziewięcioletnich, skoro wcześniej napisałeś: …ona nie pasuje do tej ohydnej zbrodni. Dwanaście lat, toż to dziecko.

 

Dy­rek­tor­ka wy­gra­ła­by każdy kon­kurs na per­fek­cyj­ną or­ga­ni­za­cję po­wierzch­ni biu­ro­wej. –> Mam wrażenie, że w czasach, kiedy dzieje się opowiadanie, chyba nie znano takiego pojęcia.

 

− Ma­thil­da to zdol­na dziew­czyn­ka i na­praw­dę świet­nie uło­żo­na.Za­ak­cen­to­wa­ła słowo „świet­nie”. –> − Ma­thil­da to zdol­na dziew­czyn­ka i na­praw­dę świet­nie uło­żo­na − za­ak­cen­to­wa­ła słowo „świet­nie”.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Czar­ne msze, wy­wo­ły­wa­nie du­chów lub ofia­ry z dzi­wic. –> Literówka.

 

Dłu­gie ciem­ne włosy opa­da­ły w cha­otycz­nym nie­ła­dzie… –> Czy chaos może być uładzony, albo nieład uporządkowany?

 

… i bę­dziesz skoń­czo­ny. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Oba­wiał się, że wyj­dzie na jesz­cze więk­sze­go kre­ty­na. Mając przed ocza­mi obraz czu­pur­nej dok­tor Wa­si­liew, wy­szedł przed gmach In­sty­tu­tu. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Klej­noc­ki do­my­ślił się tylko, że jest wi­nien ja­kiejś ser­co­wej po­raż­ce jed­ne­go z mło­dzień­ców. –> Klej­noc­ki do­my­ślił się tylko, że jest wi­nien ja­kiejś ser­co­wej po­raż­ki jed­ne­go z mło­dzień­ców.

 

za mo­ment spad­nie i z mocą ka­fa­ru zde­mo­lu­je… –> …za mo­ment spad­nie i z mocą ka­fa­ra zde­mo­lu­je

 

Praw­da o Ma­thil­dzie miała po­zo­stać nie­roz­wią­za­na. –> Prawda nie wymaga rozwiazywania, rozwiązuje się zagadki.

Może: Prawda o Mathildzie miała nie wyjść na jaw.

 

Z tru­dem pod­niósł oczy. –> Czy oczy mu wypadły?

Proponuję: Z tru­dem pod­niósł wzrok.

 

Wziął białą hu­stecz­kę i przy­ło­żył do twa­rzy. –> Wziął białą chu­stecz­kę i przy­ło­żył do twa­rzy.

Corneliusie! Bój się bogów!

 

Opuch­nię­ty, zde­wa­sto­wa­ny, a co naj­gor­sze… –> Raczej: Opuch­nię­ty, zmaltretowany, a co naj­gor­sze

 

Zo­sta­łą do zwe­ry­fi­ko­wa­nia tylko jedna hi­po­te­za. Ta, która na samym po­cząt­ku od­rzu­cić… –> Literówki.

 

Był nie­świe­ży, śmier­dzą­cy i zde­ze­lo­wa­ny. –> Raczej: Był nie­świe­ży, śmier­dzą­cy i wymęczony/ wycieńczony/ wyczerpany/ wykończony.

 

Pie­lę­gniarz prze­su­nął się w stro­nę drzwi i sta­nął na sze­ro­ko roz­ło­żo­nych no­gach. –> Skoro stał, to chyba nie mógł ich rozłożyć.

Proponuję: Pie­lę­gniarz prze­su­nął się w stro­nę drzwi i znieruchomiał na sze­ro­ko rozstawionych no­gach.

 

Już we­ster­no­wi kow­bo­je wcho­dzą de­li­kat­nie. –> Pewnie miało być: Już we­ster­no­wi kow­bo­je wcho­dzą de­li­kat­niej.

 

W oczach pro­fe­so­ra za­iskrzy­ły ogni­ki zbie­ra­ją­cej furii. –> W oczach pro­fe­so­ra za­iskrzy­ły ogni­ki wzbie­ra­ją­cej furii.

 

i krew ucho­dzą­ca do pro­fe­sor­skie­go gar­dła. –> Raczej: …i krew spływająca do pro­fe­sor­skie­go gar­dła.

 

Nad­bie­głe krwią oczy no­we­go wła­ści­cie­la… –> Na­bie­głe krwią oczy no­we­go wła­ści­cie­la

 

A gdy Niem­cy już sobie po­szli, wtedy soł­dac­cy gie­ro­je urzą­dzi­li tu sobie strze­la­ni­nę. –> Powtórzenie.

 

Ma­thil­de wpa­try­wa­ła się w Hycz­kę swo­imi wiel­ki­mi oczy­ma, wwier­ca­ją­ce się nie­mal do jego mózgu. –> Literówka.

 

Zro­bił głęb­szy od­dech, lecz wciąż było mu dusz­no. –> Raczej: Głęb­iej odetchnął/ Głębiej nabrał powietrza, lecz wciąż było mu dusz­no.

 

Klej­noc­kie­go zo­stał sam na sam z Hycz­ką. –> Klej­noc­ki zo­stał sam na sam z Hycz­ką.

 

Na­pię­ta skóragry­mas czło­wie­ka śmier­tel­nie prze­stra­szo­ne­go był czymś wię­cej, niż ozna­ką psy­chicz­nej cho­ro­by. –> Piszesz o dwóch czynnikach, więc: …były czymś wię­cej

 

Źle czuł się tu czuł. –> Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, przepraszam za tak wielką liczbę niedoróbek.

Kiedyś słuchałem zwierzeń kobiety, która miała doskonały słuch. Mówiła o tym, jak bardzo cierpi słysząc fałszywe tony i źle dobrane dźwięki. Wyobrażam sobie, że Ty – natykając się na taką liczbę błędów – musisz cierpieć w podobny sposób. Absolutna wrażliwość na słowo – za którą jestem Ci szczerze wdzięczny – nie ułatwia życia. A już szczególnie, gdy pojawia się Cornelius.

Regulatorzy, wiesz dobrze, że powiedzieć DZIĘKUJĘ, to jak nic nie powiedzieć. Tym niemniej BARDZO, BARDZO TOBIE DZIĘKUJĘ!

Corneliusie, nie przepraszaj, naprawdę nie trzeba. ;)

Gdyby łapanki sprawiały mi przykrość, nie robiłabym ich. A Twoje podziękowania, Corneliusie, sprawiają mi ogromną i prawdziwą przyjemność. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, gdyby do podziękowań dla Ciebie dało się jeszcze dołączyć prawdziwe emocje, za każdym razem otrzymywałabyś ode mnie serce tak ogromne, że już dawno musiałabyś pomyśleć o większym mieszkaniu. 

DZIĘKUJĘ! 

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

;*

Hm, Finkla i Regulatorzy piszą, że historia toczy się nieśpiesznie. Ja mam zupełnie odwrotne wrażenie. Użyty przez Ciebie oszczędny sposób narracji sprawia, że opowieść wydaje mi się wręcz skrótowa, szybko przechodzi od jednego wydarzenia do kolejnego, od jednej relacji do drugiej. I o ile zazwyczaj tego nie lubię – tu mi się to podoba. Pewnie dlatego, że nie silisz się na efekciarstwo.

Nie spodobało mi się to tylko w jednym przypadku – kiedy Stanisław konfrontuje się ze Strużyną podczas przesłuchania Mathildy. Nic wcześniej nie zapowiadało, że między tą dwójką istnieje takie napięcie, więc załatwienie tego kilkoma warknięciami Strużyny i jego ucieczką wydawało mi się rozczarowujące. Aha, no i następująca po tym błyskawiczna diagnoza Stanisława dotycząca stanu zdrowia Mathildy wydała mi się tak pośpieszna, że aż kompletnie nieprofesjonalna.

To na razie tyle, żebym nie zapomniała. Muszę przerwać, ale postaram się jeszcze dziś (najpóźniej jutro rano) skończyć. 

W każdym razie – podoba mi się. Świetnie mi się ten Twój tekst czyta.

No, może wstęp jest niespieszny – ta wędrówka uliczkami, rozmowy z niewiastą lekkich obyczajów, z policjantami… – i to ustawia pogląd na tekst. Ja bym zaczęła od sceny w domu Stanisława.

Babska logika rządzi!

Skończyłam. Do końca tekst trzymał i nie puszczał, chociaż mam pewne uwagi. Przede wszystkim – obity Klejnocki dochodzi do wniosku, że wyeliminował już wszystkie możliwości związane z morderstwem i wraca do tego, co odrzucił na samym początku. Ale jakie były inne możliwości? W jaki sposób Klejnocki je odrzucił? Wydaje mi się, że kompletnie ignorując ten aspekt poszedłeś na łatwiznę.

I, kurczę, nie pojmuję zakończenia. Jakie obrażenia? Hyczka miał jakieś obrażenia? Skąd? Od Mathildy? 

A, no i literówki i różne drobne błędy. Nie jest ich jednak wystarczająco dużo, by mnie zniechęcić. :) Gdzieś tam masz “przednie jedynki” – spróbowałam sobie wyobrazić tylne jedynki i mi nie wyszło.

Podobało mi się.

Ocha – dziękuję, dziękuję bardzo. Na szczęście ominęły Cię moje językowe wpadki. To oczywiście zasługa Finkli, a przede wszystkim niezastąpionej Regulatorów (o matko, Regulatorzy jest tak cudowna, a ma taki ostrokrawędzisty nick, ale nie mów Jej o tym, nie chciałbym, żeby Regulatorom było przykro).

Nie sposób nie zgodzić się z Twoimi uwagami. Są mądre, trafne i rzeczowe. Przede wszystkim masz rację, że jest tu pójście na łatwiznę. Tylko że… rozpatrywanie innych tropów spowodowałoby nadmierny rozrost tekstu, który już teraz jest horrendalnych rozmiarów. Co zaś do zakończenia, pamiętaj proszę, że jest to fantastyka. Ja sam nie wiem, czy winowajca sam zadał sobie rany, próbując się w ten sposób ukarać, czy też zrobiła to Mathilda. No cóż, taka tajemnica, jaki i autor. Czyli, że raczej średnio.

Zastanawiałem się, dlaczego akcja toczy się niespiesznie, a jednak spiesznie. Być może się mylę, lecz pewna powolność wynika z opisywania szczegółów. Jak kot, to pers (już wiem, że powinno się go pisać małą literą). Jak rozmowa, to z drobiazgami, że patrzył intensywnie, że mrugał, że mrużył się. A spiesznie – jak Ty z kolei uważasz – gdyż nie ma tu monologów wewnętrznych, za to zdarzeń jest kilka. 

Wciąż się uczę. Nie jest łatwo składać literki. A już wybitnie trudno w towarzystwie osób znacznie lepiej ode mnie obeznanych z piórem.

Lecę poprawiać “przednie jedynki”.

A Tobie naprawdę bardzo dziękuję, dzięki, że zechciałaś przeczytać taką kobyłę tekstu i jeszcze napisać komentarz. Dziękuję! 

I jeszcze ten punkcik od Ciebie… uwierz, ogromnie jest miły. 

Corneliusie, Regulatorom nie jest przykro, naprawdę. ;)

A jeśli uważasz, że Regulatorzy są zbyt ostrokrawędziści, masz jeszcze do wyboru Regulatorkę i Reg ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O kurde, wydało się. ;)

Ale co tam nick. Ja naprawdę uważam, że jesteś cudowna. Naprawdę fajnie, że jesteś:-)

Przepięknie dziękuję, Corneliusie. :)

I wyobraź sobie – ja także się cieszę, że jestem! ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorko – Ciebie można lubić, bardzo lubić, albo lubić tak, jak Cornelius. :)

Och, Corneliusie! Czuję się tak bardzo wyróżniona, że aż nie wiem, co powiedzieć… :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Corneliusie, ten tekst ma zaledwie 55 tysięcy znaków. To znowu nie tak horrendalnie wiele. ;) Kilka tysięcy więcej by mu nie zaszkodziło.

A co do końca – ok, to zrozumiałam, że ktoś coś mu zrobił. Tylko te “obrażenia” (samo słowo) wcisnąłeś tak ni z gruchy, ni z pietruchy. Przeczytałam koniec ze trzy razy, żeby sprawdzić, czy czegoś nie ominęłam. Więc – jeśli w szpitalu psychiatrycznym ktoś kończy tak, że ma “obrażenia”, to to jednak jest istotny fakt. A Ty o śmierci Hyczki wspomniałeś tak, jakby po prostu umarł ze starości, a potem nagle się okazuje, po obejrzeniu zdjęć pokoju, że były jakieś obrażenia. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to ten pokój miał obrażenia. :)

Nie jestem pewna, czy jasno przekazuję to, co chciałabym przekazać.

Ocho – rozumiem Ciebie. Chciałbym oczywiście znaleźć jakieś argumenty broniące tekstu i tłumaczące taki a nie inny opis zdarzeń. Lecz racje są po Twojej stronie. Bez sensu zasłaniałem się wielkością tekstu, bo to tak, jakby budowniczy tłumaczył brak dachu na budynku, tym, że obawiał się, że konstrukcja będzie zbyt wysoka. Zapewne masz też rację odnośnie zakończenia. Ale po prostu nie chciałem, żeby Hyczka tak sobie normalnie umarł. Korciło mnie dodanie jakiejś tajemnicy. No i wyszło, jak wyszło. 

Ocho, dziękuję Ci bardzo.

Regulatorka, Reg – te nicki, doprawdy, fajnie brzmią i jest szansa, że nawet ja nie będę miał problemu z ich odmianą.

Dobrej nocy i pięknych snów :-)

Dziękuję, Corneliusie. I niech Ci śni fantastycznie ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję:-)

Dobrze, że umarł, jak mu to wymyśliłeś. Po prostu ja bym to NIECO inaczej opisała. Ale to nie mój tekst i też niekoniecznie muszę mieć rację. A argumentów na obronę opowiadania wcale nie potrzebujesz – jak już pisałam, podobał mi się. :)

Dobry tekst. 

Nie będę rozpisywał się na temat plusów – większość została już powiedziana i musiałbym powtarzać. Od siebie dodam jeszcze, że bardzo spodobało mi się, iż każda, drugo i trzecioplanowa postać, choćby była nakreślona jeno paroma maźnięciami, jest charakterystyczna, ma jakiś własny, niepowtarzalny rys, dzięki któremu łatwo ją sobie wyobrazić i zapamiętać. To świadczy o dojrzałości wiem kreowaniu bohaterów. Klimat, narracja, tempo akcji, zagadka – wszystko cacy, ale o tym już wiesz. Co więcej, czytałem tekst już po wprowadzeniu poprawek, więc wykonanie też w porządku. 

Minus – cóż, jestem czytelnikiem mało uważnym i bardzo niedomyślnym, więc mogę założyć, że coś mi umknęło. Ale zabrakło mi wyjaśnienia – po co? Dlaczego Hyczka zrobił to co zrobił? Dlaczego Mathildzie? Dlaczego pod jego wpływem zabiła rodziców? Czy to o nich mu chodzilo? 

Cóż, ale jak zaznaczyłem, może to tylko ja ;-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ocho – kiedy przeczytałem, że u Ciebie zakończenie wyglądałoby trochę inaczej, wiedziałem, że przez cały dzień będę miał zagwozdkę. Pytanie, jak też rozwiązałaby całość Ocha, tkwi w mojej głowie, a że lubię zagadki, myślę o Tobie bardzo ciepło. Miłego dnia, Ocho.

Thargone. Dziękuję, że zdobyłeś się na przeczytanie tekstu. Długiego przecież. Wielkie ukłony i ciepłe myśli, to jedyne, co mam, żeby odwdzięczyć się za przeczytanie i komentarz. Dziękuję:-)

Wskazując na wady tekstu, wstrzeliłeś się w sam środek tarczy. Gdyby to nie było pisanie, lecz judo, wygrałbyś przez ippon. 

A było to tak. Gdy telewizja zaczęła reklamować programy rozrywkowe z hipnozą w roli głównej, sięgnąłem po książki. Niemal wszyscy autorzy podkreślali, że bardzo ostrożnie trzeba podchodzić do tej zabawy. Bo kiedy traci się kontrolę nad własną świadomością, nad tym, kim się jest i jakim się jest, ludzki umysł otwiera się na przekazy niewiadomego pochodzenia. Wymyśliłem zatem, że podczas jednego z seansów cudza myśl wniknie do nieprzygotowanego, młodego umysłu dziewczynki i zaindukuje jej psychikę. Sugestia powinna doprowadzić do bardzo krwawych konsekwencji, tak, żeby napisały o tym gazety. Wówczas ktoś, kto to zrobił, ma dowód na wykonalność takiej telepatycznej indukcji. Postąpił tak Hyczka. Wybór dziewczynki był przypadkowy, a efekt głośny. Cudza myśl jednak zostawia po sobie jakiś ślad, podpis, może nie do końca zrozumiały. Pytanie tylko jaki. Najprościej było posłużyć się zmanipulowanym nazwiskiem. A że roślinka o nazwie bez czarny ma kilka nazw, bo w różnych regionach mówią na niego hyczka, kyćka, holunder i jeszcze inaczej, pomyślałem, czyby nie sklecić z tego fabuły. Trochę lichej, wiem. I dlatego rumienię się na słowa pochwały, zdając sobie sprawę, że nie bardzo zasłużone.

Jeszcze raz bardzo dziękuję za przeczytanie Thargone i bardzo dziękuję za komentarz.

Fajnego czwartku i w ogóle wiele fajnego:)

Tekst ma mocny klimat przedwojennej Polski. Prowadzenie śledztwa to także jego mocna strona – podobały mi się kolejne tropy, kolejne elementy do układanki. Budowałeś przyjemne napięcie i z niecierpliwością oczekiwałem zakończenia.

To jednak nastąpiło w innej formie, niż się spodziewałem. Bardziej skondensowane, takie trochę sprawozdawcze. Odrobinę mnie zawiodło, bo nawet przy skoku czasowym spodziewałem się czegoś pokroju tego, co zobaczyć można w “Nocy generałów”, czyli ukarania winnych. No ale nie można mieć wszystkiego :)

Tak więc bardzo podobał mi się klimat i ogólne wrażenie po tym koncercie fajerwerków jest pozytywne. Daję klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Corneliusie, usunąłeś usterki, więc radośnie klikam Bibliotekę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aha. Dzięki za wyjaśnienie. No, tak jak pisałem – niedomyślny jestem, bo w zasadzie to wszystko było w Twoim tekście. Po prostu kombinowałem, że ta jakieś osobiste względy są, czy co tam jeszcze… 

Tak czy owak, dzięki za kawał przyjemnej lektury! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

NoWhereMan – DZIĘKUJĘ. 

Nie jest łatwo napisać dobre zakończenie. Znudzenie tekstem, a i pewna ograniczoność wyobraźni, do tego szorstkość myśli i ciężkość pióra – skutecznie bronią dostępu do fajnych zakończeń. 

Masz rację. Końcówka jest reportażowo-sprawozdawcza. Taka trochę w stylu: byle to mieć już za sobą. Bezbłędnie to wychwyciłeś. 

 

Wielkie dzięki NoWhereManie! Dziękuję, że zajrzałeś, że przeczytałeś, że napisałeś komentarz.

Miłe słowa zawsze są miłe.

Samych serdeczności :-)

 

Reg – jeśli ten tekst da się czytać nie zgrzytając zębami ze złości, Twoja to zasługa.

Punkcik od Ciebie, kurcze, wielkie dzięki. Wiesz dobrze, że moje dobre myśli nieustannie krążą wokół Twojego okna.

:)

Thargone – w swoich wątpliwościach właśnie Ty maszrację. Ja sam, gdybym czytał ten tekst cudzego autorstwa, miałbym dokładnie takie same pytanie i identyczne niejasności. 

Uśmiechniętego czwartku:)

 

Nie przesadzaj, Corneliusie. To Ty napisałeś Bez, nie ja. ;)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg:)

“Bez” bez Ciebie, to byłby dużo brzydszy “Bez”.

Dzięki! :-)

Moim zdaniem, Corneliusie, każdy bez cieszy oko niepospolitą urodą. Twój Bez także. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdarza się, że bez potrzebuje cięcia ogrodnika. Ten wyhodowany przeze mnie był mocno zapuszczony. Tym bardziej dziękuję. :)

 

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo fajne opowiadanie.

Na początku myślałam, że to Hedvika Jelinek będzie bohaterką tej historii ;)

W sumie dosyć szybko wiadomo, że stan Mathilde ma coś wspólnego z hipnozą, ale do końca nie wyjaśniasz, co właściwie się stało. Podoba mi się zakończenie, mimo że też nie rozwiązuje zagadki ;)

Przeczytałam z przyjemnością :)

Dziękuję. Ogromnie dziękuję, Anet. Nie wynaleziono ładniejszych słów, wobec napisanego tekstu, niż że fajny i że się podoba. Nie wymyślono równie ciepłej frazy, jak ta, że czytało się przyjemnie. Każde “dziękuję”, brzmi przy tym nienaturalnie płasko.

To, że tekst dało się czytać bez językowych potknięć, jest zasługą Reg (zawsze wielkie ukłony), Finkli i wielu innych dobrych duchów tego portalu. Nieodmiennie ciepłe myśli płyną w ich stronę. 

Dziękuję za biblioteczne punkty. Osze, NowHereManowi, Regulatorom, Użytkownikom Czwartym (wciąż błądzę po Portalu, próbując dokonać ich identyfikacji i podziękować bardziej personalnie) i Tobie, Anet.

 

Co do niejasności… Chyba rzeczywiście w tekście jest o jedno zdanie za mało. Zawsze obawiam się, że wyjaśniając za dużo pozbawię zagadkę jej drugiego dna. 

 

Miłego, bardzo miłego łikendu. Sedeczności!

Corneliusie, znajdź sobie w Hyde Parku wątek z bibliotecznymi nominacjami i sprawdź, kto zgłaszał Twoje opowiadanie.

A jak już tam będziesz, to dowiedz się, co zrobić, żebyś też mógł zgłaszać teksty innych.

Babska logika rządzi!

Finklo. Szukam i błądzę. Do Hyde Parku też zajrzałem. Aż dziw bierze, jak wiele zaułków i skrytych zakamarków ma Fantastyka. 

Finklo, to, że jesteś jedyna i niepowtarzalna, wiadomo, że super potrafisz pisać – to przecież pewnik, ale ja Tobie dziękuję za Twoją pomocną obecność. 

Dziękuję:)))

 

Napisałaś, że będę mógł zgłaszać teksty innych. Wow, wyróżnienie, powiedziałbym super, tylko że ja nie potrafię oceniać. Dla mnie wszyscy piszący robią to o niebo lepiej ode mnie. 

Każdy jest jedyny i niepowtarzalny. No, może malutkie bliźnięta jednojajowe mają kopię zapasową. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie o to mi chodziło. Wiesz dobrze, no ale Ty lubisz przecież ścierać się na słowa i znaczenia :). Nie każdy jest wyjątkowy w ten sposób, by zapaść w pamięci i opleść neurony mózgu siecią powiązań tak niepowtarzalnych, że aż krzyczących “to właśnie Ja”. Na ulicy, w pociągu, gdziekolwiek spotykamy tysiące ludzi, każdy jedyny, lecz my zapamiętujemy jedynie paru. Czyż nie?

:)))

z charakterystycznym dla młodego lekarza przekonaniem o swojej wszechwiedzy.

Oh, boi. Jest zupełnie odwrotnie.

 

Piętnastego października trzydziestego ósmego. No tak, już od tygodnia nieaktualne.

Wydaje mi się, że powinno być “piętnasty [dzień] października”.

 

„Albo głodny, albo ma problem z zapanowaniem nad odruchami” − pomyślał Klejnocki. − „Raczej to drugie” − doszedł do wniosku, widząc obgryzione paznokcie.

Na mój gust trochę zbyt topornie i dosłownie. Pokusiłbym się tu o fragment w stylu: A potem zobaczył obgryzione paznokcie i już miał pewność.

 

Policjantom nie spieszyło się z konkretami. (…) I chłonęli przytulność wnętrza, jakże innego od surowych policyjnych biur.

Hę? Przed chwilą omiatali bez zainteresowania wnętrze wzrokiem, a interesowała ich tylko wóda.

 

podał mu kartkę z protokołem sekcji zwłok.

Przebiegł wzrokiem. „…kał uformował się… na prawej łydce rozmazany palcem ślad krwi… głębokość rany dwadzieścia centymetrów… Uszkodzenie prawej komory serca…

Zabrakło czasu na poszperanie jak taki protokół wygląda? To właściwie raport z obdukcji, więc określenie “uszkodzenie prawej komory serca” nic nikomu nie mówi; musi być konkret – lokalizacja, głębokość, rodzaj rany. Protokół musi zawierać fakty, jeśli ma być wykorzystany przez sąd, dlatego sformułowanie “rozmazany palcem ślad krwi” to też duża nieścisłość, która z pewnością nie znalazłaby się w sądowo-lekarskim dokumencie. Bo skąd wiadomo, że ją rozmazano akurat palcem?

 

die leiden… no jak to szło, leiden des Werther?

Rzeczowniki w niemieckim z dużej litery.

 

Równocześnie przewiercał swymi oczami lekarza, szukając potwierdzenia dla własnych przypuszczeń.

A czyimi innymi mógł to robić?

 

pomagał wam profesor Janusz Strużyna. Jest medycznym doradcą tutejszej policji. Nie chcę mu wchodzić w paradę ani zmieniać ustalonych policyjnych zasad.

Lata trzydzieste to już taki czas, że ilość wiedzy medycznej zaczęła przerastać pojedynczego człowieka, stąd przesunięcie nacisku kształcenia kadr na specjalizowanie się w jakiejś dziedzinie. Profesor nie miał prawa być specjalistą w każdej, stąd organy ścigania powinny powołać biegłego, który uzupełniłby kompetencje konsultanta. Policjanci przyszli do głównego bohatera jako psychiatry, więc takiego specjalisty szukali i stąd mniemam, że gdyby profesor był specjalistą psychiatrii, nie musieliby szukać opinii u przypadkowej osoby. Ten fragment dość brutalnie obnaża, gdzie kleiłeś fabułę, żeby się nie rozlazła. A ja, jako czytelnik, wolałbym nie widzieć łączeń i śladów kleju.

 

Najprościej było przyjąć, że w napadzie szału dziewczynka morduje swoich rodziców. Wykorzystywana seksualnie, ofiarowana sekcie, gwałcona przez ojca − taka przeszłość wiele by tłumaczyła.

 

Boli, że opowieść jest snuta z perspektywy medyka-psychiatry i jest tak mało wiarygodna merytorycznie. Gość na oczy nie widział pacjentki, a już kroi dla niej diagnozę, do tego opartą na paskudnej, zatęchłej, filmowej kliszy (wywodzącej się nota bene bodajże od Freuda, ale już dawno ją obalono), że wszystko co złe, to wina traumy z dzieciństwa. Kompletnie pominięte są przyczyny organiczne jak schizofrenia, faza manii, psychoza – a trzeba wiedzieć, że specjalista w pierwszej kolejności diagnozy szuka w swojej działce schorzeń. Tutaj brakuje podobnej refleksji.

 

obłożył się książkami. Jedne dotyczyły umysłowości dziewięcioletnich dziewczynek

Ktoś napisał książkę na ten temat? Wątpię czy nawet obecnie znalazłaby się taka. To zbyt szczegółowy temat; bardziej pasowałaby tutaj publikacja, tylko znowu mamy lata trzydzieste. Nie ma aż tylu naukowych magazynów, nie ma upowszechnienia angielskiego, nie ma internetu.

 

Pod wieczór Stanisław Klejnocki miał niejasne przekonanie, że policyjny nos Flipa i Flapa nie mylił ich. Mathilda nie mogła zabić swoich rodziców.

Wykluczył główną podejrzaną bez choćby patrzenia na nią. Zajebisty biegły!

 

Znam się na psychologii dziewcząt lepiej niż wszystkie wydziały psychologii na wszystkich uniwersytetach świata.

Nie jestem pewien, czy sto lat temu termin “psychologia” był tak rozpowszechniony i powszechnie rozumiany. Dalej, wymawia go postać, która nie ma nic wspólnego z nauką akademicką. IMO niewłaściwy dobór określenia. Zbyt uwspółcześnione.

 

Strużyna odwrócił się ku człowiekowi, który ośmielał się przerywać badanie

Już doszliśmy do tego, że Strużyna psychiatrą nie jest. Cała ta scena to parodia badania pozbawiona jakichkolwiek standardów; gość wydziera się swoimi przypuszczeniami, nie dając “pacjentce” odpowiedzieć. To jak przesłuchanie przez milicję wygląda. Rozumiem, że wg zamysłu profesor miał wypaść nieprofesjonalnie, ale wypadł, niestety, karykaturalnie.

Chwilę później Klejnocki mówi już o “zeznaniach”. Więc to badanie czy przesłuchanie? Niechże się zdecydują. Skoro to drugie, to czemu przesłuchuje lekarz?

 

Wygląda to na objawy mieszczące się gdzieś pomiędzy katatonią a katalepsją.

Matko jedyna, jaka katatonia, skoro przed chwilą reagowała na informację o byciu adoptowaną?

 

Malowała w pierwszych godzinach po aresztowaniu.

Dzieci się nie aresztuje.

 

Wiedza medyczna z bezsilnością pochylała się nad przypadkiem dziewczynki.

Ha! Tym uroczym akcentem niestety zakończę lekturę.

Od razu powiem, że jestem rozczarowany i wkurzony. Pamiętam Twój tekst, Corneliusie, z Fantastycznych godów i uważam go za jeden z ciekawszych w stawce. Natomiast to opowiadanie tutaj to krok w tył. Rozumiem chęć zmierzenia się z konwencją kryminału i bynajmniej nie krytykuję podjęcia przez Ciebie próby, natomiast to, co się wyprawia w tych Katowicach to mnie przyprawiło o palpitacje. Przede wszystkim research wygląda na ograniczony do wklepania w wikipedię przypadkowych chorób, haseł, rozpoznań. Pod względem merytorycznym jest źle i może jeśli nie ma się wiedzy, aby to zweryfikować, to lektura ma prawo sprawiać jakąś przyjemność, natomiast kiedy się widzi, że bzdura pogania bzdurę i to bez ustanku, no to w pewnym momencie trzeba po prostu spasować, żeby się dalej nie denerwować.

Wepchałeś się w dziedzinę, w której czujesz się niepewnie. No trudno. Ale abstrahując od tego i patrząc na konstrukcję fabularną, to i tu widzę pole do poprawy. Masz motyw morderstwa, czyli klisza najpopularniejsza z możliwych. No nic, nawet i taką można obronić. Ale dajesz podejrzaną w postaci dziewięcioletniej (sic!) córki i… koniec. Żadnych innych postaci, które mogłyby mieć motyw. Ba! Podejrzana nie ma żadnego motywu i sukcesywnie pokazujesz ją jako wrabianą ofiarę; nigdzie nie ma nawet śladu sugestii, że dziewczynka mogła faktycznie chcieć zamordować tych rodziców. Jest oskarżona i jednocześnie krystalicznie biała. Sytuację ratuje tylko wspominka o hipnotyzerze.

Powtórzę, że jestem szalenie rozczarowany. Bo wstęp jest rewelacyjny – świetnie nakreślasz epokę, wręcz odczuwa się zmysłami tę katowicką ulicę. Rewelacyjna ekspozycja. Do dialogu z prostytutką byłem oczarowany. A potem zaczyna się wątek kryminalny i wszystko szlag trafia. Wielka szkoda!

Niedzielne dzień dobry MrBrightside. Jak zawsze bardzo miło Cię gościć:)

Każdy ma jakieś osiągnięcia, moim jest to, że niemal – jak piszesz – przyprawiłem Cię o palpitację. To się nazywa mocna literatura. ;)

Oczywiście że zgadzam się z wszystkimi Twoimi uwagami. Będę pamiętał, że jeśli już miałbym pisać o medycynie, nie powinienem wychodzić poza średniowiecze. No ale że ranek zaczął się słonecznie, a przyjęte jest, żeby bronić swojego tekstu, spróbuję coś napisać. 

Wydaje mi się, że można chłonąć przytulność wnętrza, nie będąc zainteresowanym secesyjnymi meblami i biblioteką. Tak samo jak można nie zwracać uwagi na wystrój restauracji i dobrze się w niej czuć. Przytulność, według mnie, to po prostu coś więcej niż meble. 

Z tym raportem z obdukcji to… no cóż ani mi przez myśl nie przeszło, żeby go literalnie przytaczać. No bo po co? 

Wspominasz o freudowskich kliszach. Mówimy o czasach, gdy Freud jeszcze żyje, a jego teorie mają się nadzwyczaj dobrze. Ale masz rację, że w grę wchodzić mogła jeszcze psychoza i in. Tylko że weryfikacja wszystkich możliwych zaburzeń psychicznych wykraczałaby poza ramy tekstu. I nie o psychiczne choroby mi szło.

Co do książek o umysłowości dziewięcioletnich dziewczynek – może takie istnieją, może nie. Biblioteki świata pełne są książek o dość specyficznej tematyce. Ja zaś nie pisałem artykułu naukowego, kwerenda biblioteczna nawet mi w głowie nie postała. 

Napisałeś, że z bohatera był “zajebisty biegły”, a ja napisałem tylko, że miał on niejasne przeczucie. 

Wytaczasz kolejny zarzut, krzycząc na mnie: “Matko, jaka katatonia, skoro przed chwilą reagowała…”. Sięgnąłem po historię medycyny i czytam: katatonia – szczególny rodzaj dementia praecox (schizofrenii). Objawy mogą być cykliczne i zawierać się pomiędzy skrajnymi stanami zamartwienia i podniecenia.

Piszesz: “Dzieci się nie aresztuje”. Czyżby? Mam przed sobą słownik M.Arcta z 1937 roku. Areszt wyjaśniony jest tutaj jako czasowe pozbawienie wolności, jako koza. Jako urzędowe zatrzymanie tudzież uwięzienie. Mimo wszystko nie napisałem, że dziewczynkę wrzucono do lochu. 

Wytykasz, że dziewczynka nie ma motywu, że należało wziąć pod uwagę inne rozwiązania. Jakie? Że zamordowała kucharka, kochanek matki, sąsiad? Dobrze wiesz, że dowody materialne, odciski palców, krew, plamy na sukience musiały wyraźnie wskazywać Mathildę. Po cóż prowadzić śledztwo w innym kierunku. To naprawdę miało być krótkie opowiadanie.

 

Chętnie bym się bardziej rozpisał, gdyby nie to, że czekają na mnie z obiadem. 

 

Bez wątpienia jest w opisanej historyjce parę skrótów myślowych. Zawsze się zastanawiam, jak wiele trzeba napisać wprost. Jestem baaardzo początkujący w pisaniu. Na wielu rzeczach się nie znam. Wciąż się uczę. I z tego względu ooogrooomnie Tobie dziękuję, MrBrightside, bo uwagi są naprawdę bardzo cenne. 

Miłej niedzieli. :)

 

Z tym raportem z obdukcji to… no cóż ani mi przez myśl nie przeszło, żeby go literalnie przytaczać. No bo po co?

Nie wiem po co, ale skoro masz fragment, że przebiegł po nim wzrokiem, a potem cudzysłów, to to oznacza właśnie literalne przytoczenie.

 

Co do reszty – masz niezbywalne prawo pisać w swoim tekście jak chcesz. To, co mnie okrutnie zakuło, to niewiarygodność głównego bohatera i poniekąd też postaci profesora, bo to jak się zachowują to totalna abstrakcja, mająca niewiele wspólnego z nauką.

 

Miłego dnia również. :)

Właściwie to mogę się podpisać pod większością uwag MrBrightside.

Ze swoich dorzucę policyjne syreny w czasie bójki – zabrzmiało tak bardzo po amerykańsku, bardziej na miejscu byłyby policyjne gwizdki, albo klakson samochodu.

Nie kupuję również teorii o zaszczepieniu dziewczynce cudzej, przypadkowej myśli podczas hipnozy. Co jej trzeba powiedzieć aby dokonała morderstwa? Tego się nie da zrobić przypadkowo. Ale mniejsza z tym – niech będzie.

 Akcja jest rwana, dialogi pchają fabułę czasem aż za szybko, a już totalnie się zirytowałem, kiedy przeskoczyłeś o kilka lat. :)

Pochwalam klimat, wyszedłem w niego jak smołę. Katowice zarysowane niczym mroczna, pełna sekretów aglomeracja (tylko nie wiem ile w tym prawdy, ale podobało mi się). Genialne budowanie postaci. Świetne detale i drobiazgi które zasysały w czasie czytania.

Ogólnie z fabuły zadowolnony jestem średnio, z reszty – bardzo.

Pozdro!

 

PS. Gdzie ten “ociekający seks i brutalność”? Mało! :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka