- Opowiadanie: katia72 - Uciekające barwy

Uciekające barwy

Tekst, jak na mnie, napisany ekstremalnie wolno. I teraz się zastanawiam, czy w ogóle nadaje się do czytania... Tak czy inaczej będę bardzo wdzięczna za wszystkie komentarze. Nawet te bardzo negatywne :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Uciekające barwy

 

I. Hiszpańskie usta

 

Niebo zalała krew zachodzącego słońca. Leżeliśmy z Mariką na trawie, niemo podziwiając szkarłatne piękno odchodzącej królowej. Tak, słońce było dla mnie zdecydowanie rodzaju żeńskiego. Zmienne, czasem niespodziewanie gdzieś uciekające, momentami tryskające radością, a chwilami tętniące grozą. Przypominało mi moją matkę i siostrę, i pierwszą kochankę, i Marikę. Wszystkie kobiety mojego życia łączył słoneczny uśmiech i łzy porannego deszczu.

– Sebastian?

– Tak? – Spojrzałem na partnerkę leżącą na boku z podkulonymi nogami, wyglądającą niczym grecka bogini odpoczywająca po dniu zmagań z morską pianą.

Marika wskazała palcem niewidzialny punkt na niebie.

– Myślisz, że naprawdę istnieją światy równoległe? Że gdzieś tam leżą na trawie nasze kopie? I tak jak my gapią się w pustkę?

– Nie wiem, ale jeśli gdzieś tam, daleko, bardzo daleko jest druga Ziemia, trzecia i czwarta, i sto dziesiąta… nie sądzę, że są identyczne. Może na jednej z nich pałamy do siebie nienawiścią, a na innej w ogóle się nie poznaliśmy, bo ja mieszkam w Niemczech, a ty w Hiszpanii. Mm, trudno mi nawet zdecydować, co byłoby gorsze.

– Dlaczego w Hiszpanii? – Marika zmarszczyła brwi i ułożyła usta jak do pocałunku.

Cmoknąłem ją delikatnie.

– Przez te twoje czarne loki – powiedziałem, okręcając kosmyk włosów Mariki wokół kciuka. – I hiszpański temperament.

Położyłem dłoń na piersi mojej kobiety. Tak, ona była moja. Jej wszystkie rozkoszne części należały do mnie i tylko do mnie. Nawet nie do niej samej.

– Mam na ciebie ochotę. – Ugryzłem ją w ucho.

Roześmiała się, odgarnęła włosy z czoła i cichutko zapytała:

– Skończyłeś mój obraz?

– Ten z różami?

– A malujesz jakiś inny?

– Nie. To znaczy, maluję tylko ten jeden i jeszcze go nie skończyłem. – Westchnąłem ciężko i odwróciłem się z powrotem na plecy. – Nie mogę… Nie potrafię odtworzyć twoich ust.

Tak, nie byłem w stanie uchwycić na płótnie ich uwodzicielskiego piękna i landrynkowej słodyczy, ich zamyślenia wymieszanego z magią.

Podrapałem się w czoło i zamilkłem, wciąż patrząc na niebo.

Dużo łatwiej oddawać mi było naturę oczu. Zarówno kobiety, jak i mężczyzny. Oczy na moich obrazach ożywały, emanowały emocjami. Były zimne, tajemnicze, smutne, pełne gniewu bądź pogardy. A usta… Usta, choćbym nie wiadomo jak mocno się starał, pozostawały martwe.

Słońce schowało się już za horyzontem. Niebo nabrało koloru atramentu ze szkolnego kałamarza. Taki czarny granat albo granatowa czerń. Nie, jednak czerń zwyciężyła, czerń przetykana szarością. Nie lubiłem szarego. Kojarzył mi się z plastelinową kulą ulepioną dłońmi dziecka, które chciało sprawdzić, co się stanie, gdy połączy razem wszystkie barwne laski. Czerwoną, niebieską, żółtą, zieloną, brązową, białą i czarną. Świat pozbawiony energii, ludzie o ponurych twarzach, zmierzający donikąd, dotykający brzydkimi butami zabłoconych, chodnikowych płyt. I deszcz rozmazujący kształty. Pozbawiona formy masa. Coś, co napawało mnie przerażeniem przed utratą oryginalności, wtopieniem w tłum, niewidzialnością. Marika kochała mnie za to, że byłem dziwny, inny, może nadmiernie wrażliwy, ale ani nie przeciętny, ani nie nudny.

– Wyjdziesz za mnie? – zapytałem bardziej nieba niż mojej dziewczyny.

 

***

 

Drzewa szkielety straszyły za oknem swym upiornym, jesiennym tańcem. Wiatr hasał po opustoszałych ulicach, podrzucając uschnięte liście, butelki po koli i gazety, których już nikt nie chciał czytać. A ja maczałem pędzel w czerwonej farbie, by dokończyć usta przyszłej żony. Dotknąłem włosiem płótna i zamarłem. Ten kolor. To nie był czerwony, tylko raczej delikatnie różowy. Spojrzałem na paletę. To samo. Nie, nawet więcej. Wszystkie barwy straciły swą intensywność, zmatowiały i zbladły. Zamknąłem oczy. Zobaczyłem migające fioletowo-złote plamki, malutkie niczym ziarna piasku. Dwa razy mrugnąłem i ponownie skierowałem wzrok na farby. Tym razem wydały mi się nawet jeszcze bardziej mdłe, jakby zmęczone swym dotychczasowym, zbyt burzliwym życiem.

Odłożyłem pędzel i ze spuszczoną głową poczłapałem pod prysznic. Strumieniami chłodnej wody próbowałem zmyć z siebie niepokój wymieszany ze złością i niezadowoleniem, że mój obraz wciąż czeka na ostatnie smagnięcia karmazynem. W zbyt jaskrawym świetle łazienki kształty zaczęły się powoli rozmazywać. Umywalka, kran, kubeczek ze szczoteczkami do zębów, lustro ze śmieszną naklejką smerfa w lewym, dolnym rogu… Ich krawędzie falowały, w niektórych miejscach zupełnie zanikając, jakby przedmioty chciały się ze sobą scalić, jakby od wieków tęskniły za integracją.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie zimno i doszedłem do wniosku, że pewnie atakuje mnie grypa. W sumie o tej porze roku nie powinno to nikogo dziwić. Wpełzłem pod kołdrę. Marika leżała na brzuchu, tak że trudno ją było objąć.

– Śpisz? – zapytałem cicho.

Brak reakcji. Księżyc w pełni delikatnie oświetlał otuloną czarnymi lokami twarz narzeczonej. Dziewczyny, którą poznałem trzy lata i dwa miesiące temu w miejskim autobusie. Jechała na gapę. Gdy kanar zapytał o bilet, jej policzki oblały się różem pompejańskim, a na czole zalśniły krople potu. Wyglądała jak zawstydzone dziecko, które pod nieobecność rodziców pochłonęło dwie tabliczki mlecznej czekolady, a potem narzekało na ból brzucha. Marika. Tyleż naiwna, ile nieufna, tyleż radosna, ile ponura, gotowa do całonocnych imprez, jak i do wskakiwania do łóżka przed dziewiątą. Czasami trudno mi było znosić jej nagłe napady euforii, po których następowały nieuniknione wybuchy niekontrolowanego śmiechu. Lubiła wpatrywać się w ogień i gasić pragnienie zimną wodą. Kobieta i zmienność. Żółte szpilki i szare gumiaki, jogurt o obniżonej zawartości tłuszczu i waniliowe lody z bitą śmietaną, dziecięcy chichot i smutek staruszki. Sam nie wiem, ile razy prosiłem ją o konsekwencję w podejmowanych wyborach. Oczywiście, bezskutecznie.

O siódmej trzydzieści z krainy snów wyrwał mnie wrzeszczący budzik. Jak ja nienawidziłem tego uczucia, takiej jakby nagłej śmierci w jednej rzeczywistości i bolesne wrzucenie do drugiej, namacalnej, chropowatej i brzydkiej. Tak, nie cierpiałem poranków. Ba, ja ich potwornie nie znosiłem. Przynajmniej do pierwszego łyka czarnej kawy. Przeciągnąłem się leniwie i dopiero wtedy zauważyłem, że Mariki już nie ma w łóżku.

„Pewnie robi śniadanie” – pomyślałem, jednocześnie uświadamiając sobie, że w ogóle nie czuję się głodny.

Wszedłem do łazienki i ze strachem spojrzałem na umywalkę i kubek ze szczoteczkami. Tym razem były od siebie oddzielone całkiem mocno zarysowanymi krawędziami, ale… kolor. Ta zieleń, wczoraj jeszcze malachitowa, dzisiaj wyglądała jaśniej od mięty.

– Marika! – krzyknąłem.

– Chwileczkę, właśnie wyjmuję tosty. Co się stało?

– Chodź. Chcę ci coś pokazać.

– Już. – W jej głosie wyczuwałem niezadowolenie. Ona też z rana zwykle na wszystko się krzywiła.

Przyszła ze skwaszoną miną, dodając sobie zmarszczonym czołem i przymrużonymi powiekami tak przynajmniej z siedem lat.

Wskazałem palcem kubek i zapytałem:

– Co to za kolor?

Spojrzała na mnie jak na wariata.

– O co ci chodzi?

– Czy nie możesz po prostu odpowiedzieć na moje pytanie?

– Zielony – warknęła.

– Ale… bardziej seledynowy, czy morski?

– Nie wiem. Nie znam się. Jak dla mnie zielony to zielony. A ten ani ciemny, ani jasny. Taki normalny. Mm… – Na chwilę zamilkła, po czym już spokojniejszym tonem dodała: – Jak trawa. Tylko nie jesienią, taka, nie, nie wiosną, chyba latem.

Stała i patrzyła na mnie badawczo. W końcu odezwała się niepewnie:

– Wszystko z tobą w porządku? Przecież sam widzisz, jaki to kolor.

– Nieważne. Nie jestem głodny. Wypiję tylko kawę.

Westchnęła ciężko i wróciła do kuchni. A ja gapiłem się na kubek. Tak, niestety nie wszystko było ze mną w porządku. Podreptałem do pracowni, do mojego nieukończonego obrazu. Obrazu, z którego powoli uciekało życie. Róże więdły, a trzymająca je dziewczyna zamieniała się w ducha.

 

***

 

Włożyłem szarą kurtkę, wyszedłem na szarą ulicę i mijałem szarych ludzi. Róg komórki schowanej w kieszeni dżinsów przy każdym kroku nieprzyjemnie uwierał mnie w prawe udo. Tramwaje hamowały z piskiem, ich pasażerowie za głośno się śmiali, a dzieci krzyczały, jakby zły pan obdzierał je żywcem ze skóry. Wszystko mnie drażniło. Podrapałem się po czole i sięgnąłem po paczkę marlboro. Czerwone. Nie, łososiowe. A ja nie lubiłem łososia, nawet wędzonego, którego tak uwielbiała Marika. W ogóle rzadko jadłem ryby. Za bardzo śmierdziały. Podobnie jak przepocone krzesła w warszawskim metrze.

„Cholera” – przekląłem w myślach. Znowu czerwień. Czerwone siedziska. Tym razem nie łososiowe, tylko ceglasto-rude. I żółte rurki. Tylko to już nie była żółć dojrzałego banana, tylko siarki. Zamknąłem oczy, próbując udawać przed samym sobą, że wszystko ze mną dobrze. Tylko, no właśnie, przecież nie dało się nie patrzeć. Skierowałem wzrok na twarz siedzącej naprzeciwko staruszki. Nie miałem pojęcia, jakiego powinna być koloru. Jak dla mnie jej skóra wyglądała po prostu staro i niezdrowo, trochę niczym papier toaletowy. Przygryzłem dolną wargę i odetchnąłem z ulgą, że pomarszczona niewiasta nie słyszy moich myśli.

Photoshop. Projekt dla biura nieruchomości. Prosta grafika. Nie znosiłem prostych grafik. W ogóle strony internetowe uważałem za profanację sztuki, takie zderzenie górnolotnych idei z brutalną codziennością, ale trudno mi było wyżyć ze sprzedaży obrazów. Potrzebowałem stałego dochodu, a nie znajdowanych przypadkowo złotych monet. Przynajmniej mogłem malować Marikę. Przetarłem oczy i zapytałem sam siebie:

– Czy rzeczywiście mogłem?

Wybrałem z przybornika opcję wycinania. Powoli punkt za punktem zacząłem zaznaczać obiekt, ceglany dom o spadzistym dachu. Kontury znowu się rozmazywały. Po policzku poleciała mi łza. Najpierw jedna, a potem kolejna, i kolejna… Moje oczy. Szczypały, piekły, coś od środka w nie kłuło, jakaś rozgrzana, niewidzialna szpila. Zerwałem się z krzesła i pobiegłem do łazienki. Obraz falował, jakbym nie patrzył na kafelkową ścianę, a jedynie na jej odbicie w ruchomej tafli jeziora. Przemyłem twarz zimną wodą. Dotknąłem dłonią czoła.

– Chyba mam gorączkę – wymamrotałem sam do siebie.

Powiedziałem szefowi, że źle się czuję i pojechałem do domu. Nie zaglądałem do pracowni, nie chciałem patrzeć na zanikające barwy. Położyłem się na dywanie w salonie, próbując nie przypominać sobie jego koloru. Z nosem wetkniętym między sztywne nitki i śliną cieknącą z ust zastanawiałem się, czy wszyscy artyści to wariaci, i czy właśnie przyszedł ten moment, w którym tracę zmysły. Nie wiedziałem, ile czasu spędziłem w pozycji zdechłego węża, kiedy usłyszałem głos Mariki:

– Co robisz? – Narzeczona stała w drzwiach, tyleż rozmazana, ile zmęczona, wypluta przez biurowiec, z którego właśnie wróciła, wymięta przez autobus, zniszczona.

– Wiję się w psychicznych cierpieniach. To mnie odpręża – syknąłem.

– Twój… twój sarkazm… Two… twoje szaleństwo… Wiesz, to wcale nie jest śmieszne.

– Ależ… – Nie dokończyłem, przeturlałem się jedynie w stronę kanapy. Chwilę milczałem, patrząc nieruchomo na okryte cienkimi rajstopami, szczupłe, zgrabne nogi. Chrząknąłem i powiedziałem spokojnym tonem: – Przepraszam, kochanie. Chodź, daj mi buzi.

Marika nie zareagowała.

– Myślę, że tracę wzrok.

– Co?! – krzyknęła. – Jak to? Co ci się dzieje? Sebastian?

Uklękła i gorącymi, hiszpańskimi ustami złożyła pocałunek na moim czole. Uprawialiśmy seks, długi, powolny i ślepy.

 

***

 

Achromatopsja. Dziwna forma achromatopsji. Achromatopsja nabyta. Moje drogi wzrokowe nie uległy uszkodzeniu, a siatkówka wciąż zawierała czopki, ale zachowywała się tak, jakby ich nie było. Podobnie jak przy amblyopii. Raczej dysfunkcja mózgu niż oczu. Badania, testy, wizyty w szpitalu na Banacha i te głupkowate miny lekarzy. Jak ja tego nienawidziłem.

– Jaką liczbę widzisz? – pytał okulista zachrypniętym głosem.

A ja zamiast gęstwiny kolorowych kropeczek i ułożonych w ich środku cyfr byłem w stanie dostrzec jedynie jednobarwne plamy. Nie, one nie były jednobarwne, one straszyły szarością. Wszystkie takie same.

– Cierpisz na daltonizm? Zawsze myślałam, że daltoniści nie rozróżniają czerwonego i zielonego, albo jakoś tak. – Marika siedziała po turecku na kanapie, gibiąc się delikatnie do przodu i do tyłu.

„Taka malutka choroba sieroca” – pomyślałem. Miała na sobie powycierane dżinsy z dziurami. Lubiłem ten styl, taki trochę nowoczesny, trochę hipisowski. Nie wiedziałem, czy spodnie są granatowe, czy czarne. Hm, mogły być nawet brązowe, chociaż o to raczej Mariki nie podejrzewałem. W sumie ich kolor nie miał znaczenia. Seksowne było takie niby przypadkowe odsłonięcie ciała, lewego kolana i wąskiego kawałka prawego uda. I co z tego, że widziałem te części nagie już tyle razy wcześniej. Nagie z nagim wokoło prezentowało się mniej nago. Chrząknąłem i zrezygnowanym tonem powiedziałem:

– Są różne formy daltonizmu, ale oni, lekarze, sami nie do końca wiedzą, co mi dolega.

Marika skrzywiła się i nie patrząc na mnie, tylko na swoje skarpetki, zapytała:

– Czy to da się wyleczyć?

– Nie wiem, na razie jesteśmy na etapie badań, ale z tego, co się orientowałem, czarno to wygląda.

– Przykro mi.

Miewałem lepsze i gorsze dni. W tych lepszych przedmioty posiadały kontury, świat składał się z kształtów wypełnionych różnymi odcieniami szarości, a gdzieniegdzie poprzetykanymi kolorowymi nićmi. Zwykle fioletem, żółcią i zielenią. Czerwony już całkiem zniknął. A w te gorsze wszystko się rozmazywało, jakby Bóg ustawicznie wylewał przede mną wiadro wody.

Parę razy chwytałem za pędzel, by w końcu dokończyć mój obraz, może ostatni w życiu, ale… jak mogłem tego dokonać bez czerwieni? Tego wieczoru złość zżerała mnie od środka, trawiła organy, żołądek, wątrobę i serce. Niemalże czułem pianę, toczącą się z moich ust. Wszedłem bez pukania do pokoju narzeczonej. Marika jak zahipnotyzowana wpatrywała się w ekran monitora.

– Co z takim przejęciem studiujesz?

– Nieważne – odburknęła. Miała związane w kitkę włosy, mimo że doskonale wiedziała, że wolę, gdy są rozpuszczone.

– Wielka pustka, konstelacja Oriona i rzeka Erydan – czytałem z trudem nagłówek, mrużąc oczy, nawet nie próbując zabierać się za mniejsze litery. – Ta… Światy równoległe.

Chrząknąłem. Marika milczała.

– Ach tak. Rozumiem, potrzebujesz innej rzeczywistości, bo w tej już nie jesteś szczęśliwa. Potrzebujesz innego mnie. Wiesz, myślałem, że przeglądasz te strony w poszukiwaniu informacji o mojej chorobie, ale ty masz to zwyczajnie gdzieś. Pieprzona egoistka! – Wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami.

Leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit. Zaledwie pół roku temu martwiły mnie zdobiące go żółte zacieki i pajęczynowate pęknięcia. A teraz zostały tylko pęknięcia. Żółty zrównał się z białym. Gdyby zniknęły też pęknięcia, sufit uległby przeobrażeniu w pustynię, suchą, gorącą i martwą.

Drzwi sypialni niemiło zaskrzypiały i do pokoju bardzo powoli, wręcz nieśmiało weszła Marika.

– Tak? – zapytałem, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu.

– Przepraszam. Ja naprawdę się o ciebie martwię – wydukała, a w jej oczach zabłyszczały łzy.

Gestem dłoni zaprosiłem ją do łóżka. Przycupnęła na rogu, jakby za wszelką cenę unikając zbliżenia naszych ciał.

– Ja… Ja… Chcę, żeby było tak jak wcześniej. Ja… Ja… wierzę, że odzyskasz zdolność widzenia barw i dokończysz mój obraz, że wszystko będzie dobrze.

– Nie płacz. – Przysunąłem się do narzeczonej i objąłem ją ramieniem, uświadamiając sobie, że jednak dotyk wygrywa, zarówno ze wzrokiem, jak i słuchem. – Więc co wyczytałaś o paralelnych rzeczywistościach?

Marika westchnęła i trochę niepewnie, z nieufnością się do mnie przytuliła.

– Że gdzieś tam w kosmosie jest przejście, że są na to dowody… ale wiesz… moim zdaniem, żeby przenieść się do równoległego świata, nie potrzebujemy super szybkiej rakiety. Tylko…

– Tylko czego?

– Wiary.

– To znaczy? – Podrapałem się po czole i ciężko westchnąłem. Kiedyś wyczytałem, że jeden psychol przyciąga drugiego. A artyści to świry, więc czyż mogłem oczekiwać normalności od mojej przyszłej żony?

– Siłą umysłu, praktykując medytację, wyciszając się w środku, jesteśmy w stanie nawiązać kontakt z nami samymi, z naszymi odpowiednikami, możemy przekazać sobie swoją wiedzę i doświadczenie… Może, może…

– Może co? – Położyłem dłoń na jej płaskim brzuchu. Pomyślałem, że chyba znowu schudła. Zawsze, gdy coś ją trapiło, traciła na wadze.

– Może dzięki takiej wymianie dałoby się naprawić twój świat, może odzyskałby kolory i życie, i energię, i światło.

Nie rozumiałem słów wypowiadanych przez usta Mariki, ale wciąż cieszył mnie ich widok. Mimo że pozbawione czerwieni, nadal pozostawały jędrne, wilgotne i skore do pocałunków.

 

II. Garnitur i sukienka

 

Nadeszła wiosna. A wraz z nią stopniał śnieg. Ulice powinny zaatakować mnie jaskrawymi barwami, ale nastąpiło coś odwrotnego. Śnieg odsłonił szarość i brzydotę, której nie niwelowały nawet kwitnące drzewa, bo pozbawione koloru liście prezentowały się wyjątkowo smutno, wręcz żałośnie, jakby pożerała je pleśń starości i zwątpienia.

Dla mnie śnieg stanowił swego rodzaju ochronę przed prawdą, dymną zasłonę przed przykrą rzeczywistością. Dlaczego? Bo biel zawsze była biała. I teraz, i przedtem. Moja choroba powodowała, że czułem się dziwnie, bardzo dziwnie, i każdego kolejnego tygodnia jeszcze dziwniej, bo każdego tygodnia ubywało tych pojawiających się od czasu do czasu barwnych nitek.

W drugą niedzielę maja włożyłem czarny garnitur, białą koszulę i szary krawat, a Marika długą, pełną falbanek, jak dla mnie zdecydowanie za strojną, białą sukienkę. Dzień naszego ślubu. Tego dnia przestałem być wolny i tego dnia mój świat już całkowicie przeistoczył się w film z lat sześćdziesiątych poprzedniego stulecia. Ktoś wyjął kolorową kliszę i zastąpił ją czarno-białymi klatkami, jakby próbując dopasować otoczenie do koloru naszych ślubnych strojów. Garnituru i sukienki.

Siedziałem nad talerzem z dużym kawałkiem tortu i oddzielałem widelczykiem krem od biszkoptu. Marika tańczyła z moim bratem. A wokół nich skakali weselni goście, krzycząc, śpiewając i za głośno się śmiejąc. Tak czy inaczej, czarno-biali ludzie byli piękniejsi. Tak, przecież na czarno-białych fotografiach zwykle wygląda się dużo lepiej niż na kolorowych. Nie widać tych wszystkich czerwonych plamek na twarzy, żylaków na łydkach, brązowawych, starczych plam na pomarszczonych dłoniach. Znikają sińce pod oczami, odrosty i pryszcze na czole.

Ja nie miałem ochoty ani na słodkości, ani na parkietowe wygibasy. Zastanawiałem się, czym jest życie… Książką napisaną przez złośliwego karła, który, gdy tylko dokończył ostatnie zdanie, wrzucił ją do ognia albo schował pod łóżkiem, całkowicie o niej zapominając? W sumie to ciekawsze są powieści, w których bohater zmaga się z przeciwnościami losu, jest stawiany przed trudnymi wyborami, traci rodzinę, walczy z demonami, a na koniec ginie śmiercią tragiczną… Czy ja byłem takim aktorem? Taką groteskową kukłą?

Straciłem nadzieję, że wrócę do pracy na stanowisku grafika komputerowego, ale przecież i tak nie lubiłem tego zajęcia, open space’u, wiecznie niezadowolonych klientów i pozbawionego wszelkiego plastycznego wyczucia szefa. Żyliśmy z pensji Mariki i pieniędzy ojca. On chyba gdzieś w środku cieszył się z mojej choroby. Nigdy nie ukrywał faktu, że artyści to dla niego nieodpowiedzialni i rozchwiani emocjonalnie błaźni. Wolał, żebym został lekarzem albo prawnikiem, albo przynajmniej inżynierem. Marszczył czoło i klepał mnie po ramieniu, mówiąc:

– Przykro mi. Musimy coś z tym zrobić. Musimy pomyśleć o terapii genetycznej. Nie tutaj, tylko w Niemczech. Nie martw się.

Udawał współczucie, ale w jego głosie i w spojrzeniu wyczuwałem, że traktuje moją dolegliwość jako karę za grzech twórczości. Tak, dla niego sztuka była występkiem, złamaniem jedenastego przykazania.

W noc poślubną nie uprawialiśmy z Mariką seksu. Ja byłem zły, a ona pijana. Drażniła mnie. Cieszyła się, śmiała, klaskała, kiedy powinna ze mną płakać.

– Nie chcę kolorowych zdjęć – powiedziałem do fotografa trzy dni później, dodając: – I sepia też odpada. Mają być czarno-białe. Wszystkie.

Moja żona wykrzywiła brzydko usta, zmarszczyła brwi. Wyglądała jak czarownica. Kiedy tylko wyszliśmy na korytarz, obrażonym tonem oznajmiła:

– A co ze mną? Ja wciąż… – Nie dokończyła.

– I co z tego? – odburknąłem.

Chciałem, żeby wszyscy ludzie stracili zdolność widzenia barw. Wtedy świat naprawdę stałby się czarno-biały. Zamiast kolorowych świateł na przejściach dla pieszych można by zainstalować zmieniające się znaczki, na przykład kółko mogłoby zastąpić zieleń, krzyżyk czerwień, a trójkąt pomarańcz. I o ile prościej byłoby z ubraniami, i telewizorami, i monitorami, i farbami do ścian. Ze wszystkim. Taki świat nie dość, że piękniejszy byłby również prostszy.

 

***

 

Obudziłem się z silnym bólem głowy. Przedmioty wokół mnie nie posiadały żadnych konturów. Widziałem jedynie białe, szare i czarne plamy. Zacząłem trochę po omacku szukać Mariki, ale jak zwykle wtedy, gdy jej potrzebowałem, była gdzie indziej. Poczłapałem do łazienki, opłukałem twarz zimną wodą, zażyłem tabletkę przeciwbólową i zajrzałem do kuchni. Pusto. Widziałem odrobinę lepiej. Lodówka oddzielała się od szafek, kuchenka od pralki. Ba, nawet suszarka z naczyniami zachowywała odstęp od zlewu.

– Marika! Marika! Gdzie jesteś?! – krzyczałem.

Odpowiedziała mi cisza. Z zaciśniętymi ustami poszedłem do pokoju żony. Siedziała na dywanie z wyciągniętą przed siebie prawą ręką. Wyciągniętą w kierunku jakiegoś dziwnego, zawieszonego w powietrzu obiektu. Zbliżyłem się i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Marika czubkami palców dotykała dłoni, która wyglądała dokładnie tak samo jak jej własna dłoń. Identycznie, jedynie odbita w lustrze i ucięta, a ten ucięty koniec tonął w srebrzystej mgle.

– Co robisz? – zapytałem cicho.

Nie zareagowała. Stałem i gapiłem się na nią, zadając sobie pytanie, czy zaatakowała mnie schizofrenia, czy może jakiś inna odmiana psychozy. Zamknąłem oczy.

– Sebastian? – usłyszałem zaniepokojony głos żony.

Gdy ponownie spojrzałem, Marika była sama, to znaczy bez swojej trzeciej dłoni.

– Co… Co się z tobą działo?

– Nic, medytowałam. To mnie uspokaja – odpowiedziała, patrząc na mnie z jakąś taką pokorą i zawstydzeniem, jakby próbowała coś ukryć.

Mimo wszystko zdecydowałem nie wspominać o unoszącej się nad ziemią ręce.

– Zrobisz śniadanie? – zapytałem.

– Oczywiście, kochanie – odpowiedziała z uśmiechem na ustach.

Poszliśmy do kuchni. Marika nalała wodę do czajnika, po czym wyszeptała mi do ucha:

– Ty też powinieneś spróbować. To naprawdę relaksuje.

– Ja nie wierzę w takie… – Miałem dodać „głupoty”, ale ugryzłem się w język.

– A może przyszedł czas, żeby uwierzyć. Ta twoja choroba. Powiedziałeś mi, że ma bardziej związek z twoim mózgiem niż z oczami. A mózg to psychika. A psychika to wiara. Siłą umysłu możesz pokonać słabości ciała.

– Ugotujesz mi jajka na twardo? Cztery?

Wzruszyła ramionami i przytaknęła.

Po dwudziestu minutach na talerzu leżały cztery białe jajka, gdzieniegdzie udekorowane czarnymi kropkami grubo mielonego pieprzu. Biel i czerń.

– A ty? Nic nie jesz? – zapytałem.

– Nie jestem głodna. Poza tym postanowiłam, że raz w tygodniu będę pościć, by oczyszczać organizm, zarówno fizycznie, jak i mentalnie.

Westchnąłem. W sumie niewiele mnie to martwiło. Chciała zamienić się w szkielet, trudno, jej wybór. Przecież osobiście preferowałem chude dziewczyny. Nawet brak piersi mi nie przeszkadzał.

Tego dnia wieczorem po prawie dwumiesięcznej przerwie uprawialiśmy seks. Tym razem szybki, głęboki i bardzo wyrazisty. Po zbliżeniu leżałem na plecach, trzymając żonę za rękę i próbując przypomnieć sobie kolor jej skóry. Taki… Lekko różowy, nie, raczej kremowy z domieszką pomarańczu… Uświadomiłem sobie, że barwy powoli znikają nawet z mojej pamięci. Oszustwo wspomnień. Może świat zawsze był czarno-biały?

 

***

 

Wracałem od rodziców. Ojciec załatwił mi wizytę w Berlinie, a matka ugotowała obiad. Jedzenie pozbawione kolorów smakowało gorzej. Może dlatego, że nigdy nie byłem pewien, czy nie wkładam do ust czegoś zepsutego, na przykład wędliny, która zieleniała albo zapleśniałego chleba. Chociaż oczywiście wciąż mogłem polegać na węchu i raczej nie podejrzewałem, że własna matka chciała mnie otruć. Tak czy inaczej, spotkanie wypadło sztywno i smutno.

Kopnąłem z całej siły opakowanie po mleku, naciągnąłem czapkę na uszy, bo mocno wiało i spojrzałem w okna naszego mieszkania. Ujrzałem cień Mariki za zasłoną. Nie była sama. Dyskutowała o czymś, wymachując rękoma, z jakąś inną kobietą, tak samo drobną, jak ona. Zdałem sobie sprawę, że w sumie nie wiedziałem, która z nich to moja żona. Przyspieszyłem kroku. Na trzecie piętro dotarłem, przeskakując po dwa schodki. Zdyszany wpadłem do sypialni.

Marika siedziała na łóżku. Sama.

– Gdzie jest ta kobieta, z którą przed chwilą rozmawiałaś? – wycharczałem, ciężko sapiąc.

– Jaka kobieta?

– Nie rób ze mnie wariata. Widziałem przez okno. – Spojrzałem groźnie na żonę.

A ona jedynie wzruszyła ramionami i pewnym siebie głosem oznajmiła:

– Nikogo tu nie ma ani nie było. Odkąd wyszedłeś, odpoczywam. Wspominałam ci, że mam problemy z żołądkiem. No, chyba że… – Marika skrzyżowała palce obu dłoni i tak dziwnie na mnie popatrzyła. – Chyba że zobaczyłeś nasze dziecko.

– O czym ty pieprzysz?

– Jestem w ciąży.

Zdębiałem. Przez chwilę nic nie mówiłem, oparłem się jedynie o ścianę. W końcu z trudem wycharczałem:

– Jak to? Przecież bierzesz tabletki. I w ogóle tak rzadko się bzykamy. Jak to możliwe? Skąd wiesz?

Wyjęła z kieszeni test ciążowy i przytknęła mi do nosa.

– Nic z tego nie rozumiem. Co znaczą dwie kreski?

– Że jestem w ciąży. A tabletki przestałam brać po naszym ślubie. – Na sekundę zamilkła, westchnęła i ze zrezygnowaniem w głosie dodała: – Myślałam, że mężczyzna i kobieta po to się pobierają, żeby mieć dzieci, żeby stworzyć szczęśliwą, stabilną rodzinę.

– Tak, my obydwoje jesteśmy wyjątkowo stabilni. – Wyjrzałem przez okno. Tęcza. Czarno-biała tęcza. Smutna, gorsza od deszczu, parodia słonecznych promieni, groteskowy potwór przecinający szare niebo.

Artyści nie powinni mieć dzieci, bo oni nigdy nie dojrzewają, podobnie jak psychopaci. Ja czy Marika nie byliśmy w środku, w naszych głowach, dorośli. Jeszcze zaledwie rok temu cieszyły nas balony i wata cukrowa, potrafiliśmy spędzić całe popołudnie, stukając się samochodzikami w wesołym miasteczku, ale płakaliśmy, Marika rzeczywistymi, a ja niewidzialnymi łzami z byle powodu, bo ona miała rozdwojone paznokcie, a mi nie udało się dobrze uchwycić farbami zachodzącego słońca.

Tak, uświadomiłem sobie, że choroba trochę mnie postarzała, ale nie wystarczająco, by zostać ojcem. Wizja rozkrzyczanego, ubrudzonego własną kupą bachora sprawiła, że zrobiło mi się niedobrze. Padłem na łóżko obok mojej ciężarnej żony i zakryłem dłońmi twarz. Moje życie niczym zrzucony z dachu wieżowca kamień w przyspieszonym tempie zmierzało ku roztrzaskaniu. Nawet zacząłem w pewien sposób cieszyć się ze swojego czarno-białego świata. Kolory do niczego tu nie pasowały.

Poszedłem do łazienki i przypomniałem sobie o tajemniczej kobiecie. Coraz bardziej skłonny byłem wierzyć Marice, szansę, że minęliśmy się z nieznajomą, bo ja korzystałem ze schodów, a ona z windy, oceniałem na znikomą. Pewnie miałem jakieś zwidy. Stres, problemy z oczami, niewystarczająca ilość snu i pojawiają się duchy.

Rodzice Mariki i moi też, w przeciwieństwie do mnie, na wiadomość o przyszłym wnuku bądź wnuczce zareagowali niezwykle entuzjastycznie. Ojciec postawił na stole butelkę luksusowej i klepiąc mnie po karku, powiedział:

– Widzisz, chłopie, wszystko zaczyna się znowu dobrze układać. Będziesz miał syna, a niemieccy lekarze naprawią twoje oczy.

– Dlaczego syna? Przecież jeszcze nie znamy płci. – Do rozmowy wtrąciła się Marika.

To był dopiero początek czwartego miesiąca, a ona już w ogóle nie przypominała tej słodkiej, szczuplutkiej laleczki, którą poznałem w autobusie. Z obrzydzeniem patrzyłem na jej powiększające się każdego dnia pośladki, uda i przede wszystkim piersi. I te sutki, one zaczęły przypominać pokryte wypustkami prehistoryczne stwory. Unikałem ich dotykania z obawy przed ugryzieniem. Tak, oczywiście, trochę przesadzałem z tą moją czarną wyobraźnią, ale cóż mogłem na to poradzić, najzwyczajniej w świecie nie lubiłem kobiet w ciąży.

– Tak jakoś czuję. – Ojciec wysilił się na uśmiech i wzniósł toast za synową.

 

***

 

Jakiego koloru jest smutek? Kiedyś myślałem, że jest niebieski, a teraz? Teraz niebieski już nie istniał, ale ciągle istniał smutek. Kiedyś przeczytałem, że żeby tworzyć, trzeba cierpieć. I? Obecnie cierpiałem i nie mogłem tworzyć, czyż życie nie jest złośliwe?

A Marika? Marika z dużym brzuchem i opuchniętą twarzą nosiła sukienki w grochy i rozkwitała. Ciąża najwyraźniej wyjątkowo służyła mojej nietypowej żonie. Z mdłościami uporała się już w trzecim miesiącu, czasem doskwierały jej nocne skurcze łydek i zgaga, ale wydawała się tym specjalnie nie przejmować. Wcinała ciastka z kremem i siedząc po turecku na dywanie, odprawiała swoje tajemnicze modły, zwane grzecznie medytacją. O nieistniejący Boże, czy mógłbyś być tak miły i wreszcie zaistnieć?

Droga powrotna z Berlina ciągnęła się w nieskończoność. Ojciec próbował przekonać mnie do podjęcia pracy w firmie kolegi, oczywiście kiedy odzyskam zdolność rozpoznawania barw. Powiedziałem, że będę się nad tym zastanawiać, ale jak już posiądę umiejętność rozróżniania błękitnego morza od zapyziałego stawu, nie polegając jedynie na ich wielkości. Tak czy inaczej, były to jedynie puste słowa, bo tak naprawdę w mojej głowie tkwiła zgoła inna myśl. Planowałem, iż jak tylko zobaczę czerwone niebo, zamknę pracownię na klucz, złapię za pędzel i pozwolę, aby pochłonęła mnie moja niezrealizowana pasja, a ojciec… niech na razie żyje sobie w świecie marzeń.

Zmęczony, z bólem głowy i pleców, nie czując nóg, wszedłem do kuchni, wyjąłem paczkę marlboro i zapaliłem. Po chwili pojawiła się Marika, nawet nie powiedziała „cześć”, tylko zaczęła ucierać marchewkę, gwiżdżąc coś pod nosem. Otworzyłem puszkę żywca i sięgnąłem po kolejnego papierosa. Marika zaprzestała walczyć z warzywem, odwróciła się w moją stronę i spojrzała złowrogo.

– O co ci chodzi? – warknąłem.

– Myślisz, że fajki i alkohol rozwiążą twoje problemy?

– Myślę, że nic ich nie rozwiąże. – Poszedłem do salonu, usiadłem w fotelu i rzuciłem okiem na porcelanową popielniczkę, którą dostałem od babci, jak miałem dwanaście lat. Mimo iż był to dziwny prezent, zwłaszcza dla dziecka, jeszcze wtedy nie wiedziałem przecież, jak smakuje papieros, to bardzo mi się spodobał. Szczególnie namalowany tam kot, rudy, pręgowany. A teraz? Tylko pręgowany. Dokończyłem pić piwo i wtedy nadciągnęła Marika. Przycupnęła koło kanapy, westchnęła i zapytała:

– Mogę ci coś opowiedzieć?

– Dawaj – wycharczałem.

– To było niedługo przed tym, jak się poznaliśmy. Pół roku, może rok. Byłam w knajpie z mężczyzną, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wiesz, umówiliśmy się przez Internet, na takiej randkowej stronie. Piliśmy tyskie. Jedno za drugim. A on palił. Pochłonął sześć kufli i wyprodukował chyba z piętnaście petów. Ja też byłam już mocno wstawiona, złapałam go za rękę i zapytałam, czy nie martwi się o raka płuc. A on tak dziwnie wykrzywił usta i zaprzeczył. A potem dodał, że nie musi, bo w zeszłym miesiącu zdiagnozowano u niego nowotwór złośliwy lewego płuca.

– Ruchałaś się z nim?

– Dlaczego mówisz tak brzydko? Nie, on był chory, zmęczony i pijany, a ja…

– To po co poszłaś z nim na randkę w ciemno?

– Nie wiem. – Marika spuściła głowę, przygryzła dolną wargę i położyła dłoń na brzuchu w kształcie wielkiego balona.

– Nieważne. – Westchnąłem i oschłym tonem oznajmiłem: – Rozpocząłem eksperymentalną terapię genetyczną.

– Naprawdę? To super wiadomość. – Żona klasnęła, po czym spoważniała i cicho dodała: – Czy ta terapia… Czy ona jest bezpieczna?

– Chyba tak… Chociaż to trochę eksperyment. Do tej pory testowano głównie na zwierzętach. To znaczy, nie jestem pierwszy, ale… – Założyłem nogę na nogę i podrapałem się w kostkę.

– Ale, ale… nie stracisz całkowicie wzroku? Prawda? Jakby istniało takie ryzyko, to nie warto próbować.

– Nie. Poza tym przestań się mną martwić. Od kiedy to tak przejmujesz się moim zdrowiem?

– Idę spać – odpowiedziała z obrażoną miną.

 

***

 

W środku nocy obudziło mnie ujadanie psa. Wyjrzałem przez okno. W bloku naprzeciwko na balkonie stał pudel olbrzym, machał ogonem i szczekał. Miałem ochotę złapać coś ciężkiego i rzucić tym w jego rozdarty pysk. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że w sypialni nie było Mariki. Obszedłem całe mieszkanie i… nic. Na wieszaku w przedpokoju znalazłem jej płaszcz, w szafce buty.

– Gdzie ona, do jasnej cholery, zniknęła – przekląłem sam do siebie.

Nagle usłyszałem szum wody w łazience. Powoli otworzyłem drzwi i ujrzałem nagą żonę oblaną strumieniami wody. Przetarłem oczy.

„Przecież minutę temu jej tu nie było, co się dzieje?”.

Czekałem na nią na korytarzu. Po mniej więcej kwadransie wyszła owinięta jasnym ręcznikiem, pewnie jakimś kremowym albo beżowym, raczej nie białym.

– Marika?

– Tak?

– Dlaczego o drugiej w nocy, zamiast spać, bierzesz prysznic?

– Musiałam się oczyścić. Poza tym obudził mnie skurcz.

Chciałem zapytać jak to możliwe, że… No, właśnie. Ugryzłem się w język.

„To pewnie przez tę terapię. Skutki uboczne. Zachwiania czasowo-przestrzenne” – pomyślałem. Wróciliśmy do łóżka. Ona leżała na wznak na jednym krańcu, a ja z podkulonymi nogami na drugim.

Kolejnego dnia postanowiłem bacznie obserwować żonę. Podglądałem ją nawet w toalecie. Rano zrobiła śniadanie. Parówki, tosty, jajka sadzone, wafelki ryżowe. Ile ona jadła. Więcej ode mnie. Umyła naczynia i poszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi, ale przez szybę mogłem dostrzec zarys sylwetki. Siedziała przed lustrem i coś szeptała. Nie miałem szans zrozumieć słów. Przez moment odniosłem wrażenie, że jej odbicie jakby wysunęło się lekko do przodu. Marika dotknęła swojej lustrzanej dłoni i… Nie, to niemożliwe. Na chwilę zniknęła. Pojawiła się ponownie, wstała i podreptała do łazienki, pod prysznic. Trudno mi było dostrzec, co dokładnie tam zaszło, ale na myciu spędziła ponad godzinę.

„Ciekawe, kto zapłaci za wodę”. – Czułem wzbierającą w sobie złość. – „Pieprzona wariatka, z kim ja się ożeniłem i z kim będę miał dziecko?”.

 

III. Dama Kier

 

Lekarz oceniał czas terapii na co najmniej dwa lata. A już po trzech miesiącach zacząłem… Świat stał się czerwony. Krwisty kolor zalał niebo, drzewa, budynki, nasze mieszkanie, Marikę, ojca i matkę. Wszystko i wszystkich. Jedynie czasem gdzieniegdzie spod intensywnej czerwieni przebijała cytryna. Najpierw mnie to przerażało, ale potem poczułem w sobie szaleńczą energię. Jakby ktoś szprycował mnie amfetaminą, ecstazy, kokainą, sam nie wiedziałem, czym jeszcze. Zacząłem malować. Obraz za obrazem. Morze umarłych, zabite słońce, pole maków, zarzynane świnie, wampirze kły, szkarłatne płaszcze kardynałów… Czerwień, czerwień, czerwień…

Zrobiłem zdjęcia swoich dzieł i wrzuciłem na stronę londyńskiej galerii. Gdy otrzymałem wiadomość, że kolekcjoner z Japonii nabył moje „Karmazynowe łzy” i jest zainteresowany innymi dziełami mojego autorstwa, zacząłem skakać z radości. W ciągu trzech miesięcy stworzyłem piętnaście ognistych malowideł, a sześć z nich udało mi się sprzedać. Sam z trudem w to wierzyłem. Czułem się jak w innej rzeczywistości, gdzie nie rządzą prawa czasu, zmęczenia ani snu. Tak, spałem po dwie, trzy godziny na dobę. Nie chodziłem, a fruwałem, niewidzialne skrzydła unosiły mnie nad ziemią, wysoko, wysoko, aż do chmur i do czerwonego słońca.

A Marika? Zupełnie zapomniałem o jej istnieniu. Przemykała gdzieś między pokojami niczym cień chodzącego na dwóch kończynach słonia z uciętą trąbą. O tym, że ciągle była moją żoną, przypomniałem sobie, nakładając na płótno zgniecione truskawki, kiedy bez pukania weszła do pracowni i oschłym tonem oznajmiła:

– Za tydzień mam wyznaczoną datę porodu.

To było jak uderzenie kamieniem w głowę. Poród??? Dziecko??? Nie, nie, nie. Nic nie odpowiedziałem, kontynuując malowanie robaczywego jabłka w ogrodzie grzechu.

Marika odwróciła się na pięcie i trzasnęła drzwiami tak silnie, że jeden z obrazów leżących na parapecie spadł na podłogę. Podniosłem go delikatnie. Spojrzałem. Obraz żony. Niedokończony obraz mojej żony z czasów, kiedy jeszcze była drobna i słodka, niczym pergamin i dojrzałe morele, płacząca wierzba i uciekający przed burzą ptak. Brakowało jedynie ust, pokrytych karmazynową szminką. Nie, nie byłem w stanie ich namalować. Nie teraz, kiedy już nie kochałem Mariki.

 

***

 

Tej nocy nie kładłem się do łóżka. Dopiero w południe moje powieki powoli zaczęły opadać i zasnąłem zwinięty niczym embrion na kanapie w salonie. Obudziłem się zlany potem i z wysuszonym gardłem, poczłapałem do kuchni po wodę. Na stole leżała kartka. Kanciaste, drobne litery. Z łatwością rozpoznałem pismo Mariki:

„Odeszłam, to znaczy nie przeprowadziłam się do rodziców czy koleżanki, tylko odeszłam naprawdę. Uciekłam do równoległej rzeczywistości. Dokonałam zamiany z moją kopią z paralelnego świata. Taki eksperyment jak z twoimi oczami. Jeszcze do końca nie wiem, co z tego wyniknie. Na razie mi się podoba. Nie, nie ma tu ciebie. Mam męża i dwie córki.

Inna ja czeka na ciebie w sypialni. Ma na imię Akiram, ale możesz oczywiście wołać na nią Marika. Też zrozumie. Wygląda bardzo podobnie do mnie, ma ten sam głos i nosi w sobie nasze dziecko. Zaopiekuj się nią lepiej niż mną, bo jeśli tak jak ja poczuje się odtrącona i niechciana, również odejdzie, a ty… To będzie ta opcja, w której nigdy nie przyszło się nam spotkać, bo ty mieszkasz w Polsce, a ja w Australii”.

Skończyłem czytać, złapałem się za głowę i z wściekłością w oczach wpadłem do pokoju, krzycząc:

– Czy ty już zupełnie zmysły postradałaś? Co to za bzdury?! – Machnąłem Marice kartką przed nosem.

Moja ześwirowana żona podniosła się z podłogi i stanęła przede mną na baczność.

– Witam, kochanie. Miło mi cię widzieć. Mam dzisiaj USG, chcesz zobaczyć naszego syna?

Patrzyłem na nią oszołomiony. Ona… Ona naprawdę była inna. Taka jakby odbita w lustrze. Szarpnąłem jej bluzkę, odsłaniając lewą pierś. Marika miała tam pieprzyk, na lewo od sutka. A teraz… Nic. Spojrzałem na prawo i zobaczyłem zgubę.

– Nie, nie, nie! – krzyknąłem i wybiegłem z pokoju, pewny, że tym razem rzeczywiście postradałem zmysły.

Wpadłem do pracowni i z całej siły kopnąłem jeden z obrazów. W płótnie powstała spora dziura. Tak, dużo łatwiej coś zniszczyć niż stworzyć, zgnieść niż ulepić, zabić niż urodzić.

– Skarbie, wiem, że to trudne, ale… Czyż nie piękne jednocześnie? Nie jesteśmy sami w tej przerażającej, bezkresnej, ciemnej przestrzeni, której nie możemy nawet objąć ludzkim umysłem, której ogrom tak nas przygniata.

Nic nie odpowiedziałem, gapiłem się jedynie na Marikę lub Akiram, już sam nie wiedząc, na kogo patrzę. Żonę? Jej lustrzanego sobowtóra? Ducha? Wytwór własnej wyobraźni? Po chwili wydukałem:

– Ta… ta… tak, chodź… chodźmy zobaczyć…

– Bardzo się cieszę, że będziesz mi towarzyszyć. Wiesz, zamówiłam tak zwany poród rodzinny. Chyba… Ja… Dla mnie to ważne, a ty i tak widzisz wszystko na czerwono, więc krew nie powinna cię obrzydzać, prawda?

– Ta… Tak. Krew. Krew to nie problem.

Może powinienem o tym wszystkim powiedzieć lekarzom w Berlinie, ojcu, matce, teściom, ale bałem się, że w końcu wyląduję w wariatkowie. Przerwałem terapię genetyczną, mimo iż przekonywali mnie, że to bardzo niedobra decyzja, bo świat w szkarłacie to jedynie etap przejściowy i że dopiero zacząłem i… No właśnie, i co z tego? W mojej głowie wykwitła myśl, że może Marika to nie Marika, tylko Akiram, światy paralelne to nie wymysł spragnionych sensacji naukowców, że to wszystko prawda, że lepiej być miłym dla tej kosmitki i po prostu spokojnie dalej oddawać się pasji malowania.

 

***

 

Szpitalna sala. Jaskrawe światło jarzeniówek. Krzyki i okropne jęki Akiram. Obraz namalowany krwią. Wyrazisty, żywy, a jednocześnie tak przerażająco naturalistyczny, drastyczny w odbiorze, poruszający do szpiku kości albo jeszcze głębiej, wwiercający się w duszę.

– Przyj! Przyj! – krzyczała położna.

A Akiram bezsilnie opadła na poduszki i wyszeptała:

– Już nie mogę.

– Napij się soku. Potrzebujesz cukru, energii. Musisz przeć.

– Nie… Nie chcę.

Zabrali ją na salę operacyjną. Chyba nie powinno mnie tam być, ale… Wbili jej igłę w kręgosłup, a potem rozcięli brzuch. Obraz nabrał słodyczy koszmaru, ostatnie pociągnięcie pędzla umaczanego w posoce, smagnięcie rzeźnickim nożem. Rozległ się płacz, taki dziwny, krzyżówka pisku i krzyku. To nasz syn, to znaczy mój, zetknął się ze światem i z przerażeniem otworzył swoje maleńkie usta.

Jak tylko wróciłem do domu, namalowałem go tonącego we krwi. Byłem ojcem dziecka i ojcem moich dzieł, ale chyba przede wszystkim dzieł.

Akiram wyszła ze szpitala po tygodniu. Zniknęła połowa jej brzucha, twarz miała ciągle opuchniętą, a piersi… Piersi się powiększyły, nabrzmiały od zebranego w nich mleka. Wraz z nią do domu przybyło małe, wiecznie głodne i niezadowolone stworzenie. To znaczy mój syn, który nie robił nic innego, tylko jadł, spał, brudził pieluchy i wrzeszczał wniebogłosy. Nie byłem w stanie nic tworzyć. Znikałem każdego dnia na parę godzin, włócząc się bez celu po okolicy, wpadając do baru na piwo lub do budki na hot doga. Najgorzej znosiłem noce. To nieustanne „ła, ła, ła”… Myślałem, że eksploduje mi od tego głowa.

– Kochanie, pomożesz mi? Trzeba przewinąć Kacpra, a ja muszę rozwiesić pranie. – Akiram spojrzała na mnie prosząco. Jej oczy. One wyglądały bardzo dziwnie, jakby świeciły. W połączeniu z moim czerwonym widzeniem prezentowały się co najmniej diabelsko. Poczułem nieprzyjemne kłucie w okolicach żołądka.

– Tak, pewnie – odpowiedziałem drżącym głosem.

Moja sztuka została zastąpiona pieluchami. To w sumie materiał trochę przypominający płótno, tylko te farby… Totalna abstrakcja. Zdałem sobie sprawę, że boję się Akiram. Ona była inna. Ona nie przypominała Mariki. Zachowywała się niczym cholerny robot. Zawsze uśmiechnięta, pogodna, i powtarzająca w kółko: „Skarbie”, „Kochanie”, „Najdroższy”. Zbierało mi się od tego na mdłości. Spała mniej ode mnie, a nigdy nie widziałem sińców pod jej oczami, nigdy nie narzekała na ból głowy ani na zmęczenie. Nigdy się nie złościła, nigdy nie przeklinała, nigdy nie płakała. A przecież kobiety powinny płakać. Nawet jej ciało… Zaledwie po pół roku wróciła do idealnej formy. Blizna na brzuchu była prawie niewidoczna. Mimo to wcale nie miałem ochoty dotykać swojej podejrzanej żony, nie mówiąc już o jakichś dogłębnych zbliżeniach. Bardzo poważnie zastanawiałem się nad podjęciem pracy w firmie kolegi ojca. Nie byłem w stanie tworzyć, a tak miałbym przynajmniej szansę na odrobinę izolacji od tego… tego domowego piekła.

Wtedy właśnie dotarło do mnie, co to znaczy ból. To nie borowanie zęba bez znieczulenia, kiedy dentystyczne wiertło próbuje rozerwać ci szczękę. To nie ból zainfekowanego ucha, gdy ropa powoli, bardzo powoli przegryza ci bębenek, a ty wkładasz tam palec i bezskutecznie próbujesz zabić szum odkurzacza, wypełniający twoją czaszkę. To… coś gorszego. Ból to zakleszczenie serca przez ostre, niewidzialne pazury, strach, który cię paraliżuje i utrata nadziei, poczucie pustki i bezsensu, takiego wszechogarniającego, takiego, iż nie chce ci się ruszać kończynami, patrzeć ani mówić. Nie masz apetytu, ba, nie masz nawet ochoty na papierosa i zimne piwo.

 

***

 

Ojciec wyglądał staro, a matka jeszcze starzej. I po co tak się spinali, jeśli i tak… Uświadomiłem sobie, że zacząłem wątpić w śmierć. Jeśli istnieją równoległe rzeczywistości, to tym bardziej możemy liczyć na fruwające po niebie skrzydlate duszyczki albo wychudzone zmory smażone w piekielnym ogniu. Bajka.

– Tak bardzo mnie cieszy twoja decyzja. Jutro rano zadzwonię do kolegi. Tylko… jak twój wzrok? Nie powinieneś przerywać terapii. – Ojciec westchnął i pomarszczoną dłonią podrapał się po łysinie.

– Widzę lepiej, dużo lepiej, ciągle trochę jak przez czerwoną szybkę, ale taką delikatnie czerwoną. I nie mam problemów z ostrością. Czytam i piszę. Wszystko jest super – skłamałem.

Matka podeszła i pocałowała mnie w czoło. Na chwilę zniknęła, by wrócić z talerzem pokrojonego ciasta. Mojego ulubionego – biszkoptu z kremem i truskawkami. A do tego filiżanka czarnej kawy. Pychota. Uśmiechnąłem się i podziękowałem.

– Zostaniesz na noc? Moglibyśmy się napić czegoś mocniejszego – zaproponował ojciec.

Zmarszczyłem brwi. Akiram. Pomyślałem, że Akiram nie będzie zadowolona, ale… Przecież ja też mam prawo do odpoczynku. Ona i tak zniszczyła moje życie, moją przyszłość znanego malarza. Czarownica.

– Tak, pewnie – zgodziłem się, postanawiając wysłać później do żony SMS-a.

Kieliszek za kieliszkiem i mój ponury świat nabierał pozytywnej energii.

– Za twoją nową pracę i za twojego syna! – krzyknął ojciec.

A ja spojrzałem na zegarek. Za kwadrans jedenasta. Chyba już za późno na wiadomości. Zresztą Akiram wiedziała, gdzie byłem, więc zawsze mogła zadzwonić.

Wypiliśmy prawie litr wyborowej. Kręciło mi się w głowie. Pokój wirował, matka miała dwa nosy, drzwi dwie klamki, ojciec czworo uszu… I wszystko tonęło we krwi. Zacząłem coś bełkotać o moich obrazach, o Kacprze… Cud, że nie powiedziałem, że Marika uciekła w kosmos. Obudziłem się o dwunastej z potwornym bólem głowy. Do domu dotarłem po drugiej.

Przywitała mnie cisza. Przezroczysta pani w powłóczystej sukni, tak samo niewidocznej, jak ona sama. Poszedłem do sypialni i położyłem się do łóżka, myśląc, że Akiram zabrała Kacpra na spacer. Było trochę zimno, ale nie padało ani nie wiało… Zasnąłem. Czerwone korytarze i sunące po nich żółte węże, szpony orła wbite w zdechłą mysz. Pisk, stukot, rechot.

 

***

 

Gdy ponowie otworzyłem oczy, była już dziewiąta. A w domu ciągle panowała cisza.

– Coś jest nie tak – wyszeptałem do siebie.

Wszedłem do kuchni i… Na stole leżała kartka. Kanciaste, krowiaste litery. Akiram. Tylko trzy słowa. Zacząłem czytać:

„ezswaz aN .ęzdohcdo”.

Lustrzane odbicie. Z trudem złożyłem litery w przeciwną stronę:

„Odchodzę. Na zawsze”.

Spanikowany pobiegłem do pokoju Kacpra. Nie było tam mojego syna ani jego łóżeczka, ani zabawek, ani maty do przewijana… Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy jeszcze sam tu mieszkałem. Zniknął też stojący zwykle na korytarzu wózek i ubrania Akiram, jej komputer i kosmetyki. Usiadłem w fotelu, zakryłem dłońmi twarz, a gdy ją odsłoniłem, wstałem i zacząłem intensywnie mrugać. Świat przestał być czerwony. Zieleń, żółć, pomarańcz, fiolet, róż, niebieski. Kolory wróciły! Kot z popielniczki babci znowu cieszył się swą rudością, dywan brązem w kremowe wzory, zasłony mieszanką beżu z kakao. Zakręciło mi się w głowie. Niemalże straciłem równowagę, w ostatniej chwili wspierając się o kanapę. Zamknąłem oczy. Nie byłem pewien, czy dzieje się to naprawdę, czy śnię… A może… Czasem trudno odróżnić marzenia od rzeczywistości, koszmarne wizje od realnych zdarzeń, a moje życie… Bałem się, bardzo się bałem.

Odetchnąłem głęboko, przetarłem czoło i podreptałem pod prysznic. Zimna woda trochę mnie orzeźwiła, ale wciąż czułem nieprzyjemny ucisk w żołądku. Po szyi spływały mi strużki potu, dłonie drżały.

Poszedłem do pracowni. Mój niedokończony obraz czekał na mnie zamontowany w sztalugi, mimo iż byłem pewien, że umieściłem go za półką. Jak zahipnotyzowany wziąłem do ręki pędzel, umaczałem w karmazynie i zacząłem malować. MALOWAĆ. MALOWAĆ. MALOWAĆ. To było niczym świetlana podróż wśród gwiazd, nieograniczony prawami fizyki lot. Miałem wrażenie, że farba sama się nakłada. Koniec. Skończyłem.

Patrzyłem na obraz kobiety, która nie istniała. Pierwszy mój obraz, na którym usta wyglądały żywiej od oczu.

Tak, artysta powinien być wolny, a miłość to przecież najgorsze więzienie. Drogę sztuki trzeba pokonywać w samotności, rozmawiać jedynie z drzewami, przytulać wiatr i tworzyć, tworzyć, tworzyć. To nie Marika, to sztuka była moją Damą Kier.

 

Niewątpliwie urodziłem się artystą, ale czy tylko artystą?

Koniec

Komentarze

Już przy pierwszym akapicie mi się skojarzyło z wierszem Miłosza, więc zacytuję:

 

Kto chce malować świat w barwnej postaci, 

Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce. 

Bo pamięć rzeczy, które widział, straci, 

Łzy tylko w oczach zostaną piekące. 

 

Przyjemnie się czytało, pomysł fajny, metafora (pozwolę sobie na interpretację), artysty jako tego, który oświadcza się niebu (a więc wszystkim gwiazdom), a kończy ze słońcem (a więc czymś jedynym i przytłaczającym – życiem), które oślepia, również bez zarzutu.

Może tylko do zakończenia się przyczepię, bo kiedy bohater odzyskuje kolory, jego reakcja (”Odetchnąłem bardzo głęboko, przetarłem czoło i podreptałem pod prysznic.”) wydaje mi się nadmiernie lakoniczna. W końcu stracił oślepiające słońce, a odzyskał niebo gwiazd (”To było niczym świetlana podróż wśród gwiazd”) – mogłaś tu bardziej poszaleć. 

I jeszcze się przyczepię, do rozwiązania, bo miałem nadzieję, że bohater ze swojej dziwacznej pojedynczej niedojrzałości, przemieni się w kogoś pełnego, kto nie może od tak przypomnieć sobie o kolorach i zapomnieć o synu. Miałem nadzieję, że może:

(…) przyklęknie, twarz ku trawie schyli 

I patrzy w promień od ziemi odbity. 

Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili 

Gwiazdy i róże, i zmierzchy, i świty. 

Ale to nie znaczy, że Twoje zakończenie jest złe, po prostu jest inne – ale utrzymam tezę, że zbytnio skrócone.

 

Pozdrawiam i kłaniam się z wyrazami ; D

 

"Małość tego, dla czego by można zginąć, przeraża mnie."

No cóż. Czytałem z zapartym oddechem. Oczarowany. Jakoś Twoja proza, Katiu, idealnie trafia w moje odczucia. Chętnie postawiłbym Twoje opowiadania w formie książkowej na półce i czytał je od czasu do czasu przed snem.

A przed tym: “Nagie z nagim wokoło prezentowało się mniej nago”– padłem na kolana :)!

 

Dobra, ale zachwyty zachwytami, a moje czujne oko wychwyciło parę babolków ;):

– “czerń przetkana szarością” – chyba “przetykana”?;

– “w pokoju „Warszawa”” – ten pokój nazywał się “Warszawa”? Czy był to pokój w hotelu “Warszawa”?;

– “zlany potem i wysuszonym gardłem” – tu zabrakło “z” – “z wysuszonym”;

– “wyciągnęli na zewnątrz wszystkie organy” – przy porodzie co prawda nie uczestniczyłem, ale zdaje się, że wyciągnięcie wszystkich organów to nie jest standardowa procedura ;)?;

– “Wypiliśmy półtora litra wyborowej” – jeśli bohater i jego ojciec nie są Rosjanami, to taka dawka mogłaby być nawet zabójcza. I raczej nie dałoby się po niej udać za kilka godzin do domu. Zapewniony “zgon” przez co najmniej połowę dnia. I kac-gigant (o próbach żołądka pozbycia się trucizny nie wspominając).

A komentarz Marlowa bardzo zacny! 

Miejsce na Twoją reklamę!

Marlow – ​dziękuję bardzo za Twój “piękny”​ komentarz i bardzo się cieszę, że przyjemnie Ci się czytało i pomysł uważasz za dobry. Odnośnie zakończenia, chyba rzeczywiście postaram się je, może nie zmienić, ale trochę przedłużyć…

 

Staruch – jak zwykle bardzo miło czytać mi Twoją opinię :):):) i cieszę się i że tym razem nie jesteś rozczarowywany… :) I bardzo dziękuję za babole. Zaraz poprawiam :)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Wyciągasz wnioski z komentarzy. :) Mimo, że jest to abstrakcyjne, to jednak poukładane. Wszystko toczy się jak śniegowa kula. Czytasz i czujesz, że toczy się coraz szybciej, rośnie i w końcu się rozbije. Bardzo finezyjnie splotłaś losy dwóch różnych osób. Bo właśnie tak odbieram przekaz tego opowiadania. Los pary, która próbuje być razem, choć te bycie skazane jest na porażkę, żyją przecież w różnych światach… ;)

I świat równoległy Mariki i artystyczny Sebastiana są ciekawe, oczywiście jego znacznie barwniejszy (!) przedstawiony. Wizja niespełnionego malarza przekonująca, a prawdziwy smaczek to świat w czerwonej barwie.

To opowiadanie, w którym najlepiej panujesz nad tekstem. To prawda, nie emanujesz tutaj swoim charakterystycznym, pokręconym światem, oczywiście literackim, ale to krok w dobrym kierunku. Wyraźnie bierzesz w cugle swoje wizje i już niedługo będziesz mogła połączyć warsztat, cel i swoje oryginalne, abstrakcyjne wizje.

Śmiem powiedzieć, że jeszcze w tym roku napiszesz utwór nominowany do plebiscytu na najlepsze opowiadanie 2018 r.

Pozdrawiam.

Ciekawy tekst. Spodobał mi się pomysł na malarza tracącego zdolność widzenia barw. Ale właściwie – należało się sukinkotowi. Bardzo antypatyczny bohater. Strasznie egocentryczny.

W pewnym sensie to swingersi… Zainteresowało mnie ojcostwo dziecka Akiram. Czy to faktycznie był bohater? OK, zaglądała do naszego świata już wcześniej, ale nie zauważył? Bo potem widział różnice. A może to ja coś przeoczyłam.

Miałam skojarzenie z portalowymi konkursami – Dali, wesele, czarno-biały świat… Jakbyś skumulowała kilka rzeczy w jednym opowiadaniu.

Babska logika rządzi!

Darcon – bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało i Twoim zdaniem zmierzam w dobrym kierunku :) W miarę możliwości próbuję coś zmieniać i tak jak napisałeś “układać”​. Dziękuję bardzo za bibliotekę :) A jeśli chodzi o najlepsze opowiadanie…, to na razie jeszcze nawet piórka nie zdobyłam ;) Ale pożyjemy, zobaczymy :)

 

Finkla – odnośnie ojcostwa Kacpra, to chyba sama nie do końca wiem… i chyba możliwe są różne wersje :) A te konkursy, tak myślę, że miały wpływ na ten tekst :) Bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i klika :):):)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego weekendu :)

 

 

Niesamowite, że pisząc o dwojgu osobach wiodących, zdawałoby się, dość normalne życie, potrafiłaś zawrzeć w opowiadaniu tak wiele treści i jeszcze wpleść inne światy, a na koniec przekonać, że jednak ich życie takie normalne wcale nie było. No i napisałaś to wszystko tak obrazowo, że miałam wrażenie patrzenia na film – najpierw kolorowy, potem czarno-biały, nagle wszystko stało się czerwone… Ech, co tu dużo mówić, to była szalenie satysfakcjonująca lektura.

 

druga Zie­mia, trze­cia i czwar­ta, i stu dzie­sią­ta… –> …druga Zie­mia, trze­cia i czwar­ta, i sto dzie­sią­ta

 

Ma­ri­ka skrzy­wi­ła i nie pa­trząc na mnie… –> Co skrzywiła Marika?

 

ku­chen­ka od zmy­war­ki. Ba, nawet su­szar­ka z na­czy­nia­mi za­cho­wy­wa­ła od­stęp od zlewu. –> Czy w kuchni, w której jest zmywarka, potrzebujemy jeszcze suszarki do naczyń?

 

czar­ny­mi krop­ka­mi gru­bo­mie­lo­ne­go pie­przu. –> …czar­ny­mi krop­ka­mi gru­bo ­mie­lo­ne­go pie­przu.

 

Prze­cież sam oso­bi­ście pre­fe­ro­wa­łem chude dziew­czy­ny. –> Albo sam, albo osobiście.

 

Ma­ri­ka miała tam pie­przy­ka, na lewo od sutka. –> Ma­ri­ka miała tam pie­przy­k, na lewo od sutka.

 

Może po­wi­nie­nem o tym wszyst­kim po­wie­dzieć le­ka­rzom w Ber­li­nie, ojcu, matce, te­ścio­wym… –> …ojcu, matce, te­ścio­m

 

Coś jest nie tak, wy­szep­ta­łem sam do sie­bie. –> Coś jest nie tak, wy­szep­ta­łem do sie­bie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – ​niezmiernie się cieszę, że tekst Ci spodobał :) Dziękuję bardzo za kilka do biblioteki i wyłapanie błędów. Wszystkie oczywiście poprawiłam. Pozdrawiam serdecznie i życzę miłej, niestety śnieżnej :( niedzieli… 

A ja się cieszę, że mogłam pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):)

Bardzo spodobało mi się prowadzenie narratora w tym tekście. Pierwszoosobowy, zwracający uwagę na obrazy, kolory, kształty – od razu da się poznać, że to artysta :) Do tego prowadzisz fabułę spokojnie, ale w sposób równomierny, przez co nie czułem nagłego piku w tempie albo zbyt wolno toczącej się akcji.

Postacie są wyraźnie przedstawione, pewnie dlatego trudno nie pałać antypatią do samego bohatera – ale taka już jest jego konstrukcja. Marika także zdobyła moje uznanie.

Wątki fantastyczne wplotłaś też wiarygodnie.

Tak więc odczekanie dobrze zrobiło temu koncertowi fajerwerków. Jest tu spokojniej niż w poprzednich utworach, bardziej dopracowanie. Klik się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – ​dziękuję bardzo za komentarz i klika :) I oczywiście cieszę się, że wolniejsze pisanie zaowocowało większym dopracowaniem tekstu :)

 

Pozdrawiam serdecznie.

To nie Marika, to sztuka był moją Damą Kier.

Ładne :)

Dzięki Anet :) Już poprawiam…

I jak się czujesz z tym wolnym pisaniem?

Cobold, jak patrzę na Twoją nominację… To tak trochę nie mogę w nią uwierzyć… 

 

Czuję, że lepiej panuję nad językiem i oprócz tego, że piszę wolniej, to też przestałam wrzucać na portal wszystko, co mi przyjdzie do głowy, bo to rzeczywiście nie miało sensu. Poza tym pisanie tekstu w trzy tygodnie, zamiast w trzy dni sprawia, że z trochę większym dystansem patrzę na akcję i w pierwszej wersji tego opowiadania zakończenie było po prostu głupie… 

 

Tak czy inaczej bardzo dziękuję za rady i nominację :):):)

Widzę, Katiu, że czas służy Twoim opowiadaniom. Tym razem wszystko jest spójne, przemyślanie i ładnie się układa. 

Podoba mi się pomysł na artystę (można powiedzieć, że egoistę) ograniczanego przez miłość do kobiety i prozę życia. Zastanawiam się tylko, jak dalej potoczą się jego losy?

Nominacja do piórka jak najbardziej uzasadniona i mam nadzieję, że tym razem loża doceni Twój tekst, bo jest naprawdę dobry.

Mnie w każdym razie bardzo się podobało, jednak mam jedną uwagę:

Wbili jej igłę w kręgosłup, a potem wyciągnęli na zewnątrz organy.

To była cesarka, więc raczej, oprócz dziecka, nie mieli co wyciągać. Poza tym ślicznie oraz prześlicznie. ;D

AQQ – ​cieszę się bardzo, że Tobie też opowiadanie się spodobało. A odnośnie cesarki, to miałam na myśli, że organy wyjęli tylko na chwilę, a potem włożyli z powrotem… Ale może to zmienię :)

Pozdrawiam gorąco :)

 

Ps. Zmieniłam :)

Katiu, myślę, że powinnaś to zmienić. Podczas cesarki przecinane są powłoki brzuszne i macica, organy zostają na miejscu (mnie przynajmniej nic nie wyciągali). No, chyba że się mylę. Czy jest na sali ginekolog?! ;D

AQQ, zmieniłam :)

Pomysł bardzo ciekawy. Opowiadanie jest wciągające, a opisy bardzo plastyczne. Aż mnie ciarki przeszły jak pomyślałam, że też mogłoby mnie coś takiego spotkać <brr> Wielkie brawa za kreacje bohatera i opis jego odczuć, nastrojów i całej reszty z uwzględnieniem postępowania choroby. 

 

Jednak żeby nie było za różowo. Interpunkcja leży i kwiczy, zwłaszcza w pierwszej połowie tekstu.

np. Przypominało mi moją matkę i siostrę, i pierwszą kochankę, i Marikę. → przed “i” (spójnikami) nie stawiamy przecinków.

– Tak? – Spojrzałem na partnerkę, leżącą na boku, z podkulonymi nogami, wyglądającą niczym grecka bogini odpoczywająca po dniu zmagań z morską pianą. → pierwsze 2 przecinki są tu całkowicie zbędne. Spróbuj przeczytać na głos to zdanie uwzględniając pauzy na przecinki:) Jedyny przecinek, który powinien tu zostać, to ten po słowie “nogami”. 

Tak, ona była moja, jej wszystkie, rozkoszne części należały do mnie, i tylko do mnie. → jw. Tu bym jeszcze rozbiła: Tak, ona była moja. Jej wszystkie rozkoszne części ….. → w tym wypadku krótkie zdania podkreślą emocjonalność wypowiedzi.

 

W każdym razie, opowiadanie bardzo mi się spodobało i będę czekać na następne:)

p.s. Gdybyś miała życzenie mogę podesłać plik z wyłapanymi błędami i zaznaczeniem co i dlaczego.

np. Przypominało mi moją matkę i siostrę, i pierwszą kochankę, i Marikę. → przed “i” (spójnikami) nie stawiamy przecinków.

Niezupełnie. Przed powtarzanymi spójnikami stawiamy przecinek (ale przed pierwszym nie). Lubię i rosół, i barszcz. Tutaj jest wszystko w porządku.

Babska logika rządzi!

Yuuki – ​bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Za miesiąc pewnie powinnam dodać kolejny tekst, ale coś podejrzewam, że będzie gorszy :)

A interpunkcja – ​próbuję z nią walczyć, ale różnie mi to wychodzi… Trochę przecinków wyrzuciłam, ale te przed powtarzającymi się spójnikami, tak jak napisała Finkla, chyba powinny tam być… 

 

Pozdrawiam serdecznie

 

 

Przyznaję mój błąd. Pogrzebałam, posprawdzałam i okazało się, że przecinki przed “i” czasem się stawia. Widać człowiek uczy się całe życie:) Dzięki za zwrócenie uwagi.

 

A co do tego gdzie postawić w zdaniu przecinek, a gdzie nie (jeśli akurat nie jest to wyznaczone powiedzmy odgórnie), to powtórzę za moją profesor: Przeczytaj zdanie na głos i zobacz gdzie ci wyjdą przerwy (pauzy). Mi zawsze pomagało.

Yuuki, nie ma za co przepraszać. Resztę błędów, które wskazałaś poprawiłam :) Mi niestety czytanie na głos nie pomaga… :( Albo mam przecinków za dużo, albo za mało…

Miłego dnia :)

Katiu, oczarowała mnie Twoja wizja. Czytałem dopiero po poprawkach wskazanych przez Reg i innych, i nie mogę się pochwalić że wyłapałem jakieś błędy, a zresztą mózg ludzki jest tak doskonałym organem, że radzi sobie z czytaniem nawet niepełnych wyrazów, bez interpunkcji czy nawet bez przerw między wyrazami ;) ( co oczywiście nie oznacza że to wszystko nie jest ważne;)

Dla mnie istotniejszy jest przekaz, a w Twojej historii naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Barwnie odmalowane postacie, wewnętrzne i zewnętrzne konflikty, przemyślenia i doskonała puenta, jak by nie patrzeć poniekąd tłumacząca antypatyczną postawę głównego bohatera. Światy alternatywne nie są rzeczą nową, ale z takim ujęciem tematu się nie zetknąłem. Co prawda wymiana Marika – Akiram pozostawia niedopowiedzenie, “bo do tanga trzeba dwojga” i Akiram też musiała mieć powód na zmianę środowiska, ale to jest dobry temat na drugą opowieść. 

A’​propos komentarzy, to dziecko raczej nie może być Sebastiana, bo przecież zmieniła się jej fizjologia (pieprzyk z lustrzanego odbicia), a jeżeli zamieniły by się tylko osobowościami to cechy fizyczne były by nie zmienione. Chociaż z drugiej strony, to może być objaw zamiany osobowości i trudno wymagać żeby w alternatywnym świecie Akiram w tym samym czasie była w tak samo zaawansowanej ciąży. Chociaż … a po co drążyć ;)

Dzięki za uprzyjemnienie dnia, pozdrawiam i muszę zerknąć na Twoje wcześniejsze prace ;)

Enderek, bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz i niezmiernie mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało. Z tym ojcostwem… Sama chyba nie wiem jak do końca miało to wyglądać. Bo Akiram mogła tez być w ciąży i dzieci nie musiały się wymieniać…

Tak czy inaczej super, że ogólnie tekst jest na plus :) Odnośnie moich wcześniejszych opowiadań to różnie z nimi bywało… To chyba jest najlepsze.

Pozdrawiam serdecznie.

Hell oł… :) :P

Póki co, ode mnie czepialstwo level skowronek w poszukiwaniu ziarna w ciemnościach:

 

Ujrzałem cień Marki za zasłoną – “Mariki”?

 

Teraz już, po przeczytaniu całości, Katio, nie mam więcej pytań, a raczej literówek. Opowiadanie spodobało mi się, jak pozostałe od Ciebie, tylko bardziej. W ślad za Coboldem nominuję. Treść jest mniej lub bardziej porywająca – ciekawe dialogi, fajne postacie, bardzo interesująca, artystyczna przemiana kolorystyczna – ale dopiero zakończenie kupiło mnie w całości.

I to pytanie bohatera: czy urodził się jedynie artystą? Moim zdaniem szaleńcem też :)

 

Jest piąta nad razem, więc czas zjeść jajka na twardo, a może potem dopiszę jeszcze mało co-nieco :P

 

 

 

Stań się, kim jesteś.

Piotrze, bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało, a szczególnie, że przypadło ci do gustu zakończenie, bo jak dla mnie to niewątpliwie najtrudniejsza do napisania część… I bardzo dziękuję za nominację. Pozdrawiam gorąco i życzę miłego dnia.

 

Ps. I dzięki za błąd – ​poprawiony :)

Skoro cieszysz się, Katio, że podoba mi się zakończenie, trochę Cię jeszcze upewnię :)

 

Moim zdaniem, a jest to tylko interpretacja… No właśnie… uważam, że jest tu pewien paradoks, ponieważ tekst można zinterpretować na dwa sposoby, a kluczem jest właśnie ostatni fragment.

 

Po pierwsze, kobieta/kobiety mogły wynieść się z jego życia i zabrały wszystko, włączając dziecko i łóżeczko, byli swingersami – sugestia Finkli – a on jest egocentrykiem. Fantastyki tu sporo.

 

W drugiej interpretacji on nadal jest egocentrykiem, ale fantastyki jest tu już mniej, ponieważ jest również schizofrenikiem albo autystą i egzystuje głównie w wyobraźni biorąc ślub z wyimaginowaną muzą istniejącą jedynie w jego wyobraźni, a potem na płótnie.

 

Interpretacja wewnątrz tych dwóch, jeśli idzie o zakończenie, ale to tylko szczegół: facet idzie pod prysznic i… no cóż… czy jego głodne ręce napotykają jedynie pędzel? A może pędzel jest symbolem fallusa, a płótno to obraz, który powstał w jego głowie na skutek samogwałtu?

 

Opcja trzy (ech, miały być dwie): połączenie dwóch opcji, kiedy współistnieją wątki fantastyczne i choroba psychiczna i tylko autorce pozostaje świadomość, które postacie istniały naprawdę, a które jedynie w głowie głównego bohatera.

 

Kłaniam się nisko, pozdrawiając i życząc bardzo udanej kariery artystycznej :) :) :)

Stań się, kim jesteś.

Piotrze, z uwagi na potrzebę fantastyki skłaniam się do wersji numer jeden lub ich mieszanki. Odnośnie opcji z prysznicem chyba sama bym na to nie wpadła…

Tak czy inaczej, dziękuję za życzenia i miłego wieczoru :)

NMZC, miłego wieczoru :P

Stań się, kim jesteś.

Uwielbiam czytać o malarzach i ich procesie tworzenia. Zwłaszcza jak pojawiają się okoliczności, które ten proces zaburzają. Pokuszę się o własną interpretację, pozbawiając opowiadanie niestety elementu fantastyki: kolory zaczęły zanikać (mniej więcej?) od momentu zaręczyn. Czym dalej w las tym ich mniej. Bohaterowi wszystko zwyczajnie zbrzydło i nie czuł już radości z niczego. Miał w sobie tylko poczucie obowiązku wobec przyszłej żony i matki. Marika, po ślubie i porodzie zmieniła się tak bardzo, że miał wrażenie, że jest to zupełnie inna osoba. Od urodzenia dziecka widział na czerwono, bo wszystko go zwyczajnie wku… irytowało niezmiernie ale nowe życie i doświadczenia pozwoliły mu znowu tworzyć. Dopiero powrót do stanu wolności, o którym mówisz w zakończeniu sprawił, że kolory (szczęście, spokój ducha, wena) powróciły. Barwy oddawały stan emocjonalny bohatera.

Nie chciałbym powtarzać po innych, więc krótko: podobało mi się bardzo. Dużo emocji, bardzo plastycznie. Łatwo utożsamić się z bohaterem, jest naturalny. Można wręcz uznać, że jest po prostu sobą. Jedynie przez cały tekst odczuwałem, że jest to jednak facet z perspektywy kobiety. Niemniej, ukłony! :)

Ac, dziękuje bardzo za wizytę i komentarz. Tak, myślę, że opowiadanie można potraktować jako metaforę życia artysty po wejściu w związek z kobietą i walki z wszystkimi tego konsekwencjami. Jakkolwiek to nie do końca był zamysł mojego opowiadania…

A, że bohaterem jest mężczyzna, a autorką kobieta… Niestety bohater żeński w ogóle mi tu nie pasował :(

Niemniej bardzo się cieszę, że tekst Ci się ogólnie spodobał. Pozdrawiam serdecznie :)

No, w końcu udało mi się dotrzeć i przeczytać!

I co, gdy pisze się powoli, wychodzi lepiej ;-) Technicznie, stylistycznie, że tak powiem – literacko, to najlepszy z Twoich tekstów. Kiedyś napisałem, że podoba mi się u Ciebie to, że w opowiadaniach rozrzucone są tu i ówdzie perełki niesamowitych zdań, porównań, tak jakby od niechcenia, mimochodem. A mimo to, tak dobrych, ze aż chce się je zapamiętać i cytować.

W tym tekście piękne zdania wyłażą jak dżdżownice po deszczu. Wszędzie ich pełno. Wszystko wydaje się bardziej dopieszczone, wygładzone, brak w tym pośpiechu. Cholernie dobrze napisane opowiadanie!

No i jeszcze bohater. Generalnie bohaterów dzielę na interesujących, albo nieinteresujących, jakieś emocje raczej nie wchodzą w grę. Jednak udało Ci się sprawić, że Sebastiana znielubiłem, brunatnym, kolczastym znielubieniem. To duży plus. 

W interpretacje fabuły się nie bawię, bo nie wiem czy jest taka potrzeba – wszystko wydaje mię się jasne. Dla mnie to też plus :-) 

I tyle, jestem po prostu zadowolony z lektury. Pięknie napisane opowiadanie, które czytałem z autentyczną przyjemnością.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Katio, właśnie dotarło do mnie, że Uciekające barwy nie mają ilustracji! Bardzo do nich przywykłam i jakkolwiek opowiadaniu nic nie brakuje, Twoja grafika z pewnością nie byłaby żadnym nadmiarem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bo Katia rysuje na czarno-biało, więc barw i tak nie widać? ;-)

Babska logika rządzi!

Ależ wcale nie wymagam barw! Wiem, że one uciekły i charakterystyczny, czarno-biały rysunek byłby bardzo na miejscu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Thargone – ​bardzo dziękuję za miły i pozytywny komentarz. I chyba rzeczywiście w tym tekście przede wszystkim koncentrowałam się na konstrukcji zdań i odpowiednim dobrze słów, ale przez to, że pisałam wolniej treść też trochę bardziej się w mojej głowie układała… Więc tym bardziej się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało :)

 

Reg, Finkla – coś ostatnio nie lubię własnych rysunków :), ale zaczynam trochę lubić teksty…

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i miłego wieczoru 

 

Ps. Dodałam rysunek sprzed kliku lat :)

Ciekawam, kiedy polubisz bohaterów. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmm… Finkla, nie wiem :) Jak na razie niestety lubię się nad nimi znęcać. Ten, o którym obecnie piszę, ma już całkowicie przechlapane… :( :)

… lubię się nad nimi znęcać… 

No wiadomo, fajnie jest się poznęcać. A nad prawdziwymi ludźmi nie wypada ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czy pisarze to banda sadystów i psychopatów? Czy może da się zrzucić winę na odbiorców? ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, wszyscy ludzie to banda sadystów i psychopatów. Ale tylko niektórzy te uczucia uzewnętrzniają (patrz – pisarze).

Miejsce na Twoją reklamę!

Jedni lubią (i potrafią, choć nie zawsze) o tym pisać, a inni o tym czytać. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ja osobiscie czuje sie sadystka i maschoistka jednoczesnie, tylko na troche innych plaszczyznach… A pisarze, chyba powinni byc odrobine… Zreszta sama nie wiem… Dobrej Nocy :)

„Usta, choć bym nie wiadomo jak mocno się starał, pozostawały martwe.” – choćbym

 

„Oczywiście[-,] bezskutecznie.”

 

Przygryzłem dolną wargę i sięgnąłem po paczkę marlboro. Czerwone. Nie, łososiowe. A ja nie lubiłem łososia, nawet wędzonego, którego tak uwielbiała Marika. W ogóle rzadko jadłem ryby. Za bardzo śmierdziały. Podobnie jak przepocone krzesła w warszawskim metrze.

„(…) Przygryzłem dolną wargę i odetchnąłem z ulgą, że pomarszczona niewiasta nie słyszy moich myśli.”

„– Am… Myślę, że tracę wzrok.” – Co to za „am”? Może to wina tego, że mam małe dziecko, ale tylko mnie to rozbawiło, a zdanie miało być poważne.

 

„Seksowne było takie niby przypadkowe odsłonięcie ciała, lewego kolana[-,] i wąskiego kawałka prawego uda.”

 

„A w te gorsze[-,] wszystko się rozmazywało…”

 

„Więc[-,] co wyczytałaś o paralelnych rzeczywistościach?”

 

„Lekko różowy, nie[+,] raczej kremowy z domieszką pomarańczu…”

 

„I w ogóle tak rzadko się bzykamy. Jak to możliwe[-.+?] Skąd wiesz?”

 

„Ja[-,] czy Marika nie byliśmy w środku, w naszych głowach[+,] dorośli.”

 

„ubrudzonego we własnej kupie bachora” – ubrudzonego własną kupą

 

„– Widzisz[+,] chłopie, wszystko zaczyna się znowu dobrze układać.”

 

„Wcinała ciastka z kremem i siedząc po turecku na dywanie, odprawiała swoje tajemnicze modły…” – wtrącenie powinno być albo wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„O nieistniejący Boże[+,] czy mógłbyś być tak miły i wreszcie zaistnieć?”

 

„Ojciec próbował przekonać mnie do podjęcia pracy w firmie kolegi, oczywiście[-,] kiedy odzyskam zdolność rozpoznawania barw.”

 

„pewnie jakiś kremowym albo beżowym” – jakimś

 

„Jakby ktoś szprycował mnie amfetaminą, ekstazy…” – ecstasy

 

„Odeszłam, to znaczy nie przeprowadziłem się do rodziców[-,] czy koleżanki, tylko odeszłam naprawdę.” – przeprowadziłam

 

„Ma na imię Akiram, ale możesz, oczywiście[+,] wołać na nią Marika.”

 

„No, właśnie i co z tego?” – na pewno brakuje przecinka po „właśnie”, a sama też nie stawiałabym go przed nim.

 

„…nie mówiąc już o jakiś dogłębnych zbliżeniach.” – jakichś

 

„I tak nie byłem w stanie tworzyć, a tak miałbym przynajmniej szansę na odrobinę izolacji od tego…”

 

„a ty wkładasz tam palucha” – zgrzytnął mi ten paluch, bo to w końcu zasadniczo określenie na duży paluch u nogi

 

„Wszystko jest super – okłamałem.” – raczej skłamałem. „Okłamałem” potrzebuje dookreślenia kogo.

 

„Było trochę zimno, ale nie padało[-,] ani nie wiało…”

 

 

Opowiadanie jest napisane dobrze (naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak z każdym tekstem piszesz lepiej!), jednak nie zadowoliło mnie fabularnie. Koncepcję utraty barw przyjmuję bez zgrzytów, ale przede wszystkim mam wrażenie, że jak na niesioną treść, tekst jest po prostu za długi. No i z jakiegoś powodu nie polubiłam żadnego z bohaterów, a przez to trudno mi się było wczuć w ich losy. Główny bohater wydał mi się wyjątkowo antypatyczny, Marika zwyczajnie bezpłciowa, a stosunkowo najciekawszej Akiram było za mało, by naprawdę dała radę zaznaczyć swój ślad. Także czytało mi się dobrze, ale w sumie ani nie wiem, czy powinnam mieć jakieś refleksje po zakończeniu lektury, ani nie zostanie mi ona w pamięci.

Pozdrawiam!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mnie dziwią Wasze sugestie co do literackiego sado-maso :D

Mnie się wydaje, paradoksalnie, że żeby napisać coś niezłego, to właśnie powinno być na odwrót, powinno się mieć coś z Matki Teresy, eeee, znaczy, dużą dozę empatii…

Freddie Mercury twierdził na przykład, że jest muzyczną prostytutką, więc chyba co kraj, to obyczaj :P

Bo tak naprawdę postać papierowa nie czuje, nie boli jej przecież… A żywi to co innego :)

Stań się, kim jesteś.

Joseheim , dziękuję bardzo za wyłapanie licznych błędów, zwłaszcza interpunkcyjnych. Cieszę się, że Twoim zdaniem piszę lepiej. Jeśli chodzi o fabułę tworząc ten tekst, najbardziej się właśnie obawiałam, że wyjdzie nudny… :(

 

Piotrze – ​nie wiem, czy nazwałbym to empatią, ale myślę, że wiem, o co Ci chodzi :)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego weekendu :)

Wolne pisanie dobrze Ci zrobiło, opowiadanie jest spójne, można się dopatrzeć ‘drugiego dna’, przy tym dobrze napisane i wciągające. Osobiście liczyłam na trochę więcej fajerwerków w końcówce, ale nie będę się czepiać, bo zakończenie jest ok. Chyba najlepszy Twój tekst z tych, które przeczytałam. Kliknęłabym bibliotekę, jakbym przeczytała wcześniej :)

O, Bella :) Dzięki za wizytę i cieszę się, że Ci się podobało… Nad zakończeniami muszę jeszcze popracować :)

Pozdrawiam gorąco i jeszcze gratuluję. “Encephalodus path y”​ czytałam zaraz po opublikowaniu, ale teraz przeczytałam jeszcze raz i mogę jedynie stwierdzić, że bardzo się cieszę, że to właśnie ten tekst wygrał i życzę dalszych pisarskich sukcesów :)

 

Nie musisz jakoś mocno pracować nad zakończeniami, to tylko moje subiektywne odczucie, że chciałoby się coś więcej :) Dziękuję za gratulacje, a co do sukcesów – musiałabyś mnie zarazić swoim tempem pracy :D U Ciebie ‘najwolniejszy’ tekst to 3 tygodnie, u mnie najszybszy Encephalodus (bo na konkurs) – dwa miesiące, a dłubię powoli teksty od roku, dwóch, dziesięciu… ech ;)

Bella, z chęcią oddałbym swoją szybkość za Twoją jakość :) Jak widać, dłubanie popłaca… Ja tak trochę się obawiam, że napiszę jeszcze ze sto tekstów, takich ani złych ani dobrych i przerzucę się na coś innego… Bo zwyczajnie brak mi cierpliwości.

Nie wiem, zawsze coś za coś, ale pisanie, szczególnie czegoś wartościowego, to nie produkcja taśmowa i wymaga czasu…

Dobrej Nocy :)

 

Ps. I dziękuję za nominację :)

Tak, wiem że to trochę wyrwane z kontekstu, ale… 

że napiszę jeszcze ze sto tekstów, takich ani złych ani dobrych i przerzucę się na coś innego…

Na przykład namalowanie kilkudziesięciu znakomitych obrazów. A potem może skomponowanie symfonii albo dwóch… Jakaś ambitna krótkometrażówka w międzyczasie… 

Gdybym wiedział gdzie mieszkasz, to bym obrzucił Twój dom papierem toaletowym. Z zazdrości ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

:):):)

 

Thargone, ja tak generalnie na siebie nie narzekam jeśli chodzi o produktywność, ale myślę, że koncentracja na jednym temacie może uczynić cię mistrzem, a skakanie z kwiatka na kwiatek… Cóż, osobowość trudno zmienić… 

Miłej nocy :)

Opowiadanie poziomem wybija się ponad inne Twoje dzieła, z którymi miałem styczność, Katiu. Nie jest idealnie. Nie udało się, tak przynajmniej mi się wydaje, uchwycić ekstrawagancji bohatera jako artysty. Wypadł raczej chimerycznie, momentami dziecinnie, reagując przesadnie i nieadekwatnie na życzliwość żony.

Ale abstrahując od tego, urzekła mnie pasja związku bohaterów, którą udało Ci się uchwycić i która tak dynamicznie ewoluowała na przestrzeni tekstu, by wygasnąć niemal zupełnie pod koniec i pozostawić mnie z rozterką – czy Marika rzeczywiście istniała? Czy cała akcja z utratą barw, ślubem i ciążą to nie tylko wytwór chorego umysłu Sebastiana? Takie rozważania zazwyczaj frustrują, ale tutaj jakoś idealnie wpasowują mi się w atmosferę, którą wykreowałaś. Życzę sobie więcej takich osobistych opowiadań – fragment rozpoczynający tekst urzekł mnie do cna!

MrBirghtside, dziękuję bardzo za komentarz i cieszę się, że widzisz postęp w moim pisaniu, a że tekst nie jest idealny? Na pewno nie jest… A jeśli chodzi o dziecinność bohatera, to chyba niestety wziął ją ode mnie ;)

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Naprawdę świetnie napisane, bardzo ładne metafory. Dlatego też czytało się przyjemnie, pomimo, że tekst tematycznie i fabularnie wypada trochę daleko od mojego gustu. Do tego niektóre pomysły wyszły wręcz błyskotliwie (na przykład opis czarno-białej tęczy czy świata w czerwieni). Bardzo dobre opowiadanie.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku, bardzo miło mi to czytać :) Zwłaszcza, że doskonale zdaję sobie sprawę, że fabularnie, tak jak napisałeś, tekst celuje w specyficzne gusta. Dziękuję bardzo za komentarz. 

Przy okazji wspomnę, że bardzo mi się podoba Twój “Dzwoneczek i Klub Solipsystów”​. Przeczytałam tydzień temu, tylko ciągle jeszcze nie skomentowałam, ale naprawdę rewelacyjny tekst.

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Ps. Wielkie dzięki za nominację :)

Magiczne opowiadanie. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Wspaniale potrafisz władać metaforą i ubarwiać językiem. Te same zdania urzekły mnie co Starucha. Jestem pod wrażeniem jak z pozoru zwyczajnego, prostego świata stworzyłaś coś oryginalnego. Zazwyczaj motywy z artystą w tle nie do końca mnie przekonują, ale tutaj wyszło bardzo wiarygodnie. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgaina89 – ​niezmiernie się cieszę i bardzo dziękuję za pozytywny komentarz. Trochę się boję, że za bardzo uciekam w metafory, a za mało koncentruję się na akcji, ale zobaczymy jak to dalej będzie :)

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia.

 

PS. I bardzo dziękuje za nominację.

Początek – już pierwsze zdanie – mnie odrzucił. Cały wyjściowy akapit też niewiele lepiej. Wydało mi się to taką typową bufoniastą grafomanią i wzbudziło poważny niepokój o relacje z pozostałymi czterdziestoma ośmioma kilogramami znaków. Na szczęście jednak były to obawy (generalnie) bezzasadne, jako że później zrobiło się już nawet nie tyle lepiej, co po prostu dobrze. I zupełnie ciekawie.

To znaczy dobrze, przynajmniej jeśli chodzi o styl i formę – naprawdę pięknie nam tu łabądkujesz, Katiu (choć gdzieś tam jeszcze zgrzyta, np. w pewnym miejscu masz trzy razy “teraz” w dwóch zdaniach) – bo treść mnie nie przekonała jednak. Pomijam już to, że Twój bohater to straszny dupek i mniej więcej w jednej trzeciej tekstu… No cóż, może nie zacząłem mu życzyć jak najgorzej – to dopiero potem – ale zupełnie przestałem współczuć. Męczył mnie i wkurzał ten koleś, ale to właściwie nawet na plus dla Ciebie, tak prawdę mówiąc, bo wykreowałaś dupka konsekwentnie i prawdziwie.

Nie do końca przekonała mnie jednak jego umierająca relacja z Mariką ani, tym bardziej, sama Marika. Frustracja chorobą to jedno, wrodzona dupkowatość to drugie, ale, jak dla mnie, trzeba czegoś więcej, by tak bezceremonialnie odrzucić ukochaną osobę. A tutaj poszło to tak trochę jak pstryknięcie palcami – wszystko siadło zasadniczo od razu, a potem się już tylko pogłębiało. Nie jest to jakoś bardzo odczuwalne i zachowałaś przy tym ładną płynność osuwania się w nicość, niemniej trochę przeszkadzało. Nie tak jednak, jak Marika i zupełny brak rozwinięcia wątku fantastycznego, przeplatanego na końcu paskudnym imperatywem.

Z jednej strony dziewczyna niby chce Sebie pomóc, namawia go do tej medytacji i tak dalej, ale kiedy sama osiąga zen i udaje jej się nawiązać kontakt ze swoim (swoimi?) alter ego, co byłoby dowodem na to, że jej koncept faktycznie się sprawdza i pewnie rzeczywiście mogłoby to gościowi pomóc (choć nie wiem, jak, prawdę mówiąc), ukrywa to przed nim (dlaczego?), a potem po prostu ucieka.

W sumie czniał już tę ucieczkę, bo to był zupełnie niezły pomysł,^^ ale zastąpienie Mariki Akiram, jeszcze z przeniesieniem na nią aktywnej ciąży to już takie ŁEEE! W dodatku zupełnie niezrozumiałe, bo mowa to o światach alternatywnych i kontaktach ze świadomymi wersjami siebie, a nie o tworzeniu pozbawionych człowieczeństwa klonów, którym można przeszczepić dziecko.

I zupełnie nie wiem, czemu miało zasadniczo służyć – Dla Seby to była jakaś druga szansa niby, ale w sposób oczywisty on tej szansy nie chciał i nie potrzebował. Skoro już nie kochał i nie dbał o Marikę, to tym bardziej nie miał powodu, by przejmować się jej raczej sztuczną, a przez to zupełnie obcą mu kopią. Nie mówiąc o tym, że skazywanie samej Akarim na Sebę i życie z nim (a także rodzenie i wychowywanie cudzego w gruncie rzeczy dziecka), to czysta podłość. Chyba, że dziewczyna faktycznie była po prostu klonem?

Niemniej – i tu kolejny zgrzyt – zniknięcie Akarim też jest dla mnie bez sensu. Ze strachu czy nie, Seba, z tego co zrozumiałem, był dla niej zupełnie w porządku, więc to jedno zniknięcie i zasiedzenie się u rodziców to zdecydowanie za mało, żeby gościa przekreślać i odchodzić.

Zupełnie inna rzecz – i to już ostatecznie wpłynęło na mój odbiór opowiadania – że to jej odejście było dla Seby takim totalnym “tyle wygrać”: zniknęła baba, której już nie kochał, zniknął jej przerażający sobowtór, zniknął dzieciak, który go tylko wkurzał i zniknęła choroba, która przekreśliła mu życie. I nie wiem, czy bardziej przeszkadza mi, że koleś dostał coś, na co zupełnie w moim odczuciu nie zasłużył – zasadniczo, to wygrał życie po prostu – czy fakt, że odbyło się to w sposób, jak dla mnie, zupełnie pozbawiony logiki, za sprawą imperatywu, może wręcz deusa z maszynusa. Wedle jakkolwiek rozumianej logiki obie wersje Mariki powinny po prostu zniknąć, ale bez wpływu na rzeczywistość. Czyli, że Sebastian powinien szwendać się po sądach i pierdlach, oskarżony o zamordowanie żony i dziecka przez co najmniej kilka najbliższych lat, aż nie umorzą postępowania z braku ciał i dowodów. Albo, za próbę mówienia prawdy, wylądować w bardzo spokojnym miejscu. Tak czy inaczej całkowita zmiana rzeczywistości – i to na korzyść Seby – nie jest dla mnie satysfakcjonującym finałem.

 

Peace!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, dziękuję za rozbudowany komentarz i cóż, mogę jedynie napisać, że przykro mi, iż znowu musiałeś czytać tekst, który w ogóle Ci się nie podobał.

Jezu, nie, no co Ty? Opowiadanie jest naprawdę bardzo ładne i klimatyczne, ma swoją głębię i wciąga, więc nie można powiedzieć, że w ogóle mi się nie podobało. Bohater mnie wkurzał, a w całej historii było trochę zbyt dużo zgrzytów, ale przecież to nie stanowi o całości tekstu. Tak więc lewe ucho do góry, prawe nieco do przodu i pisz dalej. Zachwyć mnie – wiem, że potrafisz.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ufff! Bo już się bałam, że Katia znowu usunie… ;-p

Babska logika rządzi!

:) Postaram się na razie nie korzystać z tej opcji :):):)

Wracam z komentarzem piórkowym.

To moim zdaniem najlepszy Twój tekst do tej pory. Odczekanie dało dobry efekt – bohater jest wyraźniejszy niż poprzedni, tekst i jego treść bardziej przemyślana. Motyw główny fabuły wychodzi nad wyraz mocny dzięki Twej umiejętności pisania o ludzkich relacjach.

Tak, nie wszystko jest jeszcze perfekcyjne. Ale jeśli taka fleja od tekstów obyczajowych jak ja potrafi docenić pokazywane szczegóły życia i akcję opartą tylko na relacjach, to coś znaczy :) Stąd jestem na TAK.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, bardzo się cieszę z Twojego “Taka”​. Oczywiście jednocześnie zdaję sobie sprawę, że opowiadaniu daleko do perfekcji i że nie jesteś fanem emocjonalnych obyczajówek… Z chęcią ukradłabym od Ciebie trochę bardziej konkretnego, fantastycznego i mniej płaczliwego stylu pisania :) Obecnie próbuję stworzyć tekst opierający się na czymś więcej niż ludzkie relacje, ale idzie mi to tak opornie, że boję, iż to może być koniec mojego pisania :(

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Kupiłaś mnie pomysłem na to zanikanie barwnego widzenia. Dla malarza to cholerny problem. Równoległy świat już nie miał tej świeżości. Chociaż sprowadzenie sobie z niego żony – od razu w ciąży – może być oryginalne.

Bardzo ładnie zbudowany główny bohater, chociaż kawał drania z niego. No, ale przynajmniej nie pozostawia czytelnika obojętnym. Na jego tle kobiety wypadają blado – takie spokojne, uległe, cierpliwe, że aż nijakie.

Nawiązania do portalowych konkursów sprawiły, że czytało się jakoś ciekawiej – wyłuskiwałam te odniesienia. Trochę, jakbym widziała coś znajomego.

Ogólnie, jestem na TAK.

Babska logika rządzi!

Ponieważ styl pisania masz taki raczej “mój”, zazwyczaj płynie mi się przez Twoje opowieści. Tak było i tutaj, więc nad stroną warsztatową nawet nie będę się rozwodzić. 

Bohatera wykreowałaś świetnego. Buca i egoistę bezgranicznego, ale jak dla mnie bardzo żywego i nawet drania polubiłam. Kurczę, w pewnych aspektach jestem w stanie w pełni go zrozumieć to jego artystyczne szaleństwo i nawet zgadzać się z nim. I zaczynam się zastanawiać, czy to dobrze, czy lepiej się do tego nie przyznawać. 

Fantastycznie oddałaś postępujące upośledzenie malarza, a później przywracanie pełni postrzegania terapią (uch, sugestywne te powodzie czerwieni). W pewnym momencie przemknęło mi przez myśl, że ten tekst (przynajmniej na tamtym etapie czytania) idealnie pasowałby do konkursu czarno-białego i – mówię to jako jedyny juror ;) – miałby spore szanse na wysokie miejsce na podium, jeśli nie na zwycięstwo. 

Zastanawiałam się też i nadal zastanawiam nad przejściem między światami równoległymi. I nie przypominam sobie, bym wcześniej spotkała się z taką formą przejścia – siła wiary i medytacji. Brawo. 

Generalnie – świetna lektura.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, przeczytam Twój komentarz parę razy… Ostatnio trochę się swoim pisaniem podłamałam i nie będę kłamać, że pozytywna opinia bardzo mnie ucieszyła :) Bardzo mi miło, że dostrzegłaś w tekście tyle plusów i że lubisz mój styl :)

Jeśli chodzi o konkurs czarno-biały, to prawdopodobnie wtedy jeszcze w ogóle nie pisałam, więc nie byłam w stanie wziąć w nim udziału :( A dodatkowo tak jakoś mam, że w miarę dobre pomysły przychodzą mi do głowy już po zakończeniu. Teraz myślę and legendą i im więcej myślę, tym bardziej wszystko wydaje mi się pozbawione sensu.

Jeszcze raz dziękuję i życzę miłego dnia :)

A mojego komentarza nie czytałaś? Buuu! ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, przepraszam, jestem na urlopie, korzystam z malutkiego laptopa i… :( 

 

Tak czy inaczej teraz cieszę się podwójnie :):):) Bardzo dziękuję za “taka” i ogólnie za wsparcie. Nie będę ukrywać, że bez Ciebie i kilku innych osób z portalu ten tekst nigdy by nie powstał i chodzi mi tu nie tyle o kwestie warsztatowe, co o mentalną pomoc :)

Zgadzam się, że znikanie barw zdominowało tekst, a światy równoległe, podobnie jak kobiety zostały w cieniu… Może powinnam to trochę bardziej zrównoważyć, ale… Cóż mogę jedynie napisać, że niezmiernie się cieszę, że ogólnie się podobało :)

 

Bardzo dziękuję, pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego :):):)

No, teraz lepiej. ;-)

Posiadaczka palców, które leczą mentalnie za pośrednictwem klawiatury.

Babska logika rządzi!

Finkla, oj leczą, leczą :):):)

Da się przyhamować? Da się. I wyszło na dobre :)

Co tu się rozwodzić – bardzo dobry, zapadający w pamięć tekst. Odniosłem wrażenie, że posłuchałaś mojej rady i pozwoliłaś się trochę zaprzyjaźnić z bohaterami. Zaprzyjaźnić albo przynajmniej zaznajomić. Uważam, że pod tym kątem może być jeszcze lepiej, i jeśli mogę coś sugerować to jeszcze większe skupienie na postaciach. Dużo piszesz, więc możesz popróbować z nieco innymi typami osobowości. Ale pamiętaj, żeby każdemu bohaterowi poświęcić odrobinę czasu i włożyć w niego trochę serca :)

Poza tym trudno mi sobie wyobrazić, żeby opowiadanie mogło być jeszcze lepsze. Poprowadziłaś fabułę z wyczuciem, nie dłuży się, ciekawi – no elegancko po prostu. Do tego dokładasz wizualne motywy, które do mnie zazwyczaj przemawiają. Jeśli chodzi o główne pomysły, to są dwa, a nie jeden, jak to często w opowiadaniach bywa: po pierwsze utrata barw, po drugie alternatywne światy. Super. Wszystko to zgrabnie łączysz. Mówisz o ważnych rzeczach w ładny sposób. 

Brawo. Ode mnie TAK :)

Żeby nie było, że tak bez merytorycznego komentarza: lubię, kiedy fantastyka jest narzędziem do mocniejszego pokazania rzeczy zwykłych, a ważnych. Takich, które są już opatrzone, strywializowane, pomijane. Zupełnie mi nie przeszkadza, że można by je pokazać bez fantastyki, skoro użycie niezwykłej optyki pozwala zobaczyć je lepiej, ostrzej, właśnie mocniej. I lubię, kiedy tekst po potrząśnięciu czytelnikiem pozwala przetłumaczyć te emocje z powrotem na codzienność. Udało Ci się to, Katiu, bez zużytych motywów snu, czy choroby psychicznej. I za to, między innymi, była moja nominacja.

Bo była też za obrazy i słowa, takie jak te o czerwieni (właśnie na coś takiego liczyłem przy okazji konkursu poświęconego Dalemu).

I za cierpliwość, o którą kilka razy apelowałem. A wygląda na to, że nie było to tylko moje zdanie.

Fun - oczywiście bardzo dziękuję za “taka”. Przyhamować się da, chociaż ostatnio to nie wiem, czy nie przyhamowałam za bardzo ;)

Zawsze staram się słuchać udzielanych mi na tym portalu rad, a zwłaszcza od osób, które piszą zdecydowanie lepiej ode mnie. I tylko dzięki temu moje pisanie nabrało jakichkolwiek kształtów i kolorów :) W następnych tekstach postaram się jeszcze bardziej koncertować na postaciach…

Tak czy inaczej bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał i dziękuję za konstruktywny komentarz.

 

Cobold – tak jeszcze ze dwa, trzy dni po Twojej nominacji nie mogłam w nią uwierzyć, zresztą podobnie było w poprzednim miesiącu z nominacją Finkli… Więc jeszcze raz dziękuję :)

Niestety na etapie konkursu o Dalim nie byłam jeszcze w stanie napisać takiego tekstu, albo może po prostu nie nadaję się do konkursów, bo do legendy podchodzę już któryś raz z kolei, mniej więcej w połowie pomysł zaczyna wydawać mi się bezsensowny i kasuję wszystko, co napisałam :(

A jeśli chodzi o cierpliwość… Cóż pozostaje mi się jedynie zgodzić, że popłaca :)

 

Hej, Katio!

 

Przede wszystkim chciałabym ci jeszcze raz pogratulować piórka :)

 

Przeczytałam opowiadanie na raz i muszę przyznać, że trochę się w nim zakochałam. Mnogość kolorów i uczuć do mnie przemawiała. Podobało mi się to, jak nakreśliłaś dynamikę relacji Mariki i Sebastiana, i konflikt Sebastiana ze światem. Jak zwykle u ciebie mam wrażenie, że czerpiesz z życia i swoje uczucia przelewasz w serca bohaterów. Mimo że Sebastian świadomie nawalał w życiu, trudno mu jednak do pewnego stopnia nie współczuć.

 

Mam nadzieję, że pokażesz nam coś równie dobrego już niedługo :) Miłego dnia :)

Kam, bardzo Ci dziękuję za gratulacje i niezmiernie się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało. Tak, moi bohaterowie są w pewnym sensie mną, zarówno Marika jak i Sebastian, chociaż w tekstach zwykle przerysowuję ich emocje i uczucia, a do tego dorzucam też trochę cegiełek od moich najbliższych… Taki mix, zwykle trochę za bardzo koncertujący się na ludzkich wadach…

 

Jeszcze raz wielkie dzięki, pozdrawiam serdecznie i również życzę miłego dnia :):):)

Nowa Fantastyka