- Opowiadanie: vigasia - Bezimienni żołnierze

Bezimienni żołnierze

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Bezimienni żołnierze

 

Większość najlepszych historii zawiera szereg bohaterów: króla lub innego władcę, wydającego decyzję o rozpoczęciu i podjęciu wojny, niezawodnego dowódcę o nieprzeniknionym umyśle, najzdolniejszego wojownika, który wychodzi zwycięsko z każdego starcia oraz… zapomnianych żołnierzy, pojawiających się na kartach powieści tylko po to, aby zostać przeszytymi na wskroś, rozpłatanymi na pół albo zlikwidowanymi przez jakieś potężne zaklęcie. Nie wspomina się o nich więcej, choć bez interwencji tych odważnych ludzi główne postacie nigdy nie uratowałyby świata.

Poznajcie imiona walczących, którzy giną, aby wojownik mógł zostać okrzyknięty bohaterem, wielki dowódca genialnym strategiem, a król sukcesywnym władcą. To właśnie dla nich powstała ta historia. Nie zapominajmy o bezimiennych.

 

Wojna toczyła się tak, jak toczą się wszystkie wojny. Wśród przeraźliwych krzyków, rozprysków krwi oraz uciętych kończyn.

Sierżant trzeciego pułku drugiego batalionu Armii Królowej Jagody III Wielkiej, Władczyni całej Wyspy Atmeńskiej i jej pomniejszych półwyspów, przysiadł pod drzewem, spoglądając na szczątki swojego kaprala, który jeszcze przed chwilą opowiadał mu o słodkich pierożkach, wypiekanych przez jego mamę na każde urodziny swoich trzech synów. Rozmarzonym głosem wspominał smak nadzienia, tworzonego z najświeższych, leśnych owoców, gdy jego głowa eksplodowała. Przez chwilę sierżant widział tylko białe światło, zlewające się z karmazynową posoką, a potem u jego stóp wylądowała noga w dziurawej skarpetce. Nie wiedział, gdzie podziała się druga kończyna, reszta korpusu kaprala znajdowała się pod drzewem obok drzewa, pod którym kucał sierżant. Kilka metrów dalej i byłoby po nim, całe szczęście, że nieszczęście dotknęło biednego kaprala.

Sierżant objął dowództwo nad swoją drużyną zaledwie tydzień wcześniej, a kapral Ospałek był pierwszym, który przybiegł i zasalutował mu raźno, informując, że reszta towarzystwa udała się na spoczynek po zakończonej popijawie, którą wyprawili sobie po udanym zwycięstwie nad Rudą, w której niestety śmierć poniósł ich poprzedni sierżant Gardzioł.

Sam Okruszek, bo tak mu było na imię, nie widział tej bitwy, gdyż przebywał w tym momencie na wzgórzu Zielonej Doliny, przy którym trwała potyczka pierwszego batalionu piechoty, w której zajmował stanowisko starszego szeregowego. To przypadek sprawił, że został wyniesiony w górę aż o cztery stanowiska1, wystarczyło, że potknął się w momencie, gdy wystrzelona strzała kierowała się prosto w pierś Majora Choralskiego i przypadkowo odbiła się o tarczę Okruszka. Oczywiście nikt nie wiedział, że ratunek był nieumyślny i chwaląc go niezmiernie za bohaterski czyn, postanowili dać mu awans i przydzielić drużynę, składającą się głównie z rekrutów i trzech weteranów, którzy nigdy nie mieli ambicji, aby wspiąć się wyżej i toć pozostali na najniższych stopniach w armii. Zawsze znajdą się tacy żołnierze, którzy odmawiają promocji, ponieważ nie chcą zmagać się z większą ilością obowiązków. Przyzwyczajeni do własnych stanowisk, wiedzą, gdzie się schować i jak skutecznie unikać bezpośredniego starcia, wysyłając do niego młodszych i mniej doświadczonych. Okruszek sam miał zamiar zostać kimś takim, ale Choralski stanowczo nalegał, twierdząc, że starszy chorąży zasłużył sobie na uznanie i gdyby nie podniósł mu rangi, wykazałby się brakiem szacunku wobec drugiego żołnierza, co zostałoby uznane za niekompetencję przez jego przełożonych.

I tak Okruszek znalazł się po drugiej stronie rzeki w czasie, gdy saperzy nieprzyjaciela zaatakowali z całą mocą.

 – Trochę nam Ospałka osmaliło, co nie, Sierżancie? – rozległ się głos tuż za ramieniem Okruszka i starsza szeregowa Piętka wynurzyła się zza drzewa, które sąsiadowało z drzewem, pod którym ukrywał się sierżant. – I pomyśleć, że jeszcze wczoraj żartowaliśmy z Jędrkiem, że stary Kapral nie może wyglądać na bardziej spopielonego, a tu proszę… – Lekki wiatr powoli przerzedzał dym i Okruszek mógł zobaczyć to, co znajdowało się poza drzewem, pod którym zginął kapral. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to zwisająca z gałęzi noga. Dalej, poza piękną, choć osmaloną przyrodą, którą zapewne doceniłby artysta malarz lub wyjątkowo zdolny poeta, rozlegał się las trupów. Poparzone i powykręcane ciała towarzyszy żołnierzy z trzeciego batalionu leżały nieruchomo, niektóre w całości, choć większość w podobnym stanie, co Ospałek. Drużyna Okruszka miała szczęście, kryjąc się pod drzewami tuż przy korycie rzeki. Teren schodził tu nieco w dół i tym samym tylko jeden pocisk saperów dotarł w ich stronę. Reszta objęła drużynę sierżanta Skorupka, którego Okruszek znał tylko z tego, że każdego ranka wołał na cały obóz „Pobudka!”, denerwując wszystkich wokół. Sądząc po pogromie, który widać było w oddali, poranny sierżant poległ razem z większością swoich ludzi, co mogło nieść ze sobą pewne korzyści dla zmęczonych żołnierzy.

 – Ktoś się tam rusza w dole Sierżancie, myślisz, że powinniśmy im pomóc?

Okruszek zauważył ruch jakieś dziesięć metrów przed nimi. Prawdopodobnie dwie osoby, choć nie mógł być pewien, gdyż jego wzrok nigdy nie był zbyt dobry.

 – Chyba byłoby właściwie… a co, jeżeli to wróg?

– Noszą czarne uniformy Sierżancie.

– Tak, faktycznie. A co, jeżeli to wróg, który, chcąc nas zmylić, przebrał się w uniformy martwych żołnierzy?

 – To byłoby wielce nierozsądne Sierżancie, aczkolwiek całkiem możliwe.

 – Może lepiej nie ryzykować? Nie chcielibyśmy stracić więcej dobrych ludzi. Utrata kaprala Ospałka jest już poważną niedogodnością. Jak myślisz, Piętka?

 – Myślę, że macie rację, sierżancie. Czy wybraliście już nowego?

 – Nowego?

 – Kaprala, sierżancie. Drużyna musi mieć kaprala.

 – Ach tak, rzeczywiście. Chcielibyście Piętka?

 – Chcielibyśmy co, sierżancie?

 – Zostać kapralem, oczywiście.

 – A…to tego… czy to się będzie wiązało ze składaniem raportów i zarządzaniem ludźmi?

 – Zapewne tak, ale tylko wtedy, gdyby mi się coś stało. Lub nie miałbym czasu, będąc zajęty, na przykład popołudniową drzemką. Nie musiałabyś za to czyścić mi butów, Piętka. Mogłabyś zlecić to starszemu chorążemu.

 – Bez urazy, sierżancie, ale teraz zlecam czyszczenie twoich butów zwykłemu chorążemu.

 – Ach tak, cóż… mogłabyś dołączyć też swoje buty?

 – Naprawdę? Byłoby super, sierżancie.

 – O ile zostaniesz kapralem, oczywiście.

 – No tak. Skoro pan nalega, sierżancie.

– Świetnie Kapralu. Możesz zebrać żołnierzy i wysłać jakiegoś szeregowego, aby sprawdził, czy ci dwaj tam z przodu to rzeczywiście nasi.

 – Tak jest, sierżancie. – Piętka zasalutowała. – A jeżeli to nie będą nasi? – zapytała, opuszczając dłoń.

 – Dlatego właśnie wysyłamy szeregowych, Piętka. Jako kapral powinnaś to wiedzieć.

 – Tak jest, sierżancie! Przepraszam, sierżancie!

Okruszek odpowiedział machnięciem ręki na kolejny salut. Kiedy Piętka zniknęła za kolejnym drzewem, sierżant jeszcze raz spojrzał na zwłoki kaprala.

 – Złe drzewo Ospałek. Mówiłem Ci, że to złe drzewo.

 

 – Kapitanie Trąbka.

 – Sierżancie Okruszek, dziękuję za przybycie.

 – Przybyłem najszybciej jak mogłem, kapitanie Trąbka.

 – Bardzo dobrze sierżancie. Nie widzieliście porucznika Badyla?

 – Już od kilku dni, kapitanie.

 – Cóż, pewnie nadal odpoczywa po ostatniej walce. Dołączy dziś do was nowy żołnierz. Złodziej.

 – Złodziej, kapitanie?

 – A raczej złodziejka. Przysłana przez parlament.

 – Nie mogli jej stracić?

 – Najwyraźniej społeczność buntuje się przeciw zbyt dużej ilości egzekucji, skoro można skazańców wysłać na wojnę.

 – Czy mamy gwarancję, że będą walczyć po naszej stronie, kapitanie?

 – Będą nosić nasze uniformy, jeżeli odmówią walki, wróg i tak w końcu ich zabije.

 – Ma pan rację, kapitanie.

 – Nie trzeba salutować, sierżancie, jeszcze nie skończyłem.

 – Przepraszam, kapitanie.

 – Generał Kostkiewicz przydzielił nam miejsce w pierwszej szarży. Będziemy strzec Halapunty.

 – Strzec Halapunty? My? To znaczy?

– Wykazaliście się żołnierzu wielką przebiegłością oraz umiejętnościami. Poza tym pozostaliście żywi, czego nie można powiedzieć o większości trzeciego batalionu. Przynieśliście chwałę mnie i reszcie oddziałów. To dzięki wam zostaliśmy nagrodzeni.

A więc o to chodziło. A Okruszek zastanawiał się, czy to jego nieświeży wygląd sprawił, że kapitan Trąbka miał skwaszoną minę i chłodny głos. Cóż, trudno jest poradzić sobie z kompetencją na polu bitwy. Czy jednak nie wystarczyłyby zwykłe pochwały?

 – Jutro z samego rana wyruszamy do doliny Maślanej. Chcę was widzieć w gotowości, gdy tylko wzejdzie słońce.

 – Tak jest, kapitanie. Czy to wszystko kapitanie?

Trąbka skinął głową.

 – Możecie odmaszerować żołnierzu.

Po szybkim salucie Okruszek zawrócił ze spuszczoną głową. A już myślał, że ten dzień skończy się dobrze. Jak on to powie swoim żołnierzom, którzy wciąż jeszcze przecież nie otrząsnęli się po stracie kaprala Ospałka. Marsz w pierwszych szeregach to jak wyrok śmierci. Gdy twoim zadaniem jest osłona najważniejszej osoby w armii, trudno nie zginąć. Zwłaszcza jeżeli znajdujesz się całkowicie na terytorium nieprzyjaciela.

 – I nie zapomnij o nowym żołnierzu. Żołnierce. Powinna już być przy waszym obozie.

I rzeczywiście. Gdy Okruszek dotarł do miejsca, w którym rozbili namioty, Piętka wraz z czwórką szeregowych okrążała smukłe dziewczę w czarnej szacie i kapturze, spod którego wystawała jasna czupryna. Podchodząc bliżej, sierżant zauważył przyjazny uśmiech i duże, szczere niebieskie oczy. Rozmarzył się na chwilę, wyobrażając sobie coś, czego dowódca nie powinien wyobrażać sobie o jednej ze swoich podwładnych. Dotarł do połowy snu na jawie, gdy ktoś go dostrzegł.

 – Sierżancie, sierżancie! – Piętka zerwała się na nogi i zaczęła zbliżać do niego w podskokach. – Przydzielili nam nowego żołnierza. Złodziejka.

 – I na co nam złodziejka na froncie?

Piętka wzruszyła ramionami.

 – Może kraść broń. Albo te ich wybuchające zabawki. Moglibyśmy założyć swoją własną drużynę saperów.

Umysł Okruszka nawiedziła wizja Piętki, wyrzucającej w górę odpieczętowany granat, który zatacza niezgrabny łuk i zawraca w stronę, z której został wysłany prosto na kaprala i jej sierżanta. Otrząsnął się z ponurych myśli i zastąpił je formującym się nieśmiało planem, w którym stworzenie takiej drużyny faktycznie mogłoby wypalić.

Młoda kobieta w ciemnej szacie podeszła bliżej i zasalutowała energicznie.

 – Szeregowy Moon melduje się na stanowisku, sierżancie!

 – Moon?

 – Tak na mnie mówią, sierżancie!

 – Co za dziwne imię…

 – Bo wschodzę, gdy tylko robi się ciemno, sierżancie!

Okruszek nie zrozumiał żartu, ale nie chcąc tego po sobie poznać, zaczął się śmiać z innymi. Po chwili jednak wąsy mu oklapły.

 – Jutro z samego rana widzę was spakowanych i gotowych do wymarszu. – Rzucił cicho, ale poważnym tonem. – Gdy tylko wzejdzie jasność… to znaczy, słońce…o świcie znaczy się.

– Wyruszamy, sierżancie? – zapytała Piętka.

– Przydzielili nas do straży honorowej. Mamy strzec Halapunty.

– Halapunty? – piskliwy głos młodego chorążego Antośka wyrażał coś więcej niż strach. Przerażenie. I Okruszek nie wiedział, czy przed czekającym ich zadaniem, czy przed samą Halapuntą, która miała reputację dzikiej i nieokiełznanej w walce. Podobno czasami w szale bitwy zdarzało jej się skosić kogoś ze swoich. I podobno „czasami” to mało powiedziane.

 – Tak, samej Halapunty. Wsławiliśmy się w ostatnim starciu i postanowili nas nagrodzić.

 – Przecież nic nie zrobiliśmy. – zawołał barczysty starszy szeregowy Mieczyk. – Schowaliśmy się tylko za drzewami.

 – W odpowiednim miejscu, Mieczyk, w odpowiednim miejscu! Dzięki tej niezwykłej strategii przeżyliśmy i mamy zaszczyt asystować najgroźniejszej wojowniczce w armii przy bezpośrednim ataku na nieprzyjaciela.

 – Też mi promocja… – mruknęła Piętka.

 – Kapralu Piętka czy macie jakieś zastrzeżenia?

– Melduję, że żadnych zastrzeżeń, sierżancie Okruszek!

 – Dobrze. Więc teraz do spania i widzę was rano wypoczętych z uśmiechami od ucha do ucha!

Rozległo się zbiorowe:

 – Tak jest, sierżancie!

 – I pomyślcie o kradzieży tych zapalników, mogą nam się przydać.

 

Ranek przywitał ich, jak to zwykle bywa w dzień wielkich bitew, ogromną ulewą. Deszcz lał z nieba strumieniami, wsiąkając w namioty, włosy i odzież, nawet tę niewidoczną gołym okiem.

Trudno było w taką pogodę zachować uśmiech na twarzy i nawet usta sierżanta Okruszka drżały z wysiłku. Jego drużyna stała jednak zgodnie na baczność, wyszczerzając zęby, na które kapały wielkie krople. Byli tam wszyscy, cała dziesiątka, Kapral Piętka, Starszy Szeregowy Mieczyk oraz szeregowi Antośek, Kobyła, Żaczyk, Siodełko, Kopniak, Ażurek, Powidło i Moon.

Przez chwilę sierżant przyglądał się im z pewną dumą. Jakby nie było, wyszli prawie cali z ostatniego starcia, a promocja, jaką otrzymali, nie wzięła się z niczego. To prawda, że ledwie ich znał, ale przez ostatni tydzień zdążyli już zżyć się ze sobą. Wymieniali sprośne żarty, pili paloną dębówkę, jedli suche świńskie mięso… Cokolwiek się zdarzy, wspomnienia z tych kilku dni pozostaną z nim na zawsze, a jeżeli umrze dzisiaj, będzie wiedział, że ginie wśród przyjaciół. Na wojnie jak w więzieniu, zbliżasz się do każdego, kto dzieli twój los. Chcesz czy nie, pozostajecie braćmi i siostrami, zazwyczaj do końca życia.

Stojąc tak, ramię przy ramieniu, wyglądali niemal dostojnie. Tylko przemoknięte ubrania i skrzywione mokre twarze przeczyły całej podniosłości nastroju.

 – Drużyna baczność! – zawołał na przywitanie.

Żołnierze wyprężyli się jeszcze bardziej i zasalutowali sprężyście, choć nierówno.

 – Drużyna spocznij! Przygotować się do wymarszu!

Ruszyli jak jeden mąż, tworząc prawie idealną kolumnę, jakiej nie udało im się stworzyć ani razu przez ostatnie siedem dni. Okruszkowi ten nieśmiały sukces wydał się prawie finalny i zadrżał na myśl o tym, co czeka ich na dnie doliny Maślanej.

 – Kapralu Piętka!

– Tak jest, sierżancie! – żołnierka wyprężyła się w salucie, a jako że rozpoczęli już marsz, kroczący za nią starszy szeregowy Mieczyk wpadł na jej plecy i oboje wylądowali w błocie. Okruszek pomyślał, że być może zawołanie do kaprala podczas marszu nie było zbyt dobrym pomysłem, jednak nie mógł przecież przyznać się do niekompetencji, postanowił więc kontynuować.

 – Jakie są morale żołnierzu?

Piętka oparła się na jednym łokciu, który zapadł się głęboko w ziemię z głośnym pluskiem, opryskując twarz kaprala. Kiedy wreszcie udało jej się złapać równowagę, kilkakrotnie przy tym szturchając leżącego pod nią Mieczyka, spojrzała za siebie na stłoczoną w kupie ósemkę żołnierzy pokrytych brudem i mułem, i podniosła kciuki do góry.

 – Jak widać sierżancie, wszyscy zwarci i gotowi!

Okruszek kiwnął głową.

 – Jedno zdanie, zanim wyruszymy… Gdy już znajdziemy się na miejscu… Musicie wiedzieć. Ta dolina, tam… nie będzie drzew, nie ma gdzie się schować więc…Wbiegacie między wroga i siekacie jak leci!

 – Tak jest sierżancie! – zawołali wszyscy zgodnym głosem.

 – No. I dobrze. A jeżeli będzie ich zbyt wiele to chyc w górę i szukać drzew. Nie chcę zbierać waszych trupów.

 – Dobrze, sierżancie!

 – Świetnie, kontynuujcie marsz w stronę głównej kolumny kapitana Trąbki. Jestem tuż za wami.

Reszta drugiego batalionu czekała już w gotowości, zebrana w równym szyku wokół samej Halapunty, która górowała nad nimi z siodła wysokiego białego rumaka o złotej grzywie. Każdy bohater musiał mieć bohaterskiego konia i choć Hajlopek nie był być może zbyt szybki i waleczny, na pewno był duży i już same jego rozmiary siały postrach wśród wroga. Siedząca na nim kobieta także robiła wrażenie wysoką posturą, umięśnioną sylwetką i rozwianą czupryną, która powiewała za nią niczym grzywa gryfolwa. Okruszka nawiedziła wizja, w której Halapunta pada pod ostrzem topora nieprzyjaciela, którego nie zobaczyła na czas, ponieważ oczy przesłoniła jej zasłona z włosów. Sierżant skarcił sam siebie za fantazjowanie i zajął miejsce na czole kolumny swoich żołnierzy. Jego uwagi nie uszedł fakt, że jako jedyni byli całkowicie umazani w błocie od stóp po głowy. Resztę zebranych deszcz jakby omijał, zraszając zaledwie ich hełmy i zbroje. Tylko nad jego składem niebiosa płakały, co napawało go pewnym przerażeniem, jak przed każdą walką, gdy istniało ryzyko, że ktoś będzie chciał zabić go bezpośrednio. To znaczy ostrzem po gardle. Lub w pierś. Albo w inną część ciała. Nieważne. Ważne, że będzie bolało.

Kiedy wszyscy zajęli już swoje miejsca, nastała niezręczna cisza, która zawsze nadaje atmosferę na moment przed wymarszem. Wszyscy czekają na przemówienia dowódcy, którego zadaniem jest dodanie otuchy żołnierzom. Tym razem głównym dowodzącym miał być generał Kostkiewicz, ale to nie on wydał głos po odczekaniu kilku minut zgodnego milczenia.

 – Wjeżdżamy prosto w sidła nieprzyjaciela. – siedząc na grzbiecie ogromnej bestii, Halapunta miała dobry widok na wszystkich zebranych i mogła odwracać głowę w dowolną stronę tak, że żołnierzom wydawało się, iż każdemu z nich patrzy w oczy. Nie było to pocieszające, raczej nieco krępujące, biorąc pod uwagę rozmiary oraz groźny wzrok samej bohaterki. – Nie będzie to łatwe starcie, jest nas mniej, a oni mają te swoje bomby. – Okruszek zadrżał. Dobrze, że wspomniała o bombach, jakby każdy z nich nie sikał w gacie na samą myśl o rozerwaniu na strzępy przez kawałek metalu. – Ale jest to jedyna szansa, jaką będziemy mieli, jeżeli chcemy zginąć z honorem. Możemy się poddać, tak – wzrok bohaterki przebiegał z miejsca na miejsce, okresami spoczywając na jednym żołnierzu i zwracając się do tej jednej jedynej jednostki, która przyjmowała słowa prosto do swojego serca, aby napełnić je odwagą, walecznością i chęcią umierania za własne imperium. – Jaki jednak czeka nas los, gdy skapitulujemy? – Teraz oczy kobiety objęły drużynę Okruszka, rozpoczynając od Antośka. – Czy myślicie, że wróg nas oszczędzi? – Przechodząc na Kobyłę. – Że oszczędzi nasze rodziny, zwierzęta? – Żaczyka. – Że da nam godnie żyć pod swoimi rządami? – Okruszek widział, jak jego podwładnym, osoba po osobie rozjaśnia się twarz w niemym uwielbieniu. Każdy z żołnierzy prostował się nagle, a na ich licach jawił się wyraz upartej determinacji, która świadczyła o tym, że pójdą za tą kobietą wszędzie i zginą za nią, jeżeli będzie trzeba. Klęska każdej lekkiej piechoty. – Nie! Być może nie mamy tylu ludzi, co oni, być może nie mamy wybuchających zabawek, ale mamy waleczne serca i one pomogą nam wygrać to starcie lub odejść z uśmiechem na ustach. Pamiętajcie, kim jesteście, gdzie się urodziliście i za co walczycie. – I wtedy, nareszcie wzrok Halapunty spoczął na sierżancie Okruszku, który nie potrafił odwrócić oczu. Pod powiekami poczuł wzbierające łzy, ale nie strachu, a wdzięczności za to, że może tu być i wyruszać w ostatnią bitwę z przyjaciółmi, jedynymi, jakich miał. – Nie poddamy się. Bogowie wiedzą, że będziemy walczyć do ostatnich sił i pokażemy im, że zadarli z niewłaściwymi ludźmi. Jesteście ze mną?! – rozległ się gromki okrzyk i po raz pierwszy w historii wszystkich bitew, które stoczyli, zebrani zasalutowali w jednym rytmie. Ktoś zaczął klaskać i po chwili wzgórze rozbrzmiało rozmową i śmiechem. Humor na polu bitwy. Wieczna ironia i często jedyne zbawienie żołnierzy.

 

Wyruszyli. Kroczyli w błocie już prawie po kolana, żołnierz za żołnierzem, w ciężkich kolczugach i hełmach z mieczem lub toporem u boku. Ochotnicy, zawodowcy i kryminaliści, ramię przy ramieniu w drodze na ratunek swojej ojczyźnie.

Buty Okruszka ślizgały się po mokrej ziemi i co chwilę musiał dźwigać się z kolan. Kiedy tylko zeszli ze wzgórza, droga zrobiła się jeszcze bardziej grząska i coraz więcej osób miało problem z utrzymaniem szyku. Nikt jednak się tym nie przejmował tak długo, aż szło się do przodu. W takim tempie do doliny Maślanej zajdą nie szybciej niż za pół dnia, choć przy tym deszczu i tak nie czuli upływu czasu.

Gdzieś z przodu ktoś zaczął nucić żołnierską piosenkę i zaraz inne drużyny przyłączyły się do śpiewu. Głos maszerujących zmieszał się z szumem deszczu, tworząc słodko-gorzką muzykę, która wbrew własnemu brzmieniu stała się balsamem dla duszy kroczących, podobnie jak wcześniej słowa bohaterki, którą przysięgli chronić i mieli zamiar robić to do ostatniej kropli krwi.

 

 – To jest Dolina Maślana?

 – Obraz nędzy i rozpaczy, co nie Antośek?

 – Słyszałem, że jest tam bardzo pięknie…

 – No co ty, Antośek, nie o tej porze roku. Nie w takim deszczu. Prawda sierżancie?

 – Tak jak mówisz Piętka

– Byłam tu kiedyś z bratem. Dawno temu, mali byliśmy. Było to wtedy nasze imperium jeszcze. Bawiliśmy się w ślepego ganianego tuż przy rzece. Niezły ubaw był. Aż w końcu Paluch się poślizgnął i wpadł do rzeki.

 – Grząski grunt? – spytał Mieczyk.

 – Nie widziałam, miałam zawiązane oczy.

 – I złapałaś brata?

 – Nie udało mi się. Kiedy się zorientowałam, że jest coś za cicho, prąd już go porwał i umarł.

 – Przykro mi, Piętka.

 – Nie szkodzi. Miałam wtedy jeszcze pięciu braci.

 – A ilu masz teraz? – zainteresował się Okruszek.

 – Teraz to nie wiem, Sierżancie. Jak opuszczałam dom było ich jeszcze trzech.

Okruszek kiwnął głową na te słowa. W szeregach nikt nie pozostawał niewinny. Większość z nich przychodziła do armii już zraniona, niektórzy całkowicie zniszczeni. A jeżeli pojawił się ktoś, kogo jeszcze życie nie dopadło, szybko przestawał patrzeć na świat, jak dziecko.

– A Ty Moon? – sierżant spojrzał na chudą złodziejkę.

– Ja co sierżancie? – odpowiedziała żołnierka, nie odwracając wzroku od rozlegającej się przed nimi doliny, która teraz tonęła w bagnie. Zatrzymali się tuż przed zejściem, aby trochę odpocząć. Generał Kostkiewicz wysłał zwiadowców, którzy mieli sprawdzić głębokość bajora, ale żaden z nich do tej pory nie wrócił. Nie świadczyło to dobrze o losach nadchodzącej bitwy. W takich warunkach istniała szansa, że więcej żołnierzy się utopi, niż zostanie zabitych. I będą to straty po obu stronach.

 – Byłaś tu już kiedyś?

 – Pierwszy raz, sierżancie. Nie wygląda zachęcająco.

 – Teraz nie. Latem jednak rosną tu piękne kwiaty. Cała dolina zroszona jest bezmiarem barwnych roślin, które razem tworzą malowniczą tęczę, napawając powietrze radosnym nastrojem śpiewnego….uhm…tak, latem jest tu pięknie.

 – Sierżancie, sierżancie, wiadomość od kapitana Trąbki.

 – No co tam Piętka?

 – Melduję, że wróg zgodził się na zmianę lokalizacji bitwy.

 – To dobrz….czekaj, jak to, co? Jak to wróg się zgodził?

 – Podobno przysłali zwiadowcę, który poprosił o przeniesienie na mniej grząski teren.

 – To oni wiedzieli o ataku?

Piętka tylko wzruszyła ramionami.

Okruszek zacisnął dłonie w pięści. Nawet z zaskoczenia mieli małe szanse, jeżeli bitwa była ustawiona, cóż mogli zrobić? Zginąć niczym bezimienni bohaterowie, o których pieśni nikt nigdy nie usłyszy, chyba że wspominając zbiorową mogiłę. Sierżant westchnął ciężko, przecierając ramieniem szczypiące oczy. Pół dnia minęło już dawno i słońce zaczynało chylić się ku zachodowi. Jak tak dalej pójdzie, będą walczyć w nocy.

 – Kapitan pyta też czy nikt z nas nie widział porucznika Badyla?

Odpowiedziała jej cisza, która ogłosiła, że nikt porucznika nie widział.

 – Nie mogli zawrzeć pokoju? – odezwał się ktoś obok Okruszka.

Sierżant odwrócił się i zobaczył młodego Antośka, wpatrującego się ponuro w to, co znajdowało się przed nimi. Okruszek nie wiedział, czy przed oczami miał ponurą dolinę, czy obraz, który zgotował mu własny umysł.

 – Pokój, Antośek? A kto marzy o pokoju? Zawsze musi się toczyć jakaś wojna, pamiętaj o tym. Bez tego ludzie by powariowali, a władcy? Hoho nie wyobrażasz sobie! Pokój? Oczywiście, że mogliby zawrzeć pokój, tylko że im to nie na rękę.

Rozległ się dźwięk rogu i naraz Okruszek musiał zwołać całą drużynę w kolumnę. Ruszyli w stronę zejścia z wzgórz, gdzie zebrała się już większość armii. Tym razem żołnierze nie starali się formować równego szyku, choć każdy z nich próbował utrzymać pionową postawę. Zmęczenie całego dnia zrobiło swoje i Okruszek coraz bardziej obawiał się o losy tej i tak już beznadziejnej bitwy.

Generał Kostkiewicz wyszedł na środek i odwrócił się twarzą do nich. Halabunda trzymała się z boku, przewyższając najwyższych żołnierzy o ponad pół głowy.

 – Drodzy żołnierze, jak widzicie, niesprzyjające warunki pogodowe okazały się pewną… niedogodnością. – Krótki pomruk ze strony zgromadzonych oznaczał, że zgadzali się oni z opinią generała. – Starcie na tak grząskim podłożu mogłoby skończyć się klęską obu wojsk, jeszcze zanim rozpoczęłaby się walka.

I może tak byłoby najlepiej, nieznośna myśl nie chciała uciec z głowy sierżanta Okruszka, choć przecież jeszcze kilka godzin temu zarzekał się, że o swoją ziemię będzie walczył do upadłego z każdym wrogiem. Tylko że to bajoro pod nimi, ani te wzgórza, ani żadna okolica, w której się znajdowali, nie miały nic wspólnego z jego ziemią, jego domem, który pozostawił daleko za sobą, wyruszając na wojnę, która miała nigdy się nie skończyć.

 – Na szczęście nieprzyjaciel zaproponował pewien kompromis. – K olejny pomruk, tym razem wyrażający zaskoczenie. – Ustaliliśmy, że zamiast w dolinie, walka odbędzie się dokładnie na tym wzgórzu o wschodzie słońca. Macie więc jeszcze kilka godzin na odpoczy…

I nagle, jak w przebłyskach naszej świadomości, zawierającej wiele wspomnień, które często wydają się zbyt zamglone, aby je dokładnie zrelacjonować, kilka rzeczy zdarzyło się naraz.

Okruszek nie wiedział, jak wyglądało to z perspektywy innych osób, ale on najpierw usłyszał wybuch, a zaraz potem zobaczył padające ciało generała Kostkiewicza. W tym samym czasie Halapunta wyciągnęła miecz i przeszyła nim kogoś, kto znajdował się przed nią. Wtedy dopiero do jego zmysłów dotarło, że przed kolumną żołnierzy pojawili się inni w obcych uniformach, którzy nagle wyłonili się zza krawędzi wzgórza, oblepieni błotem od stóp do głów.

 – Atak! Atakują nas! Do broni!

Pierwszą reakcją Okruszka było skulenie się i rozejrzenie za najbliższym drzewem, ale zanim zdążył je znaleźć, ktoś chwycił go za kołnierz kolczugi.

 – Nic z tego sierżancie, nie tym razem. – Piętka krzyknęła mu do ucha. – Obiecaliśmy, a żołnierze dotrzymują obietnic. – Nagle jednym ruchem wyciągnęła topór z zza pasa i z głośnym okrzykiem ruszyła do przodu.

Okruszek położył prawą dłoń na rękojeści miecza. Wokół niego tłum żołnierzy tak brudnych, że trudno było odróżnić jedną armię od drugiej, nacierał na siebie nawzajem, szukając miejsca, w które najlepiej wbić broń. Fontanny posoki, wybite zęby i odcięte kończyny zaczęły wyściełać dno wzgórza, a mokra od deszczu trawa z brązowej stawała się czarna, pokryta wykopanym stopami walczących błotem.

Ktoś szturchnął go w plecy. Sierżant zatoczył koło i wyciągnął miecz, machając nim na oślep. Ktoś inny runął na niego, przewracając i przygniatając do ziemi. Okruszek zrzucił z siebie martwego żołnierza. W ulewie nie widział nawet czy był to wróg, czy przyjaciel. Bogowie na niebie i w ziemi. Zabijamy się. Zabijamy się nawzajem. W uszach wciąż słyszał waleczny krzyk Piętki, choć nigdzie nie było jej widać. Ludzkie kształty zlewały się w jedno, wymachując na oślep trzymaną w dłoniach bronią.

Okruszek zacisnął zęby i ruszył do przodu. Ciągle ktoś go trącał lub na niego wpadał, ale niedbale strząsał z siebie każdego, kto tylko się zbliżył, a jeżeli był za blisko, wysuwał w jego stronę ostrze miecza i nagle ciało, które jeszcze przed chwilą pełne było wigoru, stawało się bezwładne i opadało na ziemię. Na której było coraz mniej miejsca na stopy. Żołnierze przewracali się o ciała swoich przyjaciół, machając niezgrabnie rękami i upadając w grząski grunt.

Niedaleko przed sobą sierżant zobaczył wysoką postać, wymachującą dwuręcznym toporem i ludzi padających przed nią jak muchy. Halapunta nie patrzyła, w kogo wymierza, siekała bronią każdego, kto stanął jej na drodze. Okruszek widział, jak stary Siodełko pada w beznadziejnej próbie obrony swojej bohater przed ostrzem nieprzyjaciela, który chwilę potem został skrócony o głowę. Sierżant spoglądał w martwe oczy swoich przyjaciół i sam zadawał śmierć przyjaciołom innych ludzi. Czas przestał istnieć, świat się zatrzymał, a jedyne, co się liczyło to aby wrogów zginęło więcej niż kamratów. Cóż za przykry cel, zabić innych, aby samemu móc żyć. Ale Okruszek nie zamierzał się poddawać. Lubił swoje życie i miał nadzieję przeżyć jeszcze przynajmniej kilkanaście minut zbrodniczego szału. Zabity za zabitym przedostawał się coraz bliżej Halapunty, w uszach słyszał okrzyki żołnierzy i sam krzyczał razem z nimi, przerażony i zafascynowany ogniem walki.

Nagle poślizgnął się na mokrej trawie lub krwi i opadł na jedno kolano. Tyle wystarczyło, aby ostrze sztyletu nieprzyjaciela przetarło się o jego żebra. Kolczuga zahamowała impet ostrza, ale Okruszek i tak poczuł pieczenie. Nie było ono jednak tak groźne, jak czubek topora, który zmierzał właśnie w stronę jego głowy. Nie da rady, nie zdąży się schylić.

Topór opadł, a wraz z nim bezgłowe ciało żołnierza, który nim wymachiwał. Piętka otarła niedbale swoje ostrze o mundur zabitego i podała sierżantowi rękę. Krzyknęła coś, ale kiedy dał znak, że nie słyszy, machnęła ręką i już jej nie było. Przez chwilę nikt go nie atakował. Był to czas na zaczerpnięcie oddechu i otarcie potu z czoła, i już szarżował ponownie. Jeden zabity za drugim i kolejni.

Tylko że z każdym poległym żołnierzem pojawiał się następny. Morze ludzi nie miało końca, a na ziemi tworzyły się sterty trupów. Okruszek dyszał ciężko, prawe ramię bolało go tak bardzo, że ledwo nim ruszał, w boku szczypała rana po sztylecie. Nagle zachwiał się, przerażony, że nie da rady zrobić już kolejnego kroku. A walka wciąż nie zbliżała się do końca. Halapunta w dalszym ciągu siekła toporem, żołnierze dalej umierali, już nie tylko Siodełko, ale i Żaczyk i Kobyła, której jasne jak bezchmurne niebo oczy wpatrywały się teraz bez życia w czarne chmury nad wzgórzem.

Ktoś chwycił go za nogawkę spodni. Zamachnął się mieczem, gotów przeszyć kogokolwiek, kto odważył się do niego zbliżyć, ale zamarł w pół ruchu. Nawet nie dlatego, że ręka była zbyt ciężka, aby dokonać cięcia, ale dlatego, że pod stopami zobaczył młodego Antośka. Żył jeszcze, choć gdzieś z jego lewej strony płynęła krew w ogromnych ilościach, barwiąc ziemię wokół buta sierżanta. Okruszek schylił się i ostatkiem sił chwycił chłopaka z ziemi.

Sam nie wiedział, jak udało mu się dotrzeć do szerokiego dębu, pod którym wcześniej chronili się przed deszczem. Jakimś cudem albo zrządzeniem losu, bogowie pozwolili mu przeżyć, aby doświadczyć kolejnej straty. Okruszek ułożył Antośka na ziemi. Chłopak oddychał wciąż, ale lekko, urywanie, w płucach coś mu rzęziło okropnie. Ktoś na nich natarł, ale inny ktoś odparł atak dwoma długimi nożami. Okruszek zobaczył drobną sylwetkę i jasną czuprynę wystającą spod hełmu. Moon. Obok niej nieco wyższa i bardziej muskularna, ale wciąż dziewczęca. Piętka. I Mieczyk. Cała jego drużyna, ci, co pozostali, zebrali się przy nim, aby chronić go, podczas gdy on miał pożegnać jednego członka drużyny. Nie było szans, aby Antośek z tego wyszedł. Za dużo krwi, za mało czasu.

Okruszek pochylił się nad chłopakiem, który próbował coś powiedzieć, ale z gardła wydobył mu się tylko jęk. Ostatni oddech i już było po wszystkim. Sierżanta ogarnęła wściekłość na świat i na tę wojnę za marnowanie tak młodego życia. Poczuł nagły napływ sił, chwycił miecz w obie dłonie, wstał i …. coś nad nim eksplodowało, a jego ciało zostało wyrzucone w górę i uderzyło w drzewo. Opadł na ziemię niczym worek letnich buraków.

 – Bombardują nas! Odwrót w górę wzgórza! – usłyszał krzyk Piętki, a potem szybki odgłos stóp w ciężkich butach. Ktoś zatrzymał się przy nim.

 – Żyje? – Mieczyk

 – Oddycha. – Piętka – Ja biorę nogi, ty głowę.

Nagłe kołysanie przywróciło mu zmysły. Lepkie ręce chwyciły go za uszami i znalazł się nisko nad ziemią. Czuł, jak grunt porusza się przed nim, choć to raczej on był poruszany nad gruntem, ważne, że szybko się przemieszczał, jak najdalej od szalejącego ognia.

Kiedy opuścili go na ziemię, poderwał się od razu, ale zaraz upadł z powrotem na wznak. W głowie mu wirowało, przed oczami widział jedynie czerwone plamki, unoszące się w powietrzu, zraniony bok nieznośnie pulsował.

Popiół. Paleni ludzie i popiół tańczący na wietrze.

 – Sierżancie? Żyjesz sierżancie? Proszę żyj sierżancie, bo jak umrzesz, to ja będę musiała przejąć dowództwo.

 – Dobrze sobie radzisz Piętka. – wychrypiał.

 – Co mówi? – zapytał ktoś.

 – Coś majaczy, ale chyba wraca do siebie.

Druga osoba ukucnęła przed nim, dotykając lekko chłodnymi palcami żuchwy sierżanta. Po chwili tuż przed jego nosem zamachała dłoń.

 – Ile widzisz palców sierżancie?

 – Wszystkie Moon. Masz piękne dłonie.

 – Nic mu nie będzie. – powiedziała Moon.

 – Zwariował. – powiedziała Piętka.

Okruszek podparł się na rękach i wspierany przez kaprala i złodziejkę stanął na dwóch nogach. Wciąż słyszał krzyki i dźwięk broni, ale jakby z oddali. Potarł środkiem dłoni ucho, jednak gest ten nic nie zmienił.

 – Gdzie my jesteśmy? – rozejrzał się wokół. Walczących wciąż było widać, na samym szczycie wzgórza majaczyły sylwetki żołnierzy pchających się nawzajem, wymachujących niezidentyfikowanymi z daleka ostrzami i siekających swoje członki. Okruszek stał w miękkim mule, ale nic nie kapało mu na głowę. W którymś momencie tego szaleństwa deszcz przestał padać, pozostawiając ponury krajobraz pola bitwy, zabarwiony czernią i czerwienią. Słońce znikało już za horyzontem i Okruszkowi zdawało się, że tłum na wzgórzu rzednieje. Tu, gdzie stali jednak nie było nikogo.

Już miał głęboko odetchnąć, kiedy gdzieś po jego lewej stronie rozległ się kolejny wybuch.

 – Znaleźli nas, cholera!

 – Gdzie są?

 – Wychodzą z lewej, co robimy?

Bombardują nas – wyszeptał Okruszek bladymi wargami. A potem nieco głośniej z pewną nutką desperacji. – Bombardują nas! Co teraz, co robimy? – rozejrzał się po zmęczonych twarzach swoich żołnierzy, które…wcale nie były przerażone. Spoglądała na niego uśmiechnięta Piętka i Moon, za nimi szczerzył zęby Mieczyk, a obok niego wykrzywiał usta w dziwnym grymasie Ażurek.

– Co robimy, sierżancie? – Moon sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła z niej metalową kulę w kształcie małej pięści. – Ależ odpowiemy im tym samym.

Okruszek oniemiały patrzył, jak pozostali jego podwładni wyciągają dłonie, zaciśnięte na wybuchowych zabawkach.

– Ale jak?…Co? – Spojrzał na Moon. – Kiedy?

 – Sam powiedziałeś, że bomby mogą nam się przydać – wzruszyła ramionami. – a ja jestem naprawdę dobrym złodziejem. Najlepszym, można powiedzieć. – I po chwili. – Sierżancie.

Okruszek skinął głową i spojrzał na resztę.

 – Tylko tylu nas zostało?

 – Tylu udało mi się zebrać. – odpowiedziała Piętka. – Widziałam Powidło wciąż u boku Halapunty. Siodełko nie żyje. I Antośek…

 – Kopniak też. – powiedział Ażurek. – Zasłonił mię swoim sobą. Uratował życie, sierżancie.

 – I Kobyła. – mruknął Okruszek. – Padła pod toporem.

Przez chwilę wszyscy milczeli, chcąc uczcić pamięć swoich poległych przyjaciół. Nie był to jednak czas na wspomnienia, gdzieś w oddali znów coś wybuchło, ich armia przegrywała, a oni mieli w zanadrzu osiem sztuk eksplodującej broni.

Sierżant wstał i otrzepał nogawki spodni, choć był to gest bezcelowy, ponieważ cała jego odzież wraz ze zbroją oblepiona była zaschniętym błotem. Włosy lepiły mu się do twarzy, ale nie miał pojęcia, gdzie podział się jego hełm. Z ich wszystkich tylko Piętka wciąż pozostała w pełnej zbroi. I Moon, biorąc pod uwagę, że hełm i krótki miecz było wszystkim, co ze sobą zabrała.

– No dobra, drużyna. Pokażmy im, jak to jest dostać z własnej broni. Kto wie, może jeszcze zostaniemy bohaterami. – roześmiał się gorzko.

Zawtórował mu zgodny pomruk i kilka niepewnych uśmiechów.

 

 – Myślicie, że jeszcze tam są?

Zebrali się przy zejściu w dolinę, mając przed sobą głębokie bajoro, po lewej gorejącą walkę, a po prawej obóz nieprzyjaciela. Spoglądali jednak w stronę północnego zachodu, z której, jak widzieli wcześniej, leciały bomby. Nie wiedzieli, czy ktoś jeszcze ukrywa się wśród drzew, a w narastających ciemnościach nie mogli nic zobaczyć. Stanęli przed trudnym wyborem. Rzucać na oślep. Zaatakować obóz, w którym nie było teraz nikogo oprócz chorych i kalekich. Lub walnąć bomby tam, gdzie najwięcej się działo, co oznaczałoby zlikwidowanie przy okazji większości własnej armii.

 – Mamy osiem bomb, jak wiele możemy wykorzystać na chybił-trafił? – zapytała Piętka.

 – Najlepiej ani jednej. – odparł Mieczyk. – Na wypadek, gdyby odpowiedzieli ogniem.

– Już jakąś chwilę nie strzelali. – zauważyła kapral – Może im się skończyło?

– Albo kitrają na lepsze czasy. – odparł Okruszek. – Mieczyk ma rację, lepiej nie marnować.

– Dowódcy. – odezwała się Moon. Wszyscy spojrzeli na nią. – Najlepiej trafiać w dowódców. Zabijesz szefa i nie ma kto kierować, wszystko się sypie.

Okruszek potrafił zauważyć w tym logikę. Większość armii funkcjonowała na prostych zasadach. Rangi i tytuły były po to, aby łatwiej było wydawać i wykonywać polecenia. Kiedy ginął dowódca najwyższy stopniem, pieczę po nim przejmowała następna osoba w linii, tylko że im dalej, tym mniejsze doświadczenie w dowodzeniu. Osiem bomb wystarczyłoby, aby zmieść wszystkich dowódców, jeżeli tylko umieliby się do nich dostać, co było niemożliwe. Im wyżej byłeś, tym większa miałeś obstawę.

 – Niewykonalne. – mruknął sierżant.

 – Niekoniecznie – odpowiedziała Moon. – Widzieliście, jaki to potrafi zrobić chaos. Wystarczy się zakraść, podpalić, rzucić w odpowiednie miejsce i bum! Jeśli ich zaskoczymy, nie zdążą zareagować i jest duża szansa, że dowódca będzie jednym z zabitych.

 – A jeśli nie będzie?

 – Oj, Ażurek, Ty jak zawsze pesymista. Wtedy rzucamy kolejną. Bo co, w obóz walić? – Piętka spojrzała w kierunku rozłożonych namiotów. – To nie honorowo trochę.

 – Pewnie, że nie honorowo. W żaden obóz. Moon, jaki masz plan?

 – Złodziejka uśmiechnęła się diabelsko. Okruszek miał złe przeczucia.

 – Zdejmujcie ciuchy.

 

Umiejętność skradania się boso po mokrym gruncie w samej koszuli i z dłońmi zaciśniętymi na czułych bombach to coś, w czym być może specjalizują się złodzieje, ale na pewno nie byli farmerzy. Ani nowo mianowani sierżanci. Podczas szkolenia uczono ich, jak tropić i zachodzić wroga z flanki lub wyskakiwać niespodziewanie z zasadzki. Nikt nie mówił, że bycie półnagim na zimnie jest skuteczną metodą. Na szkoleniu jednak wygrywała teoria, powiązana z taktyką. Przygotowywano ich na podręcznikowe sytuacje, wynikające z dokładnego planowania i przewidywania. Podkradanie się do dowództwa wroga z kilkoma wybuchającymi kulkami z metalu nie wpisywało się w żadną rubrykę, która była tematem żołnierskich zajęć.

Okruszek starał się stąpać jak najciszej, jednak i tak wydawało mu się, że każdy jego krok rozbrzmiewa echem w dół doliny i dalej. Teoretycznie we wrzawie trwającej walki nikt nie powinien ich usłyszeć, w praktyce nie wiedzieli, kto czai się za następnym drzewem i każdy kolejny krok mógł być ich ostatnim.

Moon prowadziła ich pewnie, jakby znała każdy zakątek, każdą roślinę, każdą dziurę w ziemi. Jej drobne stopy omijały wystające gałęzie i ostre kamienie, które Okruszkowi wbijały się w skórę głębiej z każdym stąpnięciem. Sierżant przeklinał i zarazem błogosławił ciemność, która zawisła nad doliną Maślaną, pokrywając swoją powłoką nieprzyjaciół, ostre odłamki i kleiste błoto, ale pozwalając również na zbliżenie się do wroga na odległość, która dla Okruszka była stanowczo zbyt bliska. Mieli tylko jedną szansę i aby ją wykorzystać, musieli wykazać się odwagą i męstwem, której sierżant do tej pory nie widział chyba w żadnym ze swoich towarzyszy, a tym bardziej w sobie samym. A jednak byli tu i parli do przodu, pomimo wbijających się w stopy kamieni, pomimo chłodu, mroku i prawie pewnej śmierci, która czekała na nich, gdy tylko coś pójdzie nie tak.

Moon zatrzymała się nagle, dłonią nakazując im stać. Okruszek przestał się ruszać, stopy miał do kostek utytłane w błocie, a nad uchem słyszał świszczący oddech Piętki. Napięcie dawało się we znaki im wszystkim. Jeszcze kilka godzin temu wydawało się nieprawdopodobne, aby szli wprost na terytorium wroga, żeby zgotować śmierć tym, którzy dowodzili wojskami. Kilka godzin temu też nikt z nich nie przypuszczał, że dożyją do zmierzchu, a wciąż dychali, choć było ich mniej i każdy mógł naliczyć nową dawkę siniaków i zadrapań.

Okruszek spojrzał zza pleców Moon i zobaczył ich. Dwie ciemne figury przed postacią w długim płaszczu, dumną i dostojną, zapatrzoną w miejsce, w którym działo się najwięcej. Słabą widoczność zapewniały im stojące pochodnie, których blask rzucał długi cień na skwerek, w którym stał główny dowódca i jego strażnicy. O ile to był główny dowódca, nie mogli tego wiedzieć na pewno. A jednak musiał to być ktoś znaczący, umieli to poznać po napiętej postawie i zmarszczonych brwiach. Jak pasterz, wpatrujący się w swoje ukochane owce zjadane przez wilki. To porównanie pojawiło się w głowie Okruszka całkiem nagle i wcale nie był z niego zadowolony. Oblicze mężczyzny z długą brodą pokazywało nie tylko głęboką troskę, ale i gniew, i sierżant nie chciałby znaleźć się z tym mężczyzną twarzą w twarz.

Moon przykucnęła za drzewem, a reszta żołnierzy poszła w jej ślady. Stłoczeni w jednej kupie czekali na rozkazy i Okruszek dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to on ma być tym, który je wyda.

 – No dobra. – wyszeptał – Skąd wiemy, że to dowódca?

 – Widać chyba nie? – odezwała się za nim Piętka – Nie walczy.

 – Nasi dowódcy walczą. – mruknął Mieczyk.

 – Nasi tak, ale my to my, a oni to oni. Zawsze byli mądrzejsi. Dlatego wygrywają. Bo nie muszą ciągle zmieniać dowódców.

 – Czy jesteś pewna, że to ich generał? – Okruszek zwrócił się do Moon, która skinęła głową.

 – Słyszałam, jak do niego wołali, kiedy szłam po bomby.

 – I tylko dwóch strażników?

 – Może wysłał resztę do walki? Raczej nie spodziewa się, że ktoś zajdzie go z tej strony.

 – Pewnie nie, kto by to zrobił? Tylko jacyś szaleńcy.

Moon uśmiechnęła się i wskazała ręką na wzgórze.

 – Wszyscy są zmęczeni. Nie potrwa to już długo. Albo teraz, albo wcale.

Okruszek wyciągnął przed siebie metalową kulkę. Wyglądała całkiem niepozornie i tylko niewielki knot u nasady zdradzał jej prawdziwe przeznaczenie.

 – No dobra, więc jak to się robi?

Sierżant poczuł na sobie spojrzenia wszystkich żołnierzy.

 – Ktoś wie, jak to się robi, prawda?

 – Chyba trzeba zapalić… – odezwała się Piętka

 – Moon?

Złodziejka przestała oglądać dookoła swoją bombę.

 – Nie mam pojęcia, ale myślę, że Piętka ma rację. Przydałaby się pochodnia…

 – Pochodnia. – powtórzył Okruszek, ledwo powstrzymując śmiech, aby nie narobić hałasu. – Chcecie powiedzieć, że przeszliśmy to wszystko i odejdziemy z kwitkiem, bo nie mamy, czym zapalić bomb?

– Niech sierżant poczeka. – Piętka wetknęła rękę we włosy i wyciągnęła z nich cienki, krótki patyczek z pomarańczową główką. – Jakiś suchy grunt by nie zaszkodził – powiedziała – ściana albo szkło…nieważne – sięgnęła dłonią w dół i zaczęła grzebać przy nogawce spodni. Po chwili trzymała w dłoni drewniane pudełeczko, w którym znajdowało się jeszcze kilkanaście takich patyczków. – Wynalazek brata. Inżynier. Dajcie tu którąś z tych zabawek.

Kiedy Moon podpełzła do Piętki, ta trzymała już w dłoni dwa zapalone drewienka i gotowa była przyłożyć je do bomby. Płomień już migotał nad knotem, już prawie go dotknął…

 – Czekaj! – zawołał Okruszek

Dłoń Piętki zadrżała, wypuszczając patyczek, który podczas swojej drogi w dół, delikatnie musnął knot bomby.

Moon zaczęła się cofać, nie wypuszczając zapalnika z ręki. W ciemności nie widziała, gdzie idzie i wpadła na sierżanta, obalając ich oboje na ziemię. Przez ułamek sekundy Okruszek nie widział nic poza bombą, która delikatnie podskoczyła, wyślizgując się z dłoni złodziejki i zaczęła zmierzać bezlitośnie ku gruntowi. I oto jego wizja miała stać się prawdą… Zamknął oczy i chciał zatkać uszy, pewien rychłego zgonu, ale jego dłonie przyciśnięte były ciałem Moon. Musiał zadowolić się jedynie tym, aby nie patrzeć śmierci w oczy. Błogosławieni głusi, którzy nie muszą słyszeć jej cichego szeptu, gdy nadchodzi.

Tyle że nic się nie stało. Sierżant odczekał chwilę, a gdy był pewien, że minął czas, w którym wybuch z pewnością by nastąpił, otworzył oczy i zobaczył szerokie plecy Mieczyka, wymachującego ręką i wypuszczającego coś z dłoni.

Nastąpiło kilka sekund milczenia, a potem rozległo się głośne bum i niebo zabarwiło się na pomarańczowo.

 – Dawaj następną! – zawołała Moon, chociaż wcale nie musiała, bo Piętka już przykładała ognisty kijek do kolejnej bomby. Kiedy tylko zaczęła skwierczeć, złodziejka podbiegła do Mieczyka i rzuciła zapalnikiem do przodu. Po drugim wybuchu słychać było nie tylko szum tańczących na wietrze płomieni, ale również jęki poszkodowanych. Metalowe zabawki musiały trafić w cel, zwalając z nóg dowódcę i jego dwóch strażników, ponieważ nikt nie krzyczał, nie słyszeli też kroków, zmierzających w ich stronę, choć po wypuszczeniu drugiego zapalnika zaczęli uciekać skąd przyszli, na wypadek, gdyby ktoś jednak był w stanie ich gonić.

Zatrzymali się obok wysokiego głazu, wystającego z ziemi tuż za drzewami, kryjąc się w bezpiecznej ciemności, wśród gęsto rosnących drzew. Chwała bujnej roślinności i wilgoci, która ją rozwija.

 – Zobaczcie! – zawołała Moon, wskazując wzgórze, na którym nagle zrobiło się luźno. Tylko pojedynczy żołnierze stali jeszcze z bronią w rękach, ledwo trzymając się na nogach. W ciemności nie widać było barwy uniformów, ale sądząc po tłumie, zbiegających ze wzgórza w stronę miejsca, z którego buchały płomienie, Okruszek stwierdził, że wróg zawrócił w przekonaniu, że został zaatakowany od tyłu. Biorąc pod uwagę wszystko, co się wydarzyło, było w tym wiele prawdy.

 – Co teraz? – zapytała Piętka zmartwionym głosem i dopiero wtedy Okruszek zauważył, że linia żołnierzy jest zbyt szeroka, aby gładko zejść w dół i znaczna część z nich przebiegnie przez miejsce, w którym stali.

Musieli uciekać, ale było za późno, aby zrobić to niepostrzeżenie. Pozostało im tylko jedno wyjście.

 – Zapalać wszystkie bomby, już!

Zostało im sześć bomb i tylko cztery płomienne patyczki, na szczęście udało im się jedną podpalić dwa knoty. Stali nieruchomo, cała piątka, każdy trzymał po jednej bombie, Moon trzymała dwie. Syk zapalników mieszał się z odgłosem zbliżających się żołnierzy, tworząc wokół nich niezły szum.

 – Czekać! – zawołał Okruszek, zaciskając pięści na broni, którą sekundy dzieliły od wybuchu. Sierżant widział między drzewami ciemne sylwetki coraz bliżej i bliżej, ale wciąż… Ktoś obok niego szarpnął się nerwowo i Okruszek chwycił wolną ręką nadgarstek Piętki.

 – Czekać. – szepnął tym razem.

Sylwetki na tle drzew wciąż były jeszcze zbyt daleko, ale czas się kończył, a rozżarzone knoty prawie już dotykały metalowej obwódki.

 – Teraz! – krzyknął z całych sił, wyrzucając bombę daleko do przodu, celując w zbliżający się tłum. Jednocześnie od razu zaczął się cofać, nie patrząc, czy jego towarzysze podążają za nim. Miał nadzieję, że tak jest. Biegł ile sił w nogach, jak najdalej od miejsca, które za chwilę miało zająć się ogniem, ale wstrząs i tak podciął mu nogi i wylądował twarzą w brązowym mule. Przez chwilę leżał nieruchomo ogłuszony, ale szybko przypomniał sobie, co tu robi, i że najlepiej będzie jak najprędzej się oddalić. Podniósł głowę i spojrzał za siebie. Teren za jego plecami gorzał, okrzyki agonii wbijały się w mózg z taką siłą, że był pewien, iż nigdy ich nie zapomni. Świat płonął łuną gorejącego ognia i śmierdział swądem palonych ciał. Wszystko wokół wydawało się tak nierealne, że Okruszek przez chwilę miał wrażenie, że śni, ale nigdy, nawet w najgorszych koszmarach nie słyszał krzyków takiego bólu. Z pewnym przerażeniem pomyślał, że żołnierze, którzy od razu zostali rozerwani na strzępy, musieli mieć więcej szczęścia niż ci, dogorywający powoli. Gdyby sierżant był dobrym człowiekiem, nakazałby swojej drużynie zawrócić i pomóc rannym. W kodeksie każdej wojny istniała klauzula o jeńcach wojennych, którzy mieli mieć zapewnione bezpieczeństwo, pozostając więźniami na łasce wroga. Przez chwilę Okruszek spoglądał w realne piekło na ziemi, na pół zachwycony, na pół sparaliżowany ze strachu, świadomy, że to, co się co działo się w tym momencie, działo się też wcześniej, na wzgórzu, gdy Antośek i Żaczyk wciąż żyli.

Sierżant podjął decyzję i podniósł się z wysiłkiem. Wokół niego na nogi wstawały cztery inne sylwetki. Chwycił dłoń najbliższej z nich i przyciągnął do siebie.

 – Teraz cicho, wycofujemy się z powrotem na wzgórze. Trzymajmy się razem, żebyśmy się nie zgubili.

I ruszył do przodu, szczęśliwy, że ten jeden jedyny raz nawet Piętka nie odważyła się skomentować jego słów. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się.

 – Moon…może ty….

Dziewczyna wyprzedziła go, klepiąc lekko w ramię, po czym chwyciła za ramię i pociągnęła za sobą. Druga dłoń Okruszka zaciskała się na palcach kroczącego za nim Mieczyka, którego cieniem był Ażurek. Na końcu dreptała kapral. Pomimo zimna po plecach spływał mu pot, na szczęście palce szorstkie od krążącego w powietrzu pyłu nie ześlizgiwały się. Kroczyli sznurkiem do przodu, jak najdalej od miejsca rzezi, którą sami zgotowali. Niebo było już całkiem granatowe i tylko blask ognia dawał jakąkolwiek łunę światła.

 

 – Przysięgam, że to było tutaj.

 – Jesteś pewna, że nie gdzie indziej? Na prawo może bardziej? – zasugerowała Piętka.

 – Przecież pamiętam to drzewo. Rozłożysty konar i ta wielka gałąź.

 – A ile takich gałęzi w całej okolicy? – zapytał Okruszek.

 – Oj, sierżancie, na pewno nie. Poszukajmy dobrze, muszą gdzieś tu być.

 – Szukamy i szukamy, a ja dalej nic nie widzę. Musiałaś się pomylić.

 – Dobra, możemy spróbować pójść na prawo.

 – Nie.

 – Nie?

 – Nie. To rozkaz. Wracamy na wzgórze.

 – Tak, jak teraz?

 – Dokładnie. Mało tam poległych? Jak będzie nam zimno, założymy jakąś kurtkę. Właścicielom i tak już nie będzie potrzebna. Zresztą nie jesteśmy przecież nadzy. – Okruszek spojrzał na swoją drużynę, czując się nieco winny, że każe im maszerować pod górę w nocnym chłodzie w samym koszulkach i spodniach, bez butów nawet. Nie mogli jednak zostać tu ani chwili dłużej, na wypadek, gdyby któryś z wrogów wyszedł cało z masakry i postanowił się mścić. Poza tym mieli wrócić na pole bitwy jakby nigdy nic, prawdopodobnie i tak nikt nie zauważył ich nieobecności. A jak wytłumaczą brak zbroi i broni? Cóż, w ferworze walki wiele rzeczy można zgubić. – No już, Piętka, tylko bez łez. Rano wrócimy i poszukamy naszego cennego dobytku.

Cała czwórka ruszyła za nim. Wszyscy przemoczeni, przemarznięci i nieziemsko zmęczeni. Ale żywi. Czego nie można było powiedzieć o Antośku, Kobyle, Kopniaku i Żaczyku. Okruszek wciąż nie wiedział, co stało się z Powidło. Straty były duże, ale taka już rola tych, którzy przetrwali, że mieli wspominać poległych radośnie, przywołując w myśli momenty, gdy pijany kamrat zataczał się od ściany do ściany, żeby w końcu wyrzucić to, co miał w żołądku prosto pod nogi generała. Lub gdy koleżanka z armii zapomniała założyć bieliznę i pękł jej szew w spodniach. Wiele było zabawnych historii, dzięki którym żołnierze pozostawali żywi, nawet jeżeli pamiętali o nich tylko ci, którzy niebawem sami mieli umrzeć w kolejnej walce. Wojna trwała już tak długo, że Okruszek nie pamiętał, kiedy ostatni raz obudził się we własnym łóżku, ale to była jego pierwsza drużyna i choć straszliwie przerzedzona, wciąż skora do walki i pełna werwy. Właśnie przed chwilą dosłownie zmietli nieprzyjaciela z powierzchni ziemi, chyba należy im się za to jakaś nagroda?

 – Wygraliśmy! – kapitan Trąbka z szerokim uśmiechem na twarzy podszedł do Okruszka i poklepał go dziarsko po plecach, jakby przez ostatnie kilka godzin nie przecinał mieczem ludzkich członków. Wąsy miał prawie całkiem czerwone od zaschniętej krwi, policzki blade od chłodu, ale jego twarz wyrażała zadowolenie. – Gdzie zgubiliście zbroję, sierżancie, hę? Cała drużyna?

 – Yyy… gorąco się trochę zrobiło. Wie kapitan, jak to jest.

 – Widzieliście, jak spierdalali ze wzgórza? Jakby się co paliło, tak ich nastraszyliśmy. A potem wpadli sami we własną zasadzkę, widzieliście? To dopiero była scena!

 – Yyy… tak właściwie kapitanie to…

 – Kto by pomyślał, że sami sobie zgotują taki los.

 – Tak, kapitanie, tylko, że…

 – To była nasza sprawka kapitanie Trąbka. – Moon wysunęła się do przodu.

 – Twarz Trąbki spoważniała nagle.

 – Wasza sprawka? Co ty mówisz żołnierzu?

 – Melduję kapitanie, że wybuch powstał poprzez skradzione przez nas wrogowi materiały wybuchowe, które unisono rzuciliśmy w nadbiegających ze wzgórza przeciwników robiąc wielkie bum!

Okruszek miał wrażenie, że oczy kapitana wyjdą z orbit i powędrują przed siebie, taki był zdziwiony.

 – To prawda, sierżancie?

 – Tak jest, kapitanie Trąbka! – zasalutował Okruszek, uśmiechając się od ucha do ucha i przez tę chwilę, kiedy kapitan zaczął śmiać się tak bardzo, że Piętka musiała poklepać go po plecach, aby się nie udusił, nie miał pewności, czy przełożony mu uwierzył.

 – Cóż … – powiedział Trąbka, gdy udało mu się wydusić słowo. – Zdaje się, że generał będzie chciał z wami porozmawiać.

 

 

W pieśniach dzień po wygranej bitwie wita bohaterów pięknym, słonecznym uśmiechem. W prawdziwym życiu, jak już zacznie lać, to leje.

Okruszek stał przed namiotem dowodzenia, kolejny raz przemoknięty od stóp do głów. Przy nim w równym szeregu salutowali nowo mianowanemu generałowi Trąbce i Halapuncie pozostali członkowie jego drużyny: Kapral Piętka, starszy szeregowy Mieczyk oraz szeregowi Ażurek, Moon i Powidło, której udało się wyjść ze starcia tylko ze złamanym nadgarstkiem. Wszyscy nosili jednak świeże rany i nie każda z nich była widoczna na zewnątrz.

Trąbka uśmiechał się do nich spod płachty nawiniętej na wysoki badyl, trzymany przez jednego z żołnierzy, chroniącej go przed padającym deszczem. W dłoni trzymał pięć metalowych obręczy z insygniami armii, jakie zasłużeni wojownicy dostawali za swoje wspaniałe czyny.

 – Wczorajszy dzień był ważny dla nas wszystkich – zaczął swoją przemowę – Po raz pierwszy dwa bataliony wyruszyły wspólnie prosto na nieprzyjaciela. Nie był to zaplanowany atak z zaskoczenia i bardzo szybko przerodził się w krwawą jatkę, jak sami zauważyliście. – Głos generała zakłócał szum deszczu, wpadającego Okruszkowi do uszu. Dowódca jednak nie zwracał się do nich, a stojącej za nimi reszty armii. Jego drużyna była tylko obiektem uwagi, której wolałaby na sobie nie skupiać, ale cóż… taka jest cena bycia bohaterem. Gdyby tylko zimna i mokra dłoń przytknięta do czoła nie swędziała sierżanta tak bardzo, być może mógłby skupić się na słowach generała. Jakby tego było mało, padający deszcz i wilgoć zawsze sprawiały, że odzywał się jego pęcherz. Przestępując z nogi na nogę, uciekł więc myślami do ciepłego wnętrza rodzinnego domu, gdzie jako dziecko zawsze zachwycał się zapachem ciepłego chleba, otwierając szeroko oczy na widok topiącego się na pajdzie masła. Świetnie, a teraz jeszcze zaczęło mu burczeć w brzuchu. Wytworny poczęstunek po całej tej paradzie byłby szczytem marzeń, ale nie mieli szans na tak wiele dobra, bo zapasy miały nadjechać dopiero następnego dnia.

Wiele czasu upłynęło, zanim wszystkie ważne słowa zostały wypowiedziane, a poręcze rozdane. Nagle w tłumie za nimi rozległy się szumy i Okruszek stwierdził, że to już chyba koniec całego tego przedstawienia. W chwili, gdy miał opuścić dłoń, ktoś zaczął nucić i nagle tłum rozgrzmiał w starej, żołnierskiej pieśni śpiewanej na chwałę poległych żołnierzy. I chcąc nie chcąc Okruszek dołączył do chóru głosów, bo przecież trzeba było uhonorować tych, którzy nie wrócili. Łzy napłynęły mu do oczu, gdy wspomniał Siodełko i Kobyłę, wielkiego Kopniaka i niezdarnego Żaczyka, który ostatecznie odszedł jak prawdziwy bohater. I biednego kaprala Ospałka. I małego Antośka, zbyt młodego i prawie jeszcze niewinnego, choć wojna zdążyła zrobić swoje, zanim Kościsty upomniał się o niego.

 – I kto by pomyślał sierżancie, że wojny wygrywa się, rzucając wrogowi bombę w plecy.

 – Atak od tyłu Piętka to jedyny sposób, w jaki wygrywa się wojny. – odpowiedział Okruszek, gdy nareszcie mogli odejść do swoich namiotów. Choć odpoczywał całą noc, sierżant nie miałby nic przeciwko temu, aby położyć się na grubym kocu i przespać cały dzień.

 – Więc po co nas tylu, skoro piątka żołnierzy zrobiła całą robotę? – Moon uśmiechnęła się znad kubka ciepłej, parującej herbaty, którą wzięła nie wiadomo skąd.

 – Żeby odwrócić uwagę wroga, Moon. To się nazywa strategia.

 – Myślisz, sierżancie, że to już koniec? – zapytał Mieczyk – że pozwolą nam wrócić do domu?

Okruszek nie odpowiedział od razu, spoglądając na żołnierzy, wracających do swoich codziennych zajęć. Wystarczył jeden rzut oka, aby zauważyć przyjaźnie, romanse, więzi bliższe niż rodzina, nawet bliższe, niż zwykli przyjaciele, bo kto może znać żołnierza lepiej niż inny żołnierz? Koniec wojny? Ale po co?

 – Nie, Mieczyk. Zawsze jest jakaś wojna. – odezwała się Piętka – Poza tym, gdzie nasz dom, skoro nie tu?

Okruszek zauważył, że pozostała czwórka również spoglądała na codzienność swoich kamratów, którzy śmiali się pomimo strat, zmęczenia i złej pogody. Wszyscy się uśmiechali, no może z wyjątkiem Ażurka, ale jego twarz chyba nie potrafiła wykonać grymasu, który można byłoby uznać za uśmiech. Wyglądało na to, że każdy z nich czuł się na tej pustyni namiotów, jak u siebie. No właśnie, bo gdzie nasz dom, skoro nie tu?

Sierżant wiedział, że to nie koniec wojny, ale dalsze walki po raz pierwszy w życiu go nie przerażały. Przynajmniej, dopóki żadnej nie było na horyzoncie, choć wiedział, że za dwa, trzy dni, gdy znów pojawią się oddziały nieprzyjaciela, będzie srał ze strachu. Miał tylko nadzieję, że w pobliżu znajdzie się dużo drzew.

 – Dobra robota, sierżancie Okruszek, cała armia o was mówi.

Ukryta pod głębokim kapturem twarz generała Trąbki była prawie niewidoczna, nie licząc szerokiego, grubego popielatego wąsa, który wystawał poza materiał i cały ociekał wodą.

 – Paskudna pogoda, co nie sierżancie?

 – Tak jest, generale, paskudna. Miejmy nadzieję, że coś się wkrótce zmieni.

 – Oj zmieni się, zmieni Okruszek. Za kilka dni wyruszamy, będą nowe kampanie, nowi wrogowie. No wiesz…

 – Zawsze jest jakaś wojna.

 – Dokładnie, Okruszek, cieszę się, że mnie rozumiesz. – Trąbka poklepał Okruszka przyjacielsko po ramieniu. – Będzie mi się z tobą dobrze współpracowało, poruczniku.

Przez chwilę trwała cisza, zanim Okruszek zrozumiał, co właściwie powiedział jego przełożony.

 – Poruczniku?

Trąbka wzruszył ramionami.

 – Zdaje się, że biedny Badyl padł w przedostatniej bitwie…Nikt się nie zorientował w tym całym zamieszaniu. Trzeba go zastąpić, a któż lepiej nadaje się na porucznika niż rzutki sierżant Okruszek? Co nie?

– Tak jest, generale. – odpowiedział Okruszek tonem, który przeczył jego słowom.

Kiedy Trąbka odszedł, Okruszek pozwolił sobie usiąść, tak jak stał na mokrej ziemi, niepomny na to, że przez cienkie spodnie, do jego bielizny dostaje się mokry muł.

 – Gratulacje sierżancie, to znaczy poruczniku! – zasalutowała z uśmiechem Piętka.

Okruszkowi nie było do śmiechu. Obawiał się, że porucznik nie będzie mógł cieszyć się przyjemną ochroną drzew podczas bitwy.

Deszcz padał i padał, a bohaterowie, niczym zwykli ludzie, udali się na zasłużony odpoczynek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

No dobra, a gdzie tu fantastyka?

Nie przepadam za naparzankami, a tu nic innego nie ma. Czekałam chociaż na element fantastyczny, a tu nic.

Może to kwestia mojej niekompatybilności z tematyką, ale uważam, że tekst można skrócić bez szkody dla treści.

Interpunkcja kuleje. Wołacze, Vigasio, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Przy ciągłych dialogach ”sierżancie, to”, “kapralu, tamto” te braki rzucały się w oczy. Błędy w zapisie dialogów. Czasem coś poważniejszego.

a król sukcesywnym władcą.

Na pewno sukcesywnym? Są jeszcze inne słowa użyte niezgodnie z przeznaczeniem.

który jeszcze przed chwilą opowiadał mu o słodkich pierożkach, wypiekanych przez jego mamę na każde urodziny swoich trzech synów.

Pierogi najczęściej się gotuje. Można smażyć. Pieczenie to bardzo rzadkie podejście i nigdy nie spotkałam się z małymi pieczonymi pierogami.

A jeżeli będzie ich zbyt wiele to chyc w górę i szukać drzew.

Ojjj. Paskudny ortograf.

ale wstrząs i tak podciął mu nogi i wylądował twarzą w brązowym mule.

Co jest podmiotem na końcu zdania i dlaczego wstrząs?

Babska logika rządzi!

Podoba mi się historia drużyny, której koleje losu w jakiś sposób odzwierciedlająca dolę zwykłych żołnierzy. Członkowie drużyny, choć to postaci raczej nieskomplikowane, budzą sympatię choć muszę też wyznać, że poczułam żal, iż nie wszyscy dotrwali do końca. Ot, los żołnierzy…

Podoba mi się również, że do sprawy podszedłeś z dystansem i poza przedstawieniem scen walki i śmierci, w umiejętny sposób dodałeś też rozsądną dawkę niezłego humoru.

Mimo tych zalet nie mogę, niestety, powiedzieć, że Bezimiennych żołnierzy przeczytałam z przyjemnością. Vigasio, miałeś naprawdę fajny pomysł, ale, co stwierdzam z prawdziwą przykrością, okrutnie skrzywdziłeś go wykonaniem. Jest tu całe mnóstwo różnych błędów i usterek, zdarzają się źle skonstruowane zdania, wiele słów zostało użytych niezgodnie z ich znaczeniem, trafiają się powtórzenia, źle zapisane dialogi, a interpunkcję potraktowałeś po  macoszemu.

Mnie również brakło fantastyki. Opisanie bitwy, której uczestnicy walczą mieczami, toporami i w zbrojach to, moim zdaniem, zdecydowanie za mało.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące i znacznie lepiej napisane. Podejrzewam, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Więk­szość naj­lep­szych hi­sto­rii za­wie­ra sze­reg bo­ha­te­rów… –> Czy historie na pewno zawierają bohaterów, czy raczej bohaterowie występują w historiach?

 

aby wo­jow­nik mógł zo­stać okrzyk­nię­ty bo­ha­te­rem, wiel­ki do­wód­ca ge­nial­nym stra­te­giem, a król suk­ce­syw­nym wład­cą. –> Poznaj znaczenie słowa sukcesywny.

 

resz­ta kor­pu­su ka­pra­la znaj­do­wa­ła się pod drze­wem obok drze­wa, pod któ­rym kucał sier­żant. –> Brzmi to fatalnie.

 

którą wy­pra­wi­li sobie po uda­nym zwy­cię­stwie nad Rudą… –> Czy bywają też nieudane zwycięstwa?

 

po­tycz­ka pierw­sze­go ba­ta­lio­nu pie­cho­ty, w któ­rej zaj­mo­wał sta­no­wi­sko star­sze­go sze­re­go­we­go. –> Starszy szeregowy to nie stanowisko, to stopień wojskowy.

 

To przy­pa­dek spra­wił, że zo­stał wy­nie­sio­ny w górę aż o czte­ry sta­no­wi­ska1… –> Masło maślane. Czy mógł zostać wyniesiony w dół?

Co tu robi jedynka?

 

kie­ro­wa­ła się pro­sto w pierś Ma­jo­ra Cho­ral­skie­go… –> Dlaczego wielka litera?

Dlaczego w dalszej części opowiadania stopnie wojskowe kilkakrotnie piszesz wielką literą?

 

nie mieli am­bi­cji, aby wspiąć się wyżej i toć po­zo­sta­li na naj­niż­szych stop­niach w armii. –> Poznaj znaczenie słowa toć, które w tym zdaniu jest zupełnie zbędne.

 

roz­le­gał się las tru­pów. –> W jaki sposób trupy rozlegały się lasem?

Sprawdź, co znaczy rozlegać się.

 

Teren scho­dził tu nieco w dół… –> Masło maślane. Czy coś może schodzić w górę?

Proponuję: Teren obniżał się nieco

 

 – A…to tego… –> Brak spacji po pierwszym wielokropku. Ten błąd pojawia się wielokrotnie w całym opowiadaniu.

 

Mó­wi­łem Ci, że to złe drze­wo. –> Mó­wi­łem ci, że to złe drze­wo.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie w dalszej części upowiadania.

 

Zwłasz­cza je­że­li znaj­du­jesz się cał­ko­wi­cie na te­ry­to­rium nie­przy­ja­cie­la. –> Czy na terytorium nieprzyjaciela można znajdować się także częściowo?

 

Pięt­ka ze­rwa­ła się na nogi i za­czę­ła zbli­żać do niego w pod­sko­kach. –> Czy istniała możliwość, aby zerwała się inaczej, nie na nogi?

 

 – Prze­cież nic nie zro­bi­li­śmy. – za­wo­łał bar­czy­sty star­szy sze­re­go­wy Mie­czyk. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Deszcz lał z nieba stru­mie­nia­mi… –> Czy istniała możliwość, by deszcz lał skąd indziej?

 

Żoł­nie­rze wy­prę­ży­li się jesz­cze bar­dziej i za­sa­lu­to­wa­li sprę­ży­ście… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

 – Jakie mo­ra­le żoł­nie­rzu? –>  – Jakie jest mo­ra­le żoł­nie­rzu?

Morale nie ma liczby mnogiej.

 

pod­nio­sła kciu­ki do góry. –> Masło maślane.

 

i roz­wia­ną czu­pry­ną, która po­wie­wa­ła za nią ni­czym grzy­wa gry­fol­wa. –> Obawiam się, że czupryna, jako że to krótkie włosy, nie mogła powiewać za nią.

 

po­nie­waż oczy prze­sło­ni­ła jej za­sło­na z wło­sów. –> Brzmi to fatalnie.

 

Jego uwagi nie uszedł fakt, że jako je­dy­ni byli cał­ko­wi­cie uma­za­ni w bło­cie od stóp po głowy. –> Jego uwadze nie uszedł fakt, że jako je­dy­ni byli cał­ko­wi­cie uma­za­ni bło­tem, od stóp po głowy.

 

Nikt jed­nak się tym nie przej­mo­wał tak długo, szło się do przo­du. –> Nikt jed­nak się tym nie przej­mo­wał tak długo, dopóki szło się do przo­du.

 

Głos ma­sze­ru­ją­cych zmie­szał się z szu­mem desz­czu… –> Przed chwilą napisałeś: Kro­czy­li w bło­cie już pra­wie po ko­la­na… –> Czy można maszerować w błocie po kolana?

 

– A Ty Moon? sier­żant spoj­rzał na chudą zło­dziej­kę. –> – A ty, Moon? Sier­żant spoj­rzał na chudą zło­dziej­kę.

 

Cała do­li­na zro­szo­na jest bez­mia­rem barw­nych ro­ślin… –> W jaki sposób rośliny zraszają dolinę?

 

na­pa­wa­jąc po­wie­trze ra­do­snym na­stro­jem śpiew­ne­go….uhm…tak, latem jest tu pięk­nie. –> Czy powietrze można napawać? Brak spacji po wielokropkach. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Sier­żant wes­tchnął cięż­ko, prze­cie­ra­jąc ra­mie­niem szczy­pią­ce oczy. –> Obawiam się, że przetarcie oczu ramieniem chyba nie jest możliwe.

 

Hoho nie wy­obra­żasz sobie! –> Ho, ho, nie wy­obra­żasz sobie!

 

– K olej­ny po­mruk… –> Zbędna spacja.

 

wy­cią­gnę­ła topór z zza pasa… –> …wy­cią­gnę­ła topór zza pasa

 

Po­czuł nagły na­pływ sił, chwy­cił miecz w obie dło­nie, wstał i …. –> Zbędna spacja przed wielokropkiem, który powinien mieć trzy kropki.

 

Opadł na zie­mię ni­czym worek let­nich bu­ra­ków. –> Co to są letnie buraki?

 

– Za­sło­nił mię swoim sobą. –> – Za­sło­nił mnie sobą.

 

Z ich wszyst­kich tylko Pięt­ka wciąż po­zo­sta­ła w peł­nej zbroi. –> Z nich wszyst­kich

 

hełm i krót­ki miecz było wszyst­kim, co ze sobą za­bra­ła. –> Piszesz o dwóch rzeczach, więc:  …hełm i krót­ki miecz były wszyst­kim, co ze sobą za­bra­ła.

 

Albo ki­tra­ją na lep­sze czasy. –> To słowo, jako zbyt współczesne, nie powinno znaleźć się w tym opowiadaniu.

 

Kiedy ginął do­wód­ca naj­wyż­szy stop­niem, pie­czę po nim przej­mo­wa­ła na­stęp­na osoba w linii… –> Kiedy ginął do­wód­ca naj­wyż­szy stop­niem, obowiązki po nim przej­mo­wa­ła na­stęp­na osoba w hierarchii/ najwyższa stopniem

Poznaj znaczenie słowa piecza.

 

To nie ho­no­ro­wo tro­chę. – Pew­nie, że nie ho­no­ro­wo. –> To nieho­no­ro­wo tro­chę. – Pew­nie, że nieho­no­ro­wo.

 

ale na pewno nie byli far­me­rzy. –> Skąd farmerzy w tym opowiadaniu?

 

mu­sie­li wy­ka­zać się od­wa­gą i mę­stwem, któ­rej sier­żant do tej pory nie wi­dział chyba w żad­nym ze swo­ich to­wa­rzy­szy… –> …mu­sie­li wy­ka­zać się od­wa­gą i mę­stwem, któ­rych sier­żant

 

Słabą widoczność zapewniały im stojące pochodnie, których blask rzu­cał długi cień na skwe­rek, w któ­rym stał głów­ny do­wód­ca i jego straż­ni­cy. –> Skwerek na polu bitwy?

Blask pochodni nie rzuca cienia, cień rzuca coś, co przysłania pochodnie.

Poznaj znaczenie słowa skwerek.

 

śmier­dział swą­dem pa­lo­nych ciał. –> …śmier­dział swę­dem pa­lo­nych ciał.

 

świa­do­my, że to, co się co dzia­ło się w tym mo­men­cie… –> Zbędny grzybek w barszczyku.

 

Wokół niego na nogi wsta­wa­ły czte­ry inne syl­wet­ki. –> Wokół niego wsta­wa­ły czte­ry inne syl­wet­ki.

 

 – Moon…może ty…. –> Brak spacji po wielokropku. Po wielokropku nie stawiamy kropki.

 

kle­piąc lekko w ramię, po czym chwy­ci­ła za ramię… –> Powtórzenie.

 

Na końcu drep­ta­ła ka­pral. Po­mi­mo zimna po ple­cach spły­wał mu pot… –> Skoro to była pani kapral, to: Po­mi­mo zimna po ple­cach spły­wał jej pot

 

Kro­czy­li sznur­kiem do przo­du… –> Raczej: Kro­czy­li gęsiego do przo­du

 

Jak bę­dzie nam zimno, za­ło­ży­my jakąś kurt­kę. –> Jak bę­dzie nam zimno, za­ło­ży­my jakieś kurt­ki.

 

wy­buch po­wstał po­przez skra­dzio­ne przez nas wro­go­wi ma­te­ria­ły wy­bu­cho­we, które uni­so­no rzu­ci­li­śmy w nad­bie­ga­ją­cych ze wzgó­rza prze­ciw­ni­ków ro­biąc wiel­kie bum! –> Na czym polega rzucanie unisono.

 

Cóż … – po­wie­dział Trąb­ka… –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Wiele czasu upły­nę­ło, zanim wszyst­kie ważne słowa zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne, a po­rę­cze roz­da­ne. –> Czy aby nie miały to być przypadkiem obręcze?

 

ktoś za­czął nucić i nagle tłum roz­grz­miał w sta­rej, żoł­nier­skiej pie­śni śpie­wa­nej na chwa­łę po­le­głych żoł­nie­rzy.  –> …ktoś za­czął nucić i nagle w tłumie rozbrzmiała sta­ra żoł­nier­ska pie­śń, śpie­wa­na na chwa­łę po­le­głych żoł­nie­rzy.

 

Moon uśmiech­nę­ła się znad kubka cie­płej, pa­ru­ją­cej her­ba­ty, którą wzię­ła nie wia­do­mo skąd. –> Rozumiem, że Moon wzięła herbatę nie wiadomo skąd, jednak ciekawi mnie, skąd w ogóle herbata w tym opowiadaniu?

 

Poza tym, gdzie nasz dom, skoro nie tu? –> Raczej: Poza tym, gdzie nasz dom, jeśli nie tu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka