- Opowiadanie: Karol123 - Pocałunek Zgnilca

Pocałunek Zgnilca

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

CountPrimagen, Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Pocałunek Zgnilca

Tanka i Płonka grały w klasy. Króciutkie wierszyki urozmaicały zabawę. Kiedy jedna z dziewczynek rymowała, druga przypatrywała się z zaciekawianiem i czekała na swoją kolej. Opodal, obok trzepaka leżały już niepotrzebne, splątane kolorowe skakanki, oranżada w plastikowej butelce i kawałek zielonej kredy, która wcześniej posłużyła do narysowania pola do gry.

Płonka bez trudności pokonała wszystkie ponumerowane okienka i wyskoczyła poza wyznaczony obszar.

– Ha! – zawołała ucieszona.

W oddali ktoś spacerował z psem. Palił papierosa, ustawicznie szarpał smycz. Nagle zaklął głośno. Ochrypnięty i niski głos mężczyzny powodował, że jego bluzgów nie można było przypisać do innej osoby. Na osiedlu wszyscy znali Samira Krogulaka – nieprzyjemnego typa o opinii pijaka i awanturnika.

Jakiś nieznajomy staruszek siedział na ławeczce i przypatrywał się opadającym z drzew liściom. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. A może wspominał lepsze czasy? Tak czy siak, wyglądał na skonsternowanego, wzrok miał dziwny…

Kolej Tanki. Dziewczynka rzuciła antracytowy kamyczek, który trafił w odpowiednie pole. Płonka, nieco zdyszana, ale zadowolona, przycupnęła na małym, pokrytym trawą wzgórku tuż obok trzepaka. Wygrywała, bo była już na szóstym polu, a jej koleżanka, po pięciu nieudanych próbach, dotarła dopiero na trzeci kwadrat.

– Jej! – krzyknęła dziewczyna, chwaląc popis Tanki. – Udało ci się.

– Wreszcie. Tyle skuch…

– Chwila przerwy?

– Mhm.

Krogulak wykonywał drugie okrążenie wokół boiska – popękanej powierzchni asfaltu z czterema rdzewiejącymi słupami, które służyły jako bramki. Biała farba, którą namalowano pasy, starła się już dawno temu. Mężczyzna wyglądał tak, jakby był na kacu albo ciągle pijany: mówił do siebie, głównie klął, ciągle pocierał czoło, chód miał dziwny i traktował psa gorzej niż zwykle.

Obie dziewczyny zostały przez matki przestrzeżone przed sąsiadem. Nie podchodzić, nie rozmawiać, opcjonalnie powiedzieć dzień dobry. Jednak to były niepotrzebne rady; Tanka i Płonka bały się Krogulaka i omijały go szerokim łukiem. Teraz obie siedziały na skrawku trawy, wsparte o wyciągnięte do tyłu ręce, starając się nie zwracać uwagi na coraz bardziej wulgarnego mężczyznę.

Płonka, wypiwszy resztę oranżady, zauważyła, że siedzący na ławce zgarbiony staruszek ciągle wpatruje się w kolorowe korony drzew. Podzieliła się spostrzeżeniem z przyjaciółką, która bawiła się gumową skakanką. Tanka, zerknąwszy na samotnego obserwatora, jedynie wzruszyła ramionami.

– To nie dziwne? – dociekała Płonka. – Gapi się i gapi, już z dziesięć minut…

Z bloku z numerem osiem wyszedł Adam Czerwiński, niosąc worek ze śmieciami. Pomachał dziewczynom, które z uśmiechem na twarzach odwzajemniły pozdrowienie. Sympatyczny gość. 

– Pamiętasz te pyszne cukierki, które rozdawał w zeszłym roku? – rozmarzyła się Tanka.

– Mniam! Jasne, że pamiętam, zjadłam wtedy chyba cały worek!

Miłe wspomnienie spowodowało, że Płonka zapomniała o staruszku. 

Bury kundel z białymi łapami najwyraźniej zrobił coś, co rozeźliło właściciela, ponieważ ten huknął, aż wrony odleciały z parapetów, murków i nielicznych iglaków. Staruszek oderwał wzrok od drzew i zdziwiony spojrzał na wściekłego mężczyznę.

– Ruszaj się, wyciruchu! – wrzasnął Krogulak.

Zgnilec siedział na gałęzi i chichotał.

Tanka westchnęła głęboko i zakryła usta, kiedy pierwszy cios dosięgnął żeber psa. Nastąpiły jeszcze dwa kopniaki; sądząc po przeraźliwym skomleniu zwierzęcia – mocniejsze. Krogulak, klnąc, wlókł psa po asfalcie.

Adam Czerwiński, który jeszcze nie zdążył wyrzucić śmieci, postanowił interweniować.

– Halo! Eej, co tam wyprawiasz?! – zawołał, przyspieszając. Od kontenera do drugiego końca boiska było niecałe sto metrów. – Zostaw tego psa, do cholery!

Płonka złapała przyjaciółkę za ramię. Obie dziewczyny zamarły i w milczeniu przyglądały się scenie. Co mogły więcej zrobić? 

Staruszek wstał, rozejrzał się niepewnie, jakby chciał znaleźć jeszcze kogoś do pomocy. Dzierżył solidną laskę wykonaną z drewna pieprzowego z zaokrąglonym uchwytem, ale nawet wyposażony w tak porządną broń miał zbyt wiele lat na karku, żeby brać udział w podobnych awanturach. I jeszcze to straszydło… Starzec spojrzał na dąb, ale nie zobaczył nic oprócz żółtych, rdzawych i czerwonych liści.

Zgnilec skrywał się za pniem drzewa.

Było dosyć ciepło jak na późne październikowe popołudnie, jednak zachmurzone niebo groziło opadami deszczu. Tanka mimowolnie wzdrygnęła się; nie wiedziała, czy to przez silniejszy podmuch wiatru, czy też przez coraz bardziej napiętą sytuację: Czerwiński krzyczał, a Krogulak, jak opętany, nie zwracał na nic uwagi, tylko ciągnął coraz mocniej i mocniej. Zawzięcie, z pasją w oczach i mocno zaciśniętymi zębami, jakby początkowa irytacja obudziła w nim żar. Pies skomlał i szarpał się, pewnie także tracił oddech. Musiało boleć.

Senior, chociaż nie miał zamiaru zbliżać się do boiska, uniósł wysoko laskę i zachrypniętym głosem pogroził niegodziwcowi:

– Chuliganie!

Tymczasem Czerwiński był tuż, tuż. Nie wiedział, czemu nie zostawił worka przy kontenerze, tylko truchtał z nim przez całą drogę. Upuścił balast, podbiegł do Krogulaka i chwyciwszy w dłoń skórzaną, popękaną smycz, pchnął mężczyznę.

Nigdy nie przypuszczał, że wda się w bójkę z najbardziej podejrzanym typem na osiedlu. Ale ktoś musiał powiedzieć nie. To była dobra okazja i najwyższy czas. Adam zastanawiał się czasami, po co pies takiemu typowi jak Krogulak. Czemu go w ogóle wyprowadza, skoro jedynie wyżywa się nad stworzeniem? Jest aż tak złym człowiekiem, że robi to tylko po to, żeby znęcać się nad zwierzęciem?

Pijaczyna, kiedy uświadomił sobie, co się stało, zaryczał jak rozeźlona bestia. Tego ranka chyba jednak nie pił alkoholu, ponieważ poderwał się z ziemi równie szybko, jak upadł.

– Czego się wtrącasz, szmato? – warknął.

Nacierając na cofającego się Czerwińskiego, groził. Groził, że zabije.

– Jak psa. Dosłownie. Bo zajebię najpierw kundla, a potem ciebie.

Dziewczyny nie mogły uwierzyć, że ich sąsiad mógłby spełnić tę ohydną groźbę. Niemożliwe… Owszem, to pijak, krzyczy tak głośno, że słyszy go pół bloku, i w dodatku okropnie cuchnie… Ale nie mógłby zabić! Nie tego biednego psa i superfajnego pana Czerwińskiego, który zawsze się uśmiecha i rozdaje cukierki na święta!

– Oddaj smycz – syknął Krogulak. Na chwilę zamknął oczy i potarł czoło, jakby coś go bolało. Jakby coś siedziało w jego głowie.

Czerwiński pożałował, że wtrącił się w sprawę, która go nie dotyczyła. Przecież Samir od dawna zachowywał się jak przestępca i nikt nie reagował. Czemu on, zwykły urzędnik, niezbyt postawny, z lekką nadwagą i rodziną na utrzymaniu, musiał rozeźlić faceta, który najwyraźniej zdolny jest do czynów gorszych niż znęcanie się nad psem?

– Spokojnie. Nie rób niczego, czego mógłbyś potem żałować.

– Gnido…

Krogulak zamachnął się, aż coś strzeliło mu w łopatce.

Zgnilec, ciągle ukryty za drzewem, pełen zapału i energii, przeskakując żwawo z nogi na nogę, wykonał bliźniaczy cios, który przeciął powietrze. Natomiast pięść Samira wylądowała na twarzy Czerwińskiego, który padł na worek ze śmieciami, chlapiąc krwią z rozbitego nosa. 

Zgnilec śmiał się i śmiał.

Tanka i Płonka westchnęły, nie mogąc uwierzyć, że miły pan Czerwiński dostał w twarz.

Krogulak ryknął triumfująco i szykował się, żeby dokopać półprzytomnemu samozwańczemu stróżowi prawa.

Pies, jakby honor zwyciężył w nim nad tchórzostwem, wpadł między mężczyzn i zaczął zawzięcie szczekać. Agresor chciał złapać zwierzę i, jak obiecał, zabić, jednak czworonóg szybciutko umknął na drugi koniec boiska.

Czerwiński zrozumiał, że musi natychmiast wstać. Trzymając się za nos, zgramolił się z czarnego worka, z którego wysypały się śmieci. Między innymi butelka po piwie. W starciu z silniejszym przeciwnikiem potrzebował jakiejś broni, więc chwycił lepką szyjkę i z trudem stanął na równe nogi.

Krogulak syknął.

– Butelką? Na mnie, robaku? Nie trzeba było wstawać…

I znów ruszył, żeby ponownie uderzyć Czerwińskiego, jednak przecenił swoje możliwości. Uzbrojony sąsiad zwinnie uchylił się, a potem grzmotnął przeciwnika prosto w czoło.

Tanka i Płonka chciały się cieszyć, kiedy butelka trafiła w cel, jednak szybko zrozumiały, że zbir nie został jedynie obezwładniony. Z czarnych, tłustych włosów powalonego kapała rdzawa ciecz…

– Czy to…? – zapytała Tanka.

Czerwiński wybałuszył oczy.

– O Boże, o Boże… – powtarzał i kręcił się u stóp nieruchomo leżącego sąsiada.

Pies zawył doniośle, może nawet trochę dramatycznie.

 Płonka wstała, jednak nadal nie widziała dobrze. Niepewnie ruszyła przed siebie.

– Co robisz? – Tanka złapała przyjaciółkę za nadgarstek.

– Chcę zobaczyć.

– Chcesz zobaczyć co?

– Po prostu… daj mi to zrobić, puść!

Rudowłosa gwałtownie wyszarpnęła rękę z uścisku towarzyszki. Tanka zdumiała się, że jej przyjaciółka zareagowała tak gniewnie. Co ją opętało? 

Płonka szła powoli, ale zyskała pewność: chce to zobaczyć. Jeśli Krogulak rzeczywiście… ona musi to zobaczyć.

Tanka niechętnie i z oporem ruszyła za przyjaciółką.

Robiło się coraz zimniej i ciemniej. Październikowe szare chmury rozpostarły się nad niskimi blokami.

Nikt – żaden przechodzień, wracający z pracy lub ze sklepu mieszkaniec osiedla bądź nawet ciekawska krzyków osoba, która zerka przez okno – nie widział zdarzenia. Jedynie dwie dziewczyny, starszy mężczyzna. I…

Zgnilec o mało nie pękł z radości, widząc, że do organizmu, w który wlał swoją pasję, zbliżają się kolejne istoty. Skończył z jedną kreaturą, a inne już pchają mu się w łapy. Jak oni to opisują: malutkie, milutkie, niewinne i tak dalej… Dobrze. Najleeepiej.

Dziewczyny, podchodząc do niedającego znaku życia Samira, coraz wyraźniej widziały krew wypływającą z tyłu jego głowy, która tworzyła okrągłą, ciągle rozszerzającą się plamę. Ten widok słusznie skojarzył im się ze złotą aureolą, która zazwyczaj towarzyszyła świętym na obrazach. Tylko że ta miała kolor ciemnego soku wiśni, a Krogulak wcale, a wcale nie przypominał świętego.

Także staruszek zaczął dreptać w stronę miejsca zdarzenia. Uważnie obserwował otoczenie, ciągle zerkał na dąb, jakby drzewo było zaczarowane, robił krok do przodu, po czym zatrzymywał się i długo stał jak słup soli.

Zgnilec to radośnie przeskakiwał z nogi na nogę, to wyglądał zza pnia dębu.

Białe adidasy Czerwińskiego piszczały na asfalcie. Mężczyzna nerwowo kręcił się między Krogulakiem a rozerwanym workiem ze śmieciami. Uświadomił sobie, że ciągle trzyma w dłoni butelkę. A raczej jej część – była to sama szyjka z ostrymi krawędziami. Z obrzydzeniem rzucił ją na śmierdzącą stertę.

Wzrok Płonki na chwilę oderwał się od ciała. Dziewczyna oceniła, że to nie butelka spowodowała zgon, a wystający płat pękniętego asfaltu, w który uderzyła głowa Samira. Poczuła dziwne gorąco w klatce piersiowej i zamęt w głowie.

Wtedy Czerwiński otrząsnął się z szoku.

– Dziewczynki!

Płonka i Tanka jednocześnie drgnęły i podskoczyły.

– Nie zbliżajcie się! Biegnijcie do domu i dzwońcie na pogotowie! Nie ma czasu – wysapał, trzymając się za nos, z którego nadal ciekła jucha. – Biegnijcie. Już, już!

Tanka pociągnęła przyjaciółkę za rękę i z ulgą stwierdziła, że ta nie stawia oporu. Po chwili dziewczyny biegły obok siebie, zmierzając w stronę bloku z numerem osiem.

 

***

 

Marta przytuliła obie dziewczyny – swoją córkę i Płonkę.

– Tak mi przykro, że musiałyście to oglądać – powiedziała. – Nic wam nie jest?

– Nie. – Pokręciły głowami, chociaż przed oczami ciągle miały obraz martwego człowieka, po którego przyjechała karetka. Którego zawinęli w czarny worek i zabrali.

– Możemy już iść do mojego pokoju? – Tanka zapytała matkę.

Marta popatrzyła z troską na dziewczęta.

– Dobrze – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Płonka, kochanie, twoja mama wróci dopiero jutro?

– Mhm.

– A tata?

– Dzisiaj, ale późno.

– Możesz spać u nas. Przygotuję ci łóżko na później.

– Dziękuję pani, nie trzeba, będę spać z Tanką.

Kiedy drzwi zatrzasnęły się za dziewczynami, Marta podniosła słuchawkę, wyjęła pogięty notes z szuflady komody i wykręciła numer do Anastazji Troczyńskiej – matki Płonki – która, pracując na drugą zmianę jako pielęgniarka, jeszcze nie wiedziała, że pod ich blokiem zabito człowieka. Nikt nie odbierał. Jak zwykle. Siedzący w fotelu w salonie Hektor poradził żonie, żeby spróbowała później, z kolei on pojedzie swoim polonezem do Lwa Troczyńskiego. Powie, co się stało, uspokoi, że jego córka jest cała i zdrowa.

Była osiemnasta trzydzieści, za oknem ciemno. Gęste zbiorowisko gapiów dawno rozeszło się do domów, a policja i sanitariusze odjechali z miejsca zdarzenia. Coraz gwałtowniejszy wiatr wznosił suche liście tak wysoko, że sięgały trzeciego piętra i stukały w okna.

Chociaż grzejniki zostały ustawione na najwyższy poziom, Tanka wyjęła z szafy dwa swetry – jeden dla siebie, drugi pożyczyła Płonce, która usadowiła się na łóżku.

Tanka usiadła na krześle przy biurku. Czekała kilka minut, aż przyjaciółka wyjaśni, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej, jednak rudowłosa najwyraźniej nie była w nastroju do zwierzeń.

– Dlaczego to zrobiłaś? – zagadała w końcu.

– Dlaczego zrobiłam co? – Płonka, choć wiedziała, o co jest pytana, starała się uniknąć niezręcznego tematu.

– Wiesz, o co mi chodzi. Po co tam poszłaś?

– Byłam po prostu ciekawa.

– I tyle?

– No.

– Widziałaś krew i w ogóle…

– Ty też, prawda?

– Tylko przez moment. A ty… przez chwilę miałam wrażenie, że podejdziesz do niego i, no wiesz, dotkniesz jego ręki, czy coś.

– Yy-hyyy, za żadne skarby świata. – Płonka zaśmiała się, trochę fałszywie, ale chyba przekonała przyjaciółkę. Rzeczywiście, czuła się wtedy jak zahipnotyzowana i byłaby w stanie uklęknąć przy ciele Krogulaka i dotknąć jego skóry, może nawet wetknąć palec w plamę krwi. Ale wiedziała, że nie może o tym powiedzieć Tance. Nie zrozumiałaby. Ona sama nie rozumiała. – Gdyby ktoś cofnął czas, nie poszłabym tam znowu. Nawet nie wyszłabym na podwórko.

– Dobrze, że pan Czerwiński kazał nam pobiec po pomoc. Przynajmniej nie musiałyśmy tam dłużej sterczeć.

– Mhm.

– Myślisz, że pójdzie do więzienia?

– Chciał tylko pomóc. A potem bronił się. Poza tym… Nie, nie chcę tego mówić.

– Co, co?

Płonka westchnęła głęboko.

– Przysięgnij, że nie pomyślisz, że jestem jakaś nienormalna, bez sumienia, czy coś.

– Jej, przysięgam.

– Dobrze. Mówimy o Krogulaku. Mam na myśli, wiesz, to tylko Krogulak.

– Jak to?

– No, to nie był miły człowiek. Każdy o tym mówi, moi rodzice też. Bije, znaczy się, bił żonę. Widziałaś, jak traktował psa.

– Tak, ale…

– Pan Czerwiński zrobił to, co musiał.

– Tak, ale…

– Według mnie dobrze się stało.

W pokoju zapanowała cisza. Tanka nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, natomiast Płonka nagle zawstydziła się swoimi słowami. Nie powinna tego mówić, nawet jeśli tak uważała.

Minęło kilka długich, krępujących chwil, zanim otworzyły się drzwi i Marta weszła do pokoju z talerzem pełnym kanapek i dwoma filiżankami herbaty.

– Zjedzcie coś – powiedziała i umieściła naczynia na małym stoliku przy łóżku. Westchnęła. – Jutro będziemy musieli jechać na policję.

– Na policję? – dziewczyny zapytały unisono.

– Złożyć zeznania – wytłumaczyła kobieta.

W progu stanął Hektor, w jednej dłoni trzymał papierosa, w drugiej – popielniczkę. Nie wyglądał na zmartwionego, być może nawet podzielał zdanie Płonki na temat śmierci sąsiada. A może to tylko maska, która miała skryć prawdziwe uczucia, jakie buzowały w ciele mężczyzny? Przecież Hektor Finkiewcz i Samir Krogulak byli kiedyś przyjaciółmi. Chodzili do jednej klasy, po lekcjach jeździli na rowerach, a wieczorami trzęśli się ze strachu, oglądając stare horrory. Potem, kiedy weszli w życie dorosłe, nadal utrzymywali przyjazne stosunki. Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. Samir Krogulak stał się człowiekiem zamkniętym w sobie, cichym. Z czasem zaczął nadużywać alkoholu i przeszedł kolejną przemianę: z posępnego i zgorzkniałego człowieka przeistoczył się w miejscowego prostaka, który bije żonę, być może także córkę.

– Co się tam w ogóle stało? – zapytał Hektor.

– Jutro – zaprotestowała Marta. – Idźcie już spać.

To był dziwny, dziwny dzień, o którym Tanka i Płonka najchętniej by zapomniały.

W końcu przebrały się do snu, a potem położyły obok siebie, na jednym łóżku.

 

***

 

Dziesięć minut po tym, kiedy dziewczyny usnęły – jednocześnie, jak na komendę – po drugiej stronie drzwi pojawił się Zgnilec. Położył siwą łapę z tępymi, ale twardymi pazurami na klamce, która natychmiast powędrowała w dół. Drzwi zaskrzypiały, cicho, na tyle cicho, że nie wywołało to żadnej reakcji ze strony śpiących. Zgnilec, człapiąc na zgiętych w kolanach kościstych nogach, które wyglądały tak, jakby zostały ulepione z ciasta, wszedł do środka. Chichotał.

Z żądzą popatrzył na wybrany przez siebie organizm. Zaropiałe, białe jak kość słoniowa oczy nie wyrażały nic, ukazywały jedynie pustkę; wkrótce miały się wypełnić złem. Uśmiech Zgnilca był perfidny, niczym u żartownisia, który obserwuje efekty swego dowcipu. Łapy drżały mu z podniecenia, tarł nimi o siebie, jak złoczyńca ze starych kreskówek.

Przybliżył łysy łeb do wystających spod kołdry głów: ułożonych obok siebie kasztanowłosej i rudej.

Tanka poruszyła się niespokojnie. Zły sen? A może poczuła odór, którego źródłem był upiorny przybyły? Zgnilec zachichotał jeszcze raz i upomniał się, że nie może tego więcej robić, ponieważ któraś ze śpiących może się obudzić i zacząć wrzeszczeć na całe gardło. Nie miał pewności, czy akurat te dwa żyjątka są na tyle wrażliwe i spostrzegawcze, aby ujrzeć czyste zło, jednak wolał nie ryzykować.

Kreatura grzbietem łapy odgarnęła rude włosy Płonki, po czym zbliżyła kanciasty łeb do jej okrągłego czoła. Lepkie, rybie wargi przylgnęły do gładkiej, bladej skóry dziewczyny.

To wszystko.

Ten jeden moment.

Stwór odsunął się od łóżka i na środku pokoju wykonał kilka niezdarnych i koślawych, ale za to energicznych ruchów, które miały być czymś w rodzaju tańca. Przypominało to indiański rytuał przywoływania deszczu.

Zgnilec po raz ostatni spojrzał na Płonkę. Skóra na jej czole marszczyła się, brwi wędrowały w dół, zęby zgrzytały, a usta aż pobielały, tak mocno je zaciskała. Zgnilec liczył, że dziewczynie śni się coś potwornego.

Złożył pocałunek nienawiści, mógł więc odejść.

 

***

 

Następnego dnia Tanka i Płonka miały o wiele lepsze humory, jednak nadal nie potrafiły wyrzucić ze swych myśli okropnego obrazu. Zastanawiały się, co się stanie z panem Czerwińskim i jakie pytania będą zadawać policjanci. Hektor oznajmił, że po szkole odwiezie dziewczyny na posterunek, gdzie opiszą całą sytuację. Potem będą mogły się cieszyć ciepłym, październikowym popołudniem.

Płonka pobiegła do swojego mieszkania, żeby się przebrać i uspokoić na pewno zmartwionych rodziców. Nie wiedziała, że jej mama i tata, Anastazja i Lew, przyszli w nocy do Finkiewiczów – nieświadomie wpuszczając do środka pokracznego, skarłowaciałego demona – żeby porozmawiać o tym, co się stało. Rodzice Tanki uspokoili gości. Dziewczyny śpią, nic im nie jest, nie brały udziału w zdarzeniu, były tylko, niestety, jego świadkami.

W szkole przyjaciółki musiały odganiać się od natrętnych ciekawskich, którzy dopytywali o szczegóły tematu dnia. Na początku postanowiły, że nie zaszkodzi zdradzić co nieco i opowiedzieć, w jaki sposób Samir Krogulak poniósł śmierć, jednak z każdą godziną rówieśnicy chcieli wiedzieć więcej.

Długo się bili?

Kto wygrywał?

Gdzie teraz jest butelka? Macie ją?

Widziałyście krew? Powiedzcie, powiedzcie!

Jak on wyglądał?

Krzyczałyście?

Tanka i Płonka odetchnęły, kiedy ostatni dzwonek dał znać o końcu lekcji. Pośpiesznie wybiegły ze szkoły, żeby nie natknąć się na kolejnych żądnych informacji dzieciaków, i wpadły na tylne siedzenia poloneza Hektora.

– Cześć, tato.

– Dzień dobry, proszę pana.

Podczas krótkiej drogi do komisariatu, Tanka zauważyła, że jej przyjaciółka co jakiś czas krzywi się, jakby z bólu, i dotyka palcami czoła.

– Boli cię głowa?

– Hmm, co?

– Mam w schowku tabletki, jeśli chcesz – oznajmił Hektor, parkując.

– Nie, dziękuję, wszystko ok.

Cała trójka wysiadła z samochodu i udała się na komisariat.

 

***

 

Tanka w oczach Ferdynarda Wabrzaka była tą odważną, ponieważ bez wahania odpowiadała na pytania, chociaż wyraźnie nie podobało jej się, że musi wspominać te przykre rzeczy.

– W którym momencie Adam Czerwiński wyjął butelkę z worka?

Kiedy stało się jasne, że ma przesrane.

Płonka rozejrzała się nerwowo po pomieszczeniu. Kto to powiedział? Głos męski, a więc nie należał do siedzącej obok, właśnie odpowiadającej na pytanie Tanki. To także nie policjant, spijający kremową piankę, która unosiła się na kawie w kubku z napisem „Najlepszy glina na świecie”. Pan Finkiewicz, który usiadł na krześle z tyłu? Dziewczyna zawsze uważała go za szorstkiego i niemiłego, ale nie miałby powodów, żeby to powiedzieć. Poza tym ten głos był dziwny, nienależący do nikogo, kogo znała. Taki demoniczny, jakby ktoś jednocześnie chrapał i śpiewał smutną piosenkę. Czy inni tego nie słyszeli?

– Mów dalej, dziecko – rzekł policjant, po czym zajął się swoją kawą. Nadal bazgrolił w małym notesie.

Kiedy Tanka kontynuowała relację, Płonka poczuła na ramieniu coś twardego. Nie widziała Zgnilca, który stuknął ją pazurem. A potem jeszcze raz i kolejny.

Jesteś ścierwem, Płonko.

Co się dzieje?!

Dziewczyna pomasowała ramię, przerażona znów ogarnęła wzrokiem całe pomieszczenie.

A potem westchnęła, głośno, bardzo głośno, było to niemal jęknięcie, jakby skarga.

Ferdynard Wabrzak pytająco spojrzał na dziewczynę, Tanka i jej ojciec jedynie zdziwili się.

– Chcesz coś powiedzieć, dziecko? – Policjant pochylił się nad biurkiem i wnikliwie spojrzał w oczy Płonki, która chciała odpowiedź, że tak, ma ochotę mówić, nawet krzyczeć, ponieważ coś za plecami szepce jej do ucha, stuka w ramiona i wreszcie – mocno, mocno ciągnie za uplecione w warkocz włosy. Poza tym Ferdynard Wabrzak sprawiał wrażenie bardzo miłej i ufnej osoby, dlatego chciało się powierzyć mu najbardziej osobiste tajemnice i zdradzić każdy sekret.

– Nie, proszę pana – cichutko oznajmiła Płonka. – Po prostu przypomniało mi się to wszystko…

– Rozumiem, dziecko, rozumiem. Nie ma się czym martwić. – Okrągłe, rumiane policzki Ferdynarda Wabrzaka powędrowały do góry. Większość ludzi, patrząc na promienne oblicze stróża prawa, natychmiast się rozpogadzała.

Rzeczywiście – Płonka, spojrzawszy na przyjazną, beztroską twarz policjanta, rozluźniła się. Tylko na chwilę, ale zawsze to coś.

Płoneeeeczko, kochanieeee, spójrz na biurko. Weź ołówek i wbij temu pie-pie-pieprzonemu służbiście w oko.

Puk.

Chociaż dziewczyna drżała, nie mogła się odwrócić, żeby zobaczyć, kto – co – uderza ją w ramię i mówi te okropne rzeczy.

Powiedz: Szczam na was wszystkim! Powiedz to, a przestanę.

Puk.

Zabij ich!

Puk.

Zabij!

W końcu Płonka nie wytrzymała – przekręciła głowę i ujrzała tuż za oparciem krzesła jakby mgłę. Potem – zarys postaci. I kiedy wreszcie przyjrzała się uważnie, zobaczyła dręczącego ją potwora. Zgnilca.

Witaj.

Puk.

I chichot.

 

***

 

Nadeszła druga połowa jesieni – deszcz, zimno, szarość, choroby.

Minął ponad miesiąc od śmierci Samira Krogulaka. Trzydzieści dziewięć dni od momentu, kiedy Płonka chwyciła ulubiony kubek Ferdynarda Wabrzaka i cisnęła nim przez gabinet, przeraźliwie wrzeszcząc. Później mówiła, że celowała w potwora.

Tanka, ciepło ubrana, opatulona grubym szalikiem, dreptała przez park po wilgotnych, gnijących liściach.

Westchnęła. Osiem dni od ostatniego spotkania z przyjaciółką. Kiedy zobaczą się znowu? Nie wiadomo. Pewnie niedługo, ale jeśli nic się nie zmieni, schadzki będą coraz rzadsze i rzadsze. Stan dziewczyny był… Tak naprawdę nikt nie wiedział, co się z nią dzieje, oprócz tego, że dziesięciolatka na początku zachowywała się dziwnie, potem wyjątkowo ordynarnie, w końcu – stała się niebezpieczna dla otoczenia.

Także sytuacja Adama Czerwińskiego nie wyglądała ciekawie. Tanka, podsłuchując rodziców, odkryła, że mężczyzna z pewnością pójdzie do więzienia. Jeśli sąd uzna, że śmierć została spowodowana nieumyślnie, nieszczęśnika czeka przynajmniej kilkumiesięczna odsiadka, chociaż mowa była też o latach. Gorzej, jeśli sąd spojrzy na sprawę nieprzychylnym okiem.

Natomiast od kolegów i koleżanek ze szkoły dziewczyna dowiedziała się czegoś o Samirze Krogulaku. Krążyły plotki, że martwy czterdziestoośmiolatek miał na brzuchu ohydne nacięcie, niezgrabnie zaszyte czarną, grubą nicią. Nacięcie, które ciągle krwawiło i ropiało – nawet po śmierci. Dziewczyna nie chciała wierzyć w głupie historyjki, które z pewnością nie miały pokrycia w rzeczywistości, jednak zdążyła usłyszeć wystarczająco dużo, żeby nie móc spać w nocy. Szkaradna rana na ciele Krogulaka nawiedzała Tankę w koszmarach.

Nagle dziesięciolatka ujrzała znajomą postać.

Po chwili wahania popędziła.

– Proszę pana!

Siedzący na ławeczce mężczyzna zdziwił się nieco. Miał na sobie ciemny płaszcz, a na głowie beret. W ręku dzierżył laskę z drewna pieprzowego.

– Tak, dziecko? – zapytał.

– Był pan tam. Wtedy… I zobaczył pan coś na drzewie. Prawda? Moja przyjaciółka zwróciła mi uwagę, że pan ciągle na coś patrzy, ale mnie to nie obchodziło i… A teraz, kiedy ona… myślę, że to ważne.

Rzeczywiście. Tanka, mając wiele czasu na rozmyślania, zaczęła podejrzewać, że to, co ujrzał staruszek, mogło być istotnym elementem w układance. Dziecięca wyobraźnia i intuicja poprowadziły ją na właściwy trop, natomiast psycholodzy, którzy całą winę przypisywali stresowi i szokowi, błądzili po omacku.

– Ty też tam byłaś – smutno stwierdził staruszek, powoli kiwając głową. – Boże, widziałaś go?

– Kogo?

– Zgnilca – rzekł ponuro. – Też nie wiedziałem, co zobaczyłem tamtego dnia, jednak opowiedziałem wszystko babce. Ha, nie bądź zdziwiona, dziecino! To bardzo żywotna starsza pani. Ma sto dziewięć lat i zna mnóstwo zapomnianych opowieści i mitów.

– Ojej.

– Słyszałem, co się stało z tamtą dziewczynką. Przykra sprawa.

– Co panu powiedziała?

– Babka? Okrutną prawdę. Dziecino, już nie odzyskasz przyjaciółki.

– Ja-k to?

Staruszek postanowił powtórzyć słowa sędziwej babki dziewczynie, która nadal żywiła nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Opowiedział o podstępnym, okrutnym demonie, który, wybrawszy ofiarę, składa na jej czole pocałunek nienawiści, nęka ją, czasami krótko, częściej przez długie lata, podczas których opętany człowiek traci swą osobowość, przyjaciół, rodzinę, staje się samotny, wreszcie – obojętny. Taka osoba toczy okropną, okropną walkę. Chodzi o wybór pomiędzy dobrem a złem.

Senior tłumaczył Tance, starając się używać prostych, zrozumiałych dla dziecka słów, że pozostali ludzie też muszą wybierać.

– Dobro czy zło? – powiedział. – Zdecydowanie łatwiej wybrać, kiedy do uszu nie szepce diabli Zgnilec. Ofiary tego potwora walczą, nieświadome, że nie są panami swego umysłu, jednak jakkolwiek by się starali, codziennie wybierają żal i smutek, po pewnym czasie – złość i gniew. W końcu nadchodzi taki dzień, kiedy ofiara, nadto przepełniona żółcią Zgnilca, nie zachowuje się już jak człowiek, tylko jak wszystkiemu winny demon. Jak Samir Krogulak, któremu nie wystarczyło bluzganie na psa i bicie żony. Ten mężczyzna kopał psa, chciał go udusić, miał zamiar zabić sąsiada. To się dzieje z człowiekiem, którego wybiera Zgnilec. Degeneracja.

– Ale nie Płonka – załkała dziewczyna. – Ona jest dobra i… i…

– Płonkę ciągnęło do Zgnilca, a Zgnilca do Płonki.

– Co to znaczy?

– Spotkali się wtedy, kiedy on zadawał śmierć, a ona była jej ciekawa. Tyle. Poza tym czy zachowanie twojej przyjaciółki nie jest wystarczającym dowodem na to, że została opętana? Przecież, na litość boską, wydrapała własnej matce oko! To nie plotka, prawda? Po twojej minie widzę, że nie.

Policzki Tanki były mokre od łez.

– Dlaczego pan go widział, a ja nie?

Staruszek wzruszył ramionami i zastanawiał się przez chwilę.

– Myślę, że trzeba być gotowym, aby ujrzeć zło.

 

***

 

Tanka długo tkwiła przed drzwiami mieszkania państwa Troczyńskich, nim zebrała w sobie odwagę, aby zapukać.

– Wejdź, dziecko – Lew zaprosił dziewczynę do środka, gdzie panował dziwny zaduch. Jakby mięso się psuło, gniło…

W salonie na kanapie siedziała matka Płonki – Anastazja. Jej prawe oko przykrywała czarna przepaska, drugim spojrzała na gościa.

– Cieszę się, że przyszłaś – oznajmiła szczerze, jednak nie ruszyła się z miejsca.

– Mogę ją zobaczyć? – zapytała Tanka.

Troczyńscy westchnęli.

– Być może to by jej pomogło – odparł Lew – chociaż jest z nią coraz gorzej. Nie mamy pojęcia, co się dzieje. Ona myśli, że cały czas ktoś przy niej jest. I jeszcze ten smród…

– Czyli mogę…?

– Nie wiem – zastanawiał się mężczyzna. – Teraz jest spokojna, ale…

– Nigdy nie wiadomo – dokończyła Anastazja. Delikatnie dotknęła przepaski. – Zostawimy drzwi otwarte.

 

***

 

Grube, bure zasłony skutecznie blokowały promienie słoneczne. W pokoju było ciemno, ponuro i zimno, ale przede wszystkim – odrażająco cuchnęło.

Tanka, wchodząc do środka, z trudem powstrzymała odruch wymiotny. Skupiła się na przyjaciółce.

– Cześć – powiedziała. Miała nadzieję, że tym razem Płonka odpowie, jednak mała postać, siedząca naprzeciw na kanapie z wyprostowanymi plecami i dłońmi na udach, nie odwzajemniła przywitania, więcej – nawet nie spojrzała na gościa. Ukryta w mroku, jakby utonęła we własnym umyśle.

– Przyszłam zobaczyć, jak się masz – oznajmiła czule Tanka, posuwając się powoli do przodu.

Zauważyła, że po szarej ścianie ganiały karaluchy. Chociaż martwiła się o zdrowie koleżanki, miała ochotę jak najszybciej wybiec z odstręczającego pomieszczenia. Podeszwy trampek kleiły się do podłogi. Dziewczyna oceniła, że podłoże jest pokryte przezroczystą substancją, jakby śliną.

W końcu, kiedy była już wystarczająco blisko, żeby dobrze ujrzeć Płonkę, westchnęła, zakrywając usta dłońmi. Oczy dziewczyny były czarne, włosy już nie przypominały języków ognia, zszarzały, twarz wychudła, kości naciągały bladą skórę.

Serce Tanki napełniło się nieopisanym żalem. Wcześniej cierpiała tylko z powodu utraty przyjaciółki, teraz również dlatego, ponieważ uświadomiła sobie, że nigdy jej nie odzyska.

– Nie powinnaś tutaj przychodzić – rzekła Płonka głosem, który nie wyrażał żadnych emocji prócz chłodu i zdecydowania. – Właściwie… nie chcę cię więcej widzieć.

Tanka zadrżała.

– Nie mów tak.

Powiedz jej, żeby wypierdalała.

– Wynoś się.

Głupia kurewka. Widzisz? Z miejsca się nie ruszy. Nazwij ją wywłoką, szmatą, opluj ją!

– Jesteś… jesteś… Wynocha!

Tanka szybko cofnęła się o krok i właśnie wtedy ujrzała to coś – potwora o kanciastych rysach ni to twarzy, ni to pyska.

Uświadomiła sobie, że monstrum jest źródłem smrodu i śluzu na podłodze, że to ono przyciąga robactwo, które łazi po ścianach. I wreszcie – że to ono jest Zgnilcem, prowodyrem wszelkiego zła, jakie weszło w Płonkę, a potem zaczęło z niej wychodzić, raniąc tym samym jej rodzinę i przyjaciół, niszcząc ją.

Pokraka znajdowała się za dziesięciolatką, z dłońmi na jej wąskich, chudych ramionach. Siwe łapska masowały kościste ciało dziewczyny. Mokre, rybie usta Zgnilca zbliżyły się do uszu ofiary.

Dalej. Nazwij ją tak, jak na to zasługuje. To mąąącicielka.

Płonka gwałtownie podniosła się z łóżka.

– Wypierdalaj – fuknęła.

Kiedy Tanka w popłochu wybiegła z upiornego pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi, zatrzymali ją Troczyńscy.

– Co się stało?

Dziewczyna chaotycznie opisała, co zobaczyła i z czym musi zmierzyć się ich córka.

Lew i Anastazja, choć nie dowierzali, mieli wystarczająco dużo powodów oraz nadziei i miłości do swojego dziecka, aby podjąć decyzję o powiadomieniu Kościoła, który z pewnością udzieli pomocy, przysyłając egzorcystę.

 

***

 

Demon długo chwalił podopieczną. Zgarbiony łaził po pokoju, a z jego ust ciekła ślina, która skapywała na podłogę i do której lgnęło wszelkiej maści robactwo: karaluchy, pluskwy, larwy.

Serce Płonki biło bardzo szybko. Straciła zaufanie rodziców, a teraz odepchnęła najbliższą przyjaciółkę. W niewybaczalny sposób. Ostateczny.

Zgnilec w końcu skończył mówić i zatrzymał się przed rozdygotaną ofiarą.

Jesteś gotowa.

– Gotowa na co? – bąknęła Płonka.

Oddam ci moje serce.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– To znaczy?

Zdejmij koszulkę i połóż się na łóżku.

Długa, pełna napięcia chwila.

Spokojnie.

Płonka niechętnie, ale posłusznie wykonała polecenie stwora, który podszedł do biurka i wysunął szufladę.

– Po co ci nożyczki? – zapytała ze strachem w oczach.

Zgnilec nachylił się nad półgołą wybranką i śmiejąc się, wbił tępe narzędzie w jej wychudłe ciało. Zaczął ciąć.

– Boli – jęknęła Płonka.

Taak, boli, kiedy odrzuca się rodzinę. Boli, kiedy ze swego życia wygania się przyjaciół. To czarna rozpacz, kiedy nie ma się do kogo zwrócić o pomoc…

Demon odrzucił nożyczki i spojrzał na dzieło: od pępka aż do żeber biegło przecięcie.

Teraz serce.

Wsadził łapę w otwór, pod żebra, i sięgnął po organ. Szarpnął, wyjął gorące, mokre serce i wetknął je w dłonie Płonki.

Wyrzuć.

– G-gdzie?

Do kosza, idiotko.

Dziesięciolatka, trzymając się za brzuch, poczłapała w stronę biurka, pod którym znajdował się szary pojemnik. Przez minutę wpatrywała się w stertę śmieci. W końcu upuściła serce, które z plaskiem wylądowało na pogniecionej plastikowej butelce. Kiedy wróciła, zdała sobie sprawę, że siwe ciało Zgnilca również jest poharatane. Stwór sięgnął do swego wnętrza i wyjął gnijący organ: szare, śmierdzące serce, w którym wiły się glisty i larwy.

Twoje.

Demon zachichotał.

Jest twoje.

A potem wepchnął je w miejsce, gdzie wcześniej znajdowało się prawdziwe serce Płonki. Ciała, swoje i dziewczyny, zszył czarną, grubą nicią. Oboje, złączeni w szalonym kole fortuny, teraz już inni, odmienieni, usiedli na łóżku, zaciskając zęby z bólu i na myśl o bólu, którego doświadczyli.

Lepiej?

Płonka, kiwając głową z powagą, rezygnacją i ulgą, potwierdziła.

– Tak, lepiej. Już nic nie czuję.

Koniec

Komentarze

Tak po prawdzie, Karolu, nie bardzo wiem, o czym miałeś nadzieję opowiedzieć.

Zaczyna się od sąsiedzkiej sprzeczki w słusznej sprawie, a w jej następstwie dochodzi do rękoczynów. Nie było mi jednak dane dowiedzieć się, jaki los spotkał miłego sąsiada.

Nie mam pojęcia, kim jest staruszek i dlaczego widzi Zgnilca.

Rozumiem uwikłanie dziewczynek w sprawę – w końcu wszystko widziały. Mało prawdopodobne wydaje mi się natomiast ich przesłuchanie. Chyba powinno się odbywać w specjalnym pokoju i powinien być przy tam także psycholog dziecięcy.

Nie wiem jak się postępuje z agresywnymi dziećmi, ale wydaje mi się mało prawdopodobne, by dziewczynka, okaleczywszy matkę, mogła pozostać w domu. Samo okaleczenie rodzicielki także wydaje mi się mało prawdopodobne, ale rozumiem, ze dziecko mogło mieć siłę demona. Nie rozumiem, dlaczego szkoła nie interesuje się dziewczynką, która przestała chodzić do szkoły.

No i kim jest, i skąd się wziął tytułowy Zgnilec? Czy tylko niezdrowa ciekawość dziewczynki mogła być powodem, że się nią zainteresował?

Zakończenie też nie przypadło mi do gustu – nie rozumiem ostatniej paskudnej sceny, nie wiem, czemu ma służyć. Jest dla mnie odrażająca, ale nie takiego horroru się spodziewałam.

 

Palił pa­pie­ro­sa, pe­rio­dycz­nie szar­pał smycz. –> Czy na pewno chciałeś użyć tego słowa?

Może: Palił pa­pie­ro­sa i ustawicznie/ i co rusz szar­pał smycz.

 

Dzier­żył so­lid­ną laskę wy­ko­na­ną z drze­wa pie­przo­we­go… –> Raczej: Dzier­żył so­lid­ną laskę wy­ko­na­ną z dre­wna pie­przo­we­go

Drzewo jest drzewem dopóki rośnie, ścięte staje się drewnem.

 

Nie rób ni­cze­go, co mógł­byś potem ża­ło­wać. –> Nie rób ni­cze­go, czego mógł­byś potem ża­ło­wać.

 

Białe ad­di­da­sy Czer­wiń­skie­go pisz­cza­ły na as­fal­cie. –> Białe a­di­da­sy Czer­wiń­skie­go pisz­cza­ły na as­fal­cie.

 

Po­czu­ła dziw­ny gorąc w klat­ce pier­sio­wej i zamęt w gło­wie. –> Gorąc to potocyzm.

Proponuję: Po­czu­ła dziw­ne gorąco w klat­ce pier­sio­wej i zamęt w gło­wie.

 

prze­isto­czył się w oko­licz­ne­go pro­sta­ka… –> …prze­isto­czył się w miejscowego pro­sta­ka

 

Wy­ko­nał swój po­ca­łu­nek nie­na­wi­ści, mógł więc odejść. –> Dziwnie brzmi wykonanie pocałunku. Czy to mógł być cudzy pocałunek?

Proponuję: Złożył po­ca­łu­nek nie­na­wi­ści, mógł więc odejść.

 

ale nie­miał­by po­wo­dów, żeby to po­wie­dzieć. –> …ale nie ­miał­by po­wo­dów, żeby to po­wie­dzieć.

Za SJP PWN: niemieć «tracić zdolność mówienia»

 

W ręku dzier­żył laskę z drze­wa pie­przo­we­go. –> W ręku dzier­żył laskę z dre­wna pie­przo­we­go.

 

nęka ją, cza­sa­mi przez krót­ki okres czasu, czę­ściej przez dłu­gie lata… –> Masło maślane. Okres to czas.

Proponuję: …nęka ją, cza­sa­mi krót­ko, czę­ściej dłu­gie lata

 

Oboje, złączeni w szalonym kole fortuny, teraz już inni… –> O jakim kole fortuny jest tu mowa?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spróbuję nieco rozjaśnić sytuację.

Z miłym sąsiadem nie wiadomo, co się stało, ponieważ od incydentu minął zaledwie miesiąc. Tanka jedynie usłyszała, że może pójść do więzienia. Poza tym Czerwiński nie był jakąś ważną osobą w opowiadaniu, także odpuściłem sobie opisywanie jego dalszych losów. Był jedynie narzędziem w moich rękach (i łapskach Zgnilca), które pozwoliło pozbyć się ze sceny Krogulaka, żeby Zgnilec zabrał się za następną ofiarę.

Staruszek pojawił się tylko po to, żeby na końcu wyjaśnić Tance (i tak przy okazji czytelnikowi), kim jest Zgnilec. A to, kto widzi Zgnilca, myślałem, że wyjaśniłem w taki sposób, żeby czytelnik się nie pogubił (kwestia staruszka: “– Myślę, że trzeba być gotowym, aby ujrzeć zło.”). I nie tylko on widział demona. Płonka ujrzała go na komisariacie, Tanka w domu przyjaciółki. 

Z tym przesłuchaniem mnie masz. W ogóle nie znam się na procedurach i działaniu policji. Dodałem do sceny jednego z rodziców (Hektora), żeby było bardziej wiarygodnie, ale niestety nie wiedziałem, że w przesłuchaniu dzieci musi brać udział psycholog. Jedynym wytłumaczeniem, chociaż marnym, jakim mogę się osłonić, jest to, że nie podałem, w jakim kraju dzieje się akcja. Wiadomo – w każdym kraju inne zasady i na pewno znalazłby się taki, w którym nie przykładają zbytniej uwagi do takich spraw ;)

Jak napisałem wcześniej – od momentu, w którym Zgnilec zainteresował się Płonką, minął miesiąc i niekoniecznie cała “przemiana” działa się szybko. Dziewczyna była zaprowadzana do psychologów i do tamtej pory to wystarczało. Co do szkoły – może mój błąd, że nie poinformowałem czytelnika, że po prostu władze szkoły wiedzą o problemach Płonki. Ale uznałem, że to coś oczywistego. Nikt nie ukrywał tego, co się działo z dziewczyną. Jej rodzice przecież radzili się psychologów, w jednej ze scen nawet podjęli decyzję, że zasięgną pomocy w Kościele.

Kim jest Zgnilec? Staruszek to wyjaśnił. Demonem, którego celem jest sprawianie, aby ludzie stawali się źli i w końcu umierali. Płonka była przypadkową ofiarą (akurat znalazła się tam, gdzie nie trzeba). Chociaż, tak jak mówisz, ciekawość też może być powodem. W pewnym momencie zaznaczyłem, że Zgnilec najbardziej lubi degenerować najniewinniejszych (”Skończył z jedną kreaturą, a inne już pchają mu się w łapy. Jak oni to opisują: malutkie, milutkie, niewinne i tak dalej… Dobrze. Najleeepiej”). Płonka – idealny cel dla demona – była też bardzo ciekawska. Więc… ;)

Rozumiem, że zakończenie może się nie spodobać. Rzeczywiście jest paskudne i odrażające, ale tak musiało być. Płonka miała być “zepsuta”, a metaforyczne (chociaż jeśli ktoś potraktuje scenkę dosłownie to też ok) wycięcie serca było kolejnym etapem tego “zepsucia”. 

No szkoda, że nie podeszło :/

 

Bardzo dziękuję za łapankę :)

Karolu, dziękuję za wyjaśnienia. Po części zgadzają się z tym, co sama sobie wydumałam, ale nie ma to jak mieć odpowiedź z pierwszej ręki. ;)

 

Jedynym wytłumaczeniem, chociaż marnym, jakim mogę się osłonić, jest to, że nie podałem, w jakim kraju dzieje się akcja.

Do głowy mi nie przyszło, że wszystko może dziać się w miejscu innym, niż polskie osiedle. Jakkolwiek postaci noszą niecodzienne imiona, nazwiska: Czerwiński, Finkiewicz, Troczyńscy a nawet Wabrzak i Krogulak brzmią całkiem po polsku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma za co. I tak jak napisałem, to marne wyjaśnienie :D

Ale wyjaśnienie. ;)

Ciekawa jestem opinii innych czytelników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja tym bardziej :)

Mnie zakończenie “podeszło” i żadnych wątpliwości raczej nie miałem. To horror, myślę, że należy rozpatrywać go raczej na poziomie metafizycznym, nie przyziemnym…

Co mi się podoba, to prowadzenie akcji. Jest niespieszne, można by rzec, że leniwe, a poszczególne sceny (jak śmierć Krogulaka, pocałunek złożony przez Zgnilca) jawią mi się bardziej jako ohydne kadry, niż dynamiczne sceny. W tym przypadku – to dobrze.

Początek – interesujący. Scena z psem nie zrobiła na mnie wrażenia, ale to dlatego, że Count nie przepada za psami. Na pozostałych czytelników, być może, zadziała lepiej.

Bohaterowie – w porządku. Dupy nie urywają, ale odmalowałeś charakter dziewczynek, nie zarzuciłbym im, że są jednakowe.

Staruszek to rzeczywiście dość problematyczna postać. Przypisałeś mu rolę, ale odczułem, że jest ona niewystarczająca. Na początku opowiadania poświęciłeś mu tyle uwagi, co Krogulakowi, niemniej okazał się znacznie mniej ważny. Nie miał żadnego wpływu na fabułę, a jego słowa, które przytoczyłeś, nie były dla mnie niczym zaskakującym…

Średnio spodobał mi się pomysł – Zgnilec to gość, który sprawia, że ludzie stają się źli… Nic nadzwyczajnego. I tyle.

Znacznie bardziej przypadła mi do gustu scena z wszczepianiem zgniłego serca – obrazowa, mocna i kończąca opowiadanie we właściwy dla horroru sposób.

 

Co do samej konstrukcji opowieści, to chyba mogłeś pokusić się o większą zwięzłość w opisach (pod warunkiem, że nie będzie to kosztem klimatu!) i dodanie większej ilości akcji.

Warsztatowo bardzo dobrze, czytało się bez większych zgrzytów.

Od Counta należy się stempel jakości.

 

Trzym się. Na koniec taka drobna sprawa:

Pokręciły głowami, chociaż przed oczami ciągle miały obraz martwego człowieka, po którego przyjechała karetka. Którego zawinęli w czarny worek i zabrali.

To problematyczna kwestia, ale karetka raczej nie zabiera nieboszczyka. To chyba niezgodne z prawem. Mogą zapakować gościa w worek (o ile nie robi tego policja po stwierdzeniu zgonu), ale po ciało przyjeżdża ktoś inny. Pracownik zakładu pogrzebowego? Szczerze mówiąc, nie wiem. Widziałem to tylko przez okno.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak podeszło, to pozostaje mi się tylko cieszyć :)

Fajnie, że spodobało ci się prowadzenie akcji i że odczułeś ohydę scen – kadrów, jak wolisz. To chyba dobrze, ponieważ mogę uznać, że udało mi się całkiem nieźle zobrazować scenki.

Co do psów – jak można nie przepadać? Zlinczują Cię :P A tak na serio, jakoś nie miałem zamiaru wzbudzić wielkiego współczucia u czytelnika sceną z psem. To miało jedynie służyć do skonfrontowania ze sobą Czerwińskiego i Krogulaka. I oczywiście do pokazania, jakim skur… był ten drugi.

Cóż, dla staruszka od początku planowałem tylko jedną rolę – był człowiekiem, który miał co nieco wyjaśnić czytelnikowi co i jak. Niby mogłoby się bez niego obyć, ale wolałem nie zostawiać znaków zapytania. Według mnie lepsze to niż niedopowiedzenie (chociaż osobiście lubię niedopowiedzenia).

 

Fajnie słyszeć, że warsztatowo bardzo dobrze. Chyba czegoś się nauczyłem przez te pięć miesięcy na fantastyce ;)

Councie, oficjalnie i z powagą na twarzy przyjmuję twój stempel jakości :D

 

Jeśli chodzi o karetkę, to od razu przyznaję, że moja wiedza w podobnych tematach jest nikła. No, ale uznajmy, że w świecie Krogulaków, Finkiewiczów, itd. to karetki zabierają zwłoki ;)

 

Dzięki za odwiedziny!

Jest jakiś pomysł na demona. Zgnilec niemiły, bo ofiara nie ma szans obrony. Dziewczynka nawet nie zrobiła nic złego, a ma pozamiatane.

Historia dobrze opowiedziana. Sceny obrazowe.

I nie ściemniaj, że nie wiadomo, co to za kraj. Polonez raczej nie zostawia wielu opcji. ;-)

– Huliganie!

Ojjj. Paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz, Finklo :)

Fajnie, że uważasz sceny za obrazowe. I bardzo miło słyszeć, że historia dobrze opowiedziana.

A bo ten… no… Finkiewicz to szmugler był i w ogóle! Nielegalnie tego poloneza… :P

 

 

Uff, rzeczywiście, ortograf. Już poprawione. Ale muszę powiedzieć, że gdybym nie sprawdził w słowniku, to bym nie uwierzył na słowo. Huligan bez półokrągłego kolegi z przodu wygląda tak, no… dobrze :D

Ech, tak to jest jak się ortografię poznaje z graffiti na murach…

Babska logika rządzi!

Przyznaję. Jako dziecko, kiedy jeszcze nie miałem słownika, siedziałem przed blokami, gapiąc się na ściany i chłonąc mądrości miejscowych. Prawdziwa historia.

He he, mnie też huliganie! umknęło. To wszystko przez ten cholerny angielski, samo h w ogóle nie raziło :-) 

A tak w ogóle, to w trakcie bety nie wyraziłem jakiejś konkretnej opinii na temat tekstu. Zatem wyrażam:

Jest to dobry, solidny horror, bez nadmiernego rozlewu krwi i jump scenes, ale opierający się na sugestywnych, klimatycznych obrazach. Zwłaszcza ostatnia scena zrobiła tekst. Fajne jest to, że zło nie dotyka ludzi w ramach kary, karmy, czy innego złego kuku, ale po prostu, bo tak. I nie można się przed tym bronić. Cóż, są ludzie źli, wydawałoby się, zupełnie bez sensu, bez celu, bez żadnych z tego tytułu korzyści. A nawet wręcz przeciwnie – organizują sobie sami mini-piekło. Gdyby można było winić za to jakiegoś zlowrogiego Zgnilca, to… Świat byłby chyba jednak trochę lepszym miejscem :-) 

Okej, może nie jest to tekst rewelacyjny, ale bardzo porządny i jestem pewien, że Karol wiele może osiągnąć :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Trzeba wymyślić nową zasadę: błąd, który nie razi po oczach, nie jest błędem ;)

Fajnie słyszeć takie słowa jak solidny i dobry horror. Chociaż z tymi jump scenes bym nie przesadzał, to nie film :D Raczej trudno sprawić samymi słowami, że człowiek podskoczy na krześle i może jeszcze krzyknie.

To prawda, fajnie byłoby zwalić całe “be” i “fe” na jakiegoś niewidzialnego demona. Stety i niestety, Zgnilec interesuje się tylko bohaterami fikcji literackiej.

Dzięki za motywujące słowa ;) 

Fajny pomysł na demona oraz całą sytuację. Jednak początek mocno chrzęści – zbyt często zmieniasz perspektywę i ciężko mi było się połapać, kiedy narrator zagląda do głowy sąsiada, kiedy dziewczynki, a kiedy Zgniłka.

Późniejsze wydarzenia zdały mi się bardziej jasne, ale i tak nie zdołały wymazać złego wrażenia początku. Końcówka wyszła nieźle, ale przyznam się szczerze – nic jakoś mnie specjalnie nie przestraszyło.

Podsumowując: ciekawy pomysł, ale wykonanie – zwłaszcza początek – pozostawiło trochę do życzenia w tym koncercie fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podoba mi się klimat opowiadania. Sam pomysł też uważam za udany. Demon Zgnilec i cała otoczka. Ładnie, hm, może to nie do końca odpowiednie słowo, może raczej wyraziście zobrazowałeś poszczególne sceny, a zwłaszcza wycięcie serca w końcówce. Jeśli chodzi o technikę też nie mam zastrzeżeń. Może dodałabym do tekstu trochę więcej dynamiki i bardziej skoncentrowałbym się na psychice bohaterów. Tak czy inaczej jestem zadowolona z lektury. Pozdrawiam serdecznie i idę oddać klika :)

Ano widzisz, NoWheremanie, w pierwszej scence najwięcej grzebałem i usunąłem z niej kupę fragmentów. Może za bardzo nakręciłem…

Cieszę się, że chociaż spodobała ci się końcówka :)

 

Dzięki za odwiedziny, Katio. Fajnie, że ci się spodobało. I dziękuję za kilka ;) 

Doczytałam tak gdzieś do połowy – i jak na razie, sprawnie napisane, pomysł wydaje się ciekawy, ale tempo… Mam wrażenie, że tekst cierpi na nadmiar szczegółów i informacji oczywistych dla czytelnika albo nieistotnych dla fabuły przez co trudno się wciągnąć w historię. Kamyk antracytowy, laska z drzewa pieprzowego, dziewczynki siedzą daleko, ale widzą, że krew jest koloru rdzy (potem nagle robi się wiśniowa…)?; i skąd jedna z dziewczynek wiedziała, że to akurat asfalt spowodował zgon a nie uderzenie butelką? Gdzieś też słowo jucha się pojawiło – dziwnie brzmi w tym kontekście. Chlapanie z nosa podczas upadku – niestety nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, może się mylę, ale krew z nosa raczej płynie/ ewentualnie kapie, ale żeby zaczęła chlapać to musiałaby mu ta głowa nieźle latać na wszystkie strony…

Zazgrzytało mi też zachowanie Adama, najpierw to ktoś musi powiedzieć nie a potem zachowanie: o boże, co ja zrobiłem, jak to, pijak się awanturuje?

Scena z matką i herbatą – która mama poda dzieciom herbatę w filiżankach? I zaraz w tej samej scenie, że od razu mają iść spać. Skoro dopiero co dostały kanapki, to dlaczego zagania je do łóżka?

 

Postaram się doczytać wieczorem i dokomentować ;-).

 

Edit. Doczytałam.

 Druga część dużo lepsza, bardziej skupiasz się na akcji, dorzucasz mniej rozpraszających szczegółów. Czyta się szybciej i lżej. Na początku trochę zdziwiło mnie to, że rodzice akceptują sytuację dziewczynki – rozumiem, że nie wiedzą co jej jest i jak jej pomóc, ale żeby pozwolić jej siedzieć w takich warunkach w pokoju? Z drugiej strony rozumiem to tak, że postać Zgnilca oddziałuje na całą rodzinę i pozbawia ich trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość.

 

 

natknąć się na kolejnych żądnych informacji dzieciaków – natknąć się na kogo/co: kolejne żądne informacji dzieciaki

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Dzięki za przeczytanie i obszerny komentarz :)

No tak, dłużyzny… Wywaliłem sporo tekstu ze sceny z bójką, ale czułem, że nie wystarczy. A tekst pisałem przez dosyć długi okres, stąd taka różnica między pierwszą połową a drugą. Okazało się, że przerwa w pisaniu była zbawienna ;)

Także chwała, że nie zraziłaś się po pierwszej połowie (za wytrwałość – oby Zgnilec omijał cię szerokim łukiem). 

 

Zazgrzytało mi też zachowanie Adama, najpierw to ktoś musi powiedzieć nie a potem zachowanie: o boże, co ja zrobiłem, jak to, pijak się awanturuje?

Właściwie to było bardzo ludzkie zachowanie. Dobry chłop instynktownie pobiegł pomóc, a potem zrozumiał, w co się wpakował.

 

Scena z matką i herbatą – która mama poda dzieciom herbatę w filiżankach? I zaraz w tej samej scenie, że od razu mają iść spać. Skoro dopiero co dostały kanapki, to dlaczego zagania je do łóżka?

Matki nie są logicznymi istotami :D

 

skąd jedna z dziewczynek wiedziała, że to akurat asfalt spowodował zgon a nie uderzenie butelką?

Krew leciała z tyłu głowy, a nie z czoła, czyli tam, gdzie trafiła butelka.

Właściwie to było bardzo ludzkie zachowanie. Dobry chłop instynktownie pobiegł pomóc, a potem zrozumiał, w co się wpakował.

Krogulak tam chyba już drugie okrążenie robił, zanim się sąsiadowi instynkt włączył :P Zrozumiałabym, gdyby zareagował od razu, a tak, wyszedł na, delikatnie mówiąc, bardzo nierozgarniętego… ;-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

No robił, robił ;) Ale psa jeszcze nie bił.

Tak czy siak, nic dobrego z tego nie wyszło.

Nowa Fantastyka