- Opowiadanie: joseheim - Szczęście

Szczęście

Takie tam krótkie opowiadanko.

Ukazało się w zeszłym roku w Mega*Zine Lost&Found. Co oznacza, że na dobrą sprawę nie miałam okazji poznać prawie niczyjej opinii na jego temat, a przecież o to chodzi w publikowaniu, prawda? Zapraszam zatem do lektury ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Szczęście

– Proszę wpisać PIN – powiedział ktoś tubalnym głosem. Dokładnie w momencie, w którym mój kumpel, Witek, mówił:

– To obrzydliwe, jak wszystko na tym świecie kręci się wokół pieniądza!

Rozejrzałem się dookoła. Szliśmy przez centrum handlowe, gęste od rozgorączkowanych kobiet, taszczących torby z zakupami, hostów i hostess oferujących rozmaite towary, szczebioczących przyjaciółek oraz podejrzanych par, które mogły być zarówno złożone z ojców z córkami, jak i ze sponsorów z galeriankami.

Głos, który zwrócił moją uwagę, dochodził z jednego ze stanowisk ustawionych pośrodku głównej alei. Wiecie, tych gdzie zwykle sprzedają słodycze, usługi bankowe czy kosmetyki. To konkretne było jednak inne niż wszystkie, jakie do tej pory widziałem.

Za biurkiem siedział barczysty brodacz w garniturze, obok niego drobna, śliczna asystentka; z jednej strony wisiał baner głoszący „TWOJE MARZENIE W PRZYSTĘPNEJ CENIE”, a z drugiej „ŻYCZENIA NA KAŻDĄ KIESZEŃ”.

– Gdzie się nie obejrzysz, korupcja, podatki, symonia i nepotyzm – mówił dalej poirytowany Witek. – Wystarczy popatrzeć na nagłówki gazet! Kryzys zabije nas wszystkich. Hej, czy ty w ogóle słuchasz? – warknął, widząc moją rozkojarzoną minę. Podążył wzrokiem za moim spojrzeniem, po czym machnął niecierpliwie ręką.

– Słucham, słucham.

Witek kontynuował wywód, a ja pozwoliłem mu wyrzucić z siebie frustrację. Właśnie wywalono go z pracy, więc nic dziwnego, że narzekał. Zjedliśmy razem obiad w food courcie, ponarzekał jeszcze trochę, a potem poszliśmy, każdy w swoją stronę. On na parking, do samochodu, ja z powrotem do głównego wyjścia, na tramwaj.

Brodacz nadal siedział przy stoisku, opowiadał coś młodej blondynce, uśmiechając się szeroko. Dziewczyna miała lekko niepewną, ale pełną nadziei minę. Przystanąłem na chwilę. Miałem ochotę podejść i zapytać, co tu właściwie oferują, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem. Zaczepiłem za to blondynkę, która już zmierzała do wyjścia.

– Nie wiem – odparła nieco lękliwie na pytanie. – Jeszcze nie wiem, okaże się…

I poszła, zostawiając mnie coraz bardziej zaintrygowanego.

Wróciłem do domu, nakarmiłem kota i zasiadłem przed telewizorem, by obejrzeć mecz. To był dla mnie szczyt swobody i komfortu – piwo, święty spokój, na kolanach fabryka mruczenia, Lewandowski lansujący się na ekranie. Czy mógłbym chcieć od życia czegoś więcej?

 

~*~

 

Pewnie, że mógłbym.

Spiesząc następnego dnia do pracy, wróciłem myślami do brodacza w garniturze oraz banerów reklamowych, na których słowa „marzenie” i „życzenia” wyróżniono wersalikami i jaskrawymi kolorami.

Nie zrozumcie mnie źle. Uważałem moje życie za dobre. Pracę miałem może średnio satysfakcjonującą, ale pewną i nieźle płatną. Jeździłem po mieście tramwajami, bo tak było po prostu szybciej, a samochód trzymałem na parkingu. Stać mnie było na wygodne dwupokojowe mieszkanko, utrzymanie na przyzwoitym poziomie, wykarmienie kota, brak kredytów i co roku dwa tygodnie na Majorce czy w innej Chorwacji. Sęk w tym, że człowiek zawsze chce więcej, prawda? Jest to niezły mechanizm rozwoju, jednak nie ułatwia osiągnięcia spokoju ducha.

I mnie też czegoś brakowało, tak bardzo, że aż czasem w środku czarnej nocy miałem wrażenie, że tęsknota rozsadzi mi serce wraz z płucami i ktoś będzie miał potem kupę sprzątania.

Choć długo się temu opierałem, odsuwałem od siebie podobne myśli, po tygodniu dałem za wygraną.

O szesnastej zamknąłem biuro i pojechałem do galerii. Powitały mnie jak zwykle gwar, tłum oraz charakterystyczny zapach środków czyszczących, potu, perfum i pieniędzy. Uważam centra handlowe za bardzo niezdrowe miejsca, nawiasem mówiąc.

Boks nadal tam był, choć podświadomie spodziewałem się chyba, że zniknie. Wisiał na nim nowy baner głoszący „PROMOCJA – TYLKO DO KOŃCA TYGODNIA DWA ŻYCZENIA W CENIE JEDNEGO*”. Oczywiście, obowiązkowa gwiazdka i mały druczek na samym dole. Cholerni krętacze!

Musiałem poczekać na swoją kolej, bo barczysty brodacz prowadził akurat rozmowę ze starszym panem o trzęsących się dłoniach. Co dziwne, nie słyszałem ani jednego słowa z ich konwersacji, mimo że siedzieli tuż obok. W międzyczasie asystentka zaproponowała mi herbatę. Zgodziłem się, uznając, że przynajmniej oszuści zubożeją o jedną torebkę liptona.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, to jednak nie był lipton ani też żadna inna znana mi marka herbaty. Napój, gorący jak piekło, a jednocześnie orzeźwiający niczym sorbet cytrynowy, smakował wspaniale. W życiu nie piłem niczego równie doskonałego.

Czekając, przyjrzałem się dokładniej brodaczowi. Z bliska jego imponująca postura robiła jeszcze większe wrażenie. Mężczyzna żywo gestykulował, przeczesywał palcami bujne włosy i cały czas się uśmiechał.

Siedzący obok staruszek drżącymi rękami wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza gruby plik banknotów. Złożył równie drżący podpis na podsuniętym przez brodacza dokumencie, pieniądze zmieniły właściciela, a klient wstał, ukłonił się i odszedł.

Nijak nie zdołałem z tego wszystkiego wywnioskować, jakiego rodzaju transakcji się tu właściwie dokonuje. Cóż, czymkolwiek handlowali brodaty gość i jego śliczna asystentka, z pewnością nie było to tanie.

Dopiero teraz kierownik stoiska zwrócił na mnie wzrok. Miał bardzo jasne i bardzo niebieskie hipnotyzujące oczy. Głos, niski i ciepły, wzbudzał zaufanie – handlowiec idealny.

– Smakuje? – zapytał. Wskazał przy tym filiżankę, którą trzymałem w dłoniach, kompletnie wytrącając mnie tym z równowagi.

– Jest bardzo dobra – odparłem, speszony.

– Niebiańskie plantacje – powiedział zadowolony brodacz. – Nie do pobicia. Jakby co, sprzedaż herbat liściastych prowadzimy o, tam. – Wskazał jeden ze sklepików w głębi alejki. – Serdecznie polecam!

Czułem się coraz bardziej oszołomiony i odrealniony.

– Nie po to tu przyszedłem – odpowiedziałem. Choć ta herbata była tak świetna, że może warto by to rozważyć…

– A po co pan przyszedł? – spytał brodacz, uśmiechając się ciepło. Ponieważ milczałem, kontynuował: – To może od początku. Żeby nie było żadnych wątpliwości. Nazywam się Jerzy Szatan, a to jest moja sekretarka Regina. Prowadzę drobny handel marzeniami. Nisza na rynku, rozumie pan, ktoś prędzej czy później musiał ją zająć.

Parsknąłem śmiechem. Wiem, że to nieuprzejme, ale nie mogłem się powstrzymać. Nie wiem, co rozbawiło mnie bardziej – jego nazwisko czy to, co powiedział później. Brodacz, niezrażony i wciąż uśmiechnięty, czekał.

– W nazwisku nie ma nic zabawnego – zapewnił po chwili, jakby czytając mi w myślach. – Po prostu chcę, żeby moi klienci w pełni zdawali sobie sprawę z tego, co robią.

Zamarłem, na poły wciąż rozbawiony, na poły nagle zaniepokojony. Gość gadał ewidentne bzdury, czyżby miał nierówno pod sufitem?

– Niezupełnie, Jarku… mogę do ciebie mówić po imieniu? To żaden żart ani przekręt. Nie zamierzam niczego ukrywać. Próbuję tylko zarobić na utrzymanie, jak wszyscy.

Spojrzałem w dół, ale plakietkę z nazwiskiem zostawiłem w biurze. Jak, do diabła…? No właśnie…

– Chce pan powiedzieć, że faktycznie jest pan szatanem i sprzedaje pan ludziom możliwość realizacji marzeń? – zapytałem, kpiną starając się pokryć gwałtowną chęć ucieczki.

– I owszem – odparł Jerzy Szatan z niewzruszonym spokojem.

– W zamian za… ludzkie dusze? – znowu spróbowałem zażartować, ale słabo wyszło. Pokręcił głową.

– Ależ skąd, w zamian za pieniądze. W dzisiejszych czasach dość dusz trafia do Piekła bez szczególnych wysiłków z naszej strony – wyjaśnił poważnie. – Ale pieniądze to zupełnie inna sprawa. Każdy ich potrzebuje, nawet ja. Stąd pomysł na rozszerzenie działalności. Sprzedajemy prawdziwe marzenia za prawdziwe pieniądze, żadnych ukrytych kosztów. – Roześmiał się. – Uważam to za uczciwą wymianę.

Rozejrzałem się dookoła, ale nic się nie zmieniło. Wolnostojący boks nieprzerwanie opływały strumienie ludzi, w tle rozbrzmiewała muzyka, sprzedawcy zachwalali towary, dziewczyny naciągały chłopaków, a sponsorzy sponsorowali. Ot, życie.

Od czasu do czasu ktoś przystawał przy stoisku Szatana, by przeczytać treść plakatów reklamowych.

– Każdemu mówi pan to wszystko? – spytałem, żeby powiedzieć cokolwiek.

– Och, z każdym rozmawiam inaczej – zapewnił, przygładzając brodę. – Bo każdy jest inny, przyznasz, i ma inne potrzeby. Ty na przykład starasz się zrozumieć. Niektórzy zaś o nic nie pytają, dokonują transakcji i uciekają, byle szybciej, byle dalej, nie chcą wiedzieć. Tak jak ten miły pan przed tobą. Zażyczył sobie umrzeć równo za miesiąc od dzisiaj, we śnie. Oczywiście, trafi za to do Piekła, ale się cieszy, bo jego żona czeka tam na niego już od dwunastu lat. A dziewczyna, którą zaczepiłeś w zeszłym tygodniu, siedziała u mnie chyba ze trzy godziny, nim podjęła decyzję. Tak, pamiętam cię – dodał brodacz, widząc moją zdumioną minę. – Zauważam i zapamiętuję wszystkich, którzy mogą stać się potencjalnymi klientami.

Gapiłem się na niego w milczeniu, z półotwartymi ustami. Po chwili, by zyskać na czasie, pociągnąłem łyk herbaty. Teraz, kiedy ostygła, paradoksalnie cudownie rozgrzewała od środka. Pewnie żadne słowa nie zdołałyby mnie tak przekonać, jak ta herbata.

Pomyślałem o oszczędnościach, które zbierałem w banku od lat, na czarną godzinę. Ta może miała inny kolor, ale czy kiedykolwiek trafi mi się podobna szansa?

Jerzy Szatan taktownie siedział cicho, wiedząc, że musi dać mi teraz trochę czasu. Menda dobrze się znała na swojej robocie.

– To jednak trochę niesprawiedliwe – zauważyłem. – Otwieracie możliwości tylko przed ludźmi, których na to stać. – Mówiąc to pomyślałem o Witku, który nagle został na lodzie. I o całej reszcie społeczeństwa, która generalnie jest w czarnej dupie i nigdy nie będzie sobie mogła pozwolić na nic wartościowego. Aż sam się zdziwiłem, bo z reguły nie nawiedzały mnie podobnie empatyczne myśli.

– Taka karma. – Brodacz wzruszył ramionami. – To nie działalność charytatywna. Po darmowe cuda zapraszamy do kościoła… Chociaż, zważywszy na częstotliwość ich występowania, i tam nie ma nic za darmo.

Uśmiechnąłem się kwaśno.

– Zapewne.

– Wiesz co? Lubię cię. Podoba mi się to, że zadajesz pytania. Oferuję ci dodatkowo dwadzieścia procent zniżki, co ty na to?

– Ha…

Decyzję podjąłem prawdopodobnie już w momencie, w którym poprosiłem śliczną Reginę o drugą herbatę. Zastanawiałem się jeszcze z pół godziny, aż wreszcie skorzystałem z promocji „dwa życzenia w cenie jednego”. Gwiazdka dotyczyła zastrzeżenia, że można dostać dwa marzenia naraz tylko wtedy, gdy należą do tej samej kategorii cenowej. No i oczywiście nie te z wyższej półki, bo za wielkie cuda zawsze płaci się ekstra.

– Jeszcze jedno – zastrzegłem przed złożeniem podpisu. Nie wiecznym piórem i nie krwią, a czerwonym długopisem ze znaczkiem przedsiębiorstwa Szatana, Helvetti. – Powiedział pan o staruszku, że pójdzie do Piekła za to, że kupił życzenie.

– Och, nie – zapewnił brodacz. – Karzemy za spełnianie tylko niektórych marzeń! Twoje akurat są neutralne. Ale w jego przypadku życzenie śmierci liczy się jak samobójstwo, rozumiesz.

– Ach tak.

Zastanowiłem się jeszcze raz, rozważając wszystkie za i przeciw, dla kurażu wysączyłem ostatnie krople niebiańskiej herbaty i wreszcie podpisałem umowę kupna-sprzedaży.

Wyciągnąłem kartę z portfela i przygotowałem się psychicznie na to, że za kilka przyciśnięć klawiszy moje konto bankowe nie tylko się wyzeruje, ale wręcz wejdę w nieziemski debet. Ale co tam, raz kozie śmierć.

Szatan podał mi terminal i z uśmiechem sięgającym ósemek powiedział:

– PIN i zielonym.

 

~*~

 

– Kochanie, wychodzę! – zawołałem w głąb mieszkania. Miałem już zatrzasnąć za sobą drzwi, ale zmieniłem zdanie. Popędziłem do kuchni, pocałowałem Kingę w kark i dopiero wtedy ze śmiechem wybiegłem.

Wyrzucając śmieci do pojemnika myślałem o tym, jak bardzo jestem szczęśliwy. Moje życie nadal było proste i uporządkowane, jednak o ileż doskonalsze!

Zażyczyłem sobie następujących rzeczy: pewności dobrze płatnej pracy przez najbliższe czterdzieści lat oraz spotkania kobiety, którą pokocham z wzajemnością, w ciągu kolejnego roku. Zapłaciłem za to kupę kasy, ale wiecie co? Opłacało się. Nie żałuję.

Oczywiście, stabilność roboty musiałem sobie zastrzec. Skoro się pozbyłem wszystkich oszczędności, należało zadbać o to, żeby było z czego zapłacić do dziesiątego czynsz i kupić chlebek z mortadelą. Bo też przez dłuższy czas po tym incydencie jechałem na dość niewyszukanym żarciu, a mój kot na najtańszej puszce.

Potulnie jeździłem tramwajem do pracy, robiłem swoje, wracałem. I czekałem.

Wreszcie, po prawie ośmiu miesiącach, gdy już jakoś zdołałem pozbyć się debetu, ale wciąż na gówno było mnie stać, zobaczyłem ją. Wiedziałem, że to była ona. Może niezbyt piękna, ale cudownie zgrabna, roześmiana, zachwycająca.

Zgłupiałem jak uczniak i na początku zrobiłem z siebie totalnego idiotę. Ale – choć nie od razu – udało mi się ją zdobyć. Kinga wprawdzie zaczęła traktować mnie poważnie dopiero gdy udowodniłem, iż stać mnie na obiad w restauracji, złote kolczyki i rodzinny samochód (na raty), ale cóż, takie jest życie.

Kobieta moich snów wyszła za mnie, a ja wciąż zarabiałem przyzwoite pieniądze w niezbyt satysfakcjonującej pracy. Dostałem od Szatana dokładnie wszystko, za co zapłaciłem. Klient nasz pan.

Czasem odwiedzałem galerię handlową, w której postawny brodacz nieprzerwanie prowadził swój „drobny handel”. Nigdy nie podszedłem, by porozmawiać, podziękować czy wymienić uprzejmości. Widziałem za to, jak kolejne osoby zasiadają przy stoisku, rozmawiają, negocjują, kłócą się, odchodzą, wracają, podpisują i płacą. Obserwowanie tego procesu sprawiało mi swego rodzaju przyjemność.

Pewnego razu zobaczyłem, jak do brodacza zbliża się Witek. Było to jakieś dwa miesiące po tym, jak sam zawarłem transakcję. Szatan nie zabronił opowiadać, co mnie spotkało, wręcz przeciwnie, uważał to za darmową reklamę. Więc zrelacjonowałem kumplowi w ramach anegdoty, że jest taki gość w galerii, który wyciska z ludzi kasę obiecując spełnienie marzeń, a Witek z miejsca sprzedał samochód, wziął kredyt hipoteczny i tak skutecznie zrealizował swoje życzenie, że już nigdy potem go nie zobaczyłem. Nawet się nie pożegnał.

Patrzyłem na mężczyzn i kobiety, starych i młodych, ładnych i brzydkich zawierających układy z Szatanem, z każdą wizytą w centrum handlowym upewniając się, że postąpiłem słusznie. Szelest plików banknotów był uspokajający, niski ciepły głos namawiający do podpisania umowy jeszcze bardziej. Gdzieś tam podświadomie byłem przekonany, że życie nie może być takie piękne, że spotka mnie jeszcze za to wszystko kara, ale właściwie to niby czemu? Nie zrobiłem nic złego, do spełniania marzeń trzeba przecież dążyć za wszelką cenę. I nawet jeżeli czasami dostrzegałem w oczach Kingi czerwony poblask albo głaszcząc ją po głowie wyczuwałem koniuszki spiłowanych rogów, to co z tego? Szczęście może mieć więcej niż tylko jeden ziemski wymiar.

Koniec

Komentarze

Nie wiem, jak napisać ten komentarz, by nie psuć przyjemności ludziom czytającym komentarze przed opowiadaniem. Wolno w pierwszym komentarzu spojlerować, czy nie bardzo?

Spodobał mi się pomysł na historię. Dialog z Jerzym był wprost uroczy. No i “rozszerzenie działalności” rozbawiło. Byłam przekonana, że plot twistem w historii okaże się brak plot twistu, ale ostatnie zdania… uśmiechnęły :D Czytało się gładko i przyjemnie. Gratuluję publikacji :)

Mówiąc to[+,] pomyślałem o Witku

 

Cieszę się, że zdecydowałaś się wyprowadzić swoich bohaterów z zapyziałej wsi. ;) Muszę zwrócić uwagę na rewelacyjną formę, która oprócz tego, że sama się czyta, naszpikowana została mniejszego i większego kalibru szpileczkami, pod postacią nieco kąśliwego komentarza codzienności. Bardzo lubię takie rzeczy, bardzo! ;D

Forma zachwyca, treść niekoniecznie. Nie rozczarowałem się warstwą fabularną, ale i nijak mnie nie ruszyła. Że z diabełem mam do czynienia, to podejrzewałem na długo, zanim jegomość się w ogóle przedstawił (swoją drogą – szanuję; takie bezpośrednie pokazanie sprawy wprowadza nieco świeżości, mimo całej przewidywalności tej historii). Problemem być może jest fakt, że pakty z diabłem to temat wyświechtany na każdą stronę jak zombie czy wiedźmin i trudno wykreować w tej materii coś oryginalnego i zapadającego w pamięć. Mi w każdym razie w pamięci na pewno zostanie świetny warsztat, natomiast co do historii, to może być różnie.

 

Edytka: Jeszcze zapomniałem dodać: tytuł beznadziejny. :p

Z powodu znakomitego warsztatu tekst czyta się niezwykle lekko, łatwo i przyjemnie. Powstaje wrażenie, które najczęściej jest nieprawdziwe, że autorce równie łatwo, lekko i przyjemnie się opowiadanie pisało ;-)

Treść to istotnie nie petarda, ale nie ma co, do cholery, od każdego tekstu wymagać dupourywnej świeżości. Ważne, że lektura sprawiła autentyczną przyjemność.

Aha, co do zakończenia, to jeśli rozumieć je nieco metaforycznie, to właściwie wszystkie znane mi kobiety tak mają. Też mi fantastyka. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

E tam, Jose. Usiadłabyś i napisała coś porządnego. Chociaż z drugiej strony… jak Jasnej Stronie napisałem to samo, to od pół roku nic nie opublikował, więc może nie bierz moich słów tak poważnie.

Wiesz, opowiadanko, jak opowiadanko, dobrze się czyta, ale puenta nie specjalnie mnie zaskoczyła, może dlatego, że praktycznie rzecz biorąc, jej nie było. Jak ma się w dorobku kilka porządnych opek, to nie wiem, czy warto brać się za takie rzeczy, ale oczywiście nie powstrzymuję. :)

Dobry warsztat, wartkie dialogi, historia krótka i sprawnie podana.

Pozdrawiam.

Nic wielkiego, ale sympatyczne. Spodobało mi się urozmaicenie wprowadzone do transakcji oraz jego uzasadnienie.

Co do puenty natomiast… Czy diablica może pokochać człowieka? W sumie u Jadowskiej podobne rzeczy się dzieją, więc czemu nie. Ale czy to nie jest kolejny wymiar kiczu w fantasy?

Babska logika rządzi!

Lubię opowiadania Joseheim, więc tu na pewno zajrzę z komentarzem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

@kam_mod – Dzięki ;) Nie chodziło o nic więcej, tylko o to, by się gładko przeczytało i lekko uśmiechnęło, więc cieszę się, że wyszło.

 

@MrBrightside – No w sumie racja, tytuł taki mocno nijaki ; p Chyba nigdy nie byłam do tego tekstu przywiązana na tyle, by próbować mu nadać ciekawszy…

Cieszę się niezmiernie, że dobrze się czytało i że mimo niewielkiej objętości zmieściło się w tekście troszkę smaczków ;) Treść miała być prosta, nie chciałam odkrywać Ameryki. To było pisane dawno temu na konkurs, którego motywem przewodnim była rola pieniądza we współczesnym świecie. Także absolutnie zrozumiałe, że treść Ci w pamięci nie zostanie. Ważne, że przeczytałeś bez przykrości ;)

Po namyśle nie dostawiam przecinka. Przeczytałam to zdanie kilka razy i jakoś mi ten przecinek by zawadzał…

 

@Thargone – Obawiam się, że Twoja obserwacja co do kobiet może być w pełni uzasadniona ;D

Miło mi, że dobrze się czytało. Chodziło tylko o to, by dostarczyć czytelnikom odrobinę rozrywki, więc jeśli się udało – wszyscy na tym zyskaliśmy ;)

 

@Darcon – Napisałam to opowiadanie pięć lat temu. Teraz skupiam się na dłuższej formie, więc opowiadań nie piszę – to tak słowem usprawiedliwienia. Ale jeśli tylko przeczytałeś szybko i sprawnie, to właśnie o to chodziło, chociaż wiem, że treść ani pointa na kolana nie rzucają. Dzięki za wizytę i opinię ;)

 

@Finkla – kolejny wymiar kiczu? Przecież motyw miłości anielsko-ludzkiej czy diabelsko-ludzkiej był wałkowany wielokrotnie, Jadowska tu nie zrobiła jakiegoś wielkiego odkrycia. Czy to wymiar kiczu… pewnie zależy od tego, jak dana historia jest podana i co kto lubi. Ckliwe romansidło prowadzi wyłącznie do wymiotów, ale jeśli wątek romantyczny miałby być tylko jednym z wielu, częścią większej fabuły, to czemu nie? Tutaj to tylko taki akcencik. Znaczy zależało mi na pokazaniu, że szatan nie ma władzy nad ludźmi, i aby wywiązać się z umowy wysłał jedną ze “swoich” tyle ;) A jeśli wyszło sympatycznie, to bardzo się cieszę.

 

@Mr.Maras – Trzeba czekać. Na Twoją opinię. (Taki żart ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

W sumie racja, nefilimy nie od dziś się włóczą po literaturze… Ale żeby diablica szczerze pokochała? A przecież taki był warunek przy marzeniu.

Oczywiście, że zależy, jak się to rozegra i od okoliczności towarzyszących.

Babska logika rządzi!

Przeczytane szybko, sprawnie i z uśmiechem na ustach. :)

Zastanawiam się tylko dlaczego pan Szatan chciał kasy, z duszyczki to już raczej wybiórczo, w zależności od życzenia. Aż taki kryzys w piekle? ;)

Choć opowiadanie zostało napisane pięć lat temu, czyli trochę jakby w innym życiu, to prezentuje się całkiem świeżo, a lektura okazała się niezwykle przyjemna i satysfakcjonująca. ;)

 

Wol­no­sto­ją­cy boks nie­prze­rwa­nie opły­wa­ły stru­mie­nie ludzi, w tle grała mu­zy­ka, sprze­daw­cy za­chwa­la­li to­wa­ry… –> Muzyka nie gra. Grają muzycy na instrumentach.

Proponuję: …w tle dźwięczała/ rozbrzmiewała mu­zy­ka

 

Bo też przez dłuż­szy czas po tym in­cy­den­cie je­cha­łem na dość nie­wy­szu­ka­nym żar­ciu, a mój kot na naj­tań­szej pusz­ce. –> Jednej?!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytało się przyjemnie, ale jednak spodziewałem się bardziej zapadającej w pamięć końcówki. Trochę nie kumam, po co Szatanowi hajs. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Kliczka dam od razu, bo to profesjonalna robota. Widać fachowy warsztat i lekkie pióro. Nie było żadnych zgrzytów. Lekko się płynie przez sympatyczną i niezbyt zaskakującą fabułę. Ale nie, jednak była zaskakująca na swój sposób. Zaskoczeniem był brak zaskoczenia, bo cały czas spodziewałem się jednak diabelskiego twista.

Technicznie bez zarzutu. Zastanowił mnie tylko szatan z małej litery, w kontraście do nazwiska z dużej. Jeśli to był jakiś pomniejszy diabeł, to ok. Jeśli sam Szef we własnej osobie to powinien być z dużej. I nie wiem czy nie powinno być przecinka po niebieskie: Miał bardzo jasne i bardzo niebieskie hipnotyzujące oczy.​

Dialogi naturalne, opisy fajne, żarty takie leciutkie do uśmiechu w kąciku ust. Kilka fajnie wrednych wtrąceń/obserwacji (galerianki i sponsorzy). 

“Lubisz” chyba diabła, Joseheim. Jako postać. I jakiś taki ludzki ten Twój diabeł zawsze. Ale tak, jak w “Zacznijmy…”​ także tutaj pozostaje niepokój i czytelnik zdaje sobie sprawę, że być może podły rogacz coś tam jednak knuje i ma w zanadrzu skrytą szatańską podłość.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miło się czytało.

To jest takie spotkanie z Szatanem, które chyba sam chciałbym przeżyć ;) Chyba…

Bardzo przyjemny tekst. Lekki, swobodny język, naturalne i zgrabne dialogi, ten rodzaj przedstawienia szatana który zdecydowanie trafia w mój gust. Może nie tyle bardziej ludzki, bo nie tego oczekujemy od diabła, ale nie będący też klasycznym rogaczem który jest zły i na tym kończy się jego charakterystyka.

Fabuła faktycznie nie zaskakuje za bardzo ani nie powala, ale jest na tyle zwarta i konsekwentna, że w żaden sposób to nie przeszkadza, zwłaszcza w tak krótkim tekście. W sumie główny zarzut jaki można mieć, to zupełnie niezrozumiała motywacja diabła. Po co mu pieniądze? Komentuje to jedynie krótkim zdaniem, że ich potrzebuje, ale ciężko znaleźć w tym większy sens. No, ale sam tekst nie jest o tym, więc można zrozumieć, że nie chciałaś za bardzo się na tym temacie skupiać.

Świetnie się czytało. Ja widzę w tej historii głębszy sens, bo przecież diabeł jak to diabeł, ima się różnych sposobów, żeby złapać w sidła kolejną duszę, no i stara się być nowoczesny na miarę czasów, a nie  jakieś  tam cyrografy podpisywane krwią.

Wg mnie, najzwyczajniej w świecie oszukał ( w końcu jak można zaufać szatanowi ) – miał dać miłość a dał diablicę która udaje, że kocha.

To raz, a dwa – pieniądze to energia, a przecież jest to najcenniejszy towar w tym wymiarze.  Jerzy musi teraz  pracować jak niewolnik do końca życia. Czarno to wszystko wygląda – już się chyba nie wywinie :)

Pozdr

 

Sympatyczny tekst. Szatańska działalność za pieniądze jest przedstawiona niby zwyczajnie, ale widać kruczek za kruczkiem, które są ukryte w umowie (choćby zachowanie Kingi wobec bohatera to udowadnia). A może to bohater, kupiwszy marzenie, zadowolił się byle czym. Kto wie, kwestia interpretacji ;)

W każdym razie – ciekawy koncert fajerwerków, choć jakoś szczególnie się też nie wyróżnia. Ale oglądałem go z przyjemnością :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cześć!

Miło, że podzieliłaś się z nami tym opowiadankiem. Czytało się dobrze, choć czasem potykałem się o jakieś pomniejsze błędziki. Bardzo na plus postać Szatana, choć pozostawienie akcji bez końcowego “twistu” bardziej wpasowałoby się w klimat historii. Moim zdaniem, oczywiście ;)

Jai guru de va!

Dołączam do grona osób, którym tekst się spodobał. Wszystko jest tutaj bardzo w porządku – przede wszystkim warsztat i język. Sama fabuła nie jest może szczególnie górnolotna, ale to nie przeszkadza, bo niektóre rzeczy czyta się wyłącznie dla przyjemności i taki właśnie jest Twój tekst. Przyjemny. Nie dzieje się nic wybitnie dramatycznego, choć można i stwierdzić coś dokładnie odwrotnego, jeśli czytać tekst jako refleksję o naturze i pochodzeniu szczęścia ;) Podsumowując, po prostu fajny, przyjemny tekst do przeczytania, ale czy do zapamiętania? To się okaże. 

Dzięki wszystkim za lekturę i przepraszam za opóźnienia w odpowiedzi.

 

Uwaga ogólna, bo pewna wątpliwość przewinęła się przez kilka komentarzy – prawdę mówiąc wydawało mi się, że to, że diabeł może potrzebować pieniędzy, nie będzie wymagało żadnych wyjaśnień. W świecie ludzi pieniądz jest wszystkim. Oczywiście o ile przyjmiemy, że szatanowi nie wystarczy pstryknąć palcami, by wyczarować sobie cokolwiek zechce z powietrza, a nie widzę powodu, dla którego miałoby tak być ;)

 

@AQQ – cieszę się, że przeczytało się sprawnie ;) Co do duszyczek – wszak Szatan powiedział, że do Piekła trafia dość dusz bez wysiłków diabłów, bo ludzie sami z siebie robią wiele rzeczy, które ich tam za karę sprowadzają…

 

@Regulatorzy – oj tak, pięć lat temu życie było zupełnie inne… Niemniej cieszę się, że lektura okazała się satysfakcjonująca.

Muzykę poprawiam, puszkę zostawiam. To nie jest dosłowna jedna puszka ;)

 

@SzyszkowyDziadek – no to takie niewymagające opowiadanko, nie miało wbijać w fotel, choć może powinno ;( Dobrze, że poszło gładko. Co do hajsu – wyjaśniałam swoje stanowisko wyżej, ale przyjmuję do wiadomości, że to niektórym zgrzyta. Do zapamiętania na przyszłość.

 

@Mr.Maras – dzięki wielkie za obszerny komentarz. Cieszę się, że wyszło bez zgrzytów i lekko się czytało. Tym bardziej, że w tym przypadku niezbyt (albo wcale) zaskakujące zakończenie zdaje się sprawdzać.

Owszem, lubię diabła. W ogóle lubię tematykę okołoanielską, ale jednak z naciskiem na te „dolne” rejony ;) Generalnie zawsze lubiłam przedstawienia istot nieludzkich w sposób możliwie ludzki.

A szatan jest małą literą, bo to nie jest najwyższa szycha. Gdzieś więcej takich pomniejszych diabłów podejmuje różne działania, aby działać na korzyść Piekła ;)

 

@Tom – dzięki za wizytę ;) Nie no, może na wszelki wypadek jednak jest nie spotykać się z diabłami ;)

 

@Arnubis – dzięki za wizytę. Cieszę się, że czytało się lekko i przyjemnie. Co do przedstawienia diabła, to wychodzę z założenia, że nic nie jest w 100% czarne albo białe, także diabeł ;)

Co do kwestii pieniędzy, pisałam o tym wyżej… Traktuję to w uproszczeniu tak, że Piekło zaczyna stopniowo rozszerzać swoją działalność na Ziemi. A do tego zawsze będą potrzebne pieniądze.

 

@Annarosa – fajnie, że się podobało ;) W sumie co za różnica, czy Kinga szczerze kocha bohatera, czy nie, jeśli on sam jest zadowolony? A może potrafiła zakochać się na „zawołanie”? ;) No i nie da się ukryć, że utknięcie na kilkadziesiąt lat w niesatysfakcjonującej pracy to piekło samo w sobie…

 

@NoWhereMan – dzięki za wizytę, fajnie, że wyszło ciekawie i sympatycznie. Fakt, że troszkę tui jest pozostawione do indywidualnej interpretacji. Ja lubię myśleć, że bohater starał się nie przesadzić i zadowolił się rzeczami dość przyziemnymi (praca, związek), by nadmiernie nie kusić losu.

 

@Rokitnik – dzięki za wizytę. Myślałam, czy by nie zakończyć tego opowiadanka „zwyczajnie”, ale uznałam, że jednak jakiś twist, choćby malutki, się przyda.

Jakiego rodzaju „błędziki” masz na myśli? Pytam, bo przyświeca mi stałe dążenie do poprawiania warsztatu, a jednak większość czytelników jest z tegoż warsztatu zadowolona ;)

 

@Rosebelle – bardzo mi miło; cieszę się, że przeczytałaś mój tekst „dla przyjemności” ;) Zapamiętywać broń Boże nie trzeba, to miał być tylko szorcik ku rozrywce, tak mojej jak i czytelników.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Z tymi “błędzikami” to też bez przesady!

Ogólnie podoba mi się Twój warsztat, aczkolwiek trafiają Ci się powtórzenia. Są jednak z rodzaju tych, które jednych nie obchodzą, a drugim przeszkadzają. Mi odrobinę zgrzytały.

Na przykład:

I mnie też czegoś brakowało, tak bardzo, że aż czasem w środku czarnej nocy miałem wrażenie, że tęsknota rozsadzi mi serce wraz z płucami i ktoś będzie miał potem kupę sprzątania.

Miał bardzo jasne i bardzo niebieskie hipnotyzujące oczy.

To kwestia gustu ;)

Jai guru de va!

Dzięki za doprecyzowanie ;D Pierwsze wymienione z gatunku tych, które – gdybym tylko zauważyła – spróbowałabym wyeliminować. Drugie akurat zamierzone, ale rozumiem zasadę. Jeszcze raz dzięki!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Muzykę poprawiam, puszkę zostawiam. To nie jest dosłowna jedna puszka ;)

Tak po prawdzie to bardziej od grającej muzyki razi mnie kot karmiony puszką. ;)

Ośmielę się więc zaproponować: …a mój kot na najtańszej karmie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako doświadczona właścicielka kotów, mogę się wtrącić i powiedzieć, że tak się mówi “dać kotu puszkę”, albo “nakarmić kota puszką”… Takie kolokwializmy, moim zdaniem w narracji pierwszoosobowej mogą być. 

Nie chciałabym się licytować, która z nas ma większe kocie doświadczenie, ale miewałam na utrzymaniu tuziny kotów i owszem, kupowałam im puszki i saszetki, ale nie karmiłam ich puszką. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przepraszam, Reg, jestem okropna i puszkę zostawiam ;D

A Rosebell słusznie zauważyła, że to narracja pierwszoosobowa. W trzecioosobowej bym tak nie napisała ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie mogę się z Tobą nie zgodzić, Joseheim – jesteś okropna! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Biorę to na wątłą klatkę piersiową :)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mam nadzieję, że wątła klatka wyjdzie z tego bez szwanku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może i nieodkrywcze, ale za to smaczne literacko :)

Osobiście lekko irytuje mnie (zawsze – nie to, że tylko w tym tekście) zwracanie się bezpośrednio do czytelnika, typu “no wiecie, rozumiecie” …to się chyba żartobliwie nazywa spoufalanie się z czytelnikiem :D Kwestia gustu. Jeśli chodzi o samą puentę, to zdecydowanie wolę myśleć, że jest metaforyczna, niż…no właśnie…fantastyczna ;) Ale nawet, jeśli jest bardziej dosłowna, niż zakładam, to i tak tekstu nie psuje :)

@Blue_Ice – dzięki za wizytę, niezmiernie się cieszę, że było smacznie ;)

Ja generalnie nie przepadam za narracją pierwszoosobową i doskonale rozumiem, dlaczego irytuje Cię to, o czym wspomniałaś. Też tego nie lubię ;p Tutaj zastosowałam jakoś tak odruchowo… Jak się zaczyna pisać i się człowiek wczuwa w swoich bohaterów, to potem odkrywa, że robi rzeczy, których nie planował, nie?

W sumie końcówka miała być dosłowna… Ale uważam za ciekawe, że nie Ty jedna wolisz przyjąć ją metaforycznie ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Mi się podobało. Zestawienie przyjemnego stylu, S o niebieskich oczach i miłym głosie, smaczną herbatą… z zapłaceniem pieniędzmi i zadłużeniem się, żeby mieć bliską osobę, niechęć bohatera do myślenia o konsekwencjach, tylko tu i teraz… Jakże to symboliczne. To wszystko składa się na wiarygodność jak łatwo i przyjemnie duszyczki lądują w piekle. Bardzo ciekawie zbudowana postać S. Tekst przyjemny, a biorąc pod uwagę historię, jednocześnie przerażający, bo ukazuje, jak gładko na granicy świadomości/nieświadomości można się zaprzedać. Lubię takie motywy.

Żeby nie było za słodko, to zgrzytnęła mi trochę sprawa taka, że generalnie bohater jest ustawiony finansowo, ale nie ma partnerki – w przedstawionym świecie mało wiarygodne. ;)

 

Wróciłem do domu, nakarmiłem kota i zasiadłem przed telewizorem, by obejrzeć mecz. To był dla mnie szczyt swobody i komfortu – piwo, święty spokój, na kolanach fabryka mruczenia, Lewandowski lansujący się na ekranie. Czy mógłbym chcieć od życia czegoś więcej?

No i ten fragment wydaje mi się nazbyt kobiecy – pewnie mi się oberwie – dlatego, że motyw oglądania meczu, z przyjemnie mruczącym kotem na kolanach, to na mój gust, nie pasuje. Ale kto tam teraz tych facetów wie… więc piszę tylko, że to wybiło mnie z rytmu. Ponadto co do chcieć czegoś więcej, to mecze najlepiej ogląda się z kumplami, komentuje, emocjonuje – bez mruczącego kota. To widzimisię jest, bo na siłę mogę wyobrazić sobie i kota na kolanach podczas oglądania meczu. ;)

Bardzo mi się podobało. Lekko, przyjemnie napisane, na pewno warte do zaprezentowania jak najszerszej publiczności. :)

Fajna wizja szatana. Świetny język. Czego chcieć więcej? :)

Nie będę się silił na oryginalność. Zgadzam się z przedpiścami, a najbardziej z Thargone, który z ust mi wyjął to, co sam bym powiedział.

Świetny warsztat oraz lekkość i wdzięk stylu sprawiają, że opowiadanie samo się czyta.

Transakcje z diabłem niemalże zawsze mają jakiś haczyk. Człowiekowi nigdy nie wychodzą na dobre. U Ciebie jest inaczej, joseheim. Diabeł sprzedaje prawdziwe szczęście i to wcale nie tak drogo (narrator szybko nadrobił debet). Spiłowane rogi i czerwony poblask w oczach Kingi, to też niewysoka cena. Bo poza tym Kinga jest normalną babką. Nie? Czy też raczej mam się domyślać, że po zakończeniu opowiadania Kinga nabije narratora na widły, wypije mu krew itp? To pytanie do Autorkismiley

Opowiadanie ma w sobie coś, czego nie potrafię sprecyzować (styl to czy treść?), co odrobinę nastraja pozytywnie. Jak dla mnie w sam raz na pochmurne popołudnie. Milutkie.

Pozdrawiam, joseheim!

Fajne :)

Łatwe, lekkie i przyjemne. Kobieta, stabilizacja? Moje życzenia były by zupełnie odmienne.

A ta diablica na 40 lat to chyba ten drobny druczek w umowie ;)

Znowu przepraszam za opóźnienia w odpowiedziach…

 

@Blackburn – Cieszę się niezmiernie, że dobrze Ci się czytało i znalazłeś tyle pozytywów, ale, cholera, masz rację. Muszę uważać, by nie myśleć jak kobieta, kiedy piszę o mężczyznach. Znaczy to jest nie do zrobienia w 100%, ale przynajmniej można spróbować uważać… Nawet jak weźmiemy poprawkę na fakt, że bohater to samotnik, to ten konkretny fragment wypadł dość głupio. No ale to, że nie ma kobity, akurat mogę zrozumieć, obecnie całkiem sporo ludzi “ustawionych” koło 30 lub starszych ma problem ze znalezieniem partnera. Albo rozstali się z kimś, z kim byli wcześniej, albo po prostu nie związali się z nikim na dłużej. Smutne.

 

@Rossa – Dzięki, cieszę się, że szort przypadł Ci do gustu. Polecam się na przyszłość ;)

 

@Mjacek7235 – Dzięki za wizytę ;) Fajnie, że gładko się czytało. Przyznam, że opowiadanko miało mieć wydźwięk raczej pozytywny. Nie, Kinga nie nabiła bohatera na widły kiedy jej się naraził. Chyba. Kto tam wie, co robili po tym, jak opowiadanie się skończyło? ;)

 

@Anet – Cieszę się, dzięki ;)

 

@Enderek – Fajnie, że łatwe, lekkie i przyjemne, bo takie właśnie miało być. No może coś w tym jest, że diablica do końca życia to żadna nagroda… Ale póki bohater jest zadowolony, to chyba wszystko w porządku. Dzięki za wizytę!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pomysł jakiś jest, ale temat już tak oklepany, że niestety, ale jakoś nie ruszyło, poza tym, że przyjemnie napisane. Przeczytało się samo, ale zalatuje wtórnością. Niestety.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za wizytę ;) No wiem, ze Ameryki nie odkryłam, także fajnie, że chociaż przeczytało się gładko.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka