- Opowiadanie: Bohdan - Rozmazany obraz

Rozmazany obraz

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

NoWhereMan, Użytkownicy, SzyszkowyDziadek, Użytkownicy IV

Oceny

Rozmazany obraz

 – O rany… – jęknąłem, leżąc pod kołdrą. Z niemałym wysiłkiem udało mi się wyłączyć alarm w telefonie. Siódma rano. Czas iść do pracy, żeby sprzedać lub wynająć jakieś mieszkanie. Biurko oraz komputer w nowojorskiej agencji nieruchomości czekały na mnie z utęsknieniem.

 Ręce odruchowo powędrowały w kierunku pulsującego bólu i już po chwili opuszkami palców masowałem skronie. Gehenna wciąż trwała, lecz dłonie nie przerywały pracy. Wreszcie dałem za wygraną. Usiadłszy na łóżku, namacałem opakowanie tabletek przeciwbólowych. Zaraz potem dwie pastylki udały się w podróż do wnętrza żołądka.

 

***

 

– Co? Znowu głowa cię boli? – Głos Petera wyrwał mnie z zamyślenia. Uniosłem wzrok znad dokumentów i spojrzałem na zatroskaną twarz pokrytą kilkudniowym zarostem. Pracowaliśmy od roku biurko w biurko, co z czasem zaowocowało również przyjaźnią poza ścianami firmy.

– Aż tak widać? – Głupszego pytania nie mogłem zadać.

– Pewnie, że widać! James, chłopie, ile to już trwa? Ze trzy tygodnie chyba! – wrzasnął, aż kilka kropelek jego śliny wylądowało na moim policzku. – Już dawno powinieneś pójść do lekarza. – Sugestia została wypowiedziana już łagodniejszym tonem.

– Pójdę, pójdę.

– Tiaaa… – Zniechęcony machnął ręką.

 Znał mnie lepiej niż mógłbym przypuszczać. Owszem, chyba bałem się jakiekolwiek pomocy medycznej. W zasadzie to nie lubiłem lekarzy. Miałem do nich uraz od śmierci matki, która kilka lat temu umarła na raka. W pamięci pozostał tylko rozmazany obraz jej uśmiechniętej twarzy. Ojca nigdy nie poznałem. Odszedł od nas zaraz po moich narodzinach. Usiłowałem sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni odwiedziłem przychodnię i z jakimi dolegliwościami. Dwa lata temu? Trzy? Nie, chyba nawet dłużej… Pamięć szwankowała. Próba retrospekcji zawiodła na całej linii.

 

***

 

Następnego dnia, zaraz po przebudzeniu, oprócz bólu głowy przywitała mnie również dziwaczna kontuzja barku. Nie byłem w stanie unieść ręki powyżej klatki piersiowej.

 – Cholera – zakląłem pod nosem. – Co dalej? Odpadnie mi noga, czy może oślepnę? – pytałem z nutką sarkazmu w głosie.

 Dotarłszy do łazienki, obejrzałem bark przed lustrem. Nie było śladu obrzęku, ale ból dokuczał. „Może spałem w niewłaściwej pozycji?” – pomyślałem.

Nagle poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Szybko podniosłem klapę sedesu. Wymiotując, zamknąłem oczy, żeby nie widzieć niestrawionych resztek wczorajszej kolacji. Co ja właściwie zjadłem przed snem? Nie potrafiłem sobie przypomnieć. Znowu dziwnie rozmazany obraz. Zresztą nie wydawało mi się to w tej chwili istotne.

 Otworzyłem oczy. Po ściankach muszli spływała gęsta, ciemna ciecz. Nie wyczuwałem żadnego zapachu. Zbliżyłem nos do obrzydliwej brei, niemal dotykając jej. Nic. Jakby była zupełnie bezwonna.

– Co się ze mną dzieje?! – Mój krzyk rozpaczy odbił się echem od wykafelkowanych ścian.

Wysłałem Peterowi sms, aby powiadomił szefostwo o mojej chorobie. Nadmieniłem też o konieczności spotkania z lekarzem. „Najwyższy czas” – odpisał.

Wystukałem na wyświetlaczu numer przychodni. Po wysłuchaniu kilku komunikatów elektronicznej sekretarki uzyskałem połączenie z recepcją. Miły, damski głos zapytał o moje dolegliwości. W kilku słowach opisałem w czym tkwił kłopot, a raczej kilka problemów.

 – TS 45… – mruknął głos w słuchawce.

 – Przepraszam? – zapytałem. – Nie rozumiem.

 – Nie, nic takiego – odpowiedziała. Ton wypowiedzi nie wydawał się już tak ciepły. – Sprawdzam rejestr. Niestety, nasza przychodnia nie pomoże panu w tak poważnych objawach. Mogę umówić pana w Inner Hospital, to niedaleko pana zamieszkania. Zgadza się pan?

 – Oczywiście. Na kiedy?

 – Za dwie godziny. Odpowiada panu?

 – Jak najbardziej. Dziękuję. – Ucieszyłem się z tak szybkiego obrotu sprawy. Nie wiedzieć czemu ludzie tak często krytykowali amerykańską służbę zdrowia za opieszałość.

– Dobrze, zaraz wyślę panu adres szpitala na komórkę. Do widzenia.

„Nawet nie wiedziałem, że mają mój numer kontaktowy” – pomyślałem lekko rozbawiony.

 

***

 

 Szpital wydał się pusty i sterylnie czysty. Ściany wręcz oślepiały białym kolorem, a podłoga lśniła w blasku sufitowych lamp. Na korytarzach zauważyłem niewielu pracowników i ani jednego pacjenta, lecz mało mnie to obchodziło. Jedyne, co miałem w tej chwili w głowie, to wyleczenie choroby.

W recepcji czekała na mnie śliczna, jasnowłosa pielęgniarka.

– Czy pan James Creek? – zapytała.

 – Tak – przytaknąłem. – Skierowano mnie tutaj z przychodni na Oval Avenue. Mam jakieś niepokojące objawy…

– Wiem, wiem – przerwała mi stanowczo, prawie niegrzecznie. – Proszę za mną. Zaraz temu zaradzimy.

 Udaliśmy się ku białym drzwiom. Gdy znaleźliśmy się w pomieszczeniu, zostałem poproszony o zajęcie miejsca na czarnym fotelu. Pielęgniarka z nieukrywaną obojętnością przez chwilę przyglądała mi się, po czym oznajmiła:

 – Zaraz otrzyma pan zastrzyk w kark.

 – Czy to na pewno pomoże? – Przełknąłem głośno ślinę. Wydało mi się dziwne, że tak szybko przechodzimy do zabiegu. – Może ktoś powinien mnie zbadać?

 – Bez obaw – ucięła rozmowę.

I zanim zdążyłem się w czymkolwiek zorientować, kobieta stała już za mną. Poczułem chłodne ręce na szyi. Zdziwiło mnie, że nie używała rękawiczek, a kiedy zdałem sobie sprawę, że nie zauważyłem w jej dłoni strzykawki, straciłem ostrość widzenia i zdolność wykonania jakiegokolwiek ruchu. Zapadając się coraz głębiej i głębiej w ciemność, usłyszałem trzaśnięcie drzwi, a potem męski głos:

– Widzę, że TS 45 już przygotowany? Rok minął, czas na zmianę baterii. A potem zrobimy full reset…

 

 ***

 

Budzik wyrwał mnie z głębokiego snu. Pobudka o czwartej nad ranem nie należała do przyjemnych. Cóż począć, taka górnicza dola, węgiel się sam nie wydobędzie. Przez chwilę zastygłem w bezruchu i posmutniałem na myśl o śmierci moich rodziców. Wypadek samochodowy, czołowe zderzenie z ciężarówką i nagle straciłem tak wyjątkowo ważnych ludzi. W mgnieniu oka wszystko runęło niczym domek z kart. Ze zdziwieniem przyjąłem fakt, że prawie nie pamiętam ich twarzy. W pamięci pozostał tylko ich rozmazany obraz.  

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś pomysł. Może nie powala oryginalnością, ale przynajmniej jest jakieś zaskoczenie w końcówce. To wyglądało raczej na jakąś dziwną chorobę.

Chociaż nie rozumiem, dlaczego TS nie może znać własnej tożsamości.

Napisane całkiem przyzwoicie.

 – TS 45… – mruknął głos w słuchawce.

Liczby w beletrystyce raczej piszemy słownie, a już w dialogach obowiązkowo.

Babska logika rządzi!

Zastanawiałam się czy bohatera atakuje jakiś wirus, czy raczej odczuwa on przykre skutki nadużycia, więc finał zaskoczył mnie całkowicie. Nieźle. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajnie się czytało, jest zaskoczenie.

Pozdr :)

Takiego finału się nie spodziewałem! Super :)

Dziękuję wszystkim. Do Finkla: wiem o tym. W tym przypadku celowo napisałem liczbę numerycznie, żeby podkreślić jej znaczenie. Słownie nie wyglądało to tak dobrze tzn. nie rzucało się w oczy, mówiąc kolokwialnie. A to dość istotny szczegół w tej miniaturce… Póki co, niech będzie jak jest, ale jeśli jeszcze ze trzech czytelników napisze, że należy zmienić, to nie będę stał okoniem. 

 

Pozdrawiam wszystkich

Mastiff

No, jeśli celowo, to niech Ci będzie.

Babska logika rządzi!

Jest tu pomysł, choc mnie nie rzucił na kolana. Końcówka faktycznie zaskakująca i to ona zostawiła trwałe wrażenie.

Mimo krótkości koncertu, spodobał mi się on. Kliczek.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajny tekst. Końcówka zaskoczyła, zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystkie wcześniejsze objawy. Podobało mi się. :)

Mnie z kolei końcówka nie zaskoczyła, wystarczającą wskazówką było pojawienie się określenia “TS 45”. Ale to IMO w porządku, że dajesz czytelnikowi uczciwą szansę na rozwiązanie zagadki. Jednym to rozwiązanie się spodoba, bo zaskoczy, innym, być może, ponieważ je przewidzą. Generalnie – solidny króciak, chociaż powiedzmy sobie, że motyw dosyć znany.

TS 45 – zgadzam się, że lepiej kodem/liczbą niż słowami, też bym tak napisał. Czytelniej i tak samo dobrze wiadomo, jak wymówić (gdyby dla kogoś jednoznaczność wymowy była istotna). Piszę to na prośbę Finkli, “żeby Autor wiedział, że są różne zdania na ten temat” ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki wszystkim za przeczytanie i opinie. Wiem, że temat nienowy, ale trudno wymyślić coś unikatowego w s-f, niestety. Chodziło mi o to, żeby czytelnik miał frajdę z lektury, no i żeby coś napisać po czterech latach przerwy… ręce świerzbiły. 

jeroh: no to dobrze, zostaje numeryczny zapis. 

 

Podrawiam

Mastiff

Moment, to TS 45 jest czymś powszechnie znanym?

Babska logika rządzi!

Nie sądzę. Czemu miałoby być?

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Żeby były szanse rozwiązać zagadkę. Pomyślałam, że może któryś z robotów ze Star Wars albo coś…

Babska logika rządzi!

No nie, ale to wyraźnie wygląda jak nazwa serii robotów, nawet jeśli mogłoby oznaczać różne inne rzeczy.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

H5N1 wcale nie wygląda lepiej. ;-)

Babska logika rządzi!

 To piszę, że różne inne rzeczy też ;) Sama w sobie wskazówka niewystarczająca, jednak w całym kontekście… Naprowadziła mocno.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dobrze Cię znów widzieć, Bohdanie :)

 

Całkiem przyjemny króciak, podobał mi się, chętnie przeczytałabym jakąś rozszerzoną wersję, bo bohater wyszedł Ci taki… prawdziwy. Bardzo dobrze, że zostawiłeś ślad w postaci literkowo-cyferkowej, dzięki temu satysfakcja z lektury była większa. Niby się można było spodziewać, o co chodzi, ale jednak zakończenie zaskakuje. 

Dlatego kliknę :)

 

P.S> A wiesz, że ja ciągle pamiętam Twojego szorta, w którym bohater wychodzi do tłumu i urywa sobie głowę? Dobra robota, skoro ta wizja została mi w głowie przez tyle czasu :)

 

Nie przekonała mnie scena, w której TS opowiada o swoich objawach pani w rejestracji. Nie wiem, w jakim świecie pielęgniarki/recepcjonistki zajmowałyby się czymś takim. Trudno mi również uwierzyć by ktokolwiek zgodził się na zastrzyk w szyję w minutę po wejściu do gabinetu, nie usłyszawszy żadnych wyjaśnień.

Pomysł może i był, ale nie został rozwinięty wystarczająco, by mnie czymś zafascynować lub zachwycić. Ot, prosta historyjka na rozgrzewkę. Nietrudno było odgadnąć tożsamość bohatera.

Życzę ci powodzenia w kolejnych próbach, Bohdanie. Miłego dnia :)

Należę do tej grupy czytelników, którzy domyślili się puenty w połowie tekstu. Ale to nie znaczy, że nie próbowałeś zaskoczyć. Pomysł nie jest niestety zbytnio oryginalny, ale jak na szorta posłużyłeś się nim zręcznie oraz całkiem sprawnie skomponowałeś całość. 

Co mi nie gra? Otóż wstawiasz jakieś opisy, które mają podrasować tekst na styl opowiadań, jakie pojawiają się w druku. Nie zawsze jednak robisz to z wyczuciem. Podam przykład:

Uniosłem wzrok znad dokumentów i spojrzałem na zatroskaną twarz pokrytą kilkudniowym zarostem.

Czemu ma służyć ten opis o zaroście? Po co nam ta informacja w tak krótkim tekście? Po nic. Służy dodaniu “fajowości”​ i sprawia, że opowiadanie jest bardziej luzackie, powiedzmy “amerykańckie”. Gdyby jeszcze kolega Peter żuł gumę to byłoby już “​amerykańckie”​ do bólu. Podobnie jest w innym przykładzie: Biurko oraz komputer w nowojorskiej agencji nieruchomości czekały na mnie z utęsknieniem.​ Ta “nowojorska agencja nieruchomości” też brzmi “amerykańcko” – sztucznie​ i jest zbędna. Kto tak myśli o swojej pracy po przebudzeniu?

Wydaje mi się również, że w kilku miejscach niewłaściwie użyłeś pewnych sformułowań i określeń.

Ręce odruchowo powędrowały w kierunku pulsującego bólu”​? Może bolącego miejsca? I dlaczego odruchowo? “(…)co z czasem zaowocowało również przyjaźnią poza ścianami firmy.” Poza ścianami firmy? Nie brzmi to najlepiej. Używa się raczej podobnego sformułowania z murem. np. “Poza murami uczelni.”

​Ogólnie, poza podobnymi zgrzytami, napisane nieźle i szort nawet, nawet. Gdyby był ciut lepiej dopracowany, kliknąłbym bibliotekę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

A ja kliknę. W sumie pomysł nienowy, ale nie spodziewałem się takiej puenty, celowałem bardziej w jakąś dziwną chorobę czy początek epidemii. Szort mi się nawet spodobał.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję raz jeszcze. 

Nie spodziewałem się, że tyle osób przeczyta króciaka. 

 

Iluzja: Za tamtego króciaka dostałem baty, że hej!

kam_mod: również powodzenia życzę

mr.maras: dziękuję za rady, masz dobre oko

SzyszkowyDziadek: fajnie, że się nie nudziłeś podczas lektury

 

Pozdrawiam

 

Mastiff

Mnie zastanowiły dwie kwestie:

 

  1. Jeżeli te bioroboty – takie jak bohater opowiadania (symbol sugeruje, że jest ich więcej niż jeden) – funkcjonują na prawach normalnych ludzi, to dlaczego ich zniknięcie w jednym miejscu i pojawienie się w innym nie budzi żadnej sensacji? W opisie przedstawionego świata nie ma nic, co sugerowałoby, że ludzie w nim żyjący mają z tym jakiś problem.
  2. Czy po wizycie w “szpitalu” zmieniają się także warunki fizyczne biorobotów, skoro tak łatwo można je przenieść z pracy biurowej do pracy fizycznej w kopalni?

Marcin Robert:

 

  1. Uważasz, że w dzisiejszych czasach częste przemieszczanie się ludzi z miejsca na miejsce wzbudza sensację? Mieszkałem do tej pory w trzech krajach w sześciu miastach i to żadna sensacja. Bo jest wielu ludzi, którzy robią to znacznie częściej, szczególnie kiedy są młodzi, nie mają rodzin itd. A i pracę zdarzało mi się porzucać z dnia na dzień. A kto bogatemu zabroni? W stanach to zupełnie normalne i pewnie dlatego nikt nie pyta po co i dlaczego. 
  2. No, rzeczywiście. Przeprogramowanie niemal idealnego androida z pracownika biurowego na górnika to rzecz niewykonalna.

Pozdrawiam

Mastiff

Ad1. Wątpię, żeby nikt się nie zainteresował. Przyjaciele na przykład mogą się zainteresować. Główny bohater miał chyba przyjaciela, prawda? Któryś z tych biologicznych robotów przez zwykły choćby przypadek mógł znaleźć się w sytuacji która zwróciła na niego uwagę policji. Jakiś dziennikarz śledczy (nadal są tacy, mimo "upadku prasy papierowej") trafił na trop podejrzanych przemieszczeń i transformacji osobowościowych wśród młodych ludzi. A pamiętajmy też, że w epoce internetu trudno tak nagle zniknąć i pojawić się niespodziewanie w innym miejscu.

 

Ad 2. " Idealny" to takie słowo wytrych, które niczego jednak nie wyjaśnia.

Nie, no sorry. Ty nie przyjmujesz żadnych argumentów. Ta rozmowa jest bez sensu. 

Mastiff

Dobra, to żeby się nie rozpraszać, skoncentrujmy się na punkcie pierwszym. Społeczeństwo to sieć mniej lub bardziej typowych powiązań. Zwykły człowiek, wchodzący w zwykłe relacje międzyludzkie, mający jakichś znajomych, przyjaciół i rodzinę (nawet jeżeli się często przeprowadza za pracą) nie wprowadza zamieszania w jego funkcjonowaniu. Co innego android, którego można swobodnie przestawiać i zmieniać mu osobowość. Ktoś taki albo musi wprowadzić zakłócenia w funkcjonowaniu społeczeństwa podobnego do naszego, albo społeczeństwo, w którym żyje, musi być znacząco odmienne od naszego.

Człowieku, o czym Ty piszesz? Powyższe opowiadanie jest szortem z trzema scenkami na krzyż. Gdybym miał się rozpisywać na tematy, które poruszasz, to powstałaby powieść na trzysta stron, a nie utwór na trzy strony maszynopisu. Tylko po jaką cholerę pisać kolejny “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”?

Rozumiem, że tekst Ci się nie podoba i nie ma sprawy. Na tym koniec.

Mastiff

Przeciwnie, opowiadanie jest ciekawe i dobrze napisane. Zwróciłem tylko uwagę na interesujący aspekt społeczny, jaki implikuje poruszony w nim problem. Sądzę, że ten szort byłby pełniejszy, gdyby został on jakoś w nim zarysowany.

A ja uważam, że wręcz przeciwnie. Zaszkodziłoby opowiadaniu i to bardzo. 

Mastiff

W takim razie usuń niepotrzebne elementy społeczeństwa. Ten przyjaciel głównego bohatera zgrzyta. A co do punktu drugiego: czy przeprogramowanie zmienia też cechy fizyczne?

Niczego nie będę usuwał, a jak Ci zgrzyta, to trudno. Na drugie pytanie odpowiedź jest zawarta w tekście, więc nie widzę potrzeby dyskusji.

Mastiff

Bohdanie. Marcin Robert prowadzi ciekawą dysputę pod Twoim opowiadaniem i ja bym to docenił, a nie wyrażał irytacją jego komentarzami. Inni autorzy tęsknie i zazdrośnie wyczekują kogoś kto wkręci się w ich tekst.

Ja zrozumiałem to tak, że bohater/android nie wie kim jest naprawdę (mysli, że jest człowiekiem) ale dla wtajemniczonej części jego otoczenia (serwisanci/lekarze) to jest oczywiste. I tutaj rzeczywiście rodzi się pytanie kim był ów przyjaciel. Również androidem? Człowiekiem, który dał się zwieść? Kimś kto udaje przyjaciela ale zna prawdę? A gdy sie nad tym zastanawiam to pytania Marcina Roberta mają jednak sens.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kolego, napisałem ten tekst, żeby poruszyć wyobraźnią czytelnika. Czy mi się udało, czy nie – to inna sprawa. Każdy może sobie coś dopowiedzieć, coś przemyśleć itd. Natomiast nie mam czasu na to, żeby wisieć teraz na portalu i pisać w zasadzie opowiadanie od początku, wyjaśniając dlaczego tak, a nie tak czy dlaczego to a nie to. Nie ma też zamiaru spełniać zachcianek w stylu: wyrzuć z tekstu to, bo to be, a napisz tak, bo to jest dobre. 

Odpowiedziałem też wcześniej, że gdybym chciał wyjaśnić wszystko w tekście to zajęłoby znacznie więcej niż trzy strony, a poza tym w mojej opinii – a chyba mam do tego prawo, prawda? – nie wyszłoby to tekstowi na dobre. I tyle. 

Mastiff

Czyli bez żalu możemy sobie darować dyskusję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale tu nie ma za bardzo o czym dyskutować. Na wszystkie pytania Marcina odpowiedziałem powyżej. Szkopuł w tym, że każda moja odpowiedź była powodem następnych pytań. Ten tekst jest szortem, krótką scenką. I to już jest odpowiedzią. Jeśli kiedyś zdecydowałbym się na rozwinięcie, to pewnie znalazłoby się w nim więcej szczegółów, ale to tylko gdybanie. Propozycje Marcina są jak najbardziej na miejscu, lecz tego się nie da napisać w krótkiej formie. Po prostu nie da się… I to usiłuję bez przerwy wytłumaczyć. 

Mastiff

(…) tego się nie da napisać w krótkiej formie. Po prostu nie da się… I to usiłuję bez przerwy wytłumaczyć. 

 

Człowieku! Przez wiele lat na forum śp. magazynu “Science Fiction, Fantasy i Horror” odbywały się konkursy szortowe, które polegały na zmieszczeniu zadanego tematu w szorcie o wielkości 3500 znaków ze spacjami. Najlepsze konkursowe teksty ukazywały się na łamach czasopisma. Część z nich (w tym – pochwalę się – trzy moje opka) trafiła do antologii “Szortal Fiction” wydanej w 2013 roku przez Solaris. Wierz mi, w trzy i pół tysiącach znaków zmieścić można bardzo wiele. Zapytaj profesjonalnego redaktora – znajdziesz takich na przykład na portalu “Fahrenheita” – a powie Ci, że tworzenie literatury polega na pisaniu w ramach ograniczeń. Także ograniczonej, z góry ustalonej liczby znaków. Poćwicz to sobie, a wyjdzie Ci to tylko na dobre. Na początek spróbuj napisać “Rozmazany obraz” jeszcze raz, redukując jego objętość do szortalowych 3500 znaków (ze spacjami, ma się rozumieć).

Tak jest!

Mastiff

Fajne :)

Fajne. Czytało się dobrze, a na koniec było spore zakończenie. Ładnie prowadziłeś czytelnika i zbudowałeś małą tajemnicę wokół choroby. Zazgrzytało mi trochę nielogiczne zachowanie TS 45 wobec “służby zdrowia”. Ja co najmniej zadałbym ze sto pytań w takiej sytuacji. A on godził się na wszystko. A może było jak w tym serialu Westworld, że dało się obniżać albo podkręcać niektóre z cech robotów? Tutaj łatwowierność stałaby na 100% ;)

Dziękismiley

 

 

Mastiff

Nowa Fantastyka