- Opowiadanie: katia72 - Człowiek bez głowy

Człowiek bez głowy

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Człowiek bez głowy

I

 

Idea zagubiona w pustce. Ślepy wąż pełzający po pustyni w poszukiwaniu zdechłej myszy. To był cud, że ciągle myślałem, a może dowód na istnienie duszy. Nie miałem przecież głowy. A jeśli nie miałem głowy, to nie miałem też mózgu. A bez mózgu…

Nie wiem, już wkrótce po przemianie przestałem się nad tym zastanawiać. To i tak pozbawione było sensu. Moje wierzenia, przekonania i ideały jak zakurzone książki z dzieciństwa nadawały się jedynie do wyrzucenia lub spalenia w jesiennym ognisku na polu babci. Muszę przyznać, że rosły tam doskonałe ziemniaki. Uwielbiałem wcinać je polane czosnkowym masłem, posolone i posypane koperkiem.

Niestety bez głowy nie byłem w stanie już niczego więcej jeść. Paradoksalnie tej zdolności brakowało mi chyba najbardziej. Bardziej niż wzroku, słuchu, smaku czy oddychania.

Tak, ale zacznę od początku. Chwilę po tym, jak moja głowa stoczyła się z drewnianego podestu, uświadomiłem sobie, że siedzę na zimnej podłodze, prawdopodobnie betonowej, ale nigdy nie udało mi się tego potwierdzić. Podłoże było lekko chropowate, a miejscami nawet ostre. O jedną z grudek delikatnie skaleczyłem sobie wewnętrzną część dłoni. Trochę bolało. Dziwne, ciągle odczuwałem ból, głód i pragnienie, ale nie umierałem. Pewnie dlatego, że nie żyłem, ale tak jak nad istnieniem duszy, wolałem się nad tym nie zastanawiać. Niektóre kwestie na zawsze pozostaną poza możliwościami poznawczymi ludzkich mózgów, a co dopiero ciał pozbawionych głów.

Pełzłem ostrożnie przed siebie, próbując ustalić, gdzie się znajduję. Dotykałem i dotykałem, bo tylko dotyk mi pozostał. Może zabrzmi to, co najmniej dziwnie, ale najpierw ustaliłem, że wylądowałem w czymś na kształt magazynu. Metalowe szafki, półki, skrzynie, prawdopodobnie wypełnione jakimiś narzędziami. Nie chciałem ich dokładnie badać, bo obawiałem się ponownego skaleczenia. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że nie mam głowy. Dotknąłem dłonią szyi. Powoli wędrowałem palcami wyżej i, wyżej i… Nic tam nie było. To znaczy, cały czas krwawiłem. Nie, ten dotyk… Dotyk poszarpanego ciała i rozerwanego kręgosłupa. Postanowiłem, że nie będę już tego powtarzał. Takie obrzydliwe, mrożące krew w żyłach odczucie. Przypomniał mi się obrazek z mojego poprzedniego życia. Ja i syn.

 

– Tato, włączysz mi tę grę o głowie? – poprosił Kacper.

– Oczywiście. Już. Tylko ustawię głos.

– Dziękuję.

Pocałowałem go w czoło i położyłem na biurku tablet w niebieskiej obudowie. Jasnoniebieskiej, błękitnej niczym morze z kreskówek Disneya. To było trzy lata temu, kiedy każdego dnia kłóciłem się z Weroniką. O byle głupotę.

 

Ta gra… To była taka moja odwrotność. Głowa bez ciała, tocząca się przez wirtualne korytarze. Przeskakująca nad ogniem, kolcami, wodą, uruchamiająca tajemnicze dźwignie i wreszcie osiągająca cel, czyli przejście do kolejnej planszy. Tak jak ja próbowałem przejść do kolejnego pomieszczenia. Z trudem otworzyłem drzwi. Już trochę przywykłem do ślepoty i zacząłem przemieszczać się na czworaka. Podłoga zmieniła formę na coś przyjemniejszego, może jakieś tanie linoleum. Ściany znajdowały się blisko siebie, na tej podstawie uznałem, że to korytarz.

 

Dotyk.

 

Dotknąłem czegoś miękkiego, czegoś, co się ruszało. Na chwilę znieruchomiałem. Wyobraziłem sobie wygłodniałego psa, który zwabiony zapachem krwi rozszarpie mnie na kawałki. Ale to nie był pies. Miękka, gładka skóra i szczupłe, trochę za kościste palce. Opuszka jednego z nich zawędrowała na moje ramię i bardzo powoli zaczęła coś na nim rysować.

„N”… Chyba „N”. A potem „I”. NIE

Przerwa. Kolejne znaki. BOJ. Nie, raczej BÓJ. NIE BÓJ.

SIĘ było już bardzo łatwe do odgadnięcia.

Litery, słowa, sylaby. Przecież jakoś musieliśmy się komunikować, zarówno tam, jak i tu.

 

Tam…

– Kacper, skoncentruj się. Natychmiast! – wrzeszczałem, próbując nauczyć syna czytać.

Płacz.

– Nie rycz, tylko czytaj! Ska-kan-ka! – krzyczałem, nie potrafiąc się opanować.

Chciałem powstrzymać złość, ale to było dla mnie za dużo. Płacz. Płacz. Płacz. A potem śmiech. Nieopanowany śmiech. ADHD. Lekarze oferowali nam leki na uspokojenie, ale Weronika mówiła, że nie będzie truć własnego dziecka. Pewnie miała rację, niestety ja czułem się jak w domu wariatów.

 

II

 

Tak więc nie byłem sam. Istota pisząca słowa na mojej skórze, kobieta, również nie posiadała głowy. Wiem, że to samolubne, ale fakt, że istnieli inni do mnie podobni, podniósł mnie na duchu. W krainie bezgłowych ciał, nikogo nie powinien zastanawiać fakt, że szyja kończy się krwawiącą raną, tak jak normalnych ludzi nie dziwi menstruacja, porody i starzenie się ciała, organów wewnętrznych, skóry i mózgu. Tylko… Trzeba się takim bezgłowym urodzić. Znowu poczułem ucisk w żołądku. Chciałem jeść. Frytki i smażoną kiełbasę, a potem lody waniliowe z bitą śmietaną, i kabanosy, i suszone morele, i smażonego pstrąga, i papieską kremówkę. Wszystko jedno. Byłem cholernie głodny. Niemalże słyszałem burczenie w jelitach.

Oprócz nieznajomej z korytarza w ogromnej sali, czymś, co nazwałem lotniskiem, bo przypominało mi poczekalnię na warszawskim Okęciu, natknąłem się na innych mieszkańców krainy mroku. Wszyscy byliśmy nadzy.

Na początku trochę mnie to krępowało. Zdecydowanie za duża bliskość, zbyt intymny dotyk. A ci ludzie? Czasem nawet nie rozpoznawałem ich płci. Nie znałem imion ani wieku, ani koloru skóry, ani głosu, ani zapachu.

Wszyscy byliśmy równi. W pewien sposób mnie to cieszyło. Nienawidziłem dysproporcji tamtego świata. I to zarówno tych z góry, jak i z dołu. Chyba nawet muszę przyznać, że bardziej drażnili mnie ci, którzy w ogóle nie pracowali, żerując na naszych podatkach, niż ci, którzy nas wyzyskiwali. Po prostu nie znosiłem nieróbstwa. Sam uważałem się za jednostkę wyjątkowo pracowitą, która dzięki swej sumienności i odpowiedzialności, była w stanie samodzielnie utrzymać rodzinę. Z pogardą patrzyłem na pozbawionych jakichkolwiek ambicji, siedzących całymi dniami przed telewizorem bezrobotnych na zasiłkach, ludzi, którzy bez opamiętania się rozmnażali, licząc na wsparcie państwa, i tych, którzy żebrali na ulicach. Tych ostatnich prawdopodobnie nie znosiłem najbardziej. Nazywałem ich kartonowymi robalami.

A tutaj… Nie potrzebowaliśmy pieniędzy, jedzenia, sprzętu elektronicznego… Może przydałyby się nam jakieś ubrania, ale… Tak czy inaczej, nikt nikogo nie wykorzystywał, przynajmniej materialnie.

Wyjątek z szarej masy stanowiła kobieta z korytarza, którą wziąłem za psa. Podczas naszego pierwszego kontaktu, położyła moją dłoń na swoim brzuchu. Miała tam małą, poziomą bliznę.

„Pewnie po cesarce” – pomyślałem.

To był jej znak rozpoznawczy. Uznałem, że chce, bym ją zapamiętał. Odwzajemniłem się wskazaniem brodawki na wewnętrznej stronie lewego uda. Brodawka – moja intymna wizytówka. Tu i tam…

 

– To dziedziczne, wiesz? Mój ojciec i brat też tak mają. Identyczne, w tym samym miejscu – powiedziałem do Weroniki, kiedy po raz pierwszy zdjąłem przy niej spodnie.

Nic nie odpowiedziała, tylko zaczęła mnie całować. Wszędzie. Zamknąłem oczy i powoli odlatywałem w chmury, w biel, w słońce. Nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Liczył się jedynie dotyk jej warg. Dotyk. Dotyk był najważniejszy.

 

Nie miałem głowy, a wciąż odczuwałem apetyt, łaknienie, chciałem zapalić marlboro i… No, tak do tego w sumie nie potrzebowałem mózgu. Na udzie kobiety z blizną napisałem: SEKS? Tylko tyle. Bez zbędnego gadulstwa, owijania w bawełnę, kupowania róż, których i tak nikt nie mógł zobaczyć ani poczuć, a jedynie przez przypadek zranić się kolcami. Krótka i rzeczowa odpowiedź – bez czarowania, udawania, zgrywania kogoś, kim się nie było – TAK. A samo zbliżenie? Najbardziej brakowało mi ust, i swoich, i jej. Tak czy inaczej, było szybko, intensywnie i dogłębnie. A niektórzy twierdzą, że orgazm powstaje w mózgu…

Weronika już w ciąży straciła zainteresowanie łóżkowymi igraszkami. Myślałem, że to przejściowe. W sumie jak miała taki ogromny brzuch i cała była jakaś taka opuchnięta, ja też niekoniecznie chciałem się z nią bawić, ale sytuacja nie uległa zmianie po przyjściu na świat Kacpra. Ba, nawet mogę powiedzieć, że się pogorszyła. Weronika ciągle narzekała na zmęczenie, brak czasu, bóle głowy. Ja też nie dosypiałem. Mały wrzeszczał po nocach, a w ciągu dnia, co dwie godziny, domagał się mleka. Dziecko, dziecko, dziecko. Liczyłem, że mój los się odmieni, gdy Weronika przestanie karmić piersią, ale nie… Kacper był dla niej pępkiem świata.

 

– Kochanie, przepraszam, nie mogę, muszę jeszcze utrzeć marchewkę i uprać ubranka, i zamówić przez Internet klocki z literkami. – Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, w których kiedyś się zakochałem, a które teraz ozdobione sińcami i matową cerą, sprawiały jedynie, że miałem ochotę trzasnąć drzwiami, iść do baru, kupić drinka jakieś młodej, chętnej lasce i… Jeszcze wtedy się powstrzymywałem, mówiąc:

– Może jutro.

– Tak jutro – potwierdzała, dodając, tak jakby próbowała zaczarować rzeczywistość:

– Kocham cię.

– Ja ciebie też – odpowiadałem bez przekonania.

 

Miłość. Co to jest miłość? Kolejne pytanie, które lekceważyłem, nawet wtedy, kiedy jeszcze miałem głowę. Kobietę z blizną dotykałem, tak, przecież nie mogłem wiedzieć, jak często. Dla nas, bezgłowych ciał, nie istniało rozróżnienie na dzień i noc. Nie dzieliliśmy godzin na minuty, a minut na sekundy. Pojęcie czasu nabrało zupełnie innej barwy. Wydarzenia następowały jedne po drugich, oddzielane tak zwanymi momentami wyłączenia, bo trudno było je określać mianem snu. W sumie to tego nie rozumiałem, miałem zdolność myślenia, ale nie potrafiłem śnić. Jak już czułem się zmęczony, ciąg obrazowo-znakowy kreowany, nie wiadomo przez co, po prostu się zatrzymywał. Muszę przyznać, że nie lubiłem tego uczucia, takiego jakby powtarzającego się w kółko umierania.

 

III

 

Któregoś dnia, tak na czuja obstawiam, że po paru miesiącach, a może nawet roku, od kiedy ocknąłem się w magazynie, dokonałem niesamowitego, a jednocześnie trochę przerażającego odkrycia. Wracając od mojej kochanki, z którą spędzałem coraz więcej czasu i zacząłem traktować niemalże jak żonę, wymuszając obietnicę wierności, przypadkowo natknąłem się na żelazne drzwi. Tak mi się przynajmniej wydaje, że były wykonane z żelaza. Z trudem je otworzyłem i wyciągnąłem ręce w celu rozpoznania terenu. Dotknąłem czegoś kudłatego, okrągłego, z jednej strony trochę wilgotnego. Dotknąłem głowy! Wyraźnie wyczuwałem nos, usta, uszy, oczy. Oczy… Z przerażeniem uświadomiłem sobie, że pakując na nie swoje wielkie paluchy, mogłem je uszkodzić, a istniała przecież szansa, że macałem samego siebie. Swoją, w pewien sposób, ważniejszą część.

Jednakże po dalszych oględzinach doszedłem do wniosku, że to jednak nie moja głowa. Podbródek był zdecydowanie za szpiczasty, brwi za wąskie, nos za mały, a usta zbyt pełne… To raczej twarz kobiety. Może mojej kobiety z blizną? Poczułem nieprzyjemne kłucie w podbrzuszu. Przesunąłem się lekko do przodu i… kolejna głowa, i jeszcze kolejna, i jeszcze… W tym dziwnym, metalowym pomieszczeniu znajdowało się co najmniej kilkanaście odciętych głów. Obmacałem parę z nich i wróciłem do magazynu, do swojego legowiska, bo nie dało się nazwać tego łóżkiem. Kłębowisko szmat, dwie poduszki i coś na kształt koca bądź kanapowej narzuty. Zagrzebałem się jak robak w dziurze, rękoma objąłem kolana i rozmyślałem.

Moja bezgłowa małżonka coraz bardziej nalegała, by się do mnie przeprowadzić, ale wciąż nie byłem do tego przekonany. Ceniłem sobie swoją samotność. Samotność, której kiedyś tak bardzo mi brakowało…

 

– Uciszcie się! Nie mogę pracować w takich warunkach! I tak już jestem spóźniony z tym cholernym projektem! – krzyczałem.

– Jak mam go uciszyć? To przecież dziecko… On potrzebuje się wyszaleć – łkała Weronika.

– To zabierz go na spacer, kretynko. I przestań ryczeć. Ile ty masz lat? Czasem gorzej z tobą niż z tym bachorem! – Z całej siły przywaliłem ręką w klawiaturę.

Weronika stała w kącie i histeryzowała. Jak ja miałem tego wszystkiego dosyć. Nadpobudliwy syn i żona wariatka. Wyszedłem, trzaskając drzwiami. Wróciłem wieczorem pijany i zły. Zły na cały świat. Na siebie, że znowu nie skończyłem projektu, na Weronikę, że nie kontroluje ani swojego zachowania, ani Kacpra, na szefa, że daje mi pracę do domu i na wiatr, że zepsuł nam płot, którego nie miałem czasu naprawić.

 

Tak, egzystencja w tym bloku, biurowcu, czy jakimś innym tworze – do tej pory nie wiedziałem, gdzie wylądowałem – miała swoje zalety. Spokój, cisza, seks. Nikt niczego ode mnie nie wymagał, niczego nie oczekiwał, z nikim się nie kłóciłem. Trudno o awantury, jeśli jedyną drogą komunikacji było głaskanie palcami po rękach albo udach, piersiach, łopatkach… To ostatnie praktykowałem tylko z kobietą z blizną.

Kiedy ponownie do niej przyszedłem, przywarła do mnie całym ciałem, jakby się czegoś bała. Nabazgrałem: CO? Odpisała: NIC. Jak nic to nic. Opuszkowa metoda przekazywania informacji nie pozwalała na dociekliwość.

Gdy tak przylegała do mnie swoimi piersiami, brzuchem, nogami, było mi bardzo przyjemnie, ciepło, nawet przestawał dokuczać głód. Ta bliskość… Dotyk. Intymność. Mając głowę, nigdy tego nie doceniałem. Rzadko przytulałem Weronikę, a chyba jeszcze rzadziej Kacpra i lubiłem spać sam, mieć dla siebie całe, wielkie łóżko. Napisałem na dłoni towarzyszki: GŁOWY. Wygłaskała mi na brzuchu opuszką palca wskazującego: ?

Zaprowadziłem ją do metalowego pomieszczenia. Macała, macała i w końcu delikatnie przejechała paznokciem po moim ramieniu: BOJĘ SIĘ. Ja też się bałem. Nie wiedziałem, co to wszystko oznacza i czemu wcześniej nie trafiłem do tego dziwnego pokoju. Może po prostu go tutaj nie było?

Wyszliśmy na korytarz, objąłem ramieniem kobietę z blizną i zaprowadziłem do magazynu. Nie chciałem być sam.

 

IV

 

– Nienawidzę cię. Nienawidzę! – Weronika uderzała pięściami w ścianę.

Uderzała tak mocno, że rozkrwawiła sobie palce. Kacper siedział na łóżku w naszej sypialni i płakał. Nie, on nie płakał, on się wniebogłosy wydzierał. Z całej siły zatrzasnąłem drzwi salonu i puściłem jedną z cięższych piosenek Moonspella, na cały regulator, tak że trzęsła się podłoga. Założyłem kaptur, zamknąłem oczy. Nie istniałem. Nie miałem głowy. Pochłaniała mnie ciemność. Demony zjadały ciało.

– Kochanie, przepraszam – wyszeptała Weronika, łapiąc mnie za rękę.

Pchnąłem ją na podłogę. Upadła. Dotknęła mi nogi. Moja żona… Wyglądała tak choro, tak żałośnie, tak strasznie. Już jej nie kochałem. Już nie chciałem mieć z nią dziecka. Koniec. Odepchnąłem ją niczym próbującego ugryźć mnie psa. Pobiegłem do garderoby, otworzyłem walizkę, wrzuciłem tam kilka koszul, spodni, bieliznę… Wypadłem na korytarz. Na chwilę się zatrzymałem, wróciłem do sypialni i pocałowałem Kacpra w czoło. Przestał płakać, tylko dziwnie na mnie patrzył. Wyszedłem z postanowieniem, że nigdy więcej nie przekroczę progu tego domu.

To było kilka dni przed przemianą.

 

Zastanawiałem się, jak wyglądało poprzednie życie mojej obecnej partnerki. Nigdy o to nie zapytałem. Przecież to nie miało sensu. Dotykanie… Dotykaniem nie dało się opowiadać historii. Dotykanie oddawało emocje. Tak, ale czyż emocje nie są ważniejsze od informacji?

Postanowiłem, że znajdę swoją głowę. Siedziałem w metalowym pokoju i obmacywałem twarze. Próbowałem narysować w myślach własny nos, usta, czoło, uszy. Tyle razy widziałem się w lustrze, jak myłem zęby, jak się goliłem i czesałem, jak poprawiałem krawat… Niestety wbrew pozorom, nie było to proste, przypomnienie sobie samego siebie. Krótkie włosy, brązowe, ale kolor i tak przecież był bez znaczenia. Na lewo odłożyłem wszystkie głowy z warkoczami, kitkami i włosami dłuższymi niż dwa centymetry, a na prawo pozostałe.

Zrobiło mi się tak jakoś nieprzyjemnie zimno. Wróciłem do magazynu, do kobiety z blizną. Ona nie chciała szukać swojej brakującej części, a tym bardziej łączyć jej z ciałem. Mogłem się jedynie domyślać dlaczego… Może ze strachu przed powrotem do poprzedniej egzystencji? A może obawiała się, że znajdzie nie swoją głowę, zintegruje z szyją i… No właśnie, nie miałem pojęcia, co by po tym nastąpiło. Zresztą nie wiedziałem również, co się stanie w przypadku trafnego wyboru. Mimo wszystko gotowy byłem spróbować.

Zacząłem sobie nawet wyobrażać, że gdybym dzięki połączeniu z głową wrócił do wcześniejszego życia, kupiłbym kwiaty, czerwone róże, i zapukał do drzwi mojego domu. Mojego i Weroniki. I może nawet powiedziałbym „przepraszam”. Na pewno mocno uściskałbym Kacpra i już bym na niego nie krzyczał i na żonę też nie. Uświadomiłem sobie, że tęsknię za nimi, że zachowywałem się jak palant. Tak, Weronika nie była bez winy, ale… Tym razem dałbym radę, tym razem stworzylibyśmy szczęśliwą rodzinę. Może zdecydowalibyśmy się na kolejne dziecko, przeprowadzili gdzieś na obrzeża, mieli wielki ogród, gdzie moglibyśmy imprezować przy grillu i smażonych kiełbaskach, i piwie, zimnym piwie…

Poczułem się bardzo głodny i spragniony. Różowa wizja przyszłości zniknęła niczym mydlana bańka, a na jej miejsce nadciągnął z mrocznych czeluści czarny, obślizgły robal. A wraz z nim obrzydliwe wspomnienie…

 

– Jeszcze jedno, proszę – wybełkotałem.

– To samo? Żywiec z cytryną? – Barman uśmiechnął się szeroko, ukazując pożółkłe zęby.

– Mm. I paczkę marlboro. Czerwone.

Chwiejnym krokiem podreptałem do stołu w kącie. To było dwa dni po tym, jak wyszedłem z domu. Mieszkałem u kumpla, który tego wieczoru świętował z narzeczoną trzecią rocznicę ich związku. Musiałem gdzieś pójść, wybrałem bar…

Świat wirował. Cycate dziewczyny w krótkich spódniczkach z umalowanymi na czerwono ustami.

„Dziwki” – pomyślałem, życząc im chorób wenerycznych. Kolo w podartych spodniach zamawiający na kredyt kolejny kieliszek wyborowej. Żul. Przebrzydły żul. Z każdym łykiem zimnego piwa wzrastała we mnie złość. Miałem ochotę komuś przyłożyć. Zacisnąłem pięści, dopiłem żywca, spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że zakochana para pewnie już skończyła imprezować i mogę wracać.

Niedaleko odrapanego wieżowca, w którym stacjonowałem, natknąłem się na bezdomnego. Śmierdzącego leniucha. Jak ja takich ludzi nienawidziłem, cholernych nierobów, żyjących na nasz koszt, zanieczyszczających ulice swoim syfem. Spojrzałem na niego z pogardą, ale łachmaniarz chyba tego nie zauważył, bo zaczął się do mnie zbliżać. Jego odór spowodował, że zebrało mi się na wymioty. Z trudem je powstrzymałem. A bezdomny w tym czasie złapał mnie za rękaw, bełkocząc:

– Panie, proszę. Daj mi na chleb. Proszę.

Wściekłość. Gniew. Agresja. Uruchomione zębate koło wstrętnych emocji. Bo Weronika, bo praca, bo Kacper, bo margines społeczny, bo… Z całej siły pchnąłem bezdomnego. Przewrócił się, leżał w błocie. Coś mamrotał. Chyba mnie przeklinał. Jak on śmiał mnie przeklinać? Mnie?! Odrzut, darmozjad, smród.

Kopnąłem go w głowę.

 

V

 

Kopnąłem go w głowę i… szary wieżowiec, drzewa szkielety, ulica i błoto, wszystko zniknęło. A ja stałem przed ogromną gilotyną, której ostrze błyszczało w słońcu. Jak na nie patrzyłem, bolały mnie oczy. Mrugałem. Po policzkach ciekły mi łzy. Mężczyzna, nienaturalnie wysoki, w czerwonym kapturze zakrywającym twarz, kat, popchnął mnie do przodu.

– Klękaj! – krzyknął.

Zrobiłem, co rozkazał.

– Głowa! – wrzasnął.

Głowa. Moja głowa. Nie, nic nie czułem. Po prostu nastała ciemność i cisza.

 

Poczułem dotyk kobiecych palców: KOCHAM CIĘ.

Moja bezgłowa partnerka wyznała mi miłość. Nie mogłem w to uwierzyć. Złe wspomnienie odeszło. Przytuliłem ją do siebie, po czym nabazgrałem na jej piersiach, tak trochę skrótowo: CIEBIE TEŻ.

Przylgnąłem do niej całym sobą, wszedłem w środek, nie ruszałem się, chciałem zatrzymać ten moment, chciałem, żeby mnie pochłonęła. Oczyma wyobraźni zobaczyłem jej twarz… Twarz Weroniki. Tak, chciałem, żeby kobieta z blizną była moją Weroniką. Chciałem, chciałem, chciałem…

Skończyłem z silnym orgazmem. A kiedy już ochłonąłem, postanowiłem, że jak najszybciej muszę znaleźć moją głowę, połączyć ją z ciałem, a potem… Sam nie wiedziałem, co potem. Kochanka nie reagowała na dotyk. Leżała wyłączona na kocu. Zostawiłem ją samą i poszedłem do metalowego pokoju badać twarze.

Siedziałem na podłodze, jeżdżąc palcami po czołach, uszach, policzkach, włosach. Unikałem oczu. Sprawdzałem również zęby.

„To nie ta, bo ma pieprzyk nad górną wargą. I ta też nie, bo brakuje górnej dwójki. A ta ma krzywy nos…” – rozmawiałem sam ze sobą. Poczułem się bardzo zmęczony. Miałem zmarznięte dłonie i zdrętwiałe nogi. Po prawej stronie zostały tylko trzy głowy. Powoli badałem ich małżowiny uszne. Szukałem blizny na prawym płatku, której dorobiłem się, walcząc z kolegą z klasy, jeszcze w podstawówce. Niestety była bardzo mała, trudno wyczuwalna. Szczęka… Moja kwadratowa szczęka.

„Chyba to ta twarz, tylko te zmarszczki… Hmm… Może przez to wszystko tak się postarzałem”.

Delikatnie podniosłem głowę i z bijącym jak oszalałe serce przyłożyłem ją do szyi.

Błysk, przerażający szum, pisk. Czerwień, zieleń, fiolet, żółć. Wybuch wulkanu, trzęsienie ziemi, powódź. Zbyt agresywny atak bodźców. Tlen. Obraz powoli ulegał wyostrzeniu, rozmazane plamy zamieniały się w kształty, przedmioty nabierały trójwymiarowości. Moje oczy łzawiły, ale widziały. Białe kafelki, lekko niebieskie ściany i ucięte głowy. Spojrzałem na swoje nogi. Chude, okropnie brudne. Sadza, piach, kurz, wymieszane z zaschniętą spermą, kroplami krwi i potu. Podrapane dłonie, połamane paznokcie, posiniaczone ręce. I ten przeraźliwy smród, od którego zbierało mi się na mdłości. Ofiara podłogowego czołgania się, spania w łachmanach, braku wody, niedożywienia. Tak wyglądałem i tak się czułem.

Powoli wyszedłem na korytarz. Świat zawirował. Zaczęło mi się kręcić w głowie, zwymiotowałem. Upadłem na kolana. Obraz migotał, bladł, zanikał. Resztkami sił próbowałem dostać się do magazynu, by zobaczyć kobietę z blizną. Już prawie pchnąłem drzwi, już prawie wszedłem do środka i… Koniec. Na chwilę jakbym przestał istnieć.

Gdy wróciła mi świadomość, siedziałem skulony na chodniku z aluminiowym garnuszkiem w ręce. W naczyniu znajdowało się kilka monet, głównie grosze, chyba ze dwie złotówki. Miałem na sobie podarte spodnie i śmierdzącą marynarkę, prawy but dekorowała dziura, z której wystawał paluch. Podniosłem się, spojrzałem w okno sklepowej witryny i doznałem szoku. To nie było moje odbicie, tylko tego żula, tego bezdomnego, któremu przykopałem w głowę. Stałem jak zamurowany i gapiłem się na niego. Brwi, nos, usta, kwadratowa szczęka… Nie, to nie mogłem być ja. Zakryłem dłońmi oczy. To moja twarz, starsza, zniszczona życiem, pomarszczona, ale MOJA.

Koniec

Komentarze

Tekst przeczytany i spodobany się! Nawet bardziej, niż poprzednie.

A konkretny komentarz to później. Praca, cholera, naprawdę istotnymi sprawami, takimi jak komentowanie, nie pozwolą się człowiekowi zająć… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

:) Dzięki Thargone :)

Właśnie przeczytałem no i bardzo mi się podobało. Świetny pomysł, fajnie przedstawiony świat bezgłowych. No i ciekawe zakończenie w stylu "karma wraca". Jak dla mnie bardzo dobrze przedstawiony problem, który dotyka bardzo dużo rodzin i związków. No ale my mężczyźni czasem tak właśnie mamy , płotu nie mamy czasu naprawić, ale na powrót pijanemu do domu lub lenistwo przed telewizorem już znajdujemy trochę czasu ;/

Romantyczny Stoiku – ​bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał :) Pozdrawiam serdecznie.

 

Ps. Bardzo podoba mi się Twój login :)

 

 

Bardzo ciekawy tekst. Przede wszystkim – niesamowita koncepcja życia bez głowy, opartego na dotyku. Rozsądnie wyeksplorowana.

Przesłanie też niczego sobie, spodobało mi się.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Finkla :) Cieszę się. Miłego wieczoru, mm… raczej już nocy :)

No dobra, jestem. 

Rozwijając – podobało mi się, po pierwsze ze względu na styl, bogatszy, bardziej rozbudowany, pokręcony, niż w poprzednich kilku opowiadaniach. Nie, żeby tamte były złe, pewna suchość narracji jak najbardziej pasowała do "Karaluchów", czy tym bardziej "Siedemdziesięciu dwóch godzin".

Tutaj pokazujesz to, co u Ciebie najlepsze, jeśli chodzi o styl narracji właśnie. Obrazowo i emocjonalnie, ale jednocześnie dynamicznie. Tak trzymać. Sam pomysł niby prosty, ale ciekawy, no i udało Ci się całkiem sporo z niego wyciągnąć. Właściwie jest to całkiem solidny, mroczny horror, wpisujący się w typowo horrorową konwencję przekazu – wina, oczyszczenie, kara, czy tam "karma wraca", jak ładnie określił to RomantycznySłoik. Straszący nie wymyślonymi demonami, ale sytuacją, w jakiej znalazł sie bohater. Symboliczną, ale przerażająco realną….

Okej, nie ma co się rozpisywać. Do tej pory najbardziej podobały mi się u Ciebie dwa owadzie teksty, ale obecnie ten o głowach wysuwa się na prowadzenie.

Zgrzytów w zasadzie nie znalazłem. Co prawda wywód o równości społecznej bezgłowców nieco wybija z mrocznego rytmu opisu sytuacji bohatera, ale co tam. To w sumie istotna dla tekstu rzecz.

Zatem – jestem cholernie zadowolony z lektury. 

Aha – dodatkowy plusik za Moonspella :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dziękuję za wizytę i pozytywny komentarz, ​bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało i chyba według mnie to również mój najlepszy tekst, a przynajmniej taki, który najbardziej lubię :) Odnośnie wstawki o równości społecznej… Trochę chyba rzeczywiście zgrzyta, ale chciałam, żeby końcówka miała jakieś uzasadnienie…

Pozdrawiam serdecznie :)

Bardzo zacne opowiadanie, Katio. Niezbyt długie, ale chyba powiedziałaś w nim wszystko, co chciałaś, w dodatku w sposób pozwalający czytelnikowi zrozumieć całą historię, może nawet w jakimś sensie utożsamić się z bezgłowym.

Piszesz coraz lepiej i życzę Ci, aby każde kolejne opowiadanie było lepsze od poprzedniego. ;)

 

Uwiel­bia­łem kon­su­mo­wać je po­la­ne czosn­ko­wym ma­słem, po­so­lo­ne i po­sy­pa­ne ko­per­kiem. –> Wydaje mi się, że ludzie raczej jedzą/ zajadają/ wcinają/ ale chyba nie mówią, że konsumują.

 

tak jak nor­mal­nych ludzi nie trapi żeń­ska men­stru­acja… –> Czy bywa też męska menstruacja?

 

niż któ­rzy nas wy­zy­ski­wa­li. –> …niż ci, któ­rzy nas wy­zy­ski­wa­li.

 

To było dwa dni po tym, kiedy wy­sze­dłem z domu. –> To było dwa dni po tym, jak wy­sze­dłem z domu.

 

Cy­ca­te dziew­czy­ny w krót­kich spód­nicz­kach i uma­lo­wa­nych na czer­wo­no ustach. –> Dziewczyny były w umalowanych ustach?

Proponuję: Cy­ca­te dziew­czy­ny w krót­kich spód­nicz­kach i z uma­lo­wa­nymi na czer­wo­no ustami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – ​niezmiernie mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :) Z tym, że każdy tekst będzie lepszy od poprzedniego, to chyba się tak niestety nie da… Ale bardzo się cieszę, że robię postępy :)

Dziękuję za wyłapanie błędów. Wszystkie poprawione.

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Fajny tekst, muszę przyznać, że mnie wciągnął i byłam ciekawa jak to się skończy.

Ciekawy pomysł, czasami się mówi, że ktoś stracił głowę a jednak żyje :)

Pozdr

AnnaRosa – ​dziękuję za przeczytanie i cieszę się, że tekst się spodobał :) Pozdrawiam serdecznie.

Z tym, że każdy tekst będzie lepszy od poprzedniego, to chyba się tak niestety nie da…

Jej, jak ja nie lubię Twojego asekuranctwa!

 

 

W krainie bezgłowych ciał, nikogo nie powinien martwić fakt, że szyja kończy się krwawiącą raną, tak jak normalnych ludzi nie żeńska menstruacja, porody i starzenie się ciała, organów wewnętrznych, skóry i mózgu. –> Katio, coś zmieniłaś w tym zdaniu, ale trudno powiedzieć, że jest poprawione.

Nadal uważam, że żeńska menstruacja jest masłem maślanym.

A choć menstruacja czy rodzenie są przypisane kobietom, to nie zgodzę się, że męską część normalnej ludności te sprawy nie obchodzą. Uważam też, że kwestie starzenia się ciała, pojawiania się zmarszczek, a nierzadko także mniejszej sprawności intelektualnej, bywają przykre dla normalnych ludzi i to niezależnie od ich płci.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, ale to tak jest. Ogólnie progres, jednak zawsze może się zdarzyć słabszy pomysł, nieudane wyjście poza strefę komfortu itp. Ludzka rzecz. Co nie znaczy, że nie warto próbować nowych podejść i tematów.

Babska logika rządzi!

Reg – przepraszam za to zdanie, skorygowałem je i nie zapisałam… Już poprawione. Oczywiście w pełni się z Tobą zgadzam odnośnie menstruacji i zmieniłam słowo “​trapić”​, bo rzeczywiście nie było tu za bardzo odpowiednie i nie wyrażało tego, co chciałam przekazać.

 

A jeśli chodzi o moje asekuranctwo… To trochę chroni przed porażkami. Ta psychiczna samoobrona, ale generalnie myślę, że jestem mega optymistką. Zaczęłam pisać w marcu ubiegłego roku. Jak ostatnio zajrzałam do swojego pierwszego opowiadania, nie byłam w stanie go przeczytać… Jest tragiczne zarówno pod względem treści i techniki… Ale mimo wzlotów i upadków nie tracę ochoty do pisania :)

 

Finklo, owszem, może się zdarzyć, tylko mam wrażenie, że Katia woli czekać na trafiające się lepsze przypadki/ opowiadania, niż założyć, a nawet przyjąć do wiadomości, że będzie pisać coraz lepiej.

 

edycja

Katio, pisałyśmy jednocześnie. Tak czy siak, życzeń dla Ciebie nie zmieniam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):)

 

Reg – ​masz trochę racji, zawsze zakładam, że będzie gorzej niż lepiej… I czasem to niektórych drażni. W szkole byłam strasznym kujonem, a i tak się bałam, że dostanę złą ocenę, co tylko denerwowało innych… Ale z pisaniem nie jest tak łatwo jak ze szkolną nauką. Mimo wszystko i tak piszę, i mam nadzieję pisać lepiej :)

Hermiona? ;-)

Babska logika rządzi!

Niestety, nie czytałam Harrego Potera… Ale Hermiona… z tego co sprawdziłam, mam z nią pewne wspólne cechy… Hermiona urodziła się 19 września 1979 w środę, a ja 19 grudnia 1979, też w środę… Poza tym niektórzy nazywają mnie wiedźmą, ale to niekoniecznie zawsze w pozytywnym znaczeniu ;) i jak do tej pory nie udało mi się nic wyczarować :)

i jak do tej pory nie udało mi się nic wyczarować :)

Wyczarowałaś ładnych parę światów, to jest dar niedostępny wielu śmiertelnikom :)

 

Mam taki mały problem z twoimi opowiadaniami, Katiu – mimo że są naprawdę dobre, oryginalne i wciągające, czytanie ich mnie… boli. Dość, by rzec, że nie czytam wszystkich twoich historii, bo czasem zniechęcają mnie negatywne uczucia, które wywołuje lektura. Tu było tak samo – historia jest świetna, podobał mi się pomysł i jego wykonanie (jak zwykle u ciebie fantastyczny pomysł może być odczytywany jako metafora realnej sytuacji), a jednak po skończonej lekturze było mi zwyczajnie przykro. Ale ja już chyba tak mam, smutnych książek też nie czytam. Może kiedyś, jak już będę dorosła ^^

W każdym razie trzymam za ciebie kciuki. Uważam, że masz talent, a ładunek uczuć, jaki wkładasz w opowiadania daje ci przewagę nad autorami znacznie bardziej wyrobionymi. No i naprawdę fajnie się patrzy na progres, który zrobiłaś w ostatnim roku :)

 

Może przydałaby się nam jakieś ubrania

literówka

„Pewnie, po cesarce” – pomyślałem.

zbędny przecinek

Kacper był dla niej pępkiem świata, a może nawet całej galaktyki.

Wydaje mi się, że galaktyka jest mniejsza niż świat?

Patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, w których kiedyś się zakochałem, a które teraz ozdobione sińcami, matową cerą i przetłuszczonymi włosami,

Oczy ozdobione włosami – źle to brzmi.

Na pewno mocno uściskałbym Kacpra i już bym na niego nie krzyczał [+,} i na żonę też nie.

Brakujący przecinek

 

Miłego dnia :)

Kam – ​bardzo dziękuję za wizytę i punkcik do biblioteki :) I wyłapanie błędów. Wszystkie skorygowałam. Ten świat i galaktyka – ​to rzeczywiście do siebie nie pasowało, i włosy też wyrzuciłam.

I no cóż, doskonale rozumiem osoby, które nie lubią czytać moich testów, bo są one w pewien sposób… brudne.

A Tobie życzę, żebyś nigdy nie “dorastała”​…

 

Pozdrawiam serdecznie

Bardzo dobry tekst, Katiu. Co prawda, jak to zwykle u Ciebie bywa, tytuł nie jest zbyt zachęcający, ale przeczytałam i nie żałuję, chociaż było dość mrocznie. Ciekawy pomysł na pokazanie, jak można “stracić głowę”, kiedy nie jesteśmy w stanie zaakceptować otaczającej nas rzeczywistości. Romantyczny Stoik ładnie to podsumował stwierdzeniem, że “karma wraca”.

Na koniec mam jedną uwagę:

Napisałem na plecach towarzyszki: GŁOWY. Wygłaskała mi na czole opuszką palca wskazującego: ?

Chyba nie bardzo mogła wygłaskać na czole, skoro nie miał głowy. :)

A jak już jesteśmy przy pisaniu na ciele. Zdaje się, że plecy są wyjątkowo mało wrażliwe. Znaczy, trudno rozpoznać kształty, litery musiałyby być naprawdę “wołami”. Polecam dłonie.

Babska logika rządzi!

AQQ – ​bardzo się cieszę, że tekst Ci spodobał. A to czoło… Masakra. Zaraz poprawiam :) I dziękuję za bibliotekę :)

 

Finkla – i plecy też…

 

Pozdrawiam ciepło… Ten śnieg już mnie trochę zmęczył :(

Jeszcze powrócę do twojego opowiadania. Po zastanowieniu, wydaje mi się, że w ten metaforyczny sposób, przedstawiłaś problem zdrady. Facet będący w związku stracił głowę dla innej. Właściwie reagowały tylko zmysły, działał bez głowy, bez zastanowienia i tak… stoczył się na samo dno. Głowę odzyskał za póżno. Nie wiem czy dobrze interpretuję, ale tak to widzę :)

Pozdr

AnnaRossa – ​podoba mi się Twoja interpretacja :) Szczerze pisząc, tworząc ten tekst chciałam, żeby był trochę metaforyczny i wielowymiarowy, ale jakby nie było główny bohater narzeka na Weronikę, że koncentruje się jedynie na dziecku, a sam “straciwszy głowę” uprawia seks z inną i tak z pewnością, stacza się na dno, jest brudny i śmierdzi…

Ja też skojarzyłam to że zdradą. A śnieg, a przede wszystkim mróz nie dość, że męczą, to jeszcze działają depresyjne. Ja chcę, żeby była już wiosna!

Ja też :) Brr…

To i mój głos możecie doliczyć. Jako stworzenie ciepłolubne zimie mówię: idź stąd.

Babska logika rządzi!

Jak widzisz na termometrze –21, to nawet się pisać nie chce. :(

I zalała nas fala komentarzy…

Nic dziwnego, bo i mnie tekst przypadł do gustu megaśnie, żeby nie napisać, że jest – ZAJEBISTY.

Na początek wrzucam na ruszt coś mało apetycznego:

“Nikt niczego ode mnie wymagał” – zabrakło tu “nie”.

Poza tym chyba bardziej utożsamiałem się z bezgłową bohaterką niż z facetem – podobnie jak ona, gdy “zobaczyła”, wymacała, odcięte głowy, poczułem dziwny dreszczyk graniczący ze strachem.

Ciekawa zamiana miejsc bohaterów, trochę jak w klasyku o bogaczu i żebraku, całkiem uniwersalna. 

 

 

Teraz czekam na krytykę: kocham zimę, podobnie jak i pozostałe trzy pory roku, ale wiem, wiem, jestem mutantem :P

zima całkiem nieźle, moim skromnym zdaniem, nadaje się do opisania w sztuce. Niedowiarkom polecam Vivaldiego :P

 

Nie zdążyłem kliknąć, lecz, póki co, nastawiam się na możliwość zgłoszenia Ciebie z tym tekstem do brązowego opierzenia. Masz tych tekstów już kilka na ten luty… Trzymam kciukory :)

 

PS: tak, skowronki posiadają kciuki, trzeba tylko podnieść ich szare opierzenie i spojrzeć przez lupę… :3

Stań się, kim jesteś.

Zaiste mutant. Skowronek z kciukami… ;-p

Babska logika rządzi!

Finkla jest szybka i bystra… Tnie ripostami, niczym rapierem… chlip, chlip…

 

;-P

Stań się, kim jesteś.

Piotrze, niezmiernie mi miło, że tekst Ci się spodobał. Wyłapany błąd poprawiałam. A na opierzenie coś w tym miesiącu tak czy inaczej nie liczę, ale cieszę się z nominacji :)

 

Pozdrawiam bardzo gorąco… Chociaż w Twoim przypadku, chyba powinnam bardzo mroźnie ;) I mimo wszystko mam nadzieję, że nie jesteś mutantem, tylko Skowronkiem :)

Fajne opowiadanie obyczajowe. Motyw bezgłowego życia, jedynie z dotykiem, wypadł interesująco i dla mnie stanowi najmocniejszy element tekstu. Długość też się wydaje odpowiednia, nie czułem znużenia tematem.

Zakończenie mocne i dające do myślenia.

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków w wersji obyczajowej.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – ​dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. I cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu. A, że jest bardziej obyczajowy niż fantastyczny, to chyba problem wszystkich moich opowiadań.

Pozdrawiam serdecznie :)

Nie no, życie bez mózgu to motyw mocno fantastyczny.

Babska logika rządzi!

No… A potem bohatera “zakłada” głowę i zyskuje niewiele, bo jedynie wzrok :O

Mocno fanfastycznie…

Stań się, kim jesteś.

Widzę, że nie zwalniasz, Katiu :)

Kolejny bardzo dobry tekst. Czuć w nim Twoją rękę i Twoją wyobraźnię. 

Naszła mnie jednak refleksja, że mam problem z Twoimi bohaterami. Nie zostają ze mną na dłużej, nie potrafię się jakoś z nimi zżyć. Wydają się naszkicowani pospiesznie, choć wyraziście. Ich problemy bywają przedstawione zbyt płytko, przez co mam wrażenie, że np. powyższa historia mogłaby się przydarzyć każdemu. 

Fun, obecnie zwolniłam… Tak jakby mi się skończyły wszystkie pomysły :)

 

Tak, masz rację, chyba próbuję w tekstach opisywać zwyczajne życie. Pomyślę nad tym :) Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za przeczytanie i komentarz.

W trakcie czytania przechodziłem różne fazy, sugestywny obraz korpusu bez głowy, więcej takich korpusów, kopulacja korpusów, błee. A potem do mnie dotarło co takiego robisz Katiu. Bierzesz jakieś powiedzonko, nie wiem, przysłowie … ​i na tym opierasz swoją wizję. “Stracić głowę”​ i nagle wszystko nabiera nowego sensu. Stracić głowę na kilka miesięcy i budzisz się w rynsztoku. Nieźle potrafisz namieszać w głowie ;)))

Ale “Uciekające barwy”​ chyba trochę lepsze, a motto -artyści kochają tylko swoją muzę, sztukę, natchnienie???

Szacun, ciekawe co masz w innych tekstach ;)))

Enderku, myślę, że “​Uciekające barwy”​ rzeczywiście lepsze i radzę Ci poczekać na kolejne moje teksty niż czytać poprzednie, bo możesz być rozczarowany…

A “Człowiek bez głowy” miał być oczywiście metaforyczny a nie naturalistyczny ;)

Pozdrawiam serdecznie.

Czyli, jeśli widzi się dwoje obmacujących się nawzajem, to najprawdopodobniej obydwoje potracili głowy? Coś w tym jest… ;-)

Babska logika rządzi!

:):):) Miłość oślepia… i ogłusza… i… tylko dotykać się można ;)

Nowa Fantastyka