- Opowiadanie: gary_joiner - Milion i sto szesnaście śmierci

Milion i sto szesnaście śmierci

AKA “Pani Infodump sobie chodzi i robi nie wiadomo co, bo narrator to straszna noga”.

Pierwszy czytelnik, który zwróci uwagę na rażący brak przecinków, otrzyma ode mnie ręcznie malowaną piątkę w koronie i z uśmiechem.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Milion i sto szesnaście śmierci

Ela znowu straciła rękę. Sto dwudziesty drugi raz. Sto jedenasty od zębisk skurwycór. Trzeci, kiedy skurwycóra odgryzła wyłącznie rękę. Jeszcze dziesięć, góra dwadzieścia konfrontacji i suki będą musiały zadowolić się samymi dłońmi. Niekoniecznie obiema. Może nawet wyłącznie smakiem.

Skurwycóry były szybkie, ciche, wiecznie głodne i ostro zakończone w sześciu miejscach. Zabójcze na co najmniej siedem sposobów. Miały jednak jedną, utrudniającą podejście ofiary, wadę, której ich projektantom nie udało się usunąć. Cuchnęły.

Ela pamiętała utrzymany w żartobliwym tonie holodokument, popularyzujący najnowsze dokonania ludzkiej technologii wojskowej. Zzieleniali, zatykający nosy badacze biegali po laboratorium, lamentując nad rozszczelnionym kontenerem i smrodem prototypowego organizmu, przeklinając zmysł powonienia i płacząc nad ułomnością własnej metodologii. Tylko jeden naukowiec, kędzierzawy profesor w stopniu pułkownika, nie poddał się slapstikowej konwencji. Z surową miną upraszczał, generalizował i porównywał, próbując wpoić podstawy wojskowej inżynierii genetycznej laikom, rozbawionym głupotami wyczynianymi przez jego współpracowników.

Ela nie była szczególnie uważnym holowidzem. Z wywodu zrozumiała tyle, że skurwycóry są samicami, że są wszystkożerne i żarłoczne, że rozmnażają się poprzez partenogenezę i zostały tak zaprojektowane, żeby zdychać przy porodzie, zamieniając się w pożywkę dla nowego miotu w pełni samodzielnych, ostro zakończonych skurwycór. Więcej czasu poświęciła na rechotanie z rozgrywających się na drugim planie gagów i z własnej opinii na temat wyglądu bestii, który przywodził jej na myśl potomstwo wyjątkowo szpetnego Velociraptora z wilgotną, szarą i prążkowaną kreaturą wyrwaną wprost z mokrych snów Hansa Gigera, niż na przyswajanie informacji o zasadach funkcjonowania nowej, wspaniałej broni.

Obecnie nie było jej do śmiechu. Trudno się cieszyć, kiedy zębami i lewą ręką zaciska się opaskę na kikucie prawej, pilnując, żeby podrygująca na betonie bestia nie odgryzła ci stopy, desperackim, finalnym chapnięciem.

Nanity, które multiplikowały się w Eli od co najmniej pięciu tysięcy sześciuset czterdziestu ziemskich dni, poradziłyby sobie z kontuzją i bez opatrunku. Powstrzymałyby krwawienie w piętnaście sekund, zasklepiły ranę w piętnaście minut i odtworzyły rękę w piętnaście godzin, ale dla tracącej płyny ustrojowe kobiety liczyła się każda chwila. Im szerzej rozlewała się czerwona kałuża, tym wzrastało prawdopodobieństwo pojawienia się kolejnych drapieżniczek, a Ela miała jeszcze co najmniej jedną trzecią podziemnej kondygnacji do odgruzowania.

Szukała tej piwnicy trzydzieści cztery dni. Nie zamierzała z niej wychodzić, dopóki nie przetrząśnie wszystkich zakamarków i nie zajrzy pod każdy kamień. Choćby wataha skurwycór miała ją rozszarpać. Śmierć w męczarniach nie robiła na Eli takiego wrażenia, jak za pierwszą setką razy.

Przed wojną piwnica stanowiła część medycznego kompleksu Poczciwców. Na powierzchni ostały się tylko ruiny. Bombardowania, żarłoczność skurwycór i panika mieszkańców księżyca zniszczyły zabudowę z rozmachem i dokładnością globalnego kataklizmu. Jeżeli jednak człowiekowi starczyło determinacji, żeby przegrzebać się przez sterty gruzu i warstwę popiołu, a następnie siły i sprytu, żeby pokonać drzwi, zamki i stropy pozostawione przez przedstawicieli innej cywilizacji, można było znaleźć podziemne wnętrza w stanie zaledwie umiarkowanie naruszonym.

Ela obeszła konającą skurwycórę. Przecisnęła się zawalonym korytarzem, strzelając oczyma na boki. Wypatrywała czegokolwiek, co mogłoby się do czegokolwiek przydać.

Dwutysięczny trzysta osiemdziesiąty drugi raz złapała się na myśli, że nie ma bladego pojęcia, jakim cudem ludziom udało się przegrać wojnę z istotami, które nie dość, że nie znały pojęcia wojny, to nawet nie potrafiły wznieść solidnego budynku i zabezpieczyć go na tyle, żeby naga baba z pustymi rękami nie była w stanie się do niego wedrzeć i splądrować kosztowności.

Ludzkość miała wszystkie atuty w garści: tysiące lat wojskowych tradycji, prężnie prosperujący i innowacyjny przemysł zbrojeniowy, przewagę liczebną, pełne poparcie dziesięciu miliardów cywilów i w dodatku zaatakowała znienacka, a mimo to pokojolubnym karzełkom udało się przetopić nieuniknioną i sromotną porażkę, o której nieustannie trąbił aparat ziemskiej propagandy, czasem nawet w kontekście kilku mniej delikatnych, dodatkowych epitetów, w zdecydowane zwycięstwo.

W pierwszych dniach Pierwszej Wojny Międzyukładowej Poczciwcy stracili wszystkie dziewięć kolonii. Właściwie na własne życzenie. Gdyby ulegli dyplomatycznym naciskom, zobowiązującym ich do podzielenia się sekretami medycznej nanotechnologii, których owoce: biologiczna nieśmiertelność, całkowita eliminacja chorób, wielokrotne zwiększenie odporności organizmu na negatywne czynniki środowiskowe, były dla ziemskich specjalistów nieodróżnialne od działania magii, nigdy nie doszłoby do konfliktu zbrojnego. Jakimś, niewyobrażalnym dla ludzkich strategów i wojskowych planistów, cudem, Poczciwcom udało im się przegrupować na macierzystej planecie, przekierować geniusz na bardziej wojownicze, dotąd zupełnie nieuczęszczane, tory, odeprzeć zmasowany atak ziemskich flot i wyprowadzić kontrofensywę.

Prawdopodobnie nie bez znaczenia dla nagłych postępów Poczciwców w dziedzinie działań militarnych było to, że większość lekarstw to śladowe ilości trucizn, a każdy, kto potrafi kompetentnie leczyć, dysponuje zasobem wiedzy i umiejętnościami potrzebnymi do tego, żeby efektywnie zabijać. Kto wie, może obcy nadrobili też pozostałe braki, i odbudowują infrastrukturę w oparciu o solidne, dobrze wybetonowane, wzmocnione i strzeżone przez automatyczne miotacze czegoś śmiercionośnego, podstawy.

Ela wdarła się do kolejnego pomieszczenia, forsując drzwi barkiem i trzy rzeczy wydarzyły się na raz. Poczuła smród, potknęła się i straciła równowagę. Wychudzona skurwycóra rzuciła jej się do gardła. Ela odruchowo zasłoniła się lewą ręką. Tą oderwaną. Skurwycóra wgryzła się w szyję, wyrywają pierwszy kęs. Ela umarła, zanim upadła. Zdążyła jeszcze bezgłośnie życzyć drapieżnicy smacznego.

Obudziła się rześka, wypoczęta i kompletna. Do pełni fizjologicznego komfortu brakowało jej jedynie świeżego powietrza. Resztki bestii śmierdziały gorzej niż żywe stworzenie.

Nanity, które utrzymywały Elę przy życiu, reanimowały, a raz nawet odbudowały z dwóch palców i stu mililitrów krwi, rozprawiały się ze skurwycórami szybko i efektywnie. Pożarte wraz z ludzkim mięsem mikromaszyny mnożyły się wewnątrz drapieżnicy w postępie geometrycznym, rozmontowując ją od środka, zostawiając przy tym wystarczającą ilość biologicznego surowca, żeby połatać i przywrócić do optymalnego funkcjonowania swego oryginalnego nosiciela.

Co najmniej pięć tysięcy sześćset czterdzieści dni wcześniej, kiedy Poczciwcy przejęli kosmolotniskowiec, na którym służyła Ela, poddali kobietę technomagicznym procedurom i odstawili ją na powierzchnię księżyca, którą zrównała z ziemią, uznała, że wrogom zabrakło jaj, żeby rozprawić się z nią osobiście. Kara wydawała się wtedy adekwatna do winy. Ela przyjęła ją z godnością. Nie uciekała i starała się nie wrzeszczeć, kiedy skurwycóry rozrywały ją na kawałki.

Po tym, jak pięciokrotnie ocknęła się, tylko po to, żeby od trzech do dziesięciu sekund później zostać zjedzoną, zmieniła zdanie o zasłużoności kary.

Jasne, opracowała krzywe balistyczne, po których pomknęły pociski, które obróciły obronę przeciwlotniczą tego przeklętego księżyca w pył. Wytypowała optymalne punkty zrzutu kontenerów ze skurwycórami, maksymalizując straty wroga. Ale to była wojna. Wszystko, co zrobiła, zrobiła dla swojego gatunku, dla swoich dzieci, rodziców i męża, na polecenie ludzi poważnie uczulonych na wszelkie oznaki sprzeciwu i niesubordynacji. Gdyby nie została wzięta do niewoli, nosiliby ją na rękach na defiladach, a może i odlali pomnik ze spiżu.

Ela nie miała się do kogo odwołać. Nie liczyła też na ratunek. Zagryzała zęby, kiedy skurwycóry zaciskały na niej szczęki i miała nadzieję, że udręka szybko się skończy. Kiedy okoliczne grupy drapieżnic przerzedziły się na tyle, żeby nie pochłaniać jej każdej minuty, zaczęła rachować.

Kontenery ze skurwycórami, sto suk w każdym, zrzucili w siedmiu miejscach. Cztery w centrach gęsto zapoczciwionych, głównych ośrodków miejskich. Jeden w środku największej ni to puszczy, ni to dżungli, obfitującej w zwierzynę i bujną roślinność. Jeden w pobliżu budynków księżycowej administracji, najpewniej pełniących funkcje centrum dowodzenia. I, wreszcie, jeden, ostatni, siódmy, na szczęście, jak to określił dowodzący operacją generał, i żeby przetestować przydatność broni w niesprzyjających warunkach środowiskowych, jak wyjaśnił oficer naukowy do spraw bioinżynierii, wylądował na suchym, zimnym pustkowiu.

Efektywność skurwycór przerosła najśmielsze oczekiwania. Przeżerały się przez wszystko, co organiczne, mnożąc się błyskawicznie i nieustannie zwiększając dynamikę przerzedzania szeregów Poczciwców. Na kapitańskim mostku otworzono szampana. Ostatni raport, do którego Ela zajrzała przed kapitulacją ludzkości, mówił o całkowitej depopulacji księżyca i szacował liczbę skurwycór na mieszczącą się w zakresie od czterech do sześciu milionów.

Uśmiercenie wszystkich bestii za pomocą ludzkich, zatrutych ciał, musiało trwać od stu dziewięćdziesięciu do czterystu pięćdziesięciu ziemskich lat, a i to w optymistycznym wariancie.

Ela obeszła pomieszczenie trzykrotnie. Odkryła dwa puste, plastikowe kredensy o wymiarach metr na dwa metry na pół metra, dziurę w suficie o średnicy dziesięciu centymetrów i czternaście drobnych przedmiotów z materiałów odpornych na soki żołądkowe skurwycór. Wśród nich metalowo-szklany iniektor. Podniosła urządzenie. Strzykawka mogła zawierać cokolwiek. Ela była bliska przetestowania substancji na sobie, ale powstrzymała się. Włożyła iniektor do torby.

Opuściła podziemie. Do celu miała dwadzieścia trzy kilometry. Przy dobrych warunkach pięć godzin marszu. Tyle, że lokalne warunki nie bywały dobre.

Pierwszy etap: dwa i pół kilometra zygzaków między stertami gruzu, pokonała bez przeszkód. Drugi: dziesięcioipółkilometrową trasę, wiodącą przez otwarty teren, przeszła bez niespodzianek.

Dwa razy zaatakowały ją skurwycóry. Ela roztrzaskała czaszkę pierwszej drapieżnicy kamieniem, ale straciła przy tym trzy czwarte lewej łydki. Druga skurwycóra natarła trzydzieści osiem minut później. Powaliła okaleczoną ofiarę i zagryzła.

Godzinę i dwadzieścia minut po ocknięciu się po drugim ataku, Ela zauważyła piechura. Nagi mężczyzna szedł z naprzeciwka, ale odbił w bok i ominął ją stutrzydziestoośmiostopniowym łukiem.

Ela nie była pewna, czy wszyscy członkowie załogi "Gniewu Gai", którzy dostali się do niewoli, jakieś osiemset, może dziewięćset osób, zostali zesłani na księżyc, ale było ich wystarczająco wielu, żeby, od czasu do czasu, na siebie wpadać. Kiedyś próbowali trzymać się razem, a przypadkowe spotkania osładzały katorgę: czy to wspólnymi wspominkami macierzystej planety, minionej chwały i zaskakująco słodkiej prozy dawnego życia, czy to fizyczną bliskością, we wszystkich wariantach od przytulania do seksu, czy wreszcie złudną nadzieją, że w towarzystwie łatwiej będzie bronić się przed skurwycórami.

Seria przykrych sytuacji i zawodów: kiedy niedawni kochankowie wpychali niedawne kochanki w paszcze bestii, żeby zyskać kilka cennych sekund na ucieczkę, kiedy bratnie dusze musiały patrzeć na wzajemne męczarnie, kiedy innym gwałtownie i drastycznie odbijało, bądź kiedy cynicznie i z wyrachowaniem obdzierali przypadkowo spotkanych z resztek godności i człowieczeństwa, skutecznie zniechęciły ludzi do łączenia się w grupy, nie później niż po upływie ośmiuset sześćdziesięciu trzech dni.

Ela dotarła do celu. Michael akurat żył. Leżał na boku. Obok niego trzy nowe truchła, łącznie czterdzieści pięć trupów skurwycór.

– Cześć, kochanie.

Mąż nie zareagował. Ela sięgnęła, do jego włosów, ale zrezygnowała w pół ruchu.

– Mam coś dla ciebie. Może pomoże.

Wtłoczyła jedną czwartą zawartości iniektora w serce męża. Michael szarpnął się. I znowu. I jeszcze raz. Konwulsje przewróciły go na wznak.

Ela odeszła siedem kroków na bok. Odwróciła wzrok od męża i poświęciła kwadrans na zaktualizowanie zapamiętanych danych i liczb.

Niektórym niestety nie starczało odporności psychicznej, hartu ducha i woli przetrwania, żeby zachować względną normalność i zmusić się do funkcjonowania, mimo przebytych traum, i w obliczu kolejnych, nieuchronnie nadciągających ze smrodem i wyszczerzonymi zębami. Rezygnowali, poddając się przeznaczonemu im losowi, padali w popiół i tkwili w bezruchu, pozwalając się pożerać wciąż i wciąż na nowo, niczym jakieś żałosne karykatury Prometeusza, które nie dość, że przesadziły z ilością przyniesionego ognia, to jeszcze same spętały się własną niemocą.

Mąż Eli w trakcie wojny był pilotem myśliwca. Trzecim pod względem liczby zestrzeleń w siódmej flocie. Nie był typem mężczyzny, który potrafił radzić sobie z własną bezradnością.

Ela wróciła do Michaela. Przemogła się i ucisnęła palcami tętnicę szyjną gorszej połowy. Wyczuła puls, równy i silny. Odrzuciła iniektor na stertę dwudziestu trzech podobnych urządzeń. Powiedziała:

– Cześć, kochanie.

Odeszła. Cztery kilometry maszerowała otwartą przestrzenią. Kolejne cztery kluczyła w ruinach niewielkiej osady, szesnaście razy oglądając się przez ramię i nieustannie węsząc. Wczołgała się do zawalonego budynku. Godzinę i dwanaście minut rozmontowywała stos kamulców, blokujących przejście. Wcisnęła się do pomieszczenia, ryglując za sobą drzwi metalową sztabą.

– Mama!

Podeszła do ściany. Starła siedemnaście wypisanych węglem cyfr, a następnie zastąpiła je nowymi. Skontrolowała i obróciła klepsydry, od największej do najmniejszej. Poprawiła kolejne dwadzieścia znaków na ścianie.

– Mama!

Ela dwa kwadranse zapamiętywała liczby. Dni, godziny, minuty. Śmierci, własne i cudze. Kiedy upewniła się, że jest je w stanie odtworzyć z pamięci, podeszła do klatki z dziećmi.

– Cześć, kochanie.

– Mama!

Uniosła frontową kratownicę i wyciągnęła synka z kontenera, służącego wcześniej do transportu skurwycór. Przytuliła dziecko krótko, pocałowała w czoło i odstawiła na posadzkę.

– A co u ciebie, mała łobuziaro?

Asia wydostała się z klatki o własnych siłach.

– Nic.

– Eryk nie dokazywał za bardzo?

– Nie.

– Chcesz się pobawić?

– Jak długo tu jeszcze będziemy, mamo?

– Jeszcze trochę. Raczej niedługo. Wracaj do kojca.

Podniosła raczkującego Eryka. Włożyła syna do kontenera i surowo spojrzała na córkę. Asia bez słowa wróciła do klatki.

Ela otarła twarz i wznowiła poszukiwania. W promieniu stu kilometrów znajdowało się jeszcze przynajmniej siedemset budynków mających podziemne kondygnacje.

 

***

 

Asia zaczęła się wiercić, kiedy tylko odgłosy rekonstrukcji kamiennej barykady ucichły.

– Mama! – oznajmił radośnie Eryk.

– Cicho! Mama będzie później!

Przeciśnięcie się przez kraty nie było proste. Najpierw musiała połamać sobie obojczyk, co w ciasnym kontenerze, nie zapewniającym miejsca ani na rozbieg, ani nawet na porządny upadek, wymagało włożenia ramienia między pręty i kilku gwałtownych obrotów tułowia. Następnie przegryzała skórę na przedramieniu, wysmarowała policzki i skronie krwią, po czym z impetem wbiła głowę w kratę. Przecisnęła się na drugą stroną i upadła na brudny, spękany beton, gdzie płakała i regenerowała się przez chwilę.

Asia nie przepadała za samotnymi zabawami. Wolałaby mieć towarzystwo innych dziewczynek lub kucyków, a do tego skakanki i gry planszowe, ale i tak bawiła się lepiej, niż wewnątrz klatki, gdzie jedyne, co mogła robić, to opowiadać samej sobie bajki i łaskotać Eryka. Klepsydry były dość nudne, ale przy odrobinie zręczności i wyobraźni, a ani jednego, ani drugiego Asi nie brakowało, można było wykorzystać je jako surowiec w konstrukcji domu czy statku kosmicznego, albo uczynić z nich uczestników regat lub członków dużej i kochającej się rodziny.

Dziewczynka bawiła się, dopóki nie usłyszała zgrzytania i szmerów, zwiastujących powrót mamy. Odstawiła wtedy klepsydry na miejsce, od najmniejszej do największej, i włożyła ramię między pręty klatki.

Koniec

Komentarze

Pomysł podoba mi się niezmiernie, choć wykonanie nieco mniej. Głównie ze względu na pojawiające się często, zbytnio pokomplikowane i niepotrzebnie piętrowo poskładane zdania, przez które trzeba było brnąć mozolnie.

Z uwagi na to, iż jestem czytelnikiem wyjątkowo mało rozgarniętym, pojęcia nie mam, co się wydarzyło na końcu. Umykają mi też powody niektórych działań Eli. Cóż, zapewnie to mój problem, nie Twój. No chyba że inni też będą mieli kłopoty z czajeniem. Choć wątpię.

Lektura sprawiła jednak przyjemność, bo – powtórzę – pomysł znakomity.

Aha, piątki w koronie zapewne nie otrzymam, bo nie zauważyłem rażącego braku przecinków. Przeciwnie, było ich za dużo.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czy to aby na pewno skończone opowiadanie?

Bo mam wrażenie, że został mi udostępniony zaledwie wycinek świata z opisami kilku sytuacji, w których znalazła się Ela i owszem, sytuacje przystają do siebie, ale skończyłam lekturę z poczuciem zagubienia, z podejrzeniem, że nie powiedziano mi wszystkiego…

 

Przed wojną piw­ni­ca sta­no­wi­ła czę­ścią me­dycz­ne­go kom­plek­su Po­czciw­ców. –> Przed wojną piw­ni­ca sta­no­wi­ła część me­dycz­ne­go kom­plek­su Po­czciw­ców. Lub: Przed wojną piw­ni­ca była czę­ścią me­dycz­ne­go kom­plek­su Po­czciw­ców.

 

Co naj­mniej pięć ty­się­cy sze­ściu­set czter­dzie­ści dni wcze­śniej… –> Co naj­mniej pięć ty­się­cy sze­śćset czter­dzie­ści dni wcze­śniej

 

Drugi: dzie­się­cio-i-pół ki­lo­me­tro­wą trasę… –> Drugi: dzie­się­cioipółki­lo­me­tro­wą trasę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@thargone

Pomysł podoba mi się niezmiernie, choć wykonanie nieco mniej.

To dokładnie tak samo jak mnie. Moża to było napisać ze dwa razy lepiej.

Aha, piątki w koronie zapewne nie otrzymam, bo nie zauważyłem rażącego braku przecinków. Przeciwnie, było ich za dużo.

=3

 

@regulatorzy

Czy to aby na pewno skończone opowiadanie?

Jasne, że tak. Gdzieś tam, między liczbami i infodumpami czai się przejmujący dramat, opowieść o ludzkim cierpieniu, odpowiedzialności indywidualnej i grupowej, odkupieniu i międzygalaktycznej moralności.

Bo mam wrażenie, że został mi udostępniony zaledwie wycinek świata z opisami kilku sytuacji, w których znalazła się Ela i owszem, sytuacje przystają do siebie, ale skończyłam lekturę z poczuciem zagubienia, z podejrzeniem, że nie powiedziano mi wszystkiego…

Bo narrator to straszna noga. Z całą pewnością nie powiedział wszystkiego, chociaż można by dyskutować, czy nie powiedział wystarczająco dużo, żeby czytelnik mógł sobie dopowiedzieć resztę.

na emeryturze

Rzeczywiście barokowe zdania nieco utrudniają lekturę i gdyby je pociąć zębami skurwycór, tekst nabrałby dynamiki i przejrzystości. A jednak klikam bibliotekę i myślę poważnie nad czymś więcej. Oczywiście w odpowiedzi na politykę Garego, który rzekomo w dupie ma komentarze i krytykę, piórka też ma w dupie, a teksty innych komentuje rzadko, a teksty stałych bywalców wcale, powinienem darować sobie te kliki.

Ale zwyczajnie i naprawdę podoba mi się taka fantastyka. 

Podoba mi się przede wszystkim pomysł (sam jestem w trakcie pisania tekstu o ciut zbliżonym przesłaniu) oraz kilka innych elementów. Chociażby słowotwórcze próby ze skurwycórami czy zapoczciwionymi miastami Poczciwców. Zazgrzytały dopiero kamulce, które przeczytałem z początku jako hamulce. W sumie kamienie stopujące drogę intruzom to mogą być i kamulce. Ale jednak w ustach narratora zazgrzytały te kamulce niczym piasek. Coś jak kamory.

Napisane jest ciekawie, sprawnie, z polotem, z wyobraźnią. Intryguje klimat, a fabuła wciąga pomimo zdań długich jak pokuta Eli.

Mieliśmy kiedyś dyskusję o niewiarygodnym zachowaniu bohaterów Twojego innego tekstu, którzy porzucają dzieci i wracają, by zerknąć na śmierć wnuka (bodajże). Tutaj poszedłeś w drugą stronę i ja to kupuję. Ela heroicznie walczy o życie swoje, bo ma dla kogo żyć. A przy okazji pomaga mężowi, który się poddał. Tak przy okazji, uwaga o tym, że mąż ów : "Nie był typem mężczyzny, który potrafił radzić sobie z własną bezradnością." – świetna i życiowa.

Jak rozumiem, zakończenie to taki gorzki dowcip przez łzy – dziecko bawiąc się klepsydrami, miesza i rujnuje wszelkie obliczenia matki, dla której szansa na ostateczne wyeliminowanie skurwycór i zakończenie swoistej pokuty (kary) to ostatnia nadzieja, dzięki której wciąż walczy o siebie i dzieci. Dobrze to zrozumiałem? Tylko nieco mnie zastanawia jak ona wliczała w to wszystko udział innych ludzi, którzy też zabijali skurwycóry. Wyciągała średnią?

Jest w tekście kilka dziwnych sformułowań, przecinki szaleją. Mnie zatrzymało podczas czytania poniższe zdanie:

Prawdopodobnie nie bez znaczenia dla ich nagłych postępów Poczciwców w dziedzinie działań militarnych było to, że większość lekarstw to śladowe ilości trucizn, a każdy, kto potrafi kompetentnie leczyć, dysponuje zasobem wiedzy i umiejętnościami potrzebnymi do tego, żeby efektywnie zabijać.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Rzeczywiście barokowe zdania nieco utrudniają lekturę i gdyby je pociąć zębami skurwycór, tekst nabrałby dynamiki i przejrzystości.

Zgadzam się. Chciałem za pomocą długości zdań sygnalizować czy dany fragment rozgrywa się “aktualnie” czy jest “wspomieniem protagonistki”, ale nie podołałem i straciłem kontrolę nad tekstem. Stąd też moja wcześniejsza wypowiedź skierowana do thargone’a, że dałoby się to napisać dwa razy lepiej.

Oczywiście w odpowiedzi na politykę Garego, który rzekomo w dupie ma komentarze i krytykę, piórka też ma w dupie, a teksty innych komentuje rzadko, a teksty stałych bywalców wcale, powinienem darować sobie te kliki.

Bez przesadyzmu, komentarze są zawsze ciekawe, a krytyka mile widziana. To, że nie często zdarza mi się do wyrażonych w komentarzach próśb i żądań stosować, to inna inszość. Wskazane błędy językowe w większości poprawiam, ewidentne babole logiczne podobnie, z niektórymi komentarzami dyskutuję i wydaje mi się, że zdarzyło mi się nawet przyznać komuś rację (ale pewnie chwalił).

Jak rozumiem, zakończenie to taki gorzki dowcip przez łzy – dziecko bawiąc się klepsydrami, miesza i rujnuje wszelkie obliczenia matki, dla której szansa na ostateczne wyeliminowanie skurwycór i zakończenie swoistej pokuty (kary) to ostatnia nadzieja, dzięki, której wciąż walczy o siebie i dzieci. Dobrze to zrozumiałem?

W większości dobrze, zwłaszcza zabawę klepsydrami i motywację Eli. Co do celu Eli, to założyłem, że stara się ona znaleźć cokolwiek, co zneutralizowałoby nanity i pozwoliło jej, i jej rodzinie, umrzeć, ale twoja interpretacja jest równie uprawniona… Nie wydaje mi się, żeby w tekście było coś, co by ją przekreślało.

Tylko nieco mnie zastanawia jak ona wliczała w to wszystko udział innych ludzi, którzy też zabijali skurwycóry. Wyciągała średnią?

Założyłem, że była naturalnie uzdolniona matematycznie, co pozwalało jej operować dużą liczbą zmiennych w trakcie szacunków i ogarniać wszystkie obliczenia w pamięci, dla różnych wariantów.

na emeryturze

I dodam jeszcze, że tekst pasowałby jak znalazł do nowego konkursu Fantazmatów "Umieranie to parszywa robota" i dziwię się, że nie pomyślałes o tym przed publikacją na portalu. Wystarczyło podrasować, podszlifować, może pobetować i kto wie.

 

Ps. Czyli jednak chciała umrzeć w twoim zamierzeniu. Być może taka postawa w sytuacji jej i rodziny byłaby rzeczywiście uzasadniona.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciekawy tekst. Spodobała mi się nazwa gatunku. I moralna wymowa. Jeśli rozpętałaś na czyjejś planecie (czy tam satelicie, mniejsza o szczegóły) piekło, to teraz posprzątaj.

Acz nie bardzo rozumiem, jakie znaczenie ma ostatnia część. No i co z tego, że dziecko poprzestawia klepsydry, skoro matka je zapamiętała?

Babska logika rządzi!

Bardzo fajny pomysł. Z interpretacją końcówki miałam problem, ale komentarze mi rozjaśniły. Przecinki nie przeszkadzały.

Infodumpy nie przeszkadzały. Na przecinki uwagi nie zwracałem.

Klik Ci się należy, jak ludzina skurwycurom.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

@mr.maras

I dodam jeszcze, że tekst pasowałby jak znalazł do nowego konkursu Fantazmatów "Umieranie to parszywa robota" i dziwię się, że nie pomyślałes o tym przed publikacją na portalu.

Fantazmaty? To takie niegojące się rany, z których ciekną napoje gazowane? Lochy, w których przetrzymuje się literatów obdarzonych wyobraźnią?

Jakoś nie mam zupełnie serca do konkursów, a w dodatku lubię trzymać swoje historyjki w jednym miejscu.

 

@Finkla

Acz nie bardzo rozumiem, jakie znaczenie ma ostatnia część. No i co z tego, że dziecko poprzestawia klepsydry, skoro matka je zapamiętała?

Matka zapamiętała ich poprzednie “wskazania”. Bez nich, nie jest w stanie mierzyć czasu, ze względu na częste i nieprzewidywalne przerwy w świadomości i, hmm, życiu. Ze względu na to, że klepsydry okazują się zupełnie niewiarygodne, Ela ma błędne informacje, sądzi, że wie, ile (co najmniej) czasu spędziła na księżycu (z wyłączeniem okresu poprzedzajacego realizację pomysłu z klepsdyrami), podczas gdy tak naprawdę nie ma pojęcia.

na emeryturze

No, aktualne wskazania też zapamiętuje:

Ela dwa kwadranse zapamiętywała liczby. Dni, godziny, minuty. Śmierci, własne i cudze. Kiedy upewniła się, że jest je w stanie odtworzyć z pamięci, podeszła do klatki z dziećmi.

Babska logika rządzi!

Ale aktualne wskazania są niewiarygodne, ze względu na to, że klepsydry dublują jako zabawki.

na emeryturze

Rany, ale jesteś leniwy, Gary! Bardzo dobry pomysł, który nie wykończyłeś, świadomie, po prostu nie chciało Ci się pisać 40 czy 50 znaków, ale tyle by wystarczyło, żeby opko miało piórko. Z drugiej strony, piórko chyba nie jest Ci potrzebne, ale przydałoby się porządnie wykończyć opowiadanie, tak, żebyś w końcu “wykończył” marudzącą konkurencję pod Twoimi opowiadaniami. Choć tym razem, jakoś jej specjalnie nie widzę, więc może cel osiągnięty.

Pozdrawiam.

Interesująco podana treść. Całość rozbawiła, zwłaszcza nazwa istotek i opis ich cyklu życiowego :) Końcówka stworzyła mi lekką zagłostkę, ale komentarze ją rozjaśniły. Całkiem niezły ten informacyjny koncercik fajerwerkowy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rany, ale jesteś leniwy, Gary!

Nawet, mimo fantastycznego przygotowania, sobie nie wyobrażasz!

Z drugiej strony, piórko chyba nie jest Ci potrzebne

Ani zupy się na nim nie ugotuje, ani nawet w kapelusz się go nie wetknie. Piórka mogą być kuszące z trzech powodów: chęci napompowania ego ( nie mogę już bardziej, bo mi pęknie), zweryfikowania czy utrafiło się w gusta Lożan ( a ja nie jestem do końca przekonany czy chcę w gusta wszystkich lożan trafiać) czy wreszcie jako trampolina, służacą do wybicia sią ponad anonimowy tłum użytkoników na tyle, by przyciągnąć uwagę redaktorów Nowej Fantastyki ( co mnie, jako kogoś, komu Nowa Fantastyka, jako czasopismo, jest doskonale obojętna, niezbyt interesuje). Więc rzeczywiście, piórko nie jest mi jakoś szczególnie potrzebne.

przydałoby się porządnie wykończyć opowiadanie, tak, żebyś w końcu “wykończył” marudzącą konkurencję pod Twoimi opowiadaniami

Marudzenia zawsze prowadzą do “wspaniałych” wymian zdań i jako takie są niezwykle ważne i prowadzą do eskalacji rozrywki.

Choć tym razem, jakoś jej specjalnie nie widzę, więc może cel osiągnięty.

Tylko, że to nie jest mój cel. Oczywiście, jest niezwykle miło, kiedy ktoś uznaje moje historyjki za w jakiś sposób wartościowe, ale nie po to je piszę, żeby się podbały.

 

na emeryturze

Interesujące. Jeśli chodzi o Panią Infodump, troszkę znudziła mnie podczas opisu wojny, w pozostałych przypadkach ogólnie było ok.

Liczb jak dla mnie jednak trochę za dużo. Poza tym styl ciekawy, fajnie tutaj się sprawdził. Oczywiście zdania wielokrotnie złożone czasem utrudniały lekturę, ale ktoś tam już wyżej o tym pisał.

Zakończenie zrozumiałem mniej więcej tak, jak to tłumaczysz, chociaż wymagało trochę myślenia. Ale lubię, kiedy właśnie po przeczytaniu trzeba chwilę pogłówkować. Ogólnie: przeczytałem z przyjemnością – bardzo ciekawy pomysł i charakterystyczny styl zrobiły swoje, tylko czasami infodumpy zaczynały nużyć. Tekst nie jest długi, ale udało się w nim zmieścić naprawdę dużo treści. W przeciwieństwie do NoWhereMana mnie całość raczej nie rozbawiła – ale wiadomo, każdy czytelnik odbiera historię inaczej.

Dwutysięczny trzysta osiemdziesiąty drugi raz

Dwa tysiące trzysta osiemdziesiąty drugi raz.

Nowa Fantastyka