- Opowiadanie: Sam Peckinpah - 14.02

14.02

Taki sobie short z okazji 14.02 :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

mr.maras, Marcin Robert

Oceny

14.02

Oberwanie chmury nastąpiło w najmniej oczekiwanym momencie. Najpierw niebo zasnuło się ciemnym, granatowym płaszczem. Po chwili w miasto uderzyła ściana wody. Wyglądało to niemal jak biblijny potop.

– Nie do wiary! – Pomyślał A. oblizując mokre od deszczu wargi. Był prawdziwym weteranem i przeżył już niemal wszystko, ale takie sytuacje wciąż go zadziwiały. Jakby ktoś specjalnie starał się mu utrudnić wykonanie zadania.

W odruchu rozpaczy spojrzał na wyświetlacz. Niestety, treść zlecenia się nie zmieniła.

„Termin: 20JUN2017; 0315PM…”, tak rozpoczynał się dobrze znany mu komunikat. Dalej była krótka charakterystyka miejsca i obu obiektów. Z wytłuszczoną na czerwono adnotacją, że to jedyne takie spotkanie. Co oznaczało tyle, iż A. miał tylko jedną szansę na wykonanie zadania. Właśnie tu i teraz, leżąc na dachu, gdzieś w centrum W., tonąc przy okazji w strugach deszczu.

Spojrzał na zegarek. Czas spotkania nadchodził w szybkim tempie. Niezależnie od warunków trzeba było działać. A. westchnął ciężko i wziął się do roboty. W końcu był profesjonalistą.

Najważniejszym zadaniem w tej sytuacji było zapewnienie, aby woda nie zalewała okularu lunety. Zarzucił więc na siebie wiatrówkę przykrywając zarazem lunetę i tworząc tym samym prowizoryczne nakrycie. Wadą tego rozwiązania było to, że od pasa w dół w zasadzie nic nie chroniło go przed przemoknięciem.

Niczym dobrze zaprogramowany automat wyłączył tę część świadomości, która natrętnie przypominała mu, że leży w powiększającej się kałuży, nie wspominając o strużce wody spływającej z kurtki, wprost w rowek przepoławiający zadek na dwie części. Po tylu latach przychodziło mu to z łatwizną.

Leżał. Obserwował. I czekał. Kilka minut po piętnastej, na piętrowym parkingu znajdującym się naprzeciwko, zauważył dwa poruszające się samochody. Jeszcze mocniej przywarł okiem do okularu, jakby dzięki temu miał widzieć lepiej i więcej.

Samochody zatrzymały się bardzo blisko siebie. Z jednego z aut wyskoczyły, niby wystrzelone z procy, dwie postacie. Z drugiego wyszła jedna osoba.

A. uspokoił oddech, który zdążył już nieznacznie przyspieszyć. Mimo rzęsistego deszczu od razu zidentyfikował oba obiekty. Trzecia postać była nieistotna. Figurant. Będzie niemym świadkiem. Trudno, zdarza się.

Palec wskazujący delikatnie muskał język spustowy. A. musiał oddać dwa celne strzały, niemal w jednym momencie. Drugiej takiej szansy, jak już doskonale wiedział, nie będzie miał.

Sytuacja niestety nie prezentowała się najlepiej. Obiekt numer jeden stał dość daleko od obiektu numer dwa. Dwójka w dodatku żywo gestykulowała. Figurant, jak na złość, poruszał się to tu, to tam. Robił to w taki sposób, że zasłaniał raz jeden, a raz drugi obiekt. I jeszcze ta deszczowa mgła wcale nieułatwiająca wykonania zadania.

A. potrafiłby sobie przypomnieć setki łatwiejszych sytuacji. Ale i setki trudniejszych. Robił to już tyle lat… Szybko przesunął lufę mierząc raz w jedynkę, raz w dwójkę, upewniając się tym samym, że ruch jest płynny i błyskawiczny. Był.

Obiekty wciąż stały mniej więcej w tych samych miejscach. Nie było już na co czekać. A. nabrał powietrza w płuca i na pełnym wdechu nacisnął spust. Zaraz potem nastąpił drugi strzał, który, podobnie jak pierwszy, zniknął gdzieś w szumie rozlewającego się po całym mieście deszczu.

A. wypuścił powietrze. Na jego pulchnych ustach pojawił się lekki uśmiech. Opasłe ciało, jak zwykle w takich przypadkach, zalała fala euforii, niezmącona nawet faktem, że pomiędzy strzałami wielka kropla deszczu wpadła dokładnie w środek okularu, rozmywając widzialny świat.

Nawet nie spojrzał w stronę obiektów. Wiedział, że kolejny raz zmienił bieg historii.

Potwierdził wykonanie zadania, szybko spakował broń i niepostrzeżenie ulotnił się z dachu budynku.

*****

Olbrzymi wycieczkowiec „Beatrix”, zawdzięczający swą nazwę królowej holenderskiej, bujał się leniwie w rytmie wyznaczonym przez ruchomą taflę oceanu. Dziś był ten dzień. Michał od rana czuł narastające podniecenie, które przed chwilą stało się już nie do zniesienia. Nie mógł dłużej wysiedzieć w swojej kajucie. Wyszedł więc na górny pokład aby zaciągnąć się świeżym, morskim powietrzem i przy okazji podelektować popołudniowym słońcem.

Spoconymi dłońmi chwycił się barierki okalającej pokład i spojrzał przed siebie, próbując, bezskutecznie, znaleźć jakiś punkt na horyzoncie, na którym mógłby zatrzymać wzrok. Po raz kolejny w ostatnim czasie pomyślał, że życie bywa nad wyraz przewrotne. Od kilku miesięcy miał poczucie, że już nie kontroluje niczego. Porwał go jakiś dziwny, magiczny nurt, a on, niby liść, dał się ponieść. Był niczym widz jakiegoś pasjonującego filmu. Lecz prawda była taka, że los obsadził go również w roli głównej.

Od kilku miesięcy… Od czasu stłuczki, na parkingu, gdzieś w centrum W.

– Dzień, który zmienił moje życie… – Pomyślał, że ta tandetna i ograna sentencja pasowała jak ulał do całej sytuacji. Wszak na parking wjeżdżał z Lidką. Jasne, że nie układało im się od jakiegoś czasu, ale przecież wiązały ich pewne plany. A teraz Lidki już nie ma. Ktoś zupełnie inny zawładnął jego światem. I to z jaką siłą!

Nie miał Lidce za złe, że przestała się do niego odzywać. Było to zrozumiałe. Większy żal miał do rodziców. W końcu był ich jedynym synem, oczkiem w głowie, jak to zwykli podkreślać. Ich reakcja była dla niego wielkim rozczarowaniem. Choć z drugiej strony mógł im jednak dać trochę więcej czasu na oswojenie się z tą nową sytuacją.

– Powinni tu ze mną być. – Westchnął do siebie, po czym zwrócił swą okrągłą, piegowatą twarz w stronę pokładu. Od strony basenu nadbiegał w jego kierunku wysoki, smukły, mocno opalony mężczyzna. Ubrany w elegancki smoking wyglądał co najmniej komicznie, otoczony ludźmi w strojach kąpielowych i hawajskich koszulach. Michał mimowolnie uśmiechnął się.

– Gdzie byłeś, wszędzie cię szukam! – krzyknął zasapany elegant wyciągając rękę w stronę Michała. – Chodź, pastor już czeka w kaplicy!

– Po co te nerwy? Przed nami cała wieczność, kochanie. – odparł Michał z miną niewiniątka, po czym poprawił swą białą marynarkę i mocnym uściskiem pochwycił wyciągniętą w swoim kierunku dłoń.

END

Koniec

Komentarze

Zabawny szorcik, uśmiechnąłem się :) Przez tytuł łatwo można się domyślić, kim był strzelec, i na początku myślałem, że spaloną puentą będzie właśnie odkrycie tożsamości pana A. A tu proszę, takiego zakończenia się nie spodziewałem. Nie daj Bóg trafić na takiego strzelca ;)

 

Bardzo sympatyczne i bardzo sprawnie, lekko i z gracją napisane. Oczywiście, łatwo się domyślić strzelca i po tytule i po rowku… Ale i tak bawi, i czyta się z uśmiechem. Druga część zaskoczyła lekko, byłem pewny pomyłki strzelca, ale nie spodziewałem się takiej volty akurat. Tym większe gratki dla autora. 

Język fajny, pierwsza część dobrze stylizowana na opisy z powieści sensacyjnych, a wstawki o zadku i tuszy świetnie kontrastują.

Nie szukam błędów i przecinków, tekst zasługuje na bibliotekę, bo jest napisany lekkim piórem, z fantazją, a przy tym pomysłowy. 

Tylko dlaczego publikujesz go dzisiaj? :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za komentarze. Cieszę się, że wywołałem uśmiech, taki był cel tego opowiadania :) Publikuję w wigilię dnia W., gdyż dzień W. rezerwuję dla żony. W związku z tym mógłbym nie znaleźć czasu na wrzucenie tekstu na stronę. 

Jak to mówią, człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi… ;) 

Otworzyłam tekst 02.14 o 2.14. Psipadek? ;-)

Sympatyczny pomysł. :-) Chociaż chwilę się musiałam zastanowić, o co tu chodzi. No, nie lubię romansideł. Zdecydowanie wolę kryminały i sensacyjne.

nie wspominając o stróżce wody spływającej z kurtki,

Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Przyznam, że zajęło mi sekundę zanim się połapałem :) Szorcik rozjaśnił mi chwilę zbyt długiej podróży do pracy. No i czytałem w dzień W.

Fajne. :) 

Czasem mam problem z załapaniem, o co chodzi, ale tutaj od razu odgadłam, kto jest strzelcem. Puenta zaskakująca. Ogólnie sympatyczny i zabawny tekst. :D

Przyznaję, że nie skumałem, ale ja nie jestem za mądry (po komentarzach już skumałem, więc nie trzeba mi tłymaczyć).

Oberwanie chmury nastąpiło w najmniej oczekiwanym momencie.

Nie lubię takich zdań – dlaczego ten moment był akurat najmniej oczekiwany? Jakie są konsekwencje tego, że akurat w tym momencie oberwanie chmury nastąpiło? Przez kogo ten moment był najmniej oczekiwany? Jaki jest najbardziej oczekiwany moment w takim razie? Gdyby to zdanie brzmiało “Lunęło niespodziewanie” miałoby dokładnie taką samą wartość dla opowiadania, a nie obiecywałoby niczego więcej. W obecnej postaci tu jest jakieś nawiązanie do kontekstu sytuacji, przy czym samego kontekstu nie ma. Chyba, że chodziło Ci o “najmniej pożądany moment” – wtedy to ma sens i współgra z resztą fabuły.

wprost w rowek przepoławiający zadek na dwie części

Słowo “zadek” jest z innego tekstu. Przecież można po prostu “wprost między pośladki”. Jeślii chcesz trzymać się amorowania – mogą być to nawet “pulchne pośladki”.

Szybko przesunął lufę mierząc raz w jedynkę, raz w dwójkę, upewniając się tym samym, że ruch jest płynny i błyskawiczny. Był.

Ostatnie słowo/zdanie bym wykreślił, nic nie wnosi.

spojrzał w bezkres horyzontu

W “Hrabim Monte Christo” jeden z bohaterów też patrzy w “bezkres horyzontu”, ale w oryginale już raczej w “les profondeurs de l'horizon”, czyli w otchłań horyzontu (na ile znam francuski) – jest różnica. Problem polega na tym, że horyzont moim zdaniem nie może być bezkresny w tym rozumieniu, bo sam jest kresem – naszego widzenia (w innym może: jest de facto okręgiem, czyli nie ma początku, ani końca). Sformułowanie “bezkres horyzontu” dla mnie nie ma tu sensu.

Porwał go jakiś dziwny, magiczny nurt, a on, niby liść na wietrze, dał się ponieść.

Albo porwał go nurt, albo wiatr – te dwie metafory obok siebie są w sposób niezamierzony zabawne.

 

Za dużo słów, jak dla mnie, można pisać prościej i nie mniej ciekawie. Fabułka sympatyczna.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Sympatyczne, acz mi z łatwością przyszedł domysł, kim jest bohater pierwszego fragmentu i że na pewno spudłuje ;) Czytało się jednak nieźle, choć też bez rewelacji.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za komentarze. Finklo, dzięki za wskazanie okropnego “babola” :) Cerlegu, mnie również zabolały zęby z powodu “bezkresu horyzontu”; pisałem trochę w pośpiechu i taki tego efekt. Już poprawiłem. Podobnie jak fragment odnoszący się do nurtu i wiatru.

Bez rewelacji, ale jako opowiadanko okolicznościowe, całkiem sympatyczne. ;)

 

Obe­rwa­nie chmu­ry na­stą­pi­ło w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie. –> Czy w ogóle są momenty oczekiwania oberwania chmury?

 

wprost w rowek prze­po­ła­wia­ją­cy zadek na dwie czę­ści. –> Masło maślane. Czy rzeczony rowek mógłby przepołowić zadek na więcej części?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Zabawa w strzelanego" AD 2018. :D Zabawne, dobrze napisane. Zagłosuję za Biblioteką.

Nowa Fantastyka