- Opowiadanie: hamburgerek_aga - Borówki

Borówki

To mój debiut i wyjście z szuflady. Spodziewam się zatem krytyki i proszę o wskazówki i rady, czy mam pisać takie rzeczy dalej :) Życzę przyjemnej lektury!

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Borówki

Mazurskie niebo bywa magiczne, szczególnie w sierpniu, gdy spadają gwiazdy. Na pomost wystarczy wziąć koc i tanie wino, a potem tylko położyć się na pachnących, skrzypiących deskach i patrzeć do góry. Dobrze też mieć przy okazji kogoś obok, kto złapie cię za rękę, gdy zarośla dziwnie zaszeleszczą, albo pod pomostem chlupnie coś dużego. W każdym razie niebo się świeci i migocze, gwiazd jest tak dużo, a ja czuję się taka strasznie mała wobec tego wszystkiego. I wtedy trzeba przestać tyle rozmyślać, bo zaczyna boleć głowa.

Tak właśnie leżeliśmy razem na pomoście tej sierpniowej nocy, a te i inne podobne myśli plątały mi się leniwie po głowie. Przytuliliśmy się do siebie głowami i jeszcze przez chwilę skupiliśmy się na tym, żeby cieszyć się sobą. Przez to udawało nam się wyrzucić z głowy wszystkie straszne rzeczy, przez chwilę nie było z nami trosk, było tylko to spokojne, wielkie, migotliwe niebo i pachnące delikatnym mułem leniwe jezioro.

Po chwili jednak trzeba było sobie przypomnieć.

– Pamiętasz jak to było, jak byliśmy bardzo mali? Pamiętasz tamtą Polskę? – zapytałam.

– Ledwo, Ema. Pamiętam, że ludzie narzekali i lubili się napić. Pamiętam też dużo babulek w kolorowych chustach, które tak dziwnie zawodziły w kościołach.

– Taaak, u mnie był taki mały stary kościółek w Beskidzie Niskim, w niedziele do kościoła przychodziły godzinę przed mszą, żeby udekorować wszystko kwiatami. – Uśmiechnęłam się.

– Mówili mi w mieście w zeszłym tygodniu, że zanim Oni się pojawili, ludzie byli cholernie szczęśliwi. Oczywiście każdy jeden mówił, że jest beznadziejnie i źle się żyje, ale prawie nikt nie odjeżdżał, bo naprawdę kochali swoją ziemię.

 

Parsknęłam śmiechem. Jacy byli głupi. Teraz kościółków już nie ma, wszystkie są spalone. Zdjęcia najpiękniejszych polskich zabytków osiągają astronomiczną cenę na czarnym rynku, a ja mogłam tylko z opowieści słyszeć o Wawelu, Malborku czy Łazienkach w Warszawie. Przyszli Oni, zniszczyli i odeszli niszczyć dalej. Nikogo nie zabili, a nas przecież wciąż ubywało. Nie było dnia, żeby nie znaleźli kogoś we wsi powieszonego, albo otrutego sparoksem. Tracili swoje domy, pieniądze, życiowe osiągnięcia i bliskich, niesionych straszliwą falą seryjnych samobójstw. Po prostu nie dawali sobie rady i kończyli ze sobą. Nikogo już nic nie dziwiło. Choroby, żal, poczucie beznadziei i strach. Tyle po nich zostało, oprócz zgliszczy po spalonych za karę domach, kościołach i całym naszym polskim dziedzictwem, które podobno było wyjątkowe. Wszyscy chodziliśmy jak duchy, czasem tylko udawało się gdzieś uciec i przez chwilę udawać, że wszystko jest dobrze.

 

Mówiło się na nich "Oni", bo nie do końca wiedzieliśmy, czy to ludzie, czy nie. Odkrywcy kosmosu przywieźli ze sobą mnóstwo tajemnic, więc czasami zastanawialiśmy się z Migdałem, czy przypadkiem nie są kosmitami. Byli tacy nieludzcy z tymi wszystkimi cudami techniki, o których słyszeliśmy tylko z opowiadań naszych dziadków. Mieli piękne, straszne twarze pozbawione emocji i perfekcyjne fryzury. Założę się, że nie wiedzieli, co to wszy, głód i zimno. To była nowoczesna armia nowoczesnego kraju, która wparowała do Polski i zabrała nam wszystko. Modna, elegancka i bezkrwawa – tak o sobie mówili z dumą, bo podobno żaden mundur nie splamił się tam krwią. My wiedzieliśmy swoje. Krew ciągnęła się za nimi zawsze, tylko że parę dni drogi dalej.

Nie zawsze chodziło o stracony majątek, czasem ludzie robili to bez powodu, nawet ci, którzy nie zdążyli niczego stracić. Nikt dokładnie nie wiedział dlaczego, ale wszyscy byli pewni, że Oni mieli z tym coś wspólnego, zostawiali za sobą jakiś taki lepki, gęsty smutek i poczucie beznadziei. Mówili, że wprowadzają nowy ład i pokój. Mój ojciec zawsze powtarzał, że nigdy tylu ludzi nie zginęło, jak w walkach o pokój i coś w tym musiało być. Było więc strasznie dookoła od tego całego pokoju. Psychologowie i duchowni załamywali ręce, a wszyscy razem traciliśmy nadzieję. Od tego wszystkiego trzeba było jakoś uciec, najlepiej gdzieś do lasu. Co jak co, ale lasom i naturze oni nie przeszkadzali i ich eko – paranoja była jedynym plusem całej tej sytuacji. Co innego gdy przyłapali w zimie na wycince drewna na opał. Brr, nie chce mi się nawet o tym myśleć. Natura była za to niewzruszona, jej nic nie obchodziło, więc uciekaliśmy tam jak najczęściej, a lato było naszą ulubioną porą roku.

 

– Powoli świta – powiedział Migdał.

– Chodźmy, przejdziemy się jeszcze po lesie. – Poprosiłam z nadzieją, bo chciałam przedłużyć trochę te miłe chwile. – Mamy jeszcze całe trzy godziny. – Dodałam.

– Rozumiem, że dziś nie śpimy?

– Żartujesz? – Zamilkł. To jasne, że nie idziemy do spania, tylko korzystamy, ile fabryka da i że lepiej być nieprzytomnym w pracy, niż zmarnować jakąkolwiek kolorową sekundę w tej szarudze.

Las powoli się budził, a na popielatym niebie nad nami uwijały się ostatnie nietoperze. Pachniało sosnowym igliwiem, mchem i grzybami.

– Patrz, Ema, borówki! – Rzuciliśmy się na kolana i zaczęliśmy wcinać jak małpy kit, bo ostatni posiłek jedliśmy chyba przedwczoraj. Śmialiśmy się przy tym jak szaleni, bo Migdał miał już fioletowe usta, a ja upaskudziłam całe ubranie i już myśleliśmy o tym, w czym się wytarzać, żeby nie oskarżono nas za chwilę o kradzież darów lasu.

 

Nagle cisza zgęstniała, a mi zjeżyły się włoski na rękach. I już wiedziałam, kilka sekund przed tym, zanim ta myśl uformowała się w słowa.

– Oni! – szepnęłam. Odwróciliśmy się jak oparzeni, a za nami stała jak posąg jedna z Nich w obcisłym leśnym ubraniu, uczesana w sztywny kok. Odruchowo zaczęłam czołgać się tyłem, ale Migdał tylko zacisnął rękę na moim ramieniu i pomógł mi wstać. Czekała spokojnie, bez cienia wątpliwości, że nie zaczniemy nagle uciekać. Bo i nie było dokąd – byli wszędzie i umieli wyrastać spod ziemi, a my byliśmy mali i nie mogliśmy nic. Gdy skończyliśmy się otrzepywać, eleganckim gestem wskazała nam ścieżkę przed sobą. Szliśmy nią jak na ścięcie, walczyłam ze łzami, a z tyłu za mną słyszałam ciężki oddech Migdała. Jej nie słyszeliśmy, ale wiedzieliśmy, że stąpa lekko za nami i że lepiej się nie odwracać. Po chwili drogi zobaczyliśmy ich wóz i znowu za Jej eleganckim gestem wiedzieliśmy, że musimy wsiąść do środka i wiedzieliśmy też, że mamy straszne kłopoty. W pachnącym elegancją samochodzie, gdy tylko zamknęły się drzwi, poczułam, że nie mogę oddychać. Na moich piersiach usiadł jakiś taki wielki strach, którego nie przebiłaby żadna nadzieja i pomyślałam sobie, że tak muszą się czuć ludzie, którzy się topią. Walcząc z chęcią wrzasku i otworzenia drzwi siedziałam spokojnie i przeżywałam sekundę po sekundzie, a po moich plecach kapał zimny pot. Chciałam złapać Migdała za rękę, ale bałam się ruszyć. Zwyczajnie zapomniałam, jak się oddycha, a jazda dłużyła się jak szalona. Gdy myślałam, że już nie wytrzymam, nagle wszystko ustało. Samochód zatrzymał się pod Murem, a ja wiedziałam, że za nim nie czeka nas już nic, więc osunęłam się głębiej w fotel samochodu.

Wielka Brama otworzyła się powoli i bezdźwięcznie. Przed nami ukazał się gigantyczny betonowy plac, którego nikt z wioski nie widział, a przynajmniej nie miał nigdy okazji o tym opowiedzieć. Co takiego zrobiliśmy, że zabrali nas aż tutaj? Przecież to były tylko borówki, nie byliśmy na żadnym zakazanym terenie, nie złamaliśmy żadnych przepisów (oprócz tych pieprzonych borówek), ale za podkradanie owoców z lasu ludziom obcinali racje żywieniowe, a nie wywozili ich za Mur… Odważyłam się ukradkiem spojrzeć na Migdała, którego twarz nie wyrażała absolutnie nic. Pomyślałam, że może to i dobra strategia, siedzieć cicho i spokojnie, zamiast miotać się w przerażeniu jak ryba na haczyku. Tak, odrobina godności w tej sytuacji na pewno mi pomoże. I wtedy dostałam czkawki.

Samochód zatrzymał się delikatnie, a drzwi otworzyła nam wysoka postać, której twarzy nie widziałam zza przyciemnionych szyb. Wysiedliśmy z dwóch stron samochodu i zamarłam. To nie byli ludzie. Ci, którzy otworzyli nam drzwi to były stwory, o jakich nigdy nie słyszałam. Przez chwilę gapiłam się na tego po mojej stronie samochodu z mieszaniną przerażenia i odrazy. Stwory nie miały twarzy i wyglądały dokładnie tak jak te drewniane lalki, których moja siostra używała w czasie lekcji rysunku, tylko że były dwumetrowe. Ten mój nie miał oczu, ale przysięgam, patrzył się prosto na mnie. Bez ceregieli wzięli nas pod ramiona z ogromną siłą i pociągnęli za sobą do białego, symetrycznego budynku, gdzie, jak myślałam, nie czekało nas już nic. Ona dreptała za nami elegancko z twarzą pozbawioną wyrazu.

 

Zawsze wyobrażałam sobie siebie w ostatnich sekundach jako spełnioną starowinkę, otoczoną gromadką wnuków i prawnuków i przekazującą im łamiącym się głosem ważne prawdy życiowe. Potem umarłabym spokojnie, a moje prochy rozsypane byłyby nad mazurskimi jeziorami na tle zachodzącego słońca. Dorobek mojego życia zmieniłby bieg historii, a wszyscy mówiliby: "och, jakie miała piękne życie i piękną śmierć", albo" "każdy chciałby odejść z godnością, tak jak Ema". Nie planowałam gwałtownej, anonimowej śmierci w męczarniach, a jak na razie wszystko wskazywało na to, że moje cenne życie właśnie tak się skończy. Godność? Duma? Cóż, powiedziałabym chętnie, że szłam tam z podniesioną głową, ale nie wypada zmyślać. Dostałam histerii. Zaczęłam płakać, krzyczeć i panikować, a niewzruszone stwory ciągnęły mnie po rozgrzanym asfalcie, nie reagując zupełnie na moje kopniaki i szarpaninę. W połowie placu zrezygnowałam i opadłam jak szmaciana zabawka, a moje kolana bez litości tarły o podłoże. Migdał szedł spokojnie, równym krokiem, wpatrując się w asfalt. Długie włosy zasłaniały zupełnie jego twarz, w której spodziewałam się dostrzec jakieś oznaki nadziei.

– Migdał, cholera! – krzyknęłam przez łzy.

– Cicho, Ema – odpowiedział po prostu, a ja dostrzegłam łzę na jego policzku. Mówił mi kiedyś, że nigdy nie płacze.

Drzwi białego budynku otworzyły się, stwory pchnęły nas do środka, a same zostały na zewnątrz. W środku wyglądało jak w poczekalni do lekarza. Śnieżnobiały wystrój z rzędem czarnych, eleganckich foteli pod ścianą. I cisza, przerywana przez leciutkie skrzypienie szarego krzesła na końcu rzędu, które się… kiwało.

– Widzisz to? – zapytałam.

– Tak jest. Ema, jak się czujesz?

– Wiesz co, ja myślę, że tu nie chodzi o borówki.

– Też mi się tak wydaje – mruknął, a mnie zdawało się przez chwilę, że na jego twarzy pojawił się błysk zrozumienia. Złapał mnie za ramiona i delikatnie pchnął na fotel, a sam usiadł obok i zaczął głaskać mnie po głowie.

Zmęczenie po nieprzespanej nocy, przerażenie i szok wywołany stworami bez twarzy i tym ruszającym się upiornie krzesłem dał o sobie znać. Musiałam przysnąć na chwilę, bo skrzypnięcie otwieranych drzwi (czy one były tu przed chwilą?!) poderwał mnie gwałtownie. Pojawiła się w nich para – kobieta i mężczyzna – perfekcyjna do granic możliwości, nawet jak na Nich. Stanęli przed nami i Ona oświadczyła aksamitnym głosem:

– Pani Emilia Nowak i Pan Michał Wójcik proszeni są na przesłuchanie w sprawie wywiadu rodzinnego przesłuchiwanego pana Wójcika oraz konotacji i udziału w tejże sprawie pani Nowak. Prosimy za nami. Prosimy o nie odzywanie się bez wyraźnego pozwolenia, w wypadku niesubordynacji państwa rodziny zostaną ukarane przez ograniczenie racji żywnościowych w trybie natychmiastowym.

Nie wytrzymałam.

– Halo, proszę pani, to tylko borówki, my nic nie wiemy, byliśmy głodni, chcieliśmy zjeść cokolwiek! – zawyłam. – Przecież nasze rodziny są sprawdzane co tydzień, dobrze wiecie, że jesteśmy czyści, nie karajcie ich za te pieprzone borówki!

– Ema, cicho, błagam – szepnął Migdał.

– Pani Nowak, pani rodzina zostaje pozbawiona dostawy na najbliższy tydzień. To pierwsze ostrzeżenie – powiedział On spokojnym głosem. Opuściłam smętnie głowę.

Delikatnym gestem kazali nam iść za sobą korytarzem, a po drodze minęliśmy krzesło, które niestrudzenie kiwało się delikatnie w przód i w tył, jakby niewidzialna ręka bawiła się oparciem. Tak jak się spodziewałam, na fotelu obok nie siedział nikt, kto byłby chociaż trochę widzialny. Na plecach poczułam nieprzyjemny dreszcz.

Wprowadzili nas do dużej sali, w której wzdłuż ścian stały na baczność te same stwory bez twarzy, brzydkie, straszne i groteskowe zarazem. Było ich ze dwudziestu z każdej strony, a ich łyse głowy obracały się za nami, gdy przechodziliśmy przez pokój. Posadzili nas na dwóch prostych, brązowych krzesłach, a sami usiedli przed nami za biurkiem ustawionym naprzeciwko drzwi.

– Panie Wójcik. – Zaczął mężczyzna – Czy rozumie pan, dlaczego go tu zaprosiliśmy? – Zobaczyłam kątem oka, jak Migdał spuszcza głowę. Wytrzeszczyłam oczy, gapiąc się to na niego, to na Nich. Walczyłam z wrodzoną chęcią natychmiastowego zdobycia informacji, za argument mając jedynie wygłodzone gęby mojego młodszego rodzeństwa. Co się dzieje, dlaczego on nie zaprzecza?

– W ostatnim czasie zauważyliśmy w pana otoczeniu szereg niepokojących zjawisk. Prowadziliśmy z tego tytułu śledztwo wokół pańskich korzeni i wie pan co? Okazuje się, że nie ma pan żadnych korzeni. Nie jest pan spokrewniony z żadną rodziną na Warmii i Mazurach, co więcej, nie jest pan spokrewniony z żadną rodziną w Polsce. Chcą państwo usłyszeć, do jakiego wniosku doszliśmy w następnej kolejności? – Powoli pokręciłam głową, widząc, jak Migdał twardo wpatruje się w podłogę.

– Pańskie ziemskie pochodzenie, panie Wójcik, stoi obecnie pod dużym znakiem zapytania. Pani Nowak zostaje zatrzymana, jako osoba ewidentnie bliska pańskiemu sercu, która być może pomoże nam jako argument w pewnych dyskusjach z panem.

Rewelacje, wypowiedziane przed chwilą dotarły do mnie z pewnym opóźnieniem. Gdy zrozumiałam sens tych słów, podskoczyłam gwałtownie na krześle i zanim zdążyłam się zorientować, pięć par drewnianych rąk z żelazną siłą unieruchomiły mnie z powrotem w krześle. Wciąż jednak się nie odzywałam, wodząc przerażonym wzrokiem dookoła i zastanawiając się jak oszalała, co Oni znowu nawymyślali o moim Migdale, dlaczego on się nie broni, co ja mam z tym wszystkim wspólnego i jakim cudem jeszcze kilka godzin temu było tak bajecznie i spokojnie, a teraz przypadkowo znalazłam się w jakimś zupełnie absurdalnym położeniu.

– Pańskie zachowanie stanowi dla nas potwierdzenie, że wie pan, o czym mówimy. Na pewno zauważył pan dziwne zjawiska, dziejące się wokół pana w sytuacjach szczególnego wzburzenia, jakieś dziwne odczucia, czy zjawisko…telekinezy? – W oku przesłuchującego dało się zauważyć chytry błysk, a mi przyszło na myśl krzesło, bujające się samodzielnie w holu za drzwiami.

– Panie Wójcik, mamy podstawy twierdzić, że reprezentuje pan pozaziemskie pochodzenie. Musimy Pana zatrzymać w naszym biurze, żeby sprawdzić, czy nie jest pan zagrożeniem dla pokojowego społeczeństwa Polski i naszej bezkrwawej armii. Dodatkowo musimy zbadać pańskie niezwykłe umiejętności, oczywiście w sposób całkowicie bezbolesny i bezpieczny dla pana i pańskiej towarzyszki – powiedziała Ona spokojnym głosem, uśmiechając się do nas ślicznie na koniec.

– Nie wydaje mi się – powiedział Migdał, nagle podnosząc głowę. Oczy mu błyszczały. – Nie zgadzam się na bycie waszym królikiem doświadczalnym. Ona też nie. – Wskazał mnie brodą.

– Nooo… Migdał, ja nie wiem… nie wiem, czy mamy coś do gadania w tej sprawie – wyszeptałam widząc, że nagle za naszymi plecami zrobiło się gęsto od drewnianych manekinów bez twarzy.

– Pani Nowak niestety ma rację. Prosimy o dobrowolne skierowanie się do pokoju numer czternaście, gdzie przeprowadzimy pierwszą serię próbnych badań. Prosimy o niestawianie oporu, nasi strażnicy potrafią być niedelikatni – powiedziała Ona, powoli wstając z krzesła i wygładzając zmarszczki na ołówkowej spódnicy.

Nagle zamarła, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w drzwi, za którymi coś delikatnie chrobotało. Spojrzała na drzwi, potem na swojego towarzysza, a na końcu na Migdała, który siedział spokojnie ze spuszczoną głową, którego długie włosy opadały na twarz. Zobaczyłam na jej twarzy błysk zrozumienia, a potem jej pełne usta idealne podkreślone krwistą konturówką otworzyły się w niemym wyrazie przerażenia. W tej samej sekundzie rozległ się huk i świst, a na ścianie za Nimi pojawił się rozbryzg czerwonej farby. Oni sami uklęknęli nagle za biurkiem. Zupełnie zgłupiałam. Co to znowu za farba? Pomyślałam. Co to za numery? I nagle, niczym kawałki układanki fakty w mojej głowie połączyły się w jedną całość. Zerknęłam na Migdała przerażona, a on tylko wstał i spojrzał na strażników, którzy, jak w zwolnionym tempie zaczęli się łamać w swoich sztucznych stawach i padać na ziemię z głuchym stukotem, gubiąc po drodze głowy bez twarzy i kończyny.

 

To wszystko trwało może pięć sekund. Migdał spokojnie przeszedł nad rozsypanymi ciałami stworów i podszedł do biurka, kiwając na mnie, żebym się zbliżyła. Leżeli tam Oni, martwi, z nogami od szarego krzesła z holu wbitymi w szyje na wylot. Na ścianie nie było wcale farby. Zgięłam się w pół i zwymiotowałam.

Migdał stał spokojnie i czekał, głaskając mnie po plecach i czekając, aż skończą się moje spazmy. Podał mi swoją chusteczkę, a potem mocno przytulił. Jego sosnowy zapach wywołał we mnie nową salwę płaczu.

– Ema, okazuje się, że jestem kosmitą – powiedział niepewnie.

– Nie chce mi się teraz o tym gadać – odpowiedziałam przez łzy i mocno powąchałam jego ciepłą szyję.

– Przepraszam, że tyle to trwało. Chodź, wrócimy tam i dokończymy te borówki.

I poszliśmy.

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś pomysł. Chętnie dowiedziałabym się więcej o tej tajemniczej bezkrwawej armii – ich celach, pochodzeniu, dowódcy… Ale od czegoś trzeba zacząć.

Kosmiczne pochodzenie Michała nagle wyskakuje znikąd, trochę jak deus ex machina. Czytelnicy nie przepadają za takimi rozwiązaniami. Gdybyś wcześniej jakoś zasugerowała, że chłopak jest wyjątkowy, że coś z jego rodziną jest nie tak…

Wykonanie. Koniecznie oddzielaj myślniki od reszty tekstu spacjami. Obustronnie. Do tego masz trochę błędów w zapisie dialogu. Ale jak na początki pisania – nie jest źle. :-)

Babska logika rządzi!

Zabieram się za myślniki i dialogi. Zamysł był taki, że to była niespodzianka i miało to wyskoczyć znikąd, ale fakt, że to czytelnikom ma się podobać a nie mi :D Bardzo Ci dziękuję za uwagi i konstruktywną krytykę! :)

Niespodzianka niespodzianką, ale pokaż, że ktoś tam trzyma prezent, który ma być rozpakowany pod koniec. Poudawaj, że czytelnik ma szansę, żeby odgadnąć. :-)

Babska logika rządzi!

Okej będę tak próbować na przyszłość! Dzięki :)

Miły ten obraz na początku, nastrojowy. Ale "się świeci" chyba nie jest poprawne – nie jestem tego na sto procent pewna, więc lepiej sprawdź, w każdym razie brzmi zgrzytliwie.

 Przytuliliśmy się do siebie głowami i jeszcze przez chwilę skupiliśmy się na tym, żeby cieszyć się sobą.

Trzy razy "się" to za dużo, a po sąsiedzku są jeszcze dwa. Spróbuj to zdanie przeformułować – jest mętne.

 pachnące delikatnym mułem leniwe jezioro

W życiu nie widziałam pracowitego jeziora, a muł jest delikatny tylko pod palcami. Może jezioro trochę pachniało mułem?

 Po chwili jednak trzeba było sobie przypomnieć.

Dlaczego?

Pamiętam, że ludzie narzekali i lubili się napić. Pamiętam też dużo babulek w kolorowych chustach, które tak dziwnie zawodziły w kościołach.

Ile oni mają lat? To brzmi, jakby wtedy byli zupełnymi dziećmi – ale teraz też nie dorosłymi.

 prawie nikt nie odjeżdżał, bo naprawdę kochali swoją ziemię. (…) Jacy byli głupi.

Non sequitur. Byli głupi, bo kochali tę ziemię?

 Teraz kościółków już nie ma, wszystkie są spalone.

Teraz kościółków już nie ma, wszystkie spalone.

 mogłam tylko z opowieści słyszeć

Niezręczne. Z drugiej ręki, albo mogła tylko słuchać, jak starsi opowiadali.

 Nie było dnia, żeby nie znaleźli kogoś we wsi powieszonego, albo otrutego sparoksem.

We wsi nie było dnia, żebyśmy nie znaleźli kogoś powieszonego, albo otrutego sparoksem. Albo: Nie było dnia, żeby nie znaleziono we wsi kogoś powieszonego, albo otrutego sparoksem.

 Tracili swoje domy, pieniądze, życiowe osiągnięcia

Jak stracić życiowe osiągnięcia? Te niematerialne?

 Nikogo już nic nie dziwiło. Choroby, żal, poczucie beznadziei i strach.

Łopatologiczne. Można to wyrzucić.

 Tyle po nich zostało, oprócz zgliszczy po spalonych za karę domach, kościołach i całym naszym polskim dziedzictwem, które podobno było wyjątkowe.

Związek zgody (powinno być "po całym naszym dziedzictwie")!

 Wszyscy chodziliśmy jak duchy, czasem tylko udawało się gdzieś uciec i przez chwilę udawać, że wszystko jest dobrze.

Dokądś uciec. Jak duchy – czyli jak? Rozumiem, o co chodzi, ale dobrze by było to rozwinąć.

 przywieźli ze sobą mnóstwo tajemnic, więc czasami zastanawialiśmy się z Migdałem, czy przypadkiem nie są kosmitami.

Non sequitur. Ludzie też mogą znać tajemnice. I skąd je przywieźli? Czy miejscowi mają podstawy, żeby myśleć, że to Homo sapiens?

 Mieli piękne, straszne twarze pozbawione emocji i perfekcyjne fryzury.

Trochę śmieszne te fryzury. Po uwadze o wszach mniej śmieszne, ale jednak.

 nigdy tylu ludzi nie zginęło, jak w walkach o pokój

(…) w żadnej wojnie nie zginęło tylu ludzi, co w walce o pokój.

 Było więc strasznie dookoła od tego całego pokoju.

Co to znaczy? To jakiś nowy kolokwializm? (poczułam się stara :( ) Trochę zaburza rytm (było tak smętnie, a tu żarcik, co prawda wisielczy).

 Co jak co, ale lasom i naturze oni nie przeszkadzali i ich eko – paranoja była jedynym plusem całej tej sytuacji.

Eko-paranoja (to jakoś nie brzmi) nie była plusem – szczęściem w nieszczęściu były jej skutki. Napisałabym to tak: Lasy, i naturę w ogóle, zostawili w spokoju, a chociaż nie przepuszczali nikomu, kto ten spokój zakłócał, mieliśmy się przynajmniej gdzie schować.

 Poprosiłam z nadzieją, bo chciałam przedłużyć trochę te miłe chwile.

To jasne, że chciała jeszcze posiedzieć – nie tłumacz wszystkiego jak krowie na rowie.

 – Żartujesz? – Zamilkł. To jasne, że nie idziemy do spania, tylko korzystamy, ile fabryka da i że lepiej być nieprzytomnym w pracy, niż zmarnować jakąkolwiek kolorową sekundę w tej szarudze.

Nie zamilkł, bo nie mówił, tylko zmilczał. "Jakąkolwiek" jest trochę nie teges – ja dałabym "choć jedną" albo coś w tym rodzaju. Nie idziemy spać.

 a w popielatym niebie nad nami uwijały się ostatnie nietoperze.

Na niebie (w niebie są anioły, wszelka fruwająca żywina jest widoczna na niebie). I nie uwijały się (jak mysz w spiżarce), a raczej przemykały (na nocleg).

 ostatni posiłek jedliśmy chyba przedwczoraj (…) żeby nie oskarżono nas za chwilę o kradzież darów lasu.

Zaraz, czyli ci mniemani kosmici ciągle tu są i uskuteczniają antyutopię? Bo wcześniej tekst sugeruje, że już się wynieśli.

 a mi zjeżyły się włoski na rękach.

Mnie zjeżyły się włoski.

 Odwróciliśmy się jak oparzeni.

?

 w obcisłym leśnym ubraniu

Wiem, o co chodzi, ale brzmi to komicznie, jakby była ubrana w mchy i liście.

 zaczęłam czołgać się tyłem

Czyli jak?

 Szliśmy nią jak na ścięcie

To niepotrzebne – jasne, że nie są w najlepszych nastrojach. Zaufaj swoim słowom i nie tkaj setki tak, gdzie wystarczy pięćdziesiąt.

 za Jej eleganckim gestem wiedzieliśmy

To nie po polsku.

 W pachnącym elegancją samochodzie, gdy tylko zamknęły się drzwi, poczułam, że nie mogę oddychać. Na moich piersiach usiadł jakiś taki wielki strach, którego nie przebiłaby żadna nadzieja i pomyślałam sobie, że tak muszą się czuć ludzie, którzy się topią.

To jest niezłe, tylko primo – jak ona czuje zapach, skoro nie oddycha? I secundo – jeśli strach usiadł, to go personifikujesz, więc metafora z przebijaniem jest niespójna. Może nadzieja mogłaby go zepchnąć, zrzucić, przepędzić?

 Walcząc z chęcią wrzasku i otworzenia drzwi siedziałam spokojnie i przeżywałam sekundę po sekundzie, a po moich plecach kapał zimny pot.

Może lepiej tak: Zamiast krzyczeć i szarpać drzwi, zamiast wrzeszczeć siedziałam wyprostowana, grube krople potu staczały mi się po plecach i byłam świadoma każdej sekundy.

 Zwyczajnie zapomniałam, jak się oddycha, a jazda dłużyła się jak szalona. Gdy myślałam, że już nie wytrzymam, nagle wszystko ustało.

Schodzisz z tonu: Zapomniałam, jak się oddycha. Jechaliśmy długo, całe życie, aż pomyślałam, że to już, że za chwilę pęknę – ale nagle samochód się zatrzymał.

 wiedziałam, że za nim nie czeka nas już nic, więc osunęłam się głębiej w fotel samochodu.

Jak to "nic"? Coś tam musi być? I "osunęłam się głębiej w fotel" sugeruje grubą, miękką tapicerkę, a nie futurystyczne siedzenia a'la Pendolino.

 Pomyślałam, że może to i dobra strategia, siedzieć cicho i spokojnie, zamiast miotać się w przerażeniu jak ryba na haczyku.

Przecież ona też tak siedziała?

 I wtedy dostałam czkawki.

Zgrzyt. Samo "Dostałam czkawki." mogłoby być, ale tylko, jeśli miałoby chwilę potrwać (gdyby się denerwowała ta czkawką, idąc między obce budynki).

 Samochód zatrzymał się delikatnie

Płynnie.

 Ci, którzy otworzyli nam drzwi to były stwory, o jakich nigdy nie słyszałam.

Istoty, które otworzyły nam drzwi, nie przypominały niczego, co bym znała.

 Przez chwilę gapiłam się na tego po mojej stronie samochodu z mieszaniną przerażenia i odrazy.

Nie tłumacz tego, pokaż, że są okropni.

 lalki, których moja siostra używała w czasie lekcji rysunku

Oni na to pozwalają?

 patrzył się prosto na mnie

Patrzył prosto na mnie.

 Bez ceregieli wzięli nas pod ramiona z ogromną siłą i pociągnęli za sobą do białego, symetrycznego budynku, gdzie, jak myślałam, nie czekało nas już nic.

Bez ceregieli chwycili nas pod ramiona, podnieśli z ziemi i zabrali do białego budynku o symetrycznych kształtach portalu w nicość.

 przekazującą im łamiącym się głosem

Dwa imiesłowy obok siebie nie brzmią dobrze.

 moje prochy rozsypane byłyby

Zostałyby rozsypane.

 Nie planowałam gwałtownej, anonimowej śmierci w męczarniach

Kto planuje?

 Cóż, powiedziałabym chętnie, że szłam tam z podniesioną głową, ale nie wypada zmyślać.

Może tak: Chciałabym powiedzieć, że weszłam tam z podniesioną głową, ale nie wypada mi zmyślać.

 Zaczęłam płakać, krzyczeć i panikować, a niewzruszone stwory ciągnęły mnie po rozgrzanym asfalcie, nie reagując zupełnie na moje kopniaki i szarpaninę. W połowie placu zrezygnowałam i opadłam jak szmaciana zabawka, a moje kolana bez litości tarły o podłoże.

Bez litości dla kogo? Moja wersja: Wrzeszczałam, płakałam, szarpałam się w rękach tych stworów, kopałam twarde łydki i zapierałam się nogami o asfalt. Nic z tego. Równie dobrze mogłabym się poddać. W końcu zwisłam im z ramion jak szmata, i jak szmatę powlekli mnie dalej.

 twarz, w której spodziewałam się dostrzec jakieś oznaki nadziei.

Dlaczego? Dlaczego on miałby mieć nadzieję na ratunek?

 Śnieżnobiały wystrój z rzędem czarnych, eleganckich foteli pod ścianą. I cisza, przerywana przez leciutkie skrzypienie szarego krzesła na końcu rzędu, które się… kiwało.

"Wystrój" sugeruje coś więcej, niż gołe ściany. Krzesło samo się kiwa? Czemu tego bliżej nie opiszesz?

 Ema, jak się czujesz?

Dziwne pytanie w tej sytuacji.

 Złapał mnie za ramiona i delikatnie pchnął na fotel, a sam usiadł obok i zaczął głaskać mnie po głowie.

Pchnął mnie lekko na fotel, usiadł obok i zaczął mnie głaskać po głowie.

 Zmęczenie po nieprzespanej nocy, przerażenie i szok wywołany stworami bez twarzy i tym ruszającym się upiornie krzesłem dał o sobie znać.

To nie po polsku i zbyt skrótowo. Nie miałaś nigdy takiego nagłego spadku adrenaliny? Robi się wtedy człowiekowi strasznie zimno, ale uwaga się rozprasza i przysypiasz – opisz to.

 skrzypnięcie otwieranych drzwi (czy one były tu przed chwilą?!) poderwał

Skrzypnięcie poderwało. Czy one tu były przed chwilą?

 Pani Emilia Nowak i Pan Michał Wójcik proszeni są na przesłuchanie w sprawie wywiadu rodzinnego przesłuchiwanego pana Wójcika oraz konotacji i udziału w tejże sprawie pani Nowak.

"Pan" dużą literą pisze się w korespondencji, nie w dialogu. "Konotacje" to pojęcie z dziedziny semantyki (https://sjp.pwn.pl/sjp/konotacja;2473297.html) – co ono tu robi?

 nie karajcie ich

Nie karzcie ich.

 Delikatnym gestem kazali nam iść za sobą korytarzem

Nieznacznym, i nie mogą oboje wykonać tego samego gestu.

 krzesło, które niestrudzenie kiwało się delikatnie w przód i w tył, jakby niewidzialna ręka bawiła się oparciem. Tak jak się spodziewałam, na fotelu obok nie siedział nikt, kto byłby chociaż trochę widzialny.

Drugie zdanie powtarza informację z pierwszego i jest zbędne. Dlaczego ono się kiwa "delikatnie" i "niestrudzenie"? Nie mogłoby się kiwać, powiedzmy, rytmicznie? Miarowo?

 te same stwory bez twarzy, brzydkie, straszne i groteskowe zarazem. Było ich ze dwudziestu z każdej strony,

Nie musisz nam tłumaczyć, że były brzydkie, bo już to wiemy. I jeśli stwory, to było ich ze dwadzieścia (rodzaj niemęskoosobowy).

 Posadzili nas na dwóch prostych, brązowych krzesłach, a sami usiedli przed nami za biurkiem ustawionym naprzeciwko drzwi.

Posadzili nas na prostych krzesłach, odgrodzonych od drzwi biurkiem, za którym siedli sami.

 Walczyłam z wrodzoną chęcią natychmiastowego zdobycia informacji,

Nienaturalne. Kto tak mówi (myśli)?

 Prowadziliśmy z tego tytułu śledztwo wokół pańskich korzeni i wie pan co?

Co mają co tego jego korzenie? I wie pan, co? jest trochę zbyt kolokwialne – kupiłabym to, gdyby to był ziemski esbek, ale kosmiczny? Hmm.

 Rewelacje, wypowiedziane przed chwilą dotarły do mnie z pewnym opóźnieniem. Gdy zrozumiałam sens tych słów, podskoczyłam gwałtownie na krześle i zanim zdążyłam się zorientować, pięć par drewnianych rąk z żelazną siłą unieruchomiły mnie z powrotem w krześle.

Skróć: Chwilę potrwało, zanim sens jego słów do mnie dotarł – ale wtedy aż podskoczyłam, a pięć par drewnianych rąk natychmiast wtłoczyło mnie z powrotem w krzesło.

 Wciąż jednak się nie odzywałam, wodząc przerażonym wzrokiem dookoła i zastanawiając się jak oszalała, co Oni znowu nawymyślali o moim Migdale, dlaczego on się nie broni, co ja mam z tym wszystkim wspólnego i jakim cudem jeszcze kilka godzin temu było tak bajecznie i spokojnie, a teraz przypadkowo znalazłam się w jakimś zupełnie absurdalnym położeniu.

To możesz zupełnie wyrzucić – nie ma potrzeby streszczać tego, co było dotychczas, tekst jest krótki.

 W oku przesłuchującego dało się zauważyć chytry błysk, a mi przyszło na myśl krzesło, bujające się samodzielnie w holu za drzwiami.

Może tak: W oku śledczego zamigotało światełko, a ja natychmiast pomyślałam o tym bujającym się krześle za drzwiami.

 Panie Wójcik, mamy podstawy twierdzić, że reprezentuje pan pozaziemskie pochodzenie.

Nie można "reprezentować" pochodzenia – można pochodzić spoza Ziemi.

 Dodatkowo musimy zbadać

Poza tym musimy zbadać.

 powiedziała (…) uśmiechając się

Imiesłów oznacza, że czynności były równoczesne, a ona najpierw powiedziała, a potem się uśmiechnęła.

 widząc, że nagle za naszymi plecami

Ona nie widzi, co ma za plecami – chyba, że tam jest lustro.

 wygładzając zmarszczki na ołówkowej spódnicy

Kalka z angielskiego "pencil skirt", po polsku trochę niezręczna, choć coraz powszechniejsza – ja napisałabym "spódnica od garsonki", albo "dopasowana".

 który siedział spokojnie ze spuszczoną głową, którego długie włosy opadały

Niepotrzebnie powtarzasz "który" – mogłoby być np.: siedzącego spokojnie ze spuszczoną głową, z twarzą zasłoniętą długimi włosami.

 Zobaczyłam na jej twarzy błysk zrozumienia, a potem jej pełne usta idealne podkreślone krwistą konturówką otworzyły się w niemym wyrazie przerażenia.

Tak nagle ją opisujesz – nie mogłaś tego zrobić wcześniej? I "pełne usta" nie bardzo pasują do bezkrwistych Onych. Ponadto – powtarza się dźwięk (-enia), a opis jest mało obrazowy. Może lepiej by było, gdyby zrobiła wielkie oczy?

 niczym kawałki układanki fakty w mojej głowie połączyły się w jedną całość

Wyświechtana metafora.

 którzy, jak w zwolnionym tempie zaczęli się łamać w swoich sztucznych stawach i padać na ziemię z głuchym stukotem, gubiąc po drodze głowy bez twarzy i kończyny.

W czyich stawach mieliby się połamać? Może tak: którzy przeraźliwie wolno pękali w drzazgi, spływające na beton. Głowy bez twarzy potoczyły się w kąt.

 podszedł do biurka, kiwając na mnie, żebym się zbliżyła.

Podszedł do biurka, przywołując mnie gestem.

 wbitymi w szyje na wylot.

Przebijającymi szyje na wylot, albo z szyjami przebitymi na wylot.

 głaskając mnie po plecach

Głaszcząc.

 skończą się moje spazmy

Niby poprawne, ale jakieś takieś… nie wiem.

 Jego sosnowy zapach wywołał we mnie nową salwę płaczu.

Atak płaczu. "Salwa" jest z dział, płacz jej nie przypomina, więc to nie byłaby spójna metafora.

 Ema, okazuje się, że jestem kosmitą – powiedział niepewnie.

On o tym nie wiedział? I tak ot, bez ćwiczeń, rozwalił tamtych dwoje?

Nie chce mi się teraz o tym gadać – odpowiedziałam przez łzy i mocno powąchałam jego ciepłą szyję.

Skoro już, to tu mogłabyś napisać, jak facet pachnie.

 – Przepraszam, że tyle to trwało. Chodź, wrócimy tam i dokończymy te borówki.

… tak po prostu? Całe życie przewróciło się do góry nogami, a oni tak po prostu – na borówki? W realnym świecie – może, ale w prozie nie. To powinien być początek czegoś.

Zgadzam się z Finklą – nie jest najgorzej, ale może być dużo lepiej. No, i "prezent" bardzo by się przydał. Sam zainteresowany niekoniecznie musi wiedzieć, kim jest (albo może się domyślać, ale tego nie przyjmować do wiadomości) – ale przydałyby się jakieś wskazówki, coś, co miałby z tamtymi wspólnego.

Trzymaj się i pisz bez pośpiechu. Masz czas.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Tarnina, dzięki za uwagi. Wszystkich rzeczy nie poprawię bo bym musiała wywalić chyba każde zdanie z opowiadania, a jednak je lubię bo to moje pierwsze :) Przede wszystkim racja z tymi nietoperzami i niebem, nie wiem, to chyba literówka :) Sprawdzałam dużo razy, ale i tak się przed takimi głupotami nie uchroniłam. Nie rozumiem za to, dlaczego metafory z leniwym, pachnacym jeziorem sa zle. Co do końcówki – tak, tak po prostu, na borówki, powcinać sobie po tym okropnym dniu, bo oboje to lubią :)

Ale jeszcze raz dzieki ze chcialo Ci sie tyle sprawdzac :)

Eej, nie jestem wyrocznią – pamiętaj o tym i szukaj innych opinii :)

Sprawdzałam dużo razy, ale i tak się przed takimi głupotami nie uchroniłam.

Zdarza się każdemu – tu pomaga betowanie.

dlaczego metafory z leniwym, pachnacym jeziorem sa zle

Rozbierzmy je na czynniki pierwsze:

 

pachnące delikatnym mułem leniwe jezioro

 

“jezioro” jest u Ciebie pachnące – to nie metafora, jezioro może dosłownie pachnieć i “leniwe” – to jest metafora, ponieważ jeziora pracowite nie bywają. Przypuszczam, że chodzi tu o spokój i bezruch – czasami mówi się o leniwie się toczących falach, co oznacza powolne, spokojne płynięcie. Ale jezioro nie płynie. Z definicji tkwi w jednym miejscu. Mogłabyś opisać lustro wody, w którym się odbija to śliczne niebo – wtedy byśmy wiedzieli, że nie ma fal.

 

Drugie piętro: jezioro pachnie “delikatnym mułem”. Podejrzewam, że miałaś na myśli nieznaczny, ledwo wyczuwalny zapach mułu, ale to trzeba dopiero rozszyfrować. Jest niezręczne. Ponadto – “delikatny” konotuje raczej miękkość, jedwabistość, kruchość – niż bycie słabo zaznaczonym.

tak po prostu, na borówki, powcinać sobie po tym okropnym dniu, bo oboje to lubią

Dobrze, lubią, ale kontrast jest chyba jednak troszkę za duży.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Jest tu pomysł, całkiem ciekawie przedstawiony. Nie mam problemu z nagłym wyjawieniem, że Michał nie jest z Ziemi – choć delikatna zapowiedź by się przydała, to jednak główną bohaterką jest Emilia. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.

Bardziej męczyli mnie Oni – mało informacji zrodziło we mnie wiele pytań, których nie potrafiłem sobie zasypać. Bo jak można nie widzieć, skąd przybyli? Albo to kosmici, albo armia ziemska – reszta może być niewiadomą, ale ten fakt akurat jest łatwy do ustalenia. Chyba że to już kolejna generacja zniewolonych ludzi, ale wtedy narosłoby więcej legend i opowieści o Nich.

Zakończenie jest takie… Nijakie. Michał rozwala kosmitów, a Emilia traktuje to jak zeszłoroczny śnieg. Brak jakiejkolwiek reakcji. Ogólnie nie potrafiłem wyczuć bohaterki. Za mało reakcji związanych ze strachem, za mało szoku na ujawnienie informacji. Miałem wrażenie, że jest jej obojętne, co się dzieje.

Na koniec parę ciekawych linków ze strony, aby przyszłe utwory były jeszcze lepsze :)

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za wszystkie opinie, przydadzą się na przyszłość :D Jeśli chodzi o pochodzenie Migdała to mniej więcej o to mi chodziło – Ema jest bohaterką i ona opowiada historię, skoro ona się nie domyślała to czytelnik też nie :)

Przyszedł mi do głowy taki epizodzik – dziewczyna się potyka, ale jakimś cudem nie przewraca. Jakby ktoś ją przytrzymał. No, ale przecież to nie mógł być Migdał, bo on stał dwa metry dalej. A nikogo innego nie było… IMO, to by delikatnie zasugerowało, że coś może być na rzeczy.

Babska logika rządzi!

Tarnina jakoś zrobiła już mielonkę (swoją drogą bardzo ciekawe uwagi), przejrzałem, ale nie daję gwarancji, czy czegoś nie powtarzam:

Przez to udawało nam się wyrzucić z głowy wszystkie straszne rzeczy, przez chwilę nie było z nami trosk, było tylko to spokojne, wielkie, migotliwe niebo i pachnące delikatnym mułem leniwe jezioro.

Po chwili jednak trzeba było sobie przypomnieć.

– Pamiętasz jak to było, jak byliśmy bardzo mali?

Oj – za dużo, było-niebyło, “było”.

Przyszli Oni, zniszczyli i odeszli niszczyć dalej. Nikogo nie zabili, a nas przecież wciąż ubywało. Nie było dnia, żeby nie znaleźli kogoś we wsi powieszonego, albo otrutego sparoksem. Tracili swoje domy, pieniądze, życiowe osiągnięcia i bliskich, niesionych straszliwą falą seryjnych samobójstw.

Chaos z podmiotami. Najpierw Oni przyszyli, zniszczyli i odeszli, choć nikogo nie zabili, ale potem – tak wynika z tego fragmentu – także Oni nie znaleźli i tracili (a przecież nie o to Ci chodziło). Dodatkowo w trakcie lektury okazuje się, wcale nie odeszli. Jestem strasznie zgubiony.

Krew ciągnęła się za nimi zawsze.

Krew nie za bardzo może się ciągnąć, bo jest zwykle płynem. Może ślady krwi?

 

O ile ten fragment nad jeziorem i dialog to mi się nawet podobał, taki uroczo uroczy, to potem deskryptoza – czyli wprost opowiedzenie, jak wygląda świat – zrobiła się straszna. Takie fragmenty nigdy nie służą opowiadaniu (powinien powstać jakiś podręcznik do ich unikania – w każdym razie ja nie lubię gdy literatura jest pisana szpadlem), a jak są napisane tak chaotycznie, to już w ogóle przykrość.

Śmialiśmy się przy tym jak szaleni, bo Migdał miał już fioletowe usta, a ja upaskudziłam całe ubranie i już myśleliśmy o tym, w czym się wytarzać, żeby nie oskarżono nas za chwilę o kradzież darów lasu.

Jak rozumiem, za kradzież groziły poważne kary. No to nie wiem, czy ja bym się śmiał i jednocześnie myślał o konsekwencjach. To są dwie przeciwstawne emocje – pewnie można je przeżywać jednocześnie, ale to trzeba napisać bardzniej niż tylko spójnikiem “i”.

– Oni! – szepnęłam.

Budzi się we mnie Wielki Przypieprzacz, ale szeptanie z wykrzyknikiem to jednak karkołomna konstrukcja.

Po chwili drogi zobaczyliśmy ich wóz i znowu za Jej eleganckim gestem wiedzieliśmy, że musimy wsiąść do środka…

Po pierwsze, co pisała Tarnina – jak sie coś wie “za gestem”? Ale po drugie i ważniejsze – przed chwilą Ona szła za nimi, a oni bali się odwrócić. No to jak zobaczyli ten gest? Wyprzedziła ich? Czy jednak się odwrócili? Przed chwilą podkreślałaś, że jest za nimi, to było znaczące, zmiana tej sytuacji wymaga wyjaśnienia.

a po moich plecach kapał zimny pot

Raczej spływał.

Samochód zatrzymał się pod Murem, a ja wiedziałam, że za nim nie czeka nas już nic

Cała reszta tekstu jest o tym “nic”, więc chyba jednak coś czeka. Może miało być “nic dobrego”?

gdzie, jak myślałam, nie czekało nas już nic

Znowu to “nic”. Tylko tutaj sytuacja jest inna – już nie “wiedziała”, tylko “myślała”. To ma więcej sensu, bo myśleć bohaterka może sobie cokolwiek, ale nie rozumiem, dlaczego tak myślała. Przecież jest tu pierwszy raz, nie ma pojęcia, co się wydarzy, nie wie, dlaczego tu jest.

a moje kolana bez litości tarły o podłoże

Tarnina o tym pisała, ale sprawa jest grubsza – litość to uczucie, po jaką cholerę personifikować kolana? Potem jest to krzesło, które kiwa się “niestrudzenie”. Trud to odczucie, krzesła zasadniczo nie czują. Parę razy pisałem pod tekstami tutaj na forum, że nadawanie cech ludzkich wszystkiemu, co się da, to dla mnie fundament grafomanii, generalnie zalecam ostrożne korzystanie, bo to jest bardzo wyrazisty i potężny środek literacki, gdy się go nadużywa, to wygląda bardzo źle.

odpowiedział po prostu, a ja dostrzegłam łzę na jego policzku

Przecież włosy zupełnie zasłaniały jego twarz. No to jak?

Pojawiła się w nich para – kobieta i mężczyzna – perfekcyjna do granic możliwości, nawet jak na Nich.

Ta perfekcyjność mnie irytuje. Perfekcyjna w czym? W rysach? W sylwetce? W gestach? W relacjach między sobą? Czy tylko we fryzurach? A może tak jak perfekcyjna jest Perfekcyjna Pani Domu? Jaki jest wzorzec perfekcji? To jest jakiś wytrych, który wygląda, jakby miał przykryć lenistwo autora. To trzeba opisać!

Było ich ze dwudziestu.

Było ich ze dwadzieścia. To są stwory, z niczego nie wynika, że są rodzaju męskiego/męskoosobowgo.

za argument mając jedynie wygłodzone gęby mojego młodszego rodzeństwa

Argument wobec czego? Tu powinno być coś w stylu “powstrzymywała mnie jedynie wizja wygłodzonych gęb”.

 

Dalej już wszystko jest u Tarniny. Dziwna sprawa, w czasie lektury mimo naprawdę potężnej liczby błędów, naiwności i skrótów myślowych, prawie do końca nawet mi się podobało. Ale to zakończenie – zrobione na szybko, powierzchownie – sprawiło, że przestałem na Twoją korzyść tłumaczyć wszystkie wątpliwości, a zacząłem podejrzewać po prostu pośpiech i lenistwo. Nie w przecinkach i literówkach, ale w konstrukcji fabuły. Duże nagromadzenie przysłówków zwykle o tym właśnie świadczy (czasem też świadczy o małym doświadczeniu autora, co z pośpiechem i lenistwem się nie wyklucza), więc na końcu zostałem raczej z poczuciem, że jeśli autor sam nie szanuje swojego dzieła na tyle, żeby je gruntownie przemyśleć, to ja sam mam kłopot z obudzeniem w sobie ciepłych uczuć (nie do autora, tylko do tekstu).

 

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Całkiem nieźle, jak na debiut.

Tekst zdrowo już Ci wiwisekcjowano, niewiele miałbym raczej do dodania. Poza tym, że jest potencjał.

No i oczywiście, aż prosi się o rozwinięcie, bo wszystkie, najbardziej interesujące mnie rzeczy (pochodzenie Migdała, charakter, cele i motywy "bezkrwawej armii", co też właściwie zrobiono ze światem, oraz co poczęli bohaterowie, gdy w końcu najedli się do woli borówek) pozostały ukryte. Czekam zatem na kontynuację.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Opowiadanie, niespecjalnie mi się spodobało – mam wrażenie, że cała rzecz została opisana szalenie powierzchownie, w dodatku przedstawione wydarzenia wydaje mi się mało przekonujące, jakbyś na siłę starała się wprowadzić coś niezwykłego, niczego przy tym nie wyjaśniając. Owszem, pojawiła się we mnie swego rodzaju ciekawość o co tu chodzi, ale, niestety, nie została zaspokojona.

Rozumiem, że to Twoje pierwsze opowiadanie, ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie chcesz poprawić wskazanych palcem usterek i niedoskonałości. Przecież Borówki tylko by na tym zyskały.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka