- Opowiadanie: Ajzan - Dziedzic hrabiego Ingram

Dziedzic hrabiego Ingram

Od czego by tu zacząć...

Pierwowzorem był zbiór miniaturek, które napisałam ładnych kilka lat temu. Ostatnio pomyślałam, czy nie warto do tego wrócić, pozmieniać coś i zobaczyć, jak wyjdzie. Ostatecznie pomysł przerodził się w zbiór opowiadań o stopniowo rozwijającej się przyjaźni między młodym dziedzicem a jego przybocznym. Poniżej pierwsze z nich.

Całość osadzona jest w świecie fantastycznym, ale ponieważ w tej  konkretnej historii fantastyka nie ma szczególnego znaczenia (poza fikcyjną chorobą i nazwą jednego kraju),  zamieszczam ją jako inne.

Mile widziane wszelkie uwagi,

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Dziedzic hrabiego Ingram

1

 

Trzaskający w kominku ogień wypełniał łazienkę ciepłym światłem, ale ponieważ wanna stała dość daleko od paleniska, młody przyboczny zapalił jeszcze świeczkę na stoliku z przyborami do mycia. Spodziewał się, że panicz Arthur coś powie, lecz on milczał, posępnie wpatrzony w białą ciecz.

 – Czy wszystko w porządku, paniczu? – zapytał zatroskany.

Arthur już od rana nie wyglądał najlepiej, lecz pytany o samopoczucie, zaprzeczał podobnemu stanowi rzeczy.

– Tak, Murdock. – Oparł głowę o ręcznik przewieszony przez brzeg wanny. – Nie rozumiem jedynie, po co to.

Choć to nie było pytanie, służący poczuł się w obowiązku rozwiać wątpliwości swego pana, więc odpowiedział:

 – Według doktora Radcliffa, kąpiel w mleku dobrze wpływa na skórę… – Urwał, kiedy spod powierzchni wynurzyła się dłoń ze szponiastymi palcami pozbawionymi paznokci. Ciemna, popękana skóra przypominała grube łuski.

Arthur nachylił się nad tą ręką. W skupieniu obserwował jak mieszanina mleka, wody oraz kilku olejków spływa z chropowatej powierzchni. Na samym końcu zostały tylko krople uwięzione w pęknięciach..

 – Mojej skórze raczej nie pomoże, choćbym nie wiem ile wziął takich kąpieli. – W tym stwierdzeniu nie było żalu i poczucia beznadziei. To było raczej pogodzenie się z faktem przez osobę, której ulgę miały przynieść wcześniej inne środki, lecz ostatecznie niewiele zdołały zdziałać.

Tym razem ogarnięty wstydem służący nie odpowiedział nic.

Panicz popatrzył na niego, jakby to on czemuś mógł zawinić.

 – Przepraszam – wyszeptał Murdock.

 – Nie bierz tego do siebie, proszę. – Arthur zanurzył dłoń. – Nie ma czego.

 – Dobrze. – Murdock odetchnął cicho. – Czy życzy sobie panicz coś jeszcze?

Mlecznobiała powierzchnia zafalowała, gdy Arthur przesunął się do przodu.

 – Czy mógłbyś? – zapytał nieśmiało, z pewnym wstydem.

 – Oczywiście.

Murdock najpierw umył swemu panu plecy, potem ramiona. Kiedy jedną dłonią delikatnie przytrzymywał chropowate przedramię, zaś drugą powoli prowadził po nim gąbkę, pod popękaną skórą poczuł nerwowy ruch mięśni.

– Proszę wytrzymać jeszcze trochę, paniczu. To nie potrwa długo.

Arthur nie odpowiedział. Aż do końca mycia miał zamknięte oczy, albo patrzył na boki. Po wszystkim zaś poprosił Murdocka, aby ten zostawił go jakiś czas samego.

– Zawołam cię, jeśli znowu będę potrzebował twojej pomocy.

– Rozumiem, paniczu. Proszę się odprężyć. – Zdaniem przybocznego, właśnie to było jego panu w tym momencie najbardziej potrzebne. Przez ostatnie kilka dni ciężko pracował, więc chwile takie, jak ta były dla niego jedyną szansą na odpoczynek.

Zdążył przygotować łóżko w sypialni oraz zaparzyć herbatę, zanim został zawołany z powrotem do łazienki. Arthur miał dosyć bezczynnego pławienia się w mleku, więc Murdock pomógł mu wyjść z wanny. Przetarł najpierw wilgotnym, potem suchym ręcznikiem skórę. Pod koniec owinął kończyny świeżymi bandażami.

 – Przygotowałem herbatę – oznajmił podczas zawiązywania paska od szlafroka. – Chce panicz wypić ją przy kominku, czy może w sypialni?

Arthur najpierw skierował wzrok na drzwi, potem na kanapę przy kominku. Zmarszczone czoło wskazywało na to, że oceniał odległość, jaką by musiałby pokonać do każdego z zaproponowanych miejsc.

 – Tu – odpowiedział krótko.

Zgodnie z życzeniem, Murdock poprowadził panicza w stronę kanapy. Upewniwszy się, że jest mu wygodnie, przeszedł do sypialni, skąd wrócił po chwili z zastawioną tacą. Z czajniczka nalał ciepłego napoju do kubka – z oczywistych względów Arthur nie lubił filiżanek – dosypał dwie łyżeczki cukru i zamieszał.

 – Proszę.

 – Dziękuję. – Panicz przyjął od Murdocka dymiący kubek.

W duchu szczęśliwy, że przysłużył się i nie zawiódł, służący podszedł do kominka, żeby dołożyć drewna. Ogień od razu przybrał na intensywności.

Wstał – jak się wkrótce przekonał – trochę za szybko. W prawej nodze przypomniał o sobie stary uraz. Zapulsował ból, dość słaby wprawdzie, jednak Murdock nie zdążył opanować grymasu, odruchowo też sięgnął dłonią w stronę uda.

Nie uszło to uwadze panicza.

 – Usiądź, Murdock. – Wolną dłonią poklepał obicie kanapy. – Ty też musisz odpocząć.

W głowie przybocznego jak na zawołanie rozbłysła myśl, właściwie wizja pełnych oburzenia dystyngowanych dam, znajomych ojca panicza, którym urągała choćby myśl o spoufalaniu się ze służbą… Ale teraz ani one, ani nikt inny nie mógł ich podejrzeć. Zasłony zostały zsunięte, zaś przez dziurkę do klucza nikt by nic nie zobaczył, a skoro panicz sobie życzył, by się do niego dosiadł, to nie mógł odmówić.

Przycupnął po drugiej stronie kanapy. Ból zniknął już, pozostawiając po sobie tylko wspomnienie – nic, czym musiał się dalej przejmować. Zerknął na Arthura. Spoczywające na podnóżku stopy panicza wyglądały tak samo jak jego ręce, z tą jedynie różnicą, że palce nie przypominały szponów, ale były za to niemal przez cały czas zaciśnięte, co istotnie utrudniało chodzenie. U innych widok skóry w takim stanie z pewnością wzbudziłby przerażenie, być może nawet i obrzydzenie. U Murdocka natomiast budził jedynie smutek. Patrząc na nie, pojmował wątpliwości panicza w obliczu kolejnego pomysłu jego ojca oraz lekarza rodzinnego, jak złagodzić – bo nawet oni przestali wierzyć w całkowite wyleczenie – efekty choroby.

Arthur uniósł kubek do ust, gdy nagle dłoń zaczęła mu niebezpiecznie drżeć. W obawie, że herbata obleje panicza, Murdock zadziałał instynktownie i przytrzymał naczynie własną ręką od spodu.

Pan i sługa patrzyli na siebie w milczeniu, skonsternowani.

 – Możesz już puścić, Murdock – powiedział w końcu panicz Arthur. – Ręka już mi nie drży.

Jak się później okazało, tylko przez chwilę. Potem było gorzej.

 

2

 

Już od najmłodszych lat kondycja panicza Arthura, jedynego syna hrabiego Ingram, budziła więcej zmartwień niż nadziei u wszystkich, którzy go znali. Ciemna, ciągle pękająca skóra kończyn nie była bowiem jedyną przypadłością dziedzica, gdyż był on również słabego zdrowia młodzieńcem.

Na początku marca zasłabł po raz kolejny. Do kiepskiego samopoczucia i niekontrolowanego drżenia dłoni bardzo szybko dołączyły kaszel, gorączka i ból głowy.

Jak na wiernego przybocznego przystało, Murdock pielęgnował przykutego do łóżka chorego. Kierowały nim nie tylko obowiązek oraz troska, lecz także poczucie winy. Nikt wprawdzie go jawnie nie oskarżył ani też z ust lekarza lub kogoś innego nie padła podobna sugestia, niemniej sądził, że przez jedno drobne przeoczenie to właśnie on doprowadził panicza, wystarczająco już wyczerpanego przez swoje obowiązki, do choroby. Jedyną pociechę w całej sytuacji stanowił fakt, iż życie Arthura nie było zagrożone.

Pewnego ranka, po śniadaniu i wizycie lekarza, pomimo męczących ataków kaszlu paniczowi udało się zasnąć. Dla niego sen nie wynikał tyle ze zmęczenia, co był raczej najłatwiejszą i najskuteczniejszą formą spędzania okresu bezczynności, kiedy na nic innego nie miał siły.

Murdock siedział na krześle u wezgłowia i pilnował, czy nic nie mąci spokoju chorego, gdy usłyszał bardzo ciche pukanie. Obrócił się, przy czym wydało mu się, że kątem oka dostrzegł pod kołdrą jakiś ruch. Zerknął z powrotem na panicza, jednak nic nie wskazywało na to, by tak cichy odgłos mógłby go zbudzić. Spokojniejszy podszedł na palcach do drzwi.

Za nimi stał pan Williams.

– Nie przeszkadzam? – zapytał szeptem stary kamerdyner.

Murdock jeszcze raz obejrzał się w stronę łóżka, potem odpowiedział, również cicho:

– Nie, proszę pana.

Na znaczący gest kamerdynera wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi najciszej jak umiał. Stanęli pod ścianą.

– Jak się czuje panicz, Murdock?

– Jeszcze śpi, proszę pana. Nic się nie zmieniło.

– Zawsze to lepiej, niż gdy jest gorzej – westchnął pan Williams. Często to powtarzał, zwłaszcza gdy mowa była o zdrowiu panicza

Racja – przyznał w myślach Murdock.

Jeszcze stojąc w drzwiach młody służący zauważył, że kamerdyner trzyma w ręku tackę z kopertą.

– Czy to do panicza? – spytał.

– Owszem. Od hrabiego.

Nieco ponad tydzień przed tym, zanim Arthur zaniemógł, hrabia Ingram udał się w zamorską podróż do Jeanpays. Przed wyjazdem z posiadłości zastrzegł, by niezwłocznie go powiadomić, gdyby coś niedobrego stało się z jego synem.

Pan Williams wręczył Murdockowi srebrną tackę.

– Proszę, kiedy panicz się obudzi, przekaż mu ten list.

Przyboczny przysiągł, że tak zrobi, a kiedy kamerdyner odszedł, wrócił do sypialni.

W chwili obecnej łóżko z trzech stron otaczały błękitne zasłony – stojąca w drzwiach osoba nie zauważyłaby tego, kto w nim spoczywał. Wróciwszy na swoje poprzednie miejsce, Murdock ze zdumieniem odkrył, że pukanie oraz poruszanie drzwiami jednak zdołały obudzić Arthura.

– Kto to był? – spytał słabym głosem.

– Pan Williams, paniczu.

Zamglone oczy spojrzały na sługę pytająco.

– Co chciał?

– Poprosił mnie, abym przekazał paniczowi list.

– List? Od kogo? – dopytywał Arthur.

– Od ojca panicza.

Spojrzenie Arthura stało się żywsze, przytomniejsze.

– List od mojego ojca? – Spróbował podnieść się.

Murdock chciał zaprotestować, powiedzieć, by oszczędzał siły, kiedy panicz kaszlnął i z jękiem opadł z powrotem na poduszki. Kompres opadł mu na oczy.

Przyboczny odłożył tackę z listem na krzesło, ponieważ stolik nocny zajmowała porcelanowa miednica pełna chłodnej wody. Ostrożnie ściągnął ledwie wilgotną szmatkę ze zbyt ciepłej twarzy chorego. Zmoczył materiał, wycisnął nadmiar wody i starannie ułożył z powrotem na czole. Panicz wydał westchnienie ulgi – już samo to wystarczyło służącemu za podziękowanie.

– Mogę zobaczyć ten list? – spytał Arthur, wyciągając spod kołdry rękę.

Murdock usłużnie podał mu kopertę. Z niemałym trudem chory uniósł ją, by lepiej widzieć.

O tym, że to ktoś inny niż hrabia Ingram mógł napisać ten list, nie mogło być mowy. Nie tylko adres nadawcy o tym świadczył, ale również pieczęć. Panicz patrzył na nią zamyślony. Ostrym koniuszkiem palca dotykał odciśniętego w wosku herbu rodowego, lecz nie wyrażał zamiaru przełamania go.

– Czy mam otworzyć kopertę nożem do papieru? – zaproponował Murdock.

– Nie trzeba. – Arthur opuścił dłoń z listem. Drugą ręką przetarł sobie oczy za pomocą rękawa koszuli nocnej. – Nie mam siły nawet na czytanie – dodał z irytacją. Podał z powrotem kopertę przybocznemu. – Mógłbyś to odłożyć?

– Tam gdzie zwykle, paniczu?

– Obojętnie.

– Rozumiem. Za chwilę wrócę.

Korespondencję panicz Arthur trzymał w sekretarzyku. Odłożywszy tackę z kopertą na blacie, Murdock podniósł wzrok na portret młodej damy wiszący nad meblem.

Do będącego tłem obrazu pokoju wpadał przez uchylone okno słoneczny blask. Sama postać uwiecznionej damy również zdawała się promieniować własnym, radosnym światłem. W kasztanowych włosach igrały iskierki, usta wyginał delikatny uśmiech… Jedynym szczegółami, które zdawały się nie pasować do reszty portretu, były bardzo blada skóra oraz delikatnie nakreślone przez malarza cienie pod oczami.

Starsi służący, którzy pracowali w posiadłości jeszcze przed narodzinami panicza Arthura, z czułością opowiadali o tym, jaką wspaniałą, dobrą i kochającą osobą była hrabina Ingram. Ze smutkiem wyrażali żal nad jej przedwczesną śmiercią. Samemu hrabiemu natomiast, mimo upływu lat, nadal sprawiało ból rozmawianie o zmarłej żonie. Również panicz nie chciał na głos wspominać matki. W towarzystwie Murdocka zrobił to tylko raz, na samym początku jego pracy w roli przybocznego. Pamiętał, że był wtedy tak bardzo oczarowany portretem nad sekretarzykiem, iż ośmielił się o niego zapytać. Minęło kilka długich sekund, nim Arthur odpowiedział:

„To moja matka niedługo po tym, jak mnie urodziła… Trzy miesiące później już nie żyła”.

Zszokowany Murdock dopiero jakoś zdołał wyrazić najszczersze wyrazy współczucia. Próbował też przeprosić za nietakt, lecz zirytowany panicz odparł tylko, by już więcej o niej ani o tym zdarzeniu nie rozmawiali.

I tak też się stało. Nie oznaczało to jednak, że Arthur przestał myśleć o matce – wprost przeciwnie. Często zerkał na portret nad sekretarzykiem, a kiedy przy nim siedział, czasem spoglądał w górę pogrążony w myślach.

Natomiast teraz Arthur chyba próbował ponownie zasnąć, bo miał zamknięte oczy, lecz kiedy tylko służący przed nim stanął, uchylił powieki.

Nie po raz pierwszy zdumiało Murdocka podobieństwo panicza do nieszczęsnej hrabiny Ingram. Właściwie, jedynym, co różniło syna od matki, poza płcią, był stan rąk i – tu mógł się tylko domyślać, gdyż nigdy nie śmiał zapytać – nóg. Reszta była identyczna, od koloru włosów, na bladej cerze i podkrążonych, zielonych oczach skończywszy. Takie sińce, jak u panicza, Murdock widział wcześniej tylko u niemowląt i bardzo małych dzieci.

– Czy Williams powiedział może coś jeszcze? – spytał Arthur.

– Tak. Drugie śniadanie zostanie przyniesione o zwykłej porze, potem do panicza przyjdzie doktor Radcliff z lekarstwami.

– Co będzie podane?

– Zupa mleczna.

Arthur zamruczał coś pod nosem, potem wstrząsnął nim kolejny atak kaszlu.

– Jak się panicz czuje? – zapytał Murdock, kiedy napad ustał.

– Bywało lepiej – odparł chory po wypluciu wydzieliny na chusteczkę trzymaną przez przybocznego. – Williams wspomniał tylko o drugim śniadaniu i lekarstwach? – zapytał, jakby chciał się upewnić.

– Tak, paniczu. Tylko tyle.

– Nic więcej? – W głosie Arthura przyboczny dosłyszał nutę podejrzliwości.

– Nic więcej pan Williams mi nie powiedział, paniczu. Gdyby dodał coś jeszcze, przekazałbym paniczowi.

Chory westchnął ciężko.

– Chciałbym wierzyć, że skoro pan Williams nic nie mówi, to znaczy, że w majątku nie dzieje się nic ważnego, co wymagałoby mojej wiedzy.

Murdock ułożył panicza w pościeli, poprawił też kompres na czole. Korciło go jeszcze, by powiedzieć, że nie ma powodu do zbędnego niepokoju, lecz Arthur zamknął już oczy. Przybocznemu nie pozostało więc nic innego, jak tylko naciągnąć kołdrę pod szyję chorego i usiąść z powrotem na krześle.

 

3

 

Marcowe dni mijały i zima zostawiała po sobie coraz mniej śladów. Tak jak mrozy i ostatnie śniegi ziemię, również choroba opuszczała ciało panicza Arthura. Po pewnym czasie objawy osłabły na tyle, że mógł robić coś innego poza bezczynnym leżeniem i spaniem. Nie marnując ani chwili dłużej, chory wrócił do pracy. Murdock miał co do tego mieszane uczucia, ale tych negatywnych starał się nie okazywać.

Kiedy w południe wszedł do sypialni z herbatą, zastał panicza wspartego na wysoko postawionych poduszkach, w otoczeniu dokumentów.

– Hm? – mruknął i uniósł wzrok sponad szkieł okularów do czytania.

– Przygotowałem herbatę, jak panicz prosił – oznajmił przyboczny.

– A, tak – mruknął Arthur. – Prawie o tym zapomniałem. Straciłem rachubę czasu… – Odłożył czytany do tej chwili dokument i razem z innymi zepchnął na bok, by zrobić miejsce.

Murdock postawił przed nim tacę na wysokich nóżkach, następnie zebrał dokumenty z kołdry. Ułożył je starannie na stoliku nocnym, z aktualnie czytanym przez panicza na wierzchu – to był list podpisany przez kilka osób.

Ręce Arthura ostatnio nie wykazywały tendencji do drżenia, więc bez problemów skosztował herbaty.

– Bardzo dobra – powiedział.

– Dziękuję, paniczu.

Arthur pił dalej, zerkając na stosik papierów.

– Trochę się tego nazbierało, kiedy byłem niedysponowany. Williams zrobił, co mógł bez konieczności konsultowania się ze mną.

Murdock pokiwał lekko głową, a Arthur odstawił kubek na tacę.

– Za dwa tygodnie mój ojciec powróci z podróży – kontynuował. – Nie chcę, by zastała go jakaś niemiła niespodzianka na naszych ziemiach.

– Rozumiem, paniczu. Proszę jednak pamiętać, co powiedział doktor Radcliff – odparł ostrożnie Murdock.

– Pamiętam – westchnął Arthur, opierając głowę o poduszkę. – Mam się oszczędzać, a intensywne myślenie przecież także może zmęczyć.

Nie takich słów użył co prawda lekarz, ale mniej więcej o to chodziło, zaś dla panicza oznaczało jedno – sugestię znienawidzonej bezczynności.

– Proszę po prostu jeszcze nie brać zbyt wielu obowiązków na raz, paniczu. – Murdock chciał jakoś załagodzić sytuację.

Arthur ponownie wziął do ręki parujący kubek herbaty. Zmarszczył brwi.

– Jako dziedzic rodu Ingram powinienem sprawować pieczę nad naszym majątkiem pod nieobecność mego ojca. – Dopiero teraz spojrzał na służącego. – Murdock, poproś do mnie Williamsa.

– Oczywiście, paniczu. Czy coś się stało? – zapytał, bo może chodziło o coś, co on sam mógłby zrobić.

Mylił się. Panicz skierował wzrok na zostawiony na szczycie stosiku list.

– Mieszkańcy wiosek na południu donoszą, że woda w rzece zaczyna się podnosić. Chciałbym to omówić i wysłać kogoś, by dokładniej zbadał sytuację oraz ocenił zabezpieczenia przed ewentualną powodzią.

– Jak sobie panicz życzy. Już idę po pana Williamsa. – Służący skłonił się i obrócił, by odejść, lecz w połowie kroku zatrzymał go Arthur.

– Murdock.

– Tak, paniczu? – Zawołany wykonał zwrot na pięcie.

– Dziękuję za herbatę.

– Nie ma za co. Czy życzy sobie panicz jeszcze czegoś?

– Nie, już nic, tylko powiedz Williamsowi, żeby do mnie przyszedł.

 

4

 

W tym roku wiosenne porządki w rezydencji Pinewood rozpoczęły się znacznie wcześniej. Wkrótce miał przybyć hrabia i wszystko musiało być idealne. Panicz Arthur przykładał do tego szczególną wagę.

Opuścił pierzyny, gdy tylko doktor wyraził na to zgodę. Od tamtej pory niemal w całej posiadłości można było usłyszeć stukot jego laski i służba nie mogła być pewna, kiedy postanowi osobiście sprawdzić postępy w pracach domowych, więc niewielu pozwalało sobie na próżnowanie.

Jako przyboczny, Murdock niczym wierny pies podążał za swym panem, gotowy spełnić każde jego polecenie. Przepełniał go podziw dla zaangażowania z jakim panicz wypełniał swoje obowiązki, ale również lęk, czy pragnienie zadowolenia ojca nie doprowadzi go do ponownego osłabienia.

Mimo zastrzeżeń lekarza i mniej lub bardziej delikatnych sugestii innych, także osobistego służącego, Arthur niemal całymi dniami pracował równie ciężko, jak przed chorobą. Pilnował bowiem nie tylko porządku w domu, ale i na ziemiach podległych jego rodzinie. Zbierał i analizował informacje, konsultował się z innymi – najczęściej z panem Williamsem i panią Hobbes – gospodynią – z którymi wspólnie podejmował decyzje, dyktował przybocznemu pisma, przyjmował interesantów, których sprawy kamerdyner uznał za na tyle istotne, by kłopotać nimi zastępcę głowy rodu… Patrząc na to z boku, Murdock nie przestawał gdybać, czy tak właśnie będzie wyglądało życie panicza, kiedy zostanie hrabią.

Jeśli tak, to nie wiedział, czy chciałby, aby tak było – myślał, kiedy szykował wyczerpanego panicza do snu. Na samym końcu zawsze podawał mu środek nasenny. Ciepłe kąpiele oraz masowanie napiętych od stresu mięśni okazywało się niewystarczające, aby rozluźnić całkowicie ciało i umysł Arthura. A było coraz gorzej, im bliżej do powrotu jego ojca.

 

5

 

Dwa dni przed zapowiedzianym powrotem hrabiego Ingram, Murdock podał paniczowi mały kieliszek lekarstwa, jak to czynił każdego wieczoru. Arthur ujął naczynie dłonią pachnącą maścią zmiękczającą chorą skórę. Po prawdzie od rąk przybocznego też było czuć zapach smarowidła z domieszką mydła, a to dlatego, że po zabiegu nie udało mu się go całkowicie zmyć.

Pięć sekund później kieliszek odbił się z przytłumionym brzękiem od grubego dywanu, gęstą zawartością pokrywając włókna. Murdock zadziałał szybko. Podniósł naczynie i zebrał ręcznikiem jak najwięcej środka nasennego zanim całkowicie przywarłby do dywanu. Sprawdził też, czy panicz nie został ochlapany, ale wyglądało na to, że nie.

Arthur z nieodgadnionym wyrazem twarzy siedział na skraju łóżka, z ręką nadal w tej samej pozycji, kiedy upuściła kieliszek.

– Nie jest potłuczony? – zapytał w końcu.

Murdock stanął bliżej świecznika i obejrzał uważnie na wpół przeźroczysty przedmiot. Czubkiem palca przejechał po lepkiej krawędzi w poszukiwaniu nierówności.

– Jest cały, paniczu – oznajmił z ulgą.

Arthur pokiwał głową. Opuścił dłoń.

– To dobrze – odparł przygnębiony.

– Proszę się tym nie przejmować, paniczu. – Murdock spróbował go pocieszyć.

– A co z dywanem?

Służący przyjrzał się krytycznie plamie.

– Teraz jest za ciemno na dokładniejsze czyszczenie. Mogę z tym zrobić coś dopiero jutro rano.

– Poproś kogoś ze służby – polecił Arthur, po czym dodał w odpowiedzi na zdziwienie przybocznego: – Chyba nie myślałeś samemu tego wyszorować? Co z twoją nogą, Murdock?

Zapytany musiał powstrzymywać siebie przed odwróceniem od ciężkiego spojrzenia zielonych oczu. W migotliwym świetle pojedynczej świecy sińce pod nimi zdawały się być ciemniejsze i głębsze niż kiedykolwiek.

– Ona… znaczy moja noga nie dokucza mi tak bardzo, paniczu. – Pożałował tych słów już w chwili, kiedy opuszczały usta.

Arthur spuścił głowę, dłonie zacisnął na kolanach. Siedział w tej pozycji kilka długich sekund.

– Paniczu?

– Hipokryta ze mnie – rzekł zapytany po jeszcze chwili. Uniósł wzrok. – Nie chcę, byś nadmiernym wysiłkiem prowokował stary uraz, kiedy ja sam w najlepsze zbywam zalecenia lekarza oraz ostrzeżenia. – Na twarzy Arthura wystąpił jeden z tych pustych, pozbawionych radości uśmiechów. – I się doigrałem. Nie mogę chodzić i wszystko leci mi z rąk. Znowu… Ech! A mówią, że człowiek mądry po szkodzie.

Murdock zdobył się na odwagę, by zadać pytanie:

– Czy nadal bolą panicza nogi?

Pod koniec dzisiejszego dnia ból w dolnych kończynach stał się tak uciążliwy, że Arthur, mimo całej swej woli, nie mógł go dłużej ignorować.

– Czy znasz to wrażenie, Murdock, kiedy czujesz ból, taki bardzo słaby, jakby się czaił, by zaatakować w dogodnej chwili… Miałeś już z czymś takim do czynienia?

– Tak, paniczu. Znam to. – Nie znał za to sposobu, jak temu zaradzić. Wszystkie dzisiejsze lekarstwa i zabiegi zalecone przez lekarza Arthur miał już za sobą. Pozostał tylko środek nasenny. – Przygotuję nowy kieliszek.

Gdy lek był gotowy i miał zostać podany, Murdock zawahał się, ale panicz stanowczo wyciągnął rękę.

– Spróbuję jeszcze raz – oznajmił. – Nie jestem jeszcze tak słaby, by mnie znowu karmić… – Po jego twarzy przebiegł w tym momencie cień refleksji. – Proszę, Murdock – dodał łagodniej – podaj mi to.

Przybocznemu nie pozostało nic innego, jak tylko wręczyć kieliszek paniczowi. Arthur ujął naczynie inaczej niż poprzednio, tym razem obejmując je dłonią od spodu. Nie czekając na moment, gdy palce zaczną słabnąć, bez zbędnego wahania wypił środek nasenny co do kropli.

Oddawszy Murdockowi puste naczynie, ostrożnie, żeby nie prowokować przyczajonego bólu, ułożył nogi na pościeli i sam naciągnął na nie kołdrę.

– Jutro obudzę panicza później, jak powiedział doktor Radcliff.

– Dobrze, Murdock. – Arthur ułożył głowę na poduszkach. – Może odrobina więcej snu to nie taki zły pomysł.

– Proszę pamiętać o tym, co jeszcze powiedział lekarz.

– Pamiętam. Przekazałem Williamsowi dokładne instrukcje.

– Jestem pewien – zauważył ostrożnie Murdock – że jeszcze jeden dzień odpoczynku dobrze zrobi paniczowi.

– Może – westchnął Arthur i podciągnął sobie kołdrę pod brodę. – W domu prace idą w zadowalającym tempie, na pojutrze wszystko będzie gotowe, wioski i pola nad rzeką są zabezpieczone przed powodzią, nigdzie na naszych ziemiach nie doszło do katastrofy… – Głos panicza stopniowo cichł. – Dobranoc, Murdock. – Ziewnął. – Miłych snów.

Służący ukłonił się.

– Nawzajem, paniczu.

 

6

 

– Proszę pomyśleć, co powie hrabia, kiedy panicz wyjdzie go powitać w kiepskim stanie? – Tymi słowami doktor Radcliff zdołał ostatecznie przekonać Arthura, by ostatni dzień przed powrotem ojca poświęcił na zebranie sił.

– Zapomniałem, że hrabia, oraz jego zastępca, musi także własną osobą reprezentować swoje ziemie – powiedział Arthur po wieczornej wizycie lekarza do Murdocka.

Zanim przyboczny zdążyłby odpowiedzieć, polecił mu wezwać do siebie pana Williamsa. Kamerdynerowi zaś oświadczył, iż jutro to on ponownie będzie miał oko na majątek.

– Oczywiście, paniczu. Dopilnuję wszystkiego. Proszę jutro porządnie wypocząć.

Następnego dnia, jak zostało ustalone, Murdock przyszedł obudzić Arthura później niż zwykle, a dokładnie to o dwie godziny. Nie był specjalnie zaskoczony odkryciem, że panicz już nie spał. Siedział w łóżku i czytał książkę. Choć miał na nosie okulary do czytania, to i tak mrużył oczy, gdyż w sypialni wciąż panował półmrok. Murdock od razu zaproponował, że odsłoni okna.

– Dziś jest wyjątkowo piękna pogoda, paniczu – oznajmił.

Czując na sobie jego spojrzenie, przesunął pierwszą z zasłon. Od razu nastrój w pomieszczeniu uległ zmianie na lepsze, gdy przez szyby wpadły promienie porannego słońca, a kiedy odsunął drugą zasłonę to aż zatchnęło go z podziwu. Przez małe okienko w jego pokoiku na poddaszu widok nie prezentował się tak wspaniale, jak tutaj, w oknie większym od niejednych drzwi.

To był pierwszy bezchmurny dzień tego roku. Czysty błękit dominował nad ogrodem i parkiem, w które jakby tchnięto nowe życie. Młode listki i rośliny leciutko drgały na wietrze, niczym rozradowane dzieci, którym pozwolono pobawić się na dworze.

Wiosna, taka prawdziwa, wreszcie nadeszła.

– Ależ tu pięknie! – Murdock nie próbował ukryć zachwytu.

Za sobą usłyszał odgłos zamykanej energicznie książki. Zanim zdążyłby zareagować, panicz Arthur przymierzył się do opuszczenia łóżka. Postawił owinięte bandażami stopy na dywanie. Ledwie uniósł się, kiedy jego twarz wykrzywił ból. Z jękiem opadł z powrotem na pościel.

– Paniczu! – Murdock. ruszył w stronę Arthura, lecz ten wyciągnął rękę. W pierwszej chwili służący pomyślał, że chce, aby się zatrzymał, więc tak uczynił.

– Pomóż – powiedział słabym głosem panicz. Rękę nadal miał wyciągniętą przed siebie, lecz patrzył na bok.

– Chce panicz podejść do okna?

– Tak. Przecież nie dojdę tam sam.

Umysł Murdocka pracował szybko. Wyglądało na to, że stan nóg Arthura nie uległ zmianie od poprzedniego dnia. W takiej sytuacji w ogóle nie powinien się ruszać, ale z drugiej strony bardzo mu zależało na wyjrzeniu przez okno… Na ten dylemat istniało tylko jedno rozwiązanie.

Dlaczego nie trzymałem języka za zębami? – Murdock skarcił siebie w myślach.

– Proszę zaczekać jeszcze chwilkę, paniczu – powiedział na głos.

Ciemna dłoń opadła, zielone oczy spojrzały na służącego.

– Czemu?

Murdock dyskretnie wciągnął powietrze. Tym razem nie będzie owijał w bawełnę.

– Pójdę po wózek.

Tak jak się spodziewał, panicz wyraził sprzeciw.

– Ale to tylko kilka kroków! Myślę, że z twoją i laski pomocą na pewno uda mi się podejść do okna. – W jego głosie, zakryte stanowczością, pobrzmiewało błaganie.

Murdock przełknął ślinę. Nie lubił stawać w opozycji do żądań panicza, nawet gdy jego racje popierał rozsądek i troska.

– Lepiej już nie ryzykować, paniczu – odparł. – Proszę o zrozumienie.

Nastąpiła długa, pełna napięcia chwila ciszy, w czasie której Murdock wewnętrznie przygotowywał się na przyjęcie gniewu swego zdeterminowanego pana.

Tak się jednak nie stało.

– Rozumiem, masz rację. Tak będzie najlepiej – odparł zrezygnowany Arthur. Przywieź to.

W kącie pokoju, ukryte za szafą, stało obite tkaniną krzesło na kółkach. Panicz nie lubił poruszać się w nim, więc używano go tylko w ostateczności.

Strzepnąwszy pobieżnie paprochy z obicia, Murdock podprowadził wózek do łóżka i pomógł usadowić się na nim Arthurowi. Podniósł też podpórki na stopy tak, by zmniejszyć zgięcie kolan.

 Kółka lekko skrzypiały, gdy wózek jechał przez pokój pod okno. Murdock ustawił go równolegle i jak najbliżej niskiego parapetu. Mimo to panicz i tak przechylił się, by lepiej widzieć.

Nie wiadomo było, czy to odbity blask słońca, czy może ich własny zajaśniał w zielonych oczach.

– Dziękuję, Murdock. To naprawdę piękny widok.

– Nie ma za co, paniczu.

Za jego zgodą, przyboczny odszedł, by odsłonić pozostałe okna i pościelić łóżko. Od czasu do czasu zerkał na Arthura. Panicz nie odrywał wzroku od krajobrazu za oknem, czasem poruszając głową, jeśli w pobliżu przeleciał ptak – zupełnie jakby pierwszy raz w życiu oglądał świat poza ścianami rezydencji.

Murdock wiedział, jakie pragnienie ciąży teraz na sercu panicza i miał silne podejrzenia, że kiedy po śniadaniu przyjdzie z wizytą doktor Radcliff, czeka ich obu niełatwa rozmowa.

 

7

 

Odziany w liberię lokaj otworzył oba skrzydła głównych drzwi. Panicz Arthur zadrżał, kiedy pierwszy powiew świeżego powietrza owionął mu twarz.

– Nie będzie za zimno paniczowi? – zapytał pan Williams.

Arthur spojrzał na kamerdynera spod czapki. Tylko jego głowa nie była ukryta całkowicie pod ciepłym odzieniem. Nogi dodatkowo miał zakryte kocem.

– Nie, nie będzie mi zimno, Williams. Proszę się nie martwić.

– Rozumiem. W takim razie życzę przyjemnej wycieczki.

– Dziękuję. Wrócę najpóźniej za godzinę. Nie trzeba przekładać na później obiadu. Ruszaj, Murdock.

– Tak jest, paniczu. – Z tymi słowami służący pchnął wózek ku wyjściu.

Po obu stronach holu zebrała się większość służby pracującej w rezydencji rodu Ingram. Wszyscy oni przyszli, aby zobaczyć, jak panicz po raz pierwszy w tym roku opuszcza dom.

Arthur polecił im nie czekać na niego, tylko wrócić do swych zajęć. Murdock tymczasem zerknął za siebie, poczuwszy na plecach wzrok pana Williamsa. Stanowcze spojrzenie przypominało o tym, co powiedział kamerdyner w trakcie przygotowań: „Jeśli tylko coś niedobrego zacznie się dziać z paniczem, jeśli poczuje się źle, albo zacznie marznąć, masz zaraz wrócić z nim do środka”.

Po przekroczeniu progu, Murdock od razu zakręcił wózkiem w stronę rampy z boku schodów. Choć pochylnia była dość łagodna, gdyby teraz z jakiegoś powodu puściłby uchwyty wózka, nie zdążyłby go chwycić z powrotem, panicz w najgorszym wypadku zjechałby na schody, a potem… Murdock wolał o tym nie myśleć.

Szczęśliwie jednak udało mu się bezpiecznie sprowadzić wózek na wyłożony żwirem podjazd. Wtedy dopiero pozwolił sobie na puszczenie uchwytów, żeby rozprostować palce, oraz przede wszystkim, by panicz mógł spokojnie nacieszyć się pierwszymi chwilami poza domem. Oglądał wszystko z taką samą uwagą, jak kilka godzin wcześniej z okna sypialni. Nosem i ustami smakował lekki zefir niczym koneser wina. Przyboczny wcale nie dziwił się temu, bo sam już dawno odkrył, iż powietrze pachnie o wiele lepiej na zewnątrz niż kiedy wpada do pomieszczenia przez otwarte okno. Również wziął kilka głębokich wdechów. Delikatny chłód spływał w dół jamy nosowej aż do gardła. Murdock pomyślał, że jeśli Arthur nie zachowa ostrożności, dostanie kataru.

– W którą stronę teraz, paniczu? – zapytał.

Arthur spojrzał przed siebie. Od głównej drogi odchodziły po obu stronach ścieżki prowadzące w głąb ogrodów otaczających rezydencję.

– W lewo.

– Zrozumiałem.

Drobne kamyczki zachrzęściły pod świeżo naoliwionymi kołami wózka.

Słońce migotało między gałęziami drzew. Panicz Arthur obserwował to zjawisko z ciekawością, która u osoby postronnej mogłaby wydać się dziecinna, wręcz niestosowna dla młodzieńca, który był już prawie mężczyzną, a do tego w przyszłości zostanie hrabią. Prawda była jednak taka, że o ile na innych osobach w jego wieku coś podobnego nie powinno robić wrażenia z powodu swej trywialnej natury, dla panicza ona wcale taka nie była.

Z obawy o jego słabe zdrowie, zabraniano Arthurowi wychodzenia na zewnątrz, jeśli pogoda była zbyt niepewna. Bywało, iż długie tygodnie spędzał uwięziony w czterech ścianach, szczególnie jesienią i zimą. Dlatego też, kiedy tylko pojawił się zaledwie cień szansy, Arthur postanowił go wykorzystać, mimo iż w konfrontacji z doktorem miał przeciw sobie własne nogi. Zaskoczył jednak zarówno lekarza oraz Murdocka, samemu od razu wychodząc z propozycją wykorzystania nielubianego wózka, co tylko podkreśliło jego determinację. Doktor Radcliff ostatecznie uległ, stwierdziwszy, że porządna dawka świeżego powietrza i zmiana widoków istotnie może wyjść mu tylko na zdrowie.

Po drodze pan i sługa spotkali ogrodników przygotowujących rośliny na nadchodzące miesiące. Mężczyźni przerwali pracę, by powitać panicza z daleka. Arthur również ich pozdrowił, zaś ogrodnikowi stojącemu najbliżej polecił zawołać pana Jenkinsa. Murdock nie odzywał się przez cały czas, także w trakcie rozmowy panicza z głównym ogrodnikiem. Nie uważał za stosowne upominać swego pana, iż miał dzisiaj odpoczywać. To tylko pogawędka – wmawiał sobie, gdy pan Jenkins z dumą opowiadał o tym, jak w ogrodach wszystko pięknie rośnie.

– Dobra robota, Jenkins – pochwalił go Arthur. – Trzymajcie tak dalej.

Gdy odjeżdżali, Murdock usłyszał za sobą głównego ogrodnika wzywającego do siebie podwładnych i pytającego, czy słyszeli, co powiedział panicz.

– Tu też wszystko gotowe – mruknął Arthur. – Ojciec powinien być zadowolony.

– Z całą pewnością będzie, paniczu – odparł Murdock zanim uświadomił sobie, że to nie do niego kierowane były te słowa.

Zwolnił, kiedy Arthur odwrócił głowę.

– Naprawdę tak myślisz, Murdock? – zapytał.

– Tak. Tak myślę, paniczu – służący odpowiedział szybko, by ukryć zakłopotanie. Starał się przy tym brzmieć naturalnie.

– Obyś miał rację. – Arthur zacisnął dłonie na poręczach wózka. – Proszę, jedź dalej.

– Tak jest.

Panicz z niezmienionym zainteresowaniem podziwiał ogrody, lecz Murdock dostrzegał u niego teraz coś jeszcze – lekki niepokój. Ciągle był niepewny, jakby zdawał sobie sprawę z istnienia czegoś, co może nie spodobać się hrabiemu, lecz nie ma sił, by to znaleźć i naprawić.

Biedny panicz, pomyślał Murdock. Jakby jego własne ciało nie dostarczało mu wystarczająco dużo zmartwień. Tak bardzo chce pokazać ojcu, iż jest jego godnym następcą, że nie potrafi nawet na chwilę przestać o tym myśleć.

Dzisiejszej nocy na pewno będzie miał problemy z zaśnięciem, zbyt przejęty jutrzejszym dniem… Gdyby tylko Murdock znał jakiś sposób na rozwianie wszelkich wątpliwości panicza, lecz niestety – nic, co było w jego mocy, nie mogło przynieść Arthurowi ostatecznej ulgi. Przecież był tylko przybocznym – kimś, z kim panicz spędzał najwięcej czasu, a do tego rówieśnikiem, ale nadal tylko służącym.

Jego praca, choć istotna, nie była tak ważna, jak brzemię rodu Ingram. Już zarządzanie samą tylko posiadłością Pinewood, wydawało się Murdockowi wystarczająco skomplikowane.

Dwuskrzydłowy budynek przypominał zamek, a to z powodu tego, że część jego ścian pochodziła z ruin twierdzy, która stała w tym miejscu przed wiekami. Od szarych murów biła powaga należna roli rodziny, która tu mieszkała. Wyniosły, wręcz posępny charakter rezydencji łagodziły otaczające ją ogrody, całość zaś ukryta była wewnątrz parku, gdzie można było podziwiać fragmenty dawnych obwarowań.

Wysokie drzewa od ogrodów oddzielała stara fosa, na kilku odcinkach przerobiona na stawy. Nad najdłuższym z nich wybudowano altankę z pomostem. W niewielkim hangarze kawałek dalej trzymano łódki,

To właśnie przy altance panicz Arthur zarządził postój.

– Chce może panicz usiąść na ławce? – zapytał Murdock po wprowadzeniu wózka pod zadaszenie.

– Nie – odparł Arthur, patrząc na swe nogi owinięte kocem. – Tak też jest w sumie dobrze, ale może ty chcesz spocząć?

– Jeśli panicz sobie tego życzy – odparł Murdock.

– Na pewno zmęczyłeś się pchaniem wózka. Odpocznij trochę.

– Dobrze. – Służący posłusznie usiadł na drewnianej ławce. Nie chciał się do tego przyznać, ale istotnie czuł lekkie zmęczenie, szczególnie w prawym udzie. To mu przypomniało o czymś. – Czy nadal bolą panicza nogi?

Arthur poruszył stopami, zgiął też na moment kolana.

– Odrobinę – odparł. – Ból chyba słabnie.

– To dobrze.

Następne kilka minut siedzieli w milczeniu. Panicz zdawał się być zasłuchany w odgłosy ogrodu. Podziwiał staw, po którym sunęła spokojnie kaczka z łańcuszkiem młodych za sobą. Woda delikatnie pluskała między palami podtrzymującymi pomost oraz altankę. Czasem tylko ciszę przerywał krzyk jakiegoś ptaka z głębi parku. Było tak spokojnie, że w pewnym momencie Murdock przyłapał siebie na senności. Przezornie sprawdził, czy i panicz nie wykazuje podobnych objawów, lecz Arthur wydawał się bardziej zamyślony niż śpiący.

Nagle powiało mocniej.

– Nie jest paniczowi zimno? – spytał Murdock.

– Nie marznę… – zdołał powiedzieć Arthur nim urwał nagle. Uniósł dłoń do nosa, lecz nie zdążył powstrzymać kichnięcia. – Niech to!

– Na zdrowie, paniczu. – Murdock podał mu chusteczkę.

– Na zdrowie – powtórzył pod nosem Arthur, gdy go wycierał. – Wiem, co teraz powiesz.

– Tak, paniczu? – Z bliżej nieokreślonego powodu służącego przeszył niepokój.

Arthur schował chusteczkę do kieszeni płaszcza.

– Zasugerujesz teraz, żeby wrócić do domu. – Uniósł dłoń na wypadek, gdyby chciano mu teraz przerwać. – Słyszałem, o czym rozmawiałeś z Williamsem przed wyjściem oraz dostrzegłem, jak wymieniacie się spojrzeniami. – Opuścił rękę. – Na razie nie jest to konieczne. Nie czuję się źle, Murdock. Po prostu…

Znów nie dokończył zdania, lecz tym razem nie z powodu kichnięcia.

– Paniczu?

– Nic mi nie jest – zaprzeczył szybko Arthur. Uniósł wzrok na przybocznego. Przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu, po czym zapytał: – A jak ty się czujesz, Murdock?

– Ja? Dobrze.

– Noga nie dokucza?

– Nie, paniczu. – To była prawda. W tej chwili w ogóle nie czuł bólu.

– Miło to słyszeć. Ten wózek trochę jednak waży.

– Dziękuję za troskę, paniczu. – Istotnie, zainteresowanie Arthura jego zdrowiem było dla Murdocka czymś naprawdę miłym. Nie mógł się jednak pozbyć wrażenia, że oprócz autentycznego zmartwienia, panicz w ten sposób wyraża również pragnienie odwrócenia uwagi od własnych problemów. To nie byłby pierwszy raz.

„Nie czuję się źle, Murdock. Po prostu…” – co panicz chciał powiedzieć? Czy ma to związek z powrotem hrabiego?

– Która godzina? – Zapytał Arthur.

Służący sprawdził zegarek.

– Za dwadzieścia pierwsza, paniczu.

– Pora ruszać dalej. Obiecałem wrócić w ciągu godziny, a chciałbym objechać dookoła cały ogród.

– Zrozumiałem. – Murdock wstał z ławki.

Wkrótce wózek znów przemierzał alejki pośród niskich drzew i żywopłotów. Panicz Arthur w milczącym skupieniu oglądał wszystko, na co padł jego wzrok. W pewnym momencie jednak drgnął. Właśnie mijali wejście do ogródka warzywnego i cieplarnię.

– Co się stało, paniczu? – zapytał Murdock.

– Nic takiego. Przypomniałem sobie, że muszę o coś zapytać kucharza.

– Czy chodzi paniczowi o jutrzejszą uroczystą kolację z okazji powrotu hrabiego?

– …Tak – przyznał Arthur dość niechętnie. – Wiem, że miałem dzisiaj wypoczywać, Murdock, ale… nie mogę przestać. Hra… mój ojciec wraca już jutro, a ja jako… – urwał i znów nie miał zamiaru dokończać zdania.

– Rozumiem to, paniczu.

Zaskoczony Arthur popatrzył na przybocznego.

– Rozumiesz, Murdock? Naprawdę?

– Tak. Jako służący panicza, również muszę dbać o wiele spraw. – Po raz kolejny powiedział to, co mu serce dyktowało, zanim rozum zdążył przeanalizować i stwierdzić, czy wypada coś podobnego w ogóle przekazać paniczowi.

Arthur jednakże nie wyglądał na oburzonego słowami przybocznego. Co więcej, zaczął nad nimi myśleć.

– To prawda, Murdock – stwierdził po chwili. – Masz rację. W gruncie rzeczy role hrabiego i służącego są tym do siebie podobne, że obaj muszą dbać o to, za co są odpowiedzialni… – Na twarzy panicza wystąpił cień uśmiechu. – Ale takie stwierdzenia lepiej trzymać z dala od salonów.

W wyobraźni Murdocka powstał obraz obruszonych pań z towarzystwa.

– Tak, paniczu.

Ruszyli dalej. W tej części ogrodu tak nie wiało i było dość ciepło. Objechali już dookoła niemal całą rezydencję, kiedy znów spotkali kilku ogrodników oraz pana Jenkinsa. Panicz jeszcze raz ich pozdrowił, lecz nie wyraził ochoty na kolejną rozmowę z głównym ogrodnikiem.

– Tutaj naprawdę nie widzę żadnych uchybień – powiedział natomiast, tym razem rzeczywiście do Murdocka. – Ojciec na pewno będzie zadowolony.

Służący nie odpowiedział od razu, jednakże spodobało mu się, że panicz mówi to teraz z większym optymizmem. Świeże powietrze naprawdę dobrze działa na człowieka.

– Wszystko będzie dobrze, paniczu. Proszę się nie martwić na zapas.

– Tak, znowu masz rację, Murdock. Naprawdę za bardzo się tym wszystkim przejmuję. Ech… – Westchnął, poprawiając się w wózku. – Chciałbym, żeby już było po wszystkim.

– Już niedługo, paniczu, już niedługo.

– Tak. Nie mogę się doczekać… Murdock.

– Słucham, paniczu.

– Nie chciałbyś może zatrzymać się na jeszcze jeden postój?

Akurat mijali ławkę.

– Jeśli panicz chce.

– Już w zasadzie niedaleko, ale pomyślałem, że być może się zmęczyłeś. Stąd do altanki jest jednak kawał drogi.

– To bardzo miło z panicza strony, ale nie jestem zmęczony.

– Czyli uważasz, Murdock, że dasz radę dopchać wózek pod same drzwi?

– Tak, paniczu. Dam radę.

– Skoro tak mówisz…

Skręcili i już byli przed posiadłością, na ścieżce pomiędzy dwoma rzędami młodych drzew. Powoli zbliżali się do głównej drogi i właśnie w chwili, kiedy Murdock spojrzał przed siebie, przejechał po niej zadaszony, czarny powóz zaprzężony w dwa konie. Pędziły w stronę posiadłości.

Ze zdumienia aż przystanął. Zamrugał niepewny, czy naprawdę zobaczył ten pojazd. Widział go tylko przez sekundę, nim zniknął za wysokim żywopłotem.

– To niemożliwe – powiedział Arthur cicho, jakby do siebie. Pochylił się w wózku.

Murdock nie odrzekł nic. Nie dostał polecenia. Sam nie wiedział dlaczego, ale ruszył dalej przyśpieszonym krokiem, prawie biegiem.

– To niemożliwe – powtórzył Arthur.

Dotarli do głównej drogi w tym samym momencie, kiedy przejechał tuż przed nimi drugi wóz, tym razem otwarty. Murdock zatrzymał się w ostatniej chwili. Tak jak Arthur, podążył wzrokiem za pojazdem. Wieziono w nim kufry. Wyglądały znajomo.

– To niemożliwe! – Tym razem panicz krzyknął.

I znów Murdock zadziałał instynktownie. Nie musiał konsultować się z Arthurem – zupełnie jakby w tym właśnie momencie myśli pana i sługi dostroiły się i podążały w tym samym kierunku. Gdy wóz z bagażami odjechał dość daleko, wyprowadził wózek na pobocze drogi na wypadek, gdyby jeszcze trzeci pojazd ich zaskoczył. Pędził najszybciej jak to było możliwe w stronę podjazdu. Ból zaczął kłuć go w prawej nodze, lecz starał się nie zwracać na niego uwagi.

– To niemożliwe. Nie, nie, nie… – powtarzał przed nim zdenerwowany Arthur.

– Tylko spokojnie, paniczu – powiedział Murdock. W jego sercu pojawiła się obawa, że wpadnie w histerię.

Czarny powóz stanął na środku okrągłego placu, wóz z kuframi bardziej z boku. Kiedy Murdock z paniczem tam dotarli, lokaj otwierał właśnie drzwi pierwszego pojazdu.

Ze środka wyszedł wysoki mężczyzna w płaszczu podróżnym. Stanąwszy na podjeździe, przeciągnął się, jakby w tak dużym powozie nie było dla niego wystarczająco dużo miejsca. Rozprostował muskularne ramiona i kilka razy z zadowoleniem tupnął na przemian obiema stopami, po czym wziął głęboki wdech. Murdock pomyślał, że jego szeroka pierś zaraz pęknie od nagromadzonego w niej powietrza. On sam w tej chwili łapał oddech po przebieżce.

Na górze otwarły się drzwi posiadłości i na zewnątrz wyjrzał zaskoczony pan Williams. Mężczyzna na dole zauważył go i skinął mu przyjaźnie. Na ten gest kamerdyner zszedł po schodach szybkim krokiem.

Zaczęli rozmawiać – zbyt cicho, aby Murdock mógł coś zrozumieć, tym bardziej, iż w tym samym czasie zaczęto zdejmować kufry z drugiego wozu, przy czym było trochę zamieszania.

Nagle wszystko zagłuszył atak kaszlu połączony z próbą złapania oddechu.

– Paniczu! – zawołał wystraszony Murdock.

Z przejęcia nagłym obrotem wydarzeń Arthur musiał zapomnieć o prawidłowym oddychaniu.

– Nic… khe!… mi nie… khe!… jest, Murdock… khe, khe! Eeech! – Na tym zakończył się atak, ku uldze przybocznego.

Arthur starł rękawiczką ślinę z ust i chwilę oddychał powoli ze spuszczoną głową. Gdy ją uniósł, znów zamarł. Oczy miał utkwione w mężczyźnie, który przed chwilą przyjechał. Teraz szedł w jego stronę powoli, ostrożnie. Jego rumianą od słońca twarz na moment przesłoniły niby cień niepewność oraz zmartwienie, lecz po chwili zniknęły i powróciła szczera radość. Przyspieszył kroku, rozpostarł ramiona.

Do Murdocka dotarło, co powinien teraz zrobić. Puścił uchwyty wózka. Ignorując ból zesztywniałych mięśni dłoni oraz prawej nogi, odsunął się wyprostowany, a kiedy mężczyzna podszedł do nich, oddał głęboki ukłon.

Nie zauważono tego, co wcale nie ubodło służącego. Patrzył jak mężczyzna nachyla się i bierze w ramiona panicza.

– Dobrze cię widzieć, Arthurze! Strasznie za tobą tęskniłem – mówił przejęty. – Bardzo się zmartwiłem, gdy dotarły do mnie pierwsze wiadomości. Naprawdę chciałem wrócić o wiele wcześniej, ale w odpowiedzi na mój list stwierdziłeś, że nie jest to konieczne. – Przytulił panicza mocniej. – Naprawdę cieszę się, że masz się już lepiej, synu.

Z każdym kolejnym słowem wypowiadanym przez hrabiego Ingram, odrętwienie schodziło z panicza Arthura. Uniósł dłonie, ale zawahał się. Pewnie z powodu śliny na rękawiczce – pomyślał przelotnie Murdock.

W końcu jednak chude ramiona spróbowały objąć muskularną postać hrabiego.

– A ja cieszę się, że już wróciłeś, ojcze.

 

8

Wcześniejszy niż zapowiedziano powrót hrabiego z oczywistych powodów zdumiał wszystkich mieszkańców posiadłości Pinewood i – nie mówiono tego głośno – zaburzył ustalony z góry porządek. Następnego dnia miała zostać podana uroczysta kolacja, do której przygotowania były jeszcze na tak wczesnym etapie, że nie mogło być mowy o jej przełożeniu.

– Uczta może zostać podana jutro, tak jak miało być – oznajmił hrabia Ingram, kiedy przedstawiono mu sytuację. – Dziś z niemniejszą radością zjem choćby i najskromniejszy posiłek razem z synem.

Zatem o drugiej podano w jadalni zaplanowany na dziś obiad. Jedyne, co uległo zmianie, to ilość naczyń i sztućców ułożonych na stole. W czasie posiłku hrabia opowiadał niezwykle zasłuchanemu synowi o swojej podróży do Jeanpays. Wyjaśnił również powód wcześniejszego przyjazdu. Jak się okazało, w rejonie jednego z portów, gdzie miał stanąć prom, panowały bardzo niekorzystne warunki pogodowe. Zamiast wstrzymywać całkowicie kurs, postanowiono ominąć ten przystanek całkowicie, co pozwoliło zaoszczędzić w sumie jeden dzień rejsu.

– Szkoda tylko tych, którzy mieli płynąć do ominiętego portu – powiedział Arthur, podczas gdy Murdock kroił mu zapiekankę warzywną.

– Z tego co słyszałem, miał być zorganizowany dla nich statek w późniejszym terminie – odparł hrabia.

Po obiedzie natomiast zabrał syna do gabinetu, by omówić ważniejsze kwestie, te dotyczące ich majątku. Za nimi poszli Murdock oraz pan Williams. Nad wszystkimi czterema zawisła ciężka chmura powagi. Oto nadszedł ten moment, którego panicz Arthur wyczekiwał z niecierpliwością oraz strachem przez ostatnie tygodnie – miał to wymalowane na twarzy. Natomiast hrabia był spokojniejszy, nawet pogodny, lecz do czasu.

– Niech mnie. – Aż zagwizdał, kiedy zobaczył trzy całkiem wysokie stosy dokumentów ułożone na biurku. – Naprawdę wszystkim tym się zajmowałeś, Arthurze, kiedy mnie nie było? – zapytał.

Obserwujący z boku Murdock mógłby przysiąc, że dostrzegł coś melancholijnego w oczach hrabiego Ingram, gdy ten patrzył na siedzącego w wózku, bladego syna. Dobrze wiedział przez co przechodził podczas jego nieobecności – jeszcze przed obiadem zaprosił doktora Radcliffa do rozmowy na osobności.

– Pan Williams mi pomagał, kiedy byłem chory – wyjaśnił Arthur. – Robiłem wszystko, co było w mojej mocy, ojcze.

– Nie śmiem wątpić – stwierdził hrabia, po czym skinął z uznaniem na kamerdynera. Pan Williams odpowiedział ukłonem.

On i Murdock następnie przenieśli dokumenty na stolik przed biurkiem. Ponad dwie godziny zajęło ich panom omówienie i przejrzenie wszystkiego. Najwięcej czasu poświęcili zabezpieczeniom przed powodzią. Tym razem to panicz Arthur mówił najwięcej, zaś hrabia słuchał uważnie. Czasem też pozwalano panu Williamsowi zabrać głos, jeśli mowa była o czymś, nad czym to on miał większą kontrolę. Murdock z kolei stał za paniczem w całkowitym milczeniu, po raz kolejny przepełniony podziwem dla jego podejścia do obowiązków. Po prawdzie to nie tylko on był urzeczony w tamtej chwili, bo hrabia również. Gdy rozmawiał z synem, to było jak spotkanie dwóch równych sobie wspólników.

A kiedy wszystko zostało omówione i podjęto kolejne decyzje, wstał, obszedł stół i położył obie dłonie na ramionach Arthura.

 – Doskonale się spisałeś, synu! Jestem z ciebie dumny, jak nigdy!

Arthur patrzył na ojca z tym samym niedowierzaniem, jak na podjeździe. W końcu słowa hrabiego w pełni do niego dotarły. Usta mu zadrżały, oczy zalśniły.

– Dziękuję, ojcze.

– Nie – zaprzeczył hrabia, kręcąc głową – to ja powinienem tobie podziękować.

Gdy wzruszony panicz wycierał sobie kąciki oczu chusteczką, którą podał mu ojciec, Murdock zerknął na pana Williamsa. Kamerdyner uśmiechnął się porozumiewawczo, więc przyboczny odpowiedział mu tym samym.

Trudy i zmartwienia panicza Arthura z ostatnich kilku tygodni zostały w tym właśnie momencie wynagrodzone.

 

9

 

Murdock zrozumiał, czemu ojciec Arthura musiał się przeciągnąć tuż po wyjściu z powozu, kiedy odkrył, że oprócz bagaży na pace drugiego pojazdu, przywiózł ze sobą całe mnóstwo pamiątek. Jak wytłumaczył hrabia, chciał mieć pewność, iż przybędą razem z nim.

Najwięcej prezentów miał oczywiście dla syna.

Podczas pomagania paniczowi przy ich rozpakowywaniu, Murdock starał się za wszelką cenę zachować powagę swej funkcji i nie pokazać po sobie ciekawości wewnętrznego dziecka.

To nie dla ciebie – powtarzał sobie w myślach, kiedy nożyczkami przecinał ozdobny papier, żeby ułatwić Arthurowi ściągnięcie go z prezentów. Aby ułatwić przybocznemu to zadanie, panicz pozwolił mu usiąść obok siebie na kanapie, lecz prawdopodobnie krył się za tym inny, nie powiedziany głośno, nadal jeszcze kłujący w prawym udzie powód.

W ostatnim rozpakowanym pudełku była książka w ozdobnej oprawie. Jej autor, George Du Bois, nie budził u Murdocka prawie żadnych skojarzeń, poza tym, że na pewno był mężczyzną. Natomiast tytuł pozostał dla niego zupełną zagadką, bowiem jak można się tego było spodziewać, został zapisany po jeanpaysku, z którego Murdock znał niewiele słów i zwrotów, a żadnego z nich tutaj nie rozpoznawał.

Panicz Arthur z kolei był biegły w tym języku.

– „Postrach sieją czarne żagle” – odczytał przetłumaczony przez siebie tytuł. – To o piratach?

– Zobacz, Arthurze – polecił hrabia.

Zachęcony panicz otworzył książkę na przypadkowej stronie na samym początku powieści. Jego oraz Murdocka oczom ukazała się zajmująca całą stronę kolorowa ilustracja, przedstawiająca statek piracki, który zgodnie z tytułem, miał czarne niczym noc żagle, silnie kontrastujące z barwnym kadłubem.

– W księgarni słyszałem, że ta książka od kilku miesięcy cieszy się niezwykłą popularnością wśród młodzieży i jest kwestią czasu, kiedy zostanie przetłumaczona w naszym kraju.

– Z przyjemnością przeczytam ją, ojcze, jeszcze zanim wyjdzie tłumaczenie – oznajmił Arthur i zamknął „Postrach sieją czarne żagle”.

Murdock usłużnie podał mu następną paczkę, trochę cięższą od poprzedniej.

Wyciągnął z niej kolejne, tym razem blaszane pudełko. Kolorowe wypukłości w kształcie zwierząt i drzew lśniły delikatnie, gdy je obracał. Na środku wieka, pomiędzy dwoma jeleniami, był napis i tym razem Murdock zdołał rozpoznać kilka słów, lecz nic nie powiedział. To panicz wyraził na głos zaskoczenie:

– Cukierki? – Potrząsnął pudełkiem. Ze środka dobiegł krótki, przytłumiony grzechot. – Bardzo ich tam dużo.

Położył pudełko na kolanach. Koniuszkiem szpiczastego kciuka dopiero po trzeciej próbie udało mu się unieść prymitywne zamknięcie.

Miał rację co do ilości słodyczy we wnętrzu. Cukierki owinięte w kolorowe papierki wypełniały pudełko niemal po brzegi, a było ono całkiem spore i głębokie. Panicz był tak tym zdziwiony, że dla pewności wsadził odzianą w czystą rękawiczkę dłoń do środka, by sprawdzić, czy pod spodem nie ma czegoś innego, większego. Zanurzył ją do końca kciuka.

– One wszystkie są dla mnie? – zapytał ojca.

– Tak, Arthurze. O smaku owoców leśnych. Spróbuj. Ja już się poczęstowałem w sklepie i mi smakowały.

Panicz sięgnął po pierwszy z wierzchu cukierek i rozwinął z papierka z ostrożnością wynikłą bardziej z ograniczonej sprawności dłoni niż celebracji chwili. Skoro słodycze w pudełku miały smaki owoców leśnych, to jasnoczerwona kulka musiała być malinowa. Murdock dyskretnie patrzył, jak Arthur wkłada ją sobie do ust i zaczyna ssać – zawsze istniało ryzyko, że może zacząć się zakrztusić.

–Są naprawę dobre, ojcze – przyznał panicz, po przełknięciu cukierka – ale…

– Tak, synu?

– Nie zjem ich wszystkich. Za dużo ich.

Hrabia Ingram zaśmiał się cicho.

– Nie powiedziałem, że musisz od razu opróżnić całe pudełko – odparł.

Arthur pokiwał głową, a oczy rozszerzyły mu się, jak u kogoś, kto dokonał nagłego odkrycia. W następnej sekundzie jego osobisty służący miał tuż przed sobą pudełko z cukierkami.

– Proszę, Murdock, poczęstuj się – powiedział Arthur.

Przez moment przyboczny nie wiedział, czy powinien, lecz poczuł na sobie jeszcze czyjś wzrok. Zerknął w tamtą stronę i ku swemu jeszcze większemu zaskoczeniu ujrzał, jak hrabia Ingram kiwa mu zachęcająco głową.

– Bardzo dziękuję, paniczu. – Nie chcąc wyjść na bardziej wybrednego od swego pana, również bez większego namysłu sięgnął po cukierek. Jego był owinięty w ciemnoniebieski papierek. Rozwinął go i spróbował. Zgodnie z jego domysłami, miał smak jagód, a ponieważ nie wolno było mówić z pełnymi ustami, nie powiedział, jak bardzo mu smakuje.

Tymczasem panicza Arthura dopadła refleksja. Popatrzył na ojca niepewnie, ale nadal uśmiechnięty hrabia pokręcił głową.

– Ja dziękuję. Jestem najedzony po obiedzie – oznajmił.

Arthur odetchnął dyskretnie z ulgą, po czym wezwał do siebie wszystkich służących, którzy byli w tej chwili w salonie, zaczynając od kamerdynera i gospodyni. Każdego z nich poczęstował cukierkiem. Paru z nich zjadło je od razu, pozostali przechowali na później, ale wszyscy podziękowali dygając lub oddając ukłon. Na końcu panicz poprosił ponownie pana Williamsa oraz panią Hobbes. Na uchylone wieko wysypał sporą część słodyczy.

– Proszę, kiedy będzie okazja, rozdajcie je pozostałym w moim imieniu, także Jenkinsowi i jego ludziom.

– Jak sobie życzysz, paniczu – powiedziała gospodyni.

– Czy przekazać prezent także doktorowi Radcliffowi? – zapytał kamerdyner.

– Nie trzeba, Williams. Sam to zrobię – oświadczył Arthur.

W ten sposób z blaszanego pudełka zniknęła co najmniej czwarta część zawartości. Kiedy jego pan rozdawał cukierki, Murdock od czasu do czasu zerkał na hrabiego, który w milczeniu obserwował postępowanie syna. Uśmiech zadowolenia ani razu nie zszedł mu z twarzy. Służący aż zaczął mieć podejrzenia, czy przypadkiem to pudełko cukierków nie miało być tylko prezentem z zagranicznej podróży, ale również sekretnym testem dla Arthura, co zrobi ze słodyczami, z którymi samotne uporanie się zajęłoby mu zbyt dużo czasu.

Po minie hrabiego Ingram Murdock uznał, że jeśli istotnie był to sprawdzian charakteru, to panicz Arthur zdał go śpiewająco.

 

10

 

Zegar w sypialni po drugiej stronie drzwi wybił pełną godzinę, kiedy Murdock skończył owijać nogi panicza bandażami.

– Gotowe – oznajmił.

Wstał i poszedł zdjąć z wieszaka szlafrok. Arthur tymczasem wsunął stopy w miękkie kapcie.

– Czy przygotowałeś herbatę? – zapytał.

– Tak, paniczu. Czeka w sypialni. Czy przynieść ją tutaj?

– Nie trzeba, Murdock. Proszę, podaj mi laskę.

– Oczywiście.

Opierając się dodatkowo o brzeg wanny, panicz zdołał podnieść się ze stołka. Choć stwierdził wcześniej, że nogi nie dokuczały już tak bardzo, wykrzywił usta i wyciągnął rękę w stronę Murdocka.

Razem przeszli z łazienki do sypialni, gdzie Arthur od razu usiadł na łóżku.

– Czy życzy sobie panicz czegoś do herbaty?

Arthur zastanowił się.

– Tak, mleka – odpowiedział z uśmiechem.

Murdock mimowolnie pozwolił, aby zaskoczenie pojawiło się mu na twarzy, kiedy usłyszał śmiech swego pana. Był cichy, szczery, niewymuszony, a przede wszystkim, dawno niesłyszany.

– Tylko żartowałem. Akurat mleka mam dość na jakiś czas po dzisiejszej kąpieli. Dwie łyżeczki cukru poproszę… Murdock?

Zawołany opamiętał się i zamknął lekko uchylone usta – pozostawił tylko ich kąciki nieznacznie uniesione. W milczeniu spełnił prośbę panicza.

– Czy to mój żart tak cię rozbawił? – spytał Arthur. Delikatna nuta w jego głosie sugerowała, że sam wątpi w taką możliwość.

Murdock zdołał powstrzymać się od przedwczesnej odpowiedzi, która mogłaby kosztować go więcej wstydu. Nie sądził, by panicz zrobił to celowo, ale zadane przez niego pytanie należało do tych podchwytliwych. Źle dobrane słowa wymagałyby potem gęstego, niezręcznego tłumaczenia.

– Cieszy mnie, że panicz jest w tak dobrym humorze.

Arthur zatrzymał kubek na wysokości brody. Uniósł brwi.

– Naprawdę?

Serce Murdocka zabiło mocniej. Miał nadzieję, że nie było tego słychać.

– To prawdziwa ulga widzieć panicza w nastroju do żartów.

Chyba jednak powinien poświęcić jeszcze kilka sekund na przemyślenie tego, co powinien powiedzieć, bo Arthur wciąż był zaintrygowany.

– Ulga? Co masz na myśli, Murdock?

Mogę skłamać – pomyślał przyboczny – Nie, to niewłaściwe rozwiązanie.

Nie lubił kłamać. Poza tym, panicz był spostrzegawczy i odkryłby, że jego sługa miga się od prawdy, choćby mówił on z największym spokojem. Najlepiej jednak będzie powiedzieć szczerze z głębi serca i przyjąć pokornie reakcję Arthura, obojętnie jaka by ona nie była.

Dyskretnie wciągnął powietrze.

– W ostatnim czasie bardzo się martwiłem tym, jak panicz znosi przygotowania do powrotu hrabiego. Jeszcze w południe sądziłem, że dzisiejszej nocy nie będzie panicz w stanie zasnąć, mimo przyjęcia środka nasennego… A potem hrabia powrócił wcześniej niż wszyscy oczekiwali i ostatecznie wszystko skończyło się dobrze. Dlatego cieszę się, że po tym, przez co przechodził panicz przez ostatnie tygodnie, jest w tak dobrym humorze.

Arthur najpierw popatrzył na Murdocka w zdumieniu, potem opuścił zamyślony wzrok na herbatę. Wypił jej dwa łyki i każdy z nich zabrzmiał niezwykle wyraźnie w ciszy spowitej półmrokiem sypialni.

– Mógłbyś usiąść? – Zapytał w końcu, brodą wskazując najbliżej stojące krzesło. – Naprzeciwko mnie.

Murdock posłusznie przysunął sobie ten konkretny mebel.

Arthur odstawił herbatę na stolik nocny.

– Przepraszam, Murdock, i… dziękuję ci. Za wszystko.

Przyboczny aż zamrugał parę razy.

– Proszę o wybaczenie, paniczu, ale nie rozumiem za co chce mnie panicz przeprosić?

Arthur spojrzał Murdockowi prosto w oczy.

– Przecież przed chwilą sam przyznałeś, jak bardzo się o mnie martwiłeś w ostatnim czasie… Inni z resztą również… Nie powinienem był dopuścić, by coś takiego miało w ogóle miejsce, a jednak… Własną ambicją przysporzyłem więcej zmartwień.

Ślady wcześniejszej wesołości opuściły Arthura. Powróciło dobrze znane przygnębienie. Żart sprzed zaledwie chwili stawał się właśnie odległym wspomnieniem.

– Proszę nie mieć sobie tego za złe, paniczu – powiedział Murdock łagodnie. – Nie musi panicz za nic mnie ani nikogo innego przepraszać.

Arthur patrzył na niego przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym wyciągnął rękę. Nie sięgnął jednak po kubek, tylko blaszane pudełko z cukierkami, które wcześniej zostawił na stoliku nocnym. Otworzył je, teraz bez większego trudu, i obrócił w stronę służącego.

– Poczęstuj się, Murdock.

– Dziękuję, paniczu.

I pan, i jego przyboczny wzięli sobie po jednym cukierku. Ssali je w milczeniu, zaś panicz popijał swojego dodatkowo herbatą. Czasem zerkał to na służącego, to na blaszane pudełko odstawione na kołdrę.

– Powiedz mi, Murdock…

– Tak, paniczu?

– Naprawdę smakują ci te cukierki?

– Są bardzo dobre, paniczu.

– A pudełko? Czy podoba ci się?

Murdocka zdziwiło trochę to pytanie, ale i na nie postanowił odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

– Jest bardzo ładne – przyznał. – Nigdy nie widziałem tak ozdobnego opakowania. – Ostatnim pretendentem do tego tytułu, według niego, była ręcznie malowana puszka na kawę zaparzaną rano dla hrabiego, ale tym spostrzeżeniem wolał jednak nie dzielić się z paniczem.

Arthur ponownie położył sobie pudełko na kolanach. Przesunął ostrożnie dłoń po wieku.

– Ja też – przyznał. – Murdock.

– Tak, paniczu?

– Czy mógłbyś odsunąć się z krzesłem trochę na bok?

– Oczywiście.

Gdy tylko to zrobił, Arthur otworzył szufladę pod blatem stolika nocnego. Była płytka i podzielona na dwie przegrody. Zadziwiony Murdock patrzył, jak panicz przekłada drobiazgi z jednej części, tej bliższej łóżka, do drugiej, tę pierwszą pozostawiając pustą, ale nie na długo. W następnej kolejności wyciągnął bowiem z blaszanego pudełka garść cukierków. Nie czekając, aż zaczną mu wypadać z dłoni, wrzucił słodycze do pustej przegrody w szufladzie.

– Paniczu… – Murdock nie rozumiał takiego postępowania. Usiłował znaleźć jakieś powiązanie między tym, co teraz robił Arthur, a jego wcześniejszymi pytaniami, lecz nie mógł żadnego znaleźć… a może podświadomie nie chciał, bo możliwa odpowiedź była zbyt śmiała?

Arthur tymczasem bez słowa przełożył jeszcze kilka pełnych garści cukierków do szuflady. Na końcu wygładził dłonią jej nową zawartość oraz porównał krytycznie z pozostawionymi w pudełku słodyczami. Efekt musiał go zadowolić, bo wsunął z powrotem szufladę.

– Proszę, to dla ciebie. – Wręczył oniemiałemu przybocznemu pudełko.

Murdock naprawdę nie wiedział, co powiedzieć, jak zareagować. Ostrożnie uniósł wieko – w środku pozostało jeszcze kilka dobrych garści cukierków – więcej niż miał kiedykolwiek, co powoli do niego docierało.

– Ale… – nie dokończył zdania, bo przypomniał sobie, że nie wolno w ten sposób zwracać się do swego pana.

– O co chodzi, Murdock? – zapytał Arthur. – Jeśli masz jakieś zastrzeżenia, mów śmiało.

Służący przełknął ślinę,

– Dlaczego? – zapytał. – Przecież to prezent od hrabiego.

Arthur uśmiechnął się łagodnie, chyba nawet z rozbawieniem.

– Wiem, Murdock. Pewnie myślisz, że odrzucam jeden z wielu podarków od ojca, ale to nieprawda. Po prostu dzielę się nim z innymi. – Dotknął uchwytu szuflady. – Smakują mi, to prawda, lecz co za dużo, to niezdrowo, jak mówią. Nie zdołałbym sam ich zjeść odpowiednio szybko i bez ryzyka zepsucia zębów, więc postanowiłem je rozdać, sobie zostawiając odpowiedni zapas. Myślę, że ojciec nie miałby nic przeciwko temu.

Murdock pokiwał głową. Przypomniał sobie, jak po południu Arthur częstował cukierkami służbę, ku wyraźnemu zadowoleniu hrabiego.

– Rozumiem, paniczu. Bardzo dziękuję.

– Proszę… Jest jeszcze coś.

– Tak, paniczu?

Teraz wyraźnie zakłopotany Arthur odwrócił na moment wzrok. Złączone dłonie położył na kolanach.

– Jak wiesz, przed kolacją rozmawiałem sam na sam z ojcem. Zgodził się, by wszyscy, którzy moim oraz Williamsa i pani Hobbes zdaniem szczególnie wyróżnili się podczas ostatnich tygodni swoją pracą, dostali premię do wypłaty oraz dodatkowy dzień wolny. Ciebie również to dotyczy, Murdock.

– Jestem wdzięczny za ten zaszczyt, paniczu – rzekł przyboczny, co Arthur przyjął z niepewnym uśmiechem.

– Cieszę się, Murdock, ale według mnie to nadal za mało – wyznał. Położył dłoń na pudełku. – Zasługujesz na znacznie więcej, za opiekę i wsparcie, które mi dajesz, mimo że ty sam… Gdyby nie twoja pomoc, to nie wiem, czy w ogóle bym poradził sobie… ze wszystkim. Słodycze, premia i dodatkowy dzień wolny nie wystarczą, czuję to, ale nie wiem, w jaki sposób mógłbym jeszcze okazać wdzięczność… Kiedy skończą się cukierki, na pewno znajdziesz jakieś zastosowanie dla pudełka. Mnie samo w sobie nie byłoby potrzebne.

Gdy skończył mówić, Arthur spojrzał na Murdocka, jakby teraz to on obawiał się reakcji swego przybocznego. Cofnął dłoń z pudełka.

Po prawdzie Murdock też przez moment milczał. Wyznanie panicza, choć przerywane krótkimi pauzami, było szczere. Arthur naprawdę doceniał to, co Murdock dla niego robił, a i on był rad, że jego praca nie pozostała niezauważona. Samo to mu właściwie wystarczyło, ale…

Objął rękoma blaszane pudełko. Cukierki w środku zagrzechotały.

– Bardzo dziękuję, paniczu, z całego serca. To, co już od panicza otrzymałem, jest dla mnie wystarczającą nagrodą i nie śmiem prosić o więcej.

Być może sprawił to tylko płomień świecy, nagle poruszony przez podmuch powietrza, lecz oczy panicza Arthura na ułamek sekundy zabłysły.

Koniec

Komentarze

Tym razem przyboczny zdołał powstrzymać wyraz zaskoczenia przed wyjściem na twarz.

Fatalnie to brzmi. Już lepiej byłoby po prostu bez tego "przed wyjściem na twarz", albo "Tym razem na twarzy przybocznego nie pojawił się wyraz zaskoczenia."

 

Ból zaczął kłóć go w prawej nodze… 

Te rzeczy rzuciły mi się od razu w oczy, choć mam wrażenie, że jest tam trochę więcej zdań takich jakby w porządku, ale na granicy zgrabności. Może wkrótce uda mi się przytoczyć kilka przykładów.

Reszta technikaliów raczej w porządku, gdzieś mignęła mi literówka, ówdzie zdanie zaczynające się małą literą. Nic poważnego.

Problem w tym, że nie bardzo wiem, co chciałaś opowiedzieć przy pomocy tego tekstu. Bo ja widzę tu tylko scenkę, dość sielankową zresztą, z życia jakiegoś artstokratycznego domu, oraz opis relacji panicz – ojciec – sługa, slodszej, niźli całe, przywiezione przez hrabiego, pudełko cukierków. Nie chodzi o to, że przeszkadzają mi jednorożce, ba, całkiem fajnie, dla odmiany, przeczytać jest opowiadanie, w którym nie ma skurwysynów. Rzecz w tym, iż przez ponad sześćdziesiąt tysięcy znaków właściwie nic się nie wydarzyło. Tajemnicza choroba pozostała tajemnicą (a gdyby zastąpić ją zupełnie nie tajemniczymi problemami neurologicznymi, nic by się nie zmieniło), podobnie jak uraz Murdocka. Matka, która mogłaby być tajemnicza, została ledwie zarysowana, a powrót hrabiego, który stanowił oś napięcia w Twoim tekście, rozpłynął się we wszechobecnej słodyczy.

Pozostaje klimat, dość specyficzny, łagodny, jakby oblany słodkim, bursztynowym światłem, oraz spokojny rytm opowieści. Które, uważam, nie ucierpiałyby nic a nic, gdyby opowiadanie skrócić do jednej czwartej objętości.

Tekst w obecnej formie sprawdzałby się jako pierwszy rozdział rozbudowanej, wielowątkowej, niespiesznie prowadzonej powieści o losach arystokratycznego rodu. Jako osobna opowieść… No, nie bardzo.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przeczytałam mniej więcej połowę i uwierzyłam w przedmowę, że więcej fantastyki już nie będzie, więc odpuściłam. Panicz dzielnie choruje, przyboczny mu współczuje i stara się pomóc… Obyczajówki mnie nudzą.

Napisane nie najgorzej, ale czasem trafi się mniejszy lub większy babol.

Odsunąwszy drugą zasłonę, Murdocka aż zatchnęło z podziwu.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo bzdury wychodzą.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarze.

Cóż… Chciałam napisać właśnie coś lżejszego i pozytywniejszego. A jeśli chodzi o to, że tekst jest bardziej fragmentem niż osobnym bytem. to cały projekt wyobrażam sobie jak zbiór osobnych opowieści, które mają jednak wspólne wątki, które z czasem będę rozwijać, jak historia hrabiny Ingram czy uraz Murdocka.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Żywot panicza i jego sługi. Ma to swój urok, jako obyczajówka sprawdzi się bardzo dobrze. Problem jest tylko taki, że, jak Finkla, dojechałem do połowy i poczułem się znudzony. Relacja sługa-pan wydaje się nie zmieniać, sytuacje są nieśpieszne. To taki sielankowy obraz, że w pewnym momencie chcę wysiąść i zażyć czegoś bardziej żywszego :)

Sam tekst czytało mi się nie najgorzej. Jedna rzecz zwróciła moją uwagę:

Na początku marca zasłabł po raz kolejny.

Jest moda, by w fikcyjnych światach używać naszego kalendarza, ale proponowałbym nie iść tą drogą :) Oczywiście, o ile to nie jest nasz świat, bo ciężko mi to samemu określić.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jak zwykle staram się unikać stosowania nazw zbyt mocno kojarzących się z “naszym” światem, tak myślę, że nie ma nic złego w używaniu prawdziwych miesięcy w świecie fantastycznym.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Jak zwykle staram się unikać stosowania nazw zbyt mocno kojarzących się z “naszym” światem, tak myślę, że nie ma nic złego w używaniu prawdziwych miesięcy w świecie fantastycznym.

Myślę, że to zależy od czytelnika. Zauważ, że nasz kalendarz nie jest w cale a wcale uniwersalny – niemal każda cywilizacja miała swój, a i w Europie były próby zmiany (juliański na gregoriański albo ten z czasów Rewolucji Francuskiej). Jeśli więc coś dla mnie łamie imersję, to właśnie to, podobnie jak system metryczny. Ich geneza jest bowiem zbyt związana z naszą ziemską historią, bym łatwo to łyknął.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A dla mnie to zależy. Europejskie miesiące wywodzą się ze starożytnego Rzymu i te mogą zgrzytać. Ale większość polskich bierze się z prac wykonywanych w rolnictwie w danym czasie albo ze zmian zachodzących w naturze. Kwietnie czy sierpnie uważam za uniwersalne.

Babska logika rządzi!

Niestety, Ajzan, opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu.

Relacja między młodym hrabią i jego służącym, pokazana z umiarem, mogłaby nawet być niezłym dodatkiem do jakiegoś opowiadania, ale okazała się niezmiernie nudna, kiedy stała się wypełniaczem tak długiego tekstu, w którym praktycznie nic poza tym się nie dzieje. W dodatku mocno rozczarowujący jest kompletny brak fantastyki.

Przyjmuję do wiadomości, że tworzysz większą opowieść, w której ledwie tknięte tu sprawy znajdą rozwinięcie, ale Dziedzic hrabiego Ingram, w zaprezentowanym kształcie, nawet tego nie zapowiada.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

W tych stwier­dze­niu nie było żalu… –> Literówka.

 

Mur­dock pie­lę­gno­wał go i nie opusz­czał jego boku… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Kie­ro­wa­ły nim nie tylko przez obo­wią­zek oraz tro­ska, lecz także nie­wy­po­wie­dzia­ne po­czu­cie winy. –> Raczej: Kie­ro­wa­ły nim nie tylko obo­wią­zek oraz tro­ska, lecz także po­czu­cie winy.

 

Trzy mie­sią­ce póź­niej już nie żyła.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Jak oznaj­mił, Mur­dock wró­cił do cho­re­go. –> Kto, co i komu oznajmił?

 

a Ar­thur odło­żył kubek na tacę. –> …a Ar­thur odstawił kubek na tacę.

Z odłożonego kubka wylewa się jego zawartość.

 

Spoj­rzał tez na pa­ni­cza… –> Literówka.

 

chore nogi w końcu za­czę­ły od­ma­wiać po­słu­szeń­stwa, na po­wrót zmu­sza­jąc pa­ni­cza do przy­mu­so­we­go spo­czyn­ku. –> Brzmi to fatalnie.

 

– Jak dotąd wszyst­ko idzie jak po maśle. W domu prace idą w za­do­wa­la­ją­cym tem­pie… –> Powtórzenie.

 

Z tymi sło­wa­mi słu­żą­cy pchnął wózek ku wyj­ściu –> Brak kropki na końcu zdania.

 

masz zaraz wró­cić z nim do środ­ka.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

kiedy wpada o po­miesz­cze­nia przez otwar­te okno. –> Literówka.

 

Od głów­nej drogi od­cho­dzi­ły po obu stro­nach ścież­ki pro­wa­dzą­ce w głąb ogro­dów ota­cza­ją­cych po­sia­dłość. –> Wydaje mi się, że posiadłość, to nie tylko dom/pałac/ zamek, ale także ogrody i parki otaczające zabudowania, a także dalej położone ziemie.

 

w trak­cie roz­mo­wy pa­ni­cza z głów­nym ogrod­ni­kiem . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Prze­cież był tylko przy­bocz­nym – kimś, z któ­rym pa­nicz spę­dzał naj­wię­cej czasu… –> …kimś, z kim pa­nicz spę­dzał naj­wię­cej czasu

 

– Nie chciał­byś może sta­nąć na jesz­cze jeden po­stój? –> Raczej: – Nie chciał­byś może zatrzymać się na jesz­cze jeden po­stój?

 

Stąd do al­tan­ki jest jed­nak kawał drogi, –> Na końcu zdania powinna być kropka.

 

Ból za­czął kłóć go w pra­wej nodze… –> Dlaczego ten błąd nadal kłuje w oczy?!

 

oraz stra­chem przez ostat­nie ty­go­dnie –miał to wy­ma­lo­wa­ne na twa­rzy. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Po­god­niej­szy wyraz miał na­to­miast hra­bia, lecz kiedy wszedł do ga­bi­ne­tu, za­stą­pio­ny zo­stał przez zdu­mie­nie. –> W jaki sposób zdumienie zastąpiło hrabiego?

 

A kiedy wszystko zostało omówione i podjęte zostały kolejne decyzje… –> Powtórzenie.

 

panicz pozwolił mu usiąść obok siebie na kanapie. lecz prawdopodobnie krył się za tym inny, nie powiedziany głośno. nadal jeszcze kłujący w prawym udzie powód. –> Zamiast kropek miały być chyba przecinki.

 

Murdock usłużnie podał mu kolejną paczkę, trochę cięższą od poprzedniej.

Z następnej paczki panicz wyciągnął kolejne… –> Powtórzenia.

 

Jego był owinięty w fioletowy papierek. Rozwinął go i spróbował. Zgodnie z jego domysłami miał smak czarnej porzeczki… –> Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Czy czarna porzeczka jest owocem leśnym?

 

Murdock mimowolnie pozwolił, aby zaskoczenie wyszło mu na twarz… –> Raczej: …Murdock mimowolnie pozwolił, aby zaskoczenie pojawiło się na twarzy

 

Murdock zdołał powstrzymać się przed przedwczesną odpowiedzią… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Murdock zdołał powstrzymać się od przedwczesnej odpowiedzi

 

Arthur odłożył herbatę na stolik nocny. –> …Arthur odstawił herbatę na stolik nocny.

 

Tym razem przyboczny zdołał powstrzymać wyraz zaskoczenia przed wyjściem na twarz. –> Dlaczego to koszmarne zdanie nadal straszy?!

 

postanowił odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

– Jest bardzo ładne – przyznał. – Nigdy nie widziałem tak ozdobnego opakowania.

To była prawda. –> Czy to powtórzenie jest konieczne?

 

przekłada drobiazgi z jednej części, tej bliższej łóżka, do drugiej, pierwszą pozostawiając pustą… –> …do drugiej, pierwszą pozostawiając pustą…

 

Smakują mi, to prawda, lecz co za dużo, to nie zdrowo, jak mówią. –> Smakują mi, to prawda, lecz co za dużo, to niezdrowo, jak mówią.

 

Przypomniał sobie, jak popołudniu Arthur częstował cukierkami służbę… –> Przypomniał sobie, jak po południu Arthur częstował cukierkami służbę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za wskazanie błędów. Poprawiony tekst niedługo wrzucę.

Przeczuwałam, że tak długie opowiadanie jako obyczajówka zostanie w podobny sposób przyjęte. Pozostaje tylko jeszcze kwestia, czy ma pozostać jako opowiadanie, czy lepiej oznaczyć jako fragment.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Miło mi, że uwagi przydały się. ;)

Ajzan, zmieniając oznaczenie na FRAGMENT, zwolnisz dyżurnych z obowiązku czytania tego tekstu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłam opowiadanie we wskazanych oraz innych miejscach.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Nowa Fantastyka