- Opowiadanie: jganko - Telefon od Katarzyny

Telefon od Katarzyny

Howard Phillips Lovecraft stał się bardzo ważną postacią w moim życiu, odkąd tylko poznałem go w wieku 11 lat. Lektura zbiorku “Zew Cthulhu” w kultowej edycji wydawnictwa Czytelnik z pewnością w znaczny sposób wpłynęła na moją psychikę, toteż i co jakiś czas powracam do lovecraftowskich motywów w swoich opowiadaniach. W “Telefonie od Katarzyny” wymieszałem je z klimatem warszawskiej Pragi i wierzeniami Azteków.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Telefon od Katarzyny

Azteccy bogowie i boginie – jak wynika z tego, co dotąd o nich wiemy – nie nadają się do kochania i sami nie kochają. W ich mitologii brak łaski, uroku czy poezji. Tylko niekończące się klątwy, klątwy i rzucanie klątw, jeden bóg przeklinający drugiego, bogowie rzucający klątwę na ludzkie jestestwo oraz ludzie przeklinający zwierzęta. Bogini miłości to bogini brudu i prostytucji, żywiąca się nieczystością, koszmar bez cienia delikatności…

D. H. Lawrence

 

Dziś nie mam już najmniejszych wątpliwości, że telefon, który obudził mnie tamtej nocy, był tylko wymysłem skrajnie wyczerpanej wyobraźni. Nim jednak przejdę do sedna, należy się kilka słów wstępu do sytuacji, w jakiej się znalazłem i nakreślenie przynajmniej podstawowych okoliczności, które mnie do niej doprowadziły.

Rzecz ta rozpoczęła się w czasie, kiedy traciłem już resztki wiary w rasę ludzką i każdego ranka toczyłem wyniszczający bój z własną niemocą, ażeby dopisać kolejny dzień do mego ze wszech miar pogrążającego się w rozpaczy żywota.

Kobieta, dla której wcześniej wstawałem co rano z uśmiechem na ustach i pełen energii wkraczałem w kolejny dzień, porzuciła mnie bez zająknięcia na tydzień przed naszymi planowanymi zaślubinami. Jakby tego było mało, uciekła na drugi koniec świata u boku jakiegoś niespełna rozumu Araba, który z dnia na dzień stał się milionerem, opublikowawszy w internecie szalonego ebooka lifestyle’owego. Choć jego dzieło pozbawione było jakichkolwiek znamion sensu, ciągów przyczynowo-skutkowych i ogólnie pojętej logiki, zostało ogłoszone objawieniem zapomnianej od lat literatury i wywołało istną histerię pośród młodych internautów.

Tak jak błyskawiczny był jego sukces, tak też i moja skromna osoba została w jednej chwili zmieciona z piedestału najszczęśliwszego człowieka na tym łez padole i sprowadzona do miana żałosnej, samotnej jak palec jednostki. Zostałem porzucony w wielkim, jednoizbowym mieszkaniu w wyjątkowo patriotycznej okolicy na warszawskiej Pradze, gdzie bez żadnych problemów pomieściłyby się wszystkie me smutki i rozterki życiowe. Dni zmuszony byłem wypełniać bezmyślną pracą dla jednej z bezdusznych korporacji, która swą uwłaczającą umową o dzieło stanowiła o moim byciu bądź nie byciu. Choć jednocześnie oferowała mi jedyną drogę ucieczki od bezowocnych rozmyślań nad przeszłością, coraz częściej rozważałem wskazanie niebycia, mając do wyboru tylko i wyłącznie odczłowieczający serwilizm u jej stóp.

Jedyną pociechę odnajdowałem – aż wstyd się przyznać do wkroczenia na tak modelową drogę upadku – w alkoholu, który podawano w trzech bardzo sympatycznych przybytkach umiejscowionych w nad wyraz wygodnej dla mnie lokalizacji kilka przecznic od mego domu. W krótkim czasie większość chwil wolnych od korporacyjnego służalstwa zacząłem spędzać w lokalu o uroczej nazwie Skład Butelek. Nie pragnę tutaj w żaden sposób sugerować, iż poczyniłem w nim jakiekolwiek próby nawiązania nowych znajomości, o nie! Moje ostatnie przeżycia udowodniły mi ponad wszelką wątpliwość, że jestem jednostką toksyczną, bezwartościową i krótko mówiąc: nie nadającą się do współżycia ze społeczeństwem, nie mając mu do zaoferowania nic ponad rozczarowanie każdym najmniejszym aspektem egzystencji.

Faktem pozostaje jednak to, iż poznałem w Składzie Butelek trzy przeurocze barmanki, które dzielnie towarzyszyły memu zgorzknieniu, wiernie nalewając kolejne kieliszki trucizn. Szczególnie upatrzyłem sobie pośród nich drink o wdzięcznej nazwie moskiewska heroina. Była to substancja wybitnie tajemnicza, powstająca z połączenia autorskiej, sekretnej receptury alkoholu na bazie kawy z dodatkową warstwą mitycznego absyntu. Spożywanie tegoż specyfiku stanowiło osobny rytuał, w który należało zaangażować się bez reszty, ażeby w pełni docenić moc, jaką owa trucizna potrafiła porazić. Wpierw trzeba było zamoczyć dwa złączone palce w górnej warstwie nektaru zielonych wróżek, następnie jednym haustem opróżnić kieliszek z całej zawartości, a cały obrządek zwieńczyć zbliżeniem zamoczonych wcześniej palców do otworów nosowych i zaciągnięciem się ich duszącym zapachem. Choć sam drink stanowił wystarczający pobudzacz zmysłów i potrafił nieźle zamieszać w głowie, dopiero ten ostatni akt stawiał kropkę przy kolejnych zdaniach mej historii o upojeniu alkoholowym.

Tamtego dnia, zaraz po pracy, planowałem tradycyjnie wydać resztki zarobionej jałmużny przy kolejnych kieliszkach moskiewskiej heroiny i pogrążyć się w moich niewesołych rozmyślaniach. Znające mnie już doskonale barmanki znosiły je z wielką wyrozumiałością, a nawet udawanym zaciekawieniem. Jest w ich zawodzie coś niesamowicie przyciągającego, albowiem choć są to nadal najzwyklejsze w świecie kobiety, wykształciły pewną specyficzną barierę. Z jednej strony błyskawicznie dają odczuć mężczyźnie, iż nigdy nie będzie mógł nawet ich zapragnąć, z drugiej zaś pozostają dla niego idealnym kagankiem na płomień myśli niesionych przez jego słowa, będąc tym samym nadal wymarzonymi kompankami do towarzystwa. W moim przypadku dochodziła też do tego kwestia bezpieczeństwa wynikającego ze świadomości, iż nasze bliskie zharmonizowanie nie będzie grozić narodzinami jakiegoś irracjonalnego uczucia, że o wplątywanie się w kolejną toksyczną więź damsko-męską nie wspomnę.

Niestety, gdy tylko wszedłem do Składu Butelek i w niewielkim holu skręciłem w stronę baru, zdałem sobie sprawę, że nie ma dziś żadnej z moich barmanek. Dla pewności podszedłem jeszcze do urzędującego tamtego wieczoru mężczyzny z łobuzerskim uśmiechem na twarzy i spytałem:

– Dzień dobry, czy zastałem Papieża?

– Nie ma Papieża, jest na zwolnieniu.

Płynąca z tego zwięzłego komunikatu dodatkowa informacja, zdradzająca mi, że Papieża – tak nazywała się jedna z moich barmanek – mogła dopaść jakaś choroba, sprawiła, iż w jeszcze bardziej doniosły sposób odczułem sopel lodu, na który nadziano tego wieczoru me serce. W mig przeszła mi ochota na spożywanie jakichkolwiek alkoholi. Tym samym pierwszy raz od dłuższego czasu opuściłem mój ulubiony przybytek, nie spożywszy moskiewskiej heroiny, a zaledwie kiwnąwszy głową ze zrezygnowaniem w stronę barmana.

Skierowałem swe kroki z podwórka, na którym mieścił się Skład Butelek, wprost w stronę torów tramwajowych. Wcześniej jeszcze zwróciłem uwagę na mieszczącą się w jego centrum studnię, pomalowaną przez chuliganów na jaskrawe kolory nie z tego świata. Dochodzące z niej bulgoty były głośniejsze niż zazwyczaj i zagłuszały nawet hałaśliwy koncert odbywający się obok w klubie Hydrozagadka.

Po krótkich przemyśleniach nawet ucieszyłem się z tak wczesnego powrotu. Oto bowiem miałem wreszcie zrealizować rozbrzmiewające od wielu tygodni w mej głowie marzenie o wcześniejszym położeniu się spać, by wreszcie zregenerować organizm poprzez sen dłuższy niż cztery, góra pięć godzin. Zwyczajnie siedziałem do późnej nocy w Składzie Butelek i choć za każdym razem powtarzałem sobie, że dziś skończę wcześniej i zrealizuję mój zdroworozsądkowy plan, ostatecznie nie byłem w stanie odmówić sobie kolejnych kieliszków alkoholu. Na ogół opuszczałem lokal dopiero, gdy moja droga Karolina wydała ostatni z trzech dzwonków zapowiadających rychłe zamknięcie. Dobra z tej dziewczyny dusza, to właśnie myśl o niej i jej bystrym spojrzeniu była ostatnią, którą prześwietlałem snopem pamięci przed zaśnięciem o tej wyjątkowo wczesnej porze.

Nie było mi jednak dane nacieszyć się odpoczynkiem zbyt długo. Jeszcze przed wybiciem północy zbudziłem się niespokojny, rozganiając nieprzytomnie ostatnie strzępki pejzaży sennej krainy, w której gościłem kilka sekund wcześniej. Dopiero po pełnym przebudzeniu uświadomiłem sobie, iż obudził mnie telefon. Wstałem do mojego sekretarzyka i uniosłem ekran, by sprawdzić powiadomienia. Instrument nie dał mi jednak swym krzemowym mózgiem żadnych oznak, jakoby ktoś zaiste wykonywał połączenie w moim kierunku. Nie zmieniało to wcale faktu, że wciąż słyszałem dzwonek! To uporczywe pikanie najwyraźniej rozbrzmiewało w mojej własnej głowie, która zakpiła sobie z potrzeb ciała i nie dała mu wypocząć ani sekundy dłużej.

Prawdziwa groza objęła jednak moje jestestwo dopiero wtedy, kiedy ponownie położyłem się do łóżka. Nieustanne „dryń” w moich uszach zastąpiły wówczas odgłosy piekielnego bulgotania o niezidentyfikowanym źródle. Gdy odciąłem się od pozostałych bodźców i skupiłem na samym odgłosie, z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że był to ten sam niepokojący bulgot, który kojarzyłem ze studni na podwórku obok Składu Butelek. Dźwięk ten nie dał mi zasnąć przez całą noc.

Właśnie przez to następnego dnia spóźniłem się do korporacyjnej pracy i napytałem niemałej biedy. Szef mój, osoba ze wszech miar oderwana od rzeczywistości i żyjąca we własnej namiastce egzystencji, zasługującej znacznie bardziej na miano przetrwania niż życia, nie dał mi nawet dokończyć żadnego ze zdań próbujących objaśnić zaistniałą sytuację. Nie miałem siły się na niego złościć, szczególnie że w dalszym toku naszej rozmowy wywlókł na światło dzienne fakt, iż jest dla niego jasne i niepodważalne, jakoby moja osoba regularnie nadużywała alkoholu i nie nadawała się do wydajniejszej pracy. Uświadomił mi, że jest zmęczony moim ciągłym nieprzystosowaniem życiowym i daje mi dwa tygodnie bezpłatnego urlopu na doprowadzenie się do porządku, o ile pragnę jeszcze kontynuować naszą współpracę. Zdruzgotany przyjąłem jego ofertę, nie mając tak naprawdę innej możliwości.

Dopiero z dzisiejszego dystansu potrafię dostrzec, jak wszystkie te z pozoru niewielkie i niepowiązane ze sobą w żaden sposób zdarzenia zazębiały się i popychały wzajemnie niczym kamienie domina, ostatecznie doprowadzając mnie do całkowitego upadku. Nie zdawałem sobie jeszcze z tego sprawy, gdy wróciwszy do domu wyciągnąłem ze skrzynki awizo pocztowe. Z niemiłym przeczuciem udałem się na pocztę.

Wystawszy swoje w ciągnącej się aż do wyjścia kolejce, przekazałem w okienku powiadomienie o przesyłce. Następnie kobieta spędziła około kilkunastu minut, poszukując – jak to określiła – „cholernie ciężkiej, niewymiarowej paczki”, którą zdawał się kojarzyć cały instytut pocztowy z pominięciem jednego doręczyciela. Zabijając marnowany czas, kobieta zechciała mi jeszcze wyjawić, że był to wyjątkowo duży pakunek, którego waga wskazywała na rzeźbę bądź po prostu kolekcję cegieł.

Oczywiście opis ten był skrajnie pozbawiony sensu, gdyż nie przychodziła mi do głowy żadna osoba, która miałaby jakikolwiek powód, aby wysyłać mi takie kuriozum. Całą wypowiedź wziąłem za jawną kpinę, szczególnie że pracowniczka poczty ostatecznie nie była w stanie znaleźć mojej przesyłki – jakże absurdalne, skoro miała być tak ciężka i ogromna! – a nie wyraziwszy nawet w najmniejszy sposób jakiejkolwiek skruchy, wręczyła mi jedynie niedużą kopertę, która podobno „stanowiła część pakietu”. Prychnąwszy z nie mniejszym chamstwem od tego, które mnie spotkało, opuściłem budynek poczty i czym prędzej otworzyłem kopertę.

Mieściło się w niej kilka kartek wydruku komputerowego spisanego fontem, który zbliżał go do klasycznego maszynopisu. Najważniejsze fragmenty osobliwego listu przytaczam poniżej.

 

Szanowny Panie,

 

przesyłam w Pańskim kierunku najszczersze gratulacje, albowiem moja przesyłka ma wszelkie szanse na to, by odmienić Pańskie dalsze życie. Zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć śmiesznie, ale proszę przeczytać ten list do końca. (…)

Musi mi Pan wierzyć na słowo, że znam takich jak Pan, których życie zawiodło na każdej możliwej płaszczyźnie i są już zbyt zmęczeni, by dalej się z nim siłować. Mam nadzieję, że zdążyłam jeszcze do Pana dotrzeć, póki nie jest za późno. Przesłałam Panu pradawny artefakt: rzeźbę, której wygląd może Pana w pierwszej chwili zaniepokoić, a może nawet przestraszyć, proszę ją jednak traktować jak przyjaciela i pierwszą wskazówkę na nowej drodze życia. Obiecuję, że się Pan na niej nie zawiedzie. (…)

Dlatego też nie mogę od razu powiedzieć wiele na swój temat, liczę jednak na Pańską wyrozumiałość i dyskrecję. Jeśli zna Pan powieść „Wilk stepowy” Hermanna Hessego, proszę myśleć o mnie jak o swojej osobistej Herminie, a list ten traktować jako zaproszenie do naszego własnego Czarnego Orła.

 

Bardzo proszę przemyśleć raz jeszcze swoją życiową filozofię i zastanowić nad wyłożonymi przeze mnie argumentami. Wierzę, że nie jest jeszcze za późno i że wspólnie możemy przynieść ulgę zarówno sobie nawzajem, jak i temu ginącemu światu.

 

Liczę na kontakt,

Katarzyna

XOXO

 

Muszę przyznać, że kilkukrotnie przystawałem w miejscu w trakcie lektury tego listu, nie wierząc w jego absurdalny mistycyzm, a nasamprzód w sam fakt, iż jakaś obca kobieta napisała do mnie z chęcią uratowania mojego tonącego w alkoholu żywota. W normalnej sytuacji spotkałaby ją zapewne z mojej strony niepoważna reakcja granicząca z wyśmianiem, dodatkowo wzmocniona narastającą niechęcią do kobiet jako ogółu, ale z racji tego, że był to jedynie niewinny list, najważniejszym uczuciem, które wzbierało we mnie na jego skutek, była najzwyklejsza ludzka ciekawość.

Przemyślawszy to starannie na przestrzeni całego dnia – nieświadomie spełniając tym samym prośbę Katarzyny – postanowiłem kontynuować naszą korespondencję. Odpowiedziałem na jej osobliwy list jak najbardziej szczerym i narażającym się przy tym na śmieszność (gdyby jednak to był żart z jej strony) wywodem. Wszakże należało się jej przynajmniej kilka słów na temat pakunku, który z winy poczty nie dotarł do mnie tak, jak tego pragnęła.

W ten oto sposób zupełnie niepoważna przesyłka pocztowa przerodziła się w żywą wymianę listów, która dała mi pretekst do czerpania swoistej radości w oczekiwaniu na kolejne odpowiedzi oraz satysfakcję z możliwości pisania dalszych części. Katarzyna, którą traktowałem początkowo nieufnie i z niekrytą wyniosłością, okazała się osobą kulturalną, oczytaną i do tego inteligentną, lecz nie przeintelektualizowaną. Co ważne, nie snobowała się też na pewien odrażający w swej prostocie głód pozornej wiedzy, tak charakterystyczny dla XXI-wiecznej ludzkości.

Powoli wyłaniał mi się obraz osoby zaznajomionej z szerokimi prądami kultury i myśli filozoficznej, potrafiącej jednak obstać przy własnym zdaniu i wyciągać logiczne wnioski ze swoich doświadczeń i obserwacji. Te zaś zdawały się prowadzić Katarzynę do podobnie przykrych i pesymistycznych konkluzji, co moją osobę. O ile jednak mnie samemu brakowało już sił, by podejmować jakąkolwiek walkę z mieszczańskim chamstwem i korporacyjnym prostactwem, tak Katarzyna wciąż miała ochotę zmieniać świat i dawać nadzieję na jakieś lepsze jutro, mimo że momentami miałem wrażenie, iż te idealistyczne poglądy podszyte są czymś niewiarygodnie diabelskim.

Poczucie to narastało szczególnie w momentach, gdy wychodziły z niej pewne mistyczne nastawienia, w których wyczuwałem wręcz skłonności do wiary w oderwane od życia kulty. Nie byłem nigdy osobą pobożną, a religia zajmowała miejsce wielce oddalone od kręgów zainteresowań mego jestestwa, poruszane przez Katarzynę wątki jawiły się jednak jako wyjątkowo interesujące. Niestety za każdym razem, gdy próbowałem ją dopytać o szczegóły, zbywała mnie zgrabnymi unikami i zmianami tematu na bardziej palące kwestie.

Czas ten – który niemal w całości poświęciłem na rozmowy z Katarzyną – powoli pokrywał się z dwutygodniowym odcinkiem wyznaczonym mi na urlop, ja zaś nie czułem najmniejszej chęci na powrót do korporacyjnej rzeczywistości. Między innymi dlatego z chęcią wyraziłem zgodę, gdy Katarzyna wreszcie przyznała wprost to, co oboje od dłuższego czasu ukrywaliśmy w delikatnych podtekstach, i zaproponowała, abyśmy spotkali się w cztery oczy.

Do tej pory byłem pewien, że autobusy linii 115 kończą swoje kursy na zupełnie odciętych od cywilizacji terenach poza Warszawą. Okazało się jednak, iż pętla w Aleksandrowie leży jeszcze jak najbardziej w okręgu stolicy. Było to miejsce wygodnie oddalone od codziennego zgiełku tego miasta, odcięte od zwyczajności, a przy tym kojące niezbrukaną roślinnością i lasami. Dokładnie takie, jakiego spodziewałem się po osobie Katarzyny, urastającej powoli do miana mojej bratniej duszy. Pod tym względem faktycznie coraz bliżej było nam do egzystencjalnej historii Hermanna Hessego.

Potrafię bez najmniejszego problemu przytoczyć moje pierwsze wspomnienie rzeczywistej Katarzyny. Jest ono mocno wyrwane z kontekstu i nie stanowi żadnego rozwinięcia wcześniejszego ciągu przyczynowo-skutkowego. Wiąże się za to nierozerwalnie z moją osobistą teorią kobiecego piękna. Pierś, na której się obudziłem pierwszy raz w towarzystwie Katarzyny, należała do najpiękniejszych, jakie widziałem w życiu, również dzięki temu, że w doskonały sposób wpisywała się w estetykę jej całego ciała. Mieściła się w sam raz w mojej dłoni, nie będąc przy tym nienaturalnie jędrną, ale i nie nazbyt rozlazłą, tak jak te piersi rozpływające się do poziomu bezkształtnej masy bez odpowiedniej interwencji męskiej ręki.

Dokładnie taką samą charakterystykę przedstawiały jej uda, które same w sobie może nawet i były nieco za grube, lecz w połączeniu z miłymi dla oczu pośladkami i długimi łydkami wyglądały najzupełniej normalnie.

Najkrócej rzecz ujmując: Katarzyna okazała się niezwykle piękną kobietą.

Wspomnienie jej piersi było zaś pierwszym, od którego zaczynała się w moim umyśle kronika związanych z nią wydarzeń. W naturalnych okolicznościach posądzałbym ją o zabranie na nasze pierwsze spotkanie w Aleksandrowie nieprzyzwoitych ilości alkoholu. Ale byłem przecież na tę truciznę wyjątkowo odporny i nie mogę uwierzyć, że dopiero co zapoznana dama umiałaby doprowadzić mnie w tak krótkim czasie do stanu, w którym doszczętnie zapomnę o wydarzeniach całego wieczora. Podobnie trudno byłoby mi jednak uwierzyć, iż od razu rozpoczęliśmy znajomość naszych ciał od aktu seksualnego, do którego niezaprzeczalnie tamtej nocy między nami doszło.

W późniejszym czasie wielokrotnie powracały do mnie jej wspomnienia, aczkolwiek nie były one w żadnym wypadku przyjemne. W mojej głowie przewijały się urywki wskazujące na rozpalenie nieokiełznanego ogniska, które co prawda nie pozostawiło po sobie żadnych fizycznych śladów, jednakże jego łuna rozpalała całą, rozpościerającą się na horyzoncie leśną okolicę. W wizjach tych Katarzyna zupełnie nago tańczyła przede mną wokół płomienia, wijąc się co i raz jak wąż, czy też rozkładając ręce na wzór ukrzyżowanego Chrystusa. Innym razem nadgryzała sobie nadgarstek aż do krwi i pozwalała, by ta zabarwiła wyrwany wcześniej z głowy kosmyk jej srebrnych włosów, którym następnie gładziła mój nagi tors.

W najgorszych fragmentach przypominałem sobie, że tej nocy faktycznie towarzyszyły nam dzikie węże, pohukujące sowy i przerażające kształty, które dostrzegałem przez ułamek sekundy w mrokach nocy. Zmysł wzroku podświadomie bronił mnie jednak przed ich zidentyfikowaniem, najprawdopodobniej słusznie przewidując, że gdybym doznał ich pełnego, niezmąconego taką naturalną cenzurą widoku, postradałbym doszczętnie zmysły albo od razu targnął na swoje życie, uświadomiwszy sobie, iż przyszło mi egzystować w jednej rzeczywistości z takimi istotami.

Najbardziej zapierające dech w piersiach były w tym doświadczeniu odgłosy. Jednostajne, monotonne dźwięki bębnów, które zadawały kłam wszelkim teoriom rytmicznym spisanym przez ludzkość. Jeśli bowiem wierzyć, że muzyka stanowi uporządkowanie pewnych struktur brzmieniowych w czasie, dźwięk wydawany przez to rytualne bębnienie stanowił ostateczny dowód na niezależność czasu od przestrzeni i oderwanie naszej rzeczywistości od wszelkich form uporządkowania.

Kiedy opowiadałem Katarzynie o nierzeczywistych wspomnieniach naszej pierwszej nocy, uśmiechała się tylko pobłażliwie, zrzucając winę na moją kiepską tolerancję dla alkoholu oraz spanikowanie wywołane pierwszą od dłuższego czasu poważniejszą relacją z kobietą.

O ile to pierwsze można było bez zawahania wyśmiać, tak w tym drugim argumencie tkwiło ziarnko prawdy. Katarzyna bowiem niemalże od razu zamieszkała w moim jednoizbowym mieszkaniu na warszawskiej Pradze. Mimo że przydzieliłem jej własny kąt, w którym miała niewielkie biureczko do codziennych spraw oraz wygodny narożnik, na którym mogłaby zażywać chwil prywatności (sugerowałem nawet możliwość zamontowania specjalnej, odgradzającej jej kąt od reszty pokoju kurtyny), prawda była taka, że większość czasu spędzaliśmy razem w niewielkim łóżku.

Szybko odkryłem, że Katarzyna należała do kobiet o wysoce rozwiniętym temperamencie w kwestiach erotycznych oraz całym szeregu potrzeb czekających tylko każdego dnia na zaspokojenie. Początkowo byłem tym faktem nieco zaniepokojony, żeby nie powiedzieć wprost: bałem się go, samemu będąc osobą dość oziębłą, do tego odzwyczajoną od tak dalece zintensyfikowanych doznań seksualnych. Na szczęście również na tym polu Katarzyna okazała się szczególnie wyrozumiała, cierpliwie znosząc moje nieprzystosowania, a nawet wprowadzając własnoręcznie w takie rejony ogrodów rozkoszy, z których istnienia nie zdawałem sobie wcześniej sprawy.

W międzyczasie minął mój urlop. Katarzyna przekonała mnie do porzucenia raz na zawsze korporacyjnej rzeczywistości. Wszelkie egzystencjalne niepokoje związane z rzeczami tak prozaicznymi jak choćby płynność finansowa, która była nam niezbędna do dalszego utrzymania, zbyła momentalnie obietnicą łożenia na moje utrzymanie z własnej kieszeni. Wszelkie protesty faktycznie traciły na sile, gdy argumentowała to zobowiązanie chęcią odwdzięczenia się za użyczone lokum. Skąd zaś brała tak zawrotne sumy pieniędzy? Tego nigdy się nie dowiedziałem i mogłem pozostawić tę kwestię wyłącznie domysłom.

Kiedy nie przebywaliśmy w łóżku, często zabierałem Katarzynę do moich ulubionych przybytków, w których jeszcze niedawno samotnie spędzałem wieczory wlewając w siebie każdą ilość alkoholu. W pierwszej kolejności zabrałem ją oczywiście do Składu Butelek, gdzie mieliśmy obowiązkową degustację moskiewskiej heroiny. Niestety, moje ukochane barmanki po kolei przestawały w nim pracować i został jedynie barman o łobuzerskim uśmiechu.

Katarzyna i tak najchętniej spędzała czas przy studni, która nieprzerwanie tkwiła na środku pobliskiego podwórka. Zachwyciła się nią już od pierwszego wejrzenia, mimo że odkąd zacząłem przychodzić w to miejsce w jej towarzystwie, ani razu nie usłyszałem przerażających bulgotów, które stanowiły dotąd o niezwykłości studni i czyniły ją cenioną przez stałych bywalców atrakcją.

Aby nadrobić element nadprzyrodzony, opowiedziałem Katarzynie o dziwnych snach, których regularnie doświadczałem po wizytach w Składzie Butelek, a niemal zawsze wiązały się z piekielną studnią, do której na ogół z fatalnym skutkiem wpadałem. Stałym motywem przewijającym się przez te koszmary była pradawna rasa skarlałych demonów Wixupi, które prowadziły ukryty przed całym światem żywot w systemie podziemnych korytarzy rozciągających się pod całą Polską, a być może i poza jej granicami.

Tunele te miały jeszcze pamiętać czasy Piastów, kiedy pozwalały tym plugawym istotom sekretnie uczestniczyć w pogańskich obrzędach, z których szczególnie upodobały sobie Noc Kupały. W dotarciu bez przeszkód na imprezę pomagał im nieludzko czujny zmysł słuchu, który potrafił z ogromnych odległości zidentyfikować godną uwagi zabawę. Zgodnie z tradycją, która była elementem moich snów, pośród ludzi krążyły liczne legendy o Wixupi, a kiedy ktoś wychodził przed szereg twierdząc, iż dostrzegł taką istotę na imprezie, nie brano tego wcale za oznakę zbyt mocnego upojenia alkoholowego, lecz niezbity dowód na to, że impreza jest naprawdę udana. Choć wiedzę tę czerpałem z nieznanego źródła wyłącznie w mych sennych wizjach, często jeszcze długo po przebudzeniu pokładałem w niej całkowitą wiarę.

Katarzyna słuchała mej opowieści z wielkim przejęciem, a ze szczególnym rozentuzjazmowaniem przyjęła historię samych Wixupi, których błyskawicznie zidentyfikowała z potomstwem Xolotla, brata bliźniaka Pierzastego Węża, do którego modlili się Toltekowie. Był to kolejny raz, kiedy Katarzyna zadziwiła mnie swoją znajomością kultury, jeszcze bardziej jednak zszokowały mnie drogi, na jakie otworzyły się nasze konwersacje po tej wyjątkowej nocy.

Od tamtej pory za każdym razem, gdy przybywaliśmy na podwórko i siadaliśmy przy studni – na ogół z kupionym w którymś z lokali obok alkoholem – prowadziliśmy wyczerpujące dysputy na temat religii, również tych już od dawna wymarłych i zapomnianych. Nie podejrzewałem wcześniej, że Katarzyna jest taką pasjonatką tego tematu. Należałoby wyrazić duży żal w związku z brakiem jakiejkolwiek dokumentacji tych rozmów, gdyż można by było na ich podstawie spisać opasłe tomisko naukowych rozważań, które mogłoby zachwiać niejedną ugruntowaną teorią powszechnie przyjętą w poważanych środowiskach akademickich.

Jednakże myślą najważniejszą dla dalszego przebiegu wydarzeń, a także najmocniej wyrytą w mojej pamięci, były Katarzynowe próby wyjaśnienia, czemu tak wielu ludzi odrzuca współczesne religie i nie potrafi identyfikować się z ich ideałami. Swój wywód rozpoczynała od wyjścia z najoczywistszego faktu dla każdej wiary, albowiem nie ma chyba żadnych wątpliwości, iż miarą każdego boga jest w pierwszej kolejności liczba jego wyznawców. Nawet najbardziej niestworzona istota o najpotężniejszych siłach nadprzyrodzonych nie jest w stanie osiągnąć żadnej istotności w życiu ludzkim, póki nie zdobędzie odpowiedniej liczby popleczników, którzy będą krzewić swoją wiarę na inne gałęzie ludzkości. Jest to prawda powszechnie znana we współczesnym show-biznesie, dlatego też tak wielu młodych ludzi stawia rockmanów ponad jedynego prawdziwego – przynajmniej według wiary chrześcijańskiej – Boga.

Żeby jednak mówić o jakimkolwiek wyznaniu, należy wprowadzić cały system obrzędów i nakazów, a to przecież one stanowią właśnie główny odstraszacz dla młodych ludzi, których hierarchia wartości i światopogląd znacznie różni się od tych wyznawanych dwa tysiące lat temu. Sposobem na zdobycie nowych wyznawców byłoby dopasowanie obrządku do współczesnej rzeczywistości i oparcie go na powszechnie znanych i lubianych rytuałach, które pozwalałaby przy okazji zaspokoić najgłodniejsze potrzeby nowego pokolenia. Nie jest wszakże tajemnicą, iż nawet w przypadku świąt chrześcijańskich ich rozumienie jest w kulturze masowej bardzo powierzchowne, a dla przeciętnego człowieka stanowią one wyłącznie pretekst do najedzenia się do syta i picia alkoholu na koszt rodziny.

Wkrótce po naszych religijnych rozmowach Katarzyna zdradziła mi, że chciałaby zostać DJ-ką i poprowadzić cykl imprez w sąsiadującym ze Składem Butelek klubie Hydrozagadka. Z początku byłem nastawiony do tego pomysłu dość sceptycznie, sam bowiem chciałbym zobaczyć na własne oczy jej pracę, a przebywanie w dużych skupiskach ludzi napawało mnie unieruchamiającym lękiem i odbierającą mowę zgrozą. Katarzyna zdołała mnie jednak przekonać, że sama nie jest do końca pewna, czy podoła tak częstym i intensywnym kontaktom międzyludzkim, ale jeśli jej się uda, to wyciągnie do mnie rękę i pomoże mi przetrwać w tym nowym środowisku. Choć daleki byłem od odzyskania wiary w życie, ostatnie tygodnie pozwoliły mi przynajmniej zaufać na nowo komuś takiemu jak ona.

Z początku miałem wrażenie, że nasze jestestwa uległy nagłemu oddaleniu. Nie spędzaliśmy już ze sobą tyle czasu co wcześniej. Jej miękkie ciało nie stanowiło dla mnie niemal zawsze obecnego oparcia. Znów coraz częściej zdarzało się, że zasypiałem w pustym i zimnym łóżku; doszło nawet do tego, iż zacząłem tęsknić za bliskimi kontaktami fizycznymi. Należy jednak sprawiedliwie oddać Katarzynie, że kiedy już spędzała chwile w moim towarzystwie, stuprocentowo wynagradzała mi tę nieobecność.

Natomiast praca przy autorskich imprezach doszczętnie ją pochłonęła. Pomijając noce, na które znikała z mojego życia, ogrom czasu zabierało jej przygotowywanie odpowiedniej muzyki, ale też dbanie o każdy najmniejszy element widowiska: prokurowanie oprawy graficznej, przemyśliwanie wystroju sali. Katarzyna pamiętała o każdym detalu, dlatego też jej praca była coraz szerzej zauważana, a gdy miała zaplanowany występ w klubie, wypełniały go całe tłumy młodych ludzi.

W końcu doszło do tego, że sam poczułem się zobowiązany, by doświadczyć na własnej skórze takiego festynu, mimo że Katarzyna nigdy mnie do tego nie namawiała i chyba cierpliwie czekała, aż sam wyrażę dobrowolną chęć wtopienia się w tłum jej wyznawców.

Na jej imprezie w klubie Hydrozagadka byłem tylko raz, lecz ten jeden raz wystarczył, bym objął zrozumieniem wszystkie działania, których się podjęła i przeniknął ponad wszelką wątpliwość oddanie, jakie poświęciła nowej pracy. Choć przebywanie pośród kilkudziesięciu – może i ponad stu! – obcych osób, dziko tańczących w zamkniętej przestrzeni, było dla mnie przeżyciem ze wszech miar traumatycznym, cieszę się, że zdołałem wytrzymać tę noc i zobaczyć na własne oczy, do czego zdolna jest Katarzyna.

Wnętrze całkiem dużej sali rozświetlone było czerwonymi światłami, które z miejsca skojarzyły mi się z płomienną łuną nad lasem w Aleksandrowie, obserwowaną przeze mnie tyle razy w snach na jawie i odrealnionych wspomnieniach, co do których nie miałem nigdy pewności, czy aby na pewno należą do mnie. Specjalnie na noce Katarzyny ściany klubu były przyozdabiane kolorowymi malowidłami w stylu azteckim, przedstawiającymi zapomniane od stuleci bóstwa i wymarłych przedstawicieli barbarzyńsko zgwałconych cywilizacji. Stały przy nich kamienne dekoracje, stylizowane na atlantów i schodkowe piramidy w Tuli.

Katarzyna punktualnie co do minuty rozpoczynała swój występ, górując nad resztą sali ze sceny udekorowanej na wzór ołtarza do składania krwawych ofiar. Tak naprawdę jej impreza rozkręcała się na dobre dopiero po północy i to właśnie wtedy pozwalała sobie doprowadzić tak zwany set do czerwoności. A trzeba też wspomnieć, że starannie dobierane przez nią piosenki stanowiły najbardziej posępne dzieła muzyczne, jakich dokonał kiedykolwiek człowiek. Korzystała z bogatych zbiorów pesymistycznych tekstów, samobójczych akordów, nihilistycznych melodii apokaliptycznego folku i postdepresyjnego popu. Ludzie, którzy odwiedzali te imprezy, zdawali się doskonale rozumieć taką muzykę i zapraszali swoich znajomych o podobnych upodobaniach, dzięki czemu z nocy na noc Katarzyna miała coraz większą publiczność.

Gdy wybiła północ, w pełni zrozumiałem, co tak naprawdę czyni w Hydrozagadce i powoli dostrzegałem, jak wszystkie elementy układają się w jedną całość.

Dopiero o tej porze muzyka nabierała odpowiedniego kształtu. Teraz już nie tylko wygląd klubu kojarzył mi się z wydarzeniami naszej pierwszej nocy. Również brzmieniowo znów miałem wrażenie, że dźwięki dyskredytują czas. Piekielne rytualne bębnienie napawało mnie strachem, lecz odnajdywałem w nim pewną błogość, esencję nirwany, którą wcześniej miałem zawsze za mrzonki desperatów, pragnących za wszelką cenę utrzymać się przy życiu. Zebrani w klubie ludzie z pewnością nie mieli tego problemu, poddając się rytualnemu tańcowi i wyśpiewując w błogostanie niezrozumiałe dla mnie mantry, przez które przewijało się to jedno słowo: Viracocha. Katarzyna górowała nad tłumem, rozpościerając ręce i patrząc w jego kierunku z wyniosłym uśmiechem, niczym oczekiwany zbawiciel, który przyniósł ludziom z dawna wypatrywane zbawienie.

Następnego dnia Katarzyna musiała odespać imprezę. Nie byłem w stanie zmrużyć oka za dnia, obserwowałem więc jej bezbronną, spokojną sylwetkę, rozciągniętą na moim łóżku. Rozsądek podpowiadał mi, że powinienem mieć wątpliwości i poważnie zastanowić się nad tym, kogo wpuściłem do mego życia, domostwa i łóżka. Serce jednak dopowiadało za chwilę, że i tak nie ma już innego wyboru. Próbowałem tyle lat żyć zachowując względne status quo i doprowadziło mnie to tylko na skraj rozpaczy. Katarzyna w którymś momencie otworzyła oczy i wystarczyło, że się uśmiechnęła, by uspokoić moje chaotyczne myśli. Wtedy też zapytała mnie wprost:

– Kochasz mnie?

Mówienie otwarcie o moich uczuciach zawsze było dla mnie rzeczą niełatwą, a szczególnie po ostatnich zawodach życiem czułem, że nie potrafiłbym wyznać tych dwóch najprostszych słów nawet pod wpływem najboleśniejszych tortur. Zdawałem sobie jednak sprawę, że Katarzyna stanowi obecnie jedyne oparcie dla mojego rozchwianego życia i że gdyby nie ona, najprawdopodobniej w ogóle by mnie tu już nie było. Gdybym tylko potrafił wsłuchać się jeszcze w ledwo słyszalne bicie mego umęczonego serca, bez wątpienia zidentyfikowałbym uczucie, którym ją darzyłem. Zamiast tego próbowałem jej w opisowy sposób wyjaśnić jak najstaranniej, jak bardzo jest mi potrzebna i jak wiele znaczy dla mnie każdy jej oddech. Widziałem w jej oczach, że rozumie i doskonale potrafi wyczytać brakujące słowa pomiędzy wierszami.

– Więc kochaj mnie dziś z całego serca – poprosiła, po czym wyciągnęła się w moją stronę i pocałowała.

Zaiste mimo bogatych doświadczeń seksualnych, jakich mieliśmy już na koncie co niemiara, przyjemności, którym oddaliśmy się z na nowo rozpalonym zapałem tamtego popołudnia, stanowiły zupełnie nowy poziom rozkoszy. Nigdy wcześniej nie osiągnęliśmy aż takiego stanu miłosnego upojenia.

Nigdy więcej się już też nie kochaliśmy.

Wszelkie magiczne rytuały mają swoje zastosowanie tylko wtedy, gdy są dopasowane do otaczającej je rzeczywistości. Nawet najusilniejsze próby oddania czci bogu nie dadzą żadnych rezultatów, jeśli będą odbywały się na odciętym od świata polu, gdzieś na granicy zrozumienia zbliżającej je niebezpiecznie do śmieszności. Zrozumiałem, że nasz romans był najpotężniejszym rytuałem z możliwych, albowiem idealnie odnalazł zarówno swój czas, jak i miejsce.

Następnego dnia zacząłem dostrzegać w Katarzynie zmiany. Nie chodziła więcej do Hydrozagadki. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jej wyznawcy doskonale wiedzą, iż całe przedsięwzięcie wkroczyło na zupełnie nowy etap i teraz pozostaje tylko oczekiwać. Sądząc po kształtach, których nabierała każdego dnia, nie zajmie to już wiele czasu.

Jestem spokojny, bo Katarzyna rozumiała jak nikt moje niewypowiedziane rozterki i wyjaśniła już wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Ona przecież tak samo jak ja przez całe życie czuła się jak ktoś kompletnie nieprzystający do reszty społeczeństwa, niezrozumiany, odrzucony, zacofany, choć w rzeczywistości wyprzedzał resztę ludzi o całe wieki.

Dlatego cieszę się, że nasz syn będzie doskonale skrojony pod świat, w którym przyjdzie mu żyć.

Teraz leżę obok Katarzyny, której ciepłe ciało ogrzewa mnie, gdy spisuję to ostateczne świadectwo mojego żywota. Czuję, jak w jej brzuchu rytmicznie porusza się coś, jakby stado węży, co będzie naszym synem. A gdy narodzi się Viracocha, sam Xolotl stanie na czele armii Wixupi, którzy wyjdą z najmroczniejszych zakątków całej ziemi, aby wziąć udział w ostatecznym festynie na podwórku między Hydrozagadką a Składem Butelek, który moja Katarzyna poprowadzi aż do przebudzenia i powrotu boga Quetzalcoatla.

Nawet jeśli ostatecznie okaże się, iż byłem zaledwie nasieniowodem w tej misternej konstrukcji w imię spisku przeciwko ludzkiej rasie, umrę spełniony, podążając ramię w ramię z jej ostatnimi przedstawicielami ku zamykającemu historię świata zachodowi słońca.

 

8986600

Koniec

Komentarze

No cóż, opowiadanie zdało mi się dość przegadane, a opowiedziana historia niezbyt zajmująca, miejscami wręcz nużąca. Mam też wrażenie, że coś przypominającego cień twórczości Lovecrafta unosi się nad tym opowiadaniem, tyle że to zupełnie nie moje klimaty.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Szcze­gól­nie upa­trzy­łem sobie po­śród nich drink o wdzięcz­nej na­zwie Mo­skiew­ska He­ro­ina. –> …o wdzięcz­nej na­zwie mo­skiew­ska he­ro­ina.

Nazwy trunków zapisujemy małymi literami. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wyrazy-pospolite-od-nazw-wlasnych;11782.html

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części opowiadania.

 

w który na­le­ża­ło za­an­ga­żo­wać się bez resz­ty, ażeby w pełni do­ce­nić moc, jaką owa tru­ci­zna po­tra­fi­ła po­ra­zić. Wpierw na­le­ża­ło za­mo­czyć… –> Powtórzenie.

 

wsze­dłem do Skła­du Bu­te­lek i w nie­wiel­kim przed­po­ko­ju skrę­ci­łem w stro­nę baru… –> Czy w barach/ restauracjach są przedpokoje?

 

sły­sza­łem w mojej gło­wie dzwo­nek! To upo­rczy­we pi­ka­nie naj­wy­raź­niej roz­brzmie­wa­ło w mojej wła­snej gło­wie… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

spóź­ni­łem się do mojej kor­po­ra­cyj­nej pracy i na­py­ta­łem sobie nie­ma­łej biedy. Szef mój, osoba… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

i po­py­cha­ły wza­jem­nie ni­czym kości do­mi­na… –> Domino ma kości?

 

czym prę­dzej roz­pa­ko­wa­łem ko­per­tę. –> Wydaje mi się, że kopertę wystarczy otworzyć.

 

Zmysł wzor­ku pod­świa­do­mie bro­nił mnie jed­nak przed ich zi­den­ty­fi­ko­wa­niem… –> A jakiż to zmysłowy wzorek nie pozwolił zidentyfikować rzeczonych kształtów?

 

miała nie­wiel­kie biu­recz­ko do co­dzien­nych spra­wun­ków… –> Czy na pewno codziennych zakupów dokonywała przy pomocy biurka?

 

ze sceny ucha­rak­te­ry­zo­wa­nej na oł­tarz do skła­da­nia krwa­wych ofiar. –> Sceny się chyba nie charakteryzuje, na scenie ustawia się dekoracje, rekwizyty, odpowiednio ją oświetla.

 

ob­ser­wo­wa­łem więc jej bez­bron­ną, spo­koj­ną syl­wet­kę, roz­cią­gnię­tą przez moje łóżko. –> Raczej: …roz­cią­gnię­tą na moim łóżku.

 

po czym prze­cią­gnę­ła się w moją stro­nę… –> Co to znaczy przeciągnąć się w czyjąś stronę?

 

Zda­wa­łem sobie spra­wę z tego,, że jej wy­znaw­cy… –> Wystarczy jeden przecinek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kilka tysięcy znaków więcej i chyba poczułbym znużenie stylem narracji. Zaskoczył mnie też Viracocha – spodziewałem się, że będziesz pozostawał przy wierzeniach mezoamerykańskich.

Nie mogę natomiast powiedzieć, żeby mi się zupełnie nie podobało. Jak na narrację pierwszoosobową prowadzoną w dość specyficznym stylu, czytało się nawet płynnie. Tak jak główny bohater, byłem ciekaw jak rozwinie się historia z Katarzyną. A rozwijała się na kształt morskiej fali, z momentami, które oceniałbym wyżej i niżej ;). Zakończenie niestety zostawiło mnie raczej z szeroko otwartymi oczami, a nie przejętego grozą : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Plus przede wszystkim za to, że budując podlovecraftowskie, piętrowe zdania zadbałeś o to, bym nie potykał się co chwilę, nie musiał zawracać i czytać po kilka razy, zastanawiając się o co, do ciężkiego Shoggotha, chodzi. Bardzo dobry też typowo Lovecraftowski bohater, stroniący od ludzi outsider, zgrabnie przeniesiony o sto lat do przodu, w realia początku dwudziestego pierwszego wieku. Do tego raczej amatorskie, religijno-filozoficzne rozważania… Tak, duch Lovecrafta z pewnością unosi się nad tym tekstem. Ale miast tchnąć śmiertelnie poważną grozą, chichocze diabolicznie.

Bo nie wiem jaki był Twój zamiar, Autorze, być może chciałeś napisać coś właśnie śmiertelnie serio, w klimacie HPL. Ja tu widzę jednak zgrabny pastisz, udanie balansujacy na krawędzi powagi i nienachalnego żartu. W wielu momentach, zwłaszcza przy akapicie opisującym pierś Katarzyny, nie mogłem powstrzymać się od szerokiego uśmiechu. Wiec jeśli rzecz miała być z lekkim przymrużeniem oka, to trafiłeś w punkt i chylę czoła. Jeśli chciałeś klimatycznie przestraszyć… To cóż, musi wystarczyć Ci świadomość tego, że nieźle się w czasie lektury bawilem.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@regulatorzy

Jak zwykle dzięki za cenne poprawki – jak zwykle uśmiałem się setnie nad własnymi przeoczeniami.

 

@Nevaz

Dzięki za czas i opinię! Spostrzegawczość Cię nie zawiodła: Viracocha faktycznie jest pozostałością po porzuconym wątku, ale już go zostawiłem, bo lubię brzmienie tego słowa.

 

@thargone

Cieszę się, że tak to odebrałeś! Pastisz zaznaczam już nawet w tytule: “Telefon od Katarzyny” to moje przekalkowane i koślawe tłumaczenie “Call of Cthulhu” (imię “Katarzyna” celowo wybrałem ze względu na – odległe, ale wciąż nie znalazłem nic bliższego – podobieństwo do wymowy “Cthulhu”). A wszelkie kobiety, relacje z kobietami i kobieca anatomia to punchline’y w odniesieniu do lovecraftowskiego nieobycia z płcią przeciwna. W pierwotnej wersji takich heheszków było nawet więcej, ale wydaje mi się, że ostatecznie lepiej sprawdziły się w mniejszej ilości – co Twój komentarz zdaje się potwierdzać. Pozdrawiam!

I am surrendering to gravity and the unknown.

Jak zwykle niezmiernie się cieszę, Jganko, że uznałeś uwagi za cenne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem pierwszą połowę, drugą już niestety skanowałem. Zapewne dlatego, że nie poczułem szczególnie mocno grozy, a przez to długie zdania stały się męczące. Ciężkie do strawienia.

Końcówka wyszła jednak nawet niezła – na swój sposób zaskakująca. Z całości to ona mi się najbardziej spodobała i zapadła w pamięć.

Podsumowując: jest tu pomysł, końcówka fajna, a całościowe wykonanie średnie tego koncertu fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgodzę się, że Viracocha brzmi super.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka